Wiosna była i ranek wiosenny,
majowy, taki, jakim Bóg tylko północne obdarza kraje płacąc im za
długą zimę oczekiwania sennego.
Po ciepłych deszczach, słonecznemi przeplatanych uśmiechami,
nabrzmiałe pączki otwierały się jakby rozmiłowane w promieniach
jasnych, rozpościerały liście szeroko aby światło przeniknęło do
ich głębi; z czarnych śmieci zimy wylatywały motyle ubarwione
złotem i purpurą, muszki brzęczące i łuskami szmaragdowemi okryte
żuczki, zrywające się do lotu skrzydłami jeszcze na wpół splątanemi
snem śmierci.
Na wschodzie rumieniło się mające dopiero z pieluch chmurek
różowych i mgły srebrzystéj rozpowić słońce; mrok rozkoszny ów
oblewał ziemię, który już nie jest nocą, a dniem się nie stał
jeszcze i czuć w nim nie zapadające zasłony ciemności, ale precz
uchodzący sen ziemi.
Z ciszy głębokiéj, która panowała przed chwilą, szmerów
tysiącem świat się rozśpiewywał do życia, chór ten poczęty przez
muszki drobne skrzydły dzięcznemi, wzmagał się świergotem ptasząt,
śpiewem ich i szumem rannéj lasów modlitwy, rósł w wielki chór
uroczysty na powitanie słońca Bożego.
A tak było na świecie pięknie i miło, że chyba znużona
starość mogła zaspać ranek taki. Kamienie nawet omszone zdawały się
potniejąc od rosy, wracać na chwilę do straconego żywota. I woń
płynęła we wtór pieśni taka jakaś niebiańska, nieokreślona, złożona
z zapachów tysiąca, że się nie czuło czém była, a poiło tylko
błogością jaką z sobą niosła.
Mięszały się w niéj oddechy pączków drzew, liści świeżych,
kwiatów rozpękłych, zwilżonéj ziemi, parujących źródeł, unoszącéj
się w powietrzu rosy i traw młodych i borów starych. Dobrze żyć
było, oddychać, słuchać, czuć że się jest na tym świecie, który za
chwilę ozłocić miało słońce. Król dnia jeszcze był nie wszedł na
godowe gmachy, dwór jego poprzedzał pana. Biegły obłoczki zwrócone
twarzą ozłoconą ku niemu, zwiastując go rozpostartemi skrzydły,
sunęły się chmury rozbijając w biegu jak przelękłe majestatem pana,
i mgły się rozpływały jak omdlałe z rozkoszy, w lazurach coraz
silniejszéj nabierających barwy.
Na dole, na lasach, w nizinach, spał jeszcze poranek i było
szaro a mroczno. W półcieniach tylko podnosiły się lasy sine,
wyciągały łąki strojne wierzbami, strzelały gdzieniegdzie sterczące
wysoko odwiecznych drzew wierzchołki z liści ogołocone. W górze
stawało się coraz jaśniéj.
W tém z za obsłon wybiegł promień jak snop złoty, posypał
światłością wierzchołki drzew, smugami jasnemi poprzerzynał łąki.
Ziemia drgnęła od ognistego pocałunku.
Jakby na ten promień czekało wszystko, wnet żywiéj zadrgało,
ozwało się głośniéj na ziemi co jeszcze drzemało ospałe przed
chwilą.
Okolica była piękna a na pół dzika jeszcze, choć czuć w niéj
już było człowieka i jego pracę. Opasywały ją lasy jak wały ciemne,
lecz w głębie ich już się wdzierały polany od łąk zieleńsze ręką
ludzką uprawne, tu i owdzie żółta drożyna biegła obok rzeki,
przeskakiwała ją mostem z kłód grubych skleconym i sunęła wijąc się
ku puszczom. Z pośrodka gęstych drzew po słupach dymów domyślać się
było można osad ludzkich. Stada pasły się na wygonach, na wzgórzach
gdzieniegdzie widniały dachy słomiane i chaty szare.
W pośrodku doliny małemi otoczonéj wzgórzami, jeszcze
gąszczem porosłemi, u brzegu rzeczki, na pagórku nie zbyt
podniosłym, ale wałami i ostrokołami obwiedzionym, widać było stary
gródek, dość rozległy. Zdala z za okopów zielonych, podnosiła się
tylko okrągła, przysadzista wieżyca z polnych kamieni, panująca nad
okolicą. Gmachów co się z nią zrastały, za drzewy i wałami prawie
widać nie było. Wyszczerbiony wierzch jéj nie miał dachu, sterczało
tylko nad nią coś jak belki powiązane z sobą, nie okryte niczém.
Gródek ten zwał się Sciborzyce, a obszerne do koła włości
należały do niego, i mało było żupanów w Sandomierskiéj ziemi nad
Scibora ze Sciborzyc, starego już stuletniego może wojaka, co swe
ostatnie walki z Krzywoustym odbywszy, złamany i posieczony
przyszedł tu wieku swego dożywać, śmierci doczekiwać. Zgrzybiały
rycerz nie ruszył się już z gniazda, a nie było go komu wyręczać,
bo nie miał ino jedną córkę, żadnego syna, wszystko mu pomarło w
pieluchach. Dziecięcia jedynego, choć je dawno czas było dać komuś,
Scibor z domu nie puszczał, a do domu téż nie wpuścił ktoby mu
usynowiony gospodarzył...
Kto temu był winien? czy piękna Jagna Sciborzanka, czy stary
ojciec? mówiono różnie, nikt pono całéj prawdy nie wiedział, a kto
ją znał, ten milczał. Ludzie obcy patrzali na tę dziewkę wielkiemi
ciekawemi oczyma. - Było co bo patrzeć i wypatrzeć oczy - nikt jéj
nie rozumiał.
Długo się na nią oglądając potrząsali głowami, ruszali
ramiony, nie mówili już nic.
I oto tego poranku, ktoby był widział Jagnę, jak z pod
strzechy się zawczasu wyrwawszy, nim słonko weszło, wybiegła na wał
gródka, i stojąc na nim poglądała smutnie po okolicy, zdumiałby się
pięknéj dziewce, nierozumiejąc co ją zbudziło i co ją pędziło.
Stała tak już dobrą chwilę na najwyższym cyplu wałów,
wyszedłszy z pośrodka rosnących wewnątrz, u stóp jéj lip, świeżo
rozpękniętych - stała patrząc w dal zadumana, piękna, posępna,
nieodgadnięta.
Co ona tam widziała i na co patrzała, dla czego się zerwała
tak rano? nikt z domowników nawet nie rozumiał. Ale ci byli nawykli
do dziwactw pięknéj dziewczyny, któréj ojciec na wszystko pozwalał,
co chciała. Ona tu sobie, jemu i wszystkim była panią. Czyniła co
się jéj zamarzyło, mówiono, nie zawsze to coby młodemu przystało
dziewczęciu, ale Scibor syna nie mając dozwalał jéj być taką jaką
chciała. Chowało się to po śmierci matki dziko, samowolnie,
pieszczono, a że w żyłach jéj jakaś bujna krew płynęła, trzepiotała
się jako ptak co nie zna ino to co mu słońce, wiatr, pogoda i burza
do główki napędzą.
Stała Jagna Sciborzanka na wysokim okopie sama jedna,
dziwnie na ranek przystrojona, a taka piękna, jakby z gałęzi
starych lip wyrosła Dziwożona. Dziewczę było wzrostu słusznego,
rozkwitłe bujno, krew z mlekiem, twarz miała tylko opaloną nieco,
oko czarne i śmiałe, brwi ruchome i łatwo biegające, w pośrodku
których groźny marszczek czasem czoło przerzynał. Nosek mały
rozdymał się różowemi jak u konia chrapkami, usta drobne dumnie ku
górze były wzdęte, miały wyraz nadąsania i dobroci razem, a jak
wiśnie różowe wyzywać się zdawały pocałunków. Cała była tak
kształtna a tak silna, że mimo swéj piękności niewieściéj
podobniejszą była z postawy i ruchu do młodzianka raczéj niż do
pańskiego dziewczęcia.
Tego poranku miała na sobie białe gzło szyte wzorzysto na
ramionach i piersi i przyodziewek sukienny krótki, a spódniczkę
kraśną, szkarłatną złotem obramowaną, na nogach buciki ze
spiczastemi nosami, pas szeroko obmotany aż pod pierś do góry
podniesioną, kształtną i jak z kamienia wykutą. Ręce które z pod
rękawów występowały, ogorzałe jak twarz, formy miały piękne,
rozmiary drobne, a czuć w nich było jednak siłę; nóżka wystająca z
pod spódniczki wyglądała niemal kopytkowato, tak była małą i
garbatą. Kilka sznurów korali z bursztynów i szklannych pereł
ciasno, jak pancerzem, białą jéj szyję obejmowały. Na głowie
zamiast dziewiczego wianka, który dla dziewuch był w obyczaju,
miała czapeczkę czerwoną, małą, zielonemi liśćmi do koła
obwiedzioną.
Ślicznie jéj było w tym stroju, choć twarzyczkę miała
zasępioną, a rozglądając się po okolicy, nie rozjaśniła jej
uśmiechem. W oczach jakby łzą rozpłyniętą zwilżonych, smutek i
niepokój znać było, do ust przylgnął ból jakiś stary, z którym się
już zżyła. Stała, patrzała, oddychała, jakby jéj tam pod dachem
powietrza było zabrakło, a tu go szukać musiała i chwytała
spragniona.
Gdy tak patrzała zadumana, po za nią budziło się wszystko na
gródku, piały na wyprzódki kury, gdakały kokosze, gruchały gołębie,
rżały konie, bydło ryczało, beczały owieczki i czeladka ruszała się
gwarno, a szmery i głosy przemykały po podwórcach, choć jeszcze
wczesną dnia dobą stłumione.
Stary Scibor spał, więc podle dworu cicho stąpano, nie
rozpuszczano głosu; bliżéj wałów, kędy o dziewce pańskiéj, już
rozbudzonéj wiedziano, śmielej pomrukiwali ludzie.
Daremna to rzecz, choćby silną panią była niewiasta, nigdy
jéj takiego posłuchu i poszanowania nie oddadzą ludzie, co
najsłabszemu mężczyźnie. Jagny téż nie bardzo się czeladź
obawiała, choć chwilami straszną być umiała i gniewy miewała
męzkie.
Wiedziano o tém że gniew jej przychodził jak piorun,
przechodził jak burza. Kochali ją ludzie więcéj niż się lękali, a
litowali się bardziéj niż miłowali. Gdy ranku tego wybiegła nagle o
brzasku na wały, dziewczęta i parobcy popatrzeli na nią, spojrzeli
na siebie, głowami potrzęśli, nie mówiąc nic.
Stare baby po cichu zwały ją: "nawiedzoną". Nikt jej dobrze
nie rozumiał, dla tego znachorki myślały, że chyba kto czar w
kolebce rzucił na nią, i wiele z nich utrzymywało, że trzeba było
"odczynić urok" aby dziewka do rozumu przyszła.
Nie bez przyczyny mówiły to staruchy, bo była jakby szaloną
i nawiedzoną. A za drugi czar przyznać jéj było można, że ojca
wojaka starego, który się nigdy niczego i nikogo nie uląkł, tak ona
dziewucha sprawowała, iż dawał jéj czynić co sama chciała. Miała
już Jagna jak liczyła ta co ją karmiła, dobrych lat dwa dziesiątki,
panią była znacznych włości, starało się o nią ludzi możnych
niewiedzieć ilu, a na wszystkich głową trzęsła i ramionami ruszała
wzgardliwie - nie chciała nikogo.
To by jeszcze nie było nic, bo nawykła do samowoli, a
włożywszy namitkę, i postrzygłszy kosy, jużby pana, wybrawszy go
sobie, słuchać musiała, więc pod niewolę spieszyć się nie miała
czego - ale żyła dziewczyna nie po niewieściemu.
Prząść len i szyć w krosnach i inne roboty niewieście umiała
Jagna począć tak zręcznie jak mało która, gdy się do tego wzięła
prędzéj jeszcze i piękniéj niż inna potrafiła, a no serca do tego
nie miała. Zrobiwszy co, rzucała w kąt, na chwilę i to ją
zabawiało, popatrzała potém, usta się jéj pogardliwie do góry
podnosiły i więcéj już ani spojrzała. Za to męzkie zabawy, które
dziewkom nie przystały, zdawała się woleć nad inne.
Siąść na konia, choćby dzikiego, hasać na nim pół dnia,
wrócić zmęczonéj, często podrapanéj niczém dla niéj było. Na takie
wyprawy ze psy, z sokołem przebierała się po męzku, stroiła
dziwacznie, i aż się jéj oczy śmiały gdy z zamku w świat się
puszczała. I to by jeszcze nie było nic, bo wiele naówczas niewiast
miało męzkie upodoby, najgorzéj ze wszystkiego że się czasem Jagna,
wyrwawszy z domu, porzucała czeladź, obłąkała swoich ludzi jakby
umyślnie, przepadała bez wieści na dni kilka a zjawiała się potem z
powrotem, jakby się jéj nic nie stało.
Gdy jéj potém wymówki czynili, ramionami ruszała i śmiała
się pogardliwie odrzucając:
- Nic mi nie będzie!
Stare ojczysko już się z tém było oswoiło. Córka ta toć było
jedno oko w jego głowie, cały świat, słonko i życie. W początkach
Scibor z rozpaczy głową tłukł o ścianę, ludzi rozsyłał, nagrody
obiecywał, narzekał, włosy sobie rwał, a no, jak się to człowiek i
z najgorszem oswaja, potem już to znikanie dziecka tak go nie
przerażało. Mruczał stary. - Już ona wié co czyni - niech tam
sobie! Tyle jéj co poszaleje!
A gdy powracała to ją cisnął do piersi i płakał, póki mu się
nie rozśmiała białemi ząbkami, nie pocałowała w czoło i nie
poszeptała coś do ucha.
Scibor był już prawie zdziecinniał.
Za Krzywousta, gdy się nieustannie z Pomorzany ścierano,
kędyś pod Santokiem pono, Scibor w głowę został ranny przez
dzikiego człeka i legł na pobojowisku jak bez ducha, a nie ocucił
się, aż gdy swoi grzebać trupy przyszedłszy, już go do kurhana
wlekli by pochować. Gdy go rzucono o ziemię, zmysły jakoś odzyskał,
długo potém chorzał, powróciło życie, ale sił już nie było.
Odwieźli go do Sciborzyc, tam czeladź i córeczka a baby lekarki na
chorego chuchały, że mu się i rany pogoiły i pamięć wróciła. Tylko
na wojnę już iść nie było sposobu. O kijach dwu się włóczył i
grzbiet miał przełamany. Dziewczę właśnie dorastało, miał ze
szczebioczącéj ptaszyny pociechę, a choć i dawniéj Jagnę miłował
bardzo, teraz gdy na nią jednę zszedł, i z niczego więcéj nie miał
rozrywki, cały się dziecku oddał.
Za króla Krzywousta w zachowaniu był wielkiém, a liczył się
ze Skarbimierzem, Żelisławem i innemi do najlepszych wojaków, potém
gdy tak złamany został a do barłogu przykuty, odwiedzał go sam
król, i dzieci posyłał. Jeździł do Sciborzyc starszy królewicz
Władysław, przybywali na łowy i zabawiali się po dni kilka Bolko,
Mieszko. Nawet najmłodsi dwaj, po śmierci króla, pamiętni
ojcowskiego kochania, przez matkę tu byli posyłani, Henryk i
Kaźmierz, najmłodsi królewice, nieraz tu z ochmistrzem po
kilkanaście dni na łowach przesiadywali: Henryk i Kaźmierz, z małą
naówczas Jagną bawili się po wałach i okopach ścigając, śmiejąc
się, hucząc a pokrzykując w najlepsze. Dzieweczka naówczas po męzku
się nauczyła dla nich przebierać i męzkich nabrała obyczajów.
Późniéj za Władysława, gdy cięższe nastały czasy a
królewicze wiele mieli do przecierpienia, bo niemi, młodszemi
zwłaszcza, tu i owdzie rzucano, już ich w Sciborzycach nie było.
Przejazdem tylko Kaźmiérz tu czasem zaglądał.
Gdy dziewczę dorosło, że to było piękne jak kwiatek, bogate
jak księżniczka, i u ojca jedyne, na odgłos o niem sypały się swaty
starym obyczajem. Niepytano Jagny, kogoby ona chciała a słano do
ojca z ofiarami. Ten syna stręczył, ów bratanka, inny brata, inny
krewniaka, wszystko z wielkich rodów.
Zrazu Scibor myślał może wydać Jagnę, takiego sobie tylko
szukając w przyjmy, aby nie synem był tylko zięciem. Wiadomo iż
zięciowie po wsze czasy złą sławę mieli, nietylko na Rusi gdzie o
nich przysłowie chodzi - ale i w Polsce. Patrzał więc Scibor i
prośbie rad był, ale owa dziewucha mu długo myśleć nie dała,
pocałowała go i rzekła:
- Darmo sumujesz stary, ja nie pójdę zamąż chyba sobie sama
pana wybiorę. Wybór będzie nie łatwy! A po co ci spieszyć, stary
mój, mnie za mężem nie tęskno chyba tobie. Po co pana sobie szukać?
Albo ci ze mną źle? Czy się boisz abym ja na koszu nie siadła i
rutki nie siała pod siwy włos? A gdzieżeśto widział, aby tylu ziem
i wsi dziedziczka jedyna, męża gdy zechce nie znalazła?
Naprawdę więcéj się tego obawiał Scibor aby powinowaci,
gdyby zmarł, majątku ich nie zajechali i nie pochwycili jako mienia
ojczystego, dziewczynę lada wiankiem zbywając, ale Jagna śmiała się
z tego strachu, mówiąc że krzywdy sobie nie da uczynić.
- Toć Bolka i Mieszka i Henryka i Kaźmierza znamy i łaskę u
nich mamy, że nam krzywdy uczynić nie dadzą. - Przyczyniała do tego
- ktobykolwiek z nich panował, krzyw nam nie będzie, a jeśli
najmłodszy Kaźmierz przyjdzie do mocy, ten mój druh najlepszy,
bośmy z nim razem na drewnianych koniach jeździli!
Scibor głową pokręcał.
- Po niewieściemu Ci w głowie świta - odpowiedział. Kaźmierz
najmłodszy, w klasztorze chyba siedzieć, ojcowizny niema żadnéj, a
gdzie mu przed starszymi do panowania!.
Byłoto za tych czasów gdy Władysława wypędzano z Krakowa, a
Kędzierzawego sadzono w miejscu jego, więc gdyby się panowanie
zmienić miało, swatało się doń dużo, bo i Władysławowicze i, gdyby
Bolko nie dotrwał, Mieszko ze swoim potomstwem, Kaźmierz naówczas
ani kawałka ziemi nie miał, u brata będąc na łasce. Dopiero gdy
Henryk, najmilszy mu z braci, nieszczęśliwie zginął w zasadzce,
Sandomierz mu się po nim dostał.
Ale do Krakowa, który mu Jagna przepowiadała, żartobliwie
ojca pocieszając, bardzo było jeszcze daleko. I téj dzielnicy
pięknéj, Sandomierza z Lublinem, wydziedziczony ów najmłodszy synek
Krzywousta spodziewać się nie mógł, cóż dopiero stolicy głównéj i
panowania zwierzchniego. Scibor się śmiał z córki, że towarzysza
zabaw dziecięcych rada była widzieć tak wysoko, aby w niéj swej
samowoli opiekuna znalazła - ona, pomrukując głową sobie trzęsła.
Przekonać ją, gdy się w czém uparła, bardzo było trudno,
raczéj niepodobna. Co się tam w téj głowinie snuło i plotło myśli
dziwacznych, Bóg wiedział jeden.
Czasami gdy wieczorami, jesienią, jak to najczęściéj bywało,
pół siedział na pół leżał w kącie izby, a u ogniska kłody wieczorne
niebieskiemi dogorywały płomyki i Jagna usiadłszy przy starym
puszczała wodze swym cudackim wymysłom i marzyła dziwne rzeczy;
stary słuchał to się zżymając, to spluwając, to śmiejąc, a w końcu
nieraz i zapłakał dziecko ściskając. Bo co Jagna wygadywała, nie do
wiary było szalone, a ci co czasem podsłuchiwali, ręce do góry
podnosili - i dlatego ją "nawiedzoną" zwano.
W istocie nawiedzały ją baśnie złote, jakby te które u
kądzieli prządki sobie wymyślają, przypominając co im u kolebki
prawiono. - Czasem się w tych baśniach widywała królową, żoną
jakiegoś władzcy ukochaną, rozkazującą na cztery świata strony,
szczęśliwą a w sercu jego mocną. I jakby coś w sobie miała,
wspomnienie czy przeczucie, opisywała ojcu miłego swego, co go
pewnie na świecie nie było, zawsze jednako, takim pięknym jak chyba
prawdziwy mógł być królewicz.
Po takich nawiedzeniach nazajutrz, gdy dzień jasny rozwiał
nocne widziadła, Jagna wychodziła ze swéj komnaty taka blada,
smutna, tak przybita, niema, jakby wszystkie szczęścia wczoraj
wypiła do dna, a na dziś jéj i kropli nie pozostało.
Takich dni czasem siadywała na kamieniu u dworca, nie
słysząc nic i nie widząc, albo gnała z koniem w lasy, póki się w
śmierć nie umęczyła i nie powróciła bez tchu, bez mowy, aby ledz
bezduszną na pościeli i snem żelaznym spać potém dzień i noc.
Ojciec wówczas czuwał nad nią i płakał.
Z gachami co się swatali dużo biedy bywało. W początkach ją
oni gniewali, zamykała się od nich, dąsała, nie jednemu takiego coś
rzekła że z gniewem precz odjechał, zemstę poprzysięgając.
Niektórzy się kusili gwałtem ją porwać, ale dwu to na złe wyszło,
bo jednego z łuku postrzeliła, drugiego ludzie jej brzydko stłukli.
Inni się już nie posuwali, odstręczeni tą nauką.
Niektórzy przyjeżdżali z podarkami, nawiedzając starca a
dziewce starając przypodobać. Więc gdy się z zalotami oswoiła,
odprawiała je różnie, szydersko, czasem pogardliwie, niekiedy
litośnie i bez gniewu, a z grochowinami. Żaden jej do smaku nie
był, choć drudzy się układali.
- Ino mnie weź! - położywszy sierść gładko. Ona zawsze się w
nich jeżów i kolców domyślała. Ci co poszli precz odprawieni, z
gniewu potém wymyślali na nią, że "nawiedzoną" była, drudzy że coś
miała w myśli i sercu tak podłego że się do tego przyznać nie
śmiała. Łatwo ją było o wszystko posądzić, bo: nie dbając o nic,
znikała często, niewiedziano gdzie się podziewała, prawili ludzie
co chcieli.
Dziewucha była jak koń dziki, co uzdy nie uczuł nigdy, ale
gdy się komu uśmiechnęła, każdy by był za nią życie dał.
Dobrze już słońce podeszło na niebie, gwar w podwórzach
rosnął, Jagna co się była w okolicy, na lasy zapatrzyła, zbudziła
się dopiero, obejrzała do koła, posłyszała że się życie brało na
dworcu i powoli zeszła z wałów.
Wprost z łąk ciągnęła do ojca.
Stary się budził nierychło, często dobrze po wschodzie, bo
po nocach sen go nie brał, późno zasypiał, musiał potém na dzień
zachwycić. -
Naówczas, gdy na wyrostka, który legiwał u progu w dłonie
klasnął, bo głos miał mały i krzyczeć nie mógł, szedł Szurka zaraz
okienniczkę w głowach pańskich odsunąć, aby do izby światło weszło
i powietrze.
Potem, zimą czy latem ogień mu rozpalano, bo bez niego żyć
nie mógł. Dawali mu wodę do umycia i ręczniki, a tuż i polewkę z
mięsem niosła albo stara mamka Jagny Wierucha, albo i ona sama,
jeśli była w domu i pogotowiu. -
Miał stary psy ulubione, które wówczas wpadały do niego, bo
nocą za drzwiami z Szurką legały. Czasem potem włodarz przychodził,
czasem się gość zjawił i - ot tyle; dzień się poczynał, który potem
wlókł się różnie, najczęściéj długo a nudno, jeżeli Jagny nie było,
a pora nie dozwalała starego wynieść pod lipy, na przyźbę, albo
gdzie mu się zamarzyło.
Jagna ku dworowi podchodziła gdy już Wierucha miskę staremu
niosła, skinęła na nią milcząc aby ją oddała i sama niosąc do izby
weszła ojcowskiéj.
Stary właśnie pacierze mówił, bo człek był pobożny jak
wszyscy rycerze Krzywousta, pana który bez modlitwy nie wojował a
Bogu więcéj służył niż światu. Towarzysze jego moc modlitw i pieśni
na pamięć się w obozach ponauczali, bo je tam codzień wieczór i
rano czytano, odmawiano, śpiewano.
Zobaczywszy córkę Scibor prędko dokończył służbę Bożą,
przeżegnał się, usta mu się do niéj uśmiechnęły, ręce drżące
wyciągnął i zaszeptał tylko.
- Moja ty! moja!
Ona téż uśmiechnęła mu się, ale tak smutnie że już wiedział,
iż dzień będzie nie wesoły. Postawiła misę na ławie, uklękła przy
starym, a gdy on głowę jéj obejmował całując, ona po rękach go
całowała. Nie rzekli do siebie nic. Wstała potém i misę mu z
ręcznikiem postawiła na kolanach, aby pożywał wygodnie.
On patrzał tylko na nią i jeść mu się już niechciało.
Starzec był, choć wychudły, pożółkły, choć porąbany i posieczony, a
bliznami czerwonemi jak pręgami poprzepasywany - pięknego oblicza.
Skóra na nim przyległa do kości, a sucha twarz rysy miała pańskie i
jasne. Orli nos nad nią panował, kształtny, ruchomy w nozdrzach jak
u córki, oczy nad nim choć zbladłe jeszcze bystro patrzały. Pierś
miał wpadłą ale szeroką, ramiona wychudłe sterczały pokazując jakim
był niegdyś, póki nie wysechł na szczapę. Siedząc w tym mroku choć
zżółkł, wybielał téż razem, włosów reszta srébrna śniegiem odbijała
od lica. Gdy sam pozostał, twarz tę całą obejmowała zaduma i
smutek, występowały fałdy na czole i przy ustach; gdy córkę miał u
boku, miłość wielka go rozpromieniała i był nią jakby
ubłogosławiony.
Wojak stary a zuchwały niegdyś, teraz nad wszystko pokój
cenił i niemogąc walczyć rad go był okupić choć drogo. Pragnął go
może więcéj dla córki jak dla siebie.
- Ptaszę ty moje, - odezwał się cicho - cóżeś to tak rano z
gniazda się ruszyła?
Jagna potrzęsła główką, nie odpowiedziała nic.
- A dzień tam jaki? - zapytał Scibor - widzę z okna że już
słonko dokazuje. Ho! ho! wiadoma to rzecz, kiedy zawczasu jasno
wnijdzie na potém pewna burza lub słota..
- Ranek był długo pochmurny - odparła Jagna - na pogodę
ptactwo śpiewa.
- A ty jak? - zapytał stary.
- Ja? albo mi się pogoda na co zdała? szepnęło dziewczę -
mnie z tém jedno pogoda czy słota. Czasem gdy pioruny biją to mi
rzeźwiéj i raźniéj.
Starzec jeść zaczynał, rękę podniósł, głową potrząsnął. Psy
siedzące nieopodal przypomniały mu się skomląc i pomrukując.
- Burza - począł zamyślony jakby sam do siebie Scibor - pod
dachem to nic. Bóg broni od niéj i krzyż święty. Na łowach w lesie
to tam mniejsza; a niedaj Boże z nią na pobojowisku się spotkać.
Pomnę to, gdyśmy raz na Ruś ciągnęli z panem naszym i, wśród
zaciętego boju, pan Bóg téż swe strzały sypać na nas zaczął, padł
grad jak jaja gołębie i pioruny leciały jak słupy ogniste. Stało
się naówczas żeśmy wszyscy o bitwie zapomnieli, a Ruś korzystając z
tego, uszła nam, aniśmy się spostrzegli. Naówczas, tuż obok mnie
Niemirę piorun zwalił z koniem, że się na nim odzież zapaliła. Ten
już nie wstał, a mnie ogłuszyło tylko na czas długi. Nie wywoływać
ognia Bożego!
- Jam to na wojnie nie bywała - smutnie się uśmiechając
odpowiedziało dziewczę - a w lesie gdy na łowach burza napadła,
pięknie z nią było! Tylko patrzeć a dziwować się! Co palnie piorun
w sosnę to się pali i gore jak jedno łuczywo! Co uderzy w dąb to
rozpłata korę aż do ziemi, co się zsunie po jodle to we złocie
stanie cała. Raz mi koń ze strachu na kolana padł, żem go ledwie
podźwignęła. Dopieroż gdy spalone drzewa z trzaskiem i hukiem walić
się zaczną a iskrami sypać dokoła jak deszczem ognistym!!
Mówiła tak a stary z łyżką stygnącą, którą do ust niósł a
donieść zapomniał, słuchał zapatrzony w nią, jeźli nie mowy to
głosu.
- Eh! ty, - rzekł w końcu - ty Jagno szalona jakaś, tyś się
nie do podwiki a na rycerstwo rodziła, w tobie mój duch gra, taki
jaki we mnie dawniéj bywał! Gdybyś mogła wojakiem być, nie byłoby
nad cię dzielniejszego. Prawda że na niewiastę zuchwałości téj do
zbytku.
- Bóg mi taką dał być! - odparło dziewczę spokojnie - radzić
trudno, strzymywać się nie umiem.
- Tybyś inną téż być nie chciała - zaśmiał się stary.
I począł zajadać chciwie, jak to czasem starzy umieją,
którym że pokarm siły nie daje, tém więcéj zdają się go pragnąć.
Jagna patrzała wedle zwyczaju swojego ręce założywszy na piersiach.
Miała bowiem i ten dziewczynie nie przystojny nałóg, że gdy się
zadumywała, gdy na czole jéj chmurném pręga występowała między
brwiami dwiema, ręce się jéj same pod piersią składały i wiązały u
pasa.
Ze starca potém wzrok pokierowała na okno otwarte, przez
które nic widać nie było krom kawałka światłości dziennéj. Na
krawędzi okna dwa psy stróże, których do izby nie puszczano
pokładły mordy kosmate jadło czując i ku panu poglądając.
- Wiesz, - rzekł stary kość biorąc w ręce, bo cmoktać je i
wysysać lubił - wiesz ty Jagno kto mi się dzisiaj śnił w nocy? Hę?
Śnił mi się ktoś, a to pewna że ja stary miewam sny takie, iż mi
się zawsze wyśni kto się do mnie zbliża. Ot, jakoś dusza czuje co
do niéj idzie.
- Ale kogożeście to wyśnili! - zapytała Jagna obojętnie.
Scibor popatrzał na nią smutnemi oczyma.
- Kogo! kogo! - powtórzył - albo to tobie co po kim? albo to
ci milszy jeden niż drugi? Żebym wiedział kto ci upodobany, Boże
odpuść, czasami bym go tu gotów ściągnąć.
Rozśmiała się Jagna pół ustami, ale brwi zostały
zmarszczone.
- A co mi tam po nich? - poczęła ręce zaciskając mocniéj
jeszcze. - Po co oni tu jeżdżą, ten i ów? Ten kogobym ja mieć
chciała i czary go tu nie ściągną!!
Jagnie oczy zabłysły żywo.
- A kogożbyś ty mieć chciała? - zapytał podchwytując - kogo?
Złapane za słowo dziewczę usta podniosło, głową
potrząsnęło..
- E! nikogo! nikogo! - odparła pół głosem.
Stary westchnął. Któż to ci się śnił mój ojcze? dodała
zaraz.
- A co ci potém, choćbyś się dowiedziała - rzekł Scibor. -
Tyle wiem że - pomnisz go? nie? - Stach z Konar pewno przyjedzie!
Dawno, dawnom go nie widział. Po co on tu miałby przybyć? nie wiem,
a choćbym się i domyślał, mówić nie ma potrzeby.
Znowu spojrzał na córkę, któréj rumieniec żywy na twarz
wypłynął gdy imię Stacha posłyszała.
- Stach z Konar! - zawołała nagle zżymnąwszy się cała -
Stach z Konar! Wiem! niecierpię go!!
- Toć mi nie tajno! - odparł stary.
- Stach z Konar! - ciągnęła daléj Jagna - a toć nie ma
człowieka w świecie, któryby mi nienawistniejszym był nad niego.
Zamilkł Scibor.
- Stach z Konar! - powtórzyła raz jeszcze. - Zbój ten
niepoczciwy.
- E! e! - przerwał stary - za cóż go to zbójem i nicponiem
zwiesz! za co?
- Alboż nie wiecie? - z oburzeniem odparła Jagna.
- Juści się dorozumiewam - mówił ojciec. Jeszcze ci pewno w
pamięci owa przygoda którą z księciem Kaźmierzem miał za młodu. A
toć sam książe dawno o tém zapomniał i przebaczył mu
wspaniałomyślnie a biedaczysko za winę odpokutowało sowicie.
- Odpokutował! - wtrąciła gniewnie miotając się dziewczyna.
- Głowę, głowę za to powinien był dać. Im lepszym i
wspaniałomyślniejszym dla niego pan się okazał, tém on winniejszy!
Sądzili go wówczas na rozszarpanie końmi i jabym go była na kawały
rozerwać dała, bo żyć nie wart! nie wart!
Stary wzdrygnął się posłyszawszy mowę córki.
- Jagno! - zawołał - Jagno! tyś niesprawiedliwa! Boże ci
odpuść. Posłuchaj mnie starego. Ja téż panów naszych kocham, a
księcia Kaźmierza i Henryka nieboszczyka, miłowałem więcéj nad
wszystkich. Aleś ty spełna téj sprawy nieświadoma, a katem byś
zaraz mu być chciała.
- I byłabym była - odezwała się Jagna porywczo, podnosząc
złożone pięści do góry - i łebby dał!
- Więc posłuchajno, ty zła moja Jagno jakaś - odezwał się
zwracając ku niéj stary. - Znać żeś dobrze nie znała sprawy, a
ludzie pletli nie do rzeczy.
- O! wiem ci ja dobrze jak było! - odparło dziewczę.
- A ja lepiéj wiem niż ty - rzekł stary uparcie. - Gdy raz
się o tém zgadało, musisz posłuchać.
Potrząsła głową Jagna i zapatrzyła się w okno, ale
obojętność jéj ojcu ust nie zamknęła.
- Ot jak było! - mówił Ścibor. Ot i, że Kaźmierz bardzo
młodym naówczas był, Stach też, bo są równo latki, należał do jego
dwora, jako rówieśnicy bawili się zwykle razem.
- A tak! - wtrąciła dziewczyna - zabawiali się - książe go
przez łaskę do osoby swéj przypuścił, a ón, jak pies któremu drzwi
do izby otworzą, wnet chciał po niéj plądrować i paskudzić.
Stary ścierpiawszy przerwanie, mówił daléj.
- Ot jak było. Młodzi zwyczajnie młodzi, czémże się zabawiać
mieli. Pili oba. Pił książe Kaźmierz i dolewał Stachowi, aż się obu
we łbach zakręciło. Więc kośćmi rzucać zaczęli. - A po co było
królewskiemu synowi z lada dworzaninem i z służbą tak się poufalić,
dać mu z sobą siadać na równi i po pijanemu kosterzyć?
Oczy Jagny paliły się z gniewu słuchając, ale ojciec
ożywiwszy się mówić i wygadać się potrzebował.
- Stawił królewicz, stawił i Staszek co miał. Kości na
przemiany to jednemu to drugiemu szczęście dawały. W tém Stachowi
poczęło iść licho a licho. Co rzucił kości przegrywał. Pijany
rozumu nie ma, stawił więc wszystko aż do pasa, łańcucha,
pierścieni, a w ostatku zgrawszy się ojcowiznę któremuś z rycerzy
co świadkami byli założył za summę wielką, aby grać daléj. Znać mu
dobrze w głowie szumiało, bo zgrawszy się co miał srébra na kupę
zsunął ważąc wszystkie na kość jedną.
Na księcia Kaźmierza kolej rzucać wypadała, cisnął tedy i
tyle ok wyrzucił ile ich na kościach było. Wygrywał więc mu
ostatnią koszulę. Z rozpaczy Stach ojcowiznę i cześć tracąc,
podniósłszy się, nieprzytomny policzek dał księciu.
Jagna krzyknęła z oburzenia.
- A nie powinienże był wisieć téj godziny! - wyrwało się jéj
z ust.
- Na krzyk przytomnych, mówił daléj Scibor - nie czekał téż
Stach wyroku ni sądu, od stołu skoczywszy dopadł konia i uchodził.
Puścili się za nim wnet w pogoń drudzy i związanego
przyprowadzili do sądu. Krzyczał kto żył, wołali wszyscy aby go
końmi szarpano, głowę mu odcięto, rękę odrąbano i palono. Tu
dopiero królewicz się okazał jakim był i jest.
- Okazał się prawie świętym i wielkim - zawołała Jagna z
zapałem.
- Tak - potwierdził ojciec - bo sam wystąpił spokojny,
otrzeźwiony, upokorzony w obronie winowajcy. Nie on winien - rzekł
- ale ja. Mnie kara zasłużona spotkała, żem się w grę niepoczciwą
wdał z nieprzytomnym. Łacniéj jemu przebaczyć, który z rozpaczy że
wszystko postradał zmysły téż utracił, niżeli mnie com krwi swéj,
powagi i dostojeństwa nie szanował.
A tak owego Stacha wolno puszczono, królewicz mu wygraną
nazad wrócić przykazał, jedno to z sądu zatrzymawszy aby mu się
Stach więcéj na oczy nie śmiał okazywać.
- Jakże więc - podchwyciła dziewczyna - i powiecie, że
obraza takiego męża, który z nadludzką pokorą winę darował, siebie
obwinił, nie jest najokropniejszą zbrodnią? Cóż gdy się kto na
świętość w ołtarzu targnie, albo mu rąk nie obcinają, na stosie go
nie palą?
- Ależ słuchaj, dziecko ty gniewne, kotko ty moja drapieżna
- rzekł starzec spokojnie. - Stach się stał przez to na całe swe
życie nieszczęśliwym, bo tego pana jak kochał wprzód tak umiłował
od téj godziny stokroć więcéj i za niego by był gotów krew przelać,
tęskni do niego, u nóg jego pokutę radby sprawiać, a wygnanym jest
na wieki z przed oczów tego, którego kocha.
- O tego mało! mało! - odezwała się Jagna.
- Niema Książe Kaźmierz, ja to wiem, - ciągnął Scibor -
niema sługi, przyjaciela, niewolnika wierniejszego nad niego. O tém
do dziś dnia albo nikt lub mało kto wie, że Stach potajemnie ciągle
nad Kaźmierzem czuwa, jak pies stoi na straży, obrania go, a ani mu
się pokazać na oczy, ani mu o tém dać wiadomości nie może.. Taki
los tego człowieka!
- Dobrze mu tak! choćby całe i najdłuższe życie miał się
męczyć i przepadać - podchwyciła niezmiękczona Jagna - o! dobrze mu
tak! Litości nie wart! zbrodzień jest! mała to kara dla zbója!
- Zawinił ci, prawda, - westchnął Scibor - ależ Kaźmierza
przez to wywyższył, przez niego wiedzą dziś ludzie, jakie ten pan
ma serce i pokochali i poszanowali nad wszystkich pono jego braci.
- Bo godzien jest tego - przerwała Jagna - bo nie tylko
między jego bracią, ale na całym świecie drugiego takiego nie ma
jak on!
Domawiała tych słów gdy chłopak wszedł do izby i u wrot się
trąbka ozwała.
- Oto i mój sen! - zawołał Scibor.
Jagna zerwała się szybko, spojrzała na ojca i zbiegła co
prędzéj drzwi zatrzaskując za sobą, kryjąc się do izby swojéj.
Chłopak Stacha z Konar oznajmił po cichu.