Koronacja
Gdy obudził się, w hotelowym apartamencie było już jasno. Zza uchylonego okna dobiegał szum ulicy. Leżąc na wznak, w rozpiętej na piersiach piżamie, czekał aż sny odpłyną i zgasną. Uniósł dłoń. Między odchylonym kciukiem a palcem wskazującym rozżarzona kula słońca wynurzała się zza ciemnego morza, długim cieniem topoli, rosnącej w hotelowym ogrodzie, zaglądając do lustra zawieszonego nad łóżkiem. Przymknął powieki. Chciał powrócić w ciemność, która przed chwilą wyrzuciła go na brzeg jawy. W końcu ileż to razy można oglądać świat. Za oknem zawsze to samo niebo, to samo słońce, ta sama ziemia. Zegarek ze skórzanym paskiem leżał na parkiecie obok łóżka. Wyciągnął rękę. Złota igiełka sekundnika bezgłośnie przeskakiwała pod wypukłym szkiełkiem. Na środkowym palcu obrączka. Pomyślał, że nigdy jej nie zdejmie, tak mocno wrosła w ciało.
Frak leżał na oparciu krzesła. Czarne rękawy sięgały podłogi. Kupił go przedwczoraj koło szóstej wieczór w galerii handlowej na Przymorzu, gdzie dwie sprzedawczynie, długowłose dziewczyny w obcisłych, różowych dżinsach, udawały zachwyt, gdy stanął przed sklepowym lustrem, by przymierzyć nowy strój. Teraz muszka w celofanowym pudełku z napisem Nino Cerutti, czarna, o miękkim, węglowym połysku, leżała na parapecie. Na stole, obok wazonu z tulipanami o postrzępionych, żółtych płatkach lśniły srebrne spinki do mankietów, imieninowy dar Moniki. Podniósł głowę. Koszula o kremowym odcieniu, sztywna od krochmalu, wisiała na wieszaku zatkniętym za ramę lustra. Kołnierzyk z ostrymi rożkami czekał na szyję, biała obroża, równie niechętna wybuchom żalu, co spazmom radości. Pod krzesłem wąskie lakierki, smoliste jak mokry łeb foki, kupione u Bugattiego na Zaspie.
Opuścił nogi na parkiet, wstał, przeszedł przez pokój. Pod bosymi stopami ciepłe od słońca dębowe klepki, potem mosiężny próg hotelowej łazienki, chłodna gładkość terakoty w niebieski wzór, oszklona kabina prysznicowa, niklowana słuchawka prysznica. Wchodząc pod strumień gorącej wody, odetchnął głęboko, jakby zrzucał z siebie niewidzialny ciężar. W palcach różowe mydło. Mokra gąbka. Bąbelki piany na skórze. Gdy myjąc włosy, uniósł ręce, w lśniących kafelkach łazienki przepłynęło ciemne odbicie głowy, śliskie jak błysk ryby za szybą oceanarium. Włosy wytarł białym ręcznikiem frotté, palcami przygładził na skroniach. Twarz przysunął do okrągłego lusterka, przytwierdzonego do metalowej ramki. Była ciemna od dwudniowego zarostu. Nałożył pianę na policzki, ściągnął paroma pociągnięciami ostrza, opłukał maszynkę pod kranem, wodą kolońską przetarł zaczerwienioną szyję.
Z koszulą w ręku podszedł do okna. Odsunął firankę. Na podjeździe przed hotelem stało czarne volvo. Szofer, rudy chłopak w granatowym uniformie ze złotymi naszyciami na rękawach, z papierosem w zwiniętej dłoni niedbale postukiwał czubkiem buta o krawężnik, udając, że nie pali. Asfaltowa jezdnia hotelowego podjazdu lśniła po nocnym deszczu. Na czarnej karoserii grube krople wody jak kulki rozlanej rtęci. Po chwili wydłużona chmura, bezgłośnie nasunęła się nad zatokę od strony Helu, przysłaniając coraz jaśniejszą tarczę słońca. Na roziskrzonych wodach zatoki - za półwyspem Westerplatte, za dachami Brzeźna, za Portem Północnym, za Twierdzą Wisłoujście - rozlała się wielka plama cienia. Wiatr poruszył gałęziami topoli. Zaszeleściły liście z białym spodem.
Podszedł do lustra, zdjął koszulę z wieszaka, strzepnął dłonią rękawy. Białe płótno było chłodne i gładkie. Perłowe guziki posłusznie wchodziły w jedną dziurkę po drugiej. Ostrożnie wygładził na piersiach odprasowany materiał, jakby obawiał się, że którymś nieopatrznym ruchem zgasi oddech. Potem spodnie z czarnym lampasem, noga w lakierku oparta o krawędź krzesła, zgięte kolano, staranne wiązanie sznurowadeł. Zza drzwi pokoju doleciały głosy ludzi przechodzących korytarzem. Zdjął frak z krzesła, poprawił klapy. Spojrzał w lustro. Miał przed sobą wysokiego, szczupłego mężczyznę z pionową zmarszczką na czole, której zawsze chciał się pozbyć. Pod ciężkimi powiekami zmrużone oczy, usta wąskie, spierzchnięte, czarne włosy zaczesane falą do góry. Zawiązał muszkę, poprawił rożki koszuli pod brodą, zapiął pasek zegarka na przegubie. Mężczyzna, którego widział w lustrze, z wielką starannością powtarzał każdy jego gest, ale jakby spóźniał się o ułamek sekundy, wynurzając się z głębokiego cienia. Zza firanki doleciała woń palonych liści i świeżo przekopanej, wilgotnej ziemi.
Gdy wyszedł przed hotel, szofer z uszanowaniem otworzył przed nim drzwi samochodu. Był pewien, że ten krótko ostrzyżony gość z rudawymi piegami na dłoniach, w głębi ducha szczerze pogardza takimi jak on, skwapliwie udając chłodną uprzejmość. Ruszyli sprzed hotelu szybko, z piskiem opon, potem w dół, ostry zakręt przy wjeździe na Jaśkową Dolinę, minęli myśliwską strzelnicę z wielkim bilbordem Volkswagena, potem drewnianą bazę harcerzy z narodową flagą na maszcie. Ignorując czerwone światła na pustym przejściu dla pieszych, przyspieszyli koło pensjonatu, na którego ścianie mignął niemiecki napis z fioletowych żarówek. Za szybą auta przesuwały się wśród świerków i tui białe wille dawnych dostojników Wolnego Miasta, ozdobne fasady, secesyjne balkony, wykusze, wieżyczki z żelazną iglicą i metalowym kogutem. Co parę chwil do wnętrza samochodu wpadało coraz jaśniejsze słońce, siekane szybkimi cieniami mijanych drzew. Gdy dojechali do dawnego kościoła ewangelickiego, przerobionego na dyskotekę, zza tira z czerwonym napisem Pepsi, który zdążyli wyminąć przed dawną rezydencją Schichaua, wynurzył się motocyklista w czarnym hełmie i pochyloną dłonią w skórzanej rękawicy niedbale wskazał drogę ku śródmieściu, po czym przechylony na lewą stronę, płynnie skręcił pod kasztanami w drugą przecznicę, zostawiając za sobą ciężkie, pogrzebowe dudnienie lśniącego od niklu Harleya z trzema wysokimi, bocznymi lusterkami. Miękko wzięli zakręt przy secesyjnym pałacyku, niedawno wymalowanym na biało, skręcili w prawo na skrzyżowaniu z torami tramwajowymi, wjechali na środkowy pas głównej ulicy, minęli gmach opery z reklamą koncernu naftowego, pod starymi lipami Wielkiej Alei popędzili w stronę śródmieścia, wyprzedzając na wiadukcie Błędnik kolejne samochody, po czym po paru minutach mijając Teatr Elżbietański i Basztę Kotwiczników wjechali na Wyspę Spichrzów.
Było już parę minut przed dziesiątą. Gmach Uniwersytetu imienia Jana Heweliusza wyłonił się ceglano-kamienną fasadą zza szklanej ściany wieżowca amerykańskiego koncernu farmaceutycznego Nexus Point. W przydymionych szybach budynku odbiło się różowiejące niebo. Stado mew zerwało się z Motławy i trzepocząc białymi skrzydłami, przeleciało nad żeglarską mariną w stronę Żurawia i wyspy Ołowianka. Dziedziniec uniwersytetu był pusty, tylko paru studentów szło w stronę neogotyckiego budynku biblioteki. Gdy podjechali przed główne wejście, przed przednią szybą samochodu wyrósł czarny mur garniturów, tog, mundurów, fotoreporterzy, na ramionach operatorów kamery telewizyjne, włochate mikrofony wyciągnięte na metalowych tyczkach w stronę nadjeżdżającego auta.
Kiedy wysiadał, oślepiły go błyski fleszy. Mężczyzna w ciężkiej todze z grubej purpury cętkowanej gronostajami skłonił głowę: - Witamy pana, panie mecenasie - ściszył głos. - Premier i prezydent będą za chwilę. Mamy informacje, że już dojeżdżają do stoczni. - Odpowiadał na uściski dłoni mechanicznie, coś mówiąc uprzejmie do rektora. Szatynka w czarnej garsonce, z perłową broszką w klapie, przydzielona mu jako asystentka, kołysała w palcach elektronicznym notatnikiem, informując pospiesznie, jaki będzie miała przebieg uroczystość, na którą został zaproszony, czego zresztą nie zamierzał pamiętać. Przez rozsuwające się, szklane drzwi wprowadzono go do marmurowego holu z białymi kolumnami, gdzie czekała już na niego procesja przedstawicielstw wszystkich najważniejszych polskich uczelni. Wyższa Szkoła Marynarki Wojennej, Politechnika, Akademia Medyczna, Akademia Teologiczna, Katolicki Uniwersytet Lubelski, Uniwersytet Jagielloński, Wrocław, Poznań, Toruń, po paru krokach dołączył do niego promotor doktoratu - jak mu szepnięto - profesor Daukszta, sześćdziesięcioparoletni mężczyzna ze starannie przystrzyżoną, siwą brodą. Przywitali się uprzejmie, bez zbędnej wylewności. Założył granatową togę z purpurowym obszyciem, którą mu z szacunkiem podano, po czym nie wdając się w rozmowę, ruszyli szybko ku szerokim schodom z białego marmuru za mistrzem ceremonii, którego z tłumu gości wyróżniała błękitna szarfa przecinająca pierś. Stanęli na końcu procesji, w miejscu najbardziej godnym, pod rozjarzonymi kandelabrami, przy rektorach w togach i dziekanach w biretach.
Uniwersytet obchodził właśnie ważną rocznicę. Miał tę rocznicę swoją obecnością uświetnić. Gdy akademicka procesja ruszyła przy dźwiękach trąb marynarskiej orkiestry, wstąpił na schody i powoli, stopień po stopniu, szedł w górę, ku wielkim, otwartym drzwiom Sali Senatu w towarzystwie rektora i prorektora, mając przed sobą ruchome mrowie głów w biretach. Weszli do jasno oświetlonej sali, na ich widok publiczność wstała, oczy zwrócone na wchodzących, białe koszule, krawaty, muszki, suknie pań, kolczyki, naszyjniki, pierścionki, dekolty. Wprowadzono go uroczyście na podniesienie okryte purpurowym dywanem, posadzono na dębowym tronie, po obu stronach zasiedli rektorzy i siwobrody promotor z niebieską teczką, w której zapewne spoczywała stosowna laudacja.
Położył dłonie na wygodnych, rzeźbionych poręczach fotela. Zmrużył oczy od świateł. Mógł sobie teraz dobrze obejrzeć wszystko. Wysokie sklepienie Sali Senatu, podparte neogotyckimi filarami, półkolisty sufit z rzędami złoconych kasetonów, ściany wyłożone ciemnym dębem i mahoniem, pod ścianami marmurowe rzeźby greckich i rzymskich filozofów, ciemne obrazy ze scenami z historii miasta. Nad podniesieniem, na którym stał jego dębowy tron, barokową purpurą puszył się średniowieczny herb: czerwona tarcza z dwoma białymi krzyżami i złotą koroną, podtrzymywana przez dwa rzeźbione lwy z płomiennymi grzywami.
Przez chwilę czekano w ciszy, potem w holu kroki, na schodach krótkie zamieszanie, czyjeś ściszone głosy, błyski fleszy. W drzwiach ukazują się premier i prezydent Rzeczpospolitej, przechodzą szybko przez salę, zasiadają w pierwszym rzędzie.
Rektor skłania głowę, wita zebranych, w dłuższym przemówieniu przypomina dzieje uniwersytetu, potem wstaje promotor, skłania głowę przed dostojnymi gośćmi, podchodzi do pulpitu, otwiera niebieską teczkę, czeka chwilę, aż szmery i szelesty ucichną, po czym starannie odmierzając każde słowo, głosem pełnym powagi zaczyna wyliczać zasługi laureata dla kultury narodowej i światowej.
Patrząc na szlachetny profil profesora Daukszty, Piotr przypomniał sobie, jak to było, gdy godzinami siedział nad scenariuszem filmu o wrażliwym chłopcu z przedmieścia, który najpierw pętlą z drutu dusi bezbronnego kierowcę tira, potem sam, bezbronny, z rękami w kajdankach, rozpaczliwie wyrywa się więziennym strażnikom, którzy wloką go do celi śmierci, by wcisnąć mu na szyję pętlę szubieniczną. Ileż to razy każdej nocy, gdy tak sunął ołówkiem po papierze, sięgał po szklaneczkę Ballantine'a, by krew przyśpieszyła w żyłach, a oddech w piersiach stał się swobodniejszy. Teraz, wspominając tamte chwile, nie mógł się powstrzymać od uśmiechu na widok nabożnych twarzy studentów z pocztów sztandarowych, surowych twarzy harcerzy katolickich, przepasanych biało-czerwoną wstęgą, pełnych powagi studentów w korporacyjnych czapkach i wyprężonych marynarzy w galowych mundurach ze skrzyżowanymi rzemieniami na piersiach, których ustawiono po obu stronach jego dębowego tronu.
Laudacji słuchał nieuważnie, raziły go światła telewizyjnych reflektorów, pod sufitem migotał olbrzymi, kryształowy żyrandol. Promotor przeszedł do kolejnych zasług, wymieniał nagrody za najlepszy scenariusz filmowy, potem przyszła kolej na sławne festiwale, San Sebastian, Berlin, Złoty Niedźwiedź, Cannes, Nagroda Fipresci, Sundance, Buenos Aires, Tokio, ale słuchając tego wszystkiego, Piotr wyraźnie wyczuł - co go nawet rozbawiło - że w podniosłych frazach laudacji raz po raz pobrzmiewają dyskretne tony lekceważenia, tak jakby laudator, powszechnie szanowany profesor Daukszta, prawdziwy człowiek na stanowisku, z trudem tylko hamował w sobie pogardę dla wszystkich tych, pożal się Boże, dorosłych mężczyzn, którzy zamiast oddawać się poważnym zajęciom, jak wszyscy ludzie porządni, zamykają się w swoim pokoiku, po czym zaostrzonym ołówkiem na białych kartkach wypisują wzruszające historie o rozdzierających konfliktach sumienia, żarliwie tłumaczą karkołomne wiersze Celana czy Eliota, godzinami ślęczą nad konstruowaniem zawiłych porównań i metafor, odmierzają strofy, sylaby i rymy, wydłużają i skracają powieściowe dialogi, a wszystko to tylko po to, byleby nie brać udziału w życiu rodzinnym, nie zajmować się własną córką, nie zajmować się własnym synem, nie zajmować się własną żoną, nie zajmować się własną matką, nie zajmować się własnym ojcem i jeszcze na dodatek, wmawiają sobie, że wielogodzinne zaczernianie papieru wierszami i zmyślonymi historiami, jest równie pożyteczne dla świata jak robota lekarzy, ślusarzy, informatyków, hydraulików, architektów, nauczycieli, kolejarzy, księży i farmaceutów.
Szklaneczka Ballantine'a!
Znał katolickiego poetę, któremu najlepsze wiersze religijne wychodziły pod wpływem alkoholu. Cóż to był za ciekawy fenomen! Najbardziej udane poematy do Najświętszej Marii Panny poeta napisał nocą, z szumem w głowie, nigdy jednak nie przyznał się do tego, tylko na widok swoich utworów, które uroczyście publikowano na pierwszej stronie gazety katolickiej, gryzł się w poczuciu grzechu. Ciemna fala alkoholowego uniesienia wynosiła go tajemnymi drogami w słońce ekstaz mistycznych, tak jakby Bramą do Piękna, Dobra i Prawdy był mętny płyn w kryształowej szklance, który duszę uwalniał od ziemskich ograniczeń i prowadził poprzez ciemność jak Anioł Tobiasza. Kiedyś poeta przyłapał się na tym, że dopiero wtedy pisze naprawdę dobre wiersze, kiedy bije, poniża i znieważa swoją młodą żonę, spadając w dół potępienia i rozpaczy, z którego jak trampolina wyrzuca go potem w górę, ku mistycznej jasności, poczucie winy i odraza do samego siebie, więc w jakiejś chwili zaczął pić jeszcze mocniej, by znaleźć się bliżej tej jasności. Zdarzały się takie noce, kiedy to chciał wyjść z domu, stanąć pośrodku miejskiego placu i nagi, bezbronny, odarty ze wszystkiego, wykrzyczeć przed ludźmi całą bolesną prawdę o sobie. Tylko po co niby miałby to robić? Uważano go za czołowego poetę religijnego średniego pokolenia. Wiedziano o jego kłopotach z alkoholem, ale wiersze, które pisał, uznawano za wyraz chęci przebłagania Boga i woli wyzwolenia się z nałogu, gdy tymczasem on sam wiedział, że źródłem mocy, napędzającej jego pisanie, jest cierpki smak wódki, wściekłość na żonę i pełna rozpaczy pijacka nienawiść do własnych dzieci. Że kiedy pije, pisze dużo lepiej niż kiedy nie pije. Tylko jakie to mogło mieć znaczenie dla czytelników jego wierszy? Bo czyż Bóg nie sprzyjał jego talentowi, czyż w rozpaczliwe noce nie wzmacniał swoim tchnieniem jego talentu, skoro wiersze, które rodziły się w pijackich ciemnościach, były - jak mówiono - mądre i piękne?
Mrużąc oczy przed światłami telewizyjnych reflektorów, bawił się tymi myślami, spoglądając z dębowego tronu na wypełnioną ludźmi salę Senatu. Dobrze pamiętał słowa sławnego poety, któremu kiedyś dano Nagrodę Nobla: "Jak trzeba było, pisałem na papierosach, jak trzeba było, pisałem na alkoholu". Promotor doktoratu, starannie modulując swój dobrze ustawiony, akademicki głos, mówił właśnie o odpowiedzialności artysty za świat i przyszłe losy kultury śródziemnomorskiej.
To było nawet przyjemne. Tak siedzieć na dębowym tronie w laurowym wieńcu sławy i nurzać się w niedobrych wspomnieniach. "Nigdy nie zaglądaj do źródła. Zawsze na dnie zobaczysz tylko samego siebie" - przypomniała mu się stara maksyma jakiegoś arabskiego mędrca. Patrzył na twarz premiera, którą widział parę kroków przed sobą. Kim właściwie jest ten człowiek? I cóż on robi po ciężkim dniu, kiedy wraca do domu z posiedzenia w gmachu Rady Ministrów przy Alejach Ujazdowskich i jest zupełnie sam w pustym mieszkaniu? Co on czuje, gdy z głowy nagle wyparowuje mu cała Polska? Zmęczony po ciężkim dniu, leży w ubraniu na rozrzuconej pościeli i patrząc w sufit, dziwi się, że codziennie swój bezcenny czas swojego jednorazowego życia na Ziemi poświęca tym istotom, które żarłocznie pragną dobrobytu, bez końca żądają podwyżek, drżą ze strachu przed rakiem, kryzysem, nędzą i wojną? Idzie do łazienki, rozbiera się, wchodzi do wanny, leży w gorącej wodzie z zamkniętymi oczami, przeklinając, że musiał przez cały dzień tracić bezcenny czas swojego jednorazowego życia na Ziemi dla jakiegoś fryzjera z Grudziądza, pielęgniarki z Wyszogrodu, studenta z Wrocławia, poety z Krakowa, kolejarza z Kutna, magazyniera z Piaseczna czy jakiejś gospodyni domowej z Zakopanego? Chce uciec od wszystkiego, ukryć się, zniknąć? Powiedzieć jak dziecko bawiące się w chowanego: "Zamawiam! Nie ma mnie! Nigdzie mnie nie znajdziecie!"? Wsiąść do pociągu byle jakiego? Odpłynąć za horyzont? A może lepiej hodować tulipany? Przekładać nieśmiertelne strofy Rainera Maria Rilke? Zbierać motyle, muszle, znaczki pocztowe i ametysty? Wyjechać na Jamajkę? Zamieszkać w Puerto Rico? Kupić dom na Ibizie? Siedział teraz w wieńcu laurowym na dębowym tronie i patrząc na skupioną, pełną powagi twarz premiera Polski, którego miał parę kroków przed sobą, czuł, jak wszelki bunt w nim wygasa. Małe i wielkie pretensje do świata i ludzi, dobrze znane każdemu ludzkiemu sercu, rozpływały się w łagodnym powiewie współczucia dla wszelkich stworzeń żyjących w Niebie i na Ziemi. Dobre światło napełniło duszę po brzegi.
Piękną jest rzeczą szacunek ludzki. Wypełniona uroczystymi gośćmi sala była mu przychylna. Skupione twarze nagradzały go wrażliwą uwagą za trudy życia, które dzisiaj miały zostać wynagrodzone. Czyż może być coś bardziej nasycającego duszę niż uznanie innych, które wyraża się w podniosłym rytuale pochwał i wyróżnień? Panie i panowie, wypełniający salę, byli ubrani stosownie do wymagań chwili. Ciemne suknie, dyskretna biżuteria, zwięzłe gesty rąk z pierścionkami na palcach, paznokcie powleczone lakierem o barwach stonowanych, skóra czysta, pachnąca dyskretną wonią perfum i dobrego mydła. Na stopach buty wypolerowane do blasku. Garnitury z materiałów solidnych, wyczyszczone i odprasowane, białe koszule, krawaty, okulary w złotych i czarnych oprawkach, włosy ostrzyżone, policzki starannie wygładzone maszynkami do golenia. Czuł, że podziwiają go i zazdroszczą mu, ale bez zaciekłości, raczej leniwie, z miękkim założeniem nogi na nogę, z dłońmi splecionymi na kolanie, z przygładzaniem włosów palcami. Setki oczu oglądały go uważnie.
Jeśli miewał czasem wątpliwości, czy to, co napisał przez całe życie, jest naprawdę coś warte, teraz serce w tym miękkim promieniu spojrzeń uspokajało się. Na sali były najważniejsze osoby w państwie. Siedziały parę kroków przed nim w pierwszym rzędzie krzeseł. Rozpoznawał twarze z korpusu dyplomatycznego i stołecznej palestry. Fala dumy - usprawiedliwionej i czystej - zalała serce. Te setki ludzi, wypełniające wielką salę uniwersytetu, przyszły tutaj, by potwierdzić wagę tego, co zrobił. Czuł, że ludzie, którzy teraz na niego patrzą, są mu po prostu wdzięczni za to, że dał im parę chwil zadumy i wzruszenia, pisząc o sprawach ważnych w sposób mądry i piękny. Ze spokojem mogli wysłać swoje dzieci do kina na filmy, których scenariusze napisał.
Chwila była uroczysta. Wszyscy wstali. Szurgot odsuwanych krzeseł, a potem cisza, prawie zupełna. Na ścianach girlandy świerkowe i narodowe sztandary. Kryształowe kandelabry. Uroczyste twarze. Za premierem i prezydentem czarne rzędy garniturów, migotanie orderów, srebrne sznury, biskupia purpura, zieleń mundurów, epolety, wstęgi, ministrowie, sekretarze stanu, ambasadorowie, rektorzy, dziekani, wojewodowie, prałaci, profesorowie, aktorzy, pisarze...
Podniósł się z dębowego tronu, na którym siedział wsłuchany w laudację. Wyprostowany, w granatowej todze, z biretem na głowie, stanął naprzeciw sali wypełnionej po brzegi ludźmi w uroczystych strojach. Patrzono na niego życzliwie, z szacunkiem i ciekawością.
Piękna chwila... Właściwie ukoronowanie życia. Rektor w purpurowym birecie podchodzi, z uśmiechem podaje mu zieloną tubę z dyplomem doktoratu honoris causa. Piotr odbiera tubę, skłania się z powagą przed majestatem Senatu, potem przed premierem i prezydentem. Ściska dłoń rektora. Oklaski. Łagodne ciepło rozlewa się w piersiach. To fala dumy podpłynęła pod przeponę i na moment ścisnęła serce wzruszeniem.
Dobrze pamiętał, jak to trzy lata temu na uroczystości w Los Angeles odbierał złotą statuetkę Oskara za najlepszy scenariusz filmu nieanglojęzycznego. Jakaż go wtedy duma uniosła, gdy mu szepnięto, że ogląda go ponad miliard ludzi, bo transmisja telewizyjna idzie na cały świat. Ale teraz tutaj, w tej rzęsiście oświetlonej sali ze złoconymi kasetonami na suficie, to było coś znacznie mocniejszego, coś dużo - tak to odczuł - głębszego, chociaż właściwie odbierał tylko tytuł doktora honoris causa na jednym z polskich uniwersytetów.
Aż się zdziwił, tak było to mocne. Czyż nie dlatego, że teraz wszystko działo się w jego rodzinnym mieście, wśród swoich? Sława, honory, statuetka Oskara, Los Angeles, tak, oczywiście, to miało z pewnością znaczenie, ale czy może być coś cenniejszego niż uznanie i szacunek sąsiadów i znajomych z tej samej ulicy, wśród których się wychowałeś, którzy pamiętają ciebie jako ostrzyżonego na jeża szczawika biegnącego z tornistrem na plecach do szkoły, którzy znali twoją matkę, ojca, braci, wujów, ciotki, którzy o twojej rodzinie wiedzieli prawie wszystko, a przy tym wynosili się, lekceważyli, pogardzali. A teraz? Teraz swoje miedziane czoła muszą pochylić z czcią, bo ten chłopak od sąsiadów, ten ich "Piotrek", co to go pamiętają, jak chodził z blaszaną kanką po mleko, właśnie dostaje doktorat honoris causa. I nie ma na to żadnej rady. Więc fala usprawiedliwionej dumy jeszcze silniej wezbrała pod przeponą przyjemnym ciepłem. O, piękna chwilo wewnętrznego spokoju, chwilo całkowitego spełnienia, chwilo prawie szczęścia, gdy dawne rachunki wyrównane, wrogowie upokorzeni, a ironiczne uśmieszki złośliwców zgaszone na zawsze.
Potem oklaski ucichły, wszyscy usiedli. Moszczono się w fotelach i ozdobnych krzesłach, poprawiano marynarki, spinki przy mankietach, panie wygładzały sukienki na biodrach, układały torebki na kolanach. Teraz przyszła kolej na niego. Odłożył na bok zieloną tubę z dyplomem, podszedł do mównicy, odczekał chwilę, aż ostatnie szepty i szelesty ucichną, odgarnął togę, oparł dłonie na mównicy, po czym zaczął mówić.
Mówił bez kartki, głosem spokojnym i donośnym. Słowa same układały się w głowie. Dziękował wysokiemu Senatowi, wyrażał uznanie dla promotora, doceniał pracę recenzentów, podkreślał, wykazywał, przypominał... Jako temat wykładu wybrał: "Nowa Europa i zadania sztuki". W rozświetlonej sali Senatu roztaczał wizję lepszego świata, akcentując, dopowiadając, podnosząc, zapewniając, oczekując... Duża to była przyjemność tak mówić pięknie i donośnie o sztuce, odpowiedzialności, demokracji, empatii, pojednaniu, trosce i miłosierdziu. Każde słowo wskakiwało na swoje miejsce, każda pauza pojawiała się dokładnie tam, gdzie powinna, ani za długa, ani za krótka, wszystko szło dobrym rytmem, żadnego potknięcia, spokój, równowaga, klasyczna, wydłużona fraza, pełna powagi intonacja, zręczne metafory, gdy nagle coś w nim przeskoczyło, jakiś mechanizm zgrzytnął, jakaś zapadka puściła, jakiś trybik trzasnął, głos mu ściemniał, dłonie zwilgotniały, po karku przemknął dreszcz.
Z pochyloną głową przypatrywał się twarzom z pierwszych rzędów. Widział je teraz przed sobą dokładnie, ze wszystkimi szczegółami - życzliwe, niechętne, wpatrzone w niego z zaciekawieniem, znudzone, skupione, rozluźnione, uważne, obojętne.
Chciał teraz zamknąć oczy, rozpłynąć się w powietrzu, zniknąć bez śladu, nie widzieć tych twarzy, które miał przed sobą, chociaż były to twarze najzwyklejsze w świecie. Odetchnął głębiej, ostatkiem sił spiął się w sobie, jeszcze jeden oddech, jeszcze jeden skurcz serca, Boże drogi, byle tylko wytrzymać, byle dociągnąć do końca. Znowu nabrał powietrza w płuca, po czym swoją przemowę, która przystanęła na urwanym w połowie zdaniu jak skazaniec przed katem, zakończył piękną, wydłużoną, starannie skomponowaną frazą o odpowiedzialności pisarza za gospodarstwo polskiej literatury i świat. Znowu wybuchły oklaski. Potem bukiety. Róże. Goździki. Gerbery. Uściski dłoni. Uśmiechy. Gratulacje.
Dyrygent we fraku z muszką na dyskretny znak rektora miękkim gestem dłoni w białej rękawiczce wezwał uniwersytecki chór do powstania. Studenci i studentki w galowych strojach, przepasani biało-czerwonymi szarfami, podnieśli się z krzeseł. Drugi ruch dłoni dyrygenta i w sali całą mocą młodych głosów wybuchła pieśń Gaude Mater Polonia, a echo odbite od rzeźbionego sufitu odpowiedziało z powagą na patriotyczny refren. Wszyscy powstali. W rytm powolnej pieśni poczty sztandarowe ruszyły w stronę złoconych drzwi. Chorągwie z orłami na drzewcu pochyliły się przed majestatem najwyższych władz Rzeczpospolitej. Premier stał z prawą dłonią przyłożoną do piersi. Na twarzy prezydenta malowało się pełne powagi wzruszenie.
Piotr skłonił się przed nimi uroczyście. Wyszedł z sali przejściem wśród klaszczącego tłumu, osobiście odprowadzany ku drzwiom przez rektora i promotora, którzy po drodze zdążyli parę razy uścisnąć mu ręce. Mieli powody do spokojnej satysfakcji. Stanął na wysokości zadania. Nie zawiódł oczekiwań. Sprawił się, jak należy. Czekał go jeszcze wieczorny bankiet w paradnej sali Dworu Artusa z udziałem premiera i prezydenta. Miał jeszcze parę godzin dla siebie. Mógł teraz wrócić do hotelu, trochę ogarnąć się i wypocząć. Pożegnał się uprzejmie z rektorem, skłonił głowę przed pocztami sztandarowymi, które stanęły po obu stronach drzwi. Żegnany życzliwymi uśmiechami, ruszył marmurowym korytarzem w stronę wyjścia, gdzie czekał na niego samochód z szoferem. Przechodząc obok kosza na śmieci przez chwilę zawahał się, czy nie wrzucić tam zielonej tuby z dyplomem honoris causa, którą trzymał w ręku, ale czując na sobie spojrzenia setek życzliwych, odprowadzających go oczu, ruszył dalej. Kiedy znalazł się przy szklanych, rozsuwanych drzwiach wychodzących na podjazd przed budynkiem, błysnęły flesze i reflektory kamer telewizyjnych, podtykano mu pod nos włochate mikrofony, wykrzykiwano pytania, prosząc o szybką odpowiedź, ale przecisnął się między nimi, nawet nie słuchając.
Wyszedł przed gmach. Sfora uwijających się fotoreporterów strzeliła mu serię błysków w twarz. Odpychał klejące się do niego ręce, ktoś chwytał go za marynarkę, ktoś przytrzymywał za łokieć, ściskając dłoń. Z trudem dobrnął do drzwi samochodu. Szofer torował mu przejście. Wślizgnął się do ciemnego wnętrza. Zatrzasnął za sobą drzwi. Wszystko nagle ucichło. Miły półmrok. Tylko lekkie dudnienie włączonego motoru. Głowę oparł na zagłówku. Za szybą samochodu przepływały nieme twarze ludzi, którzy starali się zajrzeć do środka. Przymknął oczy, czując narastające zmęczenie.
Dotknął palcem pleców szofera. Wóz ruszył sprzed szklanych drzwi, okrążył klomby przed wejściem do uniwersytetu, zostawiając na podjeździe błyskające fleszami kłębowisko dziennikarzy. Wyjechali na ulicę. Ceglany gmach uczelni ze świecącym w słońcu posągiem Minerwy na dachu zniknął za szklaną ścianą amerykańskiego wieżowca, która przesłoniła jasny widok na Motławę z czarną sylwetką Żurawia na Długim Pobrzeżu.
W hotelowym pokoju włączył telewizor. Pokazywano go we wszystkich programach informacyjnych.
Potem zajrzał do laptopa. Z kolorowych stron facebooka biła ku niemu fala sympatii, podziwu i szacunku. "Panie Piotrze - zapewniał go jakiś internauta z Kielc - jestem zajebiście dumny z Pana!". Jakaś kobieta z Krakowa rozwodziła się nad filozoficzną głębią jego filmowych scenariuszy. "Obejrzałam - podkreślała rozstrzelonym drukiem - wszystkie Pana filmy! Byłam, jestem i będę pana fanką!" Znajoma sekretarka z kancelarii Ostałowskich na Świętokrzyskiej nie kryła zachwytu: "Świetnie Pan wyglądał w telewizji!". "Tak trzymać, Panie Piotrze" - dorzucał po męsku ktoś z warszawskiej palestry. Wszystko to było - nie miał wątpliwości - szczere, proste, nieudawane. Kiedy zaś spojrzał na kolejny wpis... "Szanowny Panie, niech mi będzie wolno raz jeszcze wyrazić wdzięczność za to, co zrobił Pan dla polskiej kultury i dla mnie osobiście. Można powiedzieć, że wychowałem się na Pana filmach. Jako student ekonomii byłem członkiem DKF "Miłość blondynki". Życzę Panu dalszych sukcesów w życiu zawodowym i osobistym". Niżej figurował podpis samego prezydenta Rzeczypospolitej. Czegóż chcieć więcej? Iluż to ludzi na Ziemi może się poszczycić czymś takim?
Czytając kolejne wpisy, które mnożyły się na ekranie laptopa z radosną zaciekłością, pomyślał o rodzicach. Ach, gdybyż to tak ojciec zdążył go przed swoją śmiercią zobaczyć w tej wielkiej sali ze złoconymi kasetonami na suficie, na tym wysokim, dębowym tronie z rzeźbionym oparciem, w tej uroczystej todze, w birecie na głowie, z zieloną tubą dyplomu doktoratu honoris causa w dłoni. Matka pewnie by go mocno przycisnęła do piersi, całując w policzek, zupełnie tak samo jak wtedy, gdy w czwartej klasie, dumny i szczęśliwy, odbierał z rąk dyrektorki szkoły przy ulicy Chłopskiej w Oliwie swoje pierwsze w życiu świadectwo z biało-czerwonym paskiem. A gdyby jeszcze w tej wielkiej sali, oświetlonej kryształowymi żyrandolami, gdyby tu razem z nim były Monika i Agnieszka, gdyby obie siedziały w pierwszym rzędzie obok premiera i prezydenta, gdyby widział przed sobą ich rozjaśnione radością oczy, jak - szczęśliwe, uśmiechnięte - patrzą na niego, pokazując z dumą, że mocno trzymają za niego kciuki...
Książki Stefana Chwina
Krótka historia pewnego żartu
Chwilami nostalgiczna, chwilami żartobliwa opowieść o spotkaniu kilkuletniego chłopca z demonami XX wieku, rozgrywająca się w scenerii powojennego Gdańska. Życie w poniemieckim "mieście wrogów" staje się dla bohatera duchowym wyzwaniem, spotkaniem z niepokojącą zagadką piękna i zła, wtajemniczeniem w urodę rzeczy naznaczonych piętnem obcości, przygodą młodej duszy uwodzonej przez nowoczesne ideologie.
Lektura ważna nie tylko dla tych, którzy są ciekawi, w jakich okolicznościach duchowych i historycznych zrodził się artystyczny zamysł Hanemanna.
Hanemann
Powieść o gdańskim profesorze anatomii, który po śmierci narzeczonej w katastrofie statku przeżywa głęboki kryzys egzystencjalny, jest świadkiem wojennej zagłady Gdańska, po której - inaczej niż większość niemieckich mieszkańców - zostaje w zburzonym mieście zajętym przez Polaków i Rosjan. Przejmujący obraz dawnego Gdańska jest w tej powieści nie tylko tłem dla ludzkich losów. Obok ludzi jej bohaterami są miasto i rzeczy.
Życie głównego bohatera splata się z losami dwóch słynnych samobójców - Heinricha von Kleist oraz Stanisława Ignacego Witkiewicza. Ta powieść o miłości, śmierci i samobójstwie daleka jest jednak od pesymizmu. Prześwietlona światłem odradzającej się woli życia łączy w sobie ducha melancholii z fascynacją materialnym pięknem świata. Talent literacki autora współgra z malarską wyobraźnią, dając niezapomnianą opowieść o trudnych tajemnicach ludzkiego życia.
Esther
Koniec wieku dziewiętnastego. W mieszczańskiej rodzinie warszawskiej pojawia się piękna guwernantka z Gdańska, Esther Simmel, jedna z dawnych studentek Friedricha Nietzschego. Jej nagła choroba pociąga za sobą dramatyczne konsekwencje. Kobieta zapada w stan śpiączki. Lekarze są bezradni. Zakochany w niej młody mężczyzna robi wszystko, by ją uratować. Co jakiś czas jednak dopadają go "niedobre myśli" o życiu i śmierci. Waha się między postawą caritas a twardym światem idei Nietzschego, zapowiadających "racjonalne" podejście do chorych i umierających, typowe dla niektórych nurtów myśli nowoczesnej, szczególnie tych, które podejmują kwestię eutanazji.
Ta piękna opowieść o miłości, umieraniu i nadziei ma w sobie barwę dawnego czasu i ostrość pytań najzupełniej współczesnych.
Złoty pelikan
Jakub, wykładowca jednego z uniwersytetów, dowiaduje się, że dziewczyna, którą oblał na egzaminie, prawdopodobnie popełniła samobójstwo. Okoliczności sprawy pozwalają mu nie poczuwać się do żadnej winy. Jakub jednak przeżywa głębokie załamanie. Traci wszystko. Z sali uniwersyteckiej i eleganckiego mieszkania trafia na dworzec kolejowy, gdzie zaczyna żyć jak bezdomny.
Ta utrzymana w konwencji moralitetu "powieść idei", nawiązująca do średniowiecznej legendy o św. Aleksym, mówi o poszukiwaniu duchowego oczyszczenia w cywilizacji nowoczesnej, w której rytuały utraciły swoją oczyszczającą moc a słowo ma rozchwiane znaczenia, nie dając nam oparcia w sytuacjach kryzysowych. Jej finał - utrzymany w ironiczno-melodramatycznym duchu - zostawia czytelnika przed otwartymi pytaniami o naturę prawdy, dobra i zła.
Kartki z dziennika
Burzliwie przyjęta przez krytykę i publiczność autobiograficzna opowieść, łącząca narrację o życiu autora z refleksją filozoficzno-moralną. Sugestywne portrety osób ważnych w biografii duchowej Stefana Chwina, obrazy z historii Polski drugiej połowy XX wieku przepuszczone przez pryzmat osobistych doświadczeń, sceny z życia prywatnego, wielość sprzecznych tonacji i stylów, zmienność nastrojów, kontrowersyjne opinie - wszystko to czyni tę książkę daleką od konwencji "dziennika uczuć i myśli ze wszechmiar słusznych".
Kartki z dziennika - przyjmowane przez jednych z entuzjazmem, przez innych z zaciekłą wrogością - nikogo nie pozostawią obojętnym. Zachęcają do sporu, niezgody, żywej wymiany myśli.
Żona Prezydenta
Krystyna, żona prezydenta, zdradzona przez męża, ucieka z pałacu prezydenckiego. W miejscowości, gdzie się ukrywa, poznaje Mistrza, przywódcę grupy religijnej, dążącej do naprawy świata. Mistrz, który w oczach jednych jest przestępcą, w oczach innych Wysłannikiem z "tamtej strony", chce dość dwuznacznymi metodami uzdrowić sytuację na świecie. Gdy zostaje aresztowany, Krystyna, związana z nim uczuciowo, decyduje się zrobić wszystko, by go ocalić...
W tej utrzymanej w konwencji thrillera powieści political fiction z filozoficzno-religijnym podtekstem akcji współczesnej towarzyszy apokryficzna przypowieść o jednym z uczniów Jezusa, który wbrew woli apostołów ratuje swego Mistrza od ukrzyżowania. Jego metody są równie dwuznaczne...
Dolina Radości
Eryk Stamelmann, bohater Doliny Radości, to tajemniczy makijażysta gwiazd filmowych i polityków. Przychodzi na świat na początku XX wieku w starym Gdańsku, Jego pełne zaskakujących zdarzeń życie biegnie dalej przez Monachium, Berlin, wojenną Warszawę, Moskwę, po czym zataczając wielki krąg na mapie Europy, powraca znowu do Gdańska. Stamelmann - trochę łgarz, trochę przestępca, trochę czarownik - dzięki swojej niezwykłej profesji spotyka sławnych ludzi ubiegłego stulecia, pojawia się w ważnych miejscach historii, z łatwością zmienia swoją tożsamość, a podczas tej niepokojącej podróży poprzez cały niemal ubiegły wiek rozmyśla nad tajemnicami piękna, wierności i zdrady, pyta też o istotę dobra i zła. W jego historii można ujrzeć metaforyczny obraz sytuacji człowieka w nieprzejrzystym świecie XX wieku.
Panna Ferbelin
Jest koniec XIX wieku w Gdańsku. Głównymi bohaterami opowieści są: prokurator Hammels, jego syn Helmut, Panna Ferbelin i jej ojciec oraz Kurt Niemand, przybysz, o którym mieszkańcy Gdańska mówią "Nauczyciel z Neustadt".
Niespodziewane zbiegi okoliczności powodują, iż losy ludzi splatają się w sposób zaskakujący, a w fabułę tej powieści - uwodzicielskiej i niepokojącej - czytelnik wnika jakby był jednym z jej uczestników.
Nigdy jeszcze w żadnej książce Gdańsk nie został przedstawiony tak jak w tej opowieści. Prawda historii łączy się tu z legendą, a losy bohaterów opromienia światło mitu dając wizję poruszającą i wieloznaczną. Ta, pozornie historyczna, opowieść dotyka rzeczy współczesnych dużo bardziej niż niejedna opowieść współczesna. Historia, którą ludzie opowiadają od stuleci, nabiera tu nowych sensów i mieni się niespodziewanymi barwami. Zasadniczym tematem tej powieści, wokół którego oparta jest fabuła jest pytanie: co stałoby się, gdyby dzisiaj pojawił się Jezus, jak zostałby przyjęty i jak potoczyłyby się jego losy?!
Fascynująca opowieść.
Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni
"To, że nie popełniamy samobójstwa, zależy od tysiąca okoliczności i przypadków. Ale im dłużej zajmuję się ta sprawą, tym większej nabieram pewności, że istnieją sytuacje, w których samobójstwo popełniłby każdy" - mówi autor.
Dlaczego ludzie popełniają samobójstwa? Jak przygotowują swoją śmierć i jaką rolę w tych przygotowaniach odgrywa praca wyobraźni?
Sztuka i literatura zna samobójców, którzy byli gotowi odebrać sobie życie z powodów zupełnie niezrozumiałych dla "zwykłych ludzi", a nawet psychologów i psychiatrów, którym samobójcy przedstawieni w literaturze mogą się wydać istotami całkowicie "wymyślonymi". Dla literatury i sztuki prawdopodobieństwo obrazu samobójstwa zwykle nie jest jednak sprawą najważniejszą. Dlatego też nie jest możliwe zrozumienie motywacji czy objaśnienie wewnętrznego świata pisarzy-samobójców i samobójców-bohaterów literackich wyłącznie w kategoriach jakich dostarcza standardowa psychologia.
Aby zbliżyć się do rozwikłania tych tajemnic, Stefan Chwin w swojej książce łączy perspektywę psychologii, historii sztuki, literatury i filozofii. Skupia uwagę na doświadczeniach wyobraźni artystycznej pisarzy i malarzy, a także bohaterów literackich, którzy samobójstwo popełnili, bądź się do niego zbliżali. Szuka odpowiedzi na pytanie, jak sztuka i literatura przedstawiają proces dochodzenia człowieka do samobójczej śmierci. Jak "pracuje" wyobraźnia kogoś, kto się do samobójstwa zbliża? Jakie znaczenia nadają obrazom samobójstwa pisarze i malarze? Czym jest "samobójstwo egzystencjalne", co je odróżnia od innych rodzajów samobójstwa i dlaczego temat "samobójstwa egzystencjalnego" zajmuje tak istotne miejsce w sztuce i literaturze XIX i XX wieku?
Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni można czytać jako studium problematyki samobójstwa w literaturze i sztuce, ale można też czytać tę książkę jako komentarz do całej twórczości Stefana Chwina.
Jak sam Autor wyznaje, to właśnie praca nad powieścią Hanemann stała się dla niego inspiracją do głębszych badań nad światem duchowym pisarzy-samobójców i poprowadziła go do napisania tej książki.
Samobójstwo i "grzech istnienia"
"Grzech istnienia" to jedna z najbardziej zadziwiających idei cywilizacji europejskiej. Czym był dla pisarzy, filozofów i artystów? Jakie miejsce zajmował w kulturze romantyzmu? Jak idea "grzechu istnienia" łączyła się z myślą o samobójstwie, czasem prowadząc ludzi w śmierć? Kim byli samobójcy z piętnem "grzechu istnienia" w polskiej i europejskiej literaturze? Czy doświadczenie "grzechu istnienia" możliwe jest w świecie bez Boga? Na te pytania szuka odpowiedzi Stefan Chwin, dając obraz "samobójstwa romantycznego" daleko wychodzący poza tradycyjne ujęcia.
Dziennik dla dorosłych
Dziennik dla dorosłych to kolejna opowieść Stefana Chwina o sobie samym - ryzykowna, szczera i niezależna, daleka od konwencji "dziennika uczyć i myśli ze wszechmiar słusznych".
"Jeśli nie jesteś po żadnej ze stron - twoja sytuacja jest najtrudniejsza, a to, co piszesz, wymaga skromności, pychy i odwagi" - powiedział Autor w jednym z wywiadów.
I taka jest właśnie ta książka.
Miłosz. Interpretacje i świadectwa
Książka ta zawiera historycznoliterackie interpretacje wybranych problemów twórczości Miłosza, które dotąd nie przyciągnęły uwagi badaczy w stopniu, na jaki zasługują, to znaczy nawet jeśli się nimi zajmowano, nie poświęcono im osobnych studiów.
Tekst pierwszy - "Dachau koników polnych". Miłosz i "ukąszenie darwinowskie" - jest poświęcony zawiłej kwestii stosunku Miłosza do teorii Darwina. Jest to jedna z kwestii kluczowych dla zrozumienia jego poetyckiego światopoglądu. Postawa Miłosza wobec darwinowskiej wizji świata była ambiwalentna. Z jednej strony możemy mówić o "darwinowskim ukąszeniu", podobnym do późniejszego "ukąszenia heglowskiego", a więc o silnym przejęciu się teorią Darwina, z drugiej o zmaganiu się poety z Darwinem, a więc o szukaniu alternatywy dla darwinowskiej wizji świata i życia. W swojej twórczości Miłosz wiele razy wyrażał poczucie, że Darwin może mieć rację, że w swojej teorii walki o byt, przedstawionej w dziele O pochodzeniu gatunków, mówi prawdę o przyrodniczym porządku istnienia i strukturze ludzkiej rzeczywistości, ale też bardzo starał się spod darwinowskiego wpływu wyzwolić. Przez całe życie miał udręczające poczucie, że ludzki porządek wartości jest głęboko sprzeczny z porządkiem przyrodniczym świata, że koliduje z podstawową ontologiczną strukturą rzeczywistości, która - jak Miłosz to formułował w duchu manichejsko-darwinowskim - jest całkowicie sprzeczna z potrzebami ludzkiego serca, wartości moralne są bowiem tylko wyrazem bezsilnego protestu ludzkiej wrażliwości wobec "kamiennej" pustki kosmosu. Szło za tym pytanie podstawowe: czy żelazne prawa rządzące przyrodą są całkowicie odmienne od praw rządzących historią, czy raczej przeciwnie: obie domeny - przyroda i historia - podlegają temu samemu, twardemu prawu przyrodniczej konieczności, którego działanie opisali Newton i Darwin.
Druga część książki zatytułowana Miłosz i pomnik zawiera teksty, które są próbą zrekonstruowania zawiłej historii związków Miłosza ze słynnym, wzniesionym w 1980 roku w Gdańsku, Pomnikiem Poległych Stoczniowców 1970, jednym z najważniejszych pomników polskiej historii, na którym zostały umieszczone fragmenty wiersza poety. Autor szuka tutaj odpowiedzi na pytanie, jak w ogóle doszło do tego, że na pomniku znalazł się wiersz Który skrzywdziłeś człowieka prostego, czy Miłosz chciał, by wykorzystano ten właśnie wiersz, a nie inny, czy też sprawy związane z wyborem fragmentów Miłoszowskiego tekstu oraz zgodą poety na jego wykorzystanie przez budowniczych pomnika były dużo bardziej skomplikowane. Szczegółowo zrekonstruował przebieg zdarzeń związanych z projektowaniem pomnika, jego budową i umieszczaniem na nim płaskorzeźby z wierszem poety. Osobny tekst poświęcił ważnemu epizodowi z lat osiemdziesiątych, a mianowicie toczącym się w środowisku pierwszej Solidarności gwałtownym sporom, czy na Pomniku Poległych Stoczniowców obok krzyża z wierszem Miłosza należy umieścić pełną listę ofiar Grudnia 1970, czy też tylko listę ograniczoną, spory te bowiem rzutowały na symboliczną wymowę pomnika i pośrednio także na symboliczną wymowę tekstu poety umieszczonego na jednym z pomnikowych krzyży. Starał się też zrekonstruować z wielu perspektyw pierwszą wizytę Miłosza w Gdańsku, do jakiej doszło w czerwcu 1981, a więc w kulminacyjnym punkcie ofensywy Solidarności, analizując, jak Miłosz zachowywał się w radykalnie nowej dla siebie sytuacji podczas swojego pierwszego od trzydziestu lat pobytu w Polsce. Przyjrzał się też temu, jak komunistyczna Służba Bezpieczeństwa widziała gdańską wizytę Miłosza oraz jak opisywała i oceniała ze swojego punktu widzenia zachowania poety w czerwcu 1981 roku.
Miłosz. Gdańsk i okolice. Relacje. Dokumenty. Głosy. Pod redakcją Krystyny Chwin i Stefana Chwina
W żadnym innym mieście nie ma takiego miejsca, gdzie Miłosz zostawiłby po sobie równie istotny, przeznaczony dla publicznego oka ślad swoich myśli, obaw i nadziei, związany z wielkimi wydarzeniami polskiej historii. To właśnie w Gdańsku, na Pomniku Poległych Stoczniowców przed bramą Stoczni, widnieją słowa biblijnego wersetu wybrane i przełożone przez Miłosza oraz strofy jego wiersza Który skrzywdziłeś człowieka prostego.
Czesław Miłosz odwiedzał Gdańsk i okolice parokrotnie. Wizyty te odbywały się w różnych okresach jego życia. Dotyczyły one spraw osobistych, ale miały też charakter zawodowy, a nawet ściśle literacki. Świadectwa tej obecności znajdujemy zarówno w tekstach Miłosza, jak i w relacjach wielu osób. O sprawach z Gdańskiem związanych - czasem wykraczających daleko poza wymiar lokalny - Miłosz pisał także w swoich książkach, esejach, listach i uwagi czy komentarze dotyczące tych spraw są rozproszone w całej jego twórczości. Zebraliśmy je w tej książce, by ułożyły się w całość, objaśniającą zakres i treści gdańsko-pomorskiego doświadczenia poety.