Średniowieczna Europa - Chris Wickham

Kup ebooka

69.99 zł
55.99 zł (31,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Nowe spoj­rze­nie na śre­dnio­wie­cze

Ta książ­ka jest o zmia­nie. Epo­ka, któ­rą na­zy­wa­my śre­dnio­wie­czem - lub wie­ka­mi śred­ni­mi - trwa­ła ty­siąc lat, od 500 do 1500 roku, a Eu­ro­pa, któ­ra jest przed­mio­tem mo­je­go za­in­te­re­so­wa­nia w tej książ­ce, pod ko­niec tego okre­su sta­ła się zu­peł­nie in­nym miej­scem niż u jego za­ra­nia. W VI wieku Eu­ro­pa była wy­raź­nie po­dzie­lo­na na dwie czę­ści: jed­ną zdo­mi­no­wa­ną i za­rzą­dza­ną przez Im­pe­rium Rzym­skie oraz zu­peł­nie od­mien­ną część dru­gą. Ty­siąc lat póź­niej Eu­ro­pa przy­bra­ła swój skom­pli­ko­wa­ny kształt, z mo­zai­ką licz­nych nie­za­leż­nych państw, któ­ry w ogól­nych za­ry­sach za­cho­wał się do cza­sów współ­cze­snych. Pi­sząc tę książ­kę, chcia­łem po­ka­zać, jak do tego do­szło. Przy czym, nie skut­ki zmian są dla mnie naj­waż­niej­sze. Wie­lu au­to­rów zaj­mu­ją­cych się śre­dnio­wie­czem sku­pia uwa­gę wła­śnie na po­wsta­niu państw na­ro­do­wych i na wszyst­kich in­nych zja­wi­skach, któ­re ukształ­to­wa­ły na­szą rze­czy­wi­stość - dla nich to wła­śnie źró­dła współ­cze­sno­ści tkwią­ce w wie­kach śred­nich na­da­ją praw­dzi­we zna­cze­nie tej epo­ce. Ta­kie po­dej­ście uwa­żam za po­waż­ny błąd. Hi­sto­ria nie jest te­le­olo­gicz­na; in­ny­mi sło­wy, roz­wój hi­sto­rycz­ny nie prze­bie­ga do cze­goś, lecz ra­czej wy­ni­ka z cze­goś. Są­dzę, że ener­ge­tycz­ne cza­sy śre­dnio­wie­cza są wy­star­cza­ją­co in­te­re­su­ją­ce same w so­bie, by zaj­mo­wa­nie się nimi nie wy­ma­ga­ło do­dat­ko­we­go uza­sad­nie­nia. Mam na­dzie­ję, że ni­niej­sza książ­ka w peł­ni tego do­wie­dzie.

Nie ozna­cza to wszak­że, iż hi­sto­ria Eu­ro­py była w tam­tym okre­sie je­dy­nie pa­smem cha­otycz­nych, nie­po­wią­za­nych ze sobą w ża­den spo­sób i burz­li­wych wy­da­rzeń. Ab­so­lut­nie nie. Śre­dnio­wie­cze mia­ło kil­ka mo­men­tów prze­ło­mo­wych, któ­re nada­ły for­mę tej epo­ce. Upa­dek za­chod­niej czę­ści Im­pe­rium Rzym­skie­go w V wieku, kry­zys Ce­sar­stwa Wschod­nio­rzym­skie­go w zde­rze­niu z is­la­mem w VII wieku, siła eks­pe­ry­men­tu ka­ro­liń­skie­go, opar­te­go na sze­ro­kiej roz­bu­do­wie ad­mi­ni­stra­cji pod ko­niec VIII i w IX wieku, eks­pan­sja chrze­ści­jań­stwa w pół­noc­nej i we wschod­niej Eu­ro­pie, szcze­gól­nie w X wieku, ra­dy­kal­na de­cen­tra­li­za­cja wła­dzy po­li­tycz­nej na za­cho­dzie Eu­ro­py w XI wieku, de­mo­gra­ficz­na i go­spo­dar­cza eks­pan­sja od X do XIII wieku, re­kon­struk­cja ośrod­ków wła­dzy po­li­tycz­nej i re­li­gij­nej na Za­cho­dzie w XII i XIII wieku, upa­dek Ce­sar­stwa Bi­zan­tyń­skie­go w tym sa­mym okre­sie, czar­na śmierć i roz­wój struk­tur pań­stwo­wych w XIV wieku oraz szer­sze za­an­ga­żo­wa­nie lud­no­ści w sfe­rę pu­blicz­ną pod ko­niec XIV i w XV wieku - we­dług mnie to naj­waż­niej­sze ze zmian i dla­te­go każ­dej z nich po­świę­ci­łem od­ręb­ny roz­dział w tej książ­ce. Tym, co łą­czy wszyst­kie te punk­ty zwrot­ne, były pro­ce­sy struk­tu­ral­ne, mię­dzy in­ny­mi upa­dek sta­rych i po­ja­wie­nie się no­wych idei wła­dzy pu­blicz­nej, zmia­na źró­deł fi­nan­so­wa­nia pań­stwa zwią­za­na z przej­ściem od opo­dat­ko­wa­nia do wła­sno­ści ziem­skiej i z po­wro­tem do po­dat­ków, wpływ pi­śmien­nic­twa na kul­tu­rę po­li­tycz­ną oraz roz­wój w dru­giej po­ło­wie śre­dnio­wie­cza for­mal­nych struk­tur lo­kal­nej wła­dzy i lo­kal­nej toż­sa­mo­ści, któ­re dia­me­tral­nie zmie­ni­ły sto­sun­ki mię­dzy wład­ca­mi a pod­da­ny­mi. Tym zja­wi­skom rów­nież po­świę­cę uwa­gę w tej książ­ce. Oczy­wi­stym jest, że w opra­co­wa­niu roz­mia­rów ni­niej­szej pu­bli­ka­cji nie da się szcze­gó­ło­wo opi­sać hi­sto­rii spo­łe­czeństw i kul­tur ani dzie­jów po­szcze­gól­nych państw. In­ny­mi sło­wy, ta książ­ka nie jest pod­ręcz­ni­kiem hi­sto­rii śre­dnio­wie­cza - tych jest już do­sta­tecz­nie dużo i nie po­trze­ba ko­lej­ne­go - jest na­to­miast pró­bą in­ter­pre­ta­cji epo­ki. Oczy­wi­ście w każ­dym roz­dzia­le przed­sta­wi­łem za­rys wy­da­rzeń po­li­tycz­nych, tak by wpro­wa­dzić czy­tel­ni­ków, zwłasz­cza tych, któ­rzy po raz pierw­szy za­głę­bia­ją się w te cza­sy, we wła­ści­wy kon­tekst. Moją in­ten­cją jest jed­nak skon­cen­tro­wa­nie się na mo­men­tach prze­ło­mo­wych oraz na ogól­nych tren­dach i struk­tu­rach ty­po­wych dla oma­wia­nych wie­ków, aby po­ka­zać - z mo­je­go punk­tu wi­dze­nia - wszyst­ko to, co naj­le­piej cha­rak­te­ry­zo­wa­ło śre­dnio­wie­cze i co czy­ni­ło tę epo­kę in­te­re­su­ją­cą, a tak­że to, co było pod­sta­wą póź­niej­szych wy­da­rzeń.

Moja au­tor­ska li­sta mo­men­tów prze­ło­mo­wych róż­ni się od po­dej­ścia in­nych me­die­wi­stów - pre­zen­to­wa­ne­go wprost lub w spo­sób za­wo­alo­wa­ny w licz­nych pu­bli­ka­cjach na ten te­mat. W naj­po­pu­lar­niej­szym obec­nie uję­ciu opo­wia­da się o śre­dnio­wiecz­nej Eu­ro­pie, któ­ra pod­no­si się z upad­ku (dzię­ki re­for­mie gre­go­riań­skiej w XI w.), z igno­ran­cji (dzię­ki "re­ne­san­so­wi" XII w.), z ubó­stwa (dzię­ki fla­mandz­kim suk­nom i we­nec­kim stat­kom), z po­li­tycz­nej sła­bo­ści (dzię­ki po­wsta­niu państw na­ro­do­wych Hen­ry­ka II Plan­ta­ge­ne­ta i Edwar­da I w An­glii, Fi­li­pa II i Lu­dwi­ka IX we Fran­cji, Al­fon­sa VI i Fer­dy­nan­da III w Ka­sty­lii), by osią­gnąć szczyt roz­wo­ju w XII i XIII wieku, cze­go prze­ja­wem mają być: wy­pra­wy krzy­żo­we, etos ry­cer­ski, go­tyc­kie ka­te­dry, mo­nar­chia pa­pie­ska, uni­wer­sy­tet w Pa­ry­żu i jar­mar­ki szam­pań­skie. Czę­ścią tej sa­mej opo­wie­ści jest po­strze­ga­nie tzw. póź­ne­go śre­dnio­wie­cza, po 1350 roku, jako okre­su schył­ko­we­go: nę­ka­ne­go za­ra­za­mi i woj­na­mi, z wiel­ką schi­zmą za­chod­nią i jej kul­tu­ro­wym roz­chwia­niem, po któ­rym to do­pie­ro hu­ma­nizm i ra­dy­kal­na re­for­ma Ko­ścio­ła przy­wró­ci­ły po­rzą­dek rze­czy. Ta książ­ka nie pre­zen­tu­je ta­kie­go spoj­rze­nia, wy­pa­cza ono bo­wiem zna­cze­nie koń­co­we­go okre­su tej epo­ki i cał­ko­wi­cie po­mi­ja jej po­czą­tek oraz wpływ kul­tu­ry Bi­zan­cjum, a po­nad­to jest zbyt da­le­ko idą­cą pró­bą po­strze­ga­nia wie­ków śred­nich, zwłasz­cza okre­su po 1050 roku, jako źró­deł no­wo­cze­sno­ści; pró­bą, któ­rą już skry­ty­ko­wa­łem. Moje spoj­rze­nie jest tak­że pod­świa­do­mą po­zo­sta­ło­ścią po daw­nym pra­gnie­niu, by hi­sto­ria była lek­cją mo­ral­no­ści, a wie­ki śred­nie to przy­kład cza­sów, w któ­rych mo­gli­śmy po­dzi­wiać bo­ha­te­rów, ale i zło­czyń­ców (na któ­rych to hi­sto­ry­cy czę­sto sku­pia­ją uwa­gę, choć twier­dzą, że jest ina­czej).

Tego typu mo­ra­li­za­tor­stwo dla wie­lu wy­ni­ka z sa­me­go ter­mi­nu "śre­dnio­wiecz­ny". To sło­wo ma cie­ka­wą hi­sto­rię. Od sa­me­go po­cząt­ku mia­ło ne­ga­tyw­ne ko­no­ta­cje, a jed­ną z nich za­cho­wa­ło do dziś. Od cza­sów Re­pu­bli­ki Rzym­skiej lu­dzie chęt­nie opi­sy­wa­li sa­mych sie­bie jako "no­wych", "no­wo­żyt­nych" (mo­der­ni w jęz. łac.), a swo­ich przod­ków jako an­ti­qui, czy­li "sta­rych", "an­tycz­nych". Jed­nak­że w XIV i XV wieku garst­ka in­te­lek­tu­ali­stów, któ­rych na­zy­wa­my hu­ma­ni­sta­mi, za­czę­ła ogra­ni­czać sło­wo "sta­ro­żyt­ni" do kla­sycz­nych pi­sa­rzy Ce­sar­stwa Rzym­skie­go i ich po­przed­ni­ków; to ich hu­ma­ni­ści uzna­li za swo­ich du­cho­wych an­te­na­tów. Stop­nio­wo do XVII wieku o pi­sa­rzach okre­su przej­ścio­we­go za­czę­to mó­wić, że dzia­ła­li w wie­kach śred­nich, me­dium aevum, czy­li mię­dzy an­ty­kiem i od­ro­dze­niem (stąd wzię­ła się na­zwa śre­dnio­wie­cze). Sło­wo zy­ska­ło na po­pu­lar­no­ści w XIX wieku, kie­dy to stop­nio­wo za­czę­ło obej­mo­wać swo­im za­kre­sem nie tyl­ko śre­dnio­wiecz­ną li­te­ra­tu­rę, ale i rząd, go­spo­dar­kę, Ko­ściół... - w opo­zy­cji do ter­mi­nu re­ne­sans, uku­te­go w XIX wieku, kie­dy to za­cząć się mia­ła "współ­cze­sna hi­sto­ria". Wy­od­ręb­nie­nie śre­dnio­wie­cza jako od­dziel­nej epo­ki może się wy­da­wać przy­pad­ko­wym wy­my­słem kil­ku uczo­nych, wy­my­słem, któ­ry przy­niósł nie­ocze­ki­wa­ne skut­ki, gdyż w mia­rę upły­wu cza­su uzna­no go za upraw­nio­ny i nie­zwy­kle sil­nie prze­ma­wia­ją­cy do wy­obraź­ni, zwłasz­cza gdy pa­trzy­my z per­spek­ty­wy współ­cze­sno­ści.

Wraz z roz­wo­jem nauk hi­sto­rycz­nych w la­tach osiem­dzie­sią­tych XIX wieku, kie­dy wy­kształ­ci­ły się dys­cy­pli­ny hi­sto­rycz­ne, śre­dnio­wiecz­na prze­szłość za­czę­ła zy­ski­wać bar­dziej po­zy­tyw­ny wi­ze­ru­nek. Jed­ną z przy­czyn było to, iż ucze­ni zaj­mu­ją­cy się wie­ka­mi śred­ni­mi za­czę­li wzy­wać w swo­ich kra­jach do po­now­ne­go "od­ro­dze­nia", na wzór tego, do któ­re­go do­szło w śre­dnio­wie­czu. Efek­tem tego był wy­ide­ali­zo­wa­ny ob­raz epo­ki jako okre­su, w któ­rym już raz do­szło do "re­ne­san­su" - stąd po­ję­cia typu "dwu­na­sto­wiecz­ny re­ne­sans" lub "re­ne­sans ka­ro­liń­ski". Chrze­ści­jań­scy hi­sto­ry­cy z ogrom­nym en­tu­zja­zmem i żar­li­wo­ścią opie­wa­li mo­ral­ną czy­stość, rze­ko­mo ce­chu­ją­cą wie­ki śred­nie, a hi­sto­ry­cy na­ro­do­wi kon­cen­tro­wa­li się na (za­wsze) śre­dnio­wiecz­nych ko­rze­niach swo­ich oj­czyzn, kształ­tu­ją­cych (za­wsze) naj­lep­sze ce­chy na­ro­do­we. Śre­dnio­wie­cze, od­le­głe w cza­sie i w nie­któ­rych aspek­tach sła­bo udo­ku­men­to­wa­ne, sta­ło się w ten spo­sób źró­dłem wie­lu dwu­dzie­sto­wiecz­nych mrzo­nek, tak nie­re­al­nych jak re­to­ry­ka hu­ma­ni­sty. Mamy jed­nak za sobą tak­że po­nad sto lat cięż­kiej em­pi­rycz­nej pra­cy, któ­ra po­zwo­li­ła, by zło­żo­ność i bo­gac­two kul­tu­ry śre­dnio­wiecz­ne­go ty­siąc­le­cia mo­gły zo­stać w peł­ni do­ce­nio­ne. Me­die­wi­ści czę­sto ule­ga­ją wpły­wom na­ro­do­wej hi­sto­rio­gra­fii nie­świa­do­mie. Fak­tem jest, iż bry­tyj­scy hi­sto­ry­cy kon­cen­tru­ją się na roz­wo­ju An­glii - pierw­sze­go pań­stwa na­ro­do­we­go w Eu­ro­pie, co ma do­wo­dzić wy­jąt­ko­wo­ści Wiel­kiej Bry­ta­nii, Niem­cy sku­pia­ją się na Son­der­weg, "dro­dze od­mien­nej", któ­ra unie­moż­li­wi­ła po­wsta­nie ich pań­stwa, pod­czas gdy wło­scy hi­sto­ry­cy ze spo­ko­jem pa­trzą na roz­pad Kró­le­stwa Włoch w X wieku, gdyż pro­ces ten ozna­czał au­to­no­mię dla wło­skich miast, co po­zwo­li­ło na roz­wój kul­tu­ry miej­skiej i przy­nio­sło re­ne­sans (dla nich bar­dzo wło­ski). Jed­nak me­die­wi­sty­ka roz­wi­nę­ła się tak bar­dzo, że na­wet wo­bec tych po­glą­dów po­ja­wi­ły się pro­po­zy­cje al­ter­na­tyw­ne, dzię­ki cze­mu je­ste­śmy w sta­nie wyjść z pu­łap­ki pa­trze­nia na hi­sto­rię śre­dnio­wie­cza przez pry­zmat na­ro­do­wych uprze­dzeń.

