Średniowiecze w liczbach - Kamil Janicki

Kup ebooka

47.90 zł
38.31 zł (34,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

 

Prolog.

Ludzie średniowiecza i liczby

 

 

"Jest rzeczą powszechnie akceptowaną, że ludzie średniowiecza nie mieli głowy do liczb" - stwierdził z frustracją belgijski mediewista Jan Frans Verbruggen, próbujący dociec, jak liczne były armie sprzed 500 albo 1000 lat i ilu zbrojnych brało wówczas udział w bitwach. "Liczby niewiele obchodziły ludzi średniowiecza" - oznajmił z kolei ceniony historyk dawnej gospodarki, Norman Pounds. Są to komentarze zrozumiałe, uzasadnione, ale jednak... nie do końca słuszne. Liczby jak najbardziej interesowały mieszkańców Europy z czasów Karola Wielkiego, Fryderyka Barbarossy czy Władysława Jagiełły. Mało za to zaprzątali sobie oni głowę matematyczną precyzją. A w każdym razie nie przejmowali się nią, gdy chodziło o zjawiska większe i bardziej abstrakcyjne niż to, co działo się w ich zagrodzie, domu lub warsztacie.

W średniowieczu mało kto potrafił pisać, za to właściwie każdy umiał liczyć. Nie posiadając zdolności rachowania, trudno byłoby przetrwać w ówczesnej rzeczywistości. Z tym że nie liczono takim sposobem jak obecnie. Średniowieczny chłop, rzemieślnik albo szlachcic nie dysponował żadnym abakusem, nie używał też niby to nieodzownej notacji - a więc cyfr. Aby się do niej odwoływać, trzeba było przecież operować, choćby w podstawowym zakresie, pismem. Same cyfry nie były zresztą w średniowieczu szeroko znane nawet wśród uczonych. Oczywiście szkolne podręczniki podają, że właśnie w tej epoce w Starym Świecie dawny rzymski system numeracji zastąpiono używanymi do teraz cyframi arabskimi czy też indyjskimi. To jednak spore uproszczenie, nawet błąd. Walory cyfr arabskich dzisiaj wydają się zupełnie oczywiste. Dopiero z ich wykorzystaniem można było wygodnie podejmować rachunki na dużych liczbach i w czytelny, łatwy do sprawdzenia oraz wykorzystania sposób prowadzić księgowość. Przed numeracją arabską w Europie brakowało przecież nawet zera. Autorzy, którym zdarzyło się od jedynki odjąć jeden, nie mieli innego wyjścia, jak tylko zapisywać słownie: nihil, nulla. A jednak innowacje wcale nie od razu przypadły do gustu ludziom średniowiecza. Cyfry arabskie były przyjmowane niezwykle ospale i niechętnie. Po raz pierwszy trafiły do tekstów spisywanych w świecie chrześcijańskim przed końcem X wieku. Ale jak podaje badacz dziejów matematyki John Crossley, w XIII wieku wciąż tylko 7% europejskich rękopisów zawierało nowe cyfry. W XIV wieku było to 17%, a w XV - 47%. Tak więc nawet u samego schyłku epoki wciąż chętniej używano starej, rzymskiej notacji.

Dla typowego człowieka nie miało to znaczenia. Średniowieczny rolnik liczył na palcach, mierzył, odwołując się do długości własnego ramienia albo stopy, a wyniki notował przy użyciu nacięć umieszczanych na przykład na specjalnych kijkach czy deszczułkach, które w Anglii nazywano tally stick, we Francji bâton de comptage, a w Europie Środkowej chociażby raboszami. Taką laskę można było rozbić po długości na dwie części zawierające tę samą notację. W efekcie służyła do ewidencjonowania długów albo opłaconych podatków. Swoją część rabosza posiadał zarówno dłużnik, jak i wierzyciel. Każdy mógł zawsze łatwo sprawdzić stan zaległości, a przystawienie do siebie dwóch części gwarantowało - przynajmniej w stopniu oczekiwanym w ówczesnych warunkach - że nie doszło do żadnego oszustwa. Dało się też na raboszach zaznaczać nawet całkiem skomplikowane wartości. Chociażby w angielskim skarbie państwowym, Exchequerze, przyjęła się praktyka wykonywania nacięć różnej grubości: takie na szerokość ziarna jęczmienia oznaczało kwotę 1 funta, a takie szerokości palca - już 100 funtów.

Każdy rolnik dobrze wiedział, ile naczyń ziarna potrzebuje do obsiania swego pola, ile urobku musi oddać panu i ile ma owiec wypuszczanych na pastwiska. To były liczby praktyczne, a więc takie, z którymi współcześnie również spotykamy się na co dzień. Ale obok nich średniowiecze znało jeszcze drugą kategorię liczb. Od niej nie oczekiwano ani precyzji, ani nawet prawdziwości. Ważniejsze były bowiem literacki efekt oraz symbolika.

Typowy mieszkaniec średniowiecznej Europy, przynajmniej z wczesnego okresu, gdy nie doszło jeszcze do eksplozji demograficznej i rozkwitu miast, żył z reguły w społeczności liczącej do kilkuset osób. Nie stykał się ani z przepastnymi tłumami, ani z imponującym nagromadzeniem jakiegokolwiek dobytku. W efekcie prawdziwie wielkie liczby stanowiły dla niego abstrakcję. Gdy słyszał o tysiącu, myślał: bardzo dużo, 10 000 to już było strasznie dużo, 100 000 - niewyobrażalnie dużo. Podobnej logiki można się też dopatrywać w tekstach rozlicznych kronikarzy. Szafowali oni ogromnymi wartościami, by oszołomić odbiorców, przydać swoim opowieściom dramatyzmu, podkreślić wyjątkową skalę klęsk czy sukcesów różnego rodzaju, zwłaszcza wojennych. Ale nie po to, by przekazać, że jakąś twierdzę faktycznie oblegało 100 000 wrogów, a hołd nowemu władcy złożyło akurat 10 000 wasali. Wykształciły się zwyczaje literackie, zgodnie z którymi trudno było przedstawić ważną wojnę bez stwierdzenia, że pod broń zostały w niej powołane siły idące w dziesiątki lub setki tysięcy osób. Poza tym w pewnych kręgach panowała moda na podawanie jak najdokładniejszych wartości. Te miały z jednej strony świadczyć o erudycji autora, z drugiej - o prawdziwości przekazanych faktów. Na zasadzie: przecież gdybym kłamał, nie podałbym takich szczegółów! Na przykład w XIII-wiecznej kronice Geste de France anonimowy autor wspominał na temat antycznej wojny trojańskiej: "Miasto obległo piętnastu królów i trzydziestu książąt. I stracili oni 806 000 swoich ludzi, z kolei wśród Trojan zginęły 954 000. Stamtąd Eneasz uciekł na 21 okrętach. A Antenor i Priam mieli wielkie trudności, podróżując morzem i lądem z 12 000 ludzi". Brzmi to zupełnie jak wyciąg z jakiegoś rocznika statystycznego antycznej Azji Mniejszej. A przecież wszystkie szczegóły zmyślono.

Mediewista Pierre Courroux formułuje krótką zasadę: im dokładniejsze liczby podawał jakiś średniowieczny autor, tym mniej wolno wierzyć w ich rzetelność. Czy jednak wierzyli w nie ludzie żyjący przed stuleciami? Wydaje się, że przynajmniej bardziej światli odbiorcy dobrze zdawali sobie sprawę z panujących konwencji. Rozumieli, że liczb nie powinno się przyjmować na serio. A przynajmniej - przyjmować ich wprost. Znaczenie miała też bowiem symbolika; zbiór reguł numerologicznych, które dla mieszkańców średniowiecznej Europy były zrozumiałe, a które dzisiaj często bardzo trudno odtworzyć i zinterpretować. Jeśli na przykład pisano, że władca Franków Chlodwig przyjął chrzest w otoczeniu 3000 ludzi, to nie dlatego, że ktoś policzył wielkość jego świty i pozostawił odpowiednią wiadomość dla autorów pracujących dziesiątki lub setki lat po fakcie. Rzecz prezentowała się mniej namacalnie: 3000 to po prostu liczba występująca przy opisie masowego chrztu w biblijnych Dziejach Apostolskich, uważana za najwłaściwszą dla takiej właśnie historii. Fakt, że na przełomie starożytności i średniowiecza nagminnie pisano o różnych armiach barbarzyńskich, które liczyły zawsze po 80 000 ludzi, też nie miał osadzenia w historycznych faktach. Jak ustalił Walter Goffart, był to po prostu rodzaj literackiej mody. W praktyce za taką liczbą kryło się po prostu "niesamowicie wiele". Po pewne liczby sięgano chętnie i nagminnie, bo uważano, że odzwierciedlają święty porządek, prawdy wiary i podstawowe zasady nauki. W kronikach raz po raz powracały więc trójki (w nawiązaniu do Trójcy Świętej), czwórki (bo cztery były zarówno kierunki świata, żywioły, jak i Ewangelie), siódemki (siedem grzechów, siedem dni, w które powstał świat) czy wreszcie dwunastki (liczba apostołów i plemion Izraela). Nie brakowało poza tym autorów lubiących powtarzalne serie. Chociażby Geoffrey z Monmouth w swojej XII-wiecznej historii Brytanii przekonywał, że król Artur trzymał przy sobie 6666 żołnierzy, a 5555 z nich posłał do udziału w 7 bitwach. Z kolei występujący przeciwko niemu Rzymianie mieli zaangażować 6666 zbrojnych w 12 bataliach.

Liczby nie tylko były abstrakcyjne, symboliczne i celowo przeinaczane. Były też zmienne. Stanowiło normę, że kopiści wykonujący odpisy różnych kronik na potrzeby kolejnych odbiorców nie trzymali się podawanych wartości. Weźmy chociażby XV-wieczne dzieło dyplomaty i dygnitarza paryskiego dworu Gilles'a le Bouvier. Zarzekał się on, że od księży uczestniczących w grzebaniu poległych uzyskał wiadomość o dokładnej liczbie Anglików, którzy zginęli w bitwie pod Formigny w 1450 roku. Są powody, by wątpić, czy nawet jego pierwotny szacunek był prawdziwy. Le Bouvier podał w każdym razie, że wrogów pogrzebano 3774. Ale taka liczba trafiła do najstarszego rękopisu. Późniejsze wersje tej samej księgi zawierają już zupełnie inne wiadomości. W sześciu manuskryptach pada liczba 4374, w czterech 4774. Są też warianty 4700 i 4763. Czasem zmiany mogły wynikać z prostych "cyfrówek", o które było bardzo łatwo, zwłaszcza gdy używano numeracji rzymskiej. Każdy dostrzeże, że 8 zamieniło się na 9. Trudniej zauważyć, że VIII zostało omyłkowo zapisane jako VIIII - a taka notacja stanowiła w średniowieczu standard. Poza tym mała dbałość o to, by liczby były stałe i powtarzalne, dodatkowo świadczy o tym, że widziano w nich głównie element konwencji. Nie liczono się - nomen omen - z tym, co faktycznie przekazywały. Czasem dochodziło zresztą nawet do przypadków, gdy liczby były zmieniane albo dopisywane, bo autor chciał uzyskać przy przerabianiu czy też tłumaczeniu cudzego utworu nowe, lepsze rymy. Tak postępował chociażby XII-wieczny skryba, który przełożył Kronikę książąt Normandii z łaciny na francuski.

Liczby nie były dla ludzi średniowiecza tym samym co dla nas. Ludzie ci nie zadawali też pytań, które dzisiaj wydają się absolutnie oczywiste. Wielu nie zastanawiało się nawet, w jakim dokładnie są wieku. Zapytani o to, zaokrąglali liczbę wiosen do równych dziesiątek czy tuzinów albo tylko wzruszali ramionami. Nie analizowano też na przykład zbyt dociekliwie, jak długo człowiek faktycznie może wieść życie. Są znane przypadki, gdy w Polsce do weryfikowania przebiegu granic powoływano najstarszych okolicznych chłopów. Tyle że mieli oni potwierdzać to, co widzieli na własne oczy i w czym brali udział... podczas gdy chodziło o rozgraniczenia dokonane na przykład 120, 150 albo i 200 lat wcześniej. Ważką sprawą dla mieszkańców średniowiecznej Europy nie była też łączna populacja kontynentu ani lista głównych przyczyn zgonu. Nie zastanawiali się oni nad tym, jak często ludzie zwykle się myją, jaki jest średni wzrost mężczyzn i kobiet, ilu członków ma przeciętna rodzina, ile trwa podróż z Rzymu do Londynu, ile zbudowano zamków w całej Europie czy ile wynoszą przeciętne zarobki osób takich jak oni. Ale to przecież wszystko pytania, na które dzisiaj warto poznać odpowiedź, żeby lepiej zrozumieć średniowiecze. I żeby oczyścić obraz tej fascynującej epoki z przynajmniej niektórych uporczywych mitów oraz przeinaczeń. Właśnie nimi - i nie tylko - zajmę się na kartach niniejszej książki, próbując dociec, co wiemy dzięki skrupulatnej pracy pokoleń naukowców, czego możemy się domyślać, a co nadal pozostaje zagadką.

Średniowiecze można oczywiście różnie rozumieć i lokować w czasie. O wszystkim nie da się opowiedzieć w jednym tomie bez ryzyka wprowadzenia zupełnego zamętu. Skupię się tylko na zjawiskach o ponadlokalnej skali - takich, które mówią nie o sytuacji dawnych Francuzów, Polaków czy Anglików, ale ludzi epoki w jak najszerszym rozumieniu. Będzie mnie interesować przede wszystkim Europa chrześcijańska, a konkretnie łacińska - a więc obszary od Anglii i Francji po Polskę oraz od Skandynawii po Italię, przy czym najwięcej uwagi poświęcę terenom na północ od Alp. Przyjmę tradycyjną chronologię, choć można oczywiście wysuwać pod jej adresem przeróżne zarzuty i zastrzeżenia. Opisywane przeze mnie zjawiska będą dotyczyć czasów mniej więcej od roku 500 do 1500, choć z naciskiem na okres od VIII stulecia i powstania imperium karolińskiego. Gdy będzie mowa o wczesnym średniowieczu, należy je rozumieć jako czasy do około roku 1100. Pełne średniowiecze to okres od 1100 do mniej więcej 1300 roku. Późne średniowiecze - czasy po roku 1300, a zwłaszcza po epidemii dżumy, która zdziesiątkowała kontynent w połowie XIV wieku.

 

 

1.

Populacja

 

 

W średniowieczu nikt nie prowadził jeszcze powszechnych spisów ludności. Nie robiono tego ani na skalę prowincji, ani państw, ani tym bardziej całego kontynentu. Sam pomysł obowiązkowego cenzusu ogółu populacji byłby zupełnie obcy średniowiecznemu oglądowi świata. Nie oznacza to jednak wcale, że na temat ówczesnej populacji nie można wyciągnąć żadnych wiążących wniosków. W przybliżeniu wiemy, ilu mieszkańców miała Europa w 1000 albo 1300 roku. Da się też wskazać, gdzie żyła największa część z nich.

 

 

Zmienność populacji, rosnącej w urodzajnych, tłustych latach i kurczącej się, gdy nadchodziły wojny, klęski głodu oraz epidemie, zwykle umykała uwadze średniowiecznych uczonych oraz władców. Świat wydawał się im względnie statyczny i niezmienny. Przyjmowano, że kataklizmy to część naturalnego porządku rzeczy i że podniósłszy się z nich, społeczności powrócą do wcześniejszego stanu. W długiej perspektywie przyrost lub spadek były z reguły zbyt powolne, stopniowe, by próbowano je śledzić i komentować. Jeśli zaś nawet dochodziło do eksplozji demograficznej w danym regionie albo przeciwnie - do masowego ubytku ludności, to nie sama zmiana populacji budziła zatroskanie władzy świeckiej i duchownej. Z perspektywy panów znaczenie miała nie liczba ludzi, ale przede wszystkim liczba podatników.

W średniowieczu, zwłaszcza późnym, prowadzono różne lokalne spisy. Zawsze miały one jednak konkretny, praktyczny cel; nie chodziło w nich o ocenę populacji oraz jej przemian. Nikt jeszcze nie myślał wtedy przecież o zakładaniu jakiegokolwiek Urzędu Statystycznego. Ewidencjonowano, ile gospodarstw (dymów) jest zobowiązanych do opłacania czynszów i danin, ilu możnych podległych danemu panu dzierży dobra obciążone nakazem służby wojskowej, ewentualnie ile głów w tej czy innej parafii opłaca dziesięcinę na rzecz Kościoła.

Najstarszy spis ludzi z zachodniej Europy pochodzi dopiero z lat 20. IX stulecia. Mowa o tak zwanym poliptyku z Irmion, w którym opat klasztoru Saint-Germain-des-Prés nakazał wynotować wszystkie podległe mu wioski oraz gospodarzy. Do pokaźnej księgi trafiły wiadomości o 25 osadach oraz łącznie 10 000 osób. Podobne materiały powstawały też w innych miejscach. Co do zasady były jednak fragmentaryczne, zdawkowe, pełne luk. Ewidencjonowano tych, którzy coś płacili lub mieli płacić, ale nie ich dzieci, domowników czy parobków, nie mówiąc nawet o włóczęgach albo innych "ludziach luźnych". O populacji miast niekiedy można domniemywać na podstawie rachunków, w których notowano zapasy robione w specjalnych spichrzach na wypadek klęski głodu. Zdarzało się też, jak w Norymberdze w 1431 roku przed oczekiwanym atakiem husytów, że liczono mężczyzn zdolnych do noszenia broni i udziału w walce. O zagęszczeniu i zaludnieniu wiejskich majątków pośrednio mówiły z kolei spisy rycerstwa, możnych i ich majątków. W odniesieniu do niektórych regionów dysponujemy zaskakująco dobrą podstawą źródłową. Niemal zawsze jest ona jednak urywkowa, naświetla sytuację tylko w jednym momencie. Na przykład w Anglii w roku 1086 ukończono imponująco dokładną Domesday Book - rejestr włości podlegających władzy króla i zobowiązań na nie nakładanych. W kolejnych wiekach nikt już jednak nie podjął ponownie trudu koniecznego, by stworzyć podobny, ogólnopaństwowy wykaz. Z wielu regionów, zwłaszcza w odniesieniu do wcześniejszego średniowiecza, nie dysponujemy niemal żadnymi twardymi danymi. Tyczy się to chociażby Skandynawii czy Polski. Ogółem dopiero od przełomu XIII i XIV stulecia liczba i jakość spisów wyraźnie się zwiększa. Zdecydowanie najdokładniejsze prowadzono we Francji, gdzie byli liczeni gospodarze, a w jednej z diecezji, ze stolicą w Rouen - nawet wszyscy męscy parafianie.

Wspomniane źródła stanowią niezbędną bazę dla naukowców próbujących zrekonstruować populację kontynentu oraz poszczególnych regionów. Poza tym wykorzystuje się też wiadomości o sieci miast i ich rozmiarach, często czerpane z badań archeologicznych, o skali upraw rolnych oraz wylesienia, o znanych kryzysach demograficznych. W odniesieniu do wczesnego średniowiecza mimo wszystko dysponujemy jednak głównie domysłami. Luki w wiedzy są uzupełniane wzorami matematycznymi - historycy starają się rekonstruować stan rzeczy, cofając się do lepiej znanych czasów i zakładając najbardziej prawdopodobne tempo przyrostu (lub kurczenia się) populacji.

Większość specjalistów zajmujących się tematem przyjmuje, że w epoce rzymskiej szczyt zaludnienia Europy osiągnięto najpóźniej w II wieku n.e. W czasach antyku kontynent miał maksymalnie 40-50 milionów mieszkańców. Później, między innymi na skutek serii niszczycielskich epidemii i zmian klimatu, liczba ta poczęła spadać. Jeden z szacunków mówi, że w roku 500 w Europie żyło już tylko 30 milionów ludzi. Potem, w następstwie upadku imperialnej administracji, zaniku względnie rozwiniętych kultur "barbarzyńskich" i zaburzeń wiązanych z tak zwaną wielką wędrówką ludów, liczba ta jeszcze spadła. Najniższy poziom osiągnięto prawdopodobnie na przełomie VI i VII wieku lub nieznacznie później, po serii nawrotów dżumy, która zdziesiątkowała ludność Cesarstwa Bizantyńskiego i nie tylko. Europa mogła mieć wtedy niewiele ponad 20-milionową populację. Wszystkie podane liczby należy przyjmować z rezerwą. Ważniejsze od nich są trendy. W X wieku, lub nawet nieco wcześniej, nastąpiło znaczące odbicie - odtąd populacja Europy względnie stabilnie rosła. Można przypuszczać, że w roku 1000 powróciła do podobnego poziomu, jaki notowano pół milenium wcześniej, w dobie rozkładu zachodniego Cesarstwa Rzymskiego.

Włoski historyk gospodarki Paolo Malanima zestawił wszystkie główne propozycje dotyczące populacji całej średniowiecznej Europy, jakie funkcjonują w nauce. W odniesieniu do roku 1000 niezgodność opinii jest bardzo poważna. Poszczególni eksperci proponują wartości różniące się maksymalnie o 30%, i to już przy pominięciu rozwiązań zupełnie skrajnych. Dla roku 1300 czy 1500 istnieje nieco większa zgoda - różnice sięgają 20%.

Przyjmuje się, że na przełomie pierwszego i drugiego tysiąclecia, w czasie gdy nad Wisłą doszło do sławnego zjazdu gnieźnieńskiego, na kontynencie żyło od 36 do 56 milionów ludzi. Najprawdopodobniejsza wydaje się wartość na poziomie powyżej 40 milionów. Ekspansja demograficzna miała różne przyczyny. Wśród mediewistów nie ma zgody co do tego, które odgrywały czołową rolę, a które miały znaczenie poboczne. Na większości obszarów Europy doszło w każdym razie do znaczącej stabilizacji politycznej, skończyła się też fala najazdów ze strony ludów koczowniczych oraz wikingów. Poza tym nastąpił stopniowy postęp w technice rolnej, a wreszcie - czy też zdaniem wielu: przede wszystkim - istotnie poprawiły się warunki klimatyczne oraz zdrowotne.

 

 

Opactwo Saint-Germain-des-Prés pod Paryżem na rycinie z początku XVII wieku

 

 

Przyrost ludności, przerywany względnie rzadkimi kryzysami, trwał aż do przełomu XIII i XIV wieku. Od roku 1000 do 1300 populacja średniowiecznej Europy mniej więcej się podwoiła i osiąg­nęła poziom maksymalny w całej tej epoce. Specjaliści podają, że na kontynencie żyło wówczas od 73,5 do 93,6 miliona ludzi.

Następnie doszło do bezprecedensowego załamania. W powszechnej świadomości nowy, olbrzymi kryzys jest wiązany z nadejściem czarnej śmierci - kolejnej pandemii dżumy. W rzeczywistości jednak populacja zaczęła się kurczyć już wcześniej, z odmiennych przyczyn. Wiele wskazuje na to, że od XIII wieku Europa Zachodnia borykała się z narastającym problemem przeludnienia. Brakowało już żyznych gleb pod nowe pola, synowie z rozrodzonych chłopskich rodzin nie mieli czego dziedziczyć, w miastach coraz bardziej niepewna stawała się sytuacja zaopatrzeniowa. Oczywiście dzisiaj populacja Europy jest jakieś 10 razy większa niż w roku 1300, a kontynent nie zmaga się z masowym niedożywieniem i brakiem gruntów pod uprawę. W warunkach tradycyjnego, niezwykle mało wydajnego rolnictwa i prymitywnej hodowli potrzeba jednak było o wiele więcej ziemi, by wyżywić każdego człowieka. W przybliżeniu jakieś 3 hektary samych upraw na osobę.

Pewnym wentylem bezpieczeństwa dla plebejów pozbawionych majątku i perspektyw stały się akcje osadnicze prowadzone w środkowej części kontynentu. Właśnie głód ziemi był zasadniczą przyczyną stojącą u podstaw masowej imigracji na ziemie polskie w dobie rozbicia dzielnicowego. Szacuje się, że w samym XIII wieku nad Wisłę mogło przybyć nawet 100 000 osadników, głównie z cesarstwa. W efekcie około 1300 roku Niemcy stanowili już 6-7% całej populacji krajów piastowskich. Podobny proces obserwowano także w Czechach, na Węgrzech, w Austrii, a do pewnego stopnia i w Skandynawii. Wielkie przesunięcia ludności nie zlikwidowały jednak problemu, lecz tylko opóźniły katastrofę. Gdy na początku XIV wieku radykalnie pogorszyły się warunki pogodowe, zachodnią część kontynentu nawiedziła seria niszczycielskich klęsk głodu. Najgorsze były lata 1315-1317, gdy na znacznych obszarach Anglii oraz Francji mogło umrzeć 10% całej populacji. Przypuszcza się, że ci, którzy przetrwali, byli na tyle osłabieni na skutek głodu i niezbilansowanej diety, że ich układ odpornościowy z trudem radził sobie z atakiem zakaźnych chorób. Między innymi to miałoby tłumaczyć przerażający poziom śmiertelności podczas czarnej śmierci, która dotarła do Europy w 1347 roku.

Tradycyjnie zakładano, że w następstwie samej pandemii dżumy populacja kontynentu skurczyła się o około 30%. Dzisiaj dominuje już jednak opinia, że spadek był wyraźnie większy. Poważne wątpliwości dotyczą także tempa i skali późniejszego odbicia demograficznego. Historycy są w każdym razie zgodni, że ludnościowych skutków czarnej śmierci nie udało się zniwelować aż do końca epoki. Z różnych szacunków wynika, że w roku 1400 Europa miała od 50 do 67 milionów mieszkańców. Nowe analizy epidemiologiczne sugerują jednak, że są to liczby zawyżone. Z kolei w roku 1500 na kontynencie miało mieszkać około 80 milionów osób. Dopiero wówczas zbliżono się do poziomu sprzed pandemii. Zdaniem wielu specjalistów potrzeba było jednak jeszcze niemal dwóch stuleci, by pobić rekord z 1300 roku. Średniowieczny szczyt demograficzny został wyraźnie przekroczony chyba nie wcześniej niż w drugiej połowie XVII wieku.

 

 

Średniowieczna Europa na tle świata

 

Według jednego z szacunków w roku 1000 cały świat zamieszkiwało 260 milionów ludzi. Po roku 1300, w przededniu epidemii czarnej śmierci, globalna populacja mogła już wynosić około 440 milionów. Oznacza to, że na początku demograficznego przyspieszenia jakieś 15% wszystkich ludzi mieszkało w Europie. W roku 1300 udział Starego Świata w całej populacji naszego gatunku sięgnął mniej więcej 19%.

U samego schyłku epoki udział Europejczyków w ludności globu wciąż był podobny. Jacques Vallin, najbardziej wpływowy francuski demograf, oceniał go na 18%. Dla porównania w Afryce żyło wówczas 19% wszystkich ludzi, w Ameryce Środkowej i Południowej 8,5%, w Ameryce Północnej poniżej 1%, a w Oceanii 3%. Większość całej populacji była skoncentrowana w Azji. Na ten jeden kontynent, nawet z pominięciem obszaru obecnej Rosji, przypadało jakieś 53% ludzi. Same tylko Chiny miały przez właściwie całe średniowiecze podobną liczbę ludności - i podobny udział w populacji świata - co cała Europa.

Warto przy tym wspomnieć, że w Azji, w długiej perspektywie, trendy w zakresie przyrostu i kurczenia się ludności kształtowały się zbieżnie z tymi, jakie notowano w Europie. To dowód, że pandemie, które dziesiątkowały Stary Świat, z czarną śmiercią na czele, w porównywalnym stopniu dotykały też krajów Wschodu. Zdaniem Paola Malanimy źródła podobieństw mogły być jednak szersze. Jak twierdzi włoski badacz, nauka wciąż chyba niewystarczająco docenia wpływ przemian klimatu na demografię, nie tylko w skali regionów, lecz całego świata.

 

 

Gdzie w Europie mieszkało najwięcej ludzi?

 

W roku 1300 najgęściej zaludnione obszary Europy leżały wzdłuż linii biegnącej z Florencji w środkowej Italii do Londynu. Na Półwyspie Apenińskim żyło średnio około 30 osób na każdym kilometrze kwadratowym, natomiast we Francji 27,5. Najbardziej zatłoczony był jednak niewielki obszar odpowiadający dzisiejszej Belgii. W tym zurbanizowanym i rozwiniętym gospodarczo regionie gęstość zaludnienia sięgała przeszło 43,3 osoby na kilometr kwadratowy. To tyle samo, co dzisiaj - po przeszło siedmiu stuleciach - na Litwie i znacznie więcej niż w europejskiej części Rosji albo w Szwecji.

W Anglii z przełomu XIII i XIV wieku żyły około 23 osoby na kilometr kwadratowy, w krajach niemieckich 24, w Polsce poniżej 10, a dalej na wschód, na obszarach Wielkiego Księstwa Litewskiego oraz Rusi - mniej niż 3. Dla porównania obecna gęstość zaludnienia w Polsce to 123 osoby na kilometr kwadratowy, we Francji 118 osób, a w Zjednoczonym Królestwie 272.

O łącznej populacji z czasów średniowiecznych można mówić w kontekście regionów. Dużo trudniej natomiast przyporządkowywać ją do konkretnych władztw - których granice były niestałe, dyskusyjne, a często wprost niemożliwe do zrekonstruowania z perspektywy czasu. Nikt w każdym razie nie podważa, że najwięcej ludzi żyło na obszarze odpowiadającym w przybliżeniu dzisiejszej Francji. Norman Pounds podaje, że u schyłku średniowiecza było to zapewne 16-18 milionów. Z innych ustaleń wynika, że wcześniej, przed nadejściem czarnej śmierci, same obszary podległe królom z dynastii Kapetyngów miały może 13,5 miliona mieszkańców.

W połowie XV stulecia ogół ziem niemieckich w najszerszym rozumieniu, wraz z Czechami czy Austrią, mogło zamieszkiwać od 10 do 12 milionów osób. W Italii, wprawdzie gęsto zaludnionej, ale wyraźnie mniejszej, żyło od 7 do 9 milionów ludzi. Na Półwyspie Pirenejskim, a więc obszarze odpowiadającym dzisiejszej Hiszpanii oraz Portugalii - od 5 do 7 milionów. Na Węgrzech, bez przyległości, mieszkały może 4 miliony, na całych Bałkanach - od 4 do 6 milionów. Skandynawia mogła pochwalić się liczbą od 1 do 2 milionów mieszkańców, a Szwajcaria - około 600 000.

 

 

 

Dowiedz się więcej

 

 

Maddison A., Contours of the World Economy, 1-2030 AD. Essays in Macro-Economic History, Oxford University Press 2007.

Malanima P., Energy And Population In Europe The Medieval Growth (10th-14th Centuries), Institute of Studies on Mediterranean Societies 2010.

Malanima P., Pre-Modern European Economy. One Thousand Years (10th-19th Centuries), Brill 2009.

McEvedy C., Jones R., Atlas of World Population History, Viking Penguin 1978.

Piskorski J.M., The Medieval Colonization of Central Europe as a Problem of World History and Historiography, "German History", t. 22 (2004).

Pounds N.J.G., An Economic History of Medieval Europe, Routledge 1994.

Russel J.C., Late Ancient and Medieval Population, The American Philosophical Society 1958.

Vallin J., La population mondiale, La Découverte 1986.

 

 

Ludność Polski Bolesława Chrobrego (w 1000 roku)

 

Nie zachował się żaden, choćby najbardziej pobieżny spis polskiej ludności z wczesnego średniowiecza. Mimo to setki publikacji podają, ilu mieszkańców miało państwo Piastów w 1000 roku. I niemal na pewno są to liczby błędne. Jaka jest więc prawidłowa?

Opracowania przekrojowe ujmują rzecz prosto. Według niemal wszystkich - w tym także tych zupełnie świeżych, wydawanych już w XXI wieku - Polska Bolesława Chrobrego miała około miliona mieszkańców. Liczba ta nie wynika z żadnych dokumentów ani nawet źródeł opisowych, ale z zupełnie przestarzałych, czysto teoretycznych obliczeń. Brzmi jednak dobrze i... okrągło. I chyba właśnie dlatego jest uparcie powielana.

Obrachunki przeprowadził w latach 50. XX wieku, a potem nieco przerobił w latach 60., wpływowy mediewista Henryk Łow­miański. Badacz przyjął, że przy takim poziomie rozwoju rolnictwa, jaki panował około roku 1000, przeciętne chłopskie gospodarstwo musiało być bardzo duże i mieć niemal 34 hektary. Na każdą zagrodę (czy też, jak sam pisał w duchu materializmu, "jednostkę produkcyjną") miały przypadać cztery osoby. Poza tym Łowmiański założył, że 2/3 kraju porastały lasy, a 5% całej ludności zamieszkiwało w grodach i przy nich, należąc do warstwy rzemieślniczej lub elity niezaangażowanej bezpośrednio w uprawę roli. Te wszystkie hipotetyczne wartości, po nałożeniu na łączną powierzchnię państwa w roku 1000, dały historykowi 1 050 000 mieszkańców i średnią gęstość zaludnienia na poziomie 4,2 osoby na kilometr kwadratowy.

Problem w tym, że założenia Łowmiańskiego odpowiadały ówczesnym teoriom i raczej szczątkowej wiedzy o średniowiecznej gospodarce. Niemal wszystkie liczby, od których wyszedł, z dzisiejszej perspektywy wydają się błędne. Inna, niż sądził ten historyk, była za czasów pierwszych Piastów wielkość gospodarstw (rolnictwo było może nie bardzo, ale jednak wydajniejsze). Inna (większa) była też liczebność rodzin. W ostatnich latach nie prowadzono w temacie nowych, kompleksowych analiz. Ale jednak istnieją wyliczenia pełniejsze i nowocześniejsze od tych wykonanych przez Łowmiańskiego.

W 1989 roku ceniony historyk demografii Tadeusz Ładogórski opublikował pracę Zaludnienie ziem polskich w czasach Bolesława Chrobrego. Wykorzystał szereg źródeł, których poprzednik albo nie znał, albo nie wpadł na pomysł, by do nich sięgnąć. Rachunki oparł na danych z nielicznych dostępnych spisów dóbr z okresu rozbicia dzielnicowego, zwłaszcza tych, które podawały stan sprzed prowadzonych wówczas akcji kolonizacyjnych. Sięgnął po nowe teorie gospodarcze, ale też wiadomości z historii miar (przypuszczając, że to, co nazywano pierwotnie "radłem", a potem łanem albo włóką, odpowiadało rozmiarowi typowego gospodarstwa). Starał się też spożytkować kronikarskie wywody Galla Anonima. Autor pierwszej polskiej kroniki twierdził, że tylko w centralnych prowincjach kraju Bolesław Chrobry dysponował wojskiem liczącym 3900 pancernych i 13 000 tarczowników. Zdaniem Ładogórskiego liczby te, choć z pewnością przybliżone, mogły bazować na prawdziwych wartościach. A co więcej, widoczny był w nich "związek liczby wojów z powierzchniami ziem i charakterem miejscowych krajobrazów". Demograf założył, że jeden członek każdej rodziny chłopskiej był zobowiązany do służby wojskowej na zasadzie pospolitego ruszenia. Zestawił ten fakt z liczebnością rodzin - jego zdaniem w przeciętnej było 5,5 osoby. To dało Ładogórskiemu gęstość zaludnienia poszczególnych ziem.

Według tych sondażowych obliczeń największa gęstość była na najwcześniej i najintensywniej zagospodarowanych ziemiach: gnieźnieńskiej i gieckiej (7,4-8,8 osoby na kilometr kwadratowy). Najmniejsza zaś - na wciąż porośniętej gęstymi borami, zwłaszcza w zachodniej części, ziemi poznańskiej (2,9 osoby na kilometr kwadratowy). Bazując na wszystkich przesłankach, badacz założył, że przeciętne gospodarstwo około roku 1000 miało 22 hektary, a więc było o przeszło 1/3 mniejsze, niż sądził Łowmiański. Ładogórski zachował tylko jeden parametr: też uważał, że 5% mieszkańców Polski mieszkało w "zalążkach miast", przy grodach, należało do elit i warstwy rzemieślniczej, a więc nie miało własnych gospodarstw rolnych.

Wynik był zaskakujący. Historyk wyliczył, że Polskę zamieszkiwało w roku 1000 dwa razy więcej ludzi, niż wcześniej sądzono. Od 1,96 (jeśli ziemie uprawne zajmowały 30% kraju) do 2,19 miliona (jeśli było ich 33%). Gęstość zaludnienia przekraczała z kolei 8 osób na kilometr kwadratowy.

W przybliżeniu kraj Bolesława Chrobrego, wraz z Pomorzem Zachodnim, miał być państwem dwumilionowym. Propozycja, choć intrygująca i poparta wnikliwymi analizami, wciąż jednak budzi wątpliwości. Nie próbowano jej podważać ani szukać nowych rozwiązań, ale współcześni badacze - jak choćby Cezary Kuklo na kartach Demografii Rzeczypospolitej przedrozbiorowej - często uznają wynik za zbyt wysoki. Ten konkretny badacz demografii opowiedział się raczej za ostrożnym szacunkiem na poziomie 1,25 miliona ludzi w roku 1000.