Srebro w kościach - Alexandra Bracken

Reflow text when sidebars are open.
Tytuł oryginału: SILVER IN THE BONE
First published in the United States by Alfred A. Knopf, an imprint of Random House Children's Books, a division of Penguin Random House LLC, New York.
Text copyright ? 2023 by Alexandra Bracken
Jacket art copyright ? 2023 by Filip Hodas
Map art copyright ? 2023 by Virginia Allyn
Interior art used under license from Shutterstock.com
Redakcja: Marta Tojza
Korekta: Magdalena Magiera, Renata Kuk, Ida Świerkocka
Opracowanie graficzne polskiej okładki: Magdalena Zawadzka/Aureusart
Copyright for the Polish edition ? 2023 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.
Wyrażamy zgodę na wykorzystanie okładki w Internecie.
ISBN 978-83-8266-274-0
Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2023
Kopiowanie, przetwarzanie, rozpowszechnianie w całości lub w części bez zgody wydawcy zabronione.
Lub, słowami Siostrzyc:
Każdy drań, co się odważy tę książkę z sieci zwinąć,
Niech wie, że życie wcale nie będzie mu lekko płynąć.
Klątwa spadnie na niego koszmarna i od dnia tego
Pozbawi go szczęścia do książek, choćby mikrego.
Każdy tom będzie się wlec jak żółw gończy
I historia nigdy się dobrze nie skończy...
Adres do korespondencji:
Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.
ul. Ludwika Mierosławskiego 11a
01-527 Warszawa
www.wydawnictwo-jaguar.pl
instagram.com/wydawnictwojaguar
facebook.com/wydawnictwojaguar
tiktok.com/@wydawnictwojaguar
twitter.com/WydJaguar
SIEDEM LAT TEMU
Lancashire, Anglia
Pierwszą rzeczą, jakiej uczysz się o zawodzie Poszukiwacza, to nie ufać własnym oczom.
Oczywiście Nash widział sprawy inaczej. Upierał się, że wszystkie czary to w znacznej mierze iluzja. Dopełniała ją jednak przesiąknięta krwią groza.
W tej chwili nie byłam przerażona. Prędzej wściekła jak syczący kot.
Zostawili mnie w obozie. Znowu!
Oparłam dłonie o framugę drzwi szopy i zbliżyłam się do magicznego przejścia na tyle blisko, na ile mogłam, by przypadkiem nie wpaść do środka. To był jeden z tych ciemnych tuneli, które Poszukiwacze nazywali Żyłami, ponieważ w mgnieniu oka przenosiły cię z jednego miejsca w drugie. Akurat ta prowadziła do skarbca dawno zmarłej czarodziejki, zawierającego jej najcenniejsze relikty.
Sprawdziłam godzinę na popękanym ekranie wiekowej komórki Nasha. Minęło czterdzieści osiem minut, odkąd zniknęli w Żyle. Nie biegłam wystarczająco szybko, żeby ich dogonić, a jeśli słyszeli moje nawoływania, to je zignorowali.
Ekran telefonu zamigotał i zgasł. Bateria w końcu musiała kiedyś paść.
- Hej! - powiedziałam, bawiąc się kluczem, który zostawili w zamku. Była to kość palca czarodziejki, zanurzona w kropli jej krwi. - Nie zamierzam wracać do obozu. Powiedzcie mi, czy mogę bezpiecznie wejść! Słyszycie mnie w ogóle?
Tylko przejście odpowiedziało, wydychając kłęby śniegu. Po prostu cudownie! Czarodziejka Edda musiała ukryć relikwie w miejscu, w którym zima jest jeszcze mroźniejsza niż w Anglii.
Ponieważ Nash i Cabell się nie odzywali, w głębi duszy poczułam rozczarowanie. Zagrożenie nigdy nie odstraszało naszego opiekuna. Wkrótce się przekona, że mnie również nic nie zniechęci, a już na pewno nie ktoś taki jak on - stary, upierdliwy Nash.
- Cabell! - zawołałam, tym razem nieco głośniej. Chłód podchwycił moje słowa, tworząc białe smugi w powietrzu. Przeszył mnie dreszcz. - Czy wszystko u was w porządku? Wchodzę, czy tego chcecie, czy nie!
Nash oczywiście zabrał ze sobą mojego brata, gdyż uważał, że jest przydatny. Ale kiedy mnie nie było w pobliżu, nikt nie dbał o to, czy Cabell nie skończy tej przygody ranny (lub nawet jeszcze gorzej).
Słońce nieśmiało chowało się za srebrzystymi chmurami. Za mną opuszczona chata z kamienia pilnowała okolicznych pól. Wokół panowała cisza, co zawsze działało mi na nerwy. Wstrzymywałam oddech, próbując nasłuchiwać. Żadnego szumu samochodów, żadnego wizgu przelatujących samolotów ani nawet ćwierkania ptaków. Zupełnie jakby wszyscy doskonale wiedzieli, żeby nie przyjeżdżać w to przeklęte miejsce. Tylko Nash był tak głupim i chciwym idiotą, żeby zaryzykować tę wizytę.
Chwilę później świeża fala śniegu przyniosła głos Cabella.
- Tamsin? - Wydawał się podekscytowany. - Na progu uważaj na głowę.
Zanurzyłam się w dezorientującej ciemności Żyły. Powitała mnie kłującym zimnem, które błyskawicznie owinęło się wokół mnie, niemalże tnąc skórę nożem, aż zaparło mi dech.
Po dwóch krokach okrągłe drzwi wyznaczające drugi kraniec Żyły wyłoniły się z mroku. Po trzecim kroku stały się żyjącą ścianą upiornego światła. Błękitnego, prawie jak...
Zerknęłam na połamane kawałki lodu rozrzucone wokół drzwi i wyryte w nich spiralne pieczęcie klątwy. Okręciłam się w poszukiwaniu Cabella, ale czyjaś ręka złapała mnie i zatrzymała w miejscu.
- Kazałem ci zostać w obozie! - Twarz Nasha z włączoną lampką czołową skrywała się w cieniu, ale czułam promieniujący z niej gniew równie wyraźnie, jak ciepło jego skóry. - Pogadamy o tym później, Tamsin.
- I co zrobisz? Dasz mi szlaban? - odszczeknęłam się, delektując się małym zwycięstwem.
- Może i tak, kretynko - powiedział. - Nigdy więcej nie rób czegoś, czego konsekwencji nie znasz.
Światło z jego czołówki zatańczyło wokół mnie, a potem powędrowało w górę. Spojrzałam w tamtym kierunku.
Z sufitu zwisały sople. Setki sopli zakończonych ostro jak brzytwa, gotowych w każdej chwili runąć w dół. Ściany, ziemia, sufit - wszystko skuwał lód.
Nawet w ciemności widać było Cabella w jego potarganej żółtej wiatrówce. Poczułam ulgę, następnie podeszłam bliżej i kucnęłam, by pomóc mu pozbierać niewykorzystane kryształy. Użył ich do przekierowania magii klątw strzegących drzwi. Kiedy je usunął, Nash rozwalił toporem sigile.
Wszyscy Poszukiwacze stosowali jakąś odmianę zaklęcia, z którego skorzystał Cabell, ale używali do tego przedmiotów zakupionych od czarodziejek.
Mój brat, nawet wśród Poszukiwaczy obdarzonych silną magią, uchodził za wyjątkowego. Był pierwszym od lat Niwelatorem - Oświeconym, który potrafił przesyłać magię klątwy z jednego obiektu do drugiego. W ten sposób usuwał zaklęcia z naszej drogi.
Jedynie własnej klątwy nie umiał się pozbyć.
- Z czym mieliśmy do czynienia, Tamsin? - zapytał Nash, wskazując stalowym czubkiem buta kawałek lodu pokryty charakterystycznymi znakami. Kiedy spojrzałam na niego, dodał: - Wspominałaś, że chcesz się uczyć.
Sigile w rzeczywistości były symbolami używanymi przez czarodziejki do kształtowania magii i wiązania jej z miejscem lub przedmiotem. Nash dla każdej z nich wymyślił jakąś idiotyczną nazwę.
- Cień Widma - powiedziałam, przewracając oczami. - Duch podążałby za nami przez skarbiec, zadręczając nas i szarpiąc naszą skórę.
- A ten? - kontynuował Nash, kopiąc w moją stronę ukruszony kawałek kamienia.
- Siwooki - stwierdziłam. - Osoba przekraczająca ten próg zostałaby oślepiona i zmuszona do błąkania się po skarbcu, dopóki nie zamarzłaby na śmierć.
- Prawdopodobnie wcześniej nadziałaby się na pal - roześmiał się Cabell, wskazując inny sigil. Skóra zaróżowiła mu się z zimna lub podekscytowania, choć zdawał się nie zauważać płatków śniegu w swoich czarnych włosach.
- Słusznie. Dobra robota - pochwalił go Nash, a mój brat uśmiechnął się z dumą.
Ściany wydychały wokół nas zimne powietrze. Wśród morza lodu rozbrzmiewała melodia jakby z innego świata, szumiąca i trzeszcząca jak stare drzewo wyginające się na wietrze. Do przodu prowadziła tylko jedna droga - wąska ścieżka po prawej stronie.
Zadrżałam, pocierając ramiona.
- Czy możemy po prostu wziąć ten głupi sztylet i wracać?
Cabell wsunął dłoń do torby, by wyciągnąć świeże kryształy na wypadek natknięcia się na kolejne klątwy. Śledziłam wzrokiem każdy jego ruch, lecz kiedy chciałam za nim ruszyć, ręka Nasha schwyciła mnie za ramię.
- Nie zapomniałaś o czymś? - zapytał, krzywiąc się.
Zdmuchnęłam kosmyk jasnych włosów z twarzy.
- Nie potrzebuję jej - odparłam poirytowana.
- A ja nie potrzebuję popisówki ze strony zbuntowanego dzieciaka, którą właśnie mi fundujesz - stwierdził, grzebiąc w mojej torbie w poszukiwaniu skrawka fioletowego jedwabiu. Wyciągnął go i rozwinął, odsłaniając Dłoń Chwały, po którą sięgnęłam.
Nie miałam Wspólnej Wizji, o czym Cabell i Nash przypominali mi przy każdej możliwej okazji. W odróżnieniu od nich nie dysponowałam również własną magią. Dłoń Chwały pozwalała mi otworzyć każde drzwi, nawet te chronione przez szkieletową klamkę, ale najważniejszym efektem jej działania było wykrywanie i wskazywanie magii niewidocznej dla ludzkiego oka.
Nienawidziłam tego. Nienawidziłam bycia odmieńcem. Ten problem Nash musiał w końcu jakoś rozwiązać.
- Fuj. Trochę zapuszczona, nie sądzisz? - zapytał, zapalając po kolei ciemny knot każdego palca.
- Twoja kolej, by o nią zadbać - odrzekłam. Ostatnią rzeczą, na jaką miałam ochotę, był kolejny wieczór spędzony na wmasowywaniu świeżej warstwy ludzkiego tłuszczu w odciętą lewą dłoń osiemnastowiecznego mordercy, który zawisł za zarżnięcie czterech rodzin. - Obudź się, Ignatiusie! - rozkazałam.
Choć Nash zamocował rękę na żelaznej podstawce świecznika, noszenie jej wcale nie stało się przyjemniejsze. Obróciłam Dłoń Chwały w moją stronę. Jasnoniebieskie oko osadzone w woskowatej skórze mrugnęło, a następnie zmrużyło się rozczarowane.
- Owszem - oświadczyłam. - Nadal żyję.
Oko się poruszyło.
- Odwzajemniam twoje odczucia, ty pyskaty kawałku marynowanego mięsa - mruknęłam, nastawiając jego sztywne, skręcone palce, aż z trzaskiem wróciły na swoje miejsce.
- Dzień dobry, przystojniaku - zarechotał Nash. - Wiesz, Tamsy, odrobina ciepła cię nie zabije.
Zerknęłam na niego.
- Sama chciałaś tu przyjść. - Wzruszył ramionami. - Następnym razem pomyśl o konsekwencjach, dobrze?
Zapach palonych włosów dotarł do mojego nosa. Przełożyłam Ignatiusa do lewej ręki i korytarz wokół nas zamigotał. Światło z dłoni rozeszło się po powierzchni otaczającego nas lodu, zabarwiając go nieziemskim blaskiem. Odetchnęłam głęboko.
Przeklęte sigile były wszędzie - na ziemi, ścianach, suficie. Przenikały się i wirowały.
Cabell klęczał u stóp ścieżki i pot spływał mu z czoła. Starał się przekierowywać klątwy do kryształów, które układał przed sobą.
- Cab potrzebuje odpoczynku - zauważyłam.
- Da radę - stwierdził Nash.
Mój brat przytaknął, prostując ramiona.
- Nic mi nie jest. Mogę dalej pracować.
Kropla płonącego tłuszczu oparzyła mi kciuk. Syknęłam na Ignatiusa i skrzyżowałam z nim spojrzenie. Patrzył na mnie złośliwie, lekko mrużąc oko.
- Nie ma mowy - zaprotestowałam stanowczo. Postanowiłam nie kłaść go obok Cabella, choć wiedziałam, że tego pragnie. Po pierwsze, nie zamierzałam wykonywać poleceń odciętej ręki, a po drugie... Po drugie, to nie potrzebowałam innego powodu.
Tylko po to, żeby podręczyć bezczelną rękę, przysunęłam świecznik do ściany po prawej, aż odsłonięte oko Ignatiusa znalazło się tuż przy zamarzniętej powierzchni. Nie byłam wystarczająco dobrą osobą, by poczuć się winna z powodu dygotu, który przemknął przez jego sztywne stawy.
Ciepło płomieni rozrzedziło grubą warstwę szronu na lodowej ścianie, a kiedy kolejne krople zaczęły z niej spływać, po drugiej stronie ukazał się ciemny kształt.
Wzdrygnęłam się i w tym samym momencie poślizgnęłam na pięcie mojego trampka; zanim zdążyłam się zorientować, leciałam już na ziemię.
Zaskoczony Nash wystrzelił do przodu, by złapać mnie za ramię żelaznym uściskiem. Chłód pobliskiej ściany pocałował mnie w czoło.
Serce wciąż mi biło, a płuca pulsowały, walcząc o kolejny oddech, gdy Nash pomagał mi złapać równowagę. Cabell podbiegł i chwycił mnie za ramiona. Przy okazji upewnił się, czy nie jestem ranna. Od razu się zorientowałam, kiedy zobaczył to, co dostrzegłam za ścianą. Z jego zazwyczaj bladej twarzy odpłynęła resztka krwi. Palce zacisnęły się z przerażenia.
W lodzie tkwił człowiek. Śmierć nadała mu potworne kształty. Najwyraźniej lód złamał mu szczękę, która rozwarła się nienaturalnie szeroko w ostatnim niemym krzyku rozpaczy. Burza białych włosów okalała rozdarte policzki, a kręgosłup był wygięty jak na torturach.
- Ach, to Woodrow... Zastanawiałem się, gdzie przepadł - powiedział Nash, przyglądając się z bliska martwemu ciału. - Głupi pętak!
Cabell chwycił mnie za nadgarstek i skierował światło Ignatiusa w stronę rozciągającego się przed nami tunelu. Mroczne cienie skryte za lśniącym lodem tworzyły posępną wystawę ciał.
Straciłam rachubę po trzynastu.
Mój brat zadrżał. Trząsł się tak mocno, że aż szczękały mu zęby. Jego ciemne oczy patrzyły prosto w moje, błękitne.
- Jest ich... tak strasznie... wielu...
Objęłam go.
- Już dobrze... Spokojnie...
Ale strach przejął już nad nim kontrolę, aktywując jego klątwę. Ciemna szczecina pojawiła mu się na szyi i wzdłuż kręgosłupa, a kości twarzy przesuwały się z okropnym trzaskiem, zamieniając go powoli w przerażającego ogara.
- Cabell! - Głos Nasha wydał mi się dziwnie niski i spokojny. - Gdzie wykuto sztylet króla Artura?
- Wy... - seplenił mój brat, gdyż mówienie utrudniały mu rosnące zęby. - Wykuto go...
- Gdzie, chłopcze? - naciskał nasz opiekun.
- Czyś ty osza... - zaczęłam, jednak Nash uciszył mnie jednym spojrzeniem. Lód jęczał wokół nas. Ścisnęłam mocniej brata i poczułam, jak jego kręgosłup powoli się kurczy.
- Wykuto go w... - Oczy Cabella się zwęziły, próbując się skupić na twarzy mężczyzny. - W... Avalonie!
- Właśnie! Razem z Excaliburem! - Nash przyklęknął i chłopak znieruchomiał. Włosy, które jeszcze przed chwilą przebijały się przez jego skórę, schowały się, pozostawiając ślady przypominające wysypkę. - A pamiętasz, jak Avalończycy nazywają swoją wysepkę?
Twarz Cabella zaczęła się cofać, co sprawiało mu koszmarny ból. Mimo to nie spuszczał wzroku z Nasha.
- Ynys... Ynys Afallach.
- Trafiłeś przy pierwszej próbie - stwierdził nasz opiekun, wstał i położył dłonie na naszych ramionach. - Usunąłeś większość klątw z tego korytarza, mój chłopcze. Poradzę sobie z resztą. Poczekaj tutaj z Tamsin, niedługo wrócę.
- Nie - szepnął Cabell, przecierając oczy rękawem. - Chcę tam wejść.
Nie zamierzałam puścić go samego.
Nash skinął głową, przekazał lampę Cabellowi i ruszył w głąb korytarza pełnego ciał, kierując na nie swoją czołówkę.
- To przypomina mi pewną opowieść...
- A co ci nie przypomina jakiejś opowieści? - mruknęłam. Czyżby nie widział, że mój brat wciąż się boi? Cabell tylko udawał odważnego, ale Nashowi jak zwykle to wystarczało.
- Dawno, dawno temu w królestwie zagubionym w potokach czasu król imieniem Artur rządził zarówno ludźmi, jak i elfami - zaczął Nash, ostrożnie obchodząc kryształy. Używał czubka topora do zdrapywania kolejnych sigili, które mijał po drodze. - Ale nie o nim chcę wam opowiedzieć, tylko o pięknej wyspie, zwanej Avalonem. Było to miejsce, w którym rosły jabłka zdolne wyleczyć wszelkie dolegliwości, a tamtejsze kapłanki opiekowały się istotami żyjącymi wśród tych cudownych gajów. Przez pewien czas do ich zakonu należała również przyrodnia siostra Artura, Morgana. Służyła mu mądrą i uczciwą radą, a mimo to wielu wiktoriańskich oszustów próbowało wymazać ją z kart historii.
Kiedyś już nam o tym opowiadał. Może nawet ze sto razy, przy stu różnych dymiących ogniskach. Czasami czuliśmy się, jakby Artur i jego rycerze uczestniczyli we wszystkich naszych działaniach... ale lubiliśmy ich towarzystwo.
Skupiłam się na ciepłym, głębokim głosie Nasha, a nie na otaczających nas strasznych twarzach i krwi zamarzniętej wokół nich.
- Kapłanki czciły Boginię, która stworzyła ziemię rządzoną przez Artura. Niektórzy twierdzą, że zbudowała ją z własnego serca.
- To idiotyczne - wyszeptałam lekko drżącym głosem. Cabell sięgnął za siebie w poszukiwaniu mojej dłoni.
Nash prychnął.
- Może dla ciebie, moja panno, ale dla nich te opowieści są tak samo prawdziwe jak my. Zresztą wyspa była kiedyś częścią naszego świata i znajdowała się tam, gdzie dziś dumnie wznosi się wzgórze Glastonbury. Wiele wieków temu, wraz z nastaniem nowych religii i ludzi obawiających się czy wręcz nienawidzących magii, oderwała się od Anglii, stając się jednym z Pozaświatów. To właśnie tam kapłanki, druidzi i elfy uciekli przed niebezpieczeństwami świata śmiertelników i żyli w pokoju...
- Dopóki czarodziejki się nie zbuntowały - wtrącił Cabell, ryzykując spojrzenie w moją stronę. Jego głos wydawał się już pewniejszy.
- Dopóki czarodziejki się nie zbuntowały - przyznał Nash. - Współczesne czarodziejki są potomkiniami tych, które wygnano z Avalonu za paranie się mroczną magią...
Skupiłam się na cieple dłoni Cabella i jego palcach ściskających mocno moje. W końcu minęliśmy ostatnie ciało i przeszliśmy pod kamiennym łukiem. Za nim wiła się pokryta śliskim lodem ścieżka. Zatrzymaliśmy się ponownie, gdy mój brat wyczuł kolejny sigil - i to zanim zdołał go zobaczyć - tym razem umieszczony pod naszymi stopami.
- Dlaczego tak bardzo zależy ci na tym głupim sztylecie? - zapytałam, obejmując się ramionami i próbując w ten sposób się ogrzać.
Nash spędził rok na jego poszukiwaniach, rezygnując z płatnych zleceń i łatwiejszych znalezisk. Co prawda ustaliłam położenie tego skarbca wcześniej niż on, ale... Nash nigdy nie interesował się moimi odkryciami.
- Nie sądzisz, że znalezienie legendarnej relikwii stanowi wystarczający powód? - zapytał, pocierając zaczerwieniony nos. - Kiedy ci na czymś zależy, musisz o to walczyć. Kłami i pazurami. Albo po prostu sobie odpuścić.
- Droga oczyszczona - wtrącił Cabell, podnosząc się z ziemi. - Możemy iść dalej.
Nash ruszył przed siebie.
- Pamiętajcie, moje drogie chochliki, że czarodziejka Edda uwielbiała podstępy. I nie wszystko jest takie, jakie się wydaje.
Wystarczyło kilka kroków, żebym zrozumiała, co miał na myśli.
Zaczęło się od lampy naftowej stojącej obok jednego z ciał uwięzionych w lodzie, tak jakby Poszukiwacz przypadkowo ją tu odłożył, oparł się o zamarzniętą ścianę i został przez nią pochłonięty.
Przeszliśmy obok, nie zwracając na nią większej uwagi.
Potem była drabina, która pozwoliłaby nam bezpiecznie zejść na niższy poziom.
Wykorzystaliśmy nasze liny.
A potem, gdy temperatura spadła jeszcze bardziej i zrobiło się śmiertelnie zimno, zauważyłam nieskazitelnie białe futro. Miękkie i ciepłe, dokładnie takie, jakie mogła zostawić roztargniona czarodziejka na równie kuszącej skrzyni z wekami.
Weź nas, szeptały. Spróbuj nas.
I zapłać krwią.
Światło Ignatiusa ujawniło prawdę. Żyletki i zardzewiałe gwoździe wszyte wewnątrz płaszcza. Pająki kłębiące się w słojach. Brak szczebli w drabinie, z wyjątkiem pierwszego. Nawet lampa wypełniona była Duszącą Matką - substancją, której opary zagnieżdżały się w płucach, uniemożliwiając oddychanie. Robiono ją z krwi matki dzieciobójczyni. Każdy, kto otworzyłby czaszę, by zapalić knot, zginąłby w mgnieniu oka.
Minęliśmy wszystkie te pułapki, a Cabell zniwelował mroczną magię klątw umieszczonych pomiędzy nimi. Wydawało mi się, że minęły długie godziny, zanim dotarliśmy do głównej, wewnętrznej części skarbca.
Okrągła komora lśniła bladym, lodowym światłem. Pośrodku znajdował się ołtarz, a na nim, na aksamitnej poduszce, leżał sztylet o kościstobiałej rękojeści.
Nash, któremu nigdy nie brakowało słów, tym razem milczał. Nie cieszył się, jakbym się tego spodziewała. Nie skakał na palcach z radości, nawet kiedy Cabell usunął ostatnią z chroniących relikwię klątw.
- Co się dzieje? - zapytałam. - Nie mów mi, że to nie ten sztylet!
- Nie, nie, ten - odpowiedział dziwnym tonem. Mój brat odsunął się od ołtarza, pozwalając Nashowi podejść bliżej.
- No cóż - westchnął Nash, a jego dłoń zawisła na chwilę nad rękojeścią, po czym się na niej zacisnęła. - Witaj, skarbie!
- Co teraz? - zapytał Cabell, spoglądając uważnie na naszego opiekuna.
Zapewne powinien zapytać, komu Nash zamierza sprzedać ten sztylet. Może chociaż raz będzie nas stać na przyzwoity dach nad głową i zapasy żywności.
- Teraz zaś... - odpowiedział cicho mężczyzna, unosząc ostrze tak, żeby zabłysło w świetle czołówki. - Pójdziemy do Tintagel po główną nagrodę.
Do Kornwalii pojechaliśmy pociągiem. Przybyliśmy na miejsce akurat w momencie, gdy potężna burza przetoczyła się nad klifami i zniewoliła mroczne ruiny zamku Tintagel swoją dziką, grzmiącą potęgą. Stoczyliśmy prawdziwą walkę podczas rozbijania namiotu na wietrze, w zacinającym bez przerwy deszczu, po czym poszliśmy spać. Ciała uwięzione w lodzie czekały na mnie w snach, tylko teraz miejsce tamtych Poszukiwaczy zajęli król Artur i jego rycerze.
Nash stał przed nimi, plecami do mnie, obserwując falującą lodową ścianę. Otworzyłam usta, żeby się odezwać, ale nie byłam w stanie wydusić z siebie choćby dźwięku. Nawet nie krzyknęłam, gdy Nash wszedł w lód, jakby chciał do nich dołączyć.
Obudziłam się z wrzaskiem, wijąc się i miotając, gdy próbowałam uwolnić się ze śpiwora. Pierwsze promienie świtu rzucały przez czerwoną tkaninę namiotu bladą poświatę.
Wystarczająco jasną, żebym się zorientowała, że zostałam sama.
Odeszli.
Cisza wypełniła moje uszy, aż poczułam mrowienie na całym ciele. Palce miałam zbyt zdrętwiałe, by rozsunąć zamek w klapie namiotu.
Odeszli.
Brakowało mi tchu. Wiedziałam. Wiedziałam. Wiedziałam. Wiedziałam. Znowu mnie zostawili.
Krzyknęłam z frustracji, szarpnęłam za zamek i odsunęłam klapę, po czym wpadłam w zimne błoto.
Deszcz lał jak z cebra, uderzał w moje włosy i bose stopy, kiedy rozglądałam się dookoła. Gęsta mgła wirowała wokół mnie, zasnuwała wzgórza. Odcinała mnie od nich.
- Cabell? - krzyknęłam. - Hej, Cabell, gdzie jesteś?
Wbiegłam w mgłę, pomiędzy skały, a wrzosy i osty raniły mi nogi. Nie czułam nic. Tylko krzyk rosnący w mojej piersi i towarzyszący mu palący ból.
- Cabell! - nawoływałam. - Nash!
Zahaczyłam o coś stopą i upadłam. Potoczyłam się po ziemi, aż uderzyłam o kamień i straciłam dech. Nie byłam w stanie zaczerpnąć powietrza. Wszystko mnie bolało.
Krzyk, który z siebie wydałam, przeszedł w coś zupełnie innego.
- Cabell - zaszlochałam. Gorące łzy ciekły mi po policzkach, choć deszcz wciąż smagał mnie po twarzy.
Na co nam się przydasz?
- Proszę! - błagałam, kuląc się. Odpowiedziało mi tylko morze, z rykiem uderzające o skalisty brzeg. - Proszę... Przydam się... Proszę...
Nie zostawiajcie mnie tu.
- Tam... sin?
Na początku pomyślałam, że się przesłyszałam.
- Tamsin? - Głos był cichy, niemalże zagłuszony przez burzę.
Podniosłam się, walcząc z przytrzymującą mnie trawą i błotem. Rozejrzałam się dookoła.
Na chwilę mgła się rozstąpiła i na szczycie wzgórza go dostrzegłam, bladego jak duch. Czarne włosy przyklejone do czaszki, rozkojarzone ciemne oczy. Tak bardzo zagubione.
Ślizgałam się raz po raz, wędrując po stoku w górę, po drodze chwytałam się traw i kamieni, aż w końcu do niego dotarłam i mocno objęłam.
- Nic ci nie jest, Cab? Wszystko w porządku? Co się stało? Gdzie poszedłeś?
- On... odszedł! - Głos miał cienki jak nić, a skórę jak blok lodu. Wyraźnie widziałam też, jak błękit wpełza na jego usta. - Obudziłem się i go nie było. Zostawił swoje rzeczy... Szukałem go, ale on...
Odszedł.
Ale mój brat został. Przytrzymałam go mocniej, a on wtulił się we mnie. Jego łzy kapały mi na ramię. Jeszcze nigdy tak bardzo nie nienawidziłam Nasha. Okazał się dokładnie takim człowiekiem, za jakiego go uważałam.
Tchórzem. Złodziejem. Kłamcą.
- A-ale on... wróci, prawda? - szepnął Cabell. - Po prostu zapomniał nam powiedzieć, że gdzieś idzie.
Nie chciałam okłamywać brata, więc nie odpowiedziałam.
- Powinniśmy wrócić do namiotu i na niego zaczekać.
Czekalibyśmy tak po wsze czasy. Czułam prawdę w kościach. Nash pozbawił się swoich kul u nogi. Nie zamierzał wrócić. Okazał mi łaskę, nie zabierając ze sobą Cabella.
- Wszystko jest dobrze - szepnęłam. - Nic nam nie będzie. Potrzebujemy tylko siebie. Nic nam nie jest...
Nash mówił, że niektóre zaklęcia trzeba wypowiedzieć trzy razy, żeby się spełniły, ale nie byłam na tyle głupia, żeby w to wierzyć. Nie należałam do dziewczyn z pozłacanych książek z bajkami. Nie dysponowałam magią ani Wspólną Wizją.
Miałam tylko Cabella.
Ciemna szczecina znów wyłoniła się z jego skóry i poczułam, jak kości jego kręgosłupa przesuwają się, próbując zmienić ułożenie. Przytuliłam go mocniej. Strach wirował w moim żołądku, gdyż to Nash zawsze pomagał Cabellowi wrócić do ludzkiej postaci, nawet po pełnej przemianie.
Teraz mój brat miał tylko mnie.
Przełknęłam ślinę, próbując osłonić go przed siąpiącym deszczem i wiatrem. I wtedy zaczęłam mówić:
- Dawno, dawno temu w królestwie zagubionym w potokach czasu król imieniem Artur rządził zarówno ludźmi, jak i elfami...
Bez względu na to, co mówią ludzie, nie chcą znać prawdy i sami się w tej kwestii okłamują.
Chcą wersji już w nich żyjącej, zanurzonej tak głęboko w ich duszach jak szpik w kości. Pragną nadziei wypisanej na ich twarzach w misternym języku, którego niewielu umie odczytać.
Na szczęście ja potrafiłam.
Sztuczka polegała na tym, żeby poczuli się tak, jakbym niczego nie dostrzegała. Jakbym nie mogła odgadnąć, kto rozpacza z powodu utraconej miłości, kto z powodu przegranych pieniędzy, a kto przez chorobę, której skutków nie uniknie. Wszystko sprowadzało się do jednego pragnienia, tak przewidywalnego i boleśnie ludzkiego: usłyszeć własne marzenia wypowiadane przez kogoś innego, jakby nadawało im to moc sprawczą.
Jakby było zaklęciem.
Ale marzenia były niczym więcej niż zmarnowanym oddechem ulatującym z człowieka, gdyż magia zawsze zabierała więcej, niż dawała.
Nikt nie chciał usłyszeć prawdy i wcale mi to nie przeszkadzało. Kłamstwa bardziej się opłacały; bezwstydnie głoszone fakty zapewniały jedynie - jak wypomniał mi kiedyś mój szef Myrtle, mistyczny augur z firmy Tarot Mistycznego Augura - fatalne recenzje w internecie.
Potarłam ramiona ukryte pod wełnianym szalem, zerkając na elektroniczny zegarek stojący po mojej prawej stronie: 0.30... 0.29... 0.28...
- Wyczuwam... Tak, czuję, że masz inne pytanie, Franklin - powiedziałam, dotykając dwoma palcami czoła. - Właśnie to, z którego powodu tu przyszedłeś.
Świecący dyfuzor olejków eterycznych radośnie bulgotał za moimi plecami, choć rozsiewany przez niego aromat paczuli i rozmarynu znów okazał się bezsilny wobec wydobywającego się spod starych desek podłogowych zapachu kalmarów smażonych na głębokim tłuszczu oraz odoru śmietników stojących z tyłu budynku. Ciasne, ciemne pomieszczenie wydawało się kurczyć, choć oddychałam przez usta.
Mistyczny Augur przycupnął przy bostońskim targowisku Faneuil Hall wiele dekad temu, gdzie sąsiadował z kolejnymi tanimi i regularnie bankrutującymi restauracjami, które serwowały owoce morza na parterze budynku. Ostatnio był to szczególnie złośliwy Lobster Larry's.
- To znaczy... - odezwał się klient, spoglądając na łuszczącą się kwiecistą tapetę i stojące tuż obok posążki Buddy i Izydy. Następnie przeniósł wzrok na karty, które rozłożyłam przed nim na stole. - No cóż...
- No śmiało! - spróbowałam jeszcze raz. - Interesują cię twoje egzaminy końcowe? Kariera zawodowa? Nadchodzący sezon huraganów? A może ciekawi cię, czy twoje mieszkanie jest nawiedzone?
Playlista złożona z dźwięków relaksującego deszczu i gongów wiatrowych sączących się z mojego telefonu właśnie dobiegła końca. Sięgnęłam po komórkę, żeby puścić ją od początku. Zakurzone świece elektryczne migotały dookoła na półkach, choć ciemność rozlewająca się wokół nich skutecznie ukrywała szczegóły obskurnego pomieszczenia.
No dalej, pomyślałam lekko poirytowana.
Miałam za sobą sześć długich godzin słuchania utworów wyśpiewywanych przez mnichów i bezmyślnego przestawiania kryształów na półkach, przerywanego wizytami nielicznych klientów. Cabell pewnie zdobył już klucz i po zakończeniu tego spotkania mogłam wreszcie zająć się prawdziwą robotą.
- Po prostu nie rozumiem, co ona w nim widzi... - zaczął Franklin, lecz urwał, gdy przerwało mu cyfrowe zawodzenie mojego zegara.
Zanim zdążyłam zareagować, drzwi się otworzyły i do środka wpadła młoda dziewczyna.
- Wreszcie! - zawołała, odsuwając dramatycznym ruchem tanią zasłonę z koralików. - Moja kolej!
Franklin odwrócił się i na nią spojrzał. Rozchmurzył się, co świadczyło o zainteresowaniu nieznajomą. Cóż, wyraźnie podekscytowana emanowała taką energią, że trudno było odwrócić od niej wzrok. Jej ciemnobrązowa skóra delikatnie błyszczała, prawdopodobnie za sprawą kremu, który pachniał miodem z wanilią. Warkocze skręciła w dwa koki na głowie, a usta pociągnęła szminką w kolorze głębokiego fioletu.
Obrzuciła Franklina pełnym pogardy spojrzeniem, po czym na mnie cmoknęła. W ręku trzymała discmana i piankowe słuchawki, relikty uboższych technologicznie lat. Jako osoba niezdolna do wyrzucenia czegokolwiek byłam nimi oczarowana.
Ale urok szybko prysł, gdy dziewczyna sięgnęła do paska i schowała oba gadżety do czegoś, co przypominało różową nerkę. Taką z fluorescencyjnymi kotkami i napisem JESTEM MIAU-GICZNA wyszytym zieloną, neonową nicią.
- Neve. - Starałam się nie westchnąć. - Chyba nie umawiałyśmy się na dzisiaj.
Uśmiechnęła się oślepiająco i wyrecytowała treść tabliczki znajdującej się na drzwiach.
- Dla ciebie zawsze znajdziemy czas!
- Miałem zamiar zapytać, czy wrócimy z Olivią do siebie... - zaprotestował Franklin.
- Zostawmy coś na następny raz, dobrze? - odpowiedziałam słodkim tonem.
Sięgnął po plecak, spoglądając na mnie nieśmiało.
- Ale... nie powiesz nikomu, że tu byłem?
Gestem dłoni wskazałam na napis wiszący tuż nad moim prawym ramieniem, GWARANTUJEMY POUFNOŚĆ, a następnie ten umieszczony bezpośrednio pod nim, NIE PONOSIMY ODPOWIEDZIALNOŚCI ZA DECYZJE PODJĘTE NA PODSTAWIE ODCZYTÓW. Szkoda, że zawisł o jakieś trzy pozwy za późno.
- Do zobaczenia następnym razem - dodałam i pomachałam mu, licząc, że nie wyglądam tak groźnie, jak się czuję.
Neve zajęła miejsce chłopaka, kładąc łokcie na stole i opierając brodę na dłoniach. Spojrzała na mnie wyczekująco.
- No co tam? - zapytała. - Jak leci, kochana? Jakieś ciekawe zleconka? Nikczemniaste klątewki do ogarnięcia?
Spojrzałam przerażona w stronę drzwi, ale Franklina już dawno nie było.
- Jakie pytania chciałabyś zadać dziś kartom? - zapytałam ostrym tonem.
Dwa tygodnie temu zostawiłam na stole moje rękawice robocze, wykonane z jaszczurczej skóry, zwanej smoczą łuską. Neve jakimś cudem je rozpoznała i niefortunnie skojarzyła z moją prawdziwą profesją. Jej wiedza o Poszukiwaczach i magii sugerowała, że prawdopodobnie należała do Oświeconych - tym terminem określano ludzi mających jakiś magiczny dar. Inna sprawa, że nigdy nie widziałam jej w naszych miejscach spotkań.
Sięgnęła do kieszeni swojego postrzępionego, czarnego futra i położyła na stole pomięty banknot dwudziestodolarowy. Wystarczał na piętnaście minut.
Tyle czasu mogłam jej poświęcić.
- Twoje życie jest takie ekscytujące - powiedziała radosnym głosem, jakby wyobrażała sobie, że jest mną. - Wczoraj czytałam o czarodziejce Hilde... Czy ona naprawdę ostrzyła sobie zęby, by wyglądać jak kot? To musiało być bolesne. Jak tu jeść bez ciągłego ranienia sobie ust?
Ponieważ nie chciałam zgrzytać zębami, oparłam się z powrotem o krzesło i nastawiłam zegar. Piętnaście minut. Tylko piętnaście.
- Twoje pytanie? - przypomniałam, opatulając się wełnianym szalem.
Prawdę mówiąc, bycie Poszukiwaczką w dziewięćdziesięciu ośmiu procentach bazowało na prowadzeniu nudnawych analiz, a w dwóch procentach na przeżywaniu śmiertelnie niebezpiecznych przygód polegających na otwieraniu skarbców należących do czarodziejek. Sprowadzenie tego do jednej przerysowanej plotki nieco mnie zabolało.
Neve rozciągnęła swoją czarną koszulę, pokazując mi różowy nadruk przedstawiający kości żeber. Dżinsy miała poszarpane, z dziurami odsłaniającymi fragmenty fioletowych rajstop.
- Nie jesteś dziś zbyt rozmowna, Tamsin Lark. No dobrze, dobrze. Mam to samo pytanie, co zawsze: czy znajdę to, czego szukam?
Potasowałam karty i przyjrzałam się im, skupiając uwagę na ich przekładaniu, nie zaś intensywności jej spojrzenia. Pomimo lekkości ruchów i wesołości głosu jej oczy były jak ciemne stawy, grożące zatopieniem w wąskich wstęgach złota. Przypominały mi tygrysie oczy, kamienie używane przez mojego brata, i nieraz się zastanawiałam, czy mają związek z jej magicznym darem. Oczywiście nie ciekawiło mnie to na tyle, bym ją o to zapytała.
Przełożyłam talię siedem razy i sięgnęłam po pierwszą kartę, lecz nagle złapała moją rękę.
- Czy mogę sama wybrać? - zapytała.
- To znaczy... czemu nie? - odpowiedziałam, układając karty w wachlarz na stole. - Wybierz trzy.
Przez chwilę się zastanawiała, nucąc cichą melodię, której nie rozpoznałam.
- Jak myślisz, co zrobiliby ludzie, gdyby się dowiedzieli o istnieniu czarodziejek?
- Pewnie to samo, co zawsze robili z czarownicami - stwierdziłam sucho.
- Nie sądzę. - Neve przesunęła dłonią nad każdą kartą po kolei. - Myślę, że próbowaliby wykorzystać ich magię do własnych celów. Czarodziejki dysponują zaklęciami pozwalającymi przewidzieć przyszłość nieco bardziej precyzyjnie niż karty tarota, prawda? I potrafią odnaleźć pewne rzeczy...
I rzucać zabójcze klątwy, pomyślałam, zerkając na zegar. Jakaś część mnie podejrzewała, że wszystkie te wizyty stanowią podstęp, mający skłonić mnie do udziału w próbie odzyskania jakiegoś przedmiotu. Większość prac, jakie Cabell i ja wykonywaliśmy jako Poszukiwacze, była nam zlecana - najczęściej wchodziliśmy do skarbców po zagubione lub skradzione pamiątki rodzinne.
Neve rozłożyła na stole dwa rzędy po trzy karty, po czym rozsiadła się wygodnie, z zadowoleniem kiwając głową.
- Potrzebuję tylko jednego rzędu - zaprotestowałam, po czym umilkłam. To nie miało znaczenia. Chciałam po prostu w miarę bezboleśnie przetrwać te ostatnie dziesięć minut, które dzieliły mnie od końca sesji. Dlatego zsunęłam pozostałe karty w schludny stosik. - No dalej, odwróć je.
Neve odwróciła dolny rząd. Odwrócone Koło Fortuny, Piątka Buław, Trójka Mieczy. Skrzywiła się poirytowana.
- Karty przedstawiają mi sytuację, działanie i wynik - wyjaśniłam, choć podejrzewałam, że doskonale o tym wiedziała. - Odwrócone Koło Fortuny sugeruje, że znalazłaś się w sytuacji, nad którą nie masz kontroli, i będziesz musiała się napracować, aby osiągnąć swój cel. Piątka Buław proponuje, abyś to przeczekała i nie brała się do nowych rzeczy, jeśli nie musisz. A wynik w postaci Trójki Mieczy wskazuje zwykle na rozczarowanie. Podejrzewam, że nie znajdziesz tego, czego szukasz, choć niekoniecznie z własnej winy.
Odwróciłam talię trzymaną w rękach.
- Na spodzie, u źródeł twojego problemu, znajduje się odwrócony Rycerz Buław.
Prawie się roześmiałam. Ta karta regularnie pojawiała się w jej odczytach, sygnalizując zniecierpliwienie i naiwność. Gdybym rzeczywiście wierzyła w te bzdury, powiedziałabym, że wszechświat próbuje jej coś uświadomić.
- Cóż, skoro karty tak uważają... - stwierdziła. - Ale nie oznacza to jeszcze, że mają rację. Zresztą życie nie byłoby tak zabawne, gdybyśmy nie mogły udowadniać innym, że się mylą.
- Racja - zgodziłam się, a na końcu mojego języka pojawiło się pytanie. Czego właściwie szukasz?
- Sprawdźmy w takim razie ciebie - stwierdziła Neve, odwracając drugi rząd kart. - Poznasz odpowiedź na problem, który krąży ci po głowie.
- Nie chcę - zaprotestowałam. - Naprawdę, nie mam...
Zdążyła już odsłonić Głupca, Wieżę i Siódemkę Mieczy.
- Och! - powiedziała dramatycznym tonem, chwytając moje dłonie. - Nieprzewidziane wydarzenie pchnie cię na nową ścieżkę, ale musisz uważać na osobę, która może cię zdradzić! Jakie pytanie chodziło ci po głowie?
- Żadne - odrzekłam, wyrywając ręce z jej uścisku. - Z wyjątkiem tego, co zjem dziś na kolację.
Neve się zaśmiała, odsuwając krzesło.
Spojrzałam na zegar.
- Masz jeszcze pięć minut - oświadczyłam.
- Nie szkodzi. Dowiedziałam się już wszystkiego, czego chciałam - stwierdziła, wyciągając discmana z tej okropnej nerki i zawieszając sobie słuchawki na szyi. - A właśnie, co robisz jutro wieczorem?
Kasa to zawsze kasa. Zrezygnowana, sięgnęłam po oprawiony w skórę terminarz.
- Zapiszę cię na spotkanie. O której godzinie?
- Nie, nie, mam na myśli wspólne wyjście... - Widząc moje puste spojrzenie, od razu dodała: - Wspólne wyjście, popularny zwrot oznaczający, że ludzie jedzą razem posiłek na mieście, oglądają film albo też robią cokolwiek innego, co wiąże się z miłym spędzaniem czasu.
Zamarłam. Czyżbym źle odczytała jej zainteresowanie? Kiedy w końcu zdołałam się ogarnąć, wybrałam słowa równie niezręczne, co sztampowe.
- Och... Przepraszam... Nie kręcą mnie dziewczyny.
Śmiech Neve był jak dzwoneczki na wietrze.
- Masz czego żałować, chociaż akurat nie jesteś w moim typie. Miałam na myśli zwykłą znajomość.
Splotłam ręce ukryte pod welwetowym obrusem.
- Nie wolno mi przyjaźnić się z klientami.
Jej uśmiech zamarł na chwilę i zrozumiałam, że wyczuła kłamstwo.
- Jasne, nie ma sprawy.
Nałożyła swoje oldskulowe słuchawki na uszy i odwróciła się w stronę wyjścia. Pianki nie zdołały powstrzymać wydostającego się na zewnątrz charakterystycznego dźwięku basu i zniekształconego brzęczenia nieco melancholijnych gitar. Pokój zalało nieziemskie zawodzenie jakiejś kobiety, wzmocnione przez nierówny rytm perkusji, przez który poczułam rosnący niepokój.
- Czego ty, do cholery, słuchasz? - zapytałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.
- Cocteau Twins - odpowiedziała Neve, zsuwając słuchawki. Jej oczy błyszczały z podekscytowania. - Słyszałaś o nich? Byli niesamowici; każda piosenka przypominała sen.
- Nie mogli być aż tak niesamowici, skoro nigdy o nich nie słyszałam - stwierdziłam. - Powinnaś ich kapkę ściszyć, zanim stracisz słuch.
Zignorowała mnie.
- Ich piosenki są jak różne światy - dodała, owijając kabel słuchawek wokół owalnego urządzenia. - Wiem, że to głupie, ale kiedy ich słucham, zapominam o całym świecie. Przestaje mieć dla mnie znaczenie. Czuję tylko muzykę. Przepraszam... Pewnie cię to nie obchodzi.
Tak rzeczywiście było, ale mimo to poczułam się winna. Neve ruszyła w stronę drzwi w momencie, w którym pojawił się w nich Cabell. Zamrugał, kiedy go mijała.
- Pa! - zawołała, zbiegając po schodach. - Do następnego spotkania, Wyrocznio!
- Kolejna zadowolona klientka? - Mój brat zatrzymał się w drzwiach, unosząc brwi. Przeczesał dłonią długie, sięgające ramion włosy.
- Ależ oczywiście - odpowiedziałam, zsuwając szal z ramion. Po związaniu włosów w kucyk zebrałam karty ze stołu i złożyłam w stosik. Sięgnęłam po aksamitny woreczek, w którym je przechowywałam, i dopiero wtedy spojrzałam, co znajdowało się na spodzie talii.
Nigdy nie lubiłam karty Księżyc. Nie potrafiłam tego wyjaśnić i dlatego nienawidziłam jej jeszcze bardziej. Za każdym razem, gdy na nią patrzyłam, czułam się, jakbym próbowała wyciągnąć jakieś zatarte wspomnienie z głębi umysłu, który nigdy niczego nie zapominał.
Przyjrzałam się dokładniej obrazkowi na karcie. Nie byłam w stanie stwierdzić, czy księżyc o srebrzystej tarczy spał, czy też tylko kontemplował długą ścieżkę wijącą się w dole. W oddali czekały ukryte za mgłą błękitne wzgórza, strzeżone przez dwie kamienne wieże, milczące strażniczki prawdy kryjącej się za horyzontem.
Wilk i pies, bracia w strachu, jeden dziki, drugi oswojony, wyły ku błyszczącej tarczy widocznej na tle ciemnego nieba. Tuż obok nich rak wypełzł na brzeg jeziora.
Kiedy mój wzrok zatrzymał się na mrocznym ogarze, poczułam ucisk w żołądku.
- Jak dziś poszło? - zapytał Cabell, przypominając mi o swojej obecności.
Zabrałam swoją część dziennego urobku, resztę zaś włożyłam do sejfu. Potem pokazałam bratu dwa banknoty studolarowe.
- Całkiem nieźle - stwierdził. - Przynajmniej wiemy już, kto stawia dziś kolację. Mam ochotę na szwedzki stół owoców morza w Lobster Larry's.
Mój brat był dość tyczkowaty i raczej kościsty, ale wyglądał doskonale w czymś, co przypominało sprawdzony strój Poszukiwacza: luźne brązowe spodnie i pas z narzędziami niezbędnymi do pracy, w tym toporem, woreczkiem z kryształami oraz fiolkami z szybko działającą trucizną i odtrutką na nią.
Wszystko, czego człowiek potrzebował, żeby opróżnić skarbiec czarodziejki z przedmiotów, które gromadziła przez wieki, i zachować zarówno życie, jak i zdrowie.
- Dlaczego nie zjesz odpadów ze śmietnika na tyłach budynku? - zapytałam. - Skoro zależy ci właśnie na takim doświadczeniu kulinarnym...
- Odbieram to jako sugestię, że chcesz zajrzeć do biblioteki i wyhaczyć kilku potencjalnych klientów, a wieczorem zamówić pizzę. Dziesiątą z rzędu - odpowiedział.
- A jak tam klucz potrzebny do akcji u czarodziejki Gai? - zmieniłam temat, sięgając po torbę. - Czy znalazłeś odpowiedni w zbiorach biblioteki, czy skończyło się na wizycie u Kostnika?
Aby otworzyć zapieczętowaną Żyłę, jedną z magicznych ścieżek prowadzących do siedziby czarodziejki, potrzebowaliśmy krwi i kości samej zainteresowanej, względnie kości jej bliskich krewnych. Kostnik pozyskiwał je i odpowiednio preparował.
- Musiałem go odwiedzić - przyznał, podając mi klucz. Wyglądał jak dwie kości palców zespolone złotym drutem. - Możemy spróbować odwiedzić ten grobowiec w weekend.
- O rany boskie - mruknęłam. - Ile kosztował?
- Tyle co zwykle. - Wzruszył ramionami. - Przysługa za przysługę.
- Nie możemy ciągle rozdawać przysług - odpowiedziałam stanowczym tonem, wyłączając muzykę i gasząc kolejne świeczki elektryczne.
- A to dlaczego? - Oparł się biodrem o framugę.
Ten drobny ruch - i niedbały ton głosu - sprawiły, że zatrzymałam się w pół kroku. Nigdy dotąd aż tak nie przypominał mi Nasha, człowieka, który wbrew swojej woli wychował nas i wciągnął w swój fach, a następnie porzucił, zanim którekolwiek z nas dojrzało.
Cabell zerknął na dekorację biura należącego do Mistycznego Augura.
- Będziesz musiała porzucić tę gównianą fuchę, jeśli chcesz płacić Kostnikowi w tradycyjny sposób.
Jakimś cudem znowu doszliśmy do najmniej lubianego przeze mnie tematu.
- Ta "gówniana fucha" pozwala nam opłacić dach nad głową i jedzenie. Choć oczywiście sam możesz poprosić o dodatkowe zmiany w salonie tatuażu.
- Przecież wiesz, że nie o to mi chodzi - mruknął poirytowany. - Gdybyśmy po prostu poszli po jakiś legendarny relikt...
- Albo na przykład schwytali jednorożca - przerwałam mu. - Albo odnaleźli wrak pirackiej łajby. Gdybyśmy złapali spadającą gwiazdę i włożyli ją do kieszeni...
- Dobra, dobra - westchnął Cabell, a jego uśmiech zgasł. - Wystarczy. Wyraziłaś swoją opinię.
Nie przypominaliśmy innych Poszukiwaczy ani też Nasha. Oni wiecznie gonili za marzeniami. Jasne, gdybyśmy sprzedali legendarny artefakt na czarnym rynku, moglibyśmy zarobić tysiące, jeśli nie miliony, ale opłacilibyśmy to latami poszukiwań. Relikty stawały się coraz rzadsze. Ludzie z innych części świata, władający odpowiednio potężną magią, starannie zabezpieczali swoje skarbce, pozostawiając nam do dyspozycji tylko skrzętnie przeczesaną Europę. Ponadto nie mieliśmy odpowiednich środków, by pokusić się o znalezienie czegoś naprawdę cennego.
- Prawdziwe pieniądze przynosi prawdziwa praca - przypomniałam mu. Bądź co bądź Mistyczny Augur mieścił się w tej definicji. Zapewniał elastyczne godziny i uczciwe wynagrodzenie, choć płacone pod stołem. Potrzebowaliśmy takiej pracy, żeby móc przyjmować zlecenia z biblioteki gildii, zwłaszcza że liczba fuch systematycznie malała, a i klienci robili się coraz bardziej oszczędni.
Być może Mistyczny Augur był pułapką na turystów, bazującą na kadzidłach i bredniach o zapachu paluszków rybnych, ale dał nam coś, czego wcześniej nie mieliśmy. Stabilność.
Nash nigdy nie zapisał nas do szkoły. Nigdy nie wyrobił żadnemu z nas dokumentów tożsamości. Po prostu przygarnął dwoje sierot pochodzących z różnych stron świata i traktował niczym jakieś głupie pamiątki. Dostaliśmy od niego jedynie świat Poszukiwaczy i czarodziejek, obcy i zupełnie nieznany zwykłym ludziom. Wychowaliśmy się na kolanach zazdrości, karmieni ręką zawiści i chronieni baldachimem chciwości.
Tak naprawdę Nash nie tylko zmusił nas do zanurzenia się w swoim świecie, ale też nas w nim uwięził.
Podobało mi się życie, które stworzyliśmy dla siebie po jego odejściu. Ceniłam tę małą stabilizację, którą osiągnęliśmy, kiedy mogliśmy już sami o siebie zadbać.
Sęk w tym, że Cabell chciał tego, co obiecał mu nasz opiekun: potencjału, chwały, cennych znalezisk.
Zacisnął usta, drapiąc się po nadgarstku.
- Nash zawsze mówił, że...
- Daj spokój! - ostrzegłam. - Nie cytuj mi tu Nasha!
Wzdrygnął się, ale zupełnie mnie to nie obchodziło.
- Dlaczego zawsze tak reagujesz? - zapytał. - Wkurzasz się na każdą wzmiankę o nim...
- Ponieważ nie zasługuje na wysiłek, jakiego wymaga wypowiedzenie jego imienia - ucinam.
Przerzuciłam swoją skórzaną torbę przez ramię i zmusiłam się do uśmiechu.
- Chodź, przejrzymy oferty pracy w bibliotece, a potem zajrzymy do czarodziejki Madrigal, żeby oddać jej broszkę.
Na dźwięk tego imienia Cabell zadrżał. Poklepałam go po ramieniu. Cóż, podczas konsultacji czarodziejka zainteresowała się nim do tego stopnia, że nawet mnie tym zaniepokoiła. I to zanim zdecydowała się zlizać kroplę potu z jego policzka.
Zamknęłam drzwi i zeszłam za Cabellem po skrzypiących schodach. Choć była już noc, wokół panował gwar. Wokół nas krążyli turyści, rozweseleni i zaróżowieni od rześkiego, wczesnojesiennego powietrza.
Cudem tylko uniknęłam zderzenia z kilkoma z nich, którzy przekrzywiali głowy i spoglądali na budynek Quincy Market. Pozowali do zdjęć przed restauracjami, wcinali pączki z jabłkową marmoladą, pchali po bruku wózki ze śpiącymi dziećmi, podążając w stronę swoich hoteli.
To było życie, którego nigdy nie miałam i pewnie nigdy nie będę miała.
Kiedy weszliśmy do atrium biblioteki gildii, echo powitało nas śmiechem. Moja skóra momentalnie stała się tak lodowata, jak otaczające nas marmurowe ściany.
Ze spotkań Poszukiwaczy nigdy jeszcze nie wyniknęło nic dobrego, zwłaszcza kiedy odbywały się tuż przed północą. To był czas klątw, kiedy osądy ludzi zasnuwał alkohol.
Żałowałam, że nie zatrzymaliśmy się na kolację, tylko wybraliśmy spacer do Beacon Hill, gdzie w niepozornej kamienicy mieściła się biblioteka.
- Ech - westchnęłam. - Idealne wyczucie czasu.
- Masz talent do wpadania na ludzi, na których nie chcesz wpaść - przyznał Cabell. - To prawie tak, jakby ten gmach próbował ci coś powiedzieć.
- Że muszę znaleźć sposób na zwinięcie im kluczy, żeby nie mogli tu przychodzić?
Mój brat potrząsnął głową.
- Kiedy wreszcie zrozumiesz, że odpychanie wszystkich dookoła kończy się zawsze tym samym: samotnością?
- To byłoby moje "i żyła długo i szczęśliwie" - odparłam, upewniając się, że zatrzasnęłam za sobą drzwi.
I to nie byle jakie drzwi. Drzwi Wszystkich Dróg zabrano ze skarbca potężnej czarodziejki ponad sto lat temu, w czasach, gdy gildia dopiero raczkowała. W przeciwieństwie do szkieletowych klamek, które służyły do zakotwiczania jednego końca danej Żyły do drugiego, Drzwi Wszystkich Dróg otwierały nieskończoną liczbę przejść tymczasowych. Innymi słowy, zabierały cię w dowolne miejsce, o ile mogłeś wyobrazić je sobie odpowiednio wyraźnie. Oczywiście działały tylko wtedy, kiedy miało się pasujący do nich mosiężny klucz.
Nasz klucz członkowski odziedziczyliśmy po Nashu, któremu niechętnie wydano go po pozytywnym rozpatrzeniu jego podania przez gildię. Zaproponowana przez opiekuna obowiązkowa darowizna - tarcza Eneasza - okazała się na tyle wartościowym reliktem, że pozostali członkowie gildii byli skłonni zapomnieć o jego nieciekawej reputacji.
Problem z Drzwiami Wszystkich Dróg polegał na tym, że po ich zamontowaniu biblioteka stała się obowiązkowym etapem każdej naszej podróży. Co prawda mogliśmy przyjść tutaj na piechotę i po prostu poczekać, aż Bibliotekarz nas zauważy i otworzy boczne wejście, jednak łatwiejszą drogę - tę, z której korzystała większość członków gildii - stanowiły właśnie te drzwi. Wystarczyło włożyć klucz członkowski do dowolnego starego zamka, przekręcić i w ciągu kilku chwil było się na miejscu. Najczęściej używaliśmy drzwi szafy na pościel w naszym mieszkaniu na North End. Dopiero gdy znaleźliśmy się w bibliotece, mogliśmy użyć Drzwi Wszystkich Dróg, aby kontynuować podróż do miejsca docelowego.
W drodze powrotnej ponownie musieliśmy przez nie przejść, a mój żołądek się skręcał, gdy wyobrażałam sobie kolejne spotkanie z gośćmi zgromadzenia.
Napięcie na twarzy Cabella nieco zelżało, gdy odchylił się do tyłu i spojrzał w głąb długiego, zadbanego holu, za którym znajdowała się główna sala. Ciepły blask świec wydawał się kuszący i sprawiał, że białe plamki na kamiennej podłodze mieniły się jak mgławica.
- Dziś jest piątek? - zdziwiłam się. Gwiazdami piątkowych spotkań byli Poszukiwacze, którzy z reguły po pijaku opowiadali o odkrytych przez siebie skarbcach i odnalezionych relikwiach. Wszelkie nadzieje na szybkie spotkanie z Bibliotekarzem rozmyły się jak łzy na deszczu.
- Wtorek. Wygląda na to, że Endymion Dye i jego załoga powrócili z wyprawy - zauważył Cabell.
Pogardzałam sobą za autodestruktywną ciekawość, przez którą momentalnie spojrzałam w głąb holu. I rzeczywiście, Dye stał przy jednym ze stołów, otoczony członkami gildii, którzy pogwizdywali z podziwem i płaszczyli się wokół niego, starając się od czasu do czasu wtrącić jakieś słowo potwierdzające ich zachwyt. Jego burza siwych włosów znów mnie zaskoczyła, choć widziałam ją już niejeden raz. Po raz pierwszy pojawiła się trzy lata temu i stanowiła efekt działania klątwy pewnej czarodziejki.
Zacisnęłam szczękę. W jego towarzystwie zawsze czułam niepokój, i nie mówię tu tylko o jego oszałamiającym bogactwie i fakcie, że to jego rodzina założyła gildię i że to on ustala zasady. Nie chodziło mi również o jego szare oczy, które zdawały się przeszywać człowieka na wylot. Zachowywał się, jakby nikt z nas nie zasługiwał na przywilej poznania jego prawdziwych uczuć czy intencji.
Nawet Nash, który z uśmiechem mierzył się z chaosem, omijał Endymiona szerokim łukiem. Ten facet jest umoczony w jakimś gównie, Tamsy, powiedział pewnego dnia, gdy minęliśmy Dye'a po drodze na jedyne spotkanie gildii, które nasz opiekun uświetnił swoją obecnością. Trzymaj się od niego z daleka, jasne?
W tych rzadkich chwilach, gdy natykałam się na Endymiona, zawsze wydawał mi się tak doskonale opanowany, że teraz - przybity znojem z ostatniej wyprawy - sprawiał wrażenie wręcz nierealnego.
Mimo to nie był nawet w połowie tak irytujący jak jego syn, Emrys. Młodszy z Dye'ów, kiedy nie przepuszczał przyszłego spadku, na który jako siedemnastolatek nie zasługiwał, zazwyczaj przechwalał się jakąś znalezioną podczas rodzinnej wyprawy relikwią. Chwilami wydawał się istnieć tylko po to, by testować granice wytrzymałości mojego zdrowia psychicznego. Nie bez powodu nazywaliśmy go Funduszem Powierniczym.
- Nie widzisz Funduszu Powierniczego, co? - zapytałam w związku z tym.
Cabell znów zerknął na hol.
- Nie. Ech.
- Co "ech"?
- Dziwne, że ojciec go nie wziął - stwierdził Cabell. - Ale od tygodni nie widziałem chłopaka w bibliotece. Może trafił do jakiejś burżujskiej szkółki z internatem?
- Byłoby cudownie - westchnęłam. Choć szanse, żeby Emrys zrezygnował z polowania na relikwie choćby tymczasowo, wydawały mi się zerowe.
Endymion nawet nie słuchał rozmów Poszukiwaczy. Skrywał wzrok za ognikami odbijającymi się w szkłach okularów o cienkich oprawkach.
Cabell pogłaskał mnie po głowie.
- Zaczekaj. Przejrzę ogłoszenia o pracę. Mniejsze ryzyko, że się na nich natkniesz...
Poczułam ulgę i sięgnęłam po torbę, którą nosił na ramieniu.
- Dziękuję. Wyprztykałam się dziś z dowcipnych ripost.
Oparłam się o zimną kamienną ścianę. Poszukiwacze powitali Cabella z radością, niczym syna marnotrawnego. Skomentowali jego wygląd wytatuowanego samotnika i mocno go wyściskali. Jego głęboki śmiech i umiejętność barwnego opowiadania, której nauczył się od Nasha, niemalże przeważały nad niefortunnym związkiem z rodziną Larków.
Ale za każdym razem, gdy szedł na pokaz lub umawiał się z którymś z nich na drinka, gryzłam się w język, żeby mu nie przypomnieć, że za plecami nadal nazywali nas Larkowiczami.
Co pewnie by mnie uraziło, gdyby nie było tak głupie.
Nie szanowali go, a już na pewno nie obchodziły ich jego losy. Nigdy się nami nie przejmowali. Kiedy jako dzieci potrzebowaliśmy pomocy, tak zwana solidarność gildii znikała.
Tę pierwszą lekcję życia zawdzięczaliśmy Nashowi - uświadomił nam, że ludzie dbają tylko o siebie, więc jeśli chce się przetrwać, trzeba myśleć w podobny sposób. Czarodziejki były przynajmniej szczere w tej kwestii i nigdy nie udawały, że im na kimś zależy.
Cabell wrócił do mnie, trzymając w ręku trzy ogłoszenia o pracę, wszystkie wykaligrafowane charakterystycznym, szmaragdowozielonym atramentem Bibliotekarza.
- Nawet ciekawe, jak sądzę.
Sięgnęłam po nie i spojrzałam na nazwiska osób potrzebujących pomocy przy odzyskiwaniu przedmiotów. Większość należała do Oświeconych. I dobrze. Musieliśmy odsapnąć od czarodziejek.
Świeża fala radosnych okrzyków zmusiła mnie do ponownego spojrzenia w stronę głównej sali.
Endymion z irytującą powolnością zsunął opakowanie ochronne ze swego nowego znaleziska. Następnie dramatycznym gestem - który niósł ryzyko uszkodzenia reliktu, ale zadziałał na zebranych - rzucił relikwię na stół. Huk przetoczył się przez bibliotekę.
Masywna księga oprawiona była w skórę, a okładka popękała z upływem czasu. Grube stosy stron spojone srebrem wyglądały tak, jakby spędziły kilka ostatnich stuleci na próbach ucieczki z wnętrza tomu. Uniemożliwiał im ją ciężki metalowy zamek z symbolem drzewa Avalonu.
Poczułam ukłucie zazdrości, którego od razu pożałowałam.
- Nieśmiertelnik Callwen... - powiedziałam. Zbiór wspomnień spisany krwią po jej śmierci. Choć tworzenie podobnych tomisk było wśród czarodziejek powszechną praktyką, ten należał do najstarszych.
Wylegujące się na górnych półkach biblioteczne koty zasyczały, wyczuwając obecność klątw oplatających księgę. Przypominało to deszcz skwierczący na rozgrzanym dachu.
Zebrani Poszukiwacze zaczęli walić pięściami w stoły. Mój puls wyprzedzał ich kolejne uderzenia. Podeszłam do Drzwi Wszystkich Dróg.
- No dobrze - powiedziałam, wsuwając klucz w zamek. - Gdzie najpierw?
Po godzinach spędzonych na przemieszczaniu się między Bostonem, Savannah, Salem i St. Augustine nie dostaliśmy żadnej z trzech wybranych przez nas prac. Dwie zostały już wykonane przez Poszukiwacza z innej gildii, a za trzecią klientka zamierzała zapłacić nam bogatą kolekcją guzików.
Nie mieliśmy wyboru, jak jedynie dokończyć zlecenie dla czarodziejki Madrigal.
- Mówię tylko, że te perłowe guziki były dość efektowne - kontynuował Cabell, unikając wieczornych tłumów krążących po nowoorleańskiej Dzielnicy Francuskiej.
- Miały kształt gwiazd - skrzywiłam się.
- Masz rację. Cofam to, co powiedziałem - odparł mój brat. - Nie były efektowne, a czarujące. Myślę, że wyglądałyby na tobie uroczo...
Uderzyłam go barkiem, przewracając oczami.
- Teraz wiem, co ci kupić na święta - rzuciłam.
- Acha - odpowiedział, zerkając na żelazne balkony nad nami. Wąski księżyc oświetlał Nowy Orlean w całej jego barwnej postaci. Wydawał się wisieć ciut niżej niż zwykle. - Dlaczego nie mieszkamy w tym mieście? - westchnął.
Mogłabym wymienić tuzin powodów, ale liczył się tylko jeden: bo mieszkaliśmy w Bostonie. W jedynym domu, jaki kiedykolwiek mieliśmy.
Oboje instynktownie zwolniliśmy, gdy zbliżaliśmy się do zwyczajnej bocznej uliczki. Czarna posiadłość porośnięta bluszczem wznosiła się na końcu ślepej alejki, tuż poza zasięgiem bursztynowego światła ostatniej z lamp.
Czarna brama Rook House, zupełnie o to nieproszona, zaskrzypiała na powitanie. Owoce głogu nakrapiały ziemię wokół nierównego chodnika prowadzącego na frontowy ganek. Wstrzymałam oddech, ale ich butwiejący zapach i tak mnie odnalazł, wślizgując się na dłużej do nozdrzy.
Sposób, w jaki moje serce nieprzyjemnie uderzało o żebra, przywołał wspomnienie innych, podobnych rezydencji, przed którymi czekałam, ściskając małą dłoń Cabella i modląc się, by Nash nie dał się zabić podczas targowania się w środku z czarodziejką.
- Jesteś pewna, że masz broszkę? - zapytał, choć z pewnością wiedział, że ją mam.
- Nic mi nie będzie - obiecałam.
- Mogę pójść z tobą, naprawdę - stwierdził, spoglądając niespokojnie na budynek.
Wyciągnęłam z torby czarny, skórzany dziennik i przycisnęłam wytartą okładkę do klatki piersiowej brata.
- W międzyczasie możesz przetestować kilka kolejnych słów kluczy.
Dziennik był jedną z niewielu rzeczy, które pozostawił po sobie Nash. Stanowił chaotyczną plątaninę opowieści i notatek o artefaktach, legendach i magach, z którymi nasz opiekun skrzyżował ścieżki w trakcie swojego życia. Zapewne podejrzewał, że jego wścibscy podopieczni mogą je przeczytać, dlatego niektóre wpisy zanotował szyfrem. Udało nam się ustalić słowo klucz, dzięki któremu odczytaliśmy większość wpisów, jednak tego ostatniego, napisanego tuż przed jego zniknięciem, wciąż nie zdołaliśmy odcyfrować.
Cabell sięgnął po dziennik, ale wciąż był niespokojny.
- Teraz moja kolej - dodałam. Jeśli chodzi o dostarczanie zamówień czarodziejkom, jedno z nas zawsze zostawało na zewnątrz, na wypadek gdyby drugie utknęło z klientką, która odmówiła zapłaty. Poklepałam go po ramieniu. - Zaraz wrócę, obiecuję. Kocham cię!
- Tylko mi nie umrzyj - odpowiedział i oparł się z westchnieniem o płot.
Dom czarodziejki Madrigal zdawał się drżeć pod wpływem własnego chłodu. Szyby szczękały w oknach niczym zęby, a kości popękanego marmuru i metalowych ozdobników jęczały na wietrze.
Spojrzałam w górę, na wiekową fasadę rezydencji, i ruszyłam w stronę zapadającego się ganku.
- Będzie dobrze - szepnęłam do siebie, odchylając ramiona do tyłu. - To tylko dostawa. Odbierasz zapłatę i znikasz.
Zawsze starałam się sprawdzać naszych klientów przed spotkaniem, co znacznie zwiększało szanse na wykonanie zlecenia i odebranie gaży w jednym kawałku. Ale w bibliotece naszej gildii nie było prawie nic o Madrigal i nawet dziennik Nasha niewiele pomógł.
Madrigal - wiedźma, mistrzyni wszelkich żywiołów. Brak znanych relacji. Nie przyjmować zaproszenia na kolację.
Jej ogłoszenie o pracę wisiało na tablicy w naszej gildii przez długie miesiące. W końcu zebrałam się na odwagę, by po nie sięgnąć.
Zacisnęłam dłoń wokół broszki w aksamitnym etui. Negocjowanie tego zlecenia okazało się sporym wyzwaniem, a postanowienia umowy wydawały się kruche, zwłaszcza kiedy umysł podsuwał mi wizje tego, co mogłoby pójść źle. Tak naprawdę niewiele mogliśmy zrobić, gdyby Madrigal odmówiła dotrzymania ustaleń i zapłacenia za usługę. Tak wyglądało robienie interesów z potężniejszymi istotami - były kapryśne jak ogień i zawsze można było się sparzyć.
Drzwi się otworzyły, zanim zdążyłam wyciągnąć rękę do dzwonka.
- Dobry wieczór, panienko.
Kompan czarodziejki niemal całkowicie wypełnił masywne drzwi. Okazał się oszałamiającego wzrostu, z ramionami tak szerokimi jak ulica. Nazywała go Kochaniem, a czy było to jego imię, czy też przezwisko, wolałam nie pytać.
Ukłonił się, gdy podeszłam bliżej, rysy miał zaś tak nijakie jak za pierwszym razem, gdy go widziałam. Skórzana maska przylegająca do górnej połowy jego twarzy przypominała kaptur sokoła, przysłaniając mu oczy. W dodatku wlał swoje potężne ciało w elegancki, choć nieco staromodny uniform lokaja.
- Byłabyś łaskawa pójść za mną, panienko. - Akcent miał dziwny, melodyjny w niezbyt ludzki sposób. Prawdopodobnie zresztą nie był człowiekiem. Istoty magiczne należały w naszym świecie do rzadkości, lecz czarodziejki często przyjmowały je na służbę. Na całe życie.
Kompan cofnął się w czające się za nim ciemności. Woń ciepłego wosku i dymu świec uderzyła mnie, gdy tylko go minęłam. Złota spinka w jego klapie, figura szachowa z rogatym księżycem - symbol czarodziejki Madrigal - mieniła się w świetle pobliskiego kandelabru.
Gdzieś w głębi budynku zawodzący saksofon zmagał się z energicznymi nutami pianina, powoli pogrążając się w szaleństwie.
Dokończ zlecenie, pomyślałam, czując, jak krawędzie broszki wpijają mi się w dłoń.
- Czy zastałam twoją panią? - zapytałam.
- Oczywiście, panienko - odpowiedział kompan. - Bawi się.
Mój żołądek przypomniał mi o sobie.
- Czy mam wrócić innym razem?
- Ależ nie, panienko - stwierdził. - To by ją rozczarowało.
Jak każdy dobry kompan, doskonale wiedział, jak zadowolić swoją panią.
- No dobrze - udało mi się wykrztusić. Cofnęłam się o krok, pozwalając mu iść przodem. Podczas mojej poprzedniej wizyty w Rook House byłam tak zdenerwowana, że zapamiętałam jedynie plamy aksamitu na ścianach i wszechobecny zapach kadzidła. Teraz mogłam się nacieszyć budynkiem.
Podobnie jak tygodniowe cięte kwiaty, piękne meble, dzieła sztuki i pozłacane bibeloty zdążyły z wiekiem stracić swój blask. Ich powolny rozpad zapierał dech w piersiach, podobnie jak wilgotne, poplamione dywany i wszechobecny odór pleśni i zgnilizny.
Wypłowiały czerwony jedwab pokrywał ściany. Stół wyłożony kością przesunięto pod jedną z nich. Teraz stała na nim waza w kształcie splecionych dłoni, lornetka operowa i na wpół opróżniony puchar z czymś, co równie dobrze mogło być czerwonym winem, jak krwią.
Nad korytarzem wisiał mieniący się w blasku świec portret wyraźnie zaniepokojonego młodego mężczyzny w staromodnym mundurze. Na jego policzku widniał ślad czerwonej szminki, a z miejsca na wysokości serca sterczał nóż.
Pełzający strach wił się po mojej skórze niczym stado stonóg. Zbliżaliśmy się do pomieszczenia, z którego płynęła muzyka, aż dywany ustąpiły miejsca czarno-białym kafelkom. Mijane przez nas świece migotały, lecz dawały zbyt mało światła, by rozproszyć półmrok.
Korytarz doprowadził nas do okrągłego atrium, znajdującego się w centralnej części domu. Nad wielkimi schodami wznosiła się kopuła ozdobiona witrażami, przedstawiającymi kwitnący ogród pełen drzew i kwiatów, które pięły się w kierunku półksiężyca. Czerwone dywany i marmurowe schody miały tu odcień zgnilizny.
Zamiast wspiąć się po schodach, skierowaliśmy się w stronę karmazynowych drzwi, na których wyryto symbol czarodziejki. Muzyka ucichła na tyle, że wychwyciłam szmer dobiegających stamtąd głosów. Zamknęłam oczy, gdy kompan podniósł rękę, by zapukać.
Drzwi się otworzyły, a muzyka popłynęła jak krew z podciętego gardła.
Wyprostowałam się, unosząc podbródek, i ruszyłam za kompanem Madrigal. Tam wpatrywała się we mnie dziewczyna. Okrągła twarz, nieco zbyt duże oczy, wreszcie włosy, które nie były ani brązowe, ani blond. No i cera blada jak kość.
To ja.
Pokój wyściełały lustra ciągnące się od podłogi do sufitu. Meble wyglądały, jakby wyrzeźbiono je z błyszczących czernią kamiennych blatów, a następnie rozciągnięto i skręcono w fantazyjne kształty. Świece rozstawiono na podłodze i kredensach. Setki płomieni zamieniły się w tysiące, gdy ich odbicia mnożyły się w nieskończoność w otaczających nas srebrnych taflach zwierciadeł.
Na samym środku pomieszczenia stał stół bankietowy, łapiący spadające z żyrandola krople karmazynowego wosku.
Na widok półmisków wypełnionych plastrami mięsa i smakowitymi pasztecikami zaburczało mi w brzuchu. Czekoladowe kruki śledziły mnie żelkowymi oczami ze swoich grzęd na wysokich tacach ze słodyczami i ciastami.
U szczytu stołu siedziała kobieta spowita chmurą czarnego tiulu. Wyraziste plamy rumieńców znaczyły jej twarz. Strumień płomiennych włosów spływał po jej plecach, ale czarodziejka (lub któraś z jej nieszczęsnych służek) związała nad uszami dwa warkocze zawinięte w pętle. Sznury wplecionych pomiędzy nie czarnych pereł i brylantów zabrzęczały, kiedy tylko na nas spojrzała.
Wyglądała niemalże tak, jak niezliczone legendy przedstawiały niesławną Morganę le Fay. Cóż, była uwodzicielsko złowroga.
- Panna Lark. Jakże niesamowicie... punktualna - stwierdziła i otarła usta czarną koronkową chustką. Następnie wyciągnęła rękę.
Serce podskoczyło mi do gardła, gdy zrobiłam krok w jej stronę. Moje obcasy nagle wydawały mi się zbyt głośne, a ubranie zbyt niechlujne, by znaleźć się w tej przesiąkniętej opalizującym blaskiem sali. Zatrzymałam się ponownie, kiedy zauważyłam, że ma towarzystwo. Kilku nieruchomych... mężczyzn? Lalek naturalnej wielkości? Ubrani byli w smokingi, a ich klatki piersiowe trzymały się w pionie dzięki czarnym aksamitnym wstążkom przywiązanym do krzeseł. Każdy z nich miał na głowie kaptur w postaci zwierzęcego łba. Niedźwiedź, lew, jeleń i dzik.
- Podejdź! Zapewniam cię, że moi goście są dobrze wychowani - powiedziała Madrigal. - Sama ich wyszkoliłam.
Żaden z nich się nie poruszył, dopóki gość siedzący po lewej stronie czarodziejki nie wychylił się zza masywnego kandelabru, dotąd skrywającego go przed moim wzrokiem.
Emrys Dye.
W przeciwieństwie do pozostałych gości czarodziejki Emrys nie włożył zwierzęcej maski. Dzięki temu mogłam zobaczyć, jak krew odpływa mu z twarzy, a usta rozchylają się w zaskoczeniu.
Jeszcze przed chwilą szczyciłam się tym, jak rzadko daję się zaskoczyć. Spędziłam lata na metodycznym dozowaniu sobie obaw, tak jak inni pijają krople trucizny, aby wykształcić sobie na nią odporność. Kiedy zawsze spodziewasz się najgorszego, nic nie powinno cię zaszokować ani też rzucić na kolana.
Ale jeśli się czegokolwiek spodziewałam, to na pewno nie tego.
Jak zawsze rysy Emrysa były niemal jak spod linijki - jego wygląd był efektem kultywowanych przez pokolenia aranżowanych małżeństw pomiędzy pięknymi, bogatymi ludźmi, którzy dysponowali tym nieopisanym czymś, co odróżniało Oświeconych od zwykłych śmiertelników. Przez to chciało się na nich patrzeć o sekundę za długo.
Przyznaję, że nawet mnie trudno było oprzeć się temu powabowi, przynajmniej do czasu odkrycia odpychającej osobowości ukrytej pod tą maską.
Tej nocy Emrys miał na sobie jedwabny czarny smoking i muszkę związaną pod szyją. Kasztanowe włosy jak zwykle pozostawił w nieładzie. Niedbale przeczesał je ręką, patrząc na mnie swoimi różnokolorowymi oczami. Jedno było szare jak cyna, drugie tak błyszczące jak szmaragd na broszce, którą przyniosłam.
Moje stopy zapomniały, jak mają pracować. Niestety nie mogłam powiedzieć tego samego o moich ustach.
- Co tu robisz? - wykrztusiłam.
- Jakże przyjemnie cię tutaj zobaczyć, Tamsin - odpowiedział Emrys, zaciskając rękę na szyjce pobliskiej butelki szampana. Po jego zaskoczeniu nie było już śladu, ustąpiło ono miejsca zwykłej, gładkiej elegancji. - Wróciłaś z kolejnej porywającej wyprawy po stare graty? Podejrzewam, że zlecenie pani Madrigal było miłą odmianą od twoich zwykłych wypadów po jakieś śmieci.
- Zgaduję, że wróciłeś z kolejnych wojaży tylko po to, by wzmocnić swoje kruche ego? - odbiłam słodkim tonem piłeczkę. Nic dziwnego, że nie było go w bibliotece.
Roześmiał się, napełniając kieliszek aż po brzegi.
- Cóż, przyłapałaś mnie, Ptaszku.
Miałam ochotę na niego warknąć. Jeśli ktoś tu był ptaszkiem, to właśnie on. Choćby przez sposób, w jaki trzepotał skrzydełkami, zamęczając ludzi wokół siebie i zostawiając dookoła bałagan, który ktoś musiał później posprzątać.
- Wydaje mi się, że wciąż żyjesz złudzeniem, jakoby twoje przewidywalne teksty były urocze, choć w rzeczywistości są koszmarnie nudne - odpowiedziałam.
- Nudne? - Jego uśmiech się poszerzył. - Nie wiem, czy kiedykolwiek wypomniano mi nudę.
- Ekhm! - Ostre chrząknięcie czarodziejki przywróciło mnie do rzeczywistości.
Madrigal sięgnęła po stojący pośrodku stołu półmisek z jedzeniem i nadziała po kilka kawałków mięsa i sera na swoje długie paznokcie. Jej palce poruszały się szybko jak noże, umieszczając jedzenie na talerzu i szatkując je na plasterki. Kątem oka spojrzałam na nią w poszukiwaniu pierścieni z sigilami.
- Ten człowiek, panno Lark, jest moim gościem - powiedziała.
A ja, dopowiedział mój umysł, nim nie jestem.
- Pozwoliłabym ci usiąść, ale jak widzisz, ledwo starcza jedzenia dla nas dwojga - kontynuowała czarodziejka z nutą fałszywej skruchy w głosie, przesuwając po talerzu pieczony świński ryj.
- Oczywiście... - Poruszyłam głową w czymś podobnym do ukłonu. - Rozumiem, pani. Spełniłam twoją prośbę i przyniosłam ci broszkę.
Starałam się nie dygotać. Czekałam na jej dalsze słowa, ale czarodziejka nic nie powiedziała. Zaryzykowałam spojrzenie na nią. Ponownie zajęła się jedzeniem, kładąc na talerz parę kawałków owoców z pobliskiego półmiska. Przez kilka męczących chwil słychać było jedynie skrobanie jej paznokci i zgrzytanie zębów.
Emrys mimowolnie przygryzał dolną wargę, patrząc na czarodziejkę. Drugą rękę opierał o stół.
Zmusiłam się do odwrócenia wzroku.
- Nie zdawałam sobie sprawy, że się znacie - usłyszałam siebie.
Rany boskie, pomyślałam. Morda w kubeł, Tamsin!
- A ja nie zdawałam sobie sprawy, że prowadzi pani wykaz moich znajomości, panno Lark - stwierdziła Madrigal. - Kochanie?
Powietrze za moimi plecami zrobiło się okropnie gorące. Ogromne ciało Kochania zaczęło się skręcać i wirować. Ciśnienie narastało jak przed nadciągającą burzą, elektryzując nawet tlen w moich płucach i pozbawiając mnie tchu. Światło oplotło kompana i jego masywne ciało przybrało nową formę.
Pooka, podpowiedział mój zachwycony umysł. Zmiennokształtny Oświecony, zdolny przybrać dowolną formę dla żartu czy na czas podróży. Nie dysponowałam Wspólną Wizją. Mogłam go widzieć tylko dlatego, że tego chciał.
Jastrząb wzbił się do góry, przysiadł na oparciu wysokiego, obsydianowego fotela czarodziejki, po czym znieruchomiał, nie spuszczając ze mnie wzroku. Madrigal uniosła rękę, podając kompanowi pasek wykwintnego mięsa ze swojego talerza.
- Gdzie jest Cabell? - zapytał Emrys, wyrywając mnie z zamyślenia.
- A co cię to obchodzi? - odparłam, obciągając rękaw kurtki.
- Nie zdawałem sobie sprawy, że nie wolno mi interesować się losami członków mojej gildii.
- Twojej gildii? - parsknęłam. - Raczej naszej gildii...
- Dzieci! - przerwała nam czarodziejka. - Co w całej naszej krótkiej znajomości dało wam pretekst, by sądzić, iż docenię tę drobną sprzeczkę, w której nawet nie mogę uczestniczyć? - stwierdziła i odwróciła się w moją stronę. Nie chciałam w żaden sposób zareagować, dlatego zagryzłam wargę, aż poczułam smak krwi. - Nie przypominam sobie, żebyś podczas naszego ostatniego spotkania była aż tak opryskliwa. I tak niecywilizowana.
Powietrze przesiąkło niewykorzystaną magią, na tyle silną, by zwykły śmiertelnik mojego pokroju poczuł ją na skórze. Zacisnęłam zęby.
Jej moc nie przypominała mocy innych czarodziejek, z którymi miałam do czynienia - była ciężka i spowita błyskawicami. Starożytna. Musiała być starożytna, bo przecież Madrigal była wiedźmą, a to największy zaszczyt, jaki może spotkać czarodziejkę. Sposób, w jaki kontrolowała magię, wskazywał na rozległą wiedzę o klątwach i zaklęciach. Tak rozległą, że mogłabym nawet nie rozpoznać czaru, za pomocą którego by mnie zabiła.
- Obawiam się, że ma naturalne predyspozycje do tej opryskliwości - powiedział Emrys tonem ciepłym i łagodnym jak bourbon. - Ale stanowi to część jej niewątpliwego uroku. Poza tym, czy warto być cywilizowaną, kiedy zamiast tego można być interesującą?
Madrigal mruknęła, rozważając jego słowa. Zbierające się wokół nas ciśnienie zelżało, jakby zostało zdmuchnięte.