Roz­wią­za­nie jed­ne­go pro­ble­mu zro­dzi­ło na­stęp­ny, bo sko­ro wie­ków śred­nich nie uwa­ża­my za tak ciem­ne oraz peł­ne prze­mo­cy, igno­ran­cji i za­bo­bo­nów, jak się po­cząt­ko­wo wy­da­wa­ło, co wo­bec tego od­róż­nia je od cza­sów wcze­śniej­szych i póź­niej­szych? Okre­śle­nie daty po­cząt­ko­wej tej epo­ki jest w pew­nej mie­rze ła­twiej­sze, jako że zwy­cza­jo­wo wią­że się ją z kry­zy­sem po­li­tycz­nym wy­wo­ła­nym przez upa­dek Ce­sar­stwa Za­chod­nio­rzym­skie­go w 476 roku. Dla­te­go wła­śnie uwa­ża się rok 500 za gra­ni­cę mię­dzy sta­ro­żyt­no­ścią a śre­dnio­wie­czem. Bez wzglę­du na to, czy ktoś uwa­ża Ce­sar­stwo Rzym­skie za lep­sze pod ja­kimś wzglę­dem od póź­niej­szych za­chod­nich państw, czy też nie, z całą pew­no­ścią te dru­gie były bar­dziej po­dzie­lo­ne, mia­ły słab­szą ad­mi­ni­stra­cję i prost­szą go­spo­dar­kę. Pró­bę okre­śle­nia pre­cy­zyj­nej daty gra­nicz­nej kom­pli­ku­je fakt ist­nie­nia (od 395 r.) Ce­sar­stwa Wschod­nio­rzym­skie­go, zwa­ne­go rów­nież Ce­sar­stwem Bi­zan­tyń­skim lub zwy­czaj­nie Bi­zan­cjum. Dla­te­go w po­łu­dnio­wo-wschod­niej Eu­ro­pie rok 500 nie wy­da­je się sen­sow­ną ce­zu­rą. Na­wet na Za­cho­dzie upa­dek ce­sar­stwa wpły­nął na roz­wój tyl­ko kil­ku państw eu­ro­pej­skich: Fran­cji, Hisz­pa­nii, Włoch i po­łu­dnio­wej Bry­ta­nii (Ce­sar­stwo Rzym­skie ni­g­dy nie obej­mo­wa­ło te­re­nów Ir­lan­dii), Skan­dy­na­wii, więk­szo­ści Nie­miec i kra­jów sło­wiań­skich. Spra­wę kom­pli­ku­je suk­ces ostat­nie­go po­ko­le­nia hi­sto­ry­ków, któ­rym uda­ło się udo­wod­nić, że wie­le zja­wisk, szcze­gól­nie kul­tu­ro­wych (re­li­gie i wy­obra­że­nia na te­mat wła­dzy), za­cho­wa­ło cią­głość, wy­cho­dząc poza gra­nicz­ny rok 500, co skła­nia hi­sto­ry­ków do prze­cią­gnię­cia "póź­ne­go an­ty­ku" do 800 roku, a na­wet aż do XI wieku. Z jed­nej stro­ny mamy więc ostrą ce­zu­rę w po­sta­ci roz­pa­du Im­pe­rium Rzym­skie­go, a z dru­giej kon­ty­nu­ację wie­lu jego ele­men­tów. Mimo wszyst­ko usta­le­nie daty po­cząt­ko­wej nie musi być aż tak trud­ne - okres od oko­ło 450 do oko­ło 550 roku sta­no­wi, przy­naj­mniej dla mnie, do­god­ny i wła­ści­wy punkt star­to­wy. Uwa­żam bo­wiem, że zmia­ny za­szły na zbyt wie­lu po­zio­mach, by moż­na było je prze­oczyć.

Trud­niej bę­dzie wska­zać ko­niec epo­ki. Rok 1500 (po­now­nie: plus mi­nus pół wie­ku) jest jesz­cze mniej ostrą ce­zu­rą, jako że nie ce­chu­ją go prze­ło­mo­we zmia­ny. Mó­wiąc ina­czej, ozna­ki po­cząt­ku "od­ro­dze­nia" nie były wy­raź­ne i jed­no­znacz­ne. Osta­tecz­ny upa­dek Bi­zan­cjum, któ­re w 1453 roku ule­gło im­pe­rium osmań­skie­mu, nie był wstrzą­sem dla świa­ta, jako że wiel­kie nie­gdyś Ce­sar­stwo Bi­zan­tyń­skie i tak zo­sta­ło już zre­du­ko­wa­ne do nie­wiel­kie­go pań­stew­ka, skła­da­ją­ce­go się z kil­ku roz­pro­szo­nych pro­win­cji na te­re­nie dzi­siej­szej Gre­cji i Tur­cji, a Tur­cy osmań­scy prze­ję­li i za­adap­to­wa­li bi­zan­tyń­ski sys­tem po­li­tycz­ny. Od­kry­cie Ame­ry­ki przez Ko­lum­ba, a ści­śle mó­wiąc, pod­bój za­mor­skich ziem przez hisz­pań­skich awan­tur­ni­ków w la­tach dwu­dzie­stych i trzy­dzie­stych XVI wieku - był z całą pew­no­ścią praw­dzi­wą ka­ta­stro­fą dla rdzen­nej lud­no­ści, ale wpływ tego wy­da­rze­nia na hi­sto­rię Eu­ro­py (poza Hisz­pa­nią) uwi­docz­nił się w peł­ni do­pie­ro po wie­lu la­tach. Hu­ma­nizm, któ­ry leży u in­te­lek­tu­al­nych pod­staw re­ne­san­su, wy­da­je się co­raz bar­dziej śre­dnio­wiecz­ny pod wzglę­dem sty­lu. Zo­sta­je nam re­for­ma­cja pro­te­stanc­ka - znów głów­nie w la­tach dwu­dzie­stych i trzy­dzie­stych XVI wieku (wraz z ka­to­lic­ką kontr­re­for­ma­cją w póź­niej­szym okre­sie tego sa­me­go wie­ku) - jako re­li­gij­na i kul­tu­ro­wa prze­mia­na, któ­ra roz­dzie­li­ła za­chod­nią i wschod­nią Eu­ro­pę na dwie czę­ści, two­rząc tym sa­mym czę­sto prze­ciw­staw­ne blo­ki państw ist­nie­ją­cych po dziś dzień. Bez wąt­pie­nia było to zna­czą­cym, a przy tym sto­sun­ko­wo na­głym pęk­nię­ciem, na­wet je­śli mia­ło nie­wiel­ki wpływ na Ko­ściół pra­wo­sław­ny Eu­ro­py Wschod­niej. Je­że­li uzna­my re­for­ma­cję za wy­znacz­nik koń­ca śre­dnio­wiecz­nej Eu­ro­py, to wte­dy za­rów­no po­czą­tek, jak i ko­niec tej epo­ki będą sta­ły pod zna­kiem kry­zy­sów. Po­cząt­kiem bę­dzie kry­zys eko­no­micz­ny w śro­do­wi­sku ce­chu­ją­cym się cią­gło­ścią kul­tu­ro­wą i re­li­gij­ną, a koń­cem kry­zys kul­tu­ro­wy i re­li­gij­ny w śro­do­wi­sku o prak­tycz­nie nie­zmie­nio­nej po­li­ty­ce i go­spo­dar­ce. To wła­śnie wska­zu­je na sztucz­ność ca­łej de­fi­ni­cji wie­ków śred­nich - bo w koń­cu były okre­sem prze­mian czy cią­gło­ści? Na ja­kich płasz­czy­znach? Od tego pro­ble­mu nie da się uciec.

Już samo uświa­do­mie­nie so­bie tych nie­ja­sno­ści po­zwa­la nam raz jesz­cze spoj­rzeć na śre­dnio­wie­cze jako wy­od­ręb­nio­ny okres. Jak więc na­le­ży go po­trak­to­wać? Oczy­wi­ście moż­na by­ło­by po­szu­kać lep­szej daty gra­nicz­nej niż 1500 rok; może wiek XVIII z jego re­wo­lu­cją na­uko­wą i fi­nan­so­wą, a może XIX i re­wo­lu­cja po­li­tycz­na i prze­my­sło­wa. Jed­nak te wy­da­rze­nia oma­wia­no już wie­lo­krot­nie. Wy­bór ja­kie­goś zja­wi­ska jako de­fi­niu­ją­ce­go śre­dnio­wie­cze ozna­czał­by stwier­dze­nie, że kon­kret­ne zmia­ny były istot­niej­sze niż inne, a to po­cią­ga­ło­by za sobą ko­niecz­ność wska­zy­wa­nia no­wych gra­nic. Ko­rzy­ścią wy­ni­ka­ją­cą z trzy­ma­nia się usta­lo­ne­go, choć być może sztucz­ne­go prze­dzia­łu lat 500-1500 jest moż­li­wość śle­dze­nia róż­nych wy­da­rzeń i zja­wisk, w róż­ny spo­sób i w róż­nych miej­scach, bez ko­niecz­no­ści wska­zy­wa­nia kon­kret­ne­go za­my­ka­ją­ce­go je wy­da­rze­nia, bez wzglę­du na to, czy mia­ła­by nim być re­for­ma­cja, re­wo­lu­cja, in­du­stria­li­za­cja czy ja­ka­kol­wiek inna ozna­ka "no­wo­cze­sno­ści". Na­le­ży tak­że do­dać, że ta­kie po­dej­ście do kwe­stii dat gra­nicz­nych po­ma­ga w prze­pro­wa­dze­niu szer­szych po­rów­nań. Współ­cze­śni hi­sto­ry­cy zaj­mu­ją­cy się Afry­ką, In­dia­mi lub Chi­na­mi czę­sto kry­ty­ku­ją met­kę "śre­dnio­wie­cze", gdyż nie­sie ona eu­ro­pej­ski punkt wi­dze­nia i su­ge­ru­je po­czu­cie wyż­szość Eu­ro­pej­czy­ków nad po­zo­sta­ły­mi. Więk­szość hi­sto­ry­ków od­rzu­ca ten po­gląd zde­cy­do­wa­nie - roz­wój Eu­ro­py w śre­dnio­wie­czu pod żad­nym wzglę­dem nie był "więk­szy" lub "lep­szy" od roz­wo­ju ob­ser­wo­wa­ne­go w in­nych za­kąt­kach świa­ta. Je­śli jed­nak po­go­dzi­my się ze sztucz­no­ścią ram cza­so­wych, to śre­dnio­wiecz­ne do­świad­cze­nie eu­ro­pej­skie moż­na ze­sta­wiać z do­świad­cze­nia­mi na in­nych kon­ty­nen­tach w spo­sób bar­dziej neu­tral­ny; nie­war­to­ściu­ją­cy, a przez to bar­dziej po­ży­tecz­ny.

W grun­cie rze­czy na­wet samo po­ję­cie "Eu­ro­pa" też nie jest ta­kie oczy­wi­ste. Dla jed­nych to po pro­stu część kon­ty­nen­tu zwa­ne­go Eu­ra­zją - tak samo jak Azja Za­chod­nia (Azja Przed­nia). Na pół­noc­nym wscho­dzie Eu­ro­pa od­dzie­lo­na jest od wiel­kich azja­tyc­kich państw la­sa­mi Ro­sji i bez­kre­sem Sy­be­rii, choć do­dać na­le­ży, iż po­łu­dnio­we ste­py łą­czy­ły Azję i Eu­ro­pę we wszyst­kich okre­sach hi­sto­rii, bę­dąc ko­ry­ta­rzem dla licz­nych no­ma­dycz­nych lu­dów, w tym dla Hu­nów, Pro­to­buł­ga­rów i Mon­go­łów. Step roz­cią­gał się da­le­ko na za­chód, od Ukra­iny do Wę­gier i aż po samo ser­ce Eu­ro­py. Co naj­waż­niej­sze, po­łu­dnio­wa Eu­ro­pa była we wszyst­kich okre­sach hi­sto­rii nie­ro­ze­rwal­nie po­łą­czo­na z ba­se­nem Mo­rza Śród­ziem­ne­go, a przez kon­tak­ty hand­lowe (na­wet je­śli po­mi­nie­my po­li­tycz­ne i kul­tu­ro­we) - z są­sied­ni­mi re­gio­na­mi Azji Za­chod­niej i Afry­ki Pół­noc­nej. W cza­sach rzym­skich to wła­śnie Mo­rze Śród­ziem­ne, bę­dą­ce wów­czas mo­rzem we­wnętrz­nym Im­pe­rium Rzym­skie­go, sta­no­wi­ło znacz­nie istot­niej­szy obiekt ba­dań niż ja­kaś tam "Eu­ro­pa", po­dzie­lo­na na rzym­skie Po­łu­dnie i Pół­noc wła­da­ną przez cią­gle zmie­nia­ją­ce się ple­mio­na bar­ba­rzyń­ców (jak na­zy­wa­li ich Rzy­mia­nie). I ten stan rze­czy szyb­ko się nie zmie­nił, jako że chrze­ści­jań­stwo i ele­men­ty po­strzym­skich rzą­dów nie roz­prze­strze­ni­ły się na pół­noc od sta­rej rzym­skiej gra­ni­cy aż do 950 roku. Wów­czas Mo­rze Śród­ziem­ne za­czy­na­ło od­ży­wać jako ośro­dek han­dlo­wy, po­zo­sta­jąc przez resz­tę epo­ki rów­nie waż­ne, jak sie­ci wy­mia­ny na pół­no­cy. Co wię­cej, Eu­ro­pa ni­g­dy nie była jed­no­li­tą jed­nost­ką po­li­tycz­ną - ani wte­dy, ani póź­niej.

Wszyst­ko to nie ozna­cza, że w śre­dnio­wie­czu lu­dzie nie uży­wa­li ter­mi­nu "Eu­ro­pa". Wręcz prze­ciw­nie. Ka­ro­lin­go­wie w IX wieku, kró­lo­wie, któ­rzy wła­da­li dzi­siej­szą Fran­cją, Niem­ca­mi, Ni­der­lan­da­mi i Wło­cha­mi, cza­sem na­zy­wa­li sie­bie wład­ca­mi Eu­ro­py, po­dob­nie jak czy­ni­li to ich suk­ce­so­rzy z dy­na­stii Liu­dol­fin­gów w Niem­czech w X wieku. Daw­ni miesz­kań­cy kon­ty­nen­tu uwa­ża­li swo­ich kró­lów i ce­sa­rzy za wład­ców dość nie­ja­sno zde­fi­nio­wa­nych, ale pa­nu­ją­cych nad sze­ro­ki­mi te­ry­to­ria­mi, więc okre­śle­nie "wład­ca Eu­ro­py" mo­gło wy­da­wać się traf­ne. Na­zwa "Eu­ro­pa" prze­trwa­ła przez wie­ki śred­nie w re­to­rycz­nym sen­sie. Jej geo­gra­ficz­ny wy­miar na­kre­ślo­no jesz­cze w sta­ro­żyt­no­ści, ale rzad­ko - nie ni­g­dy, lecz rzad­ko - sta­no­wi­ła pod­sta­wę wspól­nej toż­sa­mo­ści. Fak­tem jest, że w okre­sie, któ­ry na­zy­wa­my śre­dnio­wie­czem peł­nym (lub wła­ści­wym) chrze­ści­jań­stwo sys­te­ma­tycz­nie roz­prze­strze­nia­ło się na ob­sza­rze zaj­mo­wa­nym dziś przez pań­stwa eu­ro­pej­skie (Li­twa - wów­czas znacz­nie więk­sza - była ostat­nim kra­jem, któ­re­go wład­cy przy­ję­li chrzest i na­stą­pi­ło to do­pie­ro pod ko­niec XIV wie­ku). Pro­ces ten nie do­pro­wa­dził jed­nak do stwo­rze­nia wspól­nej eu­ro­pej­skiej kul­tu­ry re­li­gij­nej, jako że, roz­sze­rza­jąc się na pół­noc, chrze­ści­jań­stwo za­cho­wa­ło po­dział na ła­ciń­skie i grec­kie. Co wię­cej, nie­ustan­nie zmie­nia­ją­ca się gra­ni­ca mię­dzy te­re­na­mi opa­no­wa­ny­mi przez chrze­ści­jan i mu­zuł­ma­nów (chrze­ści­jań­scy wład­cy po­sze­rza­ją­cy za­kres swo­ich wpły­wów na po­łu­dnie w trzy­na­sto­wiecz­nej Hisz­pa­nii i wład­cy mu­zuł­mań­scy z im­pe­rium osmań­skie­go dą­żą­cy na pół­noc na Bał­ka­nach w XIV i XV w.) ozna­cza­ła, że jed­no­rod­ność "chrze­ści­jań­skiej Eu­ro­py" (co przy oka­zji za­wsze wy­klu­cza z dys­ku­sji licz­ną po­pu­la­cję eu­ro­pej­skich Ży­dów) ni­g­dy nie była peł­na, po­dob­nie jak jest dzi­siaj. W bar­dzo ogól­nym sen­sie, jak się wkrót­ce prze­ko­na­my, w dru­giej po­ło­wie śre­dnio­wie­cza Eu­ro­pa osią­gnę­ła pe­wien po­ziom spój­no­ści w roz­wo­ju róż­nych in­sty­tu­cji i prak­tyk po­li­tycz­nych, cze­go przy­kła­dem może być choć­by roz­wój sie­ci die­ce­zji lub upo­wszech­nie­nie się pi­sma. Tego typu ele­men­ty w swo­isty spo­sób łą­czy­ły te­re­ny od Rusi aż po Por­tu­ga­lię. To jed­nak nie wy­star­czy, aby­śmy mo­gli trak­to­wać kon­ty­nent jako spój­ną ca­łość. Eu­ro­pa była zbyt zróż­ni­co­wa­na. Wszyst­kie twier­dze­nia o eu­ro­pej­skiej jed­no­ści są fik­cją na­wet dzi­siaj, a do­szu­ki­wa­nie się ich w śre­dnio­wie­czu by­ło­by czy­stą fan­ta­zją. Re­asu­mu­jąc, śre­dnio­wiecz­ną Eu­ro­pę na­le­ży trak­to­wać jako dużą zróż­ni­co­wa­ną prze­strzeń. Przyj­rzy­my się za­cho­dzą­cym w niej zmia­nom w dłuż­szym okre­sie cza­su, któ­re na szczę­ście są na tyle do­brze udo­ku­men­to­wa­ne, że moż­na prze­pro­wa­dzić dość dro­bia­zgo­we ba­da­nia; przyj­rzy­my się "szcze­gó­łom" w róż­nych miej­scach i okre­sach, pró­bu­jąc wy­ło­wić wspól­ne ce­chy i po­nadre­gio­nal­ne tren­dy. Ob­raz, jaki się z tych ba­dań wy­ło­ni, da­le­ki bę­dzie od ro­man­tycz­ne­go. Za­rów­no tak zde­fi­nio­wa­ny ob­szar, jak i okres wy­peł­nia bo­gac­two pa­sjo­nu­ją­ce­go ma­te­ria­łu. Ja spró­bu­ję je­dy­nie go upo­rząd­ko­wać i nadać mu pe­wien kształt.

Ale przed­tem jed­no ostrze­że­nie. Wy­róż­nić moż­na dwa po­pu­lar­ne po­dej­ścia do śred­nio­wie­cza. We­dług pierw­sze­go, ży­ją­cy w tam­tym okre­sie lu­dzie byli "tacy sami jak my", tyl­ko przy­szło im dzia­łać w prost­szym tech­no­lo­gicz­nie świe­cie, w rze­czy­wi­sto­ści mie­czy, koni i per­ga­mi­nu, za to bez cen­tral­ne­go ogrze­wa­nia i in­nych współ­cze­snych udo­god­nień. Zwo­len­ni­cy prze­ciw­ne­go po­dej­ścia opi­su­ją lu­dzi tam­tej epo­ki jako cał­ko­wi­cie in­nych niż my, z sys­te­ma­mi war­to­ści i ka­te­go­ry­za­cją świa­ta tak róż­ny­mi od na­szych, że wy­wo­łu­ją w nas nie­chęć, cza­sem wstręt i na pew­no trud­no je nam zro­zu­mieć. Każ­dy z tych po­glą­dów jest na swój spo­sób wła­ści­wy, ale oba trak­to­wa­ne od­dziel­nie sta­no­wią po­waż­ną pu­łap­kę. Pierw­sze po­dej­ście to ry­zy­ko po­pad­nię­cia w ba­nał lub mo­ra­li­za­tor­stwo, co może pro­wa­dzić do roz­cza­ro­wa­nia, gdy śre­dnio­wiecz­ni ak­to­rzy nie będą ro­zu­mieć cze­goś, co dla nas jest dziś oczy­wi­ste. Dru­gie po­dej­ście tak­że wią­że się z ry­zy­kiem za­brnię­cia w śle­pą ulicz­kę, gdy hi­sto­ryk - w tym przy­pad­ku wcie­la­ją­cy się w rolę an­tro­po­lo­ga - kon­cen­tru­je się wy­łącz­nie na za­fa­scy­no­wa­niu od­mien­no­ścią. Wo­lał­bym ra­czej po­łą­czyć oba te po­glą­dy i spró­bo­wać sze­rzej opi­sać i zro­zu­mieć me­cha­nizm do­ko­ny­wa­nia wy­bo­rów przez miesz­kań­ców śre­dnio­wiecz­nej Eu­ro­py. Pa­mię­taj­my, że dzia­ła­li w okre­ślo­nych oko­licz­no­ściach, po­li­tycz­nych i go­spo­dar­czych, kie­ru­jąc się waż­ny­mi dla sie­bie war­to­ścia­mi. W ten spo­sób kształ­to­wa­li swo­je dzie­je. Jak pi­sał Ka­rol Marks: "Lu­dzie sami two­rzą swo­ją hi­sto­rię, ale nie two­rzą jej do­wol­nie, nie w wy­bra­nych przez sie­bie oko­licz­no­ściach, lecz w ta­kich, w ja­kich się bez­po­śred­nio zna­leź­li, ja­kie zo­sta­ły im dane i prze­ka­za­ne". Au­tor tych słów uwa­żał, po­dob­nie jak ja, że mu­si­my dą­żyć do zro­zu­mie­nia ak­to­rów ży­ją­cych w bar­dzo od­mien­nym, ale da­ją­cym się zgłę­bić i po­jąć świe­cie. Oczy­wi­ście ta­kie po­dej­ście na­le­ży przy­jąć do ca­łej hi­sto­rii, ale mu­si­my przy tym pa­mię­tać, że lata osiem­dzie­sią­te X wieku były, z na­sze­go punk­tu wi­dze­nia, na­praw­dę dziw­ne, a lu­dzie kie­ro­wa­li się wte­dy war­to­ścia­mi i lo­gi­ką, któ­rą dziś mu­si­my z tru­dem re­kon­stru­ować. Pa­mię­taj­my jed­nak, że do­kład­nie to samo moż­na po­wie­dzieć o la­tach osiem­dzie­sią­tych XX wie­ku.

* * *

W po­zo­sta­łej czę­ści tego wpro­wa­dze­nia za­mie­rzam opi­sać pod­sta­wy dzia­ła­nia spo­łe­czeń­stwa śre­dnio­wiecz­ne­go, co po­win­no po­móc w zro­zu­mie­niu wzor­ców za­cho­wań i kie­run­ków po­li­tycz­nych, któ­re po­zna­my w ko­lej­nych roz­dzia­łach. W pierw­szej czę­ści omó­wię po­li­ty­kę, szcze­gól­nie w okre­sie peł­ne­go śre­dnio­wie­cza, a na­stęp­nie przej­dę do za­gad­nień go­spo­dar­czych (trak­tu­jąc je po­bież­nie) i pod­sta­wo­wych aspek­tów śred­nio­wiecz­nej kul­tu­ry. I choć, co oczy­wi­ste, nie wszy­scy lu­dzie tam­tej epo­ki my­śle­li i za­cho­wy­wa­li się jed­na­ko­wo - prze­ciw­nie, bar­dzo się róż­ni­li - to jed­nak wy­od­ręb­nić moż­na kil­ka cech wspól­nych, z któ­rych część była pro­stą kon­se­kwen­cją pod­sta­wo­wych spo­łecz­no-eko­no­micz­nych tren­dów obo­wią­zu­ją­cych przez cały in­te­re­su­ją­cy nas okres.

Po śre­dnio­wiecz­nej Eu­ro­pie po­dró­żo­wa­ło się nie­ła­two. Ow­szem, ist­nia­ła sieć dróg odzie­dzi­czo­nych po Ce­sar­stwie Rzym­skim, ale trak­ty te nie prze­kra­cza­ły gra­nic daw­ne­go im­pe­rium, czy­li wschod­nich brze­gów Renu i Du­na­ju. W po­zo­sta­łej czę­ści kon­ty­nen­tu, zwłasz­cza da­lej na pół­noc i wschód, sieć tras ko­mu­ni­ka­cyj­nych prak­tycz­nie nie ist­nia­ła, dla­te­go po­dróż­ni­cy trzy­ma­li się ra­czej szla­ków wod­nych i do­lin prze­cię­tych rze­ka­mi. W świe­cie, w któ­rym nie zna­no map, tyl­ko praw­dzi­wi bo­ha­te­ro­wie mo­gli pod­jąć ry­zy­ko po­dró­ży. Po­nie­waż w Eu­ro­pie nie ma - poza Al­pa­mi - wy­so­kich gór, głów­ną prze­szko­dę sta­no­wi­ły gę­ste lasy, po­ra­sta­ją­ce więk­szość jej kon­ty­nen­tal­nej czę­ści, poza Wy­spa­mi Bry­tyj­ski­mi oraz nie­któ­ry­mi re­jo­na­mi ba­se­nu Mo­rza Śród­ziem­ne­go. Fran­cję po­ra­sta­ły lasy w 30 pro­cen­tach, te­re­ny obec­nych Nie­miec w oko­ło 50 pro­cen­tach, a wschod­nie ru­bie­że Eu­ro­py były za­le­sio­ne w jesz­cze więk­szym stop­niu. Nie­miec­ka baśń lu­do­wa o dziel­nym kraw­czy­ku za­gu­bio­nym w le­sie, za­pi­sa­na przez bra­ci Grimm, nie była więc czy­stym wy­my­słem. Kie­dy w 1073 roku ucie­ka­ją­cy w po­śpie­chu przed zbun­to­wa­ny­mi Sa­sa­mi król nie­miec­ki Hen­ryk IV mu­siał się prze­dzie­rać przez knie­ję, po­nie­waż Sasi pil­no­wa­li dróg, do­pie­ro po trzech dniach wę­drów­ki bez je­dze­nia do­tarł do za­miesz­ka­nych oko­lic. Po­dróż w tam­tym cza­sie za­wsze była po­wol­na, na­wet je­śli od­by­wa­ła się utar­tym szla­kiem. Gdy ten sam Hen­ryk IV, już po zwy­cię­stwie nad Sa­sa­mi, wdał się w kon­flikt z pa­pie­żem Grze­go­rzem VII, co­raz ostrzej­sze z obu stron li­sty wę­dro­wa­ły nie­mal mie­siąc w jed­ną stro­nę mię­dzy po­łu­dnio­wą Sak­so­nią i Utrech­tem w dzi­siej­szej Ho­lan­dii, gdzie prze­by­wał Hen­ryk, a Rzy­mem. Zważ­my, że wy­mia­na ko­re­spon­den­cji od­by­wa­ła się za po­śred­nic­twem kon­nych, co sta­no­wi­ło naj­szyb­szy spo­sób ko­mu­ni­ka­cji aż do wy­na­le­zie­nia ma­szy­ny pa­ro­wej i roz­wo­ju ko­lei w XIX wie­ku. Przy­ro­da ko­ja­rzy­ła się wów­czas ra­czej z ry­zy­kiem i nie­do­god­no­ścia­mi. Pięk­na łań­cu­chów gór­skich nikt nie do­ce­niał, nie wi­dzia­no w nich ni­cze­go ro­man­tycz­ne­go, po­strze­ga­no je ra­czej jako miesz­ka­nie du­chów, a w Skan­dy­na­wii - trol­li.

Z dzi­ko­ścią ów­cze­snej Eu­ro­py nie na­le­ży jed­nak prze­sa­dzać. Po­tę­ga na­tu­ry była ra­czej tłem wy­da­rzeń, tłem, któ­re cza­sem wy­su­wa­ło się na pierw­szy plan, ale nie prze­szka­dza­ło nie­któ­rym eu­ro­pej­skim pań­stwom osią­gnąć spo­rych roz­mia­rów i to przy za­cho­wa­niu względ­nej sta­bil­no­ści. Im­pe­rium ka­ro­liń­skie, jak już wie­my, zaj­mo­wa­ło po­nad po­ło­wę za­chod­niej Eu­ro­py. Wła­dza ksią­żąt ki­jow­skich w XI wieku obej­mo­wa­ła nie­mal rów­nie wiel­kie te­re­ny dzi­siej­szej Ro­sji i Ukra­iny; zie­mie te, na pół­noc od otwar­te­go ste­pu, nie­mal cał­ko­wi­cie po­ra­sta­ła pusz­cza. Lu­dzie ja­koś so­bie z tym ra­dzi­li. Ów­cze­śni kró­lo­wie czę­sto byli w dro­dze przez cały okres swo­je­go pa­no­wa­nia, na przy­kład król An­glii Jan bez Zie­mi (1199-1216). Duże ar­mie re­gu­lar­nie po­ko­ny­wa­ły dy­stans ty­sią­ca ki­lo­me­trów lub wię­cej, jak na przy­kład pod­czas kam­pa­nii pro­wa­dzo­nych przez nie­miec­kich wład­ców we Wło­szech (X-XIII w.) lub pod­czas wiel­kich wy­praw lą­do­wych i mor­skich krzy­żow­ców, któ­rych cel sta­no­wi­ła Pa­le­sty­na (lub Egipt) i któ­re, bez wzglę­du na mi­li­tar­no-po­li­tycz­ne skut­ki, były trium­fem przy­naj­mniej w wy­mia­rze lo­gi­stycz­nym. Mi­gro­wa­ły tak­że, choć znacz­nie wol­niej, całe spo­łecz­no­ści, jak w przy­pad­ku nie­miec­kiej fali osad­ni­czej na wscho­dzie Eu­ro­py po 1150 roku.

Pod­su­mo­wu­jąc, na­le­ży stwier­dzić, iż śre­dnio­wiecz­na Eu­ro­pa była, ogól­nie rzecz bio­rąc, bar­dzo lo­kal­na w swo­im cha­rak­te­rze. Więk­szość osób zna­ła tyl­ko naj­bliż­szą oko­li­cę, na od­le­głość kil­ku osad w każ­dym kie­run­ku, za­zwy­czaj do naj­bliż­szej miej­sco­wo­ści, gdzie od­by­wał się targ. Hra­bia, czy­li lo­kal­ny przed­sta­wi­ciel wład­cy, ży­ją­cy na ru­bie­żach kró­le­stwa, mógł ro­bić, co mu się tyl­ko po­do­ba­ło, nie oba­wia­jąc się re­ak­cji kró­la, któ­ry - z po­wo­du trud­no­ści ko­mu­ni­ka­cyj­nych - nie tyl­ko nie był w sta­nie szyb­ko go po­wstrzy­mać, ale cza­sem na­wet nie miał po­ję­cia, co wy­pra­wia jego na­miest­nik. Mimo to twar­dzi wład­cy po­tra­fi­li dys­cy­pli­no­wać nie­po­kor­nych hra­biów z po­mo­cą swo­ich zbroj­nych lub za po­śred­nic­twem in­nych hra­biów, z cze­go wy­so­ko uro­dze­ni zda­wa­li so­bie spra­wę - ha­mo­wa­ło to ich roz­pa­sa­nie i ogra­ni­cza­ło otwar­te oka­zy­wa­nie nie­lo­jal­no­ści. Były też inne spo­so­by po­zwa­la­ją­ce roz­cią­gnąć wła­dzę kró­la na duże od­le­gło­ści, za­pew­nia­ją­ce przy tym wy­so­ką sku­tecz­ność. Przyj­rzy­my się im w ko­lej­nych roz­dzia­łach. Tu chciał­bym je­dy­nie przed­sta­wić kil­ka pod­sta­wo­wych me­tod spra­wo­wa­nia wła­dzy wła­ści­wych dla śre­dnio­wie­cza. Za­cznę od za­pre­zen­to­wa­nia wy­bra­ne­go przy­pad­ku, a na­stęp­nie omó­wię jego skut­ki.

Otóż, la­tem 1159 roku król An­glii Hen­ryk II Plan­ta­ge­net (1154-1189) zgło­sił rosz­cze­nia do le­żą­ce­go na po­łu­dniu Fran­cji hrab­stwa Tu­lu­zy. Pod pa­no­wa­niem Hen­ry­ka II znaj­do­wa­ła się wów­czas już nie­mal po­ło­wa Fran­cji: księ­stwa i hrab­stwa od Nor­man­dii na pół­no­cy po Pi­re­ne­je na po­łu­dniu, któ­re król odzie­dzi­czył po oboj­gu ro­dzi­cach, a część zy­skał dzię­ki mał­żeń­stwu z Ele­ono­rą, spad­ko­bier­czy­nią du­że­go, le­żą­ce­go na po­łu­dniu, księ­stwa Akwi­ta­nii. Są­sied­nia Tu­lu­za rów­nież mo­gła­by ucho­dzić za suk­ce­sję Ele­ono­ry, gdy­by tyl­ko Hen­ry­ko­wi II uda­ło się prze­ko­nać do tego swo­je­go hra­bie­go, Raj­mun­da V, któ­ry wła­dał hrab­stwem Tu­lu­zy w la­tach 1148-1194. Hen­ryk II do­stał wszyst­kie te fran­cu­skie zie­mie w len­no od kró­la Fran­cji Lu­dwi­ka VII (1137-1180), któ­re­mu za­le­d­wie rok wcze­śniej, bo w 1158 roku, zło­żył hołd, po­przy­siągł wier­ność i obie­cał, że bę­dzie go bro­nił. Lu­dwik VII, któ­ry bez­po­śred­nio kon­tro­lo­wał je­dy­nie re­gion pa­ry­ski, nie do­rów­ny­wał sile mi­li­tar­nej Hen­ry­ka II, tak więc la­tem 1159 roku Hen­ryk II na­je­chał Tu­lu­zę z po­tęż­ną ar­mią, obej­mu­ją­cą siły więk­szo­ści wła­ści­cie­li jego an­giel­skich i fran­cu­skich wło­ści, a tak­że ry­ce­rzy kró­la Szko­cji Mal­col­ma IV, któ­ry rów­nież zło­żył mu hołd. Lu­dwik VII nie mógł po­zwo­lić, by Hen­ryk II roz­sze­rzył swo­ją wła­dzę na ko­lej­ne fran­cu­skie księ­stwo, po­nad­to żoną Raj­mun­da była sio­stra Lu­dwi­ka, Ce­cy­lia, tak więc Raj­mund miał pra­wo li­czyć na jego po­moc. Co jed­nak moż­na było zro­bić w ob­li­czu prze­wa­ża­ją­cych sił agre­so­ra? Oto co: Lu­dwik udał się do Tu­lu­zy z nie­wiel­ką świ­tą (więc szyb­ko) i gdy Hen­ryk II nad­cią­gnął pod mia­sto z ar­mią, król Fran­cji już był na miej­scu i or­ga­ni­zo­wał obro­nę. Praw­do­po­dob­nie Hen­ryk II zdo­był­by mia­sto, mimo jego sil­nych mu­rów obron­nych. Nie­wąt­pli­wie tak za­mie­rzał zro­bić, ale obec­ność kró­la, któ­re­mu wcze­śniej zło­żył hołd, zmu­si­ła go do zmia­ny pla­nów. Jak po­da­je jed­no z ów­cze­snych źró­deł: "od­stą­pił od ob­lę­że­nia Tu­lu­zy z sza­cun­ku do kró­la Fran­cji Lu­dwi­ka, któ­ry bro­nił te­goż mia­sta prze­ciw­ko kró­lo­wi Hen­ry­ko­wi". W in­nym do­ku­men­cie, któ­re­go au­tor uwa­żał, że Hen­ryk II po­peł­nił błąd, na­pi­sa­no, iż król po­słu­chał rady, by nie ata­ko­wać, "z czy­ste­go sza­cun­ku". Mó­wiąc wprost, Hen­ryk zna­lazł się mię­dzy mło­tem a ko­wa­dłem. Gdy­by na­je­chał swo­je­go se­nio­ra, któ­re­go przy­rzekł bro­nić, jaką war­tość mia­ły­by przy­rze­cze­nia zło­żo­ne jemu przez jego wa­sa­li, jego ba­ro­nów? I co miał­by zro­bić z poj­ma­nym kró­lem, któ­ry, przy­po­mnij­my, był jego se­nio­rem? Hen­ryk II zre­zy­gno­wał więc z ob­lę­że­nia i z koń­cem lata od­stą­pił od mu­rów mia­sta. Je­den z naj­po­tęż­niej­szych wład­ców za­chod­niej Eu­ro­py nie chciał ry­zy­ko­wać, że bę­dzie po­strze­ga­ny jako ktoś, kto zła­mał przy­się­gę. Wo­lał stra­cić pre­stiż zwią­za­ny z ran­gą naj­po­tęż­niej­sze­go feu­da­ła na kon­ty­nen­cie niż twarz.

W tym wszyst­kim naj­waż­niej­sza była bo­wiem oso­bi­sta re­la­cja mię­dzy Hen­ry­kiem a Lu­dwi­kiem - przy­pie­czę­to­wa­na ce­re­mo­nial­ną przy­się­gą i hoł­dem (bę­dą­cym for­mal­nym uzna­niem pod­dań­stwa), co mia­ło ści­sły zwią­zek z po­ję­ciem ho­no­ru. Wią­za­ło się to oczy­wi­ście z ów­cze­snym po­strze­ga­niem wła­dzy: hołd len­ny był for­mal­nym ce­re­mo­nia­łem, na pod­sta­wie któ­re­go Hen­ryk II otrzy­mał od kró­la Fran­cji zwierzch­nic­two nad hrab­stwa­mi i księ­stwa­mi, na­to­miast w An­glii, za­moż­niej­szej i bar­dziej spój­nej ad­mi­ni­stra­cyj­nie, był sa­mo­dziel­nym wład­cą. Oto je­ste­śmy w sa­mym środ­ku świa­ta, któ­ry czę­sto okre­śla się mia­nem feu­da­li­zmu mi­li­tar­ne­go: ustro­ju, w któ­rym sze­ro­ka eli­ta ary­sto­kra­tów i ry­ce­rzy peł­ni­ła służ­bę woj­sko­wą i oka­zy­wa­ła lo­jal­ność po­li­tycz­ną w za­mian za urzę­dy lub po­sia­dło­ści nada­wa­ne przez kró­lów (lub po­mniej­szych wład­ców); w ta­kim ukła­dzie brak lo­jal­no­ści skut­ko­wał utra­tą zie­mi i wła­dzy. Lu­dzi skła­da­ją­cych hołd na­zy­wa­no wa­sa­la­mi (łac. vas­sus, słu­ga), a uzy­ska­ne przez nich wa­run­ko­wo do­bra na­zy­wa­no len­nem lub z ła­ci­ny feu­dum, od któ­re­go to sło­wa po­cho­dzi na­zwa sys­te­mu feu­dal­ne­go. Ba­ro­no­wie, któ­rzy przy­by­li z Hen­ry­kiem do Tu­lu­zy, byli z ko­lei jego wa­sa­la­mi. Ostat­nio ter­min "feu­da­lizm" jest czę­sto kwe­stio­no­wa­ny. Hi­sto­ryk Su­san Rey­nolds, prze­ciw­nicz­ka ter­mi­nu "feu­da­lizm mi­li­tar­ny", za­uwa­ża, że po­ję­cia zo­bo­wią­zań mi­li­tar­nych i po­li­tycz­nych, a tak­że zna­cze­nie słów ta­kich jak "len­no", rzad­ko kie­dy są jed­no­znacz­ne, szcze­gól­nie w od­nie­sie­niu do dwu­na­sto­wiecz­nej Fran­cji. Nie­któ­rzy hi­sto­ry­cy pod­kre­śla­ją, że feu­da­lizm, nie­bę­dą­cy prze­cież okre­śle­niem śre­dnio­wiecz­nym, bywa róż­nie ro­zu­mia­ny przez współ­cze­snych au­to­rów. We­dług Su­san Rey­nold po­ję­cie to sta­ło się na tyle nie­ja­sne i nie­pre­cy­zyj­ne, że stra­ci­ło swo­ją uży­tecz­ność. Ja jed­nak są­dzę, że sło­wo to wciąż po­zo­sta­je przy­dat­ne, pod wa­run­kiem że sta­ra­nie je zde­fi­niu­je­my. Je­śli rzad­ko uży­wam tego ter­mi­nu w tej książ­ce, to dla­te­go, iż sta­ra­łem się wy­strze­gać bran­żo­we­go żar­go­nu, a nie dla­te­go, że samo sło­wo jest bar­dziej pro­ble­ma­tycz­ne niż ja­ki­kol­wiek inny ter­min hi­sto­rycz­ny. W każ­dym ra­zie Lu­dwik był se­nio­rem Hen­ry­ka II i to z jego rąk Hen­ryk otrzy­mał zie­mie we Fran­cji, z ko­lei ba­ro­no­wie Hen­ry­ka II pod­le­ga­li mu w ten sam spo­sób - ten sys­tem za­leż­no­ści ma za­sad­ni­cze zna­cze­nie w zro­zu­mie­niu za­cho­wa­nia i de­cy­zji Hen­ry­ka II pod Tu­lu­zą. Pod­dań­stwo - bez wzglę­du na to, czy okre­śli­my je mia­nem feu­dal­ne­go, czy też nie - było pod­sta­wo­wą struk­tu­rą, któ­ra za­de­cy­do­wa­ła o prze­bie­gu wy­da­rzeń.

Przy­czy­nił się do tego przede wszyst­kim fakt, że w tam­tym cza­sie za po­moc zbroj­ną rzad­ko kie­dy pła­co­no pie­niędz­mi. Wpraw­dzie w XII wieku na­jem­ni­cy sta­no­wi­li na ogół więk­szość pie­cho­ty (włącz­nie z ar­mią Hen­ry­ka II w 1159 r.), ale już zbroj­ni kon­ni i do­wód­cy to byli lu­dzie, któ­rzy, na­wet je­śli wy­na­gra­dza­no ich w pie­nią­dzu, mie­li też oso­bi­ste zo­bo­wią­za­nia wo­bec kró­le­stwa, wład­cy lub obu tych in­sty­tu­cji jed­no­cze­śnie. Ce­sar­stwo Rzym­skie dys­po­no­wa­ło ar­mią w peł­ni opła­ca­ną, znacz­nie więk­szą i sil­niej­szą niż ja­ka­kol­wiek ar­mia śre­dnio­wiecz­na, ale by móc so­bie po­zwo­lić na ta­kie woj­sko, na­le­ża­ło ob­cią­żyć du­ży­mi po­dat­ka­mi wła­ści­cie­li ziem­skich, jako że zie­mia sta­no­wi­ła głów­ne źró­dło za­moż­no­ści, do cze­go zresz­tą jesz­cze wró­ci­my. In­ny­mi sło­wy, była to bar­dzo spój­na struk­tu­ra po­li­tycz­na, a upa­dek zwią­za­ne­go z nią sys­te­mu fi­skal­ne­go na Za­cho­dzie (patrz rozdz. 2) spo­wo­do­wał, że wcze­sne śre­dnio­wiecz­ne kró­le­stwa były znacz­nie słab­sze. Ce­sar­stwo Bi­zan­tyń­skie i im­pe­rium osmań­skie dzia­ła­ły w po­dob­ny spo­sób, utrzy­mu­jąc cią­głość tego sys­te­mu przez całe śre­dnio­wie­cze w po­łu­dnio­wo-wschod­niej Eu­ro­pie (co omó­wi­my w rozdz. 3 i 9). Pod ko­niec śre­dnio­wie­cza sys­tem po­dat­ko­wy po­wró­cił tak­że do za­chod­niej Eu­ro­py, choć na mniej­szą ska­lę i ze znacz­nie mniej­szą efek­tyw­no­ścią. Jego od­two­rze­nie przy­nio­sło głę­bo­kie zmia­ny w skarb­cach wład­ców i nowe pro­ble­my. Od tej pory wład­ca mu­siał szu­kać po­ro­zu­mie­nia z ary­sto­kra­ta­mi i miesz­cza­na­mi, na któ­rych spadł obo­wią­zek utrzy­ma­nia ar­mii (lub przy­naj­mniej mu­siał prze­nieść ten cię­żar ni­żej, czy­li na chło­pów). W roz­dzia­łach 11 i 12 zo­ba­czy­my, w jaki spo­sób zmie­ni­ło to układ po­li­tycz­ny w Eu­ro­pie Za­chod­niej pod ko­niec śre­dnio­wie­cza. Jed­nak­że w XII wieku we Fran­cji, a tak­że przez więk­szą część śre­dnio­wie­cza w więk­szo­ści Eu­ro­py, pra­wie nikt nie po­bie­rał po­dat­ku ziem­skie­go, chy­ba że na bar­dzo ogra­ni­czo­ną ska­lę. W re­zul­ta­cie ar­mie skła­da­ły się z: wła­ści­cie­li ziem­skich z ich od­dzia­ła­mi ry­ce­rzy, któ­rym pła­co­no nada­nia­mi zie­mi, oraz na­jem­ni­ków opła­ca­nych ze skarb­ców kró­lów lub hra­biów, a tak­że z pie­nię­dzy uzy­ska­nych od tych wła­ści­cie­li ziem­skich, któ­rzy chcie­li się wy­ku­pić od służ­by woj­sko­wej. W ta­kim sys­te­mie zdol­ność do zwo­ła­nia ar­mii za­le­ża­ła więc od re­la­cji oso­bi­stych i była ści­śle po­wią­za­na z wła­sno­ścią ziem­ską.

Po­li­ty­ka opar­ta na wła­sno­ści zie­mi zo­sta­ła szcze­gó­ło­wo prze­ana­li­zo­wa­na w 1940 roku przez zna­ko­mi­te­go fran­cu­skie­go hi­sto­ry­ka Mar­ca Blo­cha. Ter­min "feu­dal­ny" sto­so­wał on na okre­śle­nie ca­łej struk­tu­ry spo­łecz­nej opar­tej na wła­sno­ści ziem­skiej, co sta­no­wi znacz­nie szer­sze zna­cze­nie tego sło­wa, niż gdy­by od­nieść je tyl­ko do len­na i za­leż­no­ści wa­sal­nych. Marc Bloch twier­dził, iż struk­tu­ra spo­łe­czeń­stwa feu­dal­ne­go pro­wa­dzi­ła do "frag­men­ta­cji wła­dzy", czy­li do wy­two­rze­nia zde­cen­tra­li­zo­wa­nych struk­tur po­li­tycz­nych. Choć­by dla­te­go że (znacz­nie uprasz­cza­jąc wnio­ski Blo­cha) w grze o su­mie ze­ro­wej im wię­cej zie­mi na­da­jesz in­nym, tym mniej jej masz, a im mniej masz zie­mi do nada­nia, tym mniej lo­jal­ni wo­bec cie­bie mogą być twoi wa­sa­le. Jak się wkrót­ce prze­ko­na­my, ta za­sa­da spraw­dza­ła się w ogra­ni­czo­nym za­kre­sie, szcze­gól­nie w po­cząt­ko­wym okre­sie śre­dnio­wie­cza. Ka­ro­lin­go­wie, któ­rzy nie wpro­wa­dzi­li opo­dat­ko­wa­nia, sku­tecz­nie i dłu­go rzą­dzi­li na bar­dzo roz­le­głych te­ry­to­riach. Nie da się jed­nak za­prze­czyć, że pań­stwa opar­te na po­dat­kach za­wsze mają znacz­nie so­lid­niej­sze pod­sta­wy niż te opar­te na nada­wa­niu zie­mi w za­mian za służ­bę orę­żem lub po­li­tycz­ną lo­jal­ność. Żoł­nie­rze i urzęd­ni­cy otrzy­mu­ją­cy re­gu­lar­ne wy­na­gro­dze­nie są mniej­szym za­gro­że­niem dla sta­bil­no­ści pań­stwa niż ci, któ­rzy w za­mian za służ­bę li­czą na nada­nie zie­mi; nie­lo­jal­nym i nie­kom­pe­tent­nym moż­na w każ­dej chwi­li po pro­stu prze­stać pła­cić. Wład­ca, któ­re­go je­dy­nym za­so­bem jest zie­mia i pra­wo jej nada­wa­nia, musi po­stę­po­wać ostroż­nie, szcze­gól­nie w re­la­cjach z ary­sto­kra­ta­mi bę­dą­cy­mi jed­no­cze­śnie do­wód­ca­mi ar­mii, bo trud­no by­ło­by ode­brać im ma­jąt­ki. Te wzglę­dy i za­leż­no­ści mia­ły wpływ na więk­szość śre­dnio­wiecz­nych sys­te­mów po­li­tycz­nych.

Może się wy­da­wać, że w na­szej dys­ku­sji prze­szli­śmy nie­po­strze­że­nie od kwe­stii po­li­tycz­nych do woj­sko­wych. Jed­nak w in­te­re­su­ją­cej nas epo­ce nie było mię­dzy nimi więk­szej róż­ni­cy. Rzą­dy w śre­dnio­wie­czu opie­ra­ły się na wła­dzy są­dow­ni­czej oraz sile mi­li­tar­nej. Lo­jal­ność po­li­tycz­na była jed­no­znacz­na z ko­niecz­no­ścią sta­nię­cia do wal­ki w ra­zie za­gro­że­nia, to­też w śre­dnio­wie­czu nie­mal wszy­scy przed­sta­wi­cie­le elit ziem­skich byli wy­ćwi­cze­ni we wła­da­niu orę­żem i mie­li sil­ne po­czu­cie toż­sa­mo­ści, na co bę­dzie­my zwra­ca­li wie­lo­krot­nie uwa­gę w tej książ­ce. Wład­ców od­no­szą­cych suk­ce­sy mi­li­tar­ne i chwa­lo­nych za spra­wie­dli­wość (włącz­nie ze zdol­no­ścią przy­mu­sze­nia prze­gra­nych do ule­gło­ści, co mie­ści się w obu ka­te­go­riach) po­strze­ga­no czę­sto jako źró­dło go­spo­dar­cze­go do­bro­by­tu. Dzia­ła­ło to tak­że w dru­gą stro­nę - klę­ski ży­wio­ło­we trak­to­wa­no jako winę nie­spra­wie­dli­wych wład­ców. Z ko­lei wy­da­wa­ło się, że roz­wój eko­no­micz­ny nie leży w ich ge­stii, po­dob­nie jak opie­ka nad ubo­gi­mi, któ­rą skła­da­no na bar­ki lo­kal­nych spo­łecz­no­ści oraz mi­ło­sier­dzia Ko­ścio­ła, na­to­miast edu­ka­cja i opie­ka me­dycz­na były płat­ne. Ta­kie ogra­ni­czo­ne po­strze­ga­nie roli rzą­du w za­chod­niej Eu­ro­pie, a tak­że oso­bi­ste re­la­cje wła­dzy z pod­da­ny­mi spra­wia­ją, iż nie­któ­rzy ce­nie­ni hi­sto­ry­cy twier­dzą, że w dys­ku­sji o śre­dnio­wiecz­nych struk­tu­rach nie moż­na uży­wać po­ję­cia "pań­stwo". Jak ja­sno wy­ni­ka z ko­lej­nych roz­dzia­łów, nie po­dzie­lam tego po­glą­du. Uwa­żam, że na po­cząt­ku śre­dnio­wie­cza wła­dza kró­lew­ska oraz co­raz bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne sys­te­my ad­mi­ni­stra­cji w XIII wieku i ko­lej­nych moż­na po­strze­gać w ka­te­go­riach wła­dzy pań­stwo­wej. Dla­te­go też okre­śle­nie to bę­dzie uży­wa­ne prze­ze mnie na opi­sa­nie więk­szo­ści sys­te­mów po­li­tycz­nych śre­dnio­wiecz­nej Eu­ro­py, z wy­jąt­kiem bar­dzo pro­stych struk­tur wła­dzy ty­po­wych dla pół­noc­nej część kon­ty­nen­tu, któ­re omó­wię skró­to­wo.

Wróć­my do Hen­ry­ka II i Lu­dwi­ka VIII. W 1159 roku po­li­ty­ka opar­ta na wła­sno­ści ziem­skiej prze­ży­wa­ła peł­nię roz­wo­ju. Hen­ryk miał na­wet w pla­nach re­zy­gna­cję z ostat­nich ele­men­tów po­dat­ku ziem­skie­go w An­glii, w któ­rej kró­lo­wie, od­ręb­nie od ła­ciń­skiej czę­ści Eu­ro­py tego okre­su, od po­nad wieku zbie­ra­li da­ni­ny w pie­nią­dzu. Nie­wy­klu­czo­ne, że ce­lem Hen­ry­ka II było po pro­stu nie­do­pusz­cze­nie do po­wsta­nia opo­zy­cji, jed­nak cho­dzi­ło ra­czej o to, iż ewi­dent­nie uwa­żał, że ma dość za­so­bów, by oprzeć swo­ją wła­dzę na lo­jal­no­ści i wdzięcz­no­ści elit ary­sto­kra­tycz­nych, tak fran­cu­skich jak i an­giel­skich. (Lo­jal­ność wzmac­nia­no na wie­le spo­so­bów. Ary­sto­kra­ci uczest­ni­czy­li na przy­kład w zwy­cza­jo­wych ob­jaz­dach wraz z całą świ­tą w okre­sie przed Świę­ta­mi Wiel­ka­noc­ny­mi i Bo­że­go Na­ro­dze­nia, a tak­że w ca­łej kul­tu­rze ce­re­mo­nial­nej, któ­ra po­wsta­ła wo­kół nie­go i in­nych wład­ców, a któ­ra mia­ła swo­ją ety­kie­tę i swo­je dwor­skie roz­ryw­ki). I trze­ba przy­znać, że w du­żej mie­rze miał ra­cję. Jed­nak na­wet on nie mógł ry­zy­ko­wać i ude­rzyć w pod­sta­wo­wy ele­ment ca­łe­go sys­te­mu - nie mógł zła­mać przy­się­gi zło­żo­nej Lu­dwi­ko­wi, gdyż pod­wa­ży­ło­by to za­sa­dę, na któ­rej opie­ra­ła się tak­że jego wła­dza. Przy­kład ten do­bit­nie po­ka­zu­je, że po­li­ty­ka wa­sal­na nie mu­sia­ła pro­wa­dzić do cy­nicz­nych gier wa­sa­li, któ­rzy tyl­ko cze­ka­li na moż­li­wość wy­rwa­nia się spod skrzy­deł osła­bio­nych wład­ców. Li­czy­ły się zo­bo­wią­za­nia przy­ję­te wraz z nada­ną zie­mią oraz ho­nor, nie­ro­ze­rwal­nie zwią­za­ny z po­ję­ciem wier­no­ści. Z nie­sła­wy cięż­ko się było pod­nieść, to­też do kwe­stii lo­jal­no­ści pod­cho­dzo­no z wiel­ką ostroż­no­ścią, przez co więk­szość po­li­tycz­nych roz­gry­wek w śre­dnio­wie­czu spro­wa­dza­ła się do tego, na ile moż­na so­bie po­zwo­lić, żeby nie okryć się hań­bą; jesz­cze wró­cę do tego te­ma­tu. Co wię­cej, w XII wieku pra­wa wład­ców feu­dal­nych oraz obo­wiąz­ki wy­ni­ka­ją­ce z przy­rze­cze­nia lo­jal­no­ści ule­gły za­ostrze­niu, z cze­go za­rów­no Lu­dwik VIII, jak i Hen­ryk II do­sko­na­le zda­wa­li so­bie spra­wę, jako że obaj z tego fak­tu ko­rzy­sta­li przy in­nych spo­sob­no­ściach. Ow­szem, wład­cy cza­sem igra­li z ho­no­rem, ale Hen­ryk II był zbyt do­świad­czo­ny, by pod­jąć ta­kie ry­zy­ko. Re­la­cje wła­dza-pod­da­ni, w ra­mach któ­rych to­czy­ły się roz­gryw­ki we­wnętrz­ne, opie­ra­ły się na po­li­ty­ce ziem­skiej. Je­śli zro­zu­mie­my me­cha­nizm tego sys­te­mu, w znacz­nej mie­rze zro­zu­mie­my pra­wie całą prak­ty­kę po­li­tycz­ną śre­dnio­wiecz­nej Eu­ro­py; pra­wie, gdyż sys­tem ten nie obej­mo­wał naj­sil­niej­szych w tam­tym okre­sie or­ga­ni­zmów pań­stwo­wych: Bi­zan­cjum, im­pe­rium osmań­skie­go ani mu­zuł­mań­skiej Hisz­pa­nii.

* * *

Przejdź­my te­raz do kwe­stii go­spo­dar­czych. Jak już po­ka­za­łem, śre­dnio­wiecz­ne spo­łecz­no­ści opie­ra­ły swo­ją spój­ność i suk­ce­sy na kon­tro­li nad wła­sno­ścią ziem­ską. Po­wód jest pro­sty: pod­sta­wą dla wszyst­kich spo­łe­czeństw przed­in­du­strial­nych jest go­spo­dar­ka rol­na. W śre­dnio­wie­czu ani dłu­go póź­niej nie zna­no fa­bryk. Wpraw­dzie w X wieku w Egip­cie i w XIII wieku we Flan­drii oraz w pół­noc­nych Wło­szech licz­ni rze­mieśl­ni­cy i rę­ko­dziel­ni­cy pro­du­ko­wa­li na dużą ska­lę suk­no lub wy­ro­by z me­ta­lu, któ­re tra­fia­ły na ryn­ki w ca­łej Eu­ro­pie, ale dys­po­no­wa­li oni znacz­nie prost­szy­mi tech­no­lo­gia­mi niż te roz­wi­nię­te w póź­niej­szych epo­kach, a przede wszyst­kim sta­no­wi­li skrom­ny od­se­tek ca­łej po­pu­la­cji; po 1200 roku za­le­d­wie jed­na pią­ta lud­no­ści miesz­ka­ła w mia­stach, czę­sto bar­dzo ma­łych. (Trud­no po­dać do­kład­ną licz­bę, jako że nie dys­po­nu­je­my wia­ry­god­ny­mi da­ny­mi, ale po­da­ną pro­por­cję uwa­żam za naj­bliż­szą praw­dy; po wię­cej in­for­ma­cji od­sy­łam do rozdz. 7). Ist­nia­ło tak­że gór­nic­two, głów­nie że­la­za, a tak­że sre­bra, ale w tych tu za­trud­nie­nie zna­la­zła sto­sun­ko­wo mała licz­ba lu­dzi. Więk­szość - po­nad czte­ry pią­te po­pu­la­cji na po­cząt­ku śre­dnio­wie­cza i nie­wie­le mniej póź­niej - sta­no­wi­li chło­pi, czy­li lu­dzie, któ­rzy utrzy­my­wa­li się z roli. Chło­pi pro­wa­dzi­li osia­dły tryb ży­cia, upra­wia­li mniej wię­cej sta­łe skraw­ki zie­mi i żyli naj­czę­ściej w trwa­łych osa­dach (zwy­kle wio­skach, cza­sem roz­rzu­co­nych obej­ściach). To pło­dy rol­ne były głów­nym wy­two­rem pra­cy ludz­kiej w śre­dnio­wie­czu, to­też wła­dza uwa­ża­ła za naj­waż­niej­sze spra­wo­wa­nie kon­tro­li nad go­spo­dar­ką zie­mią i rol­nic­twem.

Kto kon­tro­lo­wał wła­sność ziem­ską i go­spo­dar­kę rol­ną? W nie­któ­rych przy­pad­kach byli to sami chło­pi - tam, gdzie po­sia­da­li zie­mię na wła­sność, przede wszyst­kim na pół­no­cy i wscho­dzie Eu­ro­py, szcze­gól­nie w pierw­szej po­ło­wie śre­dnio­wie­cza; na po­łu­dniu, w Hisz­pa­nii, Wło­szech i Bi­zan­cjum, część zie­mi tak­że na­le­ża­ła do chło­pów. Tam gdzie obo­wią­zy­wa­ły po­dat­ki, na przy­kład w Bi­zan­cjum i pań­stwach arab­skich, a pod ko­niec śre­dnio­wie­cza tak­że w wie­lu za­chod­nich kró­le­stwach i mia­stach-pań­stwach (a tak­że tam, gdzie sys­tem fi­skal­ny był sła­bo zor­ga­ni­zo­wa­ny, a mimo to wład­cy ścią­ga­li da­ni­ny od wol­nych chło­pów, jak mia­ło to miej­sce w przy­pad­ku wcze­snych ksią­żąt znacz­nej czę­ści wschod­niej Eu­ro­py) - wład­cy spra­wo­wa­li czę­ścio­wą kon­tro­lę nad go­spo­dar­ką zie­mią i za­bie­ra­li część plo­nów, na­wet je­śli nie byli wła­ści­cie­la­mi te­re­nów. Jed­nak w znacz­nej czę­ści Eu­ro­py od daw­na zie­mia nie na­le­ża­ła do chło­pów, lecz do wła­ści­cie­li ziem­skich, któ­rzy żyli z czyn­szu pła­co­ne­go im przez chło­pów użyt­ku­ją­cych grunt. (Przed 1200 ro­kiem pra­ca na­jem­na - w za­mian za wy­na­gro­dze­nie - była w rol­nic­twie ogrom­ną rzad­ko­ścią). Wła­ści­cie­le ziem­scy, bę­dą­cy w isto­cie wład­ca­mi feu­dal­ny­mi oto­czo­ny­mi od­da­ny­mi ry­ce­rza­mi, two­rzy­li ary­sto­kra­tycz­ne eli­ty Eu­ro­py, któ­rych lo­jal­ność (lub jej brak) przed chwi­lą omó­wi­li­śmy. Ca­ło­ści do­peł­nia­ła wła­sność Ko­ścio­ła - sza­co­wa­na na nie­mal jed­ną trze­cią łącz­nej po­wierzch­ni zie­mi. Kró­lo­wie tak­że mie­li pra­wo do wła­sno­ści ziem­skiej. Ich ma­ją­tek - je­śli nie zbie­ra­li po­dat­ków - po­cho­dził w prze­wa­ża­ją­cej mie­rze z ob­sza­rów, któ­re kon­tro­lo­wa­li bez­po­śred­nio. Za­moż­ność feu­da­łów - kró­lew­skich, ko­ściel­nych czy świec­kich - za­le­ża­ła wprost od efek­tyw­no­ści chło­pów. Wy­mu­sza­no ją naj­czę­ściej siłą bądź groź­bą uży­cia siły.

Nie ozna­cza­ło to oczy­wi­ście, że każ­dy bu­szel zbo­ża wy­dzie­ra­no chło­pu prze­mo­cą.

Pa­no­wie nie mie­li wy­star­cza­ją­cej siły, by prze­ciw­sta­wić się znacz­nie li­czeb­niej­sze­mu chłop­stwu. Za­zwy­czaj obie stro­ny uzgad­nia­ły wy­so­kość czyn­szu, a wład­cy czę­sto ak­cep­to­wa­li fakt, iż ta­kie umo­wy sta­wa­ły się z cza­sem zwy­cza­jem, przez co trud­no było je zmie­nić. Jed­nak eg­ze­kwo­wa­nie ren­ty feu­dal­nej za­wsze wią­za­ło się z po­ten­cjal­ną groź­bą uży­cia siły przez stro­ny zbroj­nych na usłu­gach pana. Sam mo­ment po­bo­ru da­nin czę­sto nad­zo­ro­wa­ły uzbro­jo­ne stra­że (czę­ściej w przy­pad­ku po­bo­ru po­dat­ków w go­tów­ce, na któ­rą to for­mę było mniej­sze przy­zwo­le­nie ze stro­ny lud­no­ści). Chło­pi, któ­rzy po­tra­fi­li się zbun­to­wać, gdy na­kła­da­no na nich więk­sze niż usta­lo­ne ob­cią­że­nia, z całą pew­no­ścią mu­sie­li się li­czyć z ostrą re­ak­cją ze stro­ny pa­nów. Z do­ku­men­tów wy­ni­ka, iż pa­no­wie nie­rzad­ko po­stę­po­wa­li okrut­nie, by zdy­scy­pli­no­wać nie­po­kor­nych pod­da­nych. Karą za od­mo­wę uisz­cze­nia świad­czeń mo­gło być znisz­cze­nie i ode­bra­nie dóbr, po­bi­cie, od­cię­cie koń­czyn, tor­tu­ry; o tych ostat­nich pi­sze się w źró­dłach ze wstrę­tem i od­ra­zą, na­to­miast opi­sy bi­cia i oka­le­czeń są bar­dziej rze­czo­we. Au­to­ra­mi tych re­la­cji byli głów­nie du­chow­ni, któ­rzy nie po­chwa­la­li bru­tal­no­ści ary­sto­kra­cji, ale jesz­cze mniej zro­zu­mie­nia mie­li dla bun­tu­ją­cych się chło­pów. Oczy­wi­ście mó­wi­my o przy­pad­kach skraj­nych. Naj­czę­ściej po­bór da­nin prze­bie­gał spo­koj­nie, ale chło­pi zda­wa­li so­bie spra­wę, co może ich spo­tkać, gdy­by chcie­li opo­no­wać. In­ny­mi sło­wy, prze­moc sta­no­wi­ła sta­ły ele­ment ży­cia śre­dnio­wiecz­nej spo­łecz­no­ści agrar­nej. Zda­rza­ło się, że chło­pi sprze­ci­wia­li się wła­dzy, a cza­sem na­wet od­no­si­li suk­ce­sy, na ogół jed­nak po­zo­sta­wa­li lo­jal­ny­mi pod­da­ny­mi swo­ich pa­nów.

Nie­któ­rzy chło­pi byli z punk­tu wi­dze­nia pra­wa ludź­mi wol­ny­mi, inni nie. Przy czym, po­ję­cie wol­no­ści - czy to pod wzglę­dem praw­nym, czy w prak­ty­ce (zwy­kle to nie było to samo) - róż­ni­ło się w za­leż­no­ści od spo­łe­czeń­stwa. Na ogół wol­ność ozna­cza­ła peł­ne uczest­nic­two w ży­ciu pu­blicz­nym, na przy­kład w zgro­ma­dze­niach, sta­no­wią­cych istot­ny ele­ment sys­te­mu po­li­tycz­ne­go wcze­sne­go śre­dnio­wie­cza, a tak­że do­stęp do są­dów. Wol­ni chło­pi czę­sto też pła­ci­li niż­sze czyn­sze. Obok chło­pów wol­nych była też bar­dzo zróż­ni­co­wa­na gru­pa chło­pów na­zy­wa­nych se­rvi lub z ła­ci­ny man­ci­pia. W sta­ro­żyt­no­ści sło­wo se­rvus ozna­cza­ło po pro­stu nie­wol­ni­ka, w śre­dnio­wie­czu - służ­bę do­mo­wą lub chło­pa przy­wią­za­ne­go do zie­mi. Tacy lu­dzie nie mie­li żad­nych praw (z de­fi­ni­cji tyl­ko lu­dzie wol­ni pod­le­ga­li pra­wu) i mu­sie­li nie tyl­ko pła­cić wyż­sze da­ni­ny, ale tak­że wy­ko­ny­wać bez­płat­nie uwa­ża­ne za po­ni­ża­ją­ce usłu­gi na rzecz pana. Z dru­giej jed­nak stro­ny mie­li po­dob­ny ty­tuł do zie­mi, co chło­pi wol­ni, więc wy­raz "nie­wol­nik" nie jest wła­ści­wym okre­śle­niem - stąd będę sto­so­wał okre­śle­nie "czło­wiek nie­wol­ny". Szcze­gól­nie na po­cząt­ku śre­dnio­wie­cza sys­tem hie­rar­chii wol­nych i nie­wol­nych chło­pów był dość skom­pli­ko­wa­ny. W mia­rę upły­wu cza­su na więk­szo­ści ob­sza­rów Eu­ro­py róż­ni­ce mię­dzy chło­pa­mi wol­ny­mi i nie­wol­ny­mi za­czę­ły się za­cie­rać, a wspól­na rze­czy­wi­stość eko­no­micz­na - pod­dań­stwo wła­ści­cie­lo­wi zie­mi - sta­wa­ła się waż­niej­sza niż po­dzia­ły praw­ne; wol­ni i nie­wol­ni chło­pi za­czę­li wcho­dzić ze sobą w związ­ki, co przez dłu­gi czas było su­ro­wo za­ka­za­ne. W mia­rę jak wła­ści­cie­le ziem­scy zwięk­sza­li pre­sję tak­że na wol­nych chło­pów, po 1000 roku obie gru­py zna­la­zły się prak­tycz­nie w tej sa­mej sy­tu­acji praw­nej, któ­rą czę­sto okre­śla się mia­nem ren­ty feu­dal­nej lub pańsz­czy­zny. Bun­ty chłop­stwa na po­cząt­ku śre­dnio­wie­cza czę­sto wy­bu­cha­ły wła­śnie z po­wo­du prób zrów­na­nia ich sta­tu­su ze sta­tu­sem chło­pów nie­wol­nych; w wie­kach XI i XII opór w więk­szym stop­niu kon­cen­tro­wał się na prak­tycz­nych kwe­stiach pod­dań­stwa (patrz da­lej i rozdz. 7), a po­dział mię­dzy wol­ny­mi i nie­wol­ny­mi tra­cił na zna­cze­niu. Jed­nak po 1200 roku na­dal ist­niał, na przy­kład w An­glii i Ka­ta­lo­nii, gdzie nie wszy­scy wol­ni chło­pi byli chło­pa­mi feu­dal­ny­mi, a w XV wieku ko­niec pańsz­czy­zny dla chło­pów nie­wol­nych ozna­czał istot­ną zmia­nę.

Re­la­cja chłop-wła­ści­ciel zie­mi leży u pod­staw nie tyl­ko ca­łej hi­sto­rii śre­dnio­wiecz­nej go­spo­dar­ki, ale tak­że dzie­jów spo­łecz­no-po­li­tycz­nych. To na niej opie­rał się bo­wiem ostry po­dział na war­stwy spo­łecz­ne (patrz rozdz. 10) oraz cały oma­wia­ny tu sys­te­mu po­li­tycz­ny opar­ty na wła­sno­ści ziem­skiej. W po­zo­sta­łej czę­ści tej książ­ki zo­ba­czy­my: jak zmie­nia­ła się dy­na­mi­ka tych pro­ce­sów w róż­nych okre­sach i oko­licz­no­ściach, dla­cze­go na pół­no­cy Eu­ro­py w dru­giej po­ło­wie śre­dnio­wie­cza za­czę­ła się zmniej­szać licz­ba wol­nych chło­pów (rozdz. 5), a tak­że jak zmie­nia­ła się na­tu­ra wła­dzy w za­chod­niej Eu­ro­pie w XI wieku w wy­ni­ku na­kła­da­nia na chło­pów co­raz wyż­szych da­nin (rozdz. 6), jak roz­wój go­spo­dar­ki w okre­sie peł­ne­go śre­dnio­wie­cza wpły­nął na do­bro­byt chło­pów i ich pa­nów, jak te dwie gru­py kształ­to­wa­ły wza­jem­ne re­la­cje (rozdz. 7), jak wy­glą­dał opór chło­pów wo­bec wła­ści­cie­li ziem­skich i pań­stwa pod ko­niec śre­dnio­wie­cza (rozdz. 12). Nie wol­no za­po­mi­nać, że bo­gac­twa moż­no­wład­ców i wła­dza po­li­tycz­na opie­ra­ły się na wy­zy­sku chłop­skiej więk­szo­ści. Cała dy­na­mi­ka go­spo­dar­cza śre­dnio­wiecz­nych sys­te­mów spo­łecz­nych, włącz­nie z każ­dą zmia­ną, któ­rą skłon­ni je­ste­śmy na­zy­wać roz­wo­jem eko­no­micz­nym - jak choć­by roz­wój rze­mio­sła, miast i szla­ków han­dlo­wych spo­wo­do­wa­ny głów­nie zwięk­szo­nym po­py­tem ze stro­ny ary­sto­kra­cji - przez cały czas opie­ra­ła się na nie­rów­nej re­la­cji chłop-wła­ści­ciel zie­mi oraz na nad­wyż­kach, któ­re ci pierw­si byli w sta­nie wy­pra­co­wać dla tych dru­gich. Ta książ­ka nie jest o chło­pach, ale pro­ce­sy i wy­da­rze­nia, któ­re w niej opi­su­ję, były moż­li­we dzię­ki bo­gac­twom po­cho­dzą­cym z nad­wy­żek żyw­no­ści, któ­re chło­pi prze­ka­zy­wa­li pa­nom - bar­dziej lub mniej chęt­nie - w po­sta­ci da­nin w róż­nej for­mie. Błę­dem by­ło­by o tym za­po­mi­nać.

* * *

Je­śli cho­dzi o zja­wi­ska kul­tu­ro­we, trud­niej o uogól­nie­nia i wy­bór tych naj­waż­niej­szych. Chcę wy­róż­nić tyl­ko trzy aspek­ty kul­tu­ry śre­dnio­wie­cza, któ­re mia­ły szer­szy za­sięg. Cho­dzi o sto­su­nek do ho­no­ru, płci i re­li­gii. Do wszyst­kich tych kwe­stii będę wra­cał wie­lo­krot­nie, uwa­żam jed­nak, że wy­ma­ga­ją też pew­ne­go wpro­wa­dze­nia. Jak już wi­dzie­li­śmy, siła re­la­cji po­li­tycz­nych w okre­sie peł­ne­go śre­dnio­wie­cza - ale tak­że znacz­nie wcze­śniej i dłu­go póź­niej - opar­ta była na ho­no­rze. Trud­no jest prze­ce­nić zna­cze­nie wagi ho­no­ru przez cały okres śre­dnio­wie­cza we wszyst­kich war­stwach spo­łecz­nych i w każ­dym re­gio­nie Eu­ro­py. Do­ty­czy­ło to rów­nież chłop­stwa, na­wet je­śli war­stwy wyż­sze czę­sto uwa­ża­ły, że chło­pi ho­no­ru nie mają; a tak­że ko­biet, mimo że są­dzo­no, iż ho­nor ko­bie­ty jest rów­no­znacz­ny z ho­no­rem mę­skich człon­ków jej ro­dzi­ny. Oskar­że­nia o nie­lo­jal­ność, tchó­rzo­stwo, kra­dzież, zdra­dze­nie męża (w przy­pad­ku ko­biet) lub by­cie zdra­dzo­nym przez żonę (w przy­pad­ku męż­czyzn) - uwa­ża­no za ujmę na ho­no­rze. Zło­dziej ry­zy­ko­wał ży­cie (kra­dzież jako czyn pod­stęp­ny była po­strze­ga­na w znacz­nej czę­ści Eu­ro­py jak prze­stęp­stwo gor­sze niż jaw­ne za­bój­stwo), ale wy­star­czy­ło po­peł­nić czyn nie­ho­no­ro­wy, by stra­cić do­bre imię i na­ra­zić się na in­fa­mię. Czło­wiek ska­za­ny na wy­klę­cie nie mógł na przy­kład skła­dać ze­znań w są­dzie albo nie wol­no mu było przy­się­gać na wier­ność, co było po­waż­ną karą, jako że taka przy­się­ga sta­no­wi­ła pod­sta­wę nie tyl­ko ży­cia po­li­tycz­ne­go, ale też pro­ce­sów są­do­wych, tak więc czło­wiek po­zba­wio­ny czci po­zo­sta­wał pod wie­lo­ma wzglę­da­mi bez pra­wa do obro­ny.

Męż­czyź­ni bro­ni­li ho­no­ru w spo­sób po­śred­ni: ry­tu­al­nie przy­się­ga­jąc, lub bez­po­śred­ni: wal­cząc zbroj­nie z oskar­ża­ją­cy­mi. Ak­cep­to­wa­no prze­moc jako dro­gę do­cho­dze­nia swo­ich ra­cji i wy­ko­rzy­sty­wa­no w po­stę­po­wa­niach są­do­wych: atak na wła­sność in­nej oso­by był spo­so­bem oka­za­nia po­wa­gi za­mia­rów, a to uła­twia­ło na­kło­nie­nie dru­giej stro­ny do po­ja­wie­nia się w są­dzie. Na­to­miast je­śli ktoś nie obro­nił swo­jej włas­no­ści przed ata­kiem, mógł zo­stać uzna­ny za stro­nę, któ­ra ma mniej­sze pra­wo do tej wła­sno­ści. Chło­pi no­si­li przy so­bie noże i czę­sto po nie się­ga­li; w An­glii w oma­wia­nym okre­sie licz­ba za­bójstw na wsi do­rów­ny­wa­ła licz­bie za­bójstw w naj­nie­bez­piecz­niej­szych mia­stach w Sta­nach Zjed­no­czo­nych w XX wie­ku. W okre­sie peł­ne­go i póź­ne­go śred­nio­wie­cza oskar­ża­ny o nie­ho­no­ro­we za­cho­wa­nia ary­sto­kra­ta zwy­cza­jo­wo na­jeż­dżał zbroj­nie zie­mie i zam­ki oskar­ża­ją­cych (po­je­dyn­ki aż do koń­ca śre­dnio­wie­cza nie były jesz­cze po­pu­lar­ne). Za­bój­stwo w ze­mście uwa­ża­no za czyn ho­no­ro­wy. Błę­dem by­ło­by jed­nak za­ło­że­nie, że śre­dnio­wie­cze to epo­ka kłót­ni, prze­mo­cy i prze­stępstw. Poza nie­licz­ny­mi wy­jąt­ka­mi (na Is­lan­dii lub w póź­no­śre­dnio­wiecz­nych wło­skich mia­stach) po­waż­ne spo­ry roz­wią­zy­wa­no naj­czę­ściej me­to­dą kom­pro­mi­su lub są­dow­nie. Cza­sem ucie­ka­no się do pró­by za­dość­uczy­nie­nia w go­tów­ce lub da­rach, przy czym ta for­ma roz­wią­zy­wa­nia kon­flik­tów mo­gła zo­stać uzna­na za nie­zgod­ną z za­sa­da­mi ho­no­ru. Na­le­ża­ło za­cho­wać ogrom­ną ostroż­ność i roz­wa­gę za­rów­no wsz­czy­na­jąc, jak i koń­cząc spór, aby nie spla­mić przy oka­zji ho­no­ru. Ro­zu­mie­li to na­wet du­chow­ni, z ra­cji ka­płań­skiej po­słu­gi trak­to­wa­ni czę­sto jak śre­dnio­wiecz­ni me­dia­to­rzy. Zna­my wie­le przy­kła­dów ta­kie­go dzia­ła­nia. Bi­skup Grze­gorz z To­urs (zm. 594) opi­sał w swo­ich Hi­sto­riach, któ­re są szcze­gó­ło­wym świa­dec­twem jego cza­sów, kon­flikt dwóch moż­no­wład­ców, Chram­ne­sin­da i Si­cha­ra. Chram­ne­sind zgo­dził się przy­jąć pie­nią­dze za śmierć swo­ich krew­nych z rąk za­bój­cy, któ­rym był Si­char. Kil­ka lat póź­niej obaj ary­sto­kra­ci spo­tka­li się na wspól­nej za­ba­wie, pod­czas któ­rej pi­ja­ny Si­char po­wie­dział, iż Chram­ne­sind do­brze wy­szedł na ich daw­nym ukła­dzie. I wte­dy - jak re­la­cjo­nu­je Grze­gorz - Chram­ne­sind uświa­do­mił so­bie, że fak­tycz­nie - sko­ro nie po­mścił za­bi­tych krew­nych, to nie po­wi­nien się na­zy­wać męż­czy­zną, ale sła­bą ko­bie­tą, i za­bił Si­cha­ra na miej­scu. Grze­gorz z To­urs ewi­dent­nie uwa­żał ta­kie za­cho­wa­nie za słusz­ne, choć to on sam po­śred­ni­czył wcze­śniej w ne­go­cja­cjach obu zwa­śnio­nych stron i to on po­mógł usta­lić for­mę i wy­so­kość re­kom­pen­sa­ty. Si­char, su­ge­ru­jąc, iż Chram­ne­sind zy­skał coś w tchórz­li­wy spo­sób na śmier­ci swo­ich krew­nych, ob­ra­ził ary­sto­kra­tę i to wy­star­czy­ło, by ten się­gnął po broń. W wie­lu spo­łe­czeń­stwach śre­dnio­wiecz­nych jego za­cho­wa­nie uzna­no by za w peł­ni uspra­wie­dli­wio­ne, na przy­kład sław­ny za­targ mię­dzy ro­dzi­ną Bu­on­del­mon­tich i Ar­ri­ghich w trzy­na­sto­wiecz­nej Flo­ren­cji po­noć za­czął się bar­dzo po­dob­nie.

Po­wtórz­my raz jesz­cze: sys­te­my war­to­ści śre­dnio­wiecz­nych spo­łe­czeństw nie mia­ły cha­rak­te­ru uni­wer­sal­ne­go. A nie­ste­ty, wła­śnie taki ob­raz wy­ła­nia się z wie­lu ksią­żek, któ­rych au­to­rzy zda­ją się do­wo­dzić, iż lu­dzie ży­ją­cy w tam­tej epo­ce my­śle­li "ra­cjo­nal­nie" na prze­róż­ne te­ma­ty spo­łecz­ne i re­li­gij­ne. Ja ab­so­lut­nie nie po­dzie­lam tego zda­nia. Rów­nież ho­nor miał swo­je od­cie­nie i od­mia­ny. Na przy­kład po­sia­da­nie przez męż­czy­znę nie­ślub­ne­go po­tom­stwa (na­wet je­śli w nie­któ­rych re­gio­nach Eu­ro­py sta­wa­ło się to po­waż­nym utrud­nie­niem praw­nym dla sa­mych dzie­ci) nie uwa­ża­no za ujmę na ho­no­rze, z ko­lei pod ko­niec śre­dnio­wie­cza w Ir­lan­dii nie­ho­no­ro­we było od­pra­wie­nie swo­je­go nie­ślub­ne­go dziec­ka, któ­re sta­nę­ło na pro­gu domu ojca z proś­bą o uzna­nie go za syna lub cór­kę - w ten spo­sób ir­landz­cy pa­no­wie do­ra­bia­li się cza­sem licz­ne­go po­tom­stwa, na­wet je­śli proś­ba o uzna­nie oj­co­stwa nie zo­sta­ła po­par­ta so­lid­ny­mi fak­ta­mi. Moż­na jed­nak przy­jąć, że przy­naj­mniej czyn­na obro­na ho­no­ru była zja­wi­skiem po­wszech­nym. Śre­dnio­wie­cze to świat kul­tu­ry ma­cho - cze­go do­wo­dzą choć­by prze­my­śle­nia Chram­ne­sin­da: cho­dzi­ło o to, by oka­zał się męż­czy­zną, nie ko­bie­tą. Kult mę­sko­ści obo­wią­zy­wał zwłasz­cza, gdy męż­czyź­ni się upi­ja­li - a ro­bi­li to bar­dzo czę­sto. Nad­uży­wa­nie al­ko­ho­lu pro­wa­dzi­ło do prze­mo­cy, któ­ra z ko­lei skut­ko­wa­ła skłon­no­ścią do wcho­dze­nia w kon­flik­ty. (Bio­graf Ka­ro­la Wiel­kie­go, Ein­hard, twier­dził, iż jego wład­ca nie lu­bił się­gać po al­ko­hol. Nie wia­do­mo, ile było praw­dy w tym stwier­dze­niu, ale na pew­no cho­dzi­ło o to, by pod­kre­ślić wy­jąt­ko­wość kró­la). Z dru­giej stro­ny wspól­ne pi­cie trun­ków słu­ży­ło na­wią­zy­wa­niu zna­jo­mo­ści i bu­do­wa­niu re­la­cji opar­tych na lo­jal­no­ści. Je­śli dwóch męż­czyzn piło ze sobą, za­czy­na­li mieć wo­bec sie­bie pew­ne zo­bo­wią­za­nia (do­ty­czy­ło to tak­że wspól­ne­go spo­ży­wa­nia po­sił­ków). Je­śli więc ktoś pił na dwo­rze wład­cy, miał obo­wią­zek słu­żyć mu orę­żem, a uni­ka­nie ta­kiej przy­słu­gi ozna­cza­ło utra­tę ho­no­ru. Z li­te­ra­tu­ry śre­dnio­wiecz­nej wie­my, że zda­rza­ło się, iż za­pra­sza­no wro­gów na ucztę, rze­ko­mo po to, by za­wrzeć po­kój, a fak­tycz­nie po to, by we wła­ści­wym mo­men­cie po­zbyć się upo­jo­nych al­ko­ho­lem ry­wa­li. Stra­te­gia wy­da­je się sku­tecz­na, gdyż przy je­dze­niu i pi­ciu lu­dzie tra­cą czuj­ność, był to jed­nak czyn bar­dzo nie­ho­no­ro­wy. W śre­dnio­wie­czu wspól­ne pi­cie uwa­ża­no za czyn­ność bar­dzo mę­ską, sza­nu­ją­ce się ko­bie­ty nie uczest­ni­czy­ły w ta­kich za­ba­wach; z wy­jąt­kiem żony wład­cy, któ­ra jako pani domu mia­ła szcze­gól­ne obo­wiąz­ki.

Be­ne­dyk­tyń­skie opac­two św. Mi­cha­ła Ar­cha­nio­ła na wy­spie Mont-Sa­int-Mi­chel w Nor­man­dii zo­sta­ło ufun­do­wa­ne w 966 roku na te­re­nie ist­nie­ją­ce­go od 709 roku sank­tu­arium św. Mi­cha­ła Ar­cha­nio­ła. U stóp opac­twa wy­ro­sło mia­stecz­ko ob­słu­gu­ją­ce licz­nych piel­grzy­mów. Klasz­tor dzia­łał do re­wo­lu­cji fran­cu­skiej w 1791 roku.

Wy­da­je się, że w spo­łecz­no­ściach zdo­mi­no­wa­nych przez męż­czyzn nie­wie­le jest miej­sca dla ko­biet. Rze­czy­wi­ście, role spo­łecz­ne ści­śle roz­dzie­la­no we­dług płci, na przy­kład tyl­ko męż­czy­znom wol­no było orać pola, na­to­miast tyl­ko ko­bie­ty mo­gły się zaj­mo­wać tkac­twem i szy­ciem odzie­ży (taki po­dział obo­wiąz­ków był bar­dzo roz­po­wszech­nio­ny za­rów­no w cza­sie, jak i w prze­strze­ni, obo­wią­zy­wał na­wet w od­le­głych Chi­nach). W więk­szo­ści spo­łe­czeństw śre­dnio­wiecz­nych ko­bie­ty nie mo­gły li­czyć na ja­ką­kol­wiek po­błaż­li­wość w spra­wach cia­ła, od­wrot­nie niż he­te­ro­sek­su­al­ni męż­czyź­ni. Po­dob­nie za­mknię­ty był dla nich świat orę­ża - w ich imie­niu wal­czy­li męż­czyź­ni. Ko­bie­ty cza­sem nie mia­ły oso­bo­wo­ści praw­nej; na przy­kład na po­cząt­ku śre­dnio­wie­cza we Wło­szech i w Ir­lan­dii nie mia­ły żad­nych praw oso­bi­stych, przez całe ży­cie re­pre­zen­to­wa­li je męż­czyź­ni, trud­no też było im odzie­dzi­czyć zie­mię. Tego typu ogra­ni­cze­nia nie sta­ły się na szczę­ście nor­mą, w wie­lu spo­łecz­no­ściach śre­dnio­wiecz­nych ko­bie­ty mo­gły bez prze­szkód dzie­dzi­czyć na rów­nych pra­wach z męż­czy­zna­mi, uczest­ni­czyć w spra­wach są­do­wych lub na­wet (rza­dziej) w zgro­ma­dze­niach pu­blicz­nych. Zna­my tak­że ko­bie­ty spra­wu­ją­ce wła­dzę po­li­tycz­ną - cza­sem w imie­niu swo­ich dzie­ci po śmier­ci mę­żów lub (rza­dziej i ra­czej pod ko­niec śre­dnio­wie­cza) jako pra­wo­wi­te na­stęp­czy­nie na tro­nie w przy­pad­ku bra­ku mę­skie­go ro­dzeń­stwa. Nie­któ­re wład­czy­nie, choć­by Mał­go­rza­ta Duń­ska czy Iza­be­la I Ka­sty­lij­ska w XV wieku, oka­za­ły się na­praw­dę bar­dzo sku­tecz­ne i od­nio­sły suk­ces. W roz­dzia­łach po­świę­co­nych po­cząt­kom śre­dnio­wie­cza znaj­dzie­my przy­kła­dy po­tęż­nych kró­lo­wych ma­tek.

Do za­gad­nie­nia po­dzia­łu ról we­dług płci po­wró­cę w roz­dzia­le 10 - gdy bę­dzie­my mo­gli po­wie­dzieć coś wię­cej o ko­bie­tach in­nych niż kró­lo­we i ary­sto­krat­ki. W tym miej­scu wspo­mnę je­dy­nie, że moim zda­niem głów­na róż­ni­ca mię­dzy po­cząt­ko­wym a póź­niej­szym okre­sem śre­dnio­wie­cza, przy­naj­mniej w znacz­nej czę­ści Eu­ro­py, po­le­ga wła­śnie na zróż­ni­co­wa­niu po­staw ko­bie­cych, co wy­ni­ka­ło z pro­ce­su po­wol­ne­go kom­pli­ko­wa­nia się sto­sun­ków spo­łecz­nych. Ogra­ni­cze­nia praw­ne, dość ostre w pierw­szych wie­kach śre­dnio­wie­cza, z cza­sem ule­gły zła­go­dze­niu, mimo że prze­pi­sy o dzie­dzi­cze­niu wciąż dys­kry­mi­no­wa­ły ko­bie­ty (pod nie­któ­ry­mi wzglę­da­mi ich sy­tu­acja ule­gła wręcz po­gor­sze­niu). Męż­czyź­ni też mie­li ści­śle przy­pi­sa­ne role spo­łecz­ne - nie­rzad­ko sprzecz­ne z ich in­dy­wi­du­al­nym cha­rak­te­rem. Ci z na­tu­ry de­li­kat­ni, brzy­dzą­cy się prze­mo­cą i uni­ka­ją­cy orę­ża - nie cie­szy­li się es­ty­mą. Wyj­ściem dla nich była uciecz­ka w ka­płań­stwo, któ­re do pew­ne­go stop­nia uwal­nia­ło ich od ko­niecz­no­ści wal­ki i de­mon­stro­wa­nia siły fi­zycz­nej. (Na­le­ży do­dać, że pod­czas kon­flik­tów zbroj­nych wie­lu du­chow­nych z en­tu­zja­zmem się­ga­ło po broń, a na tych, któ­rzy sta­now­czo od­ma­wia­li wal­ki lub żyli w ce­li­ba­cie pa­trzo­no cza­sem z po­gar­dą - ze wzglę­du na wąt­pli­wo­ści do­ty­czą­ce ich mę­sko­ści). Jak wi­dzie­li­śmy przy oka­zji roz­wa­żań na te­mat ho­no­ru, męż­czyzn czę­sto obo­wią­zy­wa­ły rów­nie re­stryk­cyj­ne (choć inne) za­sa­dy, co ko­bie­ty. Przy czym role ko­biet były ści­ślej okre­ślo­ne i ogra­ni­czo­ne. W śre­dnio­wie­czu (i nie tyl­ko) nor­mą sta­ła się mę­skość.

Je­śli cho­dzi o re­li­gię - moż­na by uznać za ba­nał stwier­dze­nie, że lu­dzie śre­dnio­wie­cza byli głę­bo­ko re­li­gij­ni. To jed­nak praw­da, bez wzglę­du na to, czy mó­wi­my o ży­dach, mu­zuł­ma­nach, czy też chrze­ści­ja­nach, któ­rzy pod ko­niec śre­dnio­wie­cza sta­no­wi­li w Eu­ro­pie prze­wa­ża­ją­cą więk­szość. (Je­śli ist­nie­li ate­iści, to nie gło­si­li otwar­cie swo­ich po­glą­dów). Głę­bo­ka wia­ra lu­dzi ży­ją­cych w śre­dnio­wie­czu czę­sto łą­czo­na jest z "wła­dzą Ko­ścio­ła" oraz du­chow­ny­mi ka­zno­dzie­ja­mi, któ­rzy stra­szy­li wier­nych pie­kłem i wiecz­nym po­tę­pie­niem. Tego typu prze­kaz po­ja­wił się jed­nak znacz­nie póź­niej i był wy­ni­kiem swo­istej kon­ku­ren­cji mię­dzy pro­te­stan­ta­mi i ka­to­li­ka­mi. W rze­czy­wi­sto­ści du­chow­ni śre­dnio­wie­cza re­ali­stycz­nie pod­cho­dzi­li do moż­li­wo­ści per­cep­cji swo­ich wier­nych. Ozna­cza to, że ka­za­nia, je­śli już je wy­gła­sza­no - bo tra­dy­cja ka­zań zy­ska­ła na po­pu­lar­no­ści do­pie­ro od XII wieku - do­sto­so­wy­wa­no do od­bior­cy. Fak­tem jest tak­że, że choć księ­ża nie­ustan­nie na­rze­ka­li na to, iż wier­ni tyl­ko w nie­wiel­kim stop­niu po­słusz­ni byli ich na­ukom (do­ty­czy to ab­so­lut­nie ca­łej epo­ki), pod­sta­wo­we za­ło­że­nia wia­ry ak­cep­to­wa­no w peł­ni i po­wszech­nie. Wpraw­dzie cza­sem wier­ni ina­czej ro­zu­mie­li te za­sa­dy niż ich du­cho­wi prze­wod­ni­cy. A ka­pła­ni re­ago­wa­li na to w róż­ny spo­sób, za­leż­nie od okre­su. Na po­cząt­ku śre­dnio­wie­cza kry­ty­ko­wa­li wszel­kie po­zo­sta­ło­ści po­gań­stwa, szcze­gól­nie te nie­zgod­ne z na­uką chrze­ści­jań­ską. W póź­niej­szych wie­kach skar­ży­li się czę­ściej na stan­dar­do­we for­my "nie­mo­ral­ne­go" za­cho­wa­nia, a po 1000 roku - na he­re­zję, czy­li teo­lo­gicz­ne prze­ko­na­nia, któ­re Ko­ścio­ły ła­ciń­ski lub grec­ki uwa­ża­ły za sprzecz­ne z do­gma­ta­mi wia­ry, zwłasz­cza je­śli skie­ro­wa­ne były prze­ciw­ko hie­rar­chii ko­ściel­nej. Trze­ba do­dać, iż cza­sem świec­cy wier­ni wy­ka­zy­wa­li się więk­szą su­ro­wo­ścią w prak­ty­ce re­li­gij­nej i ży­ciu niż du­chow­ni mo­ra­li­za­to­rzy. Cały ruch mo­na­stycz­ny, a póź­niej roz­wój ży­cia za­kon­ne­go moż­li­we były dzię­ki wier­nym świec­kim (wy­świę­ce­ni du­chow­ni sta­no­wi­li za­zwy­czaj mniej­szość w klasz­to­rach, a po­nie­waż ko­bie­tom nie udzie­la­no sa­kra­men­tu ka­płań­stwa, w za­ko­nach żeń­skich próż­no by szu­kać osób du­chow­nych). W klasz­to­rach męż­czyź­ni i ko­bie­ty wy­bie­ra­li czę­sto naj­bar­dziej eks­tre­mal­ną wer­sję prak­tyk re­li­gij­nych, choć wy­ni­ka­ło to cza­sem z chę­ci oka­za­nia po­słu­szeń­stwa opa­to­wi lub prze­ory­szy, a za ich po­śred­nic­twem wyż­szym hie­rar­chom ko­ściel­nym. Co istot­ne, nie obej­mo­wa­ło to, a przy­naj­mniej nie mia­ło w za­ło­że­niu obej­mo­wać, żad­nych in­dy­wi­du­al­nych prak­tyk re­li­gij­nych. W roz­dzia­łach 8, 10 i 12 prze­ko­na­my się, co się dzia­ło, gdy oso­by świec­kie za­czy­na­ły po swo­je­mu in­ter­pre­to­wać wia­rę, szcze­gól­nie po mniej wię­cej 1150 roku. Bez wzglę­du na to, czy za­sa­dy wia­ry były po­wszech­nie zna­ne i czy prze­strze­ga­no za­le­ceń du­cho­wień­stwa, szcze­gól­nie tych do­ty­czą­cych sek­su lub prze­mo­cy zwią­za­nej z ho­no­rem, lu­dzie po­trze­bo­wa­li wia­ry i go­dzi­li się na to, by re­li­gia wpły­wa­ła na wszyst­kie aspek­ty ży­cia.

Pod­kre­ślam to nie dla­te­go, że kto­kol­wiek pod­wa­ża to twier­dze­nie, ale dla­te­go, że nie­któ­re jego im­pli­ka­cje nie za­wsze są do­brze ro­zu­mia­ne. Se­ku­la­ryzm i re­li­gij­ność czę­sto są bo­wiem przez hi­sto­ry­ków roz­pa­try­wa­ne osob­no i sta­wia­ne w opo­zy­cji. Czy słusz­nie? Gdy ary­sto­krat­ka fun­do­wa­ła klasz­tor, by zo­stać w nim prze­ory­szą - czy dzia­ła­ła z po­bu­dek re­li­gij­nych, czy może dla­te­go, że taki klasz­tor wy­da­wał się sta­bil­ną in­we­sty­cją ziem­ską, zwłasz­cza gdy mia­ła dużą ro­dzi­nę? Gdy kró­lo­wie osa­dza­li w die­ce­zjach za­ufa­nych księ­ży i ad­mi­ni­stra­to­rów, czy ro­bi­li to dla­te­go, iż byli pew­ni ich kwa­li­fi­ka­cji mo­ral­nych, czy też pró­bo­wa­li po pro­stu roz­sze­rzyć za­sięg swo­je­go pa­no­wa­nia, kie­ru­jąc lo­jal­nych so­bie lu­dzi do bo­ga­tych ośrod­ków wła­dzy lo­kal­nej? Gdy w 833 roku sy­no­wie Lu­dwi­ka I Po­boż­ne­go, kró­la Fran­ków i ce­sa­rza rzym­skie­go, zmu­si­li go do od­by­cia pu­blicz­nej po­ku­ty (patrz rozdz. 4), to czy zro­bi­li to dla­te­go, że znacz­na część fran­kij­skich elit do­szła do wnio­sku, iż po­peł­nił grze­chy za­gra­ża­ją­ce mo­ral­ne­mu po­rząd­ko­wi kró­le­stwa, czy też dla­te­go, że do­strze­gli szan­sę na prze­ję­cie wła­dzy? Co mo­ty­wo­wa­ło w 1096 roku pierw­szych krzy­żow­ców? Czy wy­ru­szy­li na pod­bój Pa­le­sty­ny (patrz rozdz. 6), po­nie­waż chcie­li - jako piel­grzy­mi prze­peł­nie­ni głę­bo­ką wia­rą - ode­brać świę­te miej­sca w Je­ro­zo­li­mie i wo­kół niej mu­zuł­mań­skim nie­wier­nym, czy też była to tyl­ko przy­kryw­ka, pod któ­rą w rze­czy­wi­sto­ści kry­ła się chęć za­gar­nię­cia no­wych te­ry­to­riów?

Na wszyst­kie opcje za­war­te w tych py­ta­niach mu­si­my od­po­wie­dzieć twier­dzą­co. Ale co istot­niej­sze, mu­si­my uświa­do­mić so­bie, że tak na­praw­dę były one nie­ro­ze­rwal­nie po­wią­za­ne i ów­cze­śni lu­dzie nie trak­to­wa­li ich roz­dziel­nie. Oczy­wi­ście, nie­któ­rzy ak­to­rzy sce­ny po­li­tycz­nej byli po­zba­wie­ni skru­pu­łów w więk­szym stop­niu niż inni, tak samo jak byli mniej lub bar­dziej prze­siąk­nię­ci wia­rą, ale jak w każ­dej in­nej epo­ce lu­dzie kie­ro­wa­li się bar­dzo róż­ny­mi mo­ty­wa­cja­mi, któ­re naj­czę­ściej spla­ta­ły się ze sobą, może poza nie­licz­ny­mi wy­jąt­ka­mi re­li­gij­nych twar­do­gło­wych. Świa­do­me wy­ko­rzy­sty­wa­nie re­to­ry­ki re­li­gij­nej do wła­snych ce­lów, szcze­gól­nie w przy­pad­ku lu­dzi moż­nych i po­tęż­nych, nie mu­sia­ło być prze­ja­wem hi­po­kry­zji. Może by­śmy le­piej to zro­zu­mie­li, gdy­by tak rze­czy­wi­ście było, jed­nak ów­cze­śni lu­dzie, i to nie­mal bez wy­jąt­ku, na­praw­dę wie­rzy­li w to, co mó­wi­li. I ten fakt mu­si­my uwzględ­nić w każ­dej na­szej oce­nie ich dzia­łań.

* * *

Wszyst­kie te po­cząt­ko­we uwa­gi są tyl­ko punk­tem wyj­ścia do zro­zu­mie­nia spraw, o któ­rych na­pi­sa­łem w ko­lej­nych roz­dzia­łach. W po­zo­sta­łej czę­ści książ­ki skon­cen­tru­ję się na chwi­lach prze­ło­mo­wych oraz na ogól­nych in­ter­pre­ta­cjach, któ­re przed­sta­wi­łem na po­cząt­ku tego roz­dzia­łu. W ca­łej książ­ce zo­ba­czy­my tak­że, w jaki spo­sób te in­ter­pre­ta­cje są niu­an­so­wa­ne na każ­dym eta­pie przez rze­czy­wi­ste róż­ni­ce: wcze­sne śre­dnio­wie­cze bar­dzo róż­ni­ło się od póź­ne­go śre­dnio­wie­cza, pań­stwo Fran­ków znacz­nie róż­ni­ło się od Bi­zan­cjum itd. Ale to wła­śnie te róż­ni­ce de­cy­du­ją w du­żej mie­rze o za­in­te­re­so­wa­niu okre­sem wie­ków śred­nich. Po­szcze­gól­ne ele­men­ty ukła­da­ją się w ca­łość. W śre­dnio­wie­czu sty­ka­my się z róż­ny­mi, choć roz­wi­ja­ją­cy­mi się rów­no­le­gle, sys­te­ma­mi go­spo­dar­czy­mi, spo­łecz­ny­mi, po­li­tycz­ny­mi i kul­tu­ral­ny­mi, któ­re war­to ze sobą ze­sta­wiać, po­rów­ny­wać i ob­ja­śniać. Po­sta­ram się to zro­bić, oczy­wi­ście w ta­kim za­kre­sie, na jaki po­zwa­la mi ko­niecz­ność prze­ana­li­zo­wa­nia ty­sią­ca lat na po­zo­sta­łych mi do za­pi­sa­nia stro­nach.