3
Załamanie
Było wczesny ranek 20 lipca 1944 roku. Pułkownik Claus von Stauffenberg, wraz z towarzyszącym mu adiutantem porucznikiem Wernerem von Haeftenem[2], wsiadł do samolotu na lotnisku w Berlinie. Stauffenberg, jako szef sztabu Armii Rezerwowej, która szkoliła rekrutów do wojsk frontowych, a także dbała o bezpieczeństwo w Niemczech, gotowa do akcji na wypadek desantu spadochroniarzy wroga lub wybuchu społecznych niepokojów, mógł brać udział w naradach na najwyższym szczeblu. W jego raportach były zawarte informacje ważne dla Hitlera i najwyższych dowódców Wehrmachtu.
Tego dnia Stauffenberg leciał do Wilczego Szańca, aby zabić Führera. Stanął na czele niewielkiej grupy oficerów, którzy uznali, że jedyną szansą na zatrzymanie biegu strasznych wydarzeń jest usunięcie Führera.
Nikt nie podejrzewał Stauffenberga o wywrotowe przekonania, a tym bardziej o działanie skierowane przeciwko Führerowi. Powszechnie było wiadomo, że był zagorzałym nazistą, który uważał, iż Hitler odbuduje wielkość Niemiec.
Stauffenberg (drugi z lewej) podczas kampanii wrześniowej w 1939 roku(archiwum autora).
Jak przystało na potomka rodziny Freiherr[3], której początki sięgały XII wieku, a która dała Niemcom wielu żołnierzy, w tym trzech Krzyżaków, nienawidził Słowian. Z radością wyruszył ze swoim pułkiem na podbój Polski w 1939 roku. Pisał do żony:
Ludność tutaj to niewiarygodny motłoch, bardzo wielu Żydów i bardzo wielu mieszańców. Lud, który dobrze czuje się tylko pod batem. Tysiące więźniów będzie dobrze służyło naszemu rolnictwu.
Jego entuzjazmu wobec nazizmu nie podzielało wiele osób z jego otoczenia. Arystokratyczni koledzy, w tym jego wuj, hrabia Nikolaus von Üxküll-Gyllenband, zachęcali go do przystąpienia do wojskowej opozycji. Odmówił, twierdząc, że złożył przysięgę Hitlerowi[4], w której zobowiązał się "do bezwarunkowej wierności Führerowi Niemieckiej Rzeszy i narodowi, Adolfowi Hitlerowi, głównodowodzącemu Wehrmachtem".
Curtiss P-40 Warhawk(archiwum autora).
Jego nastawienie zmieniło się po tragicznych przejściach w Afryce Północnej, gdzie walczył jako oficer sztabowy 10. Dywizji Pancernej.
Stało się to 7 kwietnia 1943 roku, gdy siedział w samochodzie na drodze prowadzącej do tunezyjskiego portu w Safakis. Tysiące żołnierzy czekało tam na załadunek na statki, które miały ewakuować ich na Sycylię.
Nagle od zachodu, skąd nadciągały wojska brytyjsko-amerykańskie, nadleciało kilka myśliwców P-40 Warhawk, łatwo rozpoznawalnych ze względu na paszczę rekina namalowaną na osłonie silnika.
Krążyły przez kilka minut nad drogą, ostrzeliwując cele, aż wyczerpały zapas amunicji, a gęsty czarny dym z płonących opon, oleju i eksplodujących skrzynek z amunicją oraz pył wzbijany w powietrze przez pociski i podmuch wybuchów bomb całkowicie zasłoniły pobojowisko.
Stauffenberg wyskoczył z samochodu, gdy tylko rozpoczął się nalot. Nie odbiegł daleko. Znaleziono go kilkanaście metrów od wraku samochodu. Był tak ciężko ranny, że lekarze w szpitalu polowym w Safakis nie dawali mu szansy przeżycia. Pociski oderwały jego prawą dłoń i przedramię. Na lewej dłoni wisiały dwa palce, mały i serdeczny, które trzeba było amputować. W miejscu lewego oka był krwawy oczodół. Drugie oko zostało uszkodzone. Rana na kolanie była tak poważna, że rozważano amputację nogi. Szczęśliwie dla młodego oficera (miał 36 lat) nie doszło do tego. Na drugiej nodze i na plecach w wielu miejscach widniały głębokie, choć nie tak groźne rany.
Trzy dni później przewieziono go do szpitala w Kartaginie, gdzie dokonano koniecznych amputacji, a stamtąd do szpitala w Monachium.
Odwiedzali go dygnitarze i przyjaciele przejęci stanem człowieka, który tak niedawno był uśmiechniętym i przystojnym młodzieńcem mającym przed sobą wielką wojskową karierę.
Kalectwo kazało mu inaczej spojrzeć na sytuację w Niemczech. A może cel wskazały mu słowa wuja, hrabiego Nikolausa von Üxkülla-Gyllenbanda, który powiedział, że skoro ocalił życie, to znaczy, że ma coś bardzo ważnego do wykonania.
Stauffenberg odpowiedział:
- Nie będę mógł spojrzeć w oczy żon i dzieci tych, którzy padli w boju, jeżeli nie zrobię czegoś, aby zatrzymać tę bezsensowną rzeź.
Potem wyznał swojej żonie Ninie:
- Wiesz, czuję, że muszę zrobić coś, aby uratować Rzeszę. Jako oficer Sztabu Generalnego ponoszę odpowiedzialność, taką jak inni oficerowie.
Nie było w tym buntu przeciwko potwornościom nazizmu, które niejednokrotnie obserwował, walcząc w Polsce i na froncie wschodnim. Widział wsie wypalone do czarnej ziemi, kołyszące się na wietrze trupy powieszonych mężczyzn i kobiet, a nawet dzieci, nieprzebrane tłumy radzieckich jeńców za kolczastymi drutami, umierających na gołej ziemi z zimna i głodu. Ani słowem nie wspomniał, że należy obalić ustrój, którego istotą była zbrodnia i wyniszczanie całych narodów. Interesowały go tylko nadmierne straty Wehrmachtu, który rozpoczął agresywną wojnę, wtargnął do wielu państw Europy, otwierając drogę specjalnym jednostkom SS i ludobójstwu. Jego bunt przeciwko władzy w Niemczech miał jedynie zmniejszyć straty ponoszone przez Wehrmacht, a zapewne także zakończyć wojnę, której Niemcy już wygrać nie mogli, ale był to czas, gdy nowy rząd niemiecki mógł wynegocjować dobre warunki pokoju.
Przekonany o swoim posłannictwie, przygotowywał się do misji, ćwicząc wolę. W czasie częstych zabiegów, którym był poddawany w szpitalu, odmawiał przyjmowania środków znieczulających, aby pokonać lęk przed bólem. Kalectwo i cierpienie mogłyby powstrzymać go przed podjęciem służby, którą pojmował już inaczej. Jednakże we wrześniu 1943 roku wrócił do wojska, oddelegowany do sztabu Armii Rezerwowej.
Krytycznego dnia 20 lipca samolot wiozący Stauffenberga i Haeftena wylądował o godzinie 10:00 na lotnisku w Gierłoży odległym od kwatery Hitlera o kilka kilometrów. Prawdopodobnie był z nimi generał Hellmuth Stieff[5], który już we wcześniejszych próbach zabicia Führera odgrywał ważną rolę. To on w marcu 1943 roku dostarczył ładunki wybuchowe oficerom w Smoleńsku, którzy przemycili je na pokład samolotu Hitlera wracającego do Wilczego Szańca po inspekcji w rejonie wojsk tego miasta. Nigdy jednak nie dokonał zamachu, co trudno wyjaśnić, gdyż całym sercem nienawidził nazizmu i uważał, że Hitler prowadzi Niemców do zguby. Być może rację miał inny spiskowiec - major Axel von dem Bussche, któremu kalectwo (na froncie wschodnim stracił nogę) uniemożliwiło udział w zamachu - mówiąc o Stieffie:
On jest jak dżokej, zbyt nerwowy.
To Stieff przekazał Stauffenbergowi dwa ładunki angielskiego materiału wybuchowego znanego pod nazwą "Nobel's Explosive 808" oraz zapalniki, które miały wywołać eksplozję. Były proste w użyciu, choć bardzo zawodne, a podobieństwo do ołówka (miały centymetr średnicy i 15 centymetrów długości) sprawiło, że nazywano je "ołówkowymi detonatorami". Wystarczało zgnieść obcęgami lub obcasem końcówkę rurki, w której była szklana ampułka z roztworem chlorku miedzi, aby ten wylał się na watę otulającą miedziany drut podtrzymujący sprężynę iglicy. Po określonym czasie kwas wżerał się w drut, co uwalniało sprężynę, pchającą iglicę w stronę spłonki.
W zapalnikach wciśniętych do materiału wybuchowego eksplozja miała nastąpić po około 15 minutach, ale ten czas był dość orientacyjny, gdyż zależał przede wszystkim od temperatury otoczenia. Instrukcja ostrzegała, że zapalnik może zadziałać zarówno po 7, jak i po 25 minutach. I zalecała użycie dwóch zapalników, jeśli jeden okazałby się zawodny.
W Wilczym Szańcu w bunkrze szefa Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu (OKW) feldmarszałka Wilhelma Keitela o godzinie 11:00 rozpoczęła się wstępna konferencja. Po jej zakończeniu oficerowie mieli przenieść się do schronu Hitlera. Wykorzystując tę przerwę, Stauffenberg poprosił o chwilę wolnego, aby zmienić koszulę. Dzień był upalny, więc prośba nikogo nie zdziwiła. Oficer wskazał mu pomieszczenie w pobliskim schronie dla gości, gdzie mógł się przebrać. Czas naglił. Do rozpoczęcia narady z Hitlerem pozostało niewiele minut.
Czy to Stauffenberg uzbroił zapalnik? To wątpliwe. Utrzymanie w kalekiej lewej dłoni obcążek, którymi miał zgnieść rurkę z ampułką, było trudne, a zwłaszcza w nerwowym napięciu, w jakim działał. W dodatku uzbrojenie zapalnika wymagało usunięcia bezpiecznika, którym była mała, niewiele wystająca z obudowy blaszka blokująca iglicę. Prawdopodobnie więc to nie on, lecz porucznik Haeften uruchomił zapalnik, choć Stauffenberg podobno przystosował obcążki, wyginając ich rączki, aby sprawniej operować nimi trzema palcami. Ale w jaki sposób, nie mając prawej ręki, mógł trzymać zapalnik?
Jeżeli bombę uzbrajał Haeften, to dlaczego wyciągnął zawleczkę i uzbroił tylko jeden zapalnik? Wprawnemu oficerowi zajęłoby to kilka sekund.
Feldmarszałek Keitel, który czekał na zewnątrz schronu, zaczynał się niecierpliwić. Przekonany, że kaleki pułkownik nie może szybko się przebrać, wysłał na pomoc esesmana. Przybycie żołnierza przerwało dalsze przygotowania i uniemożliwiło uzbrojenie drugiego ładunku. Stauffenberg nie włożył go do teczki, ale oddał Haeftenowi. Gdyby postąpił inaczej, wybuch pierwszej bomby zdetonowałby drugą, a eksplozja dwóch ładunków plastiku zabiłaby wszystkich biorących udział w konferencji. Być może pukanie esesmana do drzwi sprawiło, że Stauffenberg, nie zastanawiając się, oddał drugi ładunek Haeftenowi, choć łatwiej byłoby włożyć go do teczki. Ponadto przekazanie paczki plastiku Haeftenowi zwiększało niebezpieczeństwo dekonspiracji, gdyby ten zwrócił na siebie uwagę strażników.
Do Stauffenberga, gdy tylko znalazł się na zewnątrz, podszedł feldmarszałek Keitel.
- Może panu pomóc? - Wyciągnął rękę, aby wziąć teczkę.
- Nie, dziękuję, muszę sobie dawać radę sam - odpowiedział Stauffenberg.
Keitel nie nalegał, aby nie urazić kalekiego oficera.
Ruszyli w stronę schronu Hitlera. Bunkier był łatwo rozpoznawalny ze względu na wielką masywną bryłę żelbetu, odległą o około 300 metrów. Nagle zboczyli z wytyczonej drogi i skierowali się do parterowego domu. Był to dość solidny budynek, w którym ceglane ściany wspierały żelbetowy strop. Ponadto, ze względu na zagrożenie nalotami, zewnętrzne ściany obudowano betonowym płaszczem, a na strop wylano dodatkową warstwę betonu.
Dlaczego zmieniono miejsce narady?
Tego dnia, 20 lipca 1944 roku, wojska radzieckie doszły na odległość 140 kilometrów od Gierłoży. W Wilczym Szańcu brano pod uwagę, że samoloty z czerwonymi gwiazdami na skrzydłach mogą nadlecieć w każdej chwili, a czas ostrzeżenia byłby bardzo krótki. Ze względu na to zagrożenie ekipy remontowe przystąpiły do wzmacniania bunkra Hitlera, który na czas remontu przeniósł się do schronu dla gości, zaś narady odbywały się w murowanym budynku. Było oczywiste, że zabójczy efekt fali podmuchowej eksplodującego ładunku plastiku będzie tam znacznie mniejszy niż w ciasnym pomieszczeniu bunkra. W dodatku okna, choć zabezpieczone stalowymi okiennicami mającymi w razie nalotu chronić wnętrze przed odłamkami bomb, otwarto szeroko z powodu upału.
Zamachowiec już nie mógł się cofnąć. Zapalnik w teczce działał. Mógł go zatrzymać, ale to wymagało wyjęcia bomby z teczki, wyciągnięcia zapalnika i wyrzucenia go. Nieunikniona eksplozja spłonki przypominająca strzał z kapiszona mogła zwrócić uwagę. Nie mógł tego wykonać na oczach oficerów i żołnierzy z ochrony Hitlera. Musiał realizować plan.
Stauffenberg wszedł do sali konferencyjnej, gdy narada już trwała. Poprosił jednego z adiutantów feldmarszałka Keitela, aby wskazał mu miejsce jak najbliżej Hitlera.
- Mam słaby słuch i muszę być w pobliżu Führera, abym słyszał jego pytania - wyjaśnił.
Hitler siedział na wysokim stołku przy dużym stole niemalże wypełniającym całe pomieszczenie, zwrócony twarzą do okien. Z jego prawej strony stał generał Adolf Heusinger, pełniący obowiązki szefa sztabu generalnego wojsk lądowych, który relacjonował sytuację na froncie wschodnim. Związany ze spiskowcami, wiedział, że zamach nastąpi, lecz nie miał pojęcia, że właśnie podczas tej narady.
Dalej na prawo był adiutant generała, pułkownik Heinz Brandt. On już raz ledwo uszedł śmierci. To jego w marcu 1943 roku, gdy wracał z Hitlerem ze Smoleńska, zamachowcy poprosili o dostarczenie butelki likieru generałowi Stieffowi w Mauerwald (Mamerkach), obok Wilczego Szańca. Brandt oczywiście nie wiedział, że w papier zawinięta była nie butelka, lecz dwie miny. Eksplozja z nieznanych przyczyn nie nastąpiła. Brandt uratował życie, o czym nawet nie wiedział, ale jego szczęście już się wyczerpało.
Stauffenberg stanął we wskazanym miejscu między Heusingerem a jego adiutantem. Postawił teczkę na podłodze, po lewej stronie masywnej podpory stołu, a więc od strony Hitlera. Jego pierwszego zabiłaby fala eksplodującego plastiku.
Po minucie odwrócił się i mówiąc do adiutanta feldmarszałka Keitela, że musi zadzwonić do Berlina, wyszedł z budynku. Tam czekali na niego porucznik Haeften oraz wtajemniczony w spisek szef łączności Wehrmachtu, generał Erich Fellgiebel[6]. Odeszli na odległość 250 metrów. Była godzina 12:50, gdy potężny wybuch wstrząsnął powietrzem. Zobaczyli, jak w otwartych oknach pojawił się płomień. Nikt z ludzi znajdujących się wewnątrz nie mógł tego przeżyć. Tak uznał Stauffenberg, który z Haeftenem wskoczył do samochodu i szybko odjechał w stronę wartowni. Tam panowało tak wielkie zamieszanie, że bez problemu wyjechali z pierwszej strefy. Minęli drugi punkt kontrolny, ale dowódca trzeciego posterunku otrzymał już rozkaz, że nikogo nie wolno wypuszczać. Na szczęście Stauffenbergowi udało się przekonać jednego z oficerów, że na polecenie Hitlera musi natychmiast lecieć do Berlina. Wypuszczono go. Po drodze na lotnisko wyrzucił niewykorzystany ładunek wybuchowy, którego brak uratował Hitlera.
Na lotnisku, gdy wsiadł na pokład bombowca He 111 przystosowanego do przewozu pasażerów, był przekonany, że nikt z 24 osób obecnych w sali konferencyjnej nie mógł przeżyć potężnej eksplozji! Stało się inaczej.
Pułkownik Brandt zaczął rozkładać mapę. Zaczepił butem o teczkę pozostawioną przez Stauffenberga. Przestawił ją na drugą stronę podpory stołu, która stała się barierą osłaniającą Hitlera.
O godzinie 12:50 Hitler pochylił się nad mapą. Oparł się na łokciach i zaczął studiować sytuację, gdy nagle blat stołu uniósł się i rozleciał na kawałki, a w twarz Hitlera strzelił płomień. Podmuch rozerwał mu bębenek w uchu, osmalił włosy i rzucił go na podłogę. To było nieprawdopodobne: żył! Bez wątpienia dlatego, że w teczce był tylko jeden ładunek, a Hitlera ochraniał blat stołu. W dodatku otwarte okna zapobiegły skumulowaniu niszczącej siły we wnętrzu i uwolniły ją na zewnątrz. Było w tym coś niewytłumaczalnego. Ani podpora stołu, ani drewniany blat nie były na tyle masywne, żeby skierować falę wybuchową w inną stronę i ochronić Hitlera stojącego w odległości jednego metra od eksplodującego ładunku!
Generał Erich Fellgiebel, po rozstaniu ze Stauffenbergiem, szedł do swojej kwatery, gdy zobaczył Hitlera wychodzącego z budynku, w którym nastąpił wybuch, chwiejnym krokiem, z osmaloną twarzą i w podartym, nadpalonym mundurze. Miał podejść do Führera i pogratulować mu cudownego ocalenia. Przy boku w kaburze miał pistolet. A jednak nie sięgnął po niego, aby dokończyć dzieło Stauffenberga. Pobiegł do telefonu i zadzwonił do Berlina do jednego ze spiskowców, generała Fritza Thielego[7].
- Stało się coś strasznego - powiedział. - Führer żyje[8]!
Odłożył słuchawkę. Więcej nie mógł powiedzieć, wiedząc, że rozmowa jest podsłuchiwana. Wydał rozkaz przerwania łączności z Berlinem. Tylko tyle mógł zrobić, aby ułatwić działania zamachowców.
Spiskowcy w Berlinie, do których nie dotarł jeszcze Stauffenberg, byli zdezorientowani. Mogli różnie rozumieć słowa Fellgiebla. "Straszne" mogło być to, że Stauffenberg zrezygnował z przeprowadzenia ataku lub że został schwytany, zanim dokonał zamachu. Mogło też znaczyć, że zginął w czasie eksplozji. Postanowili więc czekać, aż sytuacja się wyjaśni, i udali się na obiad do kasyna oficerskiego. Tracili bezcenny czas, gdy mogli jeszcze zmienić bieg wypadków.
Samolot Stauffenberga wylądował na berlińskim lotnisku Rangsdorf o godzinie 15:00. Porucznik Haeften natychmiast skontaktował się z Thielem i generałem Friedrichem Olbrichtem.
- Führer nie żyje! - zapewniał przez telefon. - Wybuch był tak silny, jakby w barak trafił pocisk kalibru 150 mm. Stamtąd nikt nie mógł wyjść żywy!
To brzmiało bardzo przekonująco. Spiskowcy uznali więc, że czas przystąpić do przejmowania władzy. Generał Olbricht pospieszył do kwatery dowodzącego Armią Rezerwową generała Friedricha Fromma[9], który był wtajemniczony w plany zamachu, lecz pozostał bierny, czekając na ostateczny rozwój sytuacji.
- Mamy pewność, że Hitler nie żyje - powiedział Olbricht. - Oczekujemy, że wyda pan rozkaz "Walkiria".
Spiskowcy nadali akcji zamachu na Hitlera i przejęcia władzy kryptonim, który określał akcję oddziałów Armii Rezerwowej podjętej dla przywrócenia porządku w przypadku zamachu stanu. Było to sprytne, gdyż pozwalało zamaskować przejmowanie władzy i upozorować je na akcję Armii Rezerwowej w obronie starego porządku.
Generał Fromm nie uwierzył w zapewnienia Olbrichta. Do dzisiaj nie wiadomo dlaczego. Nie dotarły do niego żadne wiadomości z Wilczego Szańca, gdyż łączność była przerwana. Być może postanowił działać bardzo ostrożnie lub przeczucie podpowiadało mu, że powinien wstrzymać się od jakichkolwiek działań przeciwko Führerowi, dopóki jego śmierć nie zostanie oficjalnie potwierdzona.
Obrażenia Hitlera były powierzchowne, choć czterech stojących nieco dalej oficerów zginęło na miejscu lub zmarło wskutek odniesionych ran. Kilku zraniły odłamki mebli wyrzucone siłą wybuchu. Sala konferencyjna została całkowicie zniszczona.
W Berlinie zbuntowani oficerowie wciąż mieli szansę na przechwycenie władzy. Jednakże działali chaotycznie i popełniali kolejne błędy, co musiało przynieść im zgubę.
Z opóźnieniem wysłali proklamacje, które dotarły do Okręgów Wojskowych około godziny 17:00. Tam w sztabach nie było już dowódców, a jedynie oficerowie dyżurni. Musieli odszukać przełożonych, a to trwało trochę czasu. Co więcej, dokumenty będące proklamacją nowej władzy podpisali oficerowie pozostający poza czynną służbą, co powiększało zamieszanie. Wreszcie podana przez radio o godzinie 18:30 wiadomość o tym, że zamach się nie udał, odebrała odwagę nawet tym, którzy mieli ochotę podporządkować się rozkazom spiskowców.
Minister propagandy Joseph Goebbels w rozmowie z ministrem uzbrojenia Albertem Speerem dosadnie ocenił działania spiskowców:
- Gdyby oni nie byli tak niezdarni! Mieli ogromną szansę! Co za głupki! Co za dziecinada! Gdy pomyślę, jak ja poprowadziłbym taką sprawę. Dlaczego nie zajęli rozgłośni radiowej i nie nadawali najdzikszych kłamstw? Postawili straż przed drzwiami mojego gabinetu, ale pozwolili mi działać i telefonować do Führera, zmobilizować wszystkich. Nawet nie wyłączyli mojego telefonu. Mieli tyle kart atutowych i sknocili wszystko. Co za amatorzy!
W sztabie Armii Rezerwowej generał Fromm uzyskał jasność sytuacji i wydał rozkaz aresztowania najbardziej aktywnych spiskowców: Stauffenberga, Haeftena, pułkownika Albrechta Mertza von Quirnheima i generała Olbrichta. Musiał się ich pozbyć, gdyż byli świadkami dwuznacznej roli, jaką odegrał w przebiegu zamachu stanu. Dlatego wydał rozkaz natychmiastowego rozstrzelania ich. Stauffenberga i trzech innych oficerów wyprowadzono na dziedziniec budynku Sztabu Generalnego przy Bendlerstrasse i w świetle reflektorów ciężarówek rozstrzelano. Zgładzeniu pozostałych spiskowców zapobiegło przybycie do Berlina Ernsta Kaltenbrunnera, szefa Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, który wstrzymał egzekucje, gdyż zależało mu na zachowaniu spiskowców przy życiu, aby torturami wydobyć informacje o wszystkich, którzy wzięli udział w przygotowaniu rebelii. Natychmiast aresztowano generała Fromma. Oskarżony o tchórzostwo, został skazany na śmierć i rozstrzelany 12 marca 1945 roku.
Roland Freisler, przewodniczący Trybunału Ludowego(NAC).
Hitler żądał krwi tych, którzy odważyli się podnieść na niego rękę, ale czy była to tylko chęć zemsty?
- To są najnikczemniejsze kreatury, jakie kiedykolwiek nosiły wojskowy mundur, hołota! - mówił na odprawie zwołanej dla tych, którzy mieli przywrócić porządek w jego państwie. - Tym razem poradzę sobie z nimi. Nie będzie honorowej kuli w łeb dla tych kryminalistów. Zostaną powieszeni, jak zwykli zdrajcy! Powołamy sąd honorowy, który wydali ich ze służby, a potem będą sądzeni jako cywile. Wyroki zostaną wykonane w ciągu 2 godzin. Zostaną powieszeni natychmiast, bez litości. I co jest szczególnie ważne, nie dostaną czasu na długie przemowy. Zajmie się tym Freisler. On jest naszym Wyszyńskim!
Mówił o Rolandzie Freislerze[10], przewodniczącym Trybunału Ludowego, utworzonego w 1934 roku do sądzenia najpoważniejszych przestępstw przeciwko państwu. Porównanie z Andriejem Wyszyńskim, radzieckim prokuratorem, zwolennikiem stosowania tortur w śledztwie, który wsławił się szczególną bezwzględnością w okresie stalinowskich czystek w latach 30. XX wieku, było jednoznaczną zapowiedzią krwawego terroru. Czy mogło to oznaczać, że Hitler postanowił sięgnąć po metody zastosowane przez Stalina w 1941 i 1942 roku, aby przywrócić dyscyplinę w kadrze dowódczej Armii Czerwonej?
Pierwsze aresztowania nastąpiły tuż po zamachu.
Po północy wywleczono z biura w Mauerwald generała Hellmutha Stieffa. Wkrótce gestapowcy wpadli do kwatery generała Ericha Fellgiebla w Wilczym Szańcu.
Następnego dnia, 21 lipca, podjęła pracę specjalna komisja (Sonderkommission), na czele której postawiono SS-Obersturmbannführera Georga Kiessela[11], który już w czasie służby w okupowanej Jugosławii udowodnił, że potrafi działać z krwawą bezwzględnością. Hitler osobiście poinstruował go, jak ma wykonywać nowe obowiązki. Podobno w tym spotkaniu wziął udział oficer, któremu wyznaczono funkcję kata w berlińskim więzieniu Plötzensee. Czy właśnie wtedy Hitler kazał mu wykonywać wyroki na skazanych tak, aby umierając, najbardziej cierpieli? Kat wiedział, jak to zrobić.
Komisja zadziwiająco szybko ustaliła nazwiska wszystkich podejrzanych o udział w zamachu oraz przynależność do antyhitlerowskiej konspiracji, co wskazywało, że Gestapo śledziło ich od dawna i dużo wiedziało o ich zamiarach, a także przygotowaniach do zamachu. Tak oceniał sytuację amerykański wywiad, którego analitycy zdawali się przewidywać taki rozwój sytuacji.
Dyrektor amerykańskiego wywiadu OSS William Donovan pisał 24 lipca 1944 roku w notatce dla generała George'a Marshalla, szefa Sztabu Wojsk Lądowych (Chief of Staff of the Army):
(...) Przychylam się do poglądu, że Gestapo prawdopodobnie miało wiele informacji o osobach zamieszanych [w spisek - B.W.] i było gotowe uderzyć, i to uderzyć mocno. Himmler był prawdopodobnie zadowolony, że miał możliwość zrobić to, zanim cofające się niemieckie armie znalazłyby się na niemieckiej ziemi.
Wydaje się, że amerykański wywiad przewidział następne wydarzenia, z których najważniejszym było oddanie dowodzenia Armii Rezerwowej Heinrichowi Himmlerowi. W raporcie z 27 lipca 1944 roku oficerowie z Działu Badań i Analiz OSS napisali:
Nieuchronne oddanie Armii Rezerwowej pod dowództwo Himmlera[12] wyjaśnia decyzję w sprawie terminu próby zamachu. Wskazówki tego są zawarte w przemówieniu Hitlera z 2 lipca 1944 roku, wygłoszonym na pogrzebie generała Dietla[13], i w artykule Goebbelsa zamieszczonym w "Das Reich" 7 lipca, w których utrzymywano, że największe niebezpieczeństwo dla nazizmu kryje się na froncie wewnętrznym. Jest wiele innych sygnałów narastającego antagonizmu między Partią i jej SS a wojskiem (...).
Wywiad amerykański wątpił w prawdziwość zamachu. Takie wątpliwości wyrażał w raporcie z 26 lipca 1944 roku doradca OSS Walter C. Langer, którego nazwisko stało się głośne w 1972 roku, gdy opublikowano jego książkę Umysł Adolfa Hitlera, czyli psychologiczną analizę Führera.
Langer zwrócił uwagę na te same zastanawiające działania spiskowców, które wyśmiewał Joseph Goebbels:
a. Czas, miejsce i sposób przeprowadzenia zamachu wydają się niezdarne i niegodne [w oryginale: unworthy - B.W.] wysokiej rangi niemieckich generałów, którzy planowali przechwycenie rządów.
b. Wydaje mi się niemożliwe, że wysokiej rangi Niemcy, którzy planowali przechwycenie władzy, chcieliby wyeliminować Hitlera. Oni byli świadomi osobliwego związku istniejącego między nim a narodem i byliby bardziej skłonni trzymać go jako zakładnika, aby zagwarantować porządek zarówno na froncie wewnętrznym, jak i militarnym.
Autor konkluduje:
(...) Hitler obawiał się, że sytuacja może wyrwać się spod jego kontroli. Coś drastycznego musiało być wykonane, co przyspieszyłoby wyeliminowanie generałów starego stylu, którzy mogliby zorganizować rewoltę, przestraszyć bardziej bojaźliwych, zmuszając ich do ślepego posłuszeństwa, i w tym samym czasie odzyskać lub wzmocnić posłuszeństwo żołnierzy i oficerów w kraju i na froncie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki