Rozdział 3
Adam szedł naprzeciwko mnie. Niósł ciemną tkaninową siatkę wypełnioną w połowie. Zauważyłam, że zwolnił kroku. Dla mnie odległość między nami i tak zmniejszała się zbyt szybko, gdyż chwilę, gdy zachowywaliśmy dystans, chciałam poświęcić na dokładne przyjrzenie się mężczyźnie. Był siwy, dość szczupły, z tylko delikatnie zarysowanym brzuszkiem. Miał czarne spodnie i czerwony sweter, spod którego wystawała wąska biel kołnierzyka koszuli. Ujrzałam znany mi uśmiech, który od pierwszego naszego spotkania niepokoił mnie i skłaniał do rozmyślań o nim. I oczy bez blasku.
Stanęliśmy naprzeciw siebie.
- Dzień dobry - pozdrowiłam go pierwsza.
- Dzień dobry - odpowiedział bez żadnego słowa więcej.
- Mam na imię Ewa - przedstawiłam się, wyciągając do niego rękę. - A ty? - szybko dodałam na wypadek, gdyby nie miał zamiaru ujawnić mi swojego imienia, tylko kontynuować marsz w zamierzonym kierunku.
- Adrian. - Podał mi dłoń. Jego uścisk był delikatny, co oznaczało, że brakowało mu pewności siebie.
- Bardzo mi miło. Nie znam innego Adriana - mówiłam ucieszona, śmiało patrząc mężczyźnie w twarz, by zobaczyć jego spontaniczny uśmiech.
- Ja też nie znam - powiedział tylko i nareszcie bardziej się uśmiechnął!
- Wiesz, pójdę kawałek w twoją stronę, przejdę na następnych pasach i tamtędy wrócę na parking. - Dłonią wskazałam w dal, rozgadana, z zamiarem dodania swobody i lekkości naszemu przypadkowemu spotkaniu. - Będziemy mogli chwilę porozmawiać. Nie masz nic przeciwko temu?
- Oczywiście - powiedział tylko.
Był małomówny i potwornie onieśmielony. Nie zainicjował żadnego tematu. To ja zapytałam go, gdzie mieszka, czy samochód też ma na tym samym parkingu co ja i wspomniałam prelekcję, na której byliśmy oboje. Odpowiadał skąpo.
- Przy okazji poznałam twoją żonę, chociaż tylko z daleka - zaczęłam, lecz on tego nie skomentował.
Rozmowa się urwała, za to w głowie usłyszałam prośbę mojej nieżyjącej teściowej, abym się nie broniła przed dobrym mężczyzną. Nawet ujrzałam jej wyraz twarzy i tamto błagalne spojrzenie, już wyraźnie gasnące. Posłałam jej myśl, że Adrian ma żonę i jeszcze nie wiem, jaki jest. Prawie na głos dodałam, że żonatych nie tykam. Tak mnie to rozśmieszyło, że swoje rozbawienie zakryłam dłonią.
- Z czego się śmiejesz? - zapytał. Nareszcie coś powiedział sam z siebie!
- Przepraszam cię, przypomniałam sobie rozmowę z moją teściową. Dała mi radę, gdy jeszcze żyła. Nieważne... to naprawdę nieważne. Nie wiem, skąd właśnie teraz takie wspomnienia. Jestem sama, nie mam tu rodziny, więc czasem rozmawiam ze zmarłymi krewnymi. Nie zrozum mnie źle, nic z wywoływania duchów czy innych spirytystycznych spektakli, o nie. Po prostu nieraz wracają do mnie nasze rozmowy sprzed lat, sytuacje z dzieciństwa. W tej chwili przypomniałam sobie, co Łucja powiedziała mi o mężczyznach.
- Aha - odpowiedział Adrian i podeszwą pantofla zaczął rysować na bruku jakieś nierozszyfrowane przeze mnie znaki, gdyż ponownie się zatrzymaliśmy. Nie zapytał o radę mojej teściowej, ponieważ zainteresowało go zupełnie coś innego. - Jesteś sama? Przepraszam za to pytanie, czyli męża też nie masz?
- Nie mam. Nie mam krewnych ani dzieci. Tylko znajomych z widzenia. Z osiedla. Takich wiesz, do pozdrawiania się na klatce schodowej, czy na ulicy. Od dziesięciu lat jestem wdową.
Mówiąc to, patrzyłam mu w oczy z nadzieją, że informacja o braku męża rozjaśni jego twarz choćby delikatnym uśmiechem. Nie dlatego, że byłam wdową, ale dlatego, że o dość osobistych sprawach nie rozmawiał z mężatką, lecz z kobietą niezwiązaną z żadnym mężczyzną.
- Przykro mi - powiedział z powagą w głosie i przeniósł wzrok na moją twarz.
Przez chwilę oboje w ciszy wpatrywaliśmy się sobie oczy.
- Podam ci mój numer telefonu, może kiedyś pogadamy, bo tak na ulicy... Albo nawet umówimy się na kawę? - powiedziałam, gdy znów ruszyliśmy przed siebie, szybko uznając, że chyba zwariowałam. Ale, gdy przypomniałam sobie twarz jego żony, to chciałam z nim pójść na kawę! Wstydziłam się przyczyny swojego pragnienia, bo chyba miałam zamiar zrobić na złość tamtej kobiecie za to, jakim zabójczym wzrokiem wtedy na mnie patrzyła. Pokazać wiedźmie, że nikt nie może być niczyją własnością!
Moja świętej pamięci babunia, widząc zachowanie swojej bardzo dojrzałej wnuczki, pewnie przewracała się w grobie. Przez chwilę wyobraziłam to sobie, ale tylko przez maleńką chwilkę, ponieważ zaraz przypomniałam sobie, że babcia na własne życzenie została skremowana, nie mogła więc już wykonywać żadnych ruchów.
Wolno szłam do samochodu. Obiecał, że przyśle mi SMS-a.
- Trzymam cię za słowo! - odwróciłam się i jeszcze krzyknęłam za odchodzącym Adrianem. - Bo jak nie, to ja napiszę do ciebie!
Uniósł tylko dłoń na znak zgody i zniknął za rogiem szarej kamienicy.
* * *
Wiadomość od Adriana nadeszła następnego dnia koło południa:
Dzień dobry. Pozdrawiam z pracy. Miło było Cię poznać. A.
Ta krótka treść bardzo mnie ucieszyła. Ale żeby aż tak bardzo?! Adrian miał żonę, nawet nie był przystojnym mężczyzną. Był przeciętnej urody i ewidentnie dużo starszy ode mnie. Trochę pucołowaty. Z pewnością dobiegał sześćdziesiątki albo nawet dawno ją przekroczył. Zwyczajny mężczyzna niczym niewyróżniający się w tłumie, lecz ten jego tajemniczy półuśmiech... Jak u Mona Lisy - nikły, nieznacznie asymetryczny, coś skrywający, jakby tylko udający zadowolenie.
Od razu wstukałam wiadomość:
Fajnie, że napisałeś. Umówmy się na kawę, aby porozmawiać dłużej. Ja też pozdrawiam Cię z pracy. E.
Po jej wysłaniu uznałam, że z propozycją spotkania wyrwałam się jak filip z konopi, zbyt wcześnie, bo w ogóle nie miałam ochoty na romanse, randki ani tym podobne sprawy. Jednak znów żona Adriana nie dawała mi spokoju - czy zamierzałam zrobić jej na złość? Sama nie wiedziałam. Może tak? Ale przecież nie miała się dowiedzieć o naszych rozmowach, wspólnie wypitej kawie albo spotkaniach, gdyby doszły do skutku. Pragnęłam tylko poczuć satysfakcję. Za wszystkie jej spojrzenia jak sztylet wbity w moją pierś. I za smutny uśmiech jej męża, bo jeśli miał poważne problemy, to żona powinna go wspierać, być z nim, kochać go jeszcze bardziej, by dodać mu sił i otuchy.
Wiktor zawsze mnie wspierał. Ocierał moje łzy, okrywał kocem, przynosił herbatę z miodem i cytryną oraz ciepło przemawiał do rozsądku. To samo robiłam ja, gdy to on doświadczał gorszych dni czy problemów w pracy.
Adrian, z tak zalęknioną twarzą i książkowym uśmiechem jak u DDA[2] nie mógł mieć oparcia w żonie. Byłam tego pewna!
Po kilku minutach ponownie usłyszałam sygnał przychodzącej wiadomości. Po znajomości z Adrianem niczego się nie spodziewałam, niczego poważnego nie planowałam oprócz wypicia kawy, może spaceru czy pogawędki, a jednak moje serce zareagowało szybszym biciem.
Z ogromną przyjemnością wypiję z Tobą kawę. A.
SMS-a kończyła uśmiechnięta buźka emotki. Przez dłuższą chwilę patrzyłam na nią, wyobrażając sobie szeroki uśmiech Adriana. Czy on w ogóle umiał się tak śmiać? Byłam uszczęśliwiona i przez następną godzinę nie potrafiłam skupić się na treści książki, którą dostałam od wydawnictwa. Pracowałam jako redaktorka, zajmując się poprawą jakości tekstu poprzez eliminowanie różnego rodzaju błędów - ortograficznych, gramatycznych, interpunkcyjnych czy stylistycznych. Tekst wymagał uważnego czytania.
Niestety, było to czytanie mechaniczne, gdyż moje myśli krążyły wokół Adriana i naszej wspólnej kawy. Walczyłam z chęcią wysłania kolejnej wiadomości. Kilka minut, pół godziny, trzy kwadranse... Jednak maleńki, słoneczny uśmiech sztucznej inteligencji mnie pokonał.
Perspektywa wspólnej kawy nie pozwala mi się skupić na pracy. Cieszę się!!! E.
Również dołączyłam uśmieszek. Po napisaniu wiadomości od razu ją wysłałam. Wiedziałam, że po ponownym jej przeczytaniu mogłabym zmienić tekst, a nawet rozmyślić się i go skasować.
Czy możesz zdradzić, na czym polega Twoja praca? Bo zaczynam mieć wyrzuty sumienia. A.
Korespondowaliśmy ze sobą! A może nawet zaczęliśmy flirtować? Zdalnie, ale w obecnych czasach to coś normalnego. Zalotność treści maila czy SMS-a, uniesienia podczas ich czytania - czyż to nie jest flirt?
Czułam, że wzrosło mi cieśnienie krwi. Wiadomość przeczytałam kilka razy. "Bo zaczynam mieć wyrzuty sumienia" - te słowa odczytałam jako troskę o mnie. Jeśli pracowałabym na taśmie produkcyjnej albo jako kierowca i SMS-y rozpraszałyby mnie, to nic dziwnego, że Adrian bał się, żebym nie wkręciła sobie palców w maszynę albo nie wylądowała na przydrożnym drzewie. Ktoś się o mnie zatroszczył! Od lat tego nie doświadczyłam. Dopiero Adrian...
Redaguję książki, dlatego muszę mieć umysł niezajęty niczym innym. Żeby czuć fabułę powieści i wyłapywać nieprawidłowości gramatyczne, stylistyczne, leksykalne, składniowe itp. Propozycja wypicia z Tobą kawy całkiem oderwała mnie od tekstu. Właśnie idę sobie ją zrobić i wypiję... sama. Tym razem. E.
Znowu dodałam wesołą buźkę, przez chwilę zastanawiając się, czy nie zmienić jej na taką z całusem. Dostawałam wiele wiadomości kończących się właśnie całusem. To przecież mechaniczne dodanie maleńkiej grafiki symbolizującej sympatię lub cmoknięcie na pożegnanie. Coś bardzo powszechnego. Zwyczajne, koleżeńskie cmoknięcie.
Jednak nie zrobiłam tego. Młodzi dodają emotki bez zastanawiania się, ludzie w moim wieku lub starsi mogą doszukiwać się głębszego sensu wirtualnego buziaka.
Kliknęłam i wysłałam tylko uśmiech. Odczytałam nową wiadomość:
Czyli pracujesz w domu?
Błyskawicznie odpisałam:
Tak!
Fajnie masz, zatem smacznej kawy! Myślę o naszej wspólnej. Do zobaczenia. Pa!
Flirtowaliśmy jak nic. "Pa" dla mnie nie było zwyczajnym słowem, było euforycznym marzeniem o spotkaniu.
- Pa - szepnęłam pod nosem, stojąc z filiżanką kawy, wpatrzona w pejzaż za oknem.
"Pa" rozeszło się ciepłem po moim ciele...
Jesień na dobre rozgościła się w mieście. Najpiękniej wybarwiła klony. Wyzłacane przez słońce wyglądały jak królewskie korony - zjawiskowo i bogato. Widoczne z dala brzozy już delikatnie przerzedziły się z liści.
Zapatrzona na ciepłe barwy za oknem, ujrzałam nas spacerujących po żółtych szeleszczących dywanach. Na spacery chodziłam sama. To byłby mój pierwszy od lat spacer z mężczyzną.
Nie chciałam już odpisywać Adrianowi. Miał żonę, więc był w innej sytuacji niż ja. Mój wolny czas należał tylko do mnie, jego - nie tylko do niego. Ujrzałam jej oczy, kontrolujące, czujne, domyślające się. Adrian miał zagwozdkę. Chciałam, aby sam sobie z nią poradził, bez mojego udziału. Postanowiłam zaczekać na jego decyzję o terminie spotkania i miejscu. Wspólna kawa już mi zapachniała!
[2] Dorosłe Dziecko Alkoholika to osoba dorastająca w rodzinie lub środowisku dysfunkcyjnym, gdzie alkohol odgrywał znaczącą rolę. Lekki uśmiech takich osób bywa stały i mimowolny i jest nieszczerym potwierdzeniem ich szczęścia czy radości lub celowym zaprzeczeniem noszonych w sobie traum z dzieciństwa.