Srebrna dziewczyna - Elin Hilderbrand

Reflow text when sidebars are open.
Postanowiły nie rozmawiać, dopóki Meredith nie będzie bezpieczna w domu na Nantucket. Najpierw musiały zmierzyć się z autostradą. Znała ją doskonale, tak jak każdy Amerykanin posiadający dom (a w jej wypadku - trzy domy) pomiędzy Maine i Florydą. Minęły dziewięćdziesiąt trzy nużące zjazdy w Connecticut, zanim przekroczyły granicę Rhode Island i zaledwie godzinę później Massachusetts. Gdy przejeżdżały przez most Sagamore, wschodziło słońce, oblewając kanał Cape Cod radosną, różową poświatą, od której Meredith aż bolały oczy. Pomimo pierwszego dnia lipca ruch na moście był niewielki; dlatego Connie lubiła jeździć nocą.
W końcu dojechały do Hyannis, miasta, które Meredith odwiedziła z rodzicami we wczesnych latach siedemdziesiątych. Pamiętała, jak jej matka, Deidre Martin, nalegała, aby przejechali obok posiadłości Kennedych. Stały tam straże; było to zaledwie kilka lat po zabójstwie Bobby'ego. Pamiętała też, jak jej ojciec, Chick Martin, zachęcał ją do zjedzenia kanapki z homarem. Miała zaledwie osiem lat, ale on wierzył w wytworne gusta córki. "Błyskotliwa i utalentowana - zwykł przechwalać się bezwstydnie. - Ta dziewczyna jest doskonała". Meredith spróbowała homara, wypluła, a potem poczuła zażenowanie. Ojciec wzruszył ramionami i dokończył swoją kanapkę.
Nawet po tylu latach wspomnienie Hyannis napełniało ją poczuciem wstydu, spychając na drugi plan hańbę, jaka ją okryła, gdy jej męża, Freddy'ego Delinna, postawiono w stan oskarżenia. W Hyannis rozczarowała swego ojca.
Dzięki Bogu, że Chick nie może jej teraz widzieć.
Chociaż postanowiły nie rozmawiać o niczym istotnym, Meredith zwróciła się do Connie, która - wbrew rozsądkowi - zgodziła się udzielić jej chwilowego schronienia, mówiąc:
- Dzięki Bogu, że mój ojciec nie może mnie widzieć.
Connie, która wjeżdżała właśnie na parking linii promowej Steamship Authority, westchnęła w odpowiedzi.
- Och, Meredith.
Trudno było odczytać, co ma na myśli. "Och, Meredith, masz rację; co za szczęście, że Chick nie żyje od trzydziestu lat i nie musiał być świadkiem twojego błyskawicznego wzlotu i jeszcze bardziej spektakularnego upadku". Albo: "Och, Meredith, przestań użalać się nad sobą". A może: "Och, Meredith, myślałam, że zgodziłyśmy się, iż nie będziemy rozmawiać, dopóki nie dotrzemy do domu. Ustaliłyśmy pewne zasady, a ty je łamiesz".
Albo: "Och, Meredith, zamknij się, proszę".
Rzeczywiście, w tonie głosu Connie, odkąd ją ocaliła o drugiej nad ranem, pobrzmiewało ledwie skrywane... Co? Złość? Strach? Konsternacja? Czy Meredith mogła ją winić? Nie rozmawiała z nią od prawie trzech lat, a podczas ostatniej rozmowy powiedziały sobie potworne rzeczy; można by rzec, że użyły palnika do rozerwania żelaznego łańcucha swojej przyjaźni. Albo: "Och, Meredith, co ja zrobiłam? Dlaczego tu jesteś? Chciałam mieć beztroskie lato. Pragnęłam świętego spokoju. A teraz mam ciebie, paskudny międzynarodowy skandal, na przednim siedzeniu swojego samochodu".
Zdecydowała się przyjąć te słowa za dobrą monetę, uznać "Och, Meredith" za quasi-współczujący brak odpowiedzi. Connie zatrzymała się przed bramą wjazdową i pokazała strażnikowi bilet na prom; była roztargniona. Meredith miała na sobie czapeczkę swego syna Carvera - bejsbolówkę drużyny Choate - i optyczne przeciwsłoneczne okulary, które na szczęście były duże, okrągłe i bardzo ciemne. Odwróciła głowę od strażnika. Nie mogła pozwolić, żeby ją rozpoznano.
Connie zatrzymała się na rampie prowadzącej do luku samochodowego. Samochody wyglądały w nim jak modele Matchboxa zapakowane w ciasnej walizeczce. Był pierwszy lipca; nawet o tak wczesnej porze na promie panował odświętny nastrój. Dżipy były wyładowane po dach ręcznikami plażowymi i przenośnymi grillami; przed jej wozem stał stary wagoneer ze zderzakiem oblepionym co najmniej szesnastoma plażowymi winietami we wszystkich kolorach tęczy. Meredith miała poturbowane, złamane serce. Postanowiła nie myśleć o chłopcach, ale wszystko się z nimi kojarzyło. Przypomniała sobie, jak pakowali do range-rovera torby z kostiumami plażowymi, koszulkami do surfingu i klapkami, rękawice i korki do bejsbolu, aluminiowy futerał z zestawem do badmintona, nowe talie kart i baterie do latarek. Zamykała psa za kratką, mocowała deskę surfingową Carvera na bagażniku i ruszali - dołączali odważnie do korka, który ciągnął się od Freeport przez całą drogę do Southampton. Jak zwykle źle wybrali moment i utknęli za jakimś minibusem. Ale było zabawnie. Chłopcy zmieniali się przy radiu - Leo lubił folk rock, Counting Crows był jego ulubionym zespołem, Carver zaś heavy metal, który prowokował psa do wycia - a Meredith czuła, że im było goręcej i im dłużej jechali, tym byli szczęśliwsi, dojeżdżając do Southampton. Słońce, piasek, ocean. Zdejmijcie buty i otwórzcie okna. Freddy dojeżdżał w weekendy, a w następnych latach przylatywał helikopterem.
Leo! Carver! Leo. Biedny Leo - myślała Meredith, patrząc teraz na rozbawionych letników. Przez lata dorastania opiekował się Carverem. Chronił go, uczył, obejmował. A teraz to Carver podtrzymywał i wspierał brata. Modliła się, aby dobrze mu szło.
Z głośnika popłynął komunikat dotyczący zasad i przepisów obowiązujących na promie. Zaryczała syrena i Meredith usłyszała odległe oklaski. Poczciwe, szczęśliwe dusze zmierzające tego pięknego poranka na wyspę Nantucket witały owacją początek lata. Tymczasem ona czuła się tak, jakby wciąż znajdowała się trzy stany stąd. Dokładnie w tym momencie policja federalna mogła wchodzić do jej penthouse' u na Park Avenue i zajmować dobytek. Meredith z dziwną obojętnością zastanawiała się, jak to będzie wyglądać. Wyjeżdżając z Connie, zapakowała do jednej miękkiej torby podróżnej proste letnie ubrania, a do kartonu osobiste rzeczy - fotografie, akt ślubu, świadectwa urodzenia chłopców, kilka ulubionych powieści w miękkich okładkach, jeden szczególny notes z pierwszego roku w Princeton i jedną płytę, oryginalne wydanie z 1970 roku Simona i Garfunkela Bridge Over Troubled Water[1], której nie miała nadziei kiedykolwiek wysłuchać, ale nie mogła jej zostawić.
Pozwolono jej zabrać okulary optyczne, okulary przeciwsłoneczne na receptę i czterokaratowy zaręczynowy pierścionek z brylantem. Odziedziczyła go po babce, Annabeth Martin; nie był kupiony za brudne pieniądze. I jeszcze perły od matki, prezent z okazji ukończenia Princeton, które należały do tej samej kategorii, ale teraz Meredith nie widziała ich zastosowania. Nie założy pereł w więzieniu. Gdyby chciała być przezorna, mogła je oddać w zastaw, a pieniądze dołożyć do marnej sumki, która jej została.
A co z resztą jej dobytku? Wyobraziła sobie ponurych, potężnych facetów w czarnych uniformach, z pistoletami w kaburach. Niemal widziała, jak któryś z nich bierze z jej toaletki subtelną buteleczkę z perfumami Shalimar i nie mogąc się powstrzymać, wdycha ich zapach. Inny zdejmuje z łóżka szwajcarską pościel wartą tysiące dolarów. Ale co z nią zrobią? Oddadzą do pralni, odłożą, sprzedadzą? Zabiorą jej rzeźbę Hostetlera i rysunki Andrew Wyetha, zdejmą ruchomą przestrzenną rzeźbę Caldera z sufitu w salonie. Przejrzą szafę i zapakują do kartonów buty Louboutina i Sergia Rossiego, zabiorą codzienne sukienki - Diane von Furstenberg, Phillipa Lima - i suknie od Diora, Chanel, Caroline Herreras. Federalni oświadczyli, że cały jej dobytek zostanie sprzedany na aukcji, a dochód przekazany na fundusz restytucyjny dla poszkodowanych inwestorów. Pomyślała o jasnoniebieskiej sukni od Diora, za którą zapłaciła dziewiętnaście tysięcy dolarów - teraz uśmiechała się do siebie z politowaniem - i zastanawiała się, do kogo będzie należeć. Zapewne do jakiejś drobnej osoby - Meredith miała zaledwie metr pięćdziesiąt pięć wzrostu i ważyła czterdzieści pięć kilo. Tę suknię osobiście zaprojektował dla niej John Galliano. U kogo wylądują miedziane garnki firmy All-Clad (używane tylko czasami przez dziewczynę Lea, Anais, która uważała, że Meredith grzeszy, nie gotując w swej wykwintnej, błyszczącej kuchni), a u kogo karafka do whisky z rżniętego kryształu, z której Freddy nigdy nie nalewał sobie drinka, chyba że w ostatnich dniach przed zdemaskowaniem. (To właśnie widok Freddy'ego wlewającego w siebie kolejno trzy szklanki whisky Macallana rocznik 1926 wprowadził ją w stan najwyższej czujności). W jej głowie, niczym w puszce Pandory, uchyliło się wieko z oskarżeniami: "Nikt nie wie, jak on to robi. Mówi, że to czarna magia, ale to nie może być zgodne z prawem. On łamie prawo. Zostanie złapany").
Meredith wiedziała, że policjantów najbardziej zainteresuje prywatny gabinet Freddy'ego. Zawsze zamykał go na klucz; zaczęło się to, gdy dzieci były małe i nie chciał, aby mu przeszkadzały podczas rozmów telefonicznych, i tak już zostało. Drzwi pozostawały zamknięte - zarówno wtedy, gdy był w gabinecie, jak i wtedy, gdy go tam nie było - nawet przed Meredith. Jeśli chciała wejść, musiała pukać. Zeznała to pod przysięgą, ale władze jej nie uwierzyły. Jej odciski palców (dosłownie) znajdowały się na klamce i (w przenośni) na jednej z nielegalnych transakcji. Trzy dni przez upadkiem Delinn Enterprises przetransferowała piętnaście milionów dolarów z "funduszu łapówkowego" przedsiębiorstwa na osobisty rachunek maklerski, który dzieliła z mężem.
Federalni będą również zainteresowani osobistym pokojem wypoczynkowym Freddy'ego. Ich dekoratorka, Samantha Deuce, zaaranżowała go jako "bibliotekę dżentelmena" z półkami pełnymi książek z dziedziny finansów, kolekcją zabytkowych skarbonek i bejsbolowymi pamiątkami z gry Babe'a Rutha w drużynie Yankees. Freddy nawet nie kibicował Yankeesom, ale Samancie pasowało, aby był fanem Babe'a Rutha, ponieważ, jak twierdziła, obydwaj byli ikonami swoich czasów. Ikonami swoich czasów. Meredith uważała ją za mistrzynię przesady.
Mąż prawie zawsze cieszył się tym pokojem w samotności; nie potrafiła sobie przypomnieć nikogo, kto by odpoczywał w głębokich skórzanych fotelach lub oglądał cokolwiek na ekranie pięćdziesięciodwucalowego telewizora. Chłopcy nie lubili tam przebywać; nawet zawody piłkarskie woleli oglądać w kuchni z Meredith. Na tylnej ścianie ukryto tarczę do gry w rzutki, której - była tego pewna - nigdy nie używano; rzutki nadal spoczywały w plastikowym opakowaniu.
Jedyną osobą, jaką przypominała sobie w pokoju Freddy'ego, była Samantha. Kilka lat wcześniej zastała ich tam oboje, jak stali obok siebie, podziwiając myśliwską rycinę, którą dekoratorka kupiła w domu aukcyjnym Christie. (Wybór ryciny był nieco ironiczny, Freddie bowiem nie polował i nienawidził broni: jego młodszy brat zginął od zabłąkanej kuli podczas wojskowych ćwiczeń). Trzymał wówczas rękę na pośladkach Samanthy. Gdy weszła Meredith, tak raptownie cofnął dłoń, że sam zwrócił jej uwagę na to, iż dotykał dziewczyny. Od tamtej pory często o tym myślała - ręka Freddy'ego na tyłku Samanthy. Nic takiego, prawda? Tamta od lat była ich dekoratorką. Mąż i ona byli bliskimi, dobrymi przyjaciółmi. Gdyby on, ot tak, położył tam rękę, Meredith w ogóle by się nad tym nie zastanawiała. Dopiero jego gwałtowna reakcja skłoniła ją do rozmyślań. Freddy nigdy nie okazywał strachu.
Prom szarpnął do przodu. Connie zaklinowała swojego ciemnozielonego cadillaca escalade'a pomiędzy ciężarówką supermarketu Stop&Shop a czarnym range-roverem, podobnym do tego, którym Meredith jeździła do Hamptons. Wysiadła i zatrzasnęła za sobą drzwi.
- Dokąd idziesz? - zapytała z przerażeniem jej towarzyszka.
Connie nie odpowiedziała. Otworzyła tylne drzwi escalade'a i wsiadła do środka. Poszukała poduszki i położyła się na siedzeniu.
- Jestem skonana - wyjaśniła.
- Oczywiście - przyznała Meredith.
Connie wyszła z domu wczoraj o ósmej wieczorem, zaledwie cztery godziny po telefonie od niej. Jechała sześć godzin na Manhattan i kręciła się po ciemnym zaułku na tyłach 824 Park Avenue, czekając na pojawienie się przyjaciółki. Za kontenerem na śmieci stał fotoreporter, ale palił papierosa i zdążył nastawić aparat dopiero wtedy, gdy Meredith była w samochodzie, a kierująca nim kobieta, niczym rabuś bankowy w filmie akcji, z piskiem opon ruszała do tyłu. Pasażerka schowała głowę pod deskę rozdzielczą.
- O Jezu, Meredith - powiedziała Connie. - Widziałaś, co się dzieje przed frontowym wejściem?
Wiedziała, że kłębił się tam tłum reporterów, było mnóstwo kamer i wozów transmisyjnych. Byli tutaj w dniu, gdy wyprowadzano Freddy'ego z apartamentu w kajdankach, i rano, gdy Meredith szła go odwiedzić w więzieniu, a po raz trzeci prawie dwa dni później, gdy oczekiwali na usunięcie jej samej z budynku przez policję federalną. Publiczność chciała wiedzieć, dokąd się uda żona finansowego oszusta wszech czasów po wyrzuceniu jej z penthouse'u na Park Avenue.
Meredith miała dwóch adwokatów. Adwokat prowadzący nazywał się Burton Penn; zaproponował, aby zwracała się do niego: Burt. Nie znała go wcześniej. Mąż wynajął dla siebie ich długoletniego rodzinnego prawnika Richarda Cassela. Cholerny Freddy, wziął sobie najlepszego, pozostawiając ją z przedwcześnie łysiejącym, trzydziestosześcioletnim Burtonem Pennem. Dobrze, że przynajmniej skończył prawo w Yale.
Drugi adwokat był jeszcze młodszy, miał ciemne kędzierzawe włosy i wystające siekacze, jak jeden z tych nastoletnich wampirów. Nosił okulary i mimochodem zwierzył się Meredith, że ma astygmatyzm.
- Ja również - powiedziała; nosiła okulary w rogowych oprawkach od trzynastego roku życia.
Bardziej się przywiązała do drugiego adwokata. Nazywał się Devon Kasper. Poprosił, aby nazywać go Dev. Powiedział jej prawdę. W jego głosie brzmiało jednak współczucie, gdy oznajmił Meredith, że trwa w jej sprawie śledztwo, ponieważ przelała piętnaście milionów dolarów na wspólny, swój i Freddy'ego, rachunek maklerski, i możliwe, że zostanie oskarżona o współpracę i posłana do więzienia. W jego głosie brzmiało współczucie, gdy powiedział swej klientce, że w sprawie jej syna Lea również wszczęto dochodzenie, ponieważ pracował z Freddym w Delinn Enterprises.
Chłopak miał dwadzieścia sześć lat. Pracował w legalnym oddziale handlowym firmy.
Dlaczego federalni wszczęli śledztwo przeciwko Leowi? Meredith nie wiedziała i starała się nie panikować - panika nie jest dobrym doradcą - ale przecież chodziło o jej dziecko. Był jej odpowiedzialnym synem, tym, który poszedł do Dartmouth, został kapitanem drużyny lacrosse i wiceprzewodniczącym oddziału Amnesty International; był tym, który ma stałą dziewczynę, tym, który, z tego co wiedziała Meredith, nigdy nie złamał prawa - nigdy nie zwędził ze sklepu paczki gumy do żucia, nie pił alkoholu jako nieletni, nie dostał mandatu za złe parkowanie.
- Dlaczego prowadzą śledztwo w sprawie Lea? - spytała, czując pospieszne kołatanie serca. Jej dziecko znalazło się w niebezpieczeństwie jak wybiegający na ulicę trzylatek.
- Cóż - odrzekł Dev - prowadzą śledztwo przeciwko niemu, ponieważ inny handlowiec, ogólnie szanowany weteran z dziesięcioletnim stażem na "legalnym piętrze" o nazwisku Deacon Rapp, powiedział SEC[2] i FBI, że Leo uczestniczył w piramidzie finansowej według schematu Ponziego, stworzonej przez ojca. Deacon zeznał, że chłopak był w stałym kontakcie z kolegami z siedemnastego piętra, gdzie znajdowała się centrala tej piramidy.
Na siedemnastym piętrze Freddy miał mały gabinet oraz sekretarkę. To było szokiem dla Meredith. Nic nie wiedziała ani o istnieniu siedemnastego piętra, ani o sekretarce, pani Edith Misurelli. Federalni nie mogli przesłuchać pani Misurelli, ponieważ przysługiwały jej miesiące zaległego urlopu i dzień przed wybuchem skandalu wyjechała do Włoch. Nikt nie wiedział, jak się z nią skontaktować.
Głos Deva brzmiał szczególnie współczująco, gdy powiedział Meredith, że do czasu zakończenia śledztwa absolutnie nie może się kontaktować z żadnym z synów; rozmowa pomiędzy nią i Leem mogłaby zostać uznana za dowód spiskowania. A ponieważ Carver i jego brat mieszkali wspólnie w starym wiktoriańskim domu w Greenwich, który był poddawany renowacji, nie mogła zadzwonić również do Carvera. Burt i Dev spotkali się z adwokatem Lea i obydwie strony doszły do wniosku, że istnieje duże prawdopodobieństwo wzajemnego wpływania na siebie. Meredith powinna zatem pozostać w jednym obozie, chłopcy w drugim. Chwilowo.
- Przykro mi, Meredith.
Dev często to powtarzał.
Wpatrywała się badawczo w Connie, która zwinęła swe długie, smukłe ciało, aby zmieścić się na siedzeniu. Oczy miała zamknięte, jej głowa zapadła się w poduszkę, a rudoblond włosy opadły na twarz. Zdaniem Meredith wyglądała starzej i smutniej - jej mąż Wolf zmarł dwa i pół roku temu na raka mózgu - ale to nadal była ona, Constance Flute, z domu O'Brien, najstarsza i kiedyś najbliższa jej przyjaciółka. Jej przyjaciółka od zawsze.
Meredith zadzwoniła do niej, aby spytać, czy może się zatrzymać "na trochę" w jej domu w Bethesda. Connie zręcznie zbyła jej prośbę, mówiąc, że wybiera się na lato na Nantucket. Lipiec był tuż-tuż - to całkowicie uszło uwagi Meredith, zamkniętej jak w pułapce w swoim apartamencie, i straciła nadzieję.
- Masz kogoś innego na widoku? - spytała Connie.
- Nie mam nikogo innego - odparła tamta.
Nie powiedziała tego, aby wzbudzić współczucie, ale dlatego, że to była prawda. Zdumiało ją, że jest taka samotna, opuszczona przez wszystkich, którzy przewijali się przez jej życie. Connie była jej jedyną nadzieją. Pomimo że od trzech lat ze sobą nie rozmawiały, była, poza rodziną, najbliższą osobą, jaką miała Meredith.
- Możesz zwrócić się do Kościoła - poradziła jej. - Wstąp do klasztoru.
Klasztor, owszem. Meredith rozważała to, gdy gwałtownie szukała wyjścia. Na Long Island, wśród łagodnych wzgórz, znajdowały się klasztory, była tego pewna; gdy jeździła z chłopcami autostradą do Hamptons, mijali jeden z nich. Jako nowicjuszka zaczęłaby od szorowania podłóg, aż kolana obtarłaby do krwi, ale być może pewnego dnia mogłaby uczyć.
- Meredith - odezwała się Connie. - Żartuję.
- Och.
Oczywiście, że przyjaciółka żartowała. W dzieciństwie uczęszczały razem do katolickich szkół, ale Connie nigdy nie była szczególnie pobożna.
- Chyba mogę po ciebie wstąpić - oświadczyła.
- I co potem? - spytała Meredith. - Zabierzesz mnie na Nantucket?
- Jesteś mi winna rewizytę. Od osiemdziesiątego drugiego roku.
Jakże to było dawno. Meredith się roześmiała. Ten śmiech zabrzmiał dziwnie w jej własnych uszach.
- Możesz zostać dwa tygodnie, może dłużej - dodała Connie. - Zależy, jak się ułoży. Nie mogę ci niczego obiecywać.
- Dziękuję - wyszeptała Meredith, przepełniona wdzięcznością.
- Zdajesz sobie sprawę, że nie dzwoniłaś do mnie od trzech lat?
Owszem, uświadamiała to sobie. W gruncie rzeczy Connie chciała powiedzieć: "Nie zadzwoniłaś, żeby przeprosić za to, co powiedziałaś o Wolfie, ani żeby osobiście złożyć mi kondolencje. Ale dzwonisz teraz, gdy dopadły cię kłopoty i nie masz dokąd pójść".
- Przepraszam - odrzekła Meredith. Nie powiedziała: "Ty też do mnie nie zadzwoniłaś. Nigdy nie przeprosiłaś, że nazwałaś Freddy'ego oszustem". Teraz oczywiście nie było za co przepraszać. Connie miała rację: Freddy był oszustem. - Mimo to przyjedziesz po mnie?
- Przyjadę.
Meredith chciała teraz obudzić Connie i zapytać: Czy wybaczysz mi to, co powiedziałam? Czy możemy wszystko między nami naprawić?
Zastanawiała się, co policjanci pomyślą o lustrze, które rozbiła w głównej łazience. W napadzie wściekłości rzuciła w nie kubkiem z miętową herbatą; rozkoszowała się hukiem i trzaskiem rozbijanego szkła. Jej odbicie rozprysło się i spadło na granitowy blat przy umywalce męża. Do diabła z tobą, Freddy! - pomyślała już chyba z milion razy. Prom kołysał się na falach i powieki jej opadły. Przypuszczała, że jeśli pod czarnymi mundurami policjantów kryją się ludzkie serca, zrozumieją.
[1] Most nad wzburzoną wodą.
[2] Securities and Exchange Commission - amer. Komisja Papierów Wartościowych i Giełd (przypisy pochodzą od tłumacza).
Postanowiły nie rozmawiać o niczym istotnym, dopóki Meredith nie będzie bezpieczna w domu na Nantucket. Connie potrzebowała czasu, aby przetrawić to, co zrobiła. Co ona zrobiła? Podczas sześciogodzinnej jazdy samochodem z Bethesda na Manhattan w kółko zadawała sobie to pytanie. Na drogach nie było ruchu; słuchała przez radio audycji Delilah. Wzruszające historie słuchaczy poprawiły jej nastrój. Wiedziała, co to jest strata. Wolf nie żył od dwóch i pół roku, a ona nadal czekała, aż ból osłabnie. Minęło prawie tyle samo czasu, odkąd rozmawiała po raz ostatni z Ashlyn, ich córką, chociaż dzwoniła co niedziela pod numer jej komórki w nadziei, że pewnego razu odbierze. Posyłała jej kwiaty na urodziny i talon upominkowy firmy J. Crew na Boże Narodzenie. Czy Ashlyn darła talon i wyrzucała kwiaty do śmieci? Connie nie miała szansy się tego dowiedzieć.
A co teraz zrobiła? Zgodziła się pojechać na Manhattan, aby zabrać swą najlepszą eksprzyjaciółkę Meredith Delinn. Nazywała ją eksprzyjaciółką, ale w głębi duszy wiedziała, że będą na zawsze związane. Dorastały w Main Line w Filadelfii. W 1960 roku poszły do przedszkola w Tarleton, potem do szkoły podstawowej, a później do średniej, Merion Mercy Academy. Były sobie bliskie jak siostry. Przez dwa lata szkoły średniej Meredith spotykała się z bratem Connie, Tobym.
Connie musnęła palcami telefon komórkowy leżący na konsoli w samochodzie. Zastanawiała się, czy nie zadzwonić do Toby'ego i nie powiedzieć mu, co postanowiła zrobić. Był jedynym człowiekiem, który znał jej przyjaciółkę równie długo jak ona; jedynym, który mógł zrozumieć. Ale Toby i Meredith mieli za sobą skomplikowaną historię. On złamał jej serce w szkole średniej, a potem latami ona pytała o niego, tak jak kobieta pyta o swą pierwszą prawdziwą miłość. Connie opowiadała Meredith o jego podróżach dookoła świata jako kapitana jachtów pełnomorskich, o jego wielce zabawowym stylu życia, co dwukrotnie doprowadziło go do ośrodka resocjalizującego, o kobietach, które poznał, poślubił i porzucił, i o jego dziesięcioletnim teraz synu, który miał zadatki, aby być równie uroczym i niebezpiecznym facetem jak Toby. Meredith nie widziała się z nim od sześciu lat, od pogrzebu matki Connie i Toby' ego, Veroniki. Na pogrzebie doszło pomiędzy nimi do pewnego zajścia, po którym Meredith wsiadła do czekającego na nią samochodu i odjechała, zanim rozpoczęło się przyjęcie.
- Nie mogę przebywać obok niego - powiedziała później do przyjaciółki. - To zbyt bolesne.
Connie nie miała odwagi spytać, co dokładnie się wydarzyło. Postanowiła również nie dzwonić do brata, choć czuła pokusę.
Zobaczyła Meredith w CNN w kwietniu, w dniu, gdy ta poszła odwiedzić Freddy'ego w więzieniu. Wyglądała na posiwiałą i wymizerowaną, zupełnie niepodobną do jasnowłosej bywalczyni salonów ubranej w kreacje Diora, którą Connie ostatnio widywała na stronach towarzyskich "New York Timesa". Miała na sobie dżinsy, białą rozpinaną koszulę i prochowiec; nurkowała do taksówki, ale zanim zamknęła drzwi, reporter zdołał zadać pytanie:
- Pani Delinn, czy kiedykolwiek pani płacze z powodu tego, co się stało?
Gdy Meredith podniosła wzrok, Connie nagle ją rozpoznała. Miała ten sam zadziorny wyraz twarzy. To była dziewczyna, którą znała ze szkoły średniej - ambitna zawodniczka hokeja na trawie, mistrzyni skoków do wody, stypendystka National Merit Scholarship.
- Nie - odpowiedziała.
Och, Meredith, zła odpowiedź - pomyślała Connie.
W następnych dniach chciała do niej zadzwonić. Prasa była brutalna. (Nagłówek w "New York Post" głosił: JEZUS PŁAKAŁ, ALE NIE PANI DELINN). Connie już sięgała po telefon, by udzielić przyjaciółce wsparcia, ale nie podniosła słuchawki. Nadal odczuwała gorycz, że Meredith pozwoliła, by pieniądze zabiły ich przyjaźń. A zresztą była zbyt pogrążona we własnej melancholii, by zajmować się jej problemami.
Widziała zdjęcie Meredith patrzącej badawczo z jednego z okien swego penthouse'u, opublikowane w "People". Podpis głosił: O ŚWICIE MEREDITH DELINN WYGLĄDA NA ŚWIAT, KTÓRY JUŻ DŁUŻEJ NIE CHCE JEJ ZNAĆ.
Paparazzi przyłapali ją rano w szlafroku. Biedna Meredith! Connie znów zastanawiała się, czy zadzwonić, ale tego nie zrobiła.
Potem zobaczyła artykuł w "New York Timesie", na pierwszej stronie dodatku "Styl", zatytułowany "Najbardziej samotna kobieta w Nowym Jorku". Opowiedziano w nim historię niedoszłej wizyty w salonie Pascala Blanca, w którym Meredith od piętnastu lat farbowała włosy. Gazeta donosiła, że tygodniami dzwoniła do salonu, aby się umówić, ale recepcjonistka ją zbywała. W końcu zatelefonował do niej właściciel Jean-Pierre z wyjaśnieniem, że nie może jej przyjąć w swoim salonie, ryzykowałby bowiem obrazą innych klientek, z których wiele było inwestorkami Delinna. W artykule napisano, że Meredith poprosiła o termin po godzinach, ale również odmówił. Spytała, czy fryzjerka, która zazwyczaj farbowała jej włosy, mogłaby przyjść do jej mieszkania - zapłaciłaby jej gotówką - ale Jean-Pierre znowu odmówił. Artykuł głosił również, że pani Delinn nie jest już mile widziana we włoskiej restauracji u Rinalda, w której wraz z Freddym jadali dwa razy w tygodniu przez osiem lat. "Zawsze siadali przy tym samym stoliku - cytowano słowa Dante Rinaldiego. - Pani Delinn nieodmiennie zamawiała kieliszek ruffino chianti, ale pan Delinn nigdy nic nie pił. Nie mogę pozwolić, aby pani Delinn tu przychodziła, stracę bowiem innych klientów". Jasno z tego wynikało: wszyscy w Nowym Jorku jej nienawidzą i jeśli pokaże się publicznie, spotka się z bojkotem.
Okropne - pomyślała Connie. Biedna Meredith. Po przeczytaniu artykułu podniosła słuchawkę i odrętwiałymi palcami wykręciła numer do jej apartamentu na Park Avenue. Operator od razu poinformował ją, że numer został zmieniony, a nowy jest zastrzeżony.
Oczywiście.
Connie się rozłączyła. Cóż, próbowałam - pomyślała.
A potem, tamtego dnia o pierwszej po południu, oglądała telewizję, pakując walizki na Nantucket. To był dzień wydania wyroku w sprawie Freddy'ego. Gadające głowy w Fox przewidywały, że dostanie od dwudziestu pięciu do trzydziestu lat, chociaż Tucker Carlson napomknął, że pan Delinn ma łebskich i doświadczonych adwokatów.
- Jego adwokat Richard Cassel - rzekł Carlson - prosi o siedemnaście lat, co oznacza dwanaście przy dobrym sprawowaniu.
Ha, Richard Cassel! Connie piła z nim piwo z fajki piwnej, gdy przyjechała odwiedzić Meredith w Princeton. Próbował ją zwabić do swego pokoju, ale go odrzuciła. Był takim nonszalanckim arystokratą w zwykłej rozpinanej koszuli z wystrzępionym kołnierzykiem i zdartych mokasynach. Czy Meredith nie powiedziała jej, że Richard kiedyś oszukał na egzaminie? W sam raz adwokat dla Freddy'ego.
Wspomnienia Connie o Casselu przerwał nagle komunikat, że Frederick Xavier Delinn został skazany na sto pięćdziesiąt lat więzienia.
Aż przysiadła. Sto pięćdziesiąt lat? Sędzia robi pokazówkę - pomyślała. No cóż, nie chciała tego przyznać, ale Freddy sobie na to zasłużył. Pozostawił bez grosza tak wielu ludzi; legła w gruzach ich przyszłość, dzieci zostały zmuszone do zrezygnowania z college'ów, rodzinne domy zajęte, osiemdziesięcioletnie kobiety wylądowały na łasce opieki społecznej i musiały żywić się puszkami. Sto pięćdziesiąt lat. Biedna Meredith - pomyślała Connie.
Była zła na przyjaciółkę z osobistych powodów, ale w przeciwieństwie do innych nie obwiniała jej za przestępstwa Freddy'ego. Ona nie mogła wiedzieć, co robi jej mąż. (Wiedziała? No dobrze, zawsze pozostają wątpliwości). Ale gdy Connie zamknęła oczy i przeszukała pamięć, pomyślała: "W żadnym razie Meredith nie wiedziała". W żadnym razie nie zaakceptowałaby w swoim życiu oszustwa. Była prostolinijna. Connie wiedziała: gdy dorastały, doprowadzało ją to do szaleństwa. A jednak, tak samo jak reszta świata, zastanawiała się, jak mogła nie wiedzieć? Meredith jest inteligentną kobietą - była prymuską w Merion Mercy, ukończyła Princeton. Jak mogła nie widzieć przestępstwa pod własnym dachem? A więc wiedziała. Ale nie, nie mogła.
Connie zdążyła otworzyć oczy, aby zobaczyć, jak wymizerowany Freddy, ubrany w wymięty garnitur i wyglądający, jakby miał mdłości, zostaje wyprowadzony z sądu z powrotem do celi.
Ty łajdaku - pomyślała.
Parę godzin później zadzwonił telefon. Na ekranie wyświetlił się komunikat: NUMER NIEDOSTĘPNY, co zawsze wzbudzało w niej nadzieję, ponieważ każdy niezidentyfikowany numer mógł być telefonem od Ashlyn.
Odebrała.
- Halo? - odezwała się.
- Connie? Con? - Znajomy kobiecy głos, chociaż nie od razu go rozpoznała. To nie była jej córka, nie Ashlyn, więc Connie natychmiast doznała rozczarowania, zanim zdała sobie sprawę... że dzwoniącą kobietą jest jej dawna przyjaciółka.
- Meredith? - spytała.
- Dzięki Bogu, że odebrałaś.
*
Co ona najlepszego zrobiła? Dlaczego się zgodziła? To prawda, że od miesięcy myślała o Meredith. Prawda, że jej współczuła. Prawda, że Meredith była najbliższą kobietą w całym jej życiu - bliższą niż matka, bliższą niż własna córka. To prawda, że Connie była samotna. Tęskniła za drugim człowiekiem obok, za kimś, kto ją zna, kto ją rozumie. Cóż, nie wiedziała, dlaczego się zgodziła, ale zrobiła to.
Wzdrygnęła się na widok tłumu reporterów przed domem Delinnów. Prawie odjechała, ale wiedziała, że Meredith będzie na nią czekać w ciemnej uliczce na tyłach kamienicy, a pozostawienie jej tam byłoby okrucieństwem.
Gdy Connie się zatrzymała, Meredith wybiegła tylnymi drzwiami z budynku i wskoczyła do samochodu. Była ubrana w taką samą białą klasyczną bluzkę, dżinsy i baleriny jak na zdjęciu zrobionym kilka miesięcy temu, gdy szła odwiedzić Freddy'ego w więzieniu. Nie czekając, aż na dobre zatrzaśnie drzwi, Connie wcisnęła gaz i wycofała się. Jakiś reporter pstryknął fotkę odjeżdżającego samochodu; na szczęście Meredith opuściła głowę. Przejechały na pełnym gazie przez Park Avenue, chociaż poczuły się bezpiecznie dopiero, gdy zjechały z trasy FDR i znalazły się na autostradzie międzystanowej numer 95. Właśnie wtedy Meredith chciała porozmawiać, ale Connie uniosła dłoń i powiedziała:
- Nie mówmy o niczym, aż będziemy bezpieczne w domu na Nantucket.
Chociaż chciała się oczywiście dowiedzieć o wielu sprawach.
Gdy z głośników oznajmiono, że prom wpływa do portu w Nantucket, Connie obudziła się przestraszona. Meredith siedziała na przednim siedzeniu, a dwa kubki parującej kawy - lekkiej, z cukrem - stały obok siebie na konsoli. Obie pijały taką samą kawę, czego nauczyły się w wieku sześciu lat podczas podwieczorków u babki Meredith, Annabeth Martin, która wbrew przyjętym zasadom serwowała małym dziewczynkom prawdziwą kawę ze srebrnego dzbanka.
Meredith miała na głowie bejsbolówkę, a na nosie przeciwsłoneczne okulary. Gdy zobaczyła, że Connie się obudziła, powiedziała:
- Wzięłam kawę. Jakiś facet w kolejce mi się przyglądał, ale sądzę, że to cudzoziemiec. Słyszałam, jak mówił po rosyjsku.
- Nie chcę cię nakręcać, ale...
- Wierz mi, nie nakręcam się.
- Musisz być niewiarygodnie ostrożna - podjęła Connie. - Nikt nie może wiedzieć, że jesteś ze mną. Żaden Rosjanin, żaden Szwed, absolutnie nikt.
- Prócz moich prawników. - Meredith wypiła łyk kawy. - Oni muszą wiedzieć, gdzie jestem. Cały czas toczy się dochodzenie przeciwko mnie. Przeciwko mnie i Leowi.
- Och, Meredith. - Connie poczuła niepokój pomieszany ze złością. Przyjaciółka powinna jej to powiedzieć, zanim ją poprosiła, aby po nią przyjechać, nieprawdaż? Czy wtedy Connie zmieniłaby zdanie? A biedny Leo, jej chrześniak, jeden z najwspanialszych dzieciaków, jakie znała. Nadal toczy się dochodzenie? Ale dlaczego? Powstrzymała się przed zadaniem oczywistych pytań: Czy jest coś, o co mogą was oskarżyć? Czy zostanę uznana za wspólnika? Zamiast tego powiedziała: - Wczoraj o mały włos nie zadzwoniłam do Toby'ego, żeby poinformować go, że cię tu zabieram.
- Do Toby'ego? - zdumiała się Meredith.
- Tak.
- Mogę spytać, gdzie on teraz jest?
Connie wstrzymała na chwilę oddech, zanim odpowiedziała:
- W Annapolis. Z wielkim powodzeniem prowadzi tam firmę czarterującą jachty i łodzie. Na zimę ucieka wylegiwać się na Karaibach.
- Co oznacza, że sypia z o połowę młodszymi od siebie modelkami na Saint Barth - zasugerowała Meredith.
Connie nie potrafiła stwierdzić, czy to było powiedziane żartobliwie, czy z goryczą. Zdecydowała się kontynuować wesołym tonem:
- Z pewnością. W gruncie rzeczy nigdy nie dojrzał. Ale to w nim kochamy, prawda?
Meredith jęknęła w duchu. Ha. Connie jak zawsze miała mieszane uczucia, gdy myślała o dawnym związku pomiędzy nią i Tobym. Była to zazdrość - kiedy Meredith zakochała się w Tobym, stał się dla niej o wiele ważniejszy niż przyjaciółka; było też poczucie winy, że brat tak bezlitośnie podeptał uczucia Meredith, i niedowierzanie, że po tylu latach ona wciąż się nim interesuje. Nawet po ślubie z Freddym, żyjąc w niesłychanym luksusie ze swymi dwudziestoma domami, flotą rolls-royce'ów i prywatnym odrzutowcem w dowolnym dniu tygodnia, zawsze pytała: "Co u Toby'ego? Nadal jest żonaty? Spotyka się z kimś? Czy kiedykolwiek pyta o mnie?".
- Posłuchaj - powiedziała Connie. Trochę dziwne było siedzieć tak obok Meredith. Dzieliły razem bardzo długą historię, lata, całe lata, a przez wiele z tych lat widywały się codziennie. A jednak tyle się zmieniło. - Wiem, że nie masz dokąd pójść. Ale możliwe, że to się nie uda. Będę przygnębiona, ty również, i nie zdołamy naprawić naszej przyjaźni. Prowadzą przeciwko tobie dochodzenie, a ja nie chcę, aby mnie to spotkało. Rozumiesz? Jeśli stanie się coś nie po mojej myśli, będziesz musiała wyjechać. I radzić sobie sama.
Meredith poważnie skinęła głową, a Connie znienawidziła się za te ostre słowa.
- Ale chcę spróbować - dodała. - Dać ci miejsce, gdzie mogłabyś się wyciszyć. Nie jestem całkowicie bezinteresowna. Ja też czuję się samotna. Od śmierci Wolfa jestem samotna każdego dnia. Ashlyn traktuje mnie jak obcą. Nie rozmawiamy. Na pogrzebie zaszło nieporozumienie. - Pokręciła głową. Nie chciała o tym myśleć. - Ona nie ma pojęcia, jaka jest okrutna. Nie zrozumie, dopóki nie będzie miała własnych dzieci.
- Przykro mi - odrzekła Meredith. - Jeśli to sprawi, że poczujesz się lepiej, to wiedz, że ze względu na toczące się śledztwo nie wolno mi kontaktować się z żadnym z moich chłopców. A Freddy, chociaż żyje, równie dobrze mógłby umrzeć.
Ich sytuacja była w pewnym sensie symetryczna, ale Connie nie chciała różnicować i porównywać, czyja jest gorsza. Na szczęście w tym momencie samochody stojące przed nią zaczęły zjeżdżać z promu i ruszyła swoim escalade'em do przodu. Odsłoniła się przed nimi panorama Nantucket w promieniach porannego słońca: niebieskie niebo, dachy pokryte szarą dachówką, pozłacana kopuła wieży zegarowej kościoła unitariańskiego. Meredith posiadała domy w reprezentacyjnych miejscach - zanim zerwały kontakty, Connie odwiedzała ją w Palm Beach i w Cap d'Antibes - ale widok wyspy Nantucket był dla niej najbardziej zapierającym dech w piersiach widokiem na świecie.
- Och! - wyszeptała.
- Pochyl się - poradziła Connie. - Na wszelki wypadek.
Nie było ani kamer, ani wozów transmisyjnych, ani reporterów - tylko leniwy rytm piątkowego poranka w pierwszych dniach lipca na Nantucket. Byli turyści na Steamship Wharf i zwykły tłum na głównej ulicy - ludzie zamawiający kanapki na plażę, wypożyczający rowery, odbierający nawoskowane deski surfingowe w Indian Summer. Connie przejechała obok Muzeum Wielorybnictwa. Wolf je uwielbiał, był maniakiem marynistyki, czytał wszystkie książki Nathaniela Philbricka i Patricka O'Briana. Rodzina Wolfa od pokoleń posiadała tu ziemię i gdy dorobili się z Connie pieniędzy, rozebrali niepozorny domek stojący na hektarowej nadmorskiej działce, a następnie wybudowali porządny dom.
Posadowiony był przy plaży Tom Nevers. Gdy Connie i Wolf wspominali, że tam mieszkają, ludzie znający wyspę dziwili się:
- Naprawdę? Taki szmat drogi?
Według tutejszych kryteriów do Tom Nevers rzeczywiście trzeba było przejechać szmat drogi, czyli jakieś dziesięć kilometrów Milestone Road; nie było tu ani tak szykownie jak w Sconset, ani tak prestiżowo jak w domach z widokiem na port. W Tom Nevers nie uświadczyło się restauracji ani sklepu; po kawę czy gazetę Connie musiała jechać do Sconset. Ponieważ osada Tom Nevers znajdowała się na południowym wschodzie, często spowijała ją mgła, podczas gdy na pozostałej części wyspy świeciło słońce. Ale ona kochała spokój i ciszę, pustą, surową plażę i przyjacielską fokę pływającą przy brzegu. Kochała płaski horyzont i prostotę innych domów. Tom Nevers nie należało do wytwornych miejsc, ale tu był jej dom.
Gdy Connie skręciła w długi gruntowy wjazd (oznaczony spłowiałym drewnianym drogowskazem z napisem "Flute"), powiedziała przyjaciółce, że może już usiąść.
- Och! - westchnęła znów Meredith.
Wjazd był okolony z obu stron trawą morską i przygiętymi od wiatru hiszpańskimi drzewami oliwnymi. Jechały dalej i Connie zastanawiała się, co jej towarzyszka myśli. Delinnowie nigdy nie raczyli ich odwiedzić tu, na Nantucket, i był to drażliwy temat - jeszcze na długo przed tą sprawą z Wolfem i pieniędzmi. Meredith obiecała, że przyjedzie tego lata, gdy uzyskała dyplom w college'u; była już w drodze, miała zarezerwowane bilety na autobus i prom, ale w ostatniej chwili odwołała przyjazd z powodu Freddy'ego. A potem, gdy go poślubiła, wessał ją wir światowego życia w Hampton.
Odsłonił się widok na dom, a za nim na ocean.
- O mój Boże, Connie, jest ogromny - powiedziała Meredith. - Cudowny.
Connie poczuła przypływ dumy, choć wiedziała, że powinna ją odrzucić. Przekonały się przecież, że rzeczy materialne są ulotne. Kiedyś jej przyjaciółka miała wszystko na świecie; teraz nie ma nic. A jednak nie mogła stłumić uczucia pewnej satysfakcji. Zawsze było tak, że ją uważano za ładną, a Meredith za mądrą. Connie dostała życie wypełnione miłością, Meredith - bogactwem: pieniądze, rezydencje, rzeczy i doznania jak z najśmielszych snów. Jej dom w Palm Beach należał kiedyś do Pulitzerów. Przyjmowała na kolacji Donalda i Ivankę; na jej czterdziestych urodzinach śpiewał Jimmy Buffett. Plotki głosiły, że jej imieniem nazwano nawet jedną z gwiazd na niebie.
Czy wobec tego można się dziwić, że Connie odczuła przyjemność, gdy jej dom zrobił wrażenie na Meredith? Że był "ogromny" i "cudowny".
Był również, niestety, pusty.
Ta myśl przyszła jej do głowy, gdy otworzyła frontowe drzwi i kroki odbiły się echem w wysokim na dwa piętra foyer. Podłogi były wyłożone białymi nieregularnymi kawałkami marmuru, po prawej pięły się wzdłuż ściany schody, spiralnie skręcone w kształcie muszli nautilusa. Dom zaprojektował Wolf.
Wolf nie żył. Nigdy już tu nie wejdzie. Ten fakt na nowo uderzył Connie niesprawiedliwością. Minęło dwa i pół roku; przyjaciele i znajomi pocieszali, że z czasem będzie jej łatwiej, że smutek zelżeje, ale ten dzień jakoś nie nadchodził.
Oddychała ciężko. Stojąca obok niej Meredith wyglądała na bardzo drobną i przybitą. Jesteśmy jak dwa kłębki nerwów - pomyślała Connie. Ja, którą kiedyś uznano za najładniejszą i najbardziej popularną, i ona, której wróżono, że zapewne osiągnie sukces.
- Pokażę ci dom - powiedziała.
Poprowadziła gościa przez hol do zalanego różowym światłem poranka wielkiego pokoju, rozciągającego się na całą długość domu. Kuchnia znajdowała się po lewej: szafki z klonowego drewna ze szklanymi drzwiczkami, blaty z niebieskiego granitu. Wszystko tu pochodziło z najwyższej półki, gdyż Connie była wyśmienitą kucharką. Kuchenka z ośmioma palnikami firmy Garland, głęboki ceramiczny zlew, lodówka na wina, podwójny piekarnik, ekstraszeroka zabudowana zmywarka, włoskie kobaltowo-białe kafelki nad blatem, które ona i Wolf znaleźli podczas podróży przez Cinque Terre. Kuchnia przechodziła w jadalnię z lśniącym stołem z drewna wiśniowego i tuzinem krzeseł. Podwójne drzwi balkonowe, prowadzące na taras, oddzielały jadalnię od salonu, również urządzonego na biało i niebiesko. Na końcu pokoju znajdował się biały ceglany kominek z masywną półką zrobioną z kawałka drewna, które dziadek Wolfa znalazł na plaży po huraganie Donna w 1960 roku.
- Jest cudowny - powiedziała Meredith. - Kto go projektował?
- Ja - odparła Connie.
- Nigdy w życiu niczego nie urządzałam. Zawsze mieliśmy do tego Samanthę. - Meredith powędrowała w odległy koniec salonu, gdzie na półkach znajdowała się kolekcja barometrów Wolfa. - Wydawało się, że to przywilej, no wiesz, mieć dekoratorkę, która wybiera dla nas rzeczy, ustawia je, tworzy nasz styl. Ale to oszustwo, jak wszystko inne. - Dotknęła grzbietów książek. - To mi się o wiele bardziej podoba. Ten pokój to ty, Wolf i Ashlyn.
- Tak - potwierdziła Connie. - To prawda. Tak było. To trudne, rozumiesz. - Uśmiechnęła się w zadumie. Była szczęśliwa, że nie jest sama, ale słuchanie Meredith powtarzającej to, czego ona sama nie mogła wypowiedzieć, stawało się nieznośne. - Może pójdziemy nad morze?
Przebywanie na plaży było szczególnie bolesne, tu bowiem rozrzuciła prochy Wolfa ponad dwa lata temu w obecności jego brata Jake'a, jego żony Iris i Toby'ego, który wykorzystał żałobną ceremonię na Nantucket, by po raz kolejny bez sensu się upić. Gdy obie z Meredith zostawiały odciski stóp na mokrym piasku - był odpływ - Connie zastanawiała się, gdzie się teraz znajdują szczątki Wolfganga Charlesa Flute'a. Był żywotnym, ciepłym, kochającym mężczyzną imponującego wzrostu - prawie dwa metry - miał barytonowy głos, bystry umysł i pierwszorzędne oko. Posiadał firmę architektoniczną budującą biurowce w Waszyngtonie, uznawane za nowatorskie, a jednocześnie dość tradycyjne, aby utrzymać własny styl wśród pomników architektury. Według standardów waszyngtońskich Wolf nie należał do grubych ryb ani też do bogaczy Wall Street, ale był aktywnym i poważanym człowiekiem. Najlepsze w nim było to, że potrafił dzielić uwagę pomiędzy wszystkie aspekty swego życia. Pomagał Ashlyn w tworzeniu fantastycznych szkolnych projektów; miksował szokująco zimne i pyszne martini; był fanatykiem jazdy na unicyklu (nauczył się na nim jeździć podczas studiów licencjackich na uniwersytecie Brown), jak również gry w paddleball i tenisa oraz żeglowania. Kolekcjonował stare sekstansy i barometry. Studiował astronomię i wierzył, że śledząc rozmieszczenie gwiazd, człowiek może się nauczyć projektowania przestrzeni. Nawet gdy ścigały go terminy w pracy, zawsze był uczuciowo obecny w życiu Connie. W dniach, gdy pracował do późna - zdarzało się to co dwa lub trzy miesiące - posyłał jej kwiaty albo zamawiał jedzenie w hinduskiej restauracji i zapraszał do biura na kolację przy świecach. Gdy spotykała się gdzieś z przyjaciółkami, zawsze przysyłał im wino do stolika i inne kobiety się zachwycały, jakie Connie ma szczęście.
A gdzie był teraz? Zmarł na raka mózgu i postąpiła zgodnie z jego życzeniem, kremując ciało i rozrzucając prochy na plaży w Tom Nevers. Prochy się rozpadły, rozłożyły; stały się drobinkami zawieszonymi w morskiej wodzie. W ten oto sposób ciało zamieszkiwane przez Wolfa zniknęło; wróciło z powrotem do ziemi. Ale ona myślała o nim, jakby gdzieś tu był, w falach opływających jej kostki.
Meredith brodziła w wodzie do pół łydki. Dla Connie woda była nadal za zimna, ale jej przyjaciółce najwyraźniej sprawiała przyjemność. Wyraz malujący się na jej twarzy był czymś pośrednim pomiędzy uniesieniem a załamaniem. Mówiła głosem pełnym łez, chociaż, jak zapewniał "New York Post", jej oczy pozostawały suche.
- Nigdy nie myślałam, że jeszcze kiedyś zamoczę stopy w oceanie. - Connie tylko skinęła głową. - Jak ci się za to odwdzięczę? Nie mam nic.
Connie uściskała ją, myśląc, że jest filigranowa jak lalka. Kiedyś, w szkole średniej, gdy Meredith upiła się na imprezie, zaniosła ją do domu na barana.
- Nic nie chcę - odpowiedziała.
To była urocza chwila nad wodą, jak z filmu Wariatki - pomyślała Connie, ciesząc się z towarzystwa i z tego, że Meredith jest jej dozgonnie wdzięczna; powoli jednak zaczynała do niej docierać waga tego, co uczyniła. Jej najlepsza przyjaciółka z dzieciństwa jest żoną największego oszusta wszech czasów. Wszędzie traktują ją jak persona non grata. Ma miliony przeciwników i tysiące wrogów. Nadal prowadzone jest przeciw niej dochodzenie. Dzięki słówku "nadal" zdawało się, że śledztwo jest stanem tymczasowym, że zostanie oczyszczona A jeśli nie? Jeśli Meredith zostanie uznana za winną? Jeśli naprawdę jest winna?
Ciąg dalszy w wersji pełnej