3
Jamie Powell podeszła do mikrofonów zamontowanych na prowizorycznej mównicy stojącej na schodach sądu. Wiatr rozwiewał jej włosy, a blond pasma wchodziły na twarz; żałowała, że ich nie spięła. Starała się nie dotykać włosów podczas przemowy, ale w końcu dała za wygraną i odgarnęła je tak, by chociaż nie wchodziły jej do ust.
Jej klient, Martin Ash, stał obok i szczerzył się, jakby wygrał na loterii. Miał na sobie prążkowany garnitur, który sprawiał dość karykaturalne wrażenie. Postawione mu zarzuty mogły zaowocować nawet dwudziestopięcioletnią odsiadką w więzieniu, ale dopiero co uznano go za niewinnego.
- Czy spodziewała się pani uniewinnienia ze strony ławy przysięgłych? - zawołał dziennikarz z gazety The Atlanta Journal-Constitution.
Jamie nachyliła się do mikrofonów.
- W sytuacji, gdy ława przysięgłych naradza się przez trzy dni, nie do końca wiadomo, czego się spodziewać. Mieliśmy jednak pewne domysły na podstawie pytań, które zadano sędziemu.
- Jaką obrała pani strategię w trakcie procesu? - spytał reporter z telewizji CBS.
Jamie spojrzała przez ramię na Johna Bracktona, jednego z partnerów jej kancelarii, który prowadził cała sprawę. Tak naprawdę nie miał z nią jednak za dużo do czynienia - to Jamie grała tu pierwsze skrzypce. Był on jednak jej zwierzchnikiem i on podejmował wszelkie decyzje. Już kierował się do mównicy.
W momencie, gdy zaczął omawiać strategię obrony, Jamie poczuła wibracje smartfona w kieszeni. Zignorowała to i obserwowała swojego szefa, zwracając uwagę na jego słowa, tak by w razie czego móc dopowiedzieć szczegóły.
Nagle wszystkie telefony odezwały się dźwiękami powiadomień, wibracji i wiadomości. Dziennikarze jeden po drugim przestali słuchać przemówienia i wyciągnęli komórki. Jeden z nich odwrócił się do towarzyszącego mu operatora kamery, a następnie przecisnął się przez tłum i zniknął. Operator z kolei opuścił sprzęt, dopchał się do pierwszego rzędu i wypiął mikrofon z mównicy w samym środku zdania, a następnie puścił się biegiem po schodach. John, nieco zbity z pantałyku, zająknął się, ale po chwili mówił już dalej:
- Udało nam się więc zobrazować ławie przysięgłych całą prawdę... - Pozostali dziennikarze podchodzili po kolei do mównicy i zabierali swoje mikrofony, podczas gdy John wciąż przemawiał. - Powód nie był zadowolony z nieprawidłowości, ale...
Rozległo się wycie syren; ulicą śmignął radiowóz, a za nim kilka wozów strażackich. Cała sytuacja sprawiała wrażenie, jakby wszechświat nie chciał, żeby konferencja się odbyła.
Jamie obserwowała, jak operator wybiegł na chodnik, a gdy podjechał wóz stacji telewizyjnej, wskoczył do środka. Odjechali z piskiem opon. Gdy reszta dziennikarzy zniknęła, John przestał w końcu przekrzykiwać hałas. Spojrzał na Jamie.
- Co się dzieje?
- Nie mam pojęcia. - Złapała za ramię ostatniego reportera, który zabierał mikrofon. - Chciałabym się dowiedzieć, co się stało. Co to była za wiadomość?
- Chyba coś wybuchło w Trudeau Hall.
Dopiero teraz zauważyła, że powietrze przesycone było zapachem dymu. Syreny przejeżdżających obok karetek znów zawyły. Trudeau Hall było w centrum, zaledwie kilka przecznic na północ stąd. Skierowała wzrok w tamtym kierunku i zobaczyła kłęby dymu.
- Myślałem, że będę mógł coś powiedzieć - oznajmił jej klient z wyrzutem w głosie.
- Też tak myślałam, ale prasa wzięła nogi za pas. Mają jakąś większą sprawę i robią reportaż.
- Chcę być oczyszczony z zarzutów. Najlepiej w telewizji, żeby udowodnić niewinność.
- Może uda nam się zorganizować wywiad dziś wieczorem. To byłoby chyba nawet lepsze niż ta konferencja na szybko. Proszę teraz iść do domu i cieszyć się wolnością. Już po wszystkim.
