Przedmowa
Przedmowa
Pod koniec lat 60. XX w. doszło do poważnej zmiany pod względem opieki
szpitalnej -?odejścia od długich pobytów w dużych, częstokroć odległych
geograficznie szpitalach państwowych na rzecz krótkich, ale
powtarzających się hospitalizacji na małych oddziałach intensywnej
opieki medycznej w szpitalach lokalnych.
Ta zmiana w podejściu do hospitalizacji psychiatrycznej -?w połączeniu z dużymi postępami w psychofarmakologii, pojawieniem się teorii kryzysu,
ograniczaniem stosowania terapii somatycznych oraz powstaniem nowych
zawodów w obszarze zdrowia psychicznego -?poskutkowała daleko idącą
metamorfozą charakteru i sposobu funkcjonowania oddziałów
psychiatrycznych. Za tymi przeobrażeniami w większości przypadków nie
poszły jednak modyfikacje technik psychoterapeutycznych. W szczególności
terapia grupowa nie dotrzymała im kroku i nie zaadaptowała się do nowych
warunków klinicznych. Terapeuci zajmujący się grupami hospitalizowanych
pacjentów nadal stosują metody opracowane w innych czasach i z myślą o odmiennych okolicznościach.
W tej książce twierdzę, że warunki kliniczne współczesnego oddziału
psychiatrycznego radykalnie różnią się od konwencjonalnego środowiska
terapii grupowej i wymagają równie radykalnych modyfikacji podejść do
tego rodzaju terapii. Moim celem jest przedstawienie odmiennej teorii
terapii grupowej oraz zbioru technik i metod przystosowanych do wymogów
klinicznych oddziałów intensywnej terapii. Moją docelową grupą
czytelników są zaś klinicyści "pierwszej linii", czyli zapracowani
specjaliści w dziedzinie zdrowia psychicznego, którzy starają się
prowadzić grupy pośród zgiełku panującego niejednokrotnie na ostrych
oddziałach psychiatrycznych.
Oddziały te są bardzo zróżnicowane, lecz typowa współczesna jednostka
tego rodzaju (do której odnoszę się w niniejszej książce) wyróżnia się
kilkoma charakterystycznymi cechami. W jednym czasie przebywa w niej od
piętnastu do trzydziestu pięciu pacjentów, których pobyt w szpitalu trwa
od jednego do trzech tygodni. Spektrum zaburzeń psychopatologicznych
jest bardzo szerokie i obejmuje: silne psychozy, zaburzenia typu
borderline (z zachowaniami autodestrukcyjnymi lub przejściowymi
epizodami psychotycznymi), depresję, nadużywanie substancji
psychoaktywnych, zaburzenia odżywiania, geriatryczne zespoły
psychotyczne oraz ostre kryzysy psychiczne i dekompensacje (często
połączone z tendencjami samobójczymi) u względnie dobrze funkcjonujących
osób. Oddział może być zamknięty lub otwarty, przy czym większość
pacjentów z oddziałów zamkniętych mogłaby funkcjonować na tym otwartym.
Personel składa się z pracowników kilku dyscyplin (oraz nierzadko
studentów niektórych lub wszystkich tych dyscyplin), takich jak
pielęgniarstwo, psychiatria, praca socjalna, terapia zajęciowa,
psychologia kliniczna oraz terapia rekreacyjna i ruchowa; są wśród nich
też specjaliści w zakresie terapii aktywnością fizyczną, tańcem, muzyką
i sztuką. Personel ten oferuje różne podejścia do leczenia: od
farmakoterapii, przez psychoterapie indywidualne, grupowe i rodzinne,
terapię środowiskową, zajęciową i ruchową, aż po leczenie
elektrowstrząsami. Potężną, acz niewidoczną siłą jest osoba trzecia,
płatnik -?dysponent środków finansowych, który ma zdumiewający wręcz
wpływ na przyjmowanie i wypisywanie pacjentów. Tempo pracy oddziału
często bywa szaleńcze; rotacja (zarówno pacjentów, jak i personelu)
szybka; napięcie i waśnie między pracownikami silne; a sama
psychoterapia -?niespójna.
Opracowałem tę książkę tak, by zawarte w niej porady mogły być
natychmiast zastosowane przez terapeutów prowadzących stacjonarne grupy
terapeutyczne. Pisząc ją, czerpałem ze wszelkich dostępnych mi źródeł
informacji, a mianowicie z własnych doświadczeń klinicznych (jako
pracownika oddziałów szpitalnych i osoby kierującej dzienną terapią
stacjonarną, czym zajmowałem się przez trzy ostatnie lata), z własnych
badań klinicznych, opisów klinicznych i literatury naukowej. Korzystałem
też z wieloletnich dyskusji z personelem szpitalnym, z osobistych
obserwacji dwudziestu pięciu oddziałów klinicznych, które odwiedziłem w ramach przygotowań do tej pracy, aby przeprowadzić wywiady z pracownikami i wziąć udział w grupowych sesjach terapeutycznych.
Oddziały te należały do szpitali prywatnych, państwowych oraz klinik
uniwersyteckich. Wszelkie rozbieżności między moimi spostrzeżeniami a doświadczeniami innych specjalistów mogą wynikać z faktu, że dokonałem
ich w najbardziej znanych i prestiżowych placówkach o znakomitej
reputacji, doskonale obsadzonych i mogących się pochwalić świetnymi
programami szkoleniowymi.
Choć ostre oddziały opieki psychiatrycznej, do których odnoszę się w tej
książce, nie należą do rzadkości, nie są też czymś powszechnym. Świat
psychiatrii pozostaje rozległy i istnieje wiele typów placówek, których
funkcjonowanie nie jest mi dobrze znane. Mam nadzieję, że klinicyści
pracujący na takich oddziałach (zajmujących się opieką nad dziećmi i młodzieżą, osobami starszymi lub uzależnionymi i pacjentami
niepoczytalnymi, w tym przestępcami) uznają przynajmniej niektóre
opisywane przeze mnie założenia i techniki jako możliwe do praktycznego
zastosowania, inne zaś dopasują do własnych warunków klinicznych.
Psychoterapeuci prowadzący terapię grupową w trybie ambulatoryjnym
funkcjonują autonomicznie, a ich decyzje i umiejętności determinują
przebieg zajęć, sposób postępowania i efekty. Praca prowadzącego terapię
w grupie stacjonarnej wygląda zupełnie inaczej. Oddziały psychiatryczne
oferują różne metody postępowania, które często zazębiają się, prowadząc
do wewnętrznych rywalizacji o pacjentów, czas, personel, fundusze oraz
zasoby szkoleniowe i superwizorów. W rezultacie to nie terapeuta
grupowy, tylko personel administracyjny podejmuje istotne decyzje
dotyczące pacjentów, takie jak częstotliwość i czas trwania spotkań,
wielkość i skład grup, wyznaczenie koterapii i superwizji, fakultatywny
lub obowiązkowy udział w zajęciach i tak dalej.
Losy grupy pacjentów hospitalizowanych i sesje terapeutyczne są do tego
stopnia kształtowane przez okoliczności i zewnętrzne czynniki
administracyjne, że należało je uwzględnić w tej książce. Dlatego w pierwszych dwóch rozdziałach omówione zostały punkty styku między
oddziałem a małą grupą terapeutyczną, a ostatnie cztery zawierają
konkretne strategie postępowania i techniki terapeutyczne.
W rozdziale 1 omawiam współczesną praktykę szpitalną z uwzględnieniem
roli terapii grupowej, struktury programów tej terapii i przypisywanego
im znaczenia, składu grup i częstotliwości spotkań, sposobu prowadzenia
zajęć oraz ich głównych celów. Ponieważ w niektórych placówkach panuje
niepewność co do ilości czasu i energii, jakie personel powinien
zainwestować w terapię grupową, przedstawiam dowody -?zarówno
empiryczne, jak i racjonalno-humanistyczne -?na efektywność terapii
grupowej. Obszerny przegląd i krytyka literatury naukowej w tym obszarze
odwróciłyby uwagę od zasadniczego celu tej książki, która z założenia ma
być przewodnikiem klinicznym dla lekarza. Przyznam, że moje stare
akademickie nawyki były zakorzenione tak mocno, że początkowo
przystąpiłem do pisania tego rodzaju przeglądu. Jego treść okazała się
jednak nużąca i w ostatecznej wersji szkicu mój niebieski ołówek
oszczędził tylko kilka najistotniejszych badań. Trudniejsze w odbiorze
fragmenty zamieściłem w "Dodatku".
W rozdziale 2 proponuję kilka zmian strukturalnych niezbędnych w przypadku pracy z hospitalizowanymi pacjentami. Po krótkim podsumowaniu
zasad tradycyjnej terapii grupowej opisałem warunki kliniczne, w jakich
funkcjonuje grupa terapeutyczna, oraz związane z tymi warunkami
modyfikacje techniczne i strukturalne, które dotyczą celów postępowania,
składu grupy, częstotliwości i czasu trwania spotkań, wielkości grupy,
istnienia podgrup, kwestii poufności oraz roli terapeuty.
Zmiany strukturalne związane z warunkami szpitalnymi mają daleko idący
wpływ na podstawową strategię postępowania i techniki stosowane przez
terapeutę -?kwestie te stanowią oś rozdziałów 3 i 4. Wielu czytelników,
patrząc na oryginalny tytuł tej książki, może w pierwszym odruchu
błędnie zinterpretować słowo inpatient jako impatient1.
Jak wynika z rozdziału 3, pomyłka ta może być prorocza, albowiem w pracy
z grupami stacjonarnymi nie ma miejsca na powolne, cierpliwe,
refleksyjne i niedyrektywne podejście terapeutyczne. Terapeuci
prowadzący takie grupy muszą pracować w krótszych ramach czasowych, być
aktywni i skuteczni oraz na wiele sposobów dbać o optymalną strukturę
grupy. Przede wszystkim powinni zaś wspierać pacjentów i robić to
nieustannie -?cała praca grupowa z hospitalizowanymi pacjentami wymaga
fundamentalnego wsparcia, a prowadzący musi znać różnorodne techniki
ułatwiające budowanie w grupie atmosfery bezpieczeństwa opartego na
zaufaniu.
W rozdziale 4 omawiam zastosowanie podejścia tu-i-teraz w stacjonarnej
terapii grupowej. Przedstawiam w nim uzasadnienie tej metody, podkreślam
jej kluczowe znaczenie we wszystkich terapiach grupowych typu
experiential i poruszam kwestię względów szczególnych, wynikających z warunków szpitalnych. Wielu terapeutów grupowych unika skupiania się na
tu-i-teraz w grupach stacjonarnych, mylnie utożsamiając interakcję z konfrontacją lub konfliktem. W rozdziale 4 wyjaśniam, że podejście
tu-i-teraz może być wykorzystywane nawet w przypadku ciężko chorych
pacjentów i służy ich wspieraniu, budowaniu poczucia spójności i samoakceptacji.
Dwa ostatnie rozdziały przedstawiają konkretne modele spotkań w ramach
terapii grupowej, przy czym rozdział 5 dotyczy grup składających się z lepiej funkcjonujących pacjentów, rozdział 6 zaś grup z psychotycznymi,
słabo funkcjonującymi pacjentami. Choć przedstawiłem te modele ze
szczegółami, nie traktuję ich jako gotowych wzorów postępowania; moim
celem było raczej zilustrowanie ogólnej strategii ustrukturyzowanego
spotkania grupowego z nadzieją, że czytelnicy opracują podobne procedury
dopasowane do ich indywidualnych preferencji oraz warunków klinicznych.
W książce tej skupiam się wyłącznie na nieodzownym i centralnym
elemencie programu stacjonarnej terapii grupowej, czyli codziennej
terapii słowem. Starałem się napisać relatywnie krótki, ale istotny z klinicznego punktu widzenia przewodnik, a nie tekst o encyklopedycznej
objętości i zakresie. Z tego względu wiele rzeczy z konieczności
pominąłem -?dotyczy to między innymi grup specjalistycznych,
pomocniczych technik terapii grupowej (wideo, psychodrama, ruch, taniec
i arteterapia) oraz podejść niezbędnych w przypadku niektórych
szczególnych problemów, takich jak osobowość borderline, skłonności
samobójcze, agresja, brak motywacji czy paranoja. Nie omówiłem też
niektórych tematów związanych z terapią grupową, takich jak kształcenie
i superwizja w tym zakresie, grupy szkoleniowe dla personelu (grupy T) i spotkania społeczności. Pominąłem te ważne kwestie nie tylko ze względu
na objętość książki, lecz także dlatego, że niejasności i wątpliwości,
jakie dotyczą współczesnej stacjonarnej terapii grupowej, wymagają
przede wszystkim zajęcia się podstawami, a nie specjalistycznymi
teoriami i praktyką.
Droga od pospiesznie spisywanych spostrzeżeń na sesjach grupowych do
tekstu liczącego ponad 300 stron była długa i pomagało mi w niej wiele
osób. Nikt jednak nie przysłużył mi się bardziej niż Bea Mitchell i jej
niezawodny edytor tekstu. Ten tandem dzielnie stawiał czoło kolejnym
"ostatecznym wersjom" książki, które później traciły ten dumny status.
Jestem wdzięczny dr. n. med. Davidowi Spiegelowi i dyplomowanej
pielęgniarce Carol Payne za krytyczne zapoznanie się z całym
manuskryptem, Vivian Banish za jej cenny wkład w omówienie modelu "grupy
koncentracji", mojej rodzinie za niezachwiane wsparcie i wybaczenie, że
podjąłem się tej pracy wkrótce po ukończeniu innego czasochłonnego
przedsięwzięcia, pacjentom i personelowi oddziału psychiatrycznego na
Uniwersytecie Stanforda (oddział NOB) za cierpliwą współpracę i pomoc,
Marjorie Crosby za hojny wkład finansowy, Phoebe Hoss za wsparcie
redakcyjne, a całemu Uniwersytetowi Stanforda za zapewnienie mi swobody
działania i udostępnienie zasobów niezbędnych do pracy. Serdecznie
dziękuję też pracownikom wielu oddziałów szpitalnych, którzy zechcieli
mnie gościć i zapoznać ze swoją pracą.
Rozdział 1. Psychoterapia grupowa a współczesny oddział psychiatryczny
Rozdział 1
Psychoterapia grupowa a współczesny oddział psychiatryczny
Gdyby miała to być rozprawa o ambulatoryjnej psychoterapii grupowej,
całkowicie słuszne byłoby rozpoczęcie jej od skoku na głęboką wodę
zagadnień klinicznych i podjęcie już w pierwszym akapicie dyskusji na
temat strategii postępowania oraz metod terapeutycznych. Do omawiania
stacjonarnej psychoterapii grupowej trzeba jednak podejść zupełnie
inaczej! Przede wszystkim należy wziąć pod uwagę ważny fakt dotyczący
terapeutów stacjonarnych, którzy w odróżnieniu od prowadzących zajęcia
ambulatoryjne nie mają do czynienia z grupami "autonomicznymi", ponieważ
szpitalna terapia grupowa zawsze stanowi część większego systemu
terapeutycznego.
Wobec tego zacznę od przyjrzenia się zależnościom między terapią grupową
a placówką terapeutyczną, w której się ona odbywa. Współczesny ostry
oddział psychiatryczny oprócz terapii grupowej oferuje wiele innych
oddziaływań terapeutycznych: leki psychotropowe, terapię indywidualną,
terapię środowiskową, zajęciową, rodzinną i elektrowstrząsową. Terapie
te wzajemnie na siebie wpływają, albowiem decyzje podjęte w sprawie
jednej z nich mogą rzutować na niektóre z pozostałych lub nawet na
wszystkie. Co więcej, na oddziałach mogą obowiązywać różne priorytety
przypisywane do poszczególnych terapii, to zaś ma daleko idące
konsekwencje dla prowadzenia psychoterapii grupowej.
Najpierw przyjrzę się roli, jaką przyznaje się terapii grupowej w warunkach szpitalnych. Następnie rozważę główne problemy, na które
napotykają programy stacjonarnej terapii grupowej, oraz rozwiązania tych
problemów stosowane na oddziałach psychiatrycznych. Na koniec zaś omówię
skuteczność stacjonarnej terapii grupowej.
Obecna praktyka
Rola terapii grupowej
Zgodnie z moją najlepszą wiedzą każdy ostry oddział szpitalny oferuje
jakąś formę stacjonarnej terapii grupowej. Dowody potwierdzające
skuteczność takiej terapii oraz nastawienie, jakie przeważa wśród
pracowników ochrony zdrowia psychicznego, są na tyle przekonujące, że
trudno byłoby obronić kompetencje oddziału szpitalnego, który próbowałby
działać bez choćby małego programu terapii grupowej.
Na wielu oddziałach nie przeznacza się jednak zbyt wielu środków na
terapię grupową, a ich program jest powierzchowny. Zdarza się, że grupy
pacjentów są prowadzone bez formalnej zgody kierownictwa. Dyrektor
medyczny jednego z oddziałów akademickich, które odwiedziłem,
psychofarmakolog, poinformował mnie, że przejął oddział mniej więcej rok
wcześniej i po trzech miesiącach organizowania grup doszedł do wniosku,
iż terapia grupowa jest nieefektywna w ostrych stanach, w związku z czym
anulował program. W trakcie wywiadów z członkami jego personelu
dowiedziałem się jednak nieoficjalnie, że wieczorna zmiana pielęgniarek
prowadzi grupy terapeutyczne dla niepoznaki nazwane rap
groups2 (nadawanie grupom terapeutycznym nazw zawierających
jakiś eufemizm nie należy do rzadkości, do czego jeszcze wrócę).
W literaturze naukowej sporadycznie pojawiają się doniesienia
przypominające, że niektóre oddziały jeszcze do niedawna funkcjonowały
bez programu terapeutycznego. Na przykład w 1974 roku ukazał się
opracowany przez dwóch psychiatrów artykuł poświęcony eksperymentowi, w ramach którego prowadzili oni dwa terapeutyczne spotkania grupowe
tygodniowo na oddziale intensywnej terapii [A]3. Autorzy
zauważyli, że przytłaczająca większość pacjentów oddziału uznała grupy
za przydatne, nie narzekała na nudę i stawiała się na każdym spotkaniu
(choć były fakultatywne). W podsumowaniu obaj psychiatrzy -?nie bez
pewnego zaskoczenia -?stwierdzili, że program terapii grupowej ma ich
zdaniem wiele zalet w porównaniu z tradycyjnymi porannymi obchodami
medycznymi.
W 1975 roku ukazał się utrzymany w podobnym tonie raport pielęgniarki z ostrego oddziału psychiatrycznego, która opisała proces uruchamiania w nim programu terapii grupowej [B]. Pielęgniarki na tym oddziale
uważały, że jedno spotkanie na tydzień nie daje wymiernych efektów
terapeutycznych. Ostrożnie i bez wsparcia (ale też i bez jawnego
sprzeciwu) psychiatry oddziałowego przystąpiły do opracowywania małego
grupowego programu terapeutycznego. Okazało się, co nawet one przyjęły z pewnym zdumieniem, że mała grupa terapeutyczna stanowiła ważne i kształcące doświadczenie dla pacjentów, a otwarta dyskusja o ich
spostrzeżeniach usprawniła funkcjonowanie oddziału. Pacjenci wyznali
między innymi, że mają bardzo silne negatywne odczucia dotyczące
panującego na oddziale formalizmu pielęgniarek (co obejmowało ich
wykrochmalone białe fartuchy), a dzięki uczestnictwu w terapii grupowej
czerpali większe korzyści z innych form leczenia.
Zastanawiające jest, że obie przytoczone publikacje powstały w połowie
lat 70. Fakt samodzielnego odkrywania przez członków personelu
szpitalnego skuteczności stacjonarnych programów grupowych jest, rzecz
jasna, krzepiący i potwierdza moje spostrzeżenia, odzwierciedla on
jednak niedostateczną uwagę poświęcaną metodologii grupowej w tradycyjnych programach szkolenia psychiatrycznego i pielęgniarskiego.
Różnorodność programów
Najbardziej charakterystycznym aspektem współczesnych programów leczenia
szpitalnego jest ich zdumiewający zakres połączony z ogromną
różnorodnością. Odwiedzając placówki leczenia ambulatoryjnego na terenie
całych Stanów Zjednoczonych, niezmiennie dochodzę do wniosku, że
programy grup terapeutycznych są zasadniczo podobne. Dla odmiany,
programy stacjonarne cechują się niezwykłym bogactwem typów grup,
podejść do kierowania nimi i technik, składu oraz czasu trwania i częstotliwości spotkań.
Oszołomienie budzi ich obfitość, która może oznaczać albo niezwykłą
erupcję pomysłowości, do jakiej doszło w wielu placówkach leczenia
stacjonarnego na terenie całego kraju, albo poważny i godny ubolewania
chaos w tej dziedzinie. Choć programy prowadzone na wielu oddziałach
cechują się wyobraźnią i kreatywnością -?przy czym pozwolę sobie
podkreślić, że kreatywność ta jest niezbędna do ciągłego rozwoju
zawodowego -?nie mam wątpliwości, że obserwujemy ponadto niepokojący
brak solidnych podstaw. Nie istnieje spójny zespół zasad stacjonarnej
terapii grupowej oraz odpowiadających im strategii i technik, które
byłyby wspólne dla wszystkich oddziałów. Deficyt ten odciska się piętnem
na edukacji młodych psychoterapeutów i zachęca do niebezpiecznie
arbitralnego podejścia do leczenia ("każdy sobie rzepkę skrobie"), które
w dłuższej perspektywie szkodzi zarówno samej dziedzinie, jak i interesom pacjentów.
Przyjrzyjmy się rodzajom stacjonarnych grup terapeutycznych. Na
większości oddziałów, które odwiedziłem, istniały tradycyjne grupy
psychoterapeutyczne oparte na rozmowie, na ogół spotykające się od
jednego do trzech razy w tygodniu, a oprócz nich wiele innych,
specjalistycznych grup, nierzadko spotykających się raz lub dwa razy w tygodniu i prowadzonych przez etatowego członka personelu lub pracownika
ochrony zdrowia psychicznego zatrudnionego w niepełnym wymiarze godzin
wyłącznie w tym celu. Spektrum zajęć grupowych organizowanych na
odwiedzonych przeze mnie oddziałach okazało się zadziwiająco szerokie
(nawet wziąwszy poprawkę na różnorodność nazw nadawanych przez placówki
bardzo podobnym grupom) i obejmowało: grupy interakcyjne, analityczne,
wielorodzinne, wyznaczania celów, terapii ruchowej, arteterapii, terapii
masażem, wspierające proces przemiany, relaksacyjne, wizualizacji
kierowanej, taneczne, muzykoterapeutyczne, ogrodnicze, edukacji
dotyczącej leków, planowania przyszłości, społeczności terapeutycznej,
umiejętności życiowych, zajęciowe, seksualności człowieka, planowania
życia po wypisie, rozwiązywania problemów, rapowe, treningu świadomości,
umiejętności motorycznych, treningu asertywności, skuteczności zachowań,
koncentracji, miłośników Ann Landers, grupy psychodramatyczne, męskie i kobiece, ustrukturyzowanych treningów, grupy życia w rodzinie,
podejmowania decyzji, lalkarskie, identyfikacji emocjonalnej, grupy
dyskusyjne na temat oper mydlanych, zadaniowe (projektowe) i aktywności
fizycznej.
Różnorodność programów terapii grupowej mogę zilustrować w jeszcze jeden
sposób, a mianowicie na przykładzie trzech placówek, w których programy
te znacznie się różniły. Oddziały wszystkich tych placówek pod względem
strukturalnym przedstawiały się podobnie: były to ostre oddziały
szpitalne, liczące 20-30 łóżek, ze średnią długością hospitalizacji
wynoszącą dwa tygodnie, zlokalizowane w klinikach uniwersyteckich.
Wszystkie były dobrze obsadzone i cieszyły się doskonałą reputacją
zarówno w ich rejonie, jak i w całym kraju.
Oddział A był prowadzony ściśle według tradycyjnego modelu medycznego.
Codzienne obchody miały charakter formalny: dyrektor medyczny i rezydenci psychiatrii dyskutowali o pacjentach, przy niewielkim tylko
udziale ze strony personelu pielęgniarskiego i paramedycznego. Dyskusje
koncentrowały się na terapii farmakologicznej lub elektrowstrząsami,
ezoterycznych pytaniach o potencjalnie organiczną etiologię schorzenia
albo planach na życie po wypisie ze szpitala. Terapeuci grup
oddziałowych nie wnosili do obchodów właściwie nic, choć posiadali
obszerne i bardzo istotne informacje.
Dyrektor medyczny stwierdził otwarcie, że terapia grupowa nieszczególnie
go interesuje. Żaden z rezydentów nie prowadził grup, ponieważ dyrektor
uważał, że nie jest w stanie zaoferować im adekwatnej superwizji. Choć
dysponował wieloma pracownikami socjalnymi i psychologami mającymi
doświadczenie w metodach grupowych, uznał za kiepski pomysł nadzorowanie
studentów medycyny czy rezydentów psychiatrii przez personel
niemedyczny; uważał, że takie podejście daje zły wzór do naśladowania i zniechęca wielu młodych lekarzy do kontynuowania kariery w psychiatrii.
Na oddziale działała formalna grupa psychoterapeutyczna prowadzona przez
pracownicę socjalną. Grupa ta spotykała się trzy razy w tygodniu na
godzinę i uczestniczyło w niej siedmiu lub ośmiu najlepiej
funkcjonujących pacjentów na oddziale. Byli oni wybierani przez
prowadzącą, która osobiście dokonywała selekcji przed każdym spotkaniem
i obchodziła oddział, zapraszając lub namawiając pacjentów do przyjścia.
Wspomniana pracownica miała bogate doświadczenie w terapii indywidualnej
i rodzinnej, lecz nie przepadała za terapią grupową i z chęcią
odwoływała spotkania, ilekroć znalazła ku temu jakiś pretekst. Podczas
jej nieobecności na oddziale -?nawet w trakcie długich wyjazdów
urlopowych -?spotkania grupowe nie odbywały się w ogóle. Pielęgniarki
nie organizowały grup ze względu na zarządzenie dyrektora medycznego,
który zakazał im prowadzenia psychoterapii. Dawniej grupy prowadziła
terapeutka zajęciowa, lecz została zwolniona, ponieważ -?jak
poinformowała mnie przełożona pielęgniarek -?"zbyt wielu pracowników
starało się prowadzić terapię dla zbyt wielu pacjentów, a nikt nie
pomagał pacjentom w wypełnieniu dnia".
Raz w tygodniu na oddziale pojawiały się specjalistki od arteterapii i terapii tańcem, aby poprowadzić grupę z pacjentami, lecz żaden z członków personelu nie umiał mi opisać, jak wyglądają te spotkania.
Grupa wielorodzinna spotykała się wieczorem raz w tygodniu, ale nie
cieszyła się dużą popularnością. Spotkania społeczności terapeutycznej
odbywały się dwa razy w tygodniu i trwały pół godziny. Teoretycznie
miały być poświęcone omawianiu problemów na oddziale, lecz w praktyce
sesje były nudne i nie dotykały żadnych głębszych spraw. Raz w tygodniu
terapeutka rekreacyjna prowadziła krótkie spotkanie społeczności,
podczas którego wraz z pacjentami planowała działania na cały tydzień.
Oddział B oferował możliwość udziału w grupowych zajęciach
psychoterapeutycznych prowadzonych przez dwóch psychiatrów rezydentów
oraz pielęgniarkę psychiatryczną. Spotkania odbywały się dwa razy w tygodniu i trwały 45 minut, a prowadzący wybierali do udziału w nich
najlepiej funkcjonujących pacjentów oddziału (mniej więcej ośmiu spośród
dwudziestu dwóch hospitalizowanych). Na oddziale funkcjonowały też inne
grupy:
Dwa spotkania społeczności tygodniowo: jedno prowadzone przez starszego
rezydenta, a drugie przez przełożoną pielęgniarek.
Grupa wielorodzinna: 45 minut, raz w tygodniu, mała frekwencja.
Grupa "umiejętności społecznych": 45 minut, raz w tygodniu, dla
pacjentów przed wypisem ze szpitala, prowadzona przez dwie dyplomowane
pielęgniarki (treść i przebieg tych spotkań były nie do odróżnienia od
tych z grupy psychoterapeutycznej odbywającej się dwa razy w tygodniu).
Grupa arteterapii: godzina, trzy razy w tygodniu, prowadzona przez
specjalnie zatrudnianego w tym celu specjalistę.
Grupa "życia codziennego": trzy razy w tygodniu, prowadzona przez
terapeutów zajęciowych i techników psychiatrycznych, którzy uczyli
przewlekle chorych podstawowych umiejętności, takich jak gotowanie i dbałość o wygląd.
Grupa "edukacji na temat działania leków": godzina, raz w tygodniu,
prowadzona przez pielęgniarki, które udzielały informacji na temat
działania i skutków ubocznych leków oraz pomagały pacjentom w wyrażaniu
obaw związanych z przyjmowaniem farmaceutyków.
Na oddziale C losowo podzielono 24 pacjentów na dwa zespoły. Pacjenci
z każdego z zespołów spotykali się dwa razy w tygodniu na 45 minut w ramach grupy psychoterapeutycznej prowadzonej przez dwóch rezydentów
psychiatrycznych i pielęgniarkę psychiatryczną. Dyrektor medyczny
oddziału C bardzo cenił programy grupowe i zatrudniał w swoim zespole
pięciu pełnoetatowych specjalistów w zakresie zdrowia psychicznego,
zainteresowanych prowadzeniem grup (muzykoterapeutę, arteterapeutę,
terapeutę tańcem, terapeutę rekreacyjnego i zajęciowego). Dyrektor
ustanowił na oddziale etos równości interdyscyplinarnej w tym znaczeniu,
że wszyscy członkowie personelu zostali przeszkoleni jako terapeuci, a poszczególne role uznawano za wymienne, jeśli nie liczyć obowiązków
lekarzy i pielęgniarek w zakresie przepisywania i wydawania leków.
Oprócz odbywającej się dwa razy w tygodniu terapii grupowej we
wspomnianych zespołach, na oddziale organizowano wiele innych grup:
Grupa wielorodzinna: raz w tygodniu.
Grupa wyznaczania celów: godzina, dwa razy w tygodniu; wszyscy pacjenci
z zespołu spotykali się, aby wyznaczyć sobie osobiste cele na bieżący
tydzień.
Spotkanie społeczności terapeutycznej: 45 minut, raz w tygodniu.
Grupa umiejętności społecznych: raz w tygodniu, z naciskiem na wygląd
zewnętrzny i rozmowę.
Grupa terapii tańcem: dwa razy w tygodniu.
Grupa muzykoterapeutyczna: dwa razy w tygodniu.
Grupa ogrodnicza: raz w tygodniu, prowadzona przez terapeutę
zajęciowego, który kładł nacisk na naukę pielęgnowania roślin.
Grupa terapii relaksacyjnej: dla wybranych pacjentów niepsychotycznych.
Grupa arteterapeutyczna: dwa razy w tygodniu.
Grupa "edukacji dotyczącej działania leków": raz w tygodniu.
Wybrałem te oddziały, ponieważ pod wieloma względami dzielą je daleko
idące różnice. Mam na myśli prestiż, jakim cieszy się w nich terapia
grupowa, określenie roli dyscyplin zawodowych oraz, a nawet przede
wszystkim, liczbę i rodzaj oferowanych grup terapeutycznych. Żaden z tych oddziałów nie jest jednak typowy: każdy przeze mnie odwiedzony miał
własny, unikatowy program terapii grupowych i właściwe tylko jemu
obyczaje personelu decydujące o sposobie prowadzenia zajęć.
Biorąc pod uwagę szeroki, a niekiedy wręcz oszałamiający zakres
programów stacjonarnej terapii grupowej, musiałem dokonać selekcji
najbardziej palących kwestii, by móc systematycznie je przeanalizować w kontekście różnych podejść do leczenia. Omawiając je, odniosę się do
kilku decyzji, które każdy oddział powinien podjąć w kwestii grup.
Dotyczą one prestiżu terapii grupowej, składu grup, częstotliwości
spotkań, osób prowadzących oraz celu grupy.
Prestiż stacjonarnej terapii grupowej
Znane mi oddziały znacznie różnią się pod względem prestiżu
przypisywanego programom terapii grupowej. Na jednym skraju spektrum
znajdował się oddział, którego dyrektor medyczny osobiście prowadził
jedną z grup, nadzorował przebieg innych sesji i uczestniczył w cotygodniowym spotkaniu personelu zwoływanym z myślą o wymianie
doświadczeń. Na przeciwnym skraju zaś był wspomniany wcześniej oddział,
którego dyrektor medyczny, psychofarmakolog, zlikwidował program
grupowy, co poniekąd zmusiło pielęgniarki do prowadzenia wieczornych
spotkań terapeutycznych po kryjomu.
Jeśli władze placówki uznają program grupowy za mało istotny albo wręcz
antyterapeutyczny, prawdopodobieństwo, że terapia grupowa okaże się
skuteczną metodą leczenia, jest bardzo nikłe. Żaden terapeuta prowadzący
zajęcia stacjonarne nie będzie efektywny, jeśli pozostali członkowie
zespołu terapeutycznego na oddziale dewaluują terapię grupową.
Sceptycyzm personelu inicjuje proces potocznie zwany samospełniającą się
przepowiednią, który mimowolnie skłania członków zespołu do działań
skutkujących urzeczywistnieniem panujących przekonań. W sposób jawny lub
pośredni komunikują oni swoje odczucia społeczności pacjentów i niekorzystnie wpływają na ich nastawienie do terapii grupowej.
Nieprzychylne nastawienie zaś utrudnia psychoterapię: w wielu badaniach
pokazano, że im mocniej pacjent początkowo wierzy w skuteczność terapii,
tym lepszy jest jej ostateczny rezultat [C]. W przypadku terapii
grupowej niekorzystne następstwa nieprzychylnego nastawienia są ponadto
silniejsze niż w terapii indywidualnej, w grę wchodzi bowiem tak zwany
efekt zarażenia (ang. contagion effect). Odczucia niektórych
sceptycznie lub negatywnie nastawionych do terapii członków grupy szybko
udzielają się innym; ponadto osoby te stają się "krzewicielami
obowiązującej kultury" i skutecznie demotywują nowych pacjentów.
Taki oddział łatwo rozpoznać. Spotkania grup odbywają się na nim rzadko
i trwają krótko; terapeuci indywidualni niejednokrotnie wchodzą na
zajęcia grupowe i "wywołują" z nich swoich pacjentów; personel ima się
różnych sposobów, by anulować spotkania; grupy są prowadzone przez osoby
niewykwalifikowane i nieprzeszkolone, często bez superwizji; grupy są
uznawane za wypełniacze czasu; personel jest niedoinformowany na temat
różnych typów grup, a niekiedy otwarcie z nich szydzi; grupy mogą pełnić
różne funkcje (na przykład służyć dyskusji, rozwijaniu umiejętności lub
planowaniu życia po wypisie), ale nie są uważane za
"psychoterapeutyczne". Co więcej, prowadzącym grupy niekiedy wprost
zabrania się prowadzenia "psychoterapii".
Pewien dyrektor medyczny, którego zapytałem o program terapii grupowej
na jego oddziale, odparł, że grupy terapeutyczne spotykają się
codziennie. Wkrótce okazało się jednak, że tak naprawdę miał na myśli
dwa spotkania małych grup terapeutycznych tygodniowo, dwa półgodzinne
spotkania społeczności tygodniowo i odbywające się raz w tygodniu
spotkanie przeznaczone na planowanie zajęć, na którym pacjenci
decydowali o swoich zamierzeniach na najbliższy tydzień (ów dyrektor
uważał wszystkie te grupy za terapeutyczne). "Jest też wiele innych,
mieszanych grup, prowadzonych przez pielęgniarki, terapeutów zajęciowych
i tancerzy, ale kto by je tam nazywał terapeutycznymi" -?dodał.
Wyraźną oznaką braku poszanowania dla terapii grupowej jest wspomniane
wywoływanie poszczególnych pacjentów z sesji terapii grupowej. Niektóre
oddziały prywatne są zarządzane głównie przez lekarzy mających
indywidualne praktyki, którzy umieszczają na nich swoich pacjentów. To
oni decydują, czy ich pacjenci mogą uczęszczać na organizowane w ramach
oddziału spotkania terapeutyczne. Jeśli lekarz przyjdzie na oddział, by
zobaczyć się z pacjentem, który akurat uczestniczy w terapii grupowej,
poprosi go o natychmiastowe opuszczenie zajęć bez względu na to, jak
będzie to zaburzające dla innych uczestników. Komunikat, jaki w związku
z tym trafia do pacjentów, jest aż nadto oczywisty: spotkania to miła
rzecz, o ile nie kolidują z terapią. Wiara pacjenta w terapię grupową i prowadzących -?niezbędna, aby można było liczyć na pozytywne rezultaty -
zostaje podważona, a przeświadczenie o nieskuteczności terapii grupowej
szybko się urzeczywistnia.
Na innych oddziałach -?takich jak opisany wcześniej oddział C -?ceni się
terapię grupową i opiera na niej cały program leczenia. Wszyscy
przyjmujący pacjentów lekarze mają świadomość, że ich podopieczni
automatycznie trafią do oddziałowego programu terapii grupowej, do
którego należy odpowiednio dopasować pory terapii indywidualnej.
Szczególnie niezadowalające podejście można zaobserwować w niektórych
szpitalach prywatnych, gdzie duża liczba pacjentów jest przyjmowana
przez kilku psychiatrów prowadzących własne praktyki. Każdy przyjmujący
psychiatra prowadzi grupę składającą się tylko ze swoich pacjentów
przebywających na oddziale albo zatrudnia do jej prowadzenia innego
specjalistę w dziedzinie zdrowia psychicznego (często jest to
przeszkolony pracownik socjalny). Podejście to przedkłada interes
wybranych pacjentów ponad dobro całej społeczności i zakłóca działanie
dowolnego innego programu obejmującego cały oddział. Co więcej, ponieważ
może istnieć kilka grup prowadzonych przez różne osoby, które są
zwoływane w porach pasujących terapeucie, personel pielęgniarski ze
względów logistycznych nie jest w stanie zorganizować programu
obejmującego wszystkich członków oddziału.
Skład stacjonarnej grupy terapeutycznej
Jeśli chodzi o skład grupy, na oddziałach psychiatrycznych stosuje się
dwa zasadnicze podejścia. Na niektórych oddziałach (takich jak opisane
wcześniej A i B) dominuje model oparty na poziomach funkcjonowania, w którym relatywnie dobrze funkcjonujący pacjenci są przypisywani do grupy
"wyższego poziomu", a pacjenci psychotyczni i w stanie względnej
regresji trafiają do grupy "niższego poziomu".
Na innych oddziałach (przykładem jest wspomniany oddział C) stosuje się
model zespołowy. W modelu tym oddział jest dzielony na dwa lub trzy
zespoły, do których rotacyjnie są przydzielani wszyscy nowo przyjęci
chorzy, a każdy z takich zespołów spotyka się jako grupa terapeutyczna.
Utworzone w ten sposób grupy zawsze są bardzo niejednorodne i obejmują
pacjentów na wszystkich poziomach funkcjonowania, od psychotycznych w chronicznej regresji do stosunkowo dobrze zintegrowanych, lecz
przechodzących poważny życiowy kryzys.
Każde z tych podejść do składu grupy terapeutycznej -?czyli oparte na
poziomach i na zespole -?ma zalety i wady. Skuteczne programy powinny
czerpać korzyści z obu tych rozwiązań, o czym będzie mowa w następnym
rozdziale.
Częstotliwość spotkań
Szybka rotacja pacjentów stanowi poważny problem w programach terapii
grupowej na każdym ostrym oddziale. Terapeuta prowadzący, który chce
osiągnąć w grupie choćby względną stabilność, ma moim zdaniem tylko
jedno wyjście: organizować spotkania terapeutyczne jak najczęściej. Przy
założeniu, że średni czas pobytu na dwudziestołóżkowym oddziale wynosi
od jednego do dwóch tygodni, skład grupy, która spotyka się tylko dwa
razy w tygodniu, będzie, rzecz jasna, znacząco zmieniał się za każdym
razem. W grupie spotykającej się codziennie także oczywiście zachodzi
rotacja, lecz na kolejnym spotkaniu zawsze pojawia się wystarczająco
wielu uczestników poprzedniego, by zapewnić grupie jakąś ciągłość (także
i ten temat rozwinąłem w następnym rozdziale).
Codzienne spotkania "oficjalnej" grupy psychoterapeutycznej odbywają się
jednak tylko na nielicznych oddziałach. Standardową praktyką jest
organizowanie dla głównej grupy dwóch, najwyżej trzech spotkań
tygodniowo. Grupy specjalistyczne (na razie będę używał tego ogólnego
terminu w odniesieniu do całej gamy zajęć alternatywnych) spotykają się
średnio raz lub dwa razy w tygodniu.
Dlaczego sesje grup psychoterapeutycznych są tak rzadkie?
Administratorzy oddziałów podają kilka powodów, lecz żaden nie brzmi dla
mnie przekonująco. W niektórych placówkach usłyszałem na przykład, że
nie są one w stanie organizować spotkań częściej niż dwa razy w tygodniu, ponieważ rotacyjny harmonogram zmian uniemożliwia
współprowadzącym grupy pielęgniarkom na tyle regularną pracę na dziennej
zmianie, by mogły one częściej uczestniczyć w zajęciach (dla odmiany na
innych oddziałach bez większych trudności wyznacza się członków
personelu do kierowania grupą przez ograniczony czas -?na przykład dwa
do trzech miesięcy -?i w ciągu tego okresu przydziela się im wyłącznie
dzienne zmiany). Niektóre oddziały, mające drastyczne braki personalne,
zgłaszają, że nie mogą oferować częstszych spotkań grupowych z powodu
niedoboru ludzi i obciążenia pielęgniarek pracą4. Choć na
zatłoczonym oddziale, na którym "nie zamykają się drzwi", istotnie może
dochodzić do poważnych zawirowań w harmonogramie, wydaje się, że głównym
wyznacznikiem częstotliwości spotkań jest nastawienie do terapii
grupowej. Jeśli główni klinicyści na oddziale cenią sobie i popierają tę
formę terapii, to -?rzecz zadziwiająca! -?na pozór nierozwiązywalne
problemy z grafikiem nagle znikają, a wymagania związane z terapiami
indywidualnymi oraz harmonogramy pacjentów, pielęgniarek i rezydentów
udaje się bez większego trudu dopasować do planu spotkań terapii
grupowej. Ponadto, choć często sugeruje się obecność współprowadzącego
na zajęciach, w niektórych placówkach okazało się, że rola ta nie musi
być koniecznie obsadzona. Dobrze wyszkolony prowadzący w większości
przypadków zadowalająco radzi sobie w pojedynkę. Na tym spośród
odwiedzonych przeze mnie oddziałów, który trapiły najdotkliwsze braki
kadrowe, tradycyjna terapia grupowa odbywała się tylko raz w tygodniu,
lecz za umiarkowaną stawkę zatrudniono w nim dochodzącego konsultanta,
który prowadził wieczorną grupę przez cztery pozostałe dni tygodnia.
W niektórych przypadkach żadna konkretna grupa nie spotyka się
dostatecznie często, ponieważ zbyt wielu członków personelu ubiega się o możliwość prowadzenia własnych zajęć grupowych. Zgodnie z tym, o czym
będzie mowa w następnym rozdziale, rywalizacja interdyscyplinarna
niejednokrotnie przemienia się w walkę o wyszarpnięcie własnego kawałka
terapeutycznego tortu. Gwoli uratowania dumy zawodowej dla każdej
dyscypliny rezerwuje się więc miejsce w tygodniowym planie zajęć
grupowych, to zaś może skutkować uczestnictwem pacjentów w wielu
specjalistycznych grupach, jakie wymieniłem wcześniej. Na niektórych
oddziałach odbywają się nawet trzy spotkania grupowe dziennie, ale
ponieważ żadna grupa nie spotyka się częściej niż raz lub dwa razy w tygodniu, doświadczenia wynoszone z nich przez pacjentów dalekie są od
spójności i ciągłości. Tego rodzaju harmonogram ma na celu zaspokojenie
głównie potrzeb personelu, a nie podopiecznych. Pomimo swej
intensywności taki program może być wręcz antyterapeutyczny: sprzyja
rozproszeniu raczej niż integracji, a pacjentom zdezorganizowanym nie
zapewnia potrzebnych ram działania.
Uważam ponadto, że kolejnym powodem niewystarczająco częstych spotkań
grup stacjonarnych jest niepewność terapeutów co do sposobu kierowania
nimi. Ze względu na brak jednolitych i powszechnie akceptowanych zasad
prowadzenia stacjonarnej terapii grupowej liderzy nie przechodzą
odpowiedniego szkolenia. W rezultacie stosują oni nieskuteczne modele
postępowania bądź starają się na własną rękę opracować podejście de
novo. Tak czy inaczej, terapeuci prowadzący spotkania małych grup
stacjonarnych są w przeważającej części zagubieni i nieefektywni. Brak
racjonalnych wytycznych doskwiera terapeutom w nie mniejszym stopniu niż
pacjentom; nawet ci, którzy byliby skłonni prowadzić grupy stacjonarne,
czują się niepewni i zniechęceni. Ze względu na ambiwalentne odczucia
prowadzą spotkania rzadziej, niż byłoby to możliwe, przez co kierowanie
grupą staje się niestety jeszcze trudniejsze.
Kierowanie grupą
Odpowiedź na pytanie o osoby kierujące małą grupą pacjentów w ramach
terapii stacjonarnej jest złożona. Zacznę od tego, że kwestia
przywództwa często staje się zwierciadłem ukazującym liczne konflikty
personelu. Prowadzący stacjonarną terapię grupową rekrutują się z wielu
różnych dyscyplin. Są wśród nich pielęgniarki psychiatryczne, technicy
psychiatryczni, psychiatrzy, psychologowie, pracownicy socjalni po
przeszkoleniu psychiatrycznym, terapeuci zajęciowi, kapelani szpitalni,
specjaliści w obszarze terapii rekreacyjnej, terapeuci ruchowi,
terapeuci tańcem, arteterapeuci oraz studenci wszystkich tych kierunków.
Najczęściej jednak grupy są prowadzone przez pielęgniarki
psychiatryczne, najrzadziej zaś przez psychiatrów (choć na mniej więcej
co drugim ostrym oddziale w amerykańskich klinikach uniwersyteckich
funkcjonują grupy prowadzone przez rezydentów psychiatrii).
Istnieją ogromne różnice w nastawieniu do roli poszczególnych dyscyplin
zawodowych. Na przykład na oddziale C granice między specjalnościami
zatarły się zupełnie, a cały personel pełnił funkcję psychoterapeutów.
Na przeciwległym biegunie znajdował się oddział A, gdzie otwarcie
zarządzono, że terapii nie może prowadzić nikt oprócz psychiatry oraz
ewentualnie pracownika socjalnego ze znajomością psychiatrii (jak już
wspomniałem, terapeutka zajęciowa pracująca na oddziale A została
zwolniona).
Debata na temat prowadzenia grup często przemienia się więc w dyskusję o władzy, prestiżu i obszarze specjalizacji zawodowej, a nie o kompetencjach lidera. Sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że bardzo
nieliczne (jeśli w ogóle jakieś) programy specjalizacji zawodowych
obejmują bezpośrednie szkolenia w zakresie terapii grupowej, a właściwie
żaden nie porusza kwestii psychoterapii grupowej w warunkach oddziału
szpitalnego.
Rywalizacja między dyscyplinami pociąga za sobą liczne reperkusje dla
programu stacjonarnej terapii grupowej jako całości. Zasadniczo
członkowie personelu wolą prowadzić grupy i cieszyć się prestiżem
"terapeuty" oraz zadowoleniem płynącym ze skutecznego pomagania
pacjentom w szybkim powrocie do zdrowia, niż angażować się w mniej
satysfakcjonujące role, polegające na wypełnianiu czasu pacjentów czy
przyziemnych zadaniach administracyjnych. Decyzje o liczebności, rodzaju
i częstotliwości spotkań często są podejmowane tak, by nie poirytować
personelu, a nie pod kątem największych korzyści dla pacjenta. Zdarzyło
mi się widzieć grupy prowadzone przez czterech albo i pięciu
specjalistów, których zwerbowano nie dlatego, że większa liczba
prowadzących przekłada się na lepszą skuteczność (w rzeczywistości
często jest na odwrót), lecz po to, by udobruchać przedstawicieli
wszystkich dyscyplin. Jak już wspomniałem, ten sam mechanizm odpowiada
za politykę utrzymywania dużej liczby grup specjalistycznych,
wypierających codzienne spotkania jednej, podstawowej grupy
terapeutycznej. Tego rodzaju rywalizacja zawodowa niejednokrotnie
przynosi skutki odwrotne do zamierzonych. Przy tak wielu typach grup
prowadzonych przez różne osoby często nie ma wspólnego forum wymiany
doświadczeń, które pozwoliłoby prowadzącym na przekazywanie personelowi
cennych informacji na temat wydarzeń na zajęciach. Członkowie personelu
z kolei mogą przejawiać niewielkie zainteresowanie niektórymi rodzajami
grup, prowadzonymi przez przedstawicieli innych dyscyplin, a nawet nie
mieć do nich większego szacunku. Zadziwiające, jak niewiele na ogół
wiedzą o doświadczeniach terapeutycznych pacjenta wynoszonych z różnych
grup na oddziale pracownicy, którzy uczestniczą w życiu oddziału
właściwie bez przerwy (na przykład pełnoetatowe pielęgniarki czy
oddziałowy psychiatra). Ta swoista ignorancja prowadzi do przerwania
komunikacji między personelem pielęgniarskim, medycznym i psychiatrą
przyjmującym.
Oficjalna nazwa grupy często nie odzwierciedla charakteru jej zajęć. Na
przykład na jednym z oddziałów funkcjonowała formalna grupa
psychoterapeutyczna, która spotykała się tylko raz w tygodniu, ale
oprócz tego trzy razy w tygodniu organizowano wieczorne spotkania
terapii tańcem, prowadzone przez specjalistkę w tej dziedzinie,
zatrudnioną wyłącznie na potrzeby tych zajęć. Gdy udałem się na jedno z tych spotkań i porozmawiałem z pacjentami o ich doświadczeniach, okazało
się, że nazywanie tej grupy "terapią tańcem" jest zupełnie nietrafione;
w rzeczywistości spotkania miały intensywny (i skuteczny) charakter
psychoterapeutyczny, a prowadząca jedynie sporadycznie sięgała po
techniki ruchowe (w postaci krótkich ćwiczeń niewerbalnych lub Gestalt).
Znaczna większość lepiej funkcjonujących pacjentów oddziału uczęszczała
na zajęcia tej grupy i bardzo je chwaliła. Prowadzącą była terapeutka
bez formalnego przeszkolenia w zakresie psychoterapii, lecz niezwykle
uzdolniona w tym kierunku i mająca ponad piętnaście lat doświadczenia w terapii grupowej. Niezależnie od tego, jak cenne dla pacjentów były te
spotkania, znaczna część płynących z nich potencjalnych korzyści
przepadała wskutek braku jakiegokolwiek ustalonego kanału komunikacji
między terapeutką (przychodziła na oddział tylko na te trzy wieczorne
spotkania) a etatowym personelem oraz psychoterapeutami prowadzącymi
indywidualną psychoterapię z poszczególnymi pacjentami.
Brak zrozumienia albo szacunku dla grup prowadzonych przez
przedstawicieli innych dyscyplin prowadzi do głębokich nieporozumień i nieufności. Pod koniec wizyty na jednym oddziale, w trakcie której
miałem sposobność uczestniczyć w wielu sesjach grupowych i poprowadzić
seminarium, rozmawiałem ze studentką terapii zajęciowej, która z goryczą
zauważyła, że terapeutka prowadząca psychogimnastykę -?jej zdaniem
najważniejsza spośród prowadzących grupy na tym oddziale -?nie była
szanowana przez personel na tyle, by trafić na listę osób, z którymi
mógłbym przeprowadzić wywiad albo którą mógłbym zaprosić na moje
seminarium. Wcześniej, gdy pytałem o sposób prowadzenia wieczornych
sesji terapii ruchowej, które odbywały się dwa razy w tygodniu, personel
pielęgniarski określał go szyderczymi epitetami, mówiąc o "dotykaniu się
i ckliwych słówkach", "dziwaczności" i rozbuchanych potrzebach. Cennym
źródłem informacji na temat grupy okazał się dziennik prowadzony przez
wspomnianą studentkę, która przyglądała się tym zajęciom. Owszem,
zdarzało się, że prowadząca prosiła o wykonanie ćwiczenia typu
"kontrolowany upadek"5 lub "grupowy uścisk", lecz poza tym
kładła jedynie niewielki nacisk na kontakt fizyczny. Mimo to reszta
personelu podchwyciła ów szczegół i wykorzystywała go do dyskredytowania
grupy. Ten rodzaj krytyki jest oczywiście niewinny jedynie z pozoru; tak
celowo, jak i mimowolnie członkowie personelu przekazują bowiem
pacjentom negatywne odczucia dotyczące sesji grupowych, przez co
spotkania te stają się mniej skuteczne.
Głęboko ubolewam, że w wielu klinikach uniwersyteckich, nie wyłączając
tych, które mogą się poszczycić jednymi z najlepszych w kraju programami
specjalizacji z psychiatrii, rezydenci z tej dziedziny często nie
prowadzą grup. Autorzy programu specjalizacji i rezydentur wymieniają
kilka przyczyn tego problemu. W jednej z czołowych placówek
psychiatrycznych każdy rezydent miał na oddziale siedmiu pacjentów oraz
obowiązki administracyjne. Rezydenci pracowali nawet 12-14 godzin
dziennie i dyrektor medyczny orzekł, że po prostu nie mają już czasu na
prowadzenie zajęć grupowych. Wspomniałem wcześniej, że dyrektor medyczny
oddziału A stwierdził, iż nie dysponuje przeszkolonymi superwizorami i dlatego jego rezydenci nie organizują żadnych sesji grupowych. Dyrektor
innego szpitala akademickiego powiedział, że dawniej rezydenci
psychiatrii prowadzili zajęcia grupowe, lecz uniemożliwił im to spadek
efektywności związany ze zmieniającym się profilem pacjentów szpitala
oraz skróceniem czasu hospitalizacji. Superwizorzy uznali za niezbędny
środek dydaktyczny nieustanne przypominanie rezydentom, że gdyby
prowadzili oni "grupy terapeutyczne z prawdziwego zdarzenia", mogliby
przyjąć inną strategię postępowania. Najwyraźniej wiele osób nadal nie
rozumie realiów funkcjonowania klinik lub się z nimi nie godzi. Choć
szybka rotacja uczestników zajęć grupowych niewątpliwie nie stwarza
idealnych warunków do poznawania zjawisk zachodzących w tego rodzaju
grupach, stanowi ona obecnie niepodważalny fakt dotyczący oddziałów
szpitalnych, który przypuszczalnie nie zmieni się w najbliższym czasie.
Bez względu na przyczynę brak szkoleń z zakresu terapii grupowej w ramach rezydentury z psychiatrii ma poważne następstwa. Kierownikiem
administracyjnym oddziału prawie zawsze jest bowiem psychiatra i dopóki
edukacja psychiatryczna nie będzie obejmowała szkolenia w dziedzinie
terapii grupowej, dopóty będzie się utrwalać obecna, godna ubolewania
sytuacja, w której oddziałami szpitalnymi kierują specjaliści
niewspierający programów terapii grupowej i niemający wiedzy na ten
temat.
Pielęgniarki psychiatryczne -?przedstawicielki (w zdecydowanej
większości są to kobiety) tej dziedziny ochrony zdrowia psychicznego, z której najczęściej rekrutują się prowadzący -?mają mieszane uczucia co
do kierowania grupami. Przede wszystkim wiele z nich nie przeszło
formalnego szkolenia z terapii grupowej, wobec tego czują się
niekompetentne i niepewne w tej roli. Nawet jeśli lubią prowadzić
zajęcia grupowe i doceniają tego rodzaju "zlecenia" od lekarza, mają
dojmującą świadomość, iż są proszone o kierowanie grupami głównie
dlatego, że psychiatra nie uznaje tej formy terapii za szczególnie
wartościową.
Ponieważ sytuacja, w której pielęgniarki ponoszą główną odpowiedzialność
za prowadzenie stacjonarnych sesji grupowych, utrzymuje się w USA już od
dwóch dekad, w naturalny sposób zaczęły one uznawać programy tego
rodzaju za własne. W ostatnich latach doszło nawet do napięć związanych
z napływem innych specjalistów zajmujących się zdrowiem psychicznym
(terapeutów rekreacyjnych, zajęciowych czy ruchowych), którzy również
chcą prowadzić grupy terapeutyczne. Jedno z niefortunnych następstw tej
rywalizacji polega na tym, że prowadzący, którzy powinni znaleźć się pod
opieką superwizora, niechętnie wyrażają taką potrzebę; tak bardzo
obawiają się zastąpienia przez innego specjalistę, że wolą nie mówić
otwarcie o swoich potrzebach czy wątpliwościach.
Wiele pielęgniarek psychiatrycznych zostało wykwalifikowanymi
terapeutkami dzięki doświadczeniu zebranemu w trakcie długoletniego
prowadzenia grup stacjonarnych. To także rodzi problemy: niektóre
pielęgniarki mają żal, że pomimo ich umiejętności terapeutycznych nie
cieszą się takim szacunkiem i nie mogą liczyć na takie same korzyści
materialne jak dyplomowani przedstawiciele dyscyplin
psychoterapeutycznych. Nie dziwi też ich poirytowanie trafiającymi na
oddział co pół roku lub co rok nowymi rezydentami psychiatrii, którzy
czują się zbyt zagrożeni wiedzą pielęgniarek, by skorzystać z okazji do
nauki pod ich skrzydłami. Napięcie między rezydentami psychiatrii
pierwszego roku a kompetentnymi pielęgniarkami psychiatrycznymi jest na
stałe wpisane w obraz każdego oddziału psychiatrycznego kliniki
uniwersyteckiej.
Szczególnie niezdrowe relacje tego rodzaju zaobserwowałem w niektórych
szpitalach z dużym udziałem pracowników mających prywatne praktyki.
Zdecydowana większość pacjentów hospitalizowanych na tamtejszych
oddziałach (głównie w celu leczenia zaburzeń somatycznych lub
zastosowania farmakoterapii) trafia tam za sprawą kilku lekarzy
prywatnych, mających doświadczenie w pracy klinicznej. Lekarze ci nie
zezwalają na prowadzenie grup pielęgniarkom, tylko wyznaczają kogoś (na
dwóch odwiedzonych przeze mnie oddziałach tym kimś był kapelan
szpitalny, a na dwóch innych terapeuta par i rodzin), kto niewątpliwie
ma dobre intencje, lecz nie został przeszkolony w zakresie prowadzenia
terapii grupowej. Mechanizm ten stanowi odzwierciedlenie napięć między
pielęgniarkami a lekarzami i jednocześnie je podsyca. Personel
pielęgniarski czuje się poirytowany, pokrzywdzony i niedoceniony; jego
członkowie otwarcie wyrażają opinię, że lekarze prywatni są tak zaborczy
względem swoich pacjentów i do tego stopnia niechętni perspektywie
podzielenia się nimi z innymi psychoterapeutami (a może nawet utraty
części z nich), że zatrudniają w roli terapeuty grupowego osobę tak
niedoświadczoną, by nie zagrażała im ona osobiście.
Mógłbym ciągnąć przykre historie na temat niezadowalającej opieki
medycznej, będącej następstwem opisanych zjawisk, lecz moim zdaniem
sprawa jest już oczywista: rywalizacja interdyscyplinarna szkodzi opiece
nad pacjentem, a wokół kwestii "własności" małych grup terapeutycznych
dochodzi do zawodowych napięć. Wyznaczenie roli prowadzącego wymaga
delikatności, ponieważ, jak już podkreślałem, mała grupa
hospitalizowanych pacjentów nie jest samotną wyspą, lecz częścią
złożonego i powiązanego wieloma zależnościami archipelagu.
Czym zajmuje się stacjonarna terapia grupowa
Dyskusję na temat celów spotkań grupowych we współczesnej praktyce
terapeutycznej najlepiej rozpocząć od komentarza na temat tego, czego
się nie robi. Żadna spośród wielu stacjonarnych grup terapeutycznych,
jakim się przyglądałem, nie skupiała się na interakcji; grupy te nie
funkcjonowały zgodnie z regułą tu-i-teraz. Zgodnie z tym, co obszernie
omówiłem w rozdziale 3, wierzę, że warunkiem sine qua non skutecznej
terapii grupowej jest priorytetowe potraktowanie interakcji. We
wszystkich grupach -?nawet jeśli składają się one z psychotycznych,
chaotycznych pacjentów -?należy pomagać uczestnikom we wchodzeniu w interakcje między sobą, analizować te interakcje oraz dokonywać
uogólnień na ich podstawie.
Starania tych terapeutów, którzy nie wiedzą, jak korzystać z interakcji
grupowych (lub nie chcą tego robić), często kończą się spektakularnym
fiaskiem. Wielokrotnie przyglądałem się spotkaniom, na których
prowadzący bezskutecznie starał się nakierować grupę na efektywne
działania. Terapeuta grupowy, który z dowolnego powodu nie koncentruje
się na wzajemnych relacjach uczestników sesji, ma jeszcze tylko dwie
inne zasadnicze możliwości: podejście tam-i-wtedy oraz ukierunkowanie na
wspólny temat. Oba te wyjścia mają poważne wady.
Terapeuta, który skupia się na problematyce tam-i-wtedy, może na
przykład badać powody, dla których pacjenci trafili do szpitala, omawiać
najważniejsze problemy życiowe, z jakimi borykają się oni za murami
placówki, albo pytać o skargi i obawy związane z wydarzeniami na
oddziale szpitalnym. Najlepszy potencjalny efekt tego podejścia często
polega na tym, że jeden z pacjentów ujawnia na swój temat coś ważnego,
co budzi akceptację innych pacjentów i zachęca ich do odwzajemnienia się
powiedzeniem czegoś o sobie.
Najczęstszy błąd popełniany przez terapeutów grup, który obserwowałem,
polegał na potraktowaniu opisanej przez pacjenta sytuacji kryzysowej
typu tam-i-wtedy jako problemu do rozwiązania dla grupy. Niemal w każdym
przypadku jest to najgorsze możliwe wyjście. Rzadko się zdarza, aby rady
i sugestie płynące z grupy mogły rozwiązać zewnętrzny problem pacjenta.
Po pierwsze, nakreślony przez niego obraz sytuacji zawsze jest
nieprecyzyjny. Po drugie, pacjent miał dużo czasu na rozważenie różnych
wyjść zarówno samodzielnie, jak i z pomocą indywidualnego terapeuty. W ciągu niecałej godziny i przy niewystarczającej liczbie informacji,
które dodatkowo mogły zostać przeinaczone, szanse grupy na udzielenie
użytecznego wsparcia pacjentowi są niewielkie. Takie podejście właściwie
gwarantuje poczucie niepowodzenia, które działa demotywująco i przyczynia się do utraty wiary członków grupy w jej skuteczność.
Wykorzystywanie małej grupy terapeutycznej do omawiania zażaleń na
działanie oddziału albo kwestii administracyjnych jest nieefektywne.
Przede wszystkim dlatego, że w spotkaniach takich grup niezmiernie
rzadko biorą udział najważniejsze osoby odpowiedzialne za prace
administracyjne, a poza tym prawie zawsze istnieją inne sposoby na
podjęcie tego rodzaju dyskusji -?na przykład jakaś forma spotkania
społeczności oddziału. Jeszcze ważniejsze jest jednak marnowanie cennego
czasu terapeutycznego: przekształcanie spotkania w sesję narzekań albo
spotkanie "biznesowe", które jest na rękę pacjentom niechętnym terapii i stanowi doskonałą okazję do zajmowania się trudną rzeczywistością.
Drugie spośród głównych wyjść wybieranych przez wielu terapeutów
grupowych polega na kierowaniu dyskusji na wspólne tematy. Jeśli na
przykład jeden z pacjentów powie coś o myślach samobójczych,
halucynacjach, stracie, nieufności lub jakiejkolwiek innej kwestii
intra- lub interpersonalnej, terapeuta może zachęcić pozostałych do
aktywnego udziału, pytając o osobiste doświadczenia w tym temacie lub
nastawienie do niego. Podejście to ma kilka wad.
Dyskusje na konkretny temat często nabierają chaotycznego i przeintelektualizowanego charakteru, ponieważ większość pacjentów ma
niewielką motywację do omawiania problemu, który ich nieszczególnie
dotyka. Spotkanie, które powinno być wypełnione pracą merytoryczną i zorientowaną na ludzi, przemienia się w czysto teoretyczny dyskurs.
Ponadto spotkania tematyczne często pozostawiają członków grupy z poczuciem, że choć odbyli interesującą dyskusję, nikomu nie udało się
choć trochę zapanować nad własnymi trudnościami.
Na wielu oddziałach sama nazwa grupy niejako stoi w sprzeczności z efektywnym, interakcyjnym podejściem. Nazwy te często nie mają żadnego
związku z faktycznym celem grupy. Jedna ze znanych mi grup spotykała się
pod hasłem "życiowe decyzje", inna nazywała się "życie rodzinne", a jeszcze inna "podejmowanie decyzji". Nazwy te były używane od wielu lat
i nie odzwierciedlały już rzeczywistych zadań grupy. Przyglądałem się na
przykład spotkaniu grupy "życie rodzinne", w której siedmiu spośród
ośmiu członków było stanu wolnego i mieszkało samotnie.
Wielokrotnie obserwowałem zmagania znakomicie skądinąd wyszkolonych
klinicystów, którzy nie radzili sobie z efektywnym prowadzeniem sesji,
bo nie wiedzieli, jak nakierować uwagę grupy na toczące się w niej
wewnętrzne procesy. Przytoczę przykład. W spotkaniu dziewięciu
pacjentów, prowadzonym przez pielęgniarkę i starszego rezydenta
psychiatrii, dwóch nowych członków grupy już na wstępie zapytało o zasady jej funkcjonowania. Prowadzący, którzy przyjęli skrajnie
niedyrektywną postawę, przekazali to pytanie z powrotem do grupy. Po
chwili jeden z pacjentów, Morris, zaczął mówić o tym, że nie wie, do
czego grupa mogłaby mu się przydać, bo jego problem polega na tym, że
stracił pracę, nie ma pieniędzy, a choć liczył się z każdym groszem,
teraz nie jest już w stanie związać końca z końcem. Morris zawłaszczył
45 z 60 minut sesji, relacjonując historię upadku swojej firmy dwóm
zakłopotanym terapeutom i ośmiu innym pacjentom, z których część zdawała
się zupełnie niezainteresowana tematem, a część okazała się nieczuła na
perypetie mówiącego. Jedyna interwencja terapeutów w trakcie tej sesji
polegała na zachęceniu pozostałych osób borykających się z problemami
finansowymi do powiedzenia czegoś na ten temat.
Terapeuci całkowicie pominęli jednak zasadniczy fakt dotyczący tej
godzinnej terapii grupowej, a mianowicie wpływ Morrisa na pozostałych
uczestników. Morris niczym zdarta płyta godzinami opowiadał o swoich
trudnościach finansowych na innych zajęciach i terapiach. Pacjenci
uważali spędzanie czasu w jego towarzystwie za wyjątkowo irytujące i unikali go zarówno w grupie, jak i na oddziale. Prawdziwym motywem
spotkania, który nie został wyrażony, było odosobnienie Morrisa. Grupa
niewiele mogła poradzić na jego tarapaty finansowe, lecz dałaby radę
zrobić bardzo wiele pod względem pokazania mu, w jaki sposób zniechęca
do siebie ludzi i przyczynia się do własnej izolacji (to prawda, że
opuściła go żona, a dzieci i znajomi trzymali się od niego z daleka,
lecz wbrew jego przekonaniom nie stało się to z powodu niepowodzeń
finansowych, tylko obsesyjnego i nieustannego zaabsorbowania kwestiami
pieniędzy oraz samym sobą, połączonego z niewrażliwością na potrzeby
innych).
Prowadzący tę grupę byli wykwalifikowanymi terapeutami indywidualnymi i podczas sesji w cztery oczy w żadnym przypadku nie pozwoliliby sobie
zmarnować tak dużej ilości cennego czasu, skupiając się na pojedynczym
objawie. Właśnie tak postąpili jednak podczas tej sesji grupowej. Nie
udało się im wykorzystać żadnej z nadarzających się okazji do
interakcji; na przykład do zbadania uczuć wywołanych przez monotonne i zawłaszczające czas dywagacje Morrisa albo do przyjrzenia się powodom
braku zainteresowania pozostałych uczestników oraz narastającej w grupie
złości i frustracji wobec samych terapeutów, którzy nie radzili sobie w roli prowadzących. Raz po raz dostrzegałem cudownie dojrzałe
terapeutyczne owoce, które psuły się na drzewie ze względu na
niezdolność (lub niechęć) terapeutów do skupienia się na interakcji.
Przyjrzyjmy się innemu przykładowi. Podczas dziesiątek stacjonarnych
sesji grupowych, jakie obserwowałem, rzadko zdarzało się, by terapeuta
zwrócił uwagę członków grupy na szczególnie ważne wydarzenie, do jakiego
doszło w czasie tej godziny, a mianowicie moje pojawienie się. Każdy
uczestnik grupy niewątpliwie miał jakieś odczucia wobec nieznajomego
obserwatora. Jakie wizje snuli pacjenci na temat odgrywanej przeze mnie
roli, relacji z terapeutą lub moich zamierzeń w odniesieniu do zebranych
informacji? Wszystkie te pytania zostały przemilczane.
Nie badano także wielu innych ważnych zdarzeń, do jakich dochodziło na
łonie grupy. Znudzeni albo rozdrażnieni uczestnicy wychodzili z sali bez
słowa; wstawali w trakcie spotkania i zmieniali miejsce; przerywali
sobie nawzajem; zasypiali; celowo prowokowali terapeutę; wymieniali się
między sobą uwagami o niestosownie wrogich lub afektywnych podtekstach.
Bagatelizowanie tego rodzaju zdarzeń wprowadza w grupie poczucie
odrealnienia, nieistotności i daremności, zwłaszcza że są sposoby -?i opisałem je w dalszej części tej książki -?na zaczerpnięcie
terapeutycznych korzyści z każdego takiego zjawiska.
Wielu terapeutów nie potrafi skupić się na interakcjach z powodu braku
przeszkolenia w zakresie tradycyjnych metod postępowania w grupie.
Zdolność do ułatwiania komunikacji między uczestnikami i pomagania im w uczeniu się na podstawie obserwowania zachodzących u nich procesów jest
nabytą umiejętnością terapeutyczną, wymagającą szkolenia i superwizji,
które są rzadko dostępne w profesjonalnych programach kształcenia.
Jest jeszcze jeden powód: wielu terapeutów obawia się podejścia
interakcyjnego, ponieważ utożsamiają metodę tu-i-teraz z konfrontacją,
konfliktem, modelem grup T, "gorącym krzesłem" albo podsycaniem emocji.
Jak się wydaje, dotyczy to zwłaszcza dyrektorów programowych dbających o kwestie medyczno-prawne i prowadzenie pełnego rejestru pacjentów (co
wymusza pewien poziom wyczulenia na reputację swojego oddziału w środowisku psychiatrycznym). Z mojego punktu widzenia założenie to jest
błędne, a jeden z głównych celów tej książki polega na pokazaniu, jak
podejście tu-i-teraz może prowadzić do tworzenia wspierającego,
dodającego odwagi i przystępnego środowiska grupowego, które -?ostrożnie
dawkowane -?pozostaje odpowiednie nawet dla pacjentów psychiatrycznych z najostrzejszymi zaburzeniami.
Bez względu na powody terapeuci unikający podejścia interakcyjnego czują
się zagubieni, zdezorientowani i pozbawieni poczucia pewności, którego
można nabrać dzięki posiadaniu jednolitej teorii oraz zbioru opartych na
niej strategii i technik postępowania.
Łącznie wszystkie wymienione czynniki -?niedocenianie terapii grupowej,
nieregularność spotkań, niepewność co do właściwego składu grupy,
rywalizacja zawodowa dotycząca przywództwa oraz brak efektywnego
głównego przedmiotu zainteresowania zajęć -?w dużej mierze ograniczają
potencjalną skuteczność stacjonarnych grup terapeutycznych. Można uznać
za hołd dla potęgi terapii grupowej, że mimo wymienionych utrudnień
format ten nadal okazuje się efektywny.
Skuteczność stacjonarnej psychoterapii grupowej
Debata nad skutecznością
Choć pozycja terapii grupowej jest ugruntowana od czterdziestu lat,
wielu dyrektorów medycznych oddziałów psychiatrycznych w znacznej mierze
kwestionuje skuteczność stacjonarnej psychoterapii grupowej i nie
decyduje się na prowadzenie jej na własnym podwórku. Liczba pacjentów
biorących udział w psychoterapiach grupowych w Stanach Zjednoczonych
jest przypuszczalnie porównywalna do liczby osób leczących się
indywidualnie. Trudno znaleźć środowisko kliniczne -?począwszy od
szerokiej gamy przychodni, przez więzienia, oddziały psychiatryczne dla
przewlekle chorych, medyczne ośrodki psychologiczne, szkoły dla
młodocianych przestępców, kliniki leczenia otyłości, programy rzucania
palenia i tak dalej -?w którym metody grupowe nie udowodniłyby swojej
przydatności. Dlaczego w takim razie w przypadku ostrych oddziałów
psychiatrycznych toczy się fundamentalna debata na temat ich
skuteczności?
Na niektórych oddziałach programy terapii grupowej nie są realizowane ze
względu na specyficzne stanowisko kliniczne kadry zarządzającej.
Formalne programy kształcenia rezydentów psychiatrii czy personelu
pielęgniarskiego rzadko obejmują zajęcia z psychoterapii grupowej, a w zakresie stacjonarnej psychoterapii grupowej -?prawie nigdy. Jeśli
dyrektor medyczny albo koordynator personelu pielęgniarskiego nie
ukończył studiów podyplomowych w obszarze terapii grupowej, to jest
raczej niewielka szansa na to, by którykolwiek z nich przeszedł
szkolenie w tej dziedzinie. Dlatego nie należy oczekiwać, że będą oni
mocno popierali rodzaj terapii, z którym nie są osobiście zaznajomieni.
Tocząca się na innych oddziałach debata na temat skuteczności terapii
grupowej w rzeczywistości dotyczy zupełnie innej kwestii -?obszarów
kompetencji zawodowych. Stacjonarna psychoterapia grupowa od dawna była
w USA domeną zawodu pielęgniarskiego. Co jednak, jeśli dyrektor medyczny
lub psychiatrzy przyjmujący uważają (a często tak jest), że
pielęgniarki, terapeuci zajęciowi i przedstawiciele innych dyscyplin
paramedycznych nie mają kwalifikacji do prowadzenia psychoterapii? W takich przypadkach terapię grupową arbitralnie uznaje się za
nieskuteczną, a jej program zostaje pozbawiony wsparcia lub jest
deprecjonowany.
W debacie pojawiają się też istotne kwestie merytoryczne. Wielu
klinicystów zastanawia się, czy na współczesnych oddziałach szpitalnych
terapia grupowa ma rację bytu. Wskazują szczególnie na dwa kłopotliwe
fakty dotyczące funkcjonowania ostrego oddziału psychiatrycznego: krótki
pobyt pacjentów oraz szeroki zakres psychopatologii (od łagodnych
zaburzeń nerwicowych po rozmaite formy dekompensacji psychotycznej). Jak
w takich warunkach grupy terapeutyczne mogą wykazać swoją skuteczność? -
pytają. W końcu stabilny skład grupy i podobieństwo uczestników pod
względem siły ego zawsze były uważane za warunki wstępne dla rozwoju
spójności grupy i budowania terapeutycznej atmosfery, a jedno i drugie
ma bardzo istotny wpływ na skuteczność psychoterapii.
Argumenty te nie są bezpodstawne. Wkrótce omówię niektóre dowody
przemawiające za tym, że "tradycyjna" terapia grupowa -?paradygmat
leczenia opracowany na potrzeby innych okoliczności klinicznych -?może
rzeczywiście okazać się nieskuteczna w odniesieniu do grup stacjonarnych
w warunkach szpitalnych. Na dzisiejszym ostrym oddziale psychiatrycznym
panują radykalnie inne warunki kliniczne, wymagające równie radykalnej
modyfikacji tradycyjnego podejścia do terapii grupowej. Zadanie jest
trudne, lecz wykonalne. Misją tej książki jest opisanie podejścia
terapeutycznego dostosowanego do nowych uwarunkowań klinicznych.
Jeśli kadra administracyjna oddziału ma zainwestować czas i energię w program terapii grupowej, jej przedstawiciele muszą być przekonani, że
na pytanie o skuteczność psychoterapii grupowej w warunkach
stacjonarnych da się odpowiedzieć twierdząco. Także terapeuci prowadzący
zajęcia grupowe muszą być przeświadczeni o efektywności swojego
podejścia. Wcześniej wspomniałem o dowodach naukowych, które pokazują,
że z im większym przekonaniem pacjent podchodzi do terapii, tym lepszy
jest jej ostateczny rezultat. To samo dotyczy terapeutów: jeśli
prowadzący od samego początku zajęć jest przeświadczony, że proces
terapeutyczny pomoże pacjentowi, to prawdopodobieństwo sukcesu jest
większe. I na odwrót; terapeuci trapieni głębokimi wątpliwościami co do
skuteczności stosowanego podejścia będą postępować w sposób
samoograniczający efektywność ich działań [D].
Chcąc opracować skuteczny program stacjonarnej terapii grupowej, za
punkt wyjścia należy potraktować przekonania personelu. W związku z tym
przedstawię dowody na efektywność tego rodzaju terapii. Ponieważ zgodnie
z założeniami książka ta ma być poradnikiem klinicznym dla praktyków "z pierwszej linii", a nie krytyką i analizą badań, w tym rozdziale
przedstawiłem jedynie zasadnicze wnioski na temat wspomnianej
skuteczności, a omówienie i ocenę metodologii badań przeniosłem do
"Dodatku".
Dowody naukowe
Naukowcy analizujący skuteczność stacjonarnej terapii grupowej stosują
dwie podstawowe strategie metodologiczne: badają związek między rodzajem
programu leczenia stacjonarnego a jego wynikiem oraz zbierają od
pacjentów retrospektywne spostrzeżenia dotyczące wartości takiej
terapii. Pozwolę sobie teraz po kolei omówić wyniki obu tych podejść.
Rodzaj stacjonarnej terapii grupowej a wyniki leczenia
Jak, dochowując wszelkich standardów postępowania naukowego, opracować
badanie pozwalające uzyskać wiarygodne wyznaczniki skuteczności
stacjonarnej terapii grupowej? Można by zbadać wielką liczbę pacjentów
przyjętych na oddział, którzy byliby losowo i strategicznie przydzielani
do różnych typów grup terapeutycznych oraz do grupy kontrolnej, w której
terapia grupowa nie byłaby stosowana. Wszystkie pozostałe aspekty
programu leczenia poszczególnych pacjentów byłyby identyczne. Następnie
należałoby systematycznie i obiektywnie oceniać rezultaty i badać
związki między rodzajem terapii grupowej a jej wynikiem.
Taki projekt badawczy nigdy jednak nie został zrealizowany! I nigdy nie
zostanie. Problemy natury metodologicznej są tak przytłaczające [E],
że stacjonarna terapia grupowa w dzisiejszych oddziałach
psychiatrycznych właściwie nie jest poddawana żadnym rygorystycznym
badaniom. Ponadto, ponieważ placówki te przeszły w ostatnim czasie
daleko idące zmiany, wiele starszych badań nad terapią stacjonarną
zwyczajnie się zdezaktualizowało. W związku z tym musimy zadowalać się
badaniami niedoskonałymi, wadliwymi metodologicznie lub przeprowadzanymi
w odmiennych warunkach klinicznych.
Jeden szczególnie istotny dowód pojawił się zupełnie przypadkowo. Zespół
naukowców [F] zbadał dużą liczbę pacjentów, którzy byli losowo
przyjmowani do placówek opieki krótko- lub długoterminowej. Zamiarem
badaczy było określenie zależności między wynikiem leczenia a czasem
trwania hospitalizacji. Okazało się, że pacjenci przyjmowani na krótki
czas wykazywali znacznie większą poprawę stanu zdrowia w porównaniu z pacjentami hospitalizowanymi długoterminowo.
Naukowcy zaczęli się zastanawiać, czy za większą poprawę stanu pacjentów
odpowiada sama długość pobytu w szpitalu, czy też w grę wchodzą inne
ważne czynniki. Ku swemu zaskoczeniu odkryli, że różnice w polepszeniu
stanu zdrowia między pacjentami hospitalizowanymi krótko- i długoterminowo można prawie w całości wyjaśnić znacznie częstszym
stosowaniem terapii grupowej w odniesieniu do tych pierwszych. Pacjenci
poddawani terapii grupowej, niezależnie od przydziału do placówki opieki
krótko- albo długoterminowej, odnosili większe korzyści dla zdrowia,
zwłaszcza w obszarze umiejętności społecznych, niż ci, którzy nie byli
leczeni w ten sposób.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki