Kości są już rzucone
Narada miała się już ku końcowi. Jako ostatni zabrał głos Churchill:
-?W czasie kiedy toczy się pomiędzy brytyjskimi a niemieckimi siłami
powietrznymi walka ludzi, pilota z pilotem, baterii przeciwlotniczych z samolotami, walka pomiędzy bezlitosnymi bombardowaniami a męstwem ludu
brytyjskiego, inny konflikt rozwija się krok za krokiem, miesiąc za
miesiącem. Jest to wojna tajemna, której wygrane lub przegrane bitwy nie
są znane ogółowi. Gra, którą prowadzimy, jest dla obu stron grą o życie...
Churchill wiedział, co mówi. W tym samym czasie, gdy wygłaszał te słowa,
niemieccy konstruktorzy kończyli pracę nad urządzeniem, które dla armii
niemieckiej miało być kluczem do Wysp Brytyjskich; od niego w wielkiej
mierze miała zależeć inwazja. Praca otoczona była ścisłą tajemnicą -
nawet wysocy oficerowie Oberkommando der Wehrmacht znali jedynie
zaszyfrowaną nazwę: "Knickebein". Dopiero kilka miesięcy później, po jej
zakończeniu, Hitler uznał, że może podjąć operacje będące wstępem do
inwazji. Nadszedł dramatyczny miesiąc sierpień 1940 roku -?początek
bitwy o Wielką Brytanię. A potem wrzesień...
Lotnictwo niemieckie rozpoczęło swoje nocne naloty. Zadymiły ruiny
bombardowanych miast... przepełniły się szpitale... przybyło wiele
nowych mogił... Co noc z pasów startowych lotnisk, położonych w Belgii i w północnej Francji, wzbijały się w powietrze setki samolotów,
pilotowanych przez "wiernych synów Rzeszy Niemieckiej".
Otto von Oldersdorf zaliczał się niewątpliwie do tych najwierniejszych.
Jego starszy brat poległ w pierwszej wojnie światowej pod Verdun. Otto,
jako zawodowy oficer szczątkowej armii niemieckiej w okresie
powersalskim, żył jedynie pragnieniem rewanżu. Wiązało się to z bolesnym
wspomnieniem o bracie, z urażoną dumą narodową junkra, wreszcie z chęcią
zrobienia kariery wojskowej, której w armii republiki weimarskiej nie
mógł oczekiwać. Dlatego stanął po stronie narodowych socjalistów bez
wahania, widząc w Hitlerze nie tylko opatrznościowego wodza narodu
niemieckiego, ale i własnego duchowego przywódcę. Hitler nie zawiódł
jego oczekiwań.
Wszystko to przemknęło bezładnie przez głowę pułkownika von Oldersdorfa,
gdy patrzył na swój zegarek lotniczy z cyframi pokrytymi fosforyzowaną,
świecącą w ciemności masą. Była godzina zero trzydzieści pięć. O godzinie zero dwadzieścia wystartowali. Wsłuchał się w głuche dudnienie
silników. Samolot powinien teraz przelatywać nad wybrzeżem kanału La
Manche, gęsta i czarna warstwa chmur uniemożliwiała jednak obserwację.
Otaczała ich ciemna bezksiężycowa noc i wydawało się, że oprócz nich
samych i wstrząsanej wibracjami silników maszyny nie ma niczego innego
na świecie.
Pułkownik von Oldersdorf nie czuł się jednak samotny, wszystkimi nerwami
odczuwał obecność 199 innych bombowców, które wciąż w równym szyku
dążyły niezmordowanie na północ, nad cel swojego lotu: miasteczko
Bawsdey w hrabstwie Suffolk. 200 potężnych maszyn, 400 ton bomb -?czy
Bawsdey warte jest tego? Oldersdorf zastanawiał się nad tym po raz nie
wiadomo który. Londyn, Birmingham, Liverpool, Glasgow -?duże miasta
portowe, potężne ośrodki przemysłowe, oto cele, na które niewątpliwie
opłacało się dokonywać takich nalotów. Ale miasta te uzbrojone były
świetnie w artylerię przeciwlotniczą, a to nie należało do przyjemności.
O! Pułkownik von Oldersdorf znał dobrze owo uczucie niepokoju, które
towarzyszyło mu zawsze, gdy pojawiały się w pobliżu niewinnie
wyglądające obłoczki rozrywających się pocisków! Nie chorował na spleen,
nie potrzebował silnych wrażeń; wystarczyła mu satysfakcja, jaką
odczuwał, gdy odrywające się od samolotu bomby malały w oczach i kończyły swoją drogę chmurą wybuchu. Tak było nad Warszawą, tak też
powinno być nad Bawsdey, nad tymi wszystkimi małymi miasteczkami
angielskimi, w których robi się części uzbrojenia, amunicję, przyrządy i urządzenia dla potrzeb armii angielskiej. Te małe, niebronione
miasteczka warte są tyle, co guziki; ale gdy odetnie się guziki, ubranie
samo opadnie. Gdy małe i średnie miasteczka zostaną zniszczone, a ludność ich sterroryzowana, Anglia nie potrafi się obronić. Dlatego
właśnie lecą w ciemną wrześniową noc, wiedzeni jedynie jednostajnym
tonem, brzęczącym bez przerwy w słuchawkach radionamiernika.
Myśli pułkownika von Oldersdorfa zwróciły się teraz ku nowemu
urządzeniu. Mimo iż techników traktował z uśmiechem pobłażania i z leciutkim odcieniem wyższości zawodowego wojskowego, w głębi duszy czuł
podziw dla ludzi, dzięki którym cała ta olbrzymia grupa samolotów dążyła
po omacku nad wytknięty cel tak pewnie, jak po równej, oświetlonej
drodze.
Spodobało mu się to porównanie; w gruncie rzeczy najtrafniej oddawało
ideę nowego wynalazku. Dwie stacje nadawały sygnały, które w słuchawkach
składały się na jeden ciągły ton -?jeżeli naturalnie samolot trzymał się
kursu. Jeśli natomiast... O, właśnie w tym momencie w słuchawce pojawił
się przerywany sygnał, to znaczy, że samolot zboczył z kursu, trzeba
wnieść poprawkę... Znów ciągły ton: lecą właściwą trasą.
Czas mijał niepostrzeżenie; byli już nad Anglią. Gdzieś w dole, pod
chmurami, leży Bawsdey. Jego czyste uliczki i małe domki w ogródkach
spowite są w ciemności! Bawsdey śpi, ufne w osłonę czarnej wrześniowej
nocy. Smutne będzie przebudzenie!
W słuchawce pojawił się nowy ton. Najpierw przerywany... Zbliżają się!
Teraz ciągły... Pułkownik wydaje rozkaz. Już! Nacisk na spust wyrzutni
bombowych... Podłużny wrzecionowaty kształt leci w dół... Jeszcze
chwila... Czerwony płomień wybuchu!
I znowu wybuchy! Zdaje się, że to ziemia pęka.
Von Oldersdorf przedstawił sobie dokładnie obraz tego, co się tam
dzieje. Wille i kamieniczki walą się jak domki z kart; gęste tumany pyłu
przesłaniają ogień wybuchających pożarów. Rozlegają się krzyki
oszalałych z przerażenia ludzi; jęki rannych i płacz dzieci towarzyszą
syrenom bezładnie krążących po ulicach karetek pogotowia i wozów straży
ogniowej. Nic z tego! Jutro to miasto będzie już tylko kupą gruzów.
Pułkownik Otto von Oldersdorf sięgnął po ołówek i przekreślił krzyżykiem
kółeczko na mapie. Miasto Bawsdey przestało istnieć.
Raport o "X"
-?Bałwan! -?Feldmarszałek Kesselring najwyraźniej się powtarzał;
asortyment określeń, odnoszących się do stojącego przed nim oficera, był
widać dosyć ograniczony. -?"Wspaniałe zwycięstwo -?przedrzeźniał -?całe
miasto starte z powierzchni ziemi". Czy pan wie, jaki był wynik
pańskiego nalotu? Dwie kury, dosłownie: dwie kury, zabite jakimś
zabłąkanym przypadkowo odłamkiem!
Pułkownik von Oldersdorf stał wyciągnięty jak struna. Był zbyt
zaskoczony, aby móc zebrać myśli i odpowiedzieć coś Kesselringowi. Na
nic by się to zresztą zdało.
-?Siedem dni chodził pan jak paw i opowiadał na prawo i na lewo o swoim
sukcesie. A ja, jak ostatni głupiec, piszę o tym raport do głównej
kwatery. Po to, aby jakiś tam majorzyna mógł mnie poinformować, że
według danych wywiadu wszystkie bomby zrzucone zostały w szczere pole.
Jak ja teraz wyglądam!
Oldersdorf zastanawiał się, czym się to może skończyć. Ze nie ujdzie mu
to na sucho, to pewne. Kesselring niejednokrotnie okazywał mu dowody
życzliwości -?przyjaźnił się kiedyś z poległym bratem pułkownika -?ale
są granice, przy których kończy się życzliwość, a zaczyna dobrze
zrozumiany interes własny. Co, u diabła, mogło być przyczyną takiej
pomyłki? Gdyby on sam tylko -?no, jest się tylko człowiekiem -?ale
przecież całe ugrupowanie...
-?Przenoszę pana do personelu naziemnego. Będzie pan tam miał mniejsze
możliwości kompromitowania mnie swoim niedołęstwem.
Oldersdorf odetchnął z ulgą. Wycofanie z personelu latającego dalekie
jest wprawdzie od zaszczytu, ale nie może się przecież porównać z sądem
polowym. Poza tym przynosi to pewne niewątpliwe korzyści. Lot nad Anglią
to jednak co innego aniżeli loty ćwiczebne nad Bawarią.
-?Teraz jest pan wolny, a jutro zamelduje się pan u generała Kammhubera.
Oldersdorf oniemiał ze zdziwienia: Kammhuber był szefem nowo utworzonego
oddziału dla koordynacji działań lotnictwa z obroną przeciwlotniczą.
Przeniesienie do tego oddziału -?o którego istnieniu mało kto wiedział i którego prace otoczone były ścisłą tajemnicą -?było raczej wyróżnieniem
aniżeli karą...
Kammhuber był już poinformowany o odkomenderowaniu Oldersdorfa. Przyjął
go w swoim gabinecie, urządzonym z wyszukanym smakiem, raczej jak
starego znajomego aniżeli jak nowego podwładnego. Wypytał go dokładnie o rodzinę, przebieg kariery wojskowej, znajomość z feldmarszałkiem,
zaproponował kieliszek koniaku. Później dopiero przeszedł do spraw
służbowych.
-?Musi pan wiedzieć o tym, że oddział nasz zajmuje się organizacją i planowaniem radiowej służby namiarowej na całym terenie Francji. Nie
słyszał pan jeszcze o tej służbie? To nic nie szkodzi; do niedawna
jeszcze w ogóle jej nie było. Anglicy uprzedzili nas w tym, trzeba
przyznać. Nasi inżynierowie przespali tę sprawę, a nasz wywiad zasłużył
na solidne cięgi, że nie dowiedział się nawet o istnieniu czegoś
takiego. Niech pan oczywiście nie powtarza tego, co powiedziałem; jest
to moje najzupełniej prywatne zdanie -?ale co można innego powiedzieć,
gdy się pomyśli, że dopiero po zdobyciu Francji wpadliśmy na ślad
angielskich urządzeń do namiaru radiowego? Anglicy nazywają to radarem -
jest to skrót pełnej nazwy urządzenia. Zapozna się pan oczywiście z zasadą działania i z aparaturą -?mamy już radary własnej konstrukcji;
powiem panu tylko, że za pomocą tych urządzeń można wykryć z oddali przy
każdej pogodzie i o każdej porze doby samoloty, statki i w ogóle co pan
tylko chce. Rozumie pan chyba teraz, jak ważne jest dla nas posiadanie
sieci stacji radarowych na całym północnym wybrzeżu Europy; powtarzam to
stale przy każdej okazji, gdyż zbyt mało ludzi docenia niebezpieczeństwo
lądowania aliantów. Od Dunkierki nie upłynęło wprawdzie zbyt wiele czasu
i w obecnych działaniach wojennych inicjatywa leży w naszym ręku -?ale
fortuna kołem się toczy, a wojskowy powinien być zawsze przygotowany na
wszelkie ewentualności. Nazywają mnie defetystą -?uśmiechnął się kwaśno
-?niemniej pierwsze nasze stacje radarowe są już czynne. Naszym zadaniem
jest planowanie dalszej rozbudowy tych stacji i organizowanie jednolitej
sieci obserwacyjno-alarmowej.
Oldersdorf słuchał z zainteresowaniem. Tak, t o była praca dla niego.
Gdyby dostał się tu dwa tygodnie temu, uniknąłby owego niesławnego lotu.
Myśl ta przypomniała mu znowu o urządzeniu "Knickebein". Mimo pewnego
onieśmielenia zagadnął o to generała.
-?Tak -?Kammhuber zaciągnął się dymem papierosa -?sprawa nie jest jasna.
Podejrzewamy, że Anglikom udaje się w jakiś sposób wywołać odchylenie
nadawanej przez nas wiązki fal. Różnica już kilku stopni może powodować
błąd w określeniu celu wynoszący kilka lub nawet kilkanaście kilometrów.
Możliwe, że są to jakieś fałszywe sygnały. W każdym razie
przedsięwzięliśmy odpowiednie kroki. Samoloty Kampfgruppe 100 wyposażone
zostały w nowe urządzenia, które oznaczyliśmy kryptonimem "X". Pierwsze
wyniki są pomyślne. Zresztą -?spojrzał na zegarek -?jest godzina
dziesiąta dwadzieścia; za czterdzieści minut będzie tu oficer łącznikowy
sztabu zgrupowania lotniczego ze specjalnym codziennym raportem...
O godzinie dziesiątej pięćdziesiąt zadźwięczał dzwonek telefonu.
Meldunek był równie przykry, jak niespodziewany. Oficer łącznikowy
został ogłuszony i porwany. Czarna teczka, w której znajdowały się
ostatnie tajne raporty, została skradziona.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki