Srebrny węzełek - Małgorzata Manelska

Kup ebooka

43.90 zł
35.12 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 1

o tym, jak burmistrz uroczyście otwiera lodowiskoo tym, jak Rozalia Wójcik znajduje srebrny węzełek

W miasteczku zmierzchało. Chwilę wcześniej zapłonęły ciepłym światłem usytuowane dookoła Rynku latarnie, oświetlając dużą taflę błyszczącego lodowiska. W oknach kamienic okalających centralny punkt miejscowości gdzieniegdzie jaśniały blaskiem kolorowe lampki na choinkach. Budynki były stare, okoliczna młodzież mówiła, że pochodziły z poprzedniego wieku, lecz miały w sobie wiele uroku. Cechowała je różnorodność, jak to jest na ogół przyjęte w świecie. Inność każdego z nich nieodmiennie zachwycała zarówno miejscowych, jak i przybyszów. Ktokolwiek ujrzał owe kamieniczki, nie mógł się nadziwić ich odważnym kolorom i pięknym, zabytkowym fasadom. Budynki były wysokie, na cztery piętra, lecz dość wąskie. Połączone ze sobą, jakby sklejone, stanowiły obraz przypominający popularne ilustracje z dziecięcych książeczek.

Z głośników w ratuszu płynęła świąteczna melodia, w niemym oczekiwaniu podrywając serca zgromadzonych mieszkańców. Cała społeczność, no może prawie cała, dobrze - większość młodzieży oraz rodzice z małymi dziećmi, tkwiła nieruchomo na wprost wejścia na lód. Byli gotowi do tego, aby jak najprędzej włożyć łyżwy i zrobić pierwszy krok na błyszczącej tafli. Niestety, w prowizorycznych wrotach, pomiędzy kolorowymi bandami, otaczającymi lodowisko prężyła się dumna sylwetka burmistrza Jacka Mazura.

Włodarz miasteczka był mężczyzną mierzącym słuszne sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, barczystym, wyprostowanym. W jego kształtach nie dało się zauważyć ani jednego grama zbędnego tłuszczu, a w prezencji żadnej niedoskonałości. Idealnie ostrzyżone włosy, nieskażone najmniejszą siwizną, lśniły kruczą czernią, pomimo że Mazur był już dobrze po pięćdziesiątce, a nawet, rzec by można, trochę przed sześćdziesiątką.

Co większe plotkarki w miasteczku przy okazji załatwiania różnych spraw w ratuszu, zerkały z ciekawością w jego stronę, aby później głosić na jego temat panegiryki. Zresztą miały ku temu poważne powody, ponieważ burmistrz Mazur był stanu wolnego, co więcej - był prawie doskonały. Niektóre mężatki uśmiechały się pod wąsem, pod warunkiem że takowy miały, gdyż nie uważały, aby blisko sześćdziesięcioletni stary kawaler był dobrą partią. Niemniej tak było.

Zatem sterczał ów burmistrz w wejściu na taflę lodowiska i wzrokiem nieco poirytowanym raz po raz spoglądał na zegarek oraz na przestępujący z nogi na nogę gęstniejący tłum mieszkańców.

- Gdzie ten Wieczorek? - rzucił mocno zniecierpliwionym szeptem do stojącej u jego boku sekretarki.

Ta zaś w popłochu wyciągnęła szyję ponad las głów lekko już przemarzniętej społeczności, aby z ulgą stwierdzić, że właśnie zbliża się przewodniczący rady miejskiej z nożyczkami do przecięcia wstęgi. Mężczyzna był nieco zdyszany, ale z zadowoleniem wyciągał w stronę burmistrza srebrne narzędzie niezbędne do otwarcia lodowiska.

- Proszę, panie burmistrzu! - wydyszał Radosław Wieczorek, na co dzień nauczyciel matematyki w miejscowej szkole.

- Nareszcie! - Burmistrz wziął do ręki nożyczki, jednocześnie włączając mikrofon.

Rozległ się charakterystyczny szum sprzętu nagłaśniającego. Zebrani zaczęli się nawzajem uciszać.

- Drodzy mieszkańcy! - zagrzmiał tubalny głos burmistrza. - Zaczynajmy, bo czas ucieka, a nasi milusińscy się niecierpliwią!

Tu i ówdzie rozległ się pojedynczy śmiech, a Jacek Mazur ciągnął:

- Nasze miasteczko doczekało się sztucznego lodowiska! Wiedząc, że mieszka tu i uczy się kilkudziesięcioro dzieciaków w różnym wieku, postanowiłem wyjść naprzeciw ich naturalnym potrzebom zażywania ruchu na świeżym powietrzu i utworzyć ten oto obiekt. Nie było łatwo zdobyć pieniądze, ale kto mnie zna, ten wie, że szybko nie odpuszczam i pomimo przeciwności losu prę naprzód! Nie raz i nie dwa widziałem wasze dzieci wałęsające się zimową porą bez celu po ulicach. Nie mam potomstwa, ale zdaję sobie sprawę, jakie to duże zagrożenie. Dlatego razem z radnymi postanowiliśmy utworzyć to piękne lodowisko, które będzie nas wszystkich cieszyło przez najbliższe dwa miesiące.

- Brawooooo! - Wyrwał się jakiś męski głos z tłumu, a zebrani natychmiast to podchwycili i zaczęli klaskać.

Burmistrz taktownie odczekał moment owacji, aby po chwili dokończyć myśl.

- Chcę dodać, że lodowisko będzie dostępne nieodpłatnie dla wszystkich mieszkańców naszego miasteczka.

Spodziewając się kolejnej burzy owacji, burmistrz Mazur zawiesił głos. Rzeczywiście, społeczność zaczęła klaskać i gwizdać.

- Proszę kończyć, panie burmistrzu, bo dzieci się niecierpliwią - szepnęła pani Krysia, sekretarka. - Poza tym za zimno tak stać w bezruchu.

- Dobrze, dobrze - mruknął Mazur. - Jeszcze słówko!

Powiódł wzrokiem po zaczerwienionych z zimna nosach młodych mieszkańców, przestępujących z nogi na nogę, po czym z szerokim uśmiechem zapytał:

- To co, dzieciaki?! Otwieramy lodowisko?!

- Taaaaaaak! - wrzasnęły maluchy, napierając na siebie nawzajem.

Były naprawdę zniecierpliwione. Wielu z nich w rękach mocno ściskało związane ze sobą sznurówki łyżew. Zbyt długo czekały na tę chwilę.

Burmistrz, nie przedłużając swojego wystąpienia, z uroczystą miną, jednym cięciem nożyc przepołowił szeroką wstążkę, której dwie części momentalnie spadły na ziemię. Lodowisko było otwarte. Dzieciaki mogły ślizgać się do woli.

***

Tłum na Rynku trochę się rozproszył. Większość młodego pokolenia z radością śmigała po błyszczącej tafli. Zachwyceni rodzice i opiekunowie stali przy kolorowych bandach i raz po raz pstrykali rozochoconym latoroślom fotki albo nagrywali krótkie filmiki, które natychmiast lądowały na Facebooku czy Instagramie. Ależ burmistrz Mazur sprawił im radość!

Sprawca całego zamieszania wprawdzie nie jeździł na łyżwach, ale z ogromną satysfakcją spacerował dookoła Rynku, co chwilę zatrzymując się na pogawędkę z mieszkańcem czy znajomym. Zbierał od nich gratulacje, niemniej sam czuł, że zrobił dobry uczynek dla społeczeństwa.

Zaciągnęło grudniowym chłodem. Od kilku dni mówiło się, że na Mazury nadciąga śnieg. Ten czy ów, słysząc tę prognozę, stukał się niedowierzająco w głowę, wszak od paru lat mówiło się o ociepleniu klimatu, co było jednoznaczne z tym, że należy zacząć odzwyczajać się od śnieżnych świąt. Choć było to trudne, to trzeba było do tej myśli przywyknąć. W sercach mieszkańców jednak rokrocznie tliła się malutka nadzieja, że kolejne święta będą takie, jakich zawsze oczekiwali. Tak też było i w tym roku. Z pewną otuchą spoglądali w zachmurzone niebo i na termometr za oknem. Temperatura radośnie spadała...

- Panie burmistrzu, zapraszam na gorące kakao!

Do uszu Jacka Mazura dobiegł czyjś głos. Mężczyzna odwrócił się i uśmiechnął.

Pani Róża! Niektórzy nazywali ją babcią Różą. Staruszka już dawno skończyła osiemdziesiątkę, ale wciąż broniła się przed goniącym ją czasem. Była niskiego wzrostu, pulchna i nieco przygarbiona. Miała okrągłą, pooraną bruzdami twarz, z dużymi, zielonymi oczami, które, pomimo podeszłego wieku, patrzyły bystro, uważnie obserwowały i sprawiedliwie oceniały. Starsza pani była dobrze znana wszystkim mieszkańcom ze swej pracowitości. Przez cały rok, od rana do wieczora, siedziała na ryneczku przy swoim niewielkim starganie i sprzedawała to, na co akurat był sezon. Latem handlowała warzywami ze swego ogródka, bukietami różnobarwnych kwiatów czy ziół, jesienią i zimą zaś wytwarzała mnóstwo wełnianych skarpet, czapek, rękawiczek z jednym palcem i piekła ciastka maślane, które potem za grosze sprzedawała mieszkańcom. Babcia Róża najtrudniej miała wiosną, na przednówku, jak to określała, gdyż wtedy jeszcze nie było plonów w ogrodzie, a skarpet i rękawiczek nikt już nie potrzebował. Ratowała się tylko ciastkami, chętnie kupowanymi przez dzieci wracające ze szkoły.

- Chętnie, pani Różyczko, bo strasznie przemarzłem! - Mężczyzna zatarł zmarznięte dłonie.

Kobieta w milczeniu napełniła stary, fajansowy kubek gorącym, aromatycznym kakao i podała go mężczyźnie. Ten bez słowa protestu wziął od niej naczynie, położywszy na niewielkiej tacce monetę pięciozłotową. Gestem powstrzymał ją od wydania reszty. Odkąd objął urząd burmistrza, przymykał oko na handel kakao i ciastkami starszej pani, gdyż wiedział, że to całe jej życie. Nie była uciążliwa dla nikogo, zatem wszyscy z chęcią kupowali u niej towar, nawet wtedy, gdy nie był on potrzebny.

- Musi się pan cieplej ubierać - poradziła pani Róża. - Mamy grudzień, a teraz o choróbsko nietrudno. Kalesony trza nosić - dodała, patrząc na niego uważnie. - Nie jest pan młodzikiem, panie burmistrzu.

Mężczyzna, słysząc o kalesonach, rozejrzał się nieco skonsternowany, czy aby nikt tego nie słyszy. Pomimo zaawansowanego metrykalnie wieku, wciąż czuł się młodo, a już na pewno nie myślał o kalesonach.

- Pani Rozalio! - Zaśmiał się. - Co będę nosił, jak przyjdzie prawdziwa zima, kiedy teraz włożę kalesony?

- Wtedy się zobaczy, panie burmistrzu! - Kobieta mrugnęła do niego filuternie. - Dobry pomysł z tym lodowiskiem - dodała, kiwając głową. - Nareszcie te dzieciuki będą miały zajęcie, a tak to po lekcjach ino się szwendają po ulicach i bruk szlifują.

Burmistrz, słysząc pochwałę po raz sześćdziesiąty dziewiąty tego wieczoru, aż pokraśniał z zadowolenia. Odstawił kubek po kakao na straganik, wytarł usta i skierował swe kroki w przeciwległy kąt Rynku.

- To do zobaczenia, pani Różyczko! Idę teraz do pana Wincentego, bo się na mnie obrazi, że niczego u niego nie kupiłem!

- No trzeba, trzeba! - rzuciła pogodnie staruszka, a pod nosem dodała: - No, stary dziadyga obrazi się jak nic.

***

Po dwudziestej drugiej, kiedy lodowisko zostało zamknięte, a mieszkańcy z ociąganiem rozeszli się do swoich domów, wiatr nareszcie rozegnał skłębione chmury, a nad miasteczkiem, tuż za wieżą ratuszową przycupnął wielki, pyzaty księżyc. Bez słowa patrzył na uwijające się na Rynku służby sprzątające. Zabawa zabawą, ale nazajutrz musiał być porządek i należało ogarnąć śmieci z chodników.

Pani Róża podniosła się z westchnieniem ze starego fotela, wymoszczonego kilkoma warstwami pledów. Zgrabiałymi z zimna dłońmi zaczęła chować do dużej brezentowej torby skarpety, czapki i rękawiczki, do drugiej zaś wstawiła duże blaszane pudło z resztą ciastek oraz pusty termos po kakao. Zajęta pracą nie zauważyła, że obok niej wolnym krokiem przechadza się jakiś człowiek.

- Jak interesy?! - burknął niezbyt przyjemnym głosem przybysz.

Róża podniosła głowę. Jej twarz przeciął grymas niezadowolenia.

- Dobrze, a u ciebie? - odpowiedziała takim samym tonem.

Mężczyzna machnął ręką, a po chwili wahania podszedł do uprzątniętego straganu Rozalii.

- Sprzedałem tylko kilka gomółek sera - mruknął. - Dobrze, że burmistrz kupił, w przeciwnym wypadku mógłbym dziś wracać goły do domu.

- Wicek, bo jesteś chytry! - Róża spojrzała mu w oczy. - Żeby gomółka sera kosztowała dwadzieścia złotych, to trzeba nie mieć serca!

Wicek, a właściwie Wincenty Wróbel, żachnął się, zniecierpliwiony. Był on równolatkiem Rozalii Wójcik. Szczupły, średniego wzrostu, z mocno przerzedzonymi na czubku głowy włosami. Miał starą, wiecznie niezadowoloną twarz, poprzecinaną siatką gęstych zmarszczek. Ubrany w ciężki kożuch i wielką czapkę baranicę, czuł się gotowy na nadejście zimy.

- A co ty, kobieto, wiesz o robieniu sera! - Wicek zaśmiał się nieprzyjemnie. - Z każdego dnia mam tyle mleka, że starcza mi na zrobienie jednej gomółki!

- No, ja to wszystko rozumiem, ale ty chcesz się od razu dorobić na tym serze! Dwadzieścia złotych! - Parsknęła śmiechem.

Rozalia i Wincenty od lat tworzyli w miasteczku dosyć specyficzną parę. Oboje owdowieli blisko dziesięć lat temu. Róża mieszkała w kamienicy przy Rynku, naprzeciwko ratusza, zajmując dwa niewielkie pokoje, kuchnię i łazienkę. Jej dwaj synowie, od dawna ożenieni, z rzadka odwiedzali matkę. Mieszkali wprawdzie godzinę drogi od miasteczka, lecz zajęci swoimi sprawami, nie mieli czasu na wizyty u starej matki. Dobrze, że ta była samodzielna i samowystarczalna, nigdy nie prosiła dzieci o pomoc. Staruszka jednak miała świadomość, że może nadejść taki moment, kiedy zabraknie jej sił. Obecnie wystarczały jej telefony od synów i wnuków.

Wincenty miał córkę, zięcia i dwóch pełnoletnich wnuków. Córka Wicka miała trochę więcej serca niż synowie Róży, dlatego raz na jakiś czas odwiedzała starego ojca. Częściej jednak do dziadka wpadali Maciek i Antek, szczególnie wtedy, gdy kroiła się jakaś impreza studencka.

Wicek i Rozalia nigdy ze sobą normalnie nie rozmawiali. Wiecznie się przekomarzali, pouczali wzajemnie, burczeli, pokrzykiwali. Obrażali się na siebie średnio dwa razy w tygodniu i tyleż samo wyrzucali sobie nawzajem błędy. Nie wiadomo dlaczego, patrzyli na siebie wilkiem.

Idąc ich tokiem myślenia i biorąc pod uwagę obopólną awersję, każdy na ich miejscu unikałby drugiego jak ognia. Lecz nie oni! Wicek i Róża podświadomie szukali siebie nawzajem, gdyż nie mogli żyć bez wzajemnego krytykowania i przekomarzania. Poza tą niechęcią, staruszkowie starali się żyć w zgodzie z resztą mieszkańców.

Róża była uwielbiana przez dzieci z miasteczka. Za półdarmo sprzedawała im ciasteczka maślane i kakao, nieraz opatrywała zdarte łokcie i kolana czy fartuchem wycierała łzy. Dla dorosłych mieszkańców zawsze miała w zanadrzu dobre słowo i uśmiech. Taka była Róża.

Wicek natomiast słynął ze swojego gburowatego charakteru. Był małomówny i burkliwy. Za to w okresie jesienno-zimowym miał na swoim straganie najlepsze marynowane grzybki, ogórki kiszone, zawekowany szczaw łąkowy, latem zaś handlował szczypiorkiem, sałatą i rzodkiewką. Przez cały rok robił kozi ser. Mieszkał w jednym z małych domków, usytuowanych w bocznych uliczkach, niedaleko ratusza. Nigdy nikogo nie pytał o zdanie, więc i w kwestii hodowli kóz też tego nie uczynił. Kilka lat temu kupił parkę zwierzaków, które w niedługim czasie obdarowały go koźlętami. Starszego mężczyznę wkrótce całkowicie pochłonął kozi interes, ale przede wszystkim miłość do tych niesfornych i mocno niezdyscyplinowanych ssaków z rodziny wołowatych.

- I czego się śmiejesz, muszę za coś żyć! - burknął Wicek, chowając ręce w kieszenie kożucha. Zrobiło mu się zimno.

- Już ty masz z czego żyć! - Róża znowu się zaśmiała. - Twoja emerytura to nie moja racja głodowa!

- A czego ty mi zaglądasz w kieszeń, co?! - obruszył się starzec. - Pilnuj lepiej tych swoich skarpet!

Róża spąsowiała. Wicek tego nie zauważył, bo kobieta stała w cieniu latarni, ale ona sama poczuła, że oblewa ją szkarłat. Bynajmniej nie ze wstydu, lecz z nerwów. Zamaszystym ruchem złapała swoją pokaźną torbę z niesprzedanym towarem i odwróciła się plecami do Wicka. Nie zamierzała więcej prowadzić konwersacji z tym starym cholerykiem.

- Ja będę pilnowała skarpet, a ty tych swoich kóz, bo jak się wypuszczą, to po całym miasteczku latają i beczą, jakbyś ich nie karmił! - Róża z wściekłością chwyciła klamkę drzwi wejściowych do jej kamienicy.

- Ja?! Ja nie karmię kóz?! - krzyknął Wicek, ale kobieta go nie słyszała.

Roztrzęsiona weszła do klatki schodowej starej, przedwojennej kamienicy. W lewej ręce trzymała torbę, więc prawą pomacała chropowatą ścianę, na której spodziewała się znaleźć włącznik światła. Znalazła! Kilkakrotnie pstryknęła, lecz nie zadziałało. Mrucząc pod nosem, staruszka zaczęła powoli iść w stronę schodów, aby dostać się do swojego mieszkania. Do pomieszczenia, przez brudny świetlik nad drzwiami, nagle wdarła się smuga księżycowego światła. Róża odetchnęła z ulgą, że nie będzie musiała po ciemku wspinać się po schodach. Raptownie jej wzrok padł na jakiś niewielki węzełek, porzucony na półpiętrze. Pierwsze skojarzenie, jakie jej przyszło na myśl, to tobołek, z którym kiedyś jako dziecko podróżowała z rodzicami z Wołynia. Po bliższym przyjrzeniu się, Róża skonstatowała, że węzełek w księżycowej poświacie błyszczy jakimś niezwykłym, srebrnym światłem.

- Olaboga! Co to?

Starsza kobieta przeżegnała się bojaźliwie. Odstawiła torbę na bok, zrobiła krok naprzód i wyciągnęła szyję, aby dostrzec, co kryje w sobie ów zawiniątko. Paczka zaś, jakby odgadując intencje Róży, sama postanowiła się ujawnić. Poruszyła się najpierw delikatnie, prawie niezauważalnie, a po chwili zaczęła drgać, a z jej wnętrza dobiegło ciche... jakby beczenie.

- Ki za cholera? - szepnęła przerażona Róża. - Koźlaka tu kto podrzucił, czy co?

Postanowiła jednak, że pomimo strachu i panujących ciemności zajrzy do węzełka, który wciąż lśnił i skrzył nieprawdopodobnym światłem. Podeszła ostrożnie do zawiniątka i uchyliła jego rąbek. To co zobaczyła, spowodowało, że w jej piersiach na chwilę zatrzymało się serce.