2.
Hotel przy Bergen Street nazywał się "Sweet Home" - trzy kondygnacje umeblowanych pokoi do wynajęcia w brudnawym, szarym budynku. Żeby wejść drewnianymi schodami, trzeba było wykazać dużą dozę odwagi, posadzkę na dole zmywano ostatni raz jeszcze przed urodzeniem właściciela, a ten wyglądał na siedemdziesiąt lat. Nie było windy, oddzielnych łazienek ani telewizji, nawet automaty telefoniczne w korytarzach liczyły więcej lat ode mnie.
Recepcjonista nie spytał dokąd idę i w jakim celu, całkowicie pochłonięty opróżnianiem pękatej butelki. Sprawdziłem w zatłuszczonej książce numer pokoju, w którym zatrzymał się mój znajomy i pomachałem dłonią przed oczami staruszka. Nie zamrugał, ale za to robił wrażenie gościa przebywającego w lepszym świecie.
Podłogę na pierwszym piętrze pokrywały skórki owoców i papierki po gumach do żucia, a zamek do pokoju Howarda otwierał się za pomocą kawałka zagiętego drutu.
W apartamencie zobaczyłem tylko wielkie łóżko i grubą szafę. Jak na tak zwane umeblowane pokoje, oznaczało to zupełne minimum. Choć nie, dawniej był tu także stół, ale teraz leżał w kawałkach pod ścianą.
Otworzyłem okno, co się udało po dłuższej gimnastyce i rozejrzałem się po pokoju, be nadziei, że znajdę cokolwiek, co mogłoby mnie zainteresować.
W szafie była tylko granatowa marynarka z metalowymi guzikami i płócienne sportowe buty. Żadnej innej garderoby, żadnego osobistego drobiazgu, żadnego papierka czy puszki po czymkolwiek. Tak jakby nikt tu nie mieszkał, a jeśli nawet, to przebywał tylko przez chwilę.
Usiadłem na łóżku. Monday Howard raczej nie miał szczęścia, a może je miał, na swój sposób. Był recydywistą, głównie siedział w więzieniach, a kiedy już wychodził, mieszkał w takich pokojach jak ten, póki znowu nie dał się złapać i zaprowadzić do pudła. Tam miał utrzymanie na koszt podatników i święty spokój. Ostatnio nie było go kilka miesięcy.
Usłyszałem kroki na korytarzu i ucieszyłem się, że nie musiałem czekać zbyt długo.
Drzwi otworzyły się i wszedł jakiś mężczyzna w ciemnym garniturze i żółtym podkoszulku. Nie był to Monday Howard. Nie zdążyłem mu powiedzieć, że pomylił drzwi, a już wysunął się zza niego chudy ciemonoskóry o prawie łysej czaszce i trochę nieobecnym uśmiechu.
- Masz? - zapytał mnie ten pierwszy.
Wyrzuciłem papierosa na podłogę i wyjaśniłem, że jestem tu tylko gościem. Ale nie chcieli mi wierzyć. Wysoki powiedział, żebym nie zalewał.
- Jest jedenasta - oznajmił. - Miałeś dodatkową godzinę.
- Bierzecie mnie z faceta, który tu mieszka - powtórzyłem. - Pomyłka.
- My się nigdy nie mylimy, człowieku - zasyczał czarny wysuwając się nieco do przodu. - Popatrz na mojego kumpla. Myślisz, że daliby nam tę robotę, gdybyśmy byli do niczego? Nie, na pewno nie. Robimy co do nas należy.
- No - zgodził się wysoki. - Płacisz swoje i już nas tu nie ma.
- Trudna sprawa - rozłożyłem ręce. - Trafiliście pod niewłaściwy adres.
Wysoki machnął dłonią w kierunki swojego kolegi.
- Adres się zgadza - stwierdził. - A ty coś za jeden? Jego adwokat? Nam wszystko jedno, od kogo odbierzemy dług. Możesz to być ty.
Czarny wyjął już wcześniej z kieszeni nóż sprężynowy i teraz pstryknął nim, uwalniając długie, wąskie ostrze. Pokiwał żelazem w powietrzu i cmoknął.
- Jasne - zgodził się. - Nam wszystko jedno.
- Ale mnie nie - próbowałem wycofać się w kierunku szafy - Nie ma powodu od razu brać się do scyzoryków. Możemy to raz dwa wyjaśnić. Może przynajmniej z grubsza zorientujecie mnie, co jest grane.
Wysoki zrobił dwa kroki w prawo.
- Jesteśmy na prowizji - przyznał się. - Jeżeli będziesz się upierał i przedłużał, nie zarobimy na życie. Chyba rozumiesz, że nie możemy do tego dopuścić.
- Dobra - zgodziłem się. - Zapłacę. Ile tego?
- Sto siedemdziesiąt.
- Aż tyle?
Sięgnąłem wolno po portfel do wewnętrznej kieszeni. Nie było w niej gotówki, ale na nich sam portfel zrobił wrażenie. Wcale się nie dziwię, bo taki portfel można kupić tylko w niektórych sklepach.
- Uczynny gość - powiedział radośnie wysoki. - Rozumie nasz położenie.
Rzuciłem portfel na łóżko.
- Tam jest wszystko, co mam przy sobie - pokazałem palcem. - Ale będzie mi przykro, jeśli nic nie zostawicie.
Czarny przełożył nóż do lewej ręki i podszedł do łóżka. Kiedy schylił się po portfel, przyłożyłem mu rewolwer do karku. Drgnął zaskoczony, a jego kolega zamarł z otwartymi ustami. Nie spodziewali się takiego zagrania.
- Rzuć! - poleciłem.
Wykonał polecenie bez słowa sprzeciwu. Cofnął rękę, z drugiej wypuścił nóż. Wysoki odzyskał już rezon.
- To sobie pójdziemy, co? - zaproponował. - Chyba pomyliliśmy adres.
Obaj powoli zaczęli wycofywać się do drzwi, mierząc wzrokiem ułożenie broni w mojej ręce.
- Pozwolisz nam wyjść spokojnie? - zapytał wysoki. - Po co od razu robić hałas...
- OK - schowałem rewolwer do kabury pod pachą. - Nie mam żalu, skoro wykonujecie swoją robotę i w dodatku pomyliliście adres.
Zrozumieli, że nie będzie walki i uśmiechnęli się z ulgą. Czarny schylił się po nóż, ale go powstrzymałem.
- Daj spokój. Chciałbym go mieć na pamiątkę.
Wycofał się, a ja podszedłem do łóżka, podniosłem nóż, złożyłem go i razem z portfelem schowałem do kieszeni. Wysoki chrząknął.
- No to cześć - powiedział. - Może powtórzysz swojemu znajomemu, że nie dotrzymał umowy i nie może liczyć na prolongatę terminu.
- Powtórzę - skinąłem głową i spytałem, czyja to forsa.
Nie odpowiedział od razu. Musiał wymyślić odpowiedź.
- Tego kogoś, kto pożyczył twojemu kumplowi - stwierdził wreszcie.
- Logiczne. Jestem w jakimś sensie jego pełnomocnikiem. Podaj adres, a może będę mógł coś poradzić.
Zawahał się, ponieważ nie przewidywał takiego rozwiązania. Ani on, ani jego szef.
- Byłoby prościej, żebyś się z nami umówił - zaproponował. - Bo to my jesteśmy od pobierania należności.
- Może nie chcę płacić procentów? Nie mam dość kasy ze sobą. Ale mógłbym to uregulować w najbliższej przyszłości.
- Dzisiaj?
- Na przykład. Więc?
- Dobra - zdecydował się. - Niech tak będzie. Zresztą, nie zostawiłeś nam wyjścia. Wierzyciela znajdziesz pod adresem Ulica Zachodnia 7360.
- Gdzie to jest?
- W Kensington, koło Clarendan Avenue. Właściciel lokalu nazywa się Greenwood. Jake Greenwood.
Uśmiechnął się, widząc moje zaskoczenie. Wymieniony przez niego człowiek był najsilniejszą postacią w tamtym rejonie miasta.
- Ucieszy się na twój widok - dodał zadowolony, że zrobił na mnie odpowiednie wrażenie.
Wyszli bez pożegnania, pewni ostatecznego zwycięstwa. Choć może także uradowani i tym, że potyczka zakończyła się polubownie. W takim hotelu jak Sweet Home częściej zdarzały się bardzo przykre zakończenia sporów.
Usiadłem znowu na łóżku i sięgnąłem po papierosa. Wyglądało na to, że Monday Howard zaplątał się ledwo wyszedłszy z kicia. Jake Greenwood miał bardzo długie ręce. Ja też poczułem się zaplątany, bo oczywiście nie dysponowałem sumą stu siedemdziesięciu dolarów.
Monday Howard robił wrażenie człowieka bardzo chorego. Był blady, ruda czupryna przerzedziła mu się od naszego ostatniego spotkania i nie była już lśniąca. On sam patrzył na boki niespokojnie i z lękiem. Co jakiś czas zasłaniał usta dłonią, gdy chwytał go atak kaszlu.
- Nie - odpowiedział na moje pytanie. - Nie widziałem nikogo. Pewnie poszli do kogo innego.
- To prawda, że jesteś dłużnikiem Greenwooda?
- Właśnie zamierzałem mu oddać. Ci dwaj, to Luke Wright i Koko Brandy. Mają ciężkie łapy. Naprawdę im powiedziałeś, że zapłacisz za mnie?
- Masz coś przeciw temu?
Howard zrzucił kurtkę przeciwdeszczową, wyjął z szafy marynarkę z błyszczącymi guzikami i wystroił się w nią. Zmienił buty, przyczesał włosy.
- Powinniśmy wypić za spotkanie - zaproponował. - I trzeba pogadać. Mam na oku coś bardzo interesującego.
- Zawsze masz coś na oku - zauważyłem kwaśno. - Chwilowo jednak wierzyciele cię szukają i jest im pilno. Co zrobisz, gdy tu wrócą?
Mała, chuda twarz Mondaya rozjaśniła się w uśmiechu.
- Mam przecież ciebie, Tim. A poza tym wiesz, że zawsze płacę długi. I Greenwood też to wie. Zaczeka. W tej chwili mam trzydzieści jeden dolarów. To możesz im dać, a reszta w dużej części zależy od ciebie.
Nie mogę powiedzieć, żebym ucieszył się z takiego obrotu sprawy. Ale zawsze miałem słabość do tego pechowca.
Rozmowę kontynuowaliśmy w małym pubie, który znaleźliśmy dwie przecznice od hotelu. Monday Howard wypił szybko podwójną whisky, a potem zadeklarował uroczyście:
- Angażuję cię.
Uśmiechnąłem się smutno. Ten tydzień zaczynał się cudownie. Właśnie ścigany przez wierzycieli facet namawiał mnie, żebym wykonał dla niego jakąś robotę.
- Oczywiście - zgodziłem się. - Pasjami lubię pracować za darmochę.
Wykrzywił się niezadowolony.
- Nic z tych rzeczy - zapewnił. - Zamierzam ci płacić. I to wcale nie najgorzej.
- Pięknie - zgodziłem się. - Ale wyjaśnij jak to jest, że nie chcesz zapłacić Greenwoodowi, chociaż grozi ci nożem, a zamierzasz opłacać moje usługi.
- Chcę cię zaangażować dlatego, żeby mieć z czego oddać Greenwoodowi. Cała reszta będzie dla nas.
- Monday! - powiedziałem z naganą. - To jeden z twoich genialnych pomysłów? Chcesz, abym pracował za darmo, żywiąc się wyłącznie mieszanką tlenu z azotem. A ty spłacisz mnie wówczas, gdy już zostaniesz bogaczem.
- Coś w tym rodzaju - ucieszył się z mojej domyślności. - Posłuchaj, jak to wszystko wygląda, a od razu zmienisz zdanie. Najpierw rzuć okiem na to.
Podał mi arkusz papieru i patrzył z błyskiem w oku, kiedy czytałem, z rosnącym zainteresowaniem. Była to umowa podpisana przez dwóch świadków. Umowę zawarto pomiędzy Howardem a człowiekiem nazwiskiem Anthony Partham. Wynikało z niej, że za pewne pożyteczne usługi tenże pan Partham wypłaci Mondayowi, natychmiast po opuszczeniu przez niego zakładu karnego, sumę dwóch tysięcy sześciuset dolarów w gotówce.
Oddałem Howardowi papier, zapaliłem papierosa i zastanawiałem się, jak mu o tym powiedzieć. Monday jak zwykle miał w sobie zbyt wiele wiary i zbyt mało sceptycyzmu.
Poznaliśmy się kilka lat wcześniej, pomogłem mu wyplątać się z pewnej sprawy. Pracował zwykle jako pomagier - obstawa, goniec, kierowca, nigdy nie trafił na prawdziwe pieniądze, choć stale o tym mówił i snuł rozbudowane plany na przyszłość, gdy będzie już mógł sobie pozwolić na wszystko. Od lat opracowywał wielki, bezpieczny skok. Niewykluczone, że jego pomysły bywały czasem realizowane, ale zwykle on nic z tego nie miał, ponieważ od dzieciństwa prześladował go pech. Monday nie dysponował środkami na ów wielki skok, a ten, kto kupował pomysł i miał pieniądze, miał też zwykle pomysł i na to, żeby wykołować cichego wspólnika. Po którejś z takich eskapad Monday uznał, że skoro już musi co jakiś czas siedzieć za kratkami, to nie za darmo. Zaczął więc wynajmować swoją wolność i był kimś, kto odbywał wyroki za innych. Oczywiście, w grę wchodziły sprawy stosunkowo drobne - oszustwo, kradzieże bądź bezkrwawe napady, po których nie skazywano na wysokie wyroki. Monday dostawał cynk, że policja jest na tropie jakiegoś obywatela, kontaktował się z nim, po czym dawał się ująć w okolicznościach wskazujących przynajmniej na współudział. Znaczną część zarabianych w ten sposób pieniędzy przekazywał swojej młodszej siostrze, mieszkającej gdzieś na Środkowym Zachodzie. Mówił, że obiecał rodzicom pomagać jej, a ona stale znajdowała się w kłopotach.
Teraz patrzył na mnie z zaciekawieniem i oczekiwał, abym go pochwalił za sukces.
- Suma jest zachęcająca, Monday. Nie na próżno, widzę, przesiedziałeś ostatnio pół roku. Ale...
Zmarszczył brwi, znowu dopadł go kaszel.
- Mów, mów - zachęcił mnie po chwili. - Mam do ciebie pełne zaufanie i postąpię dokładnie według twoich wskazówek.
Uznałem, że dość już owijania w bawełnę. Wspomniałem, że ostatnio jakiś pan Partham często pokazuje się w telewizji. Monday Howard uśmiechnął się z zadowoleniem.
- To ten sam - wyjaśnił. - Szacowny członek Rady Miejskiej. Ma kłopot z synalkiem, kleptomanem. Parthamowi zależy na dyskrecji, co mnie zapewnia zajęcie, a także te nowiutkie, pachnące banknoty.
Rozmarzył się i musiałem potrząsnąć go za ramię, żeby powrócił do rzeczywistości.
- Posłuchaj, drogi chłopcze - powiedziałem z naciskiem. - Skup się na chwilę i posłuchaj. Na pewno pan Partham zapłaci ci za milczenie. Ale jest tu coś, nad czym powinieneś się zastanowić. Myślę, że świadkowie tej umowy mogą stanowić pewien problem.
W moim odczucia sprawa była poważna, ale Howard lekceważył ją z typową dla siebie beztroską.
- Amos Burchardt? - zapytał. - Czytałem. Ktoś go rąbnął w jakiejś spelunie. I dobrze, należało mu się.
- To był twój świadek - zauważyłem. - A drugi, Robbit Trask, wyjechał podobno do Argentyny, ścigany przez połowę agentów FBI po tej stronie oceanu. Czy w tej sytuacji radny Partham będzie dla ciebie łaskawy, śmiem wątpić.
- No! - zawołał Monday, nie tracąc nic ze swojego optymizmu. - Dlatego właśnie zwracam się do ciebie. Telefonowałem do domu Parthama, powiedzieli, że jest nieobecny. Myślę, że on nie chce płacić, bo wie o tych dwóch i liczy, że zaoszczędzi. Ty umiesz załatwiać sprawy z takimi gośćmi, prawda? Masz wprawę. W końcu mam papier, gdzie stoi wszystko czarno na białym. Będziesz umiał to rozegrać. No i masz znajomych w prasie, gdyby poszło nie bardzo.
Wbrew oczekiwaniom Howarda, sprawa nie wydawała mi się klarownie czysta. Fakt, że Partham sam nie zafundował sobie spokoju natychmiast po tym, jak Monday opuścił kryminał, wydawał mi się niepokojący. Powiedziałem o tym.
- Może rzeczywiście nie ma go w domu - uspokoił mnie Howard. - A żonie nic nie mówił o wybrykach synalka i o zobowiązaniach wobec mnie. Więc jak będzie, Tim? Załatwisz to dla mnie?
Pogadaliśmy jeszcze chwilę i w końcu zgodziłem się spróbować. Monday Howard przekonał mnie, że forsa jest prawie czysta. Pochodzi z interesu, nawet jeśli interes nie był zupełnie zgodny z prawem.
- Każdy wybiera najlepszy dla siebie sposób zarabiania - oświadczył. - Ja najlepiej umiem siedzieć. I za to należy mi się zapłata, zgodnie z umową. Wziąłem na siebie te pięć miesięcy, które wlepiliby synalkowi radnego za kradzieże w sklepach. Dla mnie to betka, młody mógłby się do końca zdegenerować. Więc nie możesz mówić, że moja praca nie jest społecznie pożyteczna.
Wziąłem umowę, a Howardowi kazałem się ogolić i na wszelki wypadek zmienić adres.
- Bo kto mi zapłaci, jeśli wcześniej dobierze się do ciebie Greenwood?
- Coś wymyślisz - pocieszył nas obu. - Zrobię, jak zaproponowałeś, a po południu zajrzę do twojego biura. Mam nadzieję, że będziesz tylko siedział i słuchał, jak pięknie szeleszczą banknoty.
Nie byłem o tym przekonany. Ten tydzień nie zaczął się fortunnie - tylko obietnice i nadzieje, żadnego konkretnego zarobku.