Rozdział II. Czas przedwojenny
1. Szkoły i życie zawodowe
Mój ojciec urodził się w 1917 roku, kiedy Polska była pod zaborami jeszcze, ale już rok potem odzyskała niepodległość. Stanisław dorastał więc w wolnej Polsce.
Do szkoły podstawowej zwanej wtedy powszechną uczęszczał przez 7 lat i ukończył ją 1936 roku. 1-go września 1936 roku przyjęty został do Szkoły Rzemieślniczo-Przemysłowej przy Zakładach Spółki Akcyjnej Wielkich Pieców i Zakładów Ostrowieckich w Ostrowcu Świętokrzyskim.
Ukończył ją 12.VI.1939 roku. Świadectwo Ukończenia na załączonym zdjęciu / zdjęcie nr 12/
/zdj. nr 12/
W czasie tej szkoły ojciec ukończył także, w VI 1939 roku całkowity 3-ch letni kurs nauki działu odlewniczego, co jest odnotowane na powyższym świadectwie. Ten kurs zakończony był egzaminem na czeladnika przemysłu formierskiego/ odlewniczego/. Świadectwo egzaminu na czeladnika w załączeniu poniżej / zdjęcie nr 13/
zdj. nr 13
Po ukończeniu szkoły, ojciec pracował w Hucie Ostrowiec, od 10 lipca 1939r. do 08.IX.1939 w Odlewni Żeliwa. Z tego okresu pracy pochodzi to zdjęcie poniżej / nr. 14/
/zdj. nr 14/ Stanisław Zaręba w Odlewni Żeliwa w hucie
1-go września 1939 r. wybuchła II-ga wojna światowa. Codzienne naloty zmuszały pracowników do częstego przerywania pracy. Ojciec zwolnił się więc i powrócił do rodzinnego domu w Mirkowicach, gdzie pomagał rodzinie w gospodarstwie rolnym.
Rozdział III
1. Wojna 1939-1945
Po wybuchu wojny życie przyśpiesza i pisze historię tego czasu, dla każdego inną, choć dla wszystkich z wojną w tle. To, co działo się z moim ojcem i jego rodziną, Stanisław pozostawił we wspomnieniach. Dokonał tego po wojnie w towarzystwie i z pomocą swego syna Janusza. I dzięki im za to, bo to wspaniała rzecz taki dokument tamtych czasów. Czyta się jak kryminalno-sensacyjną opowieść z wypiekami na twarzy. A jednak była to najprawdziwsza historia. Oddajmy zatem głos ojcu.
WSPOMNIENIA O KONSPIRACYJNEJ PRODUKCJI PISTOLETÓW MASZYNOWYCH, TAK ZWANYCH BECHOWCÓW, W ZAKŁADACH OSTROWIECKICH I OKOLICZNYCH WSIACH W LATACH 1940 - 1944
zawartość "Roczników dziejów ruchu ludowego Wydanie 18"
Nakładem Ludowej Spółdzielni Wydawniczej, 1976
Wojna zaskoczyła mnie podczas pracy w Zakładach Ostrowieckich jako dwudziestodwuletniego chłopca. Nie napracowałem się zbyt wiele, bo Szkołę Rzemieślniczo - Przemysłową ukończyłem zaledwie dwa miesiące temu. Z zawodu byłem formierzem, pracowałem w odlewni żeliwa. Nękające na początku września codzienne naloty zmuszały nas do częstego przerywania pracy. 6 września wraz z wieloma innymi postanowiłem porzucić pracę i pozostać w swej rodzinnej wiosce Mirkowice oddalonej od Ostrowca około 7 km.
Na początku 1940 roku władze okupacyjne rozpoczęły werbunek ludności polskiej na roboty do III Rzeszy. Sołtysi będący na usługach okupanta i wchodzący w skład niemieckiej administracji mieli za zadanie wyznaczyć z każdej wioski pewną ilość mężczyzn, zbędnych rąk do pracy na wsi. Sołtysami byli przeważnie najbogatsi gospodarze. Nasz sołtys wyznaczył aż 24 młodych mężczyzn na roboty do Niemiec, przeważnie z gospodarstw małorolnych. Wśród nich byłem ja oraz dwóch moich braci. Byliśmy wszyscy przygnębieni. Najwięcej rozpaczała nasza matka.
Wkrótce rozpoczął się "handel ludźmi", ponieważ każda rodzina próbowała przy pomocy pieniędzy uchronić najbliższych przed wywozem do Niemiec. Moim rodzicom starczyło pieniędzy na "odkupienie" dwóch synów. Natomiast na mnie zabrakło już pieniędzy. Pozostała mi jeszcze jedna możliwość ratunku: powrócić jak najszybciej do pracy w hucie, którą użytkował teraz okupant dla swoich militarnych celów. Podpowiedział mi tę możliwość gminny urzędnik do spraw przesiedleńczych, a za kopę jajek i innych wiktuałów dał mi nawet skierowanie do działu zatrudnienia w hucie.
Pracę rozpocząłem 20 lipca 1940 roku w odlewni staliwa. Pomimo, że z wykształcenia byłem formierzem, nie otrzymałem od razu pracy w swoim zawodzie. Zakład był już wtedy przepełniony. Takich jak ja, ratujących się przed wywozem na roboty, było wielu. Odlewnia staliwa należała do najgorszych miejsc w zakładzie tak pod względem uciążliwości pracy, jak i szkodliwości dla zdrowia. Dopiero po pewnym czasie udało mi się ją zmienić. Pracowałem początkowo w kuźni obręczy przy składaniu podwozi wagonowych, później w transporcie przy przewozie elementów do produkcji wagonów, wreszcie skierowano mnie do składania ścian bocznych wagonów.
Do pracy konspiracyjnej zostałem wciągnięty we wrześniu 1941 r. Zawdzięczam to moim kolegom - Władysławowi Dąbrowskiemu ze Stryczowic i Kazimierzowi Kijewskiemu z sąsiedniej wioski Podszkodzie. Władysław Dąbrowski był moim krewnym i stąd przychodził często do mnie do domu. Znaliśmy się także ze wspólnego uczestnictwa w korespondencyjnych kursach kreślarskich prowadzonych przez inżyniera Grajewskiego. Rozmawialiśmy często na temat tworzonych w okolicy różnych organizacji konspiracyjnych. Często przekonywał mnie, że jako syn chłopski i robotnik powinienem wstąpić do konspiracyjnej organizacji chłopskiej BCh, której on już był członkiem. Te rozmowy uświadamiające dały mi bardzo dużo. Toteż, gdy pewnego razu mój także serdeczny kolega Kazimierz Kijewski zaproponował mi wstąpienie do tworzonej przez niego placówki Batalionów Chłopskich, zgodziłem się bez wahania. Już wcześniej odmówiłem przystąpienia do tworzonej w mojej wiosce placówki Związku Walki Zbrojnej, ponieważ nie zgadzałem się z jego założeniami, m.in. ze względu na widoczną współpracę z obszarnikami.
W roku 1941 Kazimierz Kijewski pracował również w ostrowieckiej hucie. Stosunki koleżeńskie łączyły nas już w szkole podstawowej w Szewnie. Później kolegowaliśmy się w Szkole Rzemieślniczo-Przemysłowej. Ukończył tę szkołę 2 lata wcześniej. Do pracy i z powrotem chodziliśmy często razem. Jednym z tematów naszych rozmów była także działalność konspiracyjna. Kazimierz Kijewski został komendantem naszej placówki i przybrał pseudonim "Gwizda". Naszym naczelnym zadaniem było początkowo rozszerzyć skład liczebny organizacji. Nie była to sprawa łatwa, działała bowiem w najbliższych wsiach konkurencyjna placówka Związku Walki Zbrojnej (Armii Krajowej), która zdążyła już wciągnąć w swoje szeregi większość młodych ludzi.
Na początek udało mi się zwerbować do nas moich braci Władysława i Franciszka. Prowadzona przez nas we wsi akcja agitacyjna, podczas której przekonywaliśmy naszych młodych kolegów, synów chłopskich, o słuszności wstąpienia do BCh, przynosiła rezultaty. Coraz więcej członków AK i osób jeszcze nie zrzeszonych wstępowało do naszej placówki. Pod koniec 1942 r. było nas już około 30 osób, w tym 2 dziewczyny. Rozpoczęliśmy współpracę z sąsiednią placówką w Bronszowicach, której komendantem był Jan Haraźny "Róża". W organizacji pełniłem początkowo funkcję z-cy komendanta. Jednocześnie rozprowadzałem prasę konspiracyjną wśród członków. Sprawowałem również funkcję łącznika między naszą placówką a dowództwem obwodu opatowskiego BCh, którego komendantem był Władysław Zwiejski "Jaruga".
Jednym z problemów nurtujących naszą organizację był brak uzbrojenia. Oddziały BCh były bardzo ubogie w broń, szczególnie w porównaniu z wyposażeniem oddziałów Armii Krajowej. Poważnym źródłem broni dla oddziałów tej organizacji były zrzuty spadochronowe. Organizacja ta podjęła także własną produkcję. Oba te źródła były dla Batalionów Chłopskich prawie nieosiągalne. Złożyło się na to szereg przyczyn, wśród których najważniejszą stanowił zapewne napięty stosunek między obydwoma organizacjami. Antagonizm ów dał się zauważyć również i na terenie naszego obwodu BCh. Wykluczyło to jakąkolwiek ewentualność otrzymania broni od Związku Walki Zbrojnej (AK). Nasze oddziały zmuszone więc były zdać się wyłącznie na własną inwencję. W początkowym okresie konspiracji nikt jeszcze nie myślał o możliwości podjęcia samodzielnej produkcji broni. Zapotrzebowanie na nią realizowane było głównie w oparciu o zasoby broni, przechowywanej w ukryciu przez ludność, a pochodzącej z porzuconego uzbrojenia wycofujących się w 1939 roku oddziałów polskich. Broni szukano niekiedy całymi dniami. Poszukiwano jej na łąkach, w bagnach, w zagajnikach. Początkowo miejscowi gospodarze nie ufali naszym ludziom i nie chcieli ułatwić im poszukiwań. Z biegiem czasu nabrali zaufania i pokazywali miejsca, w których znajdowała się ukryta broń i amunicja. Uzbrojenia było jednak ciągle mało. Oprócz prowadzenia uciążliwych poszukiwań zaczęto także wykupywać broń od obywateli, o których nie było wiadomo, że posiadali ją jeszcze przed wojną. Nie zaniedbywało się równocześnie zdobywania broni bezpośrednio na wrogu, poprzez wykradanie jej od Niemców, rozbrajanie posterunków żandarmerii i policji granatowej. Palący problem głodu broni nie był jednak ciągle rozwiązany. Przyczynił się do tego między innymi fakt, że szeregi BCh szybko się rozrosły. Chłopi masowo opuszczali ZWZ i zasilali nasze szeregi.
W naszej placówce dyskutowano dużo nad koncepcją wykradania uszkodzonej broni z terenu ostrowieckiej huty, gdzie okupant składował przywożone z frontu uzbrojenie. W realizacji tej koncepcji mogłem odegrać dużą rolę, ponieważ jako jedyny z członków placówki pracowałem w hucie. Jan Swat i Kazimierz Kijewski porzucili pracę w roku 1942. Sam fakt, że pracowałem w Zakładach Ostrowieckich jeszcze nie wystarczał, abym mógł się zajmować ewentualnymi przerzutami broni lub części do niej. Musiałem także znaleźć odpowiednie stanowisko pracy, które pozwoliłoby mi na bezpieczne wykonanie ewentualnych zadań.
O znalezieniu takiego miejsca pracy zadecydował przypadek. Pewnej soboty wracając do domu spotkałem mojego wykładowcę ze Szkoły Rzemieślniczo-Przemysłowej, inżyniera Jaglarza. Podszedł do mnie pierwszy. Mówiliśmy m.in. o pracy w hucie. Dowiedziałem się, że kieruje produkcją w walcowni średniej i szybkiej. Wydawało mi się, że praca na którymś z tych wydziałów dawałaby mi dużą swobodę przy wykonywaniu konspiracyjnych zadań. Zacząłem więc opowiadać inżynierowi, jak bardzo interesuje mnie walcownictwo i że zawsze chciałem pracować w walcowni. Inż. Jaglarz obiecał, że pomyśli o jakiejś pracy dla mnie i prosił, żebym zgłosił się do niego za tydzień. Gdy zameldowałem się u niego, zaproponował mi, ku mojemu zaskoczeniu, pracę starszego ślusarza do spraw utrzymania ruchu. Zapoznałem się natychmiast z obowiązkami, zwiedziłem warsztat i pomyślałem sobie w duchu, że nadarza mi się świetna okazja. Do dyspozycji miałbym trzech ludzi w warsztacie, dwóch na pierwszą a jednego na drugą zmianę, magazyn ze sprzętem, materiałami i narzędziami. Potwierdziły się też moje przypuszczenia odnośnie możliwości utrzymywania kontaktu z innymi wydziałami. Wiele wydziałów z terenu całej huty wykonywało różny sprzęt na zamówienia walcowni.