Martin niechętnie oddalił się w kierunku żony i reszty rodziny. Jamie wzięła do ręki telefon i przejrzała wiadomości o tym, co stało się około kilometra stąd.
- Lepiej wróćmy do biura, zanim zamkną ulice - rzekł John, a Jamie poszła jego śladem w kierunku parkingu. Było stamtąd widać jeszcze więcej dymu i ludzi uciekających z sali koncertowej. - Może uda mi się dowiedzieć czegoś więcej o tej sprawie - dodał i wsiadł do jej samochodu na miejsce pasażera.
Jamie odłożyła aktówkę na tylne siedzenie lexusa i usiadła za kierownicą.
- To musiało stać się całkiem niedawno, ale ja nic nie słyszałam. A ty? - zapytała.
John nie podniósł wzroku znad telefonu.
- Ja też nie. Może wybuch nastąpił, jak jeszcze byliśmy w sądzie.
Włączyła radio i wybrała stację lokalną. Prezenter relacjonował wiadomości z szybkością karabinu:
- ...Trudeau Hall, gdzie odbywał się wiec Eda Lorana. Było tam mnóstwo ludzi, a część z nich skontaktowała się z nami, by przekazać, że wybuch słyszeli gdzieś z przodu sali. Wiemy również, że jest wiele ofiar śmiertelnych. Na miejscu są już nasi reporterzy; obecnie staramy się ustalić, w jaki sposób członkowie rodzin mogą dowiedzieć się o losie swoich bliskich. Zostańcie z nami, przekażemy wam najświeższe informacje.
Gdy Jamie wyobraziła sobie chaos, który musiał panować w tej chwili w Trudeau Hall, poczuła, że serce podchodzi jej do gardła. "Panie Boże, błagam, miej w swojej opiece tych, którzy przeżyli..."
John zaklął.
- Tędy nie przejedziesz. Skręć tu.
Zmieniła gwałtownie pas na prawy i ledwo udało jej się wjechać w zakręt dokładnie tak, żeby oddalić się od miejsca zdarzenia. Tutaj jednak również zastali korek spowodowany przejeżdżającymi na sygnale karetkami. Telefon Johna nagle zadzwonił; podniósł go do ucha i przedstawił się.
Gdy ten zajęty był rozmową, Jamie biła się z myślami. Wybuch w zatłoczonej sali? Loran był dość znany, ale zespół, który grał dziś na jego wiecu, zdecydowanie go przebijał. Publiczność była najprawdopodobniej młoda. Ilu zginęło? Jak znosiły to ich rodziny? Czy część z tych, co przeżyli, wciąż nie mogła wydostać się z budynku i potrzebowała pomocy?
Nagle poczuła przemożną chęć podjechania pod dom swojej matki, zabrania Avery i trzymania swojej siedmioletniej córeczki w objęciach tak długo, aż ta nie zacznie narzekać. Chciała zanurzyć się w zapachu jej włosów i cieszyć się, że jest bezpieczna.
Zajęło im dwadzieścia minut, by dostać się do kancelarii oddalonej o osiem kilometrów. Już wjeżdżali na parking, gdy telefon Jamie zadzwonił; sprawdziła połączenie. Dzwonił ktoś z aresztu.
- Wybacz, muszę odebrać - oznajmiła Johnowi, który wciąż rozmawiał. - Mogę cię tu wysadzić, jeśli chcesz.
Skinął głową i wysiadł, pogrążony w rozmowie, a potem zniknął za wejściowymi drzwiami do kancelarii. Jamie zaparkowała i odebrała telefon.
- Jamie Powell.
- Cześć, dzieciaku. - Nie umiała skojarzyć tego głosu, ale brzmiał dziwnie ciepło, nostalgicznie i znajomo.
- Kto mówi?
- Dustin Webb.
Wstrzymała na chwilę oddech. No tak. To do niego należał ten głęboki, lekko zachrypnięty głos, i tylko on nazywał ją "dzieciakiem".
- Dustin? Czemu dzwonisz z aresztu?
- Mam kłopoty. Potrzebuję prawnika.
Pokręciła głową, jakby próbując zrozumieć sytuację.
- Co się stało?
- Policja mnie zatrzymała i pozwoliłem im przeszukać auto. Nie miałem nic do ukrycia... A przynajmniej tak mi się wydawało.
- Wydawało? A co znaleźli? - Poczuła przez chwilę ucisk w sercu.
- Wygląda na to, że ładunki wybuchowe.
Wzięła gwałtownie oddech, usiłując