Srebrny Widelec - Wanda Majer-Pietraszak

Reflow text when sidebars are open.
Antonina najbardziej lubi tę porę dnia. Późne popołudnie. Na ogół jest już sama w Srebrnym Widelcu, zbiera sztućce i nakrycia z obu sal i wkłada je do zmywarki. Za chwilę uruchomi ją i potem da się słyszeć tylko szum pobierania wody i ciche pomrukiwanie pracującej maszyny. Laura zaraz pojedzie do domu, bo zakończyła kelnerowanie - kiedyś śpieszyła się do leżącej matki, ale też do teatru, gdy tego wieczoru miała spektakl. Choć potem bywało to coraz rzadziej, sztuka była już wygrana, leciała z afisza, a zaangażowania do następnej sztuki dyrekcja nie zaproponowała. Zaprosiwszy ją do gabinetu, zażenowany dyrektor, w rozmowie w cztery oczy, powiedział, że będzie wystawiał sztuczydła na granicy szmiry i obowiązkowy repertuar bratnich krajów, których widz nie kocha, po to, żeby tylko się utrzymać. Teatr robi bokami, pieniędzy nie mają i grozi im zamknięcie. A ona jest za dobra na taki repertuar. To był cios dla Laury. Przerażenie ogarnia wszystkich, tych niewielu na stałych etatach i tych mających umowy do sztuk.
Ten lęk nie dotyczy Antoniny.
Była aktorką. Już nie jest. Prowadzenie Srebrnego Widelca, miejsca odziedziczonego po ciotce Amelii, i nieodnowienie kontraktu w teatrze kazało jej z konieczności zrezygnować z aktorstwa - uważa, że jej miłość do teatru z przyczyn niezależnych została nieodwzajemniona, a więc trzeba zakasać rękawy i robić to, co nawet sprawiało jej jakąś satysfakcję, a pozwalało żyć... i nawet pozwoliło żyć Laurze. Dużo młodszej koleżance z teatru, utalentowanej aktorce z warunkami amantki, lecz bez szczęścia do tego teatru, w tym mieście i w czasie bezlitosnej walki o pieniądze. Osobie, na której grzbiet w pewnej chwili zwalił się ciężar ponad jej siły i która ugięła się. Śmierć matki, wymówienie w teatrze i gorzki koniec miłości.
Srebrny Widelec - to obiady domowe, naprawdę dobre, mające swoich stałych bywalców; przychodzą też miejscowe panie, które odbierają tak zwane obiady na wynos, w zostawianych rankiem pojemnikach, żeby potem przyjmować zachwyty mężów i komplementy całej rodziny za smak potraw, za żonine talenty kulinarne.
Obiady są domowe i dobre. Nawet bardzo. Antonina jest mistrzynią w swojej dziedzinie, była zdolną uczennicą ciotki Amelii, która przez lata prowadziła w tym miejscu restaurację. Dom, z dwoma małymi pomieszczeniami mieszkalnymi na piętrze i dwiema nie za wielkimi salami na parterze - a kiedyś była to jedna, z wydzieloną dużą kuchnią, jadalnia - należy do Antoniny. Dom i restaurację, po wysiedlonych z tego miasta tych, którzy wywołali wojnę, dostał jako ekwiwalent za utracone dobra na Wschodzie dziadek August, zwany Mocnym, nie żeby miał coś wspólnego z saskim królem, ale zwany tak w rodzinie, bo dwór, majątek i rodzinę trzymał mocną ręką, a sam wysoki i silny, ramię w ramię pracował w polu razem z okolicznymi chłopami. Babka Helena była pracowita i wzrostu niewielkiego, sięgała mężowi do pół ramienia i rozmawiając z nim czy śmiejąc się, musiała głowę zadzierać, żeby zajrzeć w jego zielone oczy. Kochali się, kochali swoją rodzinę, zwierzęta gospodarskie i ziemię, a on dodatkowo jeszcze kochał swoje psy gończe. Kiedy wyruszał z nimi na polowanie, babka Helena żegnała go, żartując - "a niech mi Wasza Wysokość z kilka zajęcy dostarczy, goście się zapowiedzieli". Co dziwne, chyba najbardziej kochał przybłędę, trójkolorową kotkę, której nadał imię Europa. Znalazł ją płaczącą przy stajni. Była tak maleńka, że zmieściła się w jego dłoni, gdzie ufnie zasnęła. Dorastała, żyjąc iście po królewsku, dobrze wiedziała, że wszystko jej wolno. Kiedy pan był w domu, podczas bicia kotletów wchodziła pod stół kuchenny i gdy ustawało stukanie tłuczka, wyciągała spod stołu łapę o rozczapierzonych pazurach, a namacawszy mięso, kradła je błyskawicznie. Bawiło to kobiety w kuchni, ale czasem obrywała ścierką, a wtedy wydzierała się, dając Augustowi znać, że spotkała ją krzywda.
Kiedy obce władze wyznaczyły termin opuszczenia zajmowanego przez nich miejsca, z pozwoleniem zabrania ze sobą tylko ograniczonego bagażu, i zaczął się rozpaczliwy zamęt we dworze, kotka zniknęła. Szukali jej wszyscy, naiwnie wierząc, że uda się ją znaleźć. Rozpacz Augusta wręcz przerażała Helenę. Nie myślał w tej chwili o dzieciach, we wszystkim zdał się na żonę. W domu, w sadzie i w obejściu, wszędzie szukał kotki.
Dreszcz przeszywał miejscowych, gdy słyszeli na polach, pod lasem czy nad rzeką Szczarą jego nawoływanie:
- Europa! Europa! Kici, kici, kici...
- Źle z naszym panem - mówili - musi zagubił się.
No i Europy z sobą nie zabrali. Podobno wracali do Europy. Utracili cały swój spokojny, szczęśliwy świat, w którym tylko kot, co ma mały rozum, mógł pragnąć pozostać. Tak myślała babka Helena, widząc, jak to wyrzucenie ich, wyrwanie z korzeniami, zabiera im siły i chęć do życia. Od nowych władz w swoim kraju dostali rodzaj odszkodowania za pozostawiony majątek - był do wzięcia poniemiecki piętrowy dom z niegdysiejszą restauracją na parterze: jeżeli się zdecydują szybko, jest ich, a nie - to trzeba będzie czekać na następną propozycję. Zgodzili się. Ale już August nie był mocny, pogrążał się coraz częściej w milczeniu, zgorzkniały, jakoś nieporadny i jakby posunięty w latach, już coraz częściej zapadały na różne choroby dzieci, jakby im wszystkim szkodziło to, a nie tamto powietrze, to, a nie tamto jedzenie, samotność, utracone zwieńczenie głowy orła, język niby ten sam, a mówiący o czym innym. Odchodzili kolejno i w pogodzeniu, że tak będzie im lepiej.
Po śmierci najstarszego syna i Elwiry, jednej z dwóch córek, których tyfus zabrał szybko, pozostała Amelia. Udało jej się chyba cudem uratować siebie i niemowlaka, wątłą córeczkę Elwiry, jakoś kurczowo trzymającą się życia. Antoninę. Ale to już nie mogła być ta rodzina co kiedyś. To już nie miało się udać. Tuż przed swoją samobójczą śmiercią August - razem z Heleną, trzymający się za ręce, które potem lekarz z trudem rozplątywał - zdążył przepisać notarialnie nieruchomość na Amelię, ostatnią córkę. To ona, kiedy podniosła się po stracie rodziców, musiała być mocna za nieobecnych i ona, energiczna stara panna, zajęła się wychowaniem siostrzenicy, bo obiecała to umierającej siostrze. Zadziwiająco sprawnie dawała sobie radę z prowadzeniem restauracji, dużo lepiej niż radziła sobie z Antoniną. Dziewczyna rokowała nadzieje na znakomitą kucharkę, a tymczasem krnąbrna, nieznośna, postawiła na swoim i po ukończeniu szkół zaangażowała się do miejscowego teatru po drugiej stronie ulicy. Amelia nie przyznawała się nigdy, że w rezultacie zaimponowała jej uparta siostrzenica, ich wzajemne stosunki poprawiły się z czasem, przyjmowała sporadycznie jej pomoc w prowadzeniu restauracji, ale nigdy nie poszła obejrzeć Antoniny na scenie i nie potrafiła okazać jej swoich uczuć. Gotowanie i smak potraw - to było coś najważniejszego.
Nigdy nie dowiedziała się, co to jest miłość mężczyzny, ale i nie była ciekawa, liczył się dla niej tylko dom, restauracja i wymyślanie smakowitych potraw. Ze zwykłych produktów dostępnych na rynku. Oficjalnym i czarnym. Zachwyty przyjmowała spokojnie, z głębokim przekonaniem, że daje z siebie wszystko, więc należą się jej i koniec. Pracowała ciężko, mimo wyszkolonego personelu lubiła sama doglądać wszystkiego i za wszystko odpowiadać. Była ceniona przez gości, choć robiła wrażenie raczej chłodnej. Rzadko stać ją było na uśmiech, ale łagodniała, widząc zadowolenie gości. Była samotna i zamknięta w sobie. Jednak wieczorami, kiedy leżała w swoim panieńskim łóżku w pokoju na górze, czasem przysłuchując się pracującej półgłosem nad rolą Antoninie czy jej ćwiczeniom dykcji lub śmiechu - ściana między pokojami była cienka - zastanawiała się, czy umiałaby być szczęśliwa, gdyby przed laty przyjęła oświadczyny pewnego rzeźnika. Raz w tygodniu dostarczał zamówione "rozebrane" mięso, był "polnym blondynem", jak żartowali jej pracownicy w kuchni, miał piękne białe zęby, które nieco bezczelnie szczerzył do niej, a kiedyś wiosną razem z mięsem przywiózł wielki pęk fioletowego bzu i odważnie poprosił ją o rękę. Więc gdyby powiedziała - tak... czy umiałaby go pokochać? Zresztą co to znaczy? A jeśli chodziło mu tylko o jej restaurację i dom, a nie o nią?! Myśl o tej niegodziwości zatrzymywała jej serce. Łóżko dzielone z mężczyzną, to przerażające prawo do jej ciała? Straszne! A jakby tak zaczął się wtrącać do jej kuchni? Więc słusznie zrobiła, odmawiając mu i rezygnując z jego dostaw. Choć mięso, zresztą z różnych źródeł, było także w pierwszym gatunku. Następny rzeźnik był żonaty, gruby i po operacji wrzodów żołądka. Ale to już było zmartwieniem jego i jego żony, nie jej.
Życie płynęło dalej, aż niespodziewanie okazało się, że ona sama dopłynęła do ostatniego portu, że jest bardzo chora, na operowanie już za późno i męcząc się, choć doprawdy nie wiedziała, za jakie grzechy, zdążyła jeszcze uczynić spadkobierczynią Antoninę. Powoli odchodząc, półprzytomna, w przebłyskach świadomości przyjmowała z zaskoczeniem obraz łkającej młodej dziewczyny, która do ostatniej chwili trzymała ją za rękę. Podobna do Elwiry, ale nie była to jej zmarła siostra.
Antonina została sama. Z dojmującym uczuciem dosłownej samotności, choć nigdy nie były otwarte na siebie, ale żyły blisko obok, potrzebowały się jakoś instynktownie, te dwie ostatnie krewne z całej rodziny, nienauczone ciepła i miłości.
Oszołomiona swoim ostatecznym sieroctwem, przepełniona spóźnionymi wyrzutami sumienia, początkowo w okresie załatwiania wszystkich spraw urzędowych czuła się bezradna, przestraszona i wściekła. Tym bardziej że nikogo za zaistniałą sytuację winić nie mogła. Los? To brzmiało zbyt enigmatycznie. Miała rzucić wszystko? Nadziei na angaż tu, w którymś z teatrów, nie było, o wyjeździe do stolicy i szukaniu tam etatu w teatrze szkoda było nawet marzyć. Miała trzydzieści trzy lata. Znaczące, ważne role były już poza nią. Szanse miały młode dziewczyny. Normalna kolej rzeczy. Do tego była aktorką z prowincji i nikt za nią nie stał. Takie niepisane prawo tego zawodu.
Restauracja była zamknięta, pracownicy odprawieni, a żyć z czegoś, bo powietrzem się nie da, trzeba było. A co umiała? Umiała gotować. A więc?
Postanowiła zacisnąć zęby i się nie poddawać. Podświadomie czuła, że jest to winna pamięci Amelii, Heleny i Augusta Mocnego, który przyglądał się jej poczynaniom z portretu wiszącego nieopodal gablotki ze srebrnym widelcem.
Pieniędzy po odprawie dla pracowników i pogrzebie ciotki nie zostało za dużo, ale wystarczyło, żeby nieco dostosować wnętrze, bo nie było mowy o prowadzeniu restauracji, natomiast gotowanie kameralnych obiadów domowych... tak. To mogło się udać. Musiało.
Ponownie nawiązała kontakt z Brygidą, najsprawniejszą pracownicą, sympatyczną matką Bibianny i żoną taksówkarza, popularnego w mieście, bo lubił do swoich pasażerów mówić wierszem. Zwykłym, zabawnym, zrozumiałym dla wszystkich.
Większa sala miała wejście od strony głównej ulicy, z boku było szerokie okno z parapetem zastawionym donicami pełnymi zielonych roślin, cienkie firanki podpięte brzuchato, a na szybie, z rysunkiem wielkiego srebrnego widelca, wywieszka z ozdobnym liternictwem:
Srebrny Widelec - obiady domowe
A pod spodem godziny otwarcia, od trzynastej do szesnastej. Czasem zdarzało się, że ktoś jeszcze zasiedzi się dłużej przy kawie czy herbacie, a od święta i przy cieście, oczywiście domowym, ale jak dom, to dom, czyli zbieranie i wynoszenie talerzy oraz sztućców do kuchni nikogo nie dziwiło.
W sobotę i niedzielę obiadów nie ma. To są dni tylko dla Antoniny i wszelkich innych zajęć prozaicznych, jak pranie, porządki czy wypad do kina, przeważnie z Laurą. Obiad jedzą na mieście, mają taki ulubiony bar mleczny o nazwie Łyżka, co je jakoś zachęciło, bo u nich Widelec, a tu Łyżka - to jak w rodzinie, choć smaki różne.
Albo gotują sobie w domu, a nawet jak się wprosi Karol lub Profesor, ten najrzadziej, bo gdzieś krąży po kraju, czy pan Edgar Korbowski, to choć godzą się bez entuzjazmu, jedzą wspólnie. Zbyt długo się znają i jest to już nieomal przyjaźń. Oczywiście wtedy o pieniądzach nie ma mowy, a bywa, że obie dostają kwiaty - często podejrzewając, że to bukiety otrzymane po spektaklach od wielbicielek albo firm, gdy te wykupują przedstawienie dla swoich pracowników z okazji jakiejś rocznicy czy święta. Nie ujawniając głośno podejrzeń, przyjmują je z radością, czasem dostają też butelkę wina czy słodycze.
W drugiej, dużo mniejszej salce z wąskimi drzwiami wejściowymi, którymi kiedyś dostawcy wnosili warzywa i mięsa, ze sporą kuchnią we wnęce, stoją cztery stoliki dla stałych, prawie zaprzyjaźnionych bywalców i okazjonalnie innych pracowników teatru znajdującego się tuż za rogiem. O zmierzchu na ścianie za bufetem, na którym stoi czynna zabytkowa srebrzyście połyskująca kasa, odbijał się napis - TEATR MAŁY. Czasem nazwa miękko rozprasza się na wiszącej kotarze między wejściem a drzwiami do toalety. Jeżeli ktoś zbyt energicznie korzysta z miejsca, gdzie król chodzi piechotą, lub ze stojącego wieszaka, wtedy odbicie nazwy znika w fałdach pluszu. Jakby kotara połykała litery.
Naprzeciwko na ścianie, w oszklonej szafkowej ramce, zamykanej na mały urokliwy haczyk, na tle wypłowiałego aksamitu wisi wielki, pociemniały z upływem lat srebrny widelec. Niezwykły. Po dziadku Auguście. Starszy pan, z dziejowej konieczności zostawiając na zawsze majątek i ziemię na Kresach, zabierając tylko rodzinę i dozwolone podstawowe rzeczy, w tajemnicy przed wszystkimi przemycił wielki srebrny widelec.
Kiedyś w podwójnym dnie walizy odkryła go babka Helena, polując na mole w mężowskiej bekieszy. Zaskoczyło to wszystkich członków rodziny, ale taktownie uznano, że biednemu Augustowi po takich przeżyciach lekko pomieszało się w głowie, i zaniechano komentarzy i pytań, a skąd, a dlaczego, a jakim cudem...
Nigdy nie zdradził nikomu, gdzie go kupił, po co i dlaczego zabrał ze sobą, dlaczego nie zakopał go z resztą sreber w sadzie. Dwanaście kroków na północ od najstarszej śliwy, blisko drewnianej wędzarni, którą zbudował, by wędzić cudowne słodkie śliwki, niezbędne do kompotu świątecznego i dodawane do pasztetów z upolowanych zajęcy.
Tam zakopał, przykazując zgromadzonej rodzinie, by pamiętała to miejsce, gdy tutaj wrócą...
Dziwny widelec. Dwa zewnętrzne zęby były lekko wygięte na zewnątrz, dwa środkowe smukłe i proste, co przypominało spłaszczony, rozkwitający kwiat wielkiego tulipana czy dzwonka karpackiego. Ale poza wielkością szpikulców, zdumiewała też rączka. Zwężona nieco u nasady, rozszerzała się baniasto, przez co bardzo niewygodnie układała się w dłoni, natomiast miała na całej swojej długości piękny, choć już bardzo ściemniały, rysunek kwietnego ornamentu i nieco zatartą puncę, potwierdzającą, że to srebrny wyrób. Była też niewyraźna nazwa wytwórni, zapisana "bukwami".
Nigdy, nawet w obliczu największych niedostatków życia codziennego, nikomu nie zaświtała choćby przelotna myśl, aby ten bezużyteczny, dziwaczny dziadkowy widelec mógł zostać spieniężony. Pamiątkowy łącznik z przeszłością. Jakoś dziwnie nierealny w sensie użyteczności, jak nierealna stawała się przeszłość tamtego utraconego - w miarę upływu czasu coraz odleglejszego - rajskiego życia. Wszyscy byli chorzy z tęsknoty, niepogodzeni ze swoim losem, niewidzący szans na asymilację. Samotni. Czuli się tu obcy, chociaż mówili tym samym językiem, z tym że w ich ustach brzmiał jakoś miękko i bezbronnie, co irytowało miejscowych, kazało drwić czy wyśmiewać, a nawet podważać przynależność do wspólnoty narodowej.
W jakimś stopniu wszyscy członkowie rodziny byli sentymentalni. Kiedy spotykały ich życiowe dramaty, w trudnych chwilach podtrzymywał ich na duchu wiszący obok, dziwne, że nieciemniejący przez lata, olejny portret dziadka Augusta. Został przewieziony przez babkę - wyjęty z ram, zrolowany i przyczepiony pod biustem, co zdecydowanie deformowało jej sylwetkę.
Na portrecie wykonanym przez artystę o twardo brzmiącym nazwisku, Reyzner Mieczysław, widać twarz z czujnym spojrzeniem zielonych oczu pod krzaczastymi brwiami, na tle kwitnących malw przy werandzie dworu. Malarz w opowieściach rodzinnych występował jako dziwadło, nieco próżny mężczyzna pudrujący oblicze, ale ta słabostka nie przeszkadzała zapraszać go i gościć, także w okolicznych majątkach, za co odwdzięczał się udanymi portretami właścicieli i ich rodzin. Dziadek na portrecie był piękny i podobny do siebie. A jego bystre oczy zdawały się czujnie patrzeć na otaczającą przestrzeń i wodzić za przyglądającym się mu widzem. W planach były portrety babki i dzieci, ale zabrakło już na nie czasu.
Rozmaite i pełne rozbieżności były domysły dotyczące zastosowania wielkiego widelca.
Antonina twierdziła, że musiał służyć podczas przyjęć, wbity i przytrzymujący pieczonego prosiaka albo sterczący jak maszt bez chorągwi w boku wędzonej zadniej szynki z kością. Laura optowała za zwojami wędzonych kiełbas, ktoś, chyba Karol, sugerował, że mógł być niezbędny do dłubania w zębach ulubionego dziadkowego konia, ale został głośno wyśmiany. Zawsze miał głupawe pomysły, na scenie też. Zarzuty i uwagi znosił z wdziękiem i bez urazy.
A zapewne - jak chyba trafnie, choć bez polotu ocenił pan Edgar - wielki widelec po prostu reklamował wytwórnię. I kto wie, być może proporcjonalnymi, równie ozdobnymi, aczkolwiek złotymi, posługiwał się carski dwór lub możni w dalekim Petersburgu.
Widelec został przez ciotkę Amelię oprawiony w wymyślną oszkloną skrzynkę i powieszony w części kuchenno-jadalnej, bardziej domowej. Był pamiątką rodzinną - i tak Amelia dała dowód na poczucie humoru, na ogół głęboko przez nią skrywane, jak i uczucie do Augusta oraz na przelotną słabość w myśleniu o czasie przeszłym. Antonina nie doceniła tego. Dla niej widelczysko było jakimś mutantem normalnego widelca, narzędzia jakże użytecznego. Ten miał zachwiane proporcje i nie grzeszył urodą, choćby niewielką. Ale nie skomentowała słowem.
To był pomysł i decyzja Amelii. Nie czuły bliskości, a już na pewno brakowało im wzajemnej otwartości. Rzecz dziwna i jakoś niezrozumiała, zostały przecież z całej rodziny tylko one dwie... Potem, kiedy Antonina została sama i na wszystko było już za późno, robiła sobie wyrzuty i miała żal do siebie. Widocznie zabrakło w jej naturze wrażliwości, nie umiała odczuwać, a co dopiero dzielić się ciepłymi uczuciami z jedyną krewną, choć wyobraźnia pozwalała jej na odgrywanie takowych na scenie. I to niezwykle przekonująco. Czy była to jakaś skaza? Pewno tak.
Szafkowy zegar w większej sali wybił dźwięcznie szóstą, miał ton głęboki i jakby rozważny. Antonina siada przy stoliku i powoli obiera jabłko. Robi to jak zawsze starannie, pilnując, aby cienka spirala skórki nie została przerwana i ułożyła się na desce do krojenia w małe gniazdo. Potem bierze skórkę w palce, odchyla się na krześle i rzuca ją za siebie. Za każdym razem bez sensu doszukuje się w skórce kształtu litery. Może to tajemnicza pierwsza litera męskiego imienia? Choć wie, że to niemądre, dziwaczne i nawet średnio zabawne, powtarza ten rytuał w porze kolacji, kiedy zostaje sama. Trochę przesądna, obawia się, że jeśli kiedyś tego nie zrobi, może stracić szansę na podpowiedź losu. Bawi się sama z sobą. Tylko będąc sama. Teraz zbiera z podłogi dziwaczną literę, której nie ma w alfabecie, i wyrzuca do wiadra. Jest nieco zmęczona, ale tym dobrym zmęczeniem po kolejnym udanym dniu. Na jutro ma wszystko przygotowane. Laura nawet upiekła drożdżowe ciasto ze śliwkami, z okazji Dnia Mokradeł, który odkryła w kalendarzu. Na ogół nazwy świąt wymyśla sama. Taka jest Laura.
Antonina kończy jeść jabłko, ziewa, myje talerzyk i nożyk. Wytrze jutro, a zresztą wyschnie samo. Wyłącza zmywarkę, bo regulator stoi na pozycji stop, i lekko uchyla drzwiczki. Wyjmie talerze jutro. Idzie do dużej sali, sprawdza rozłożone nakrycia, zamknięte okna, opuszcza żaluzje i gasi światło. To samo robi w małej sali, po czym wchodzi na piętro. Są to czynności już automatyczne, wykonywane niezmiennie od lat. Bierze kąpiel, a potem smarując twarz kremem, patrzy w lustro nad umywalką i wychyla się nieco, gdy zauważa dwa siwe włosy. Już? - myśli. Ale przyjmuje to spokojnie, bo jakież to może mieć znaczenie w tym codziennym, jałowo upływającym czasie.
Może nawet pokaże je Laurze, która skorzysta, żeby swoim ciemnym altem zanucić pięknie, aczkolwiek nieco ironicznie: "Spostrzegłam dzisiaj pierwszy siwy włos na twojej skroni...". Jeszcze ładniej niż ta piosenkarka, która śpiewa w radiu.
Laura. Niedoceniona w teatrze, bo już bez etatu, ale mająca za sobą porywającą Lady Makbet, Antygonę czy Norę Ibsena. Grały razem w Trzech siostrach i wtedy, tak, chyba wtedy, w klimacie Czechowa, poznały się bliżej. Pod względem charakterów różniły się znacznie, a mimo to porozumiewały się znakomicie. W jakimś sensie potrzebowały się wzajemnie. Antonina to spokój, praktyczność, rzetelność i rozsądek, Laura młodsza, utalentowana, naiwnie wierząca w oczywistość swojego miejsca w teatrze, wybuchowa i trochę niepoukładana czy znerwicowana, o urodzie amantki, o pięknym, ciepłym głosie. W jakimś sensie dużo słabsza. Obie samotne.
Antonina tylko raz straciła głowę dla starszego od siebie znanego reżysera, gościnnie reżyserującego, który rzeczywiście miał wielki urok, ale i żonę w stolicy. Namawiał ją na kontynuację romansu i przeniesienie się do Warszawy, zapewniał ułatwienie angażu do jednego z teatrów, wszelaką pomoc... - "bo tyle dla mnie znaczysz, Gertrudo"- zwracał się do niej imieniem matki Hamleta, którą grała w jego reżyserii. Zbudowała rolę pięknie, przedstawienie było udane, a romans z góry skazany na zagładę.
Na premierę niespodziewanie przyjechała jego żona i zabrała go w drogę powrotną.
Antonina wiedziała, że nigdy nie podejmie decyzji wyjazdu i kontynuowania tego lichego związku. Kochała go, miała świadomość, że za bardzo, ale nie widziała dla nich przyszłości. Nie chciała być tą na wolne popołudnia, na kradzione chwile, na jego opowieści o wypalonym związku, a wspólnym trwaniu tylko ze względu na dorastające dzieci, na taki powszechny banał. Zależną od niego. I od jego słów, że "kiedyś, Gertrudo, na pewno"...
Pożegnali się w teatrze, w obecności zespołu i dyrektora, proszącego o rozpatrzenie propozycji współpracy przy następnej sztuce, która by go zainteresowała, ale to okazało się nierealne, bo plany reżysera były na najbliższą przyszłość już zaprojektowane. To może i lepiej, bo jacy spotkaliby się po upływie czasu? Ukrywając rozpacz przed Amelią, przepłakała sporo nocnych godzin w swoim pokoju, w poduszkę, bo ściana dzieląca ich pokoje była cienka. Jednak Amelię zastanawiało to docierające zza ściany przyduszone łkanie. Czy było ćwiczeniem, podobnym do tego, gdy Antonina pracowała nad śmiechem? Było równie prawdziwe. A może nawet bardziej?
Nie umiała zapytać, dla niej byłoby to jak wtargnięcie do cudzego pokoju bez pukania. Przecież do tej pory nigdy nie okazywała zainteresowania zawodem siostrzenicy, który był jej obcy i więcej niż lekceważony. Ale sama przed sobą nie ukrywała zaskoczenia tą inną Antoniną, przygaszoną i bierną. Coś musiało na to wpłynąć, coś się wydarzyło tam, po drugiej stronie ulicy, w tym obcym gmachu teatru. Co czy kto był powodem, dla którego Antonina zamknęła się w sobie, z pustym wzrokiem, zamyślona, bez entuzjazmu wychodząca na spektakl.
I nagle, jakby przyspieszając rozwój wypadków zdążających w niewiadomym kierunku, Amelia zorientowała się, że Antonina zaczyna pić. Upijała się późnym wieczorem, w swoim pokoju, starając się, zresztą bezskutecznie, zachować ciszę i pozory snu.
Dla Amelii był to wstrząs. Wkroczyła bez cienia delikatności, wręcz wroga i wściekła, domagając się wyjaśnień. Ale nie otrzymała ich i ze strzępków bełkotliwych słów starała się coś skleić w całość i zrozumieć. Było to niezwykle trudne, ale domyśliła się - bardziej niż dowiedziała - że sprawcą jest mężczyzna. Jakaś zawiedziona miłość, ktoś już nieobecny. Gdzieś zanurzony w swoje życie. Nie ciąża. Odetchnęła. Oba aspekty sprawy były jej obce, nigdy w praktyce ich nie poznała, ale nie wyobrażała sobie, żeby nawet najgłupsza kobieta nie mogła się otrząsnąć, wyprostować, dźwignąć.
Bez cienia litości, choć brutalniej od drwala, zabrała się do stawiania na nogi, nawet podnosząc dosłownie i z nieukrywaną odrazą, tę, która była tej samej krwi, i ponieważ była to winna swojej zmarłej siostrze, ojcu i całej rodzinie.
Zadawała ból ostrymi słowami, zakazami i nakazami, stosowała jakieś otępiające, ale wykluczające alkohol mikstury i... dwa razy zmuszona była uderzyć siostrzenicę w twarz.
To pozostawiło w niej niezatarty ślad, trwały na zawsze, ale nie zmieniła metod walki o odzyskanie Antoniny dla niej samej. Złagodziła tylko z czasem ton głosu i ruchy dłoni pomocne przy kąpieli czy podawaniu starannie przygotowanych posiłków.
Nie rozumiała Antoniny, ale w jej twardym dzielnym sercu pojawiło się coś jakby skrywane współczucie dla czyjejś słabości. Nie zrozumienie, ale właśnie współczucie. Jak pochylenie się nad głupim potrąconym psiakiem, który niebacznie przebiegł przez ulicę. W dodatku tu chodziło o kogoś przecież bliskiego. W sensie krwi.
I dźwignęła czy też pomogła się podźwignąć Antoninie. Nigdy nie wróciły do czasu przeszłego, Amelia kategorycznie przecinała każdą próbę przeprosin czy choćby zalążek rozmowy, która wyjaśniłaby cokolwiek. I tak chyba było lepiej dla nich obu.
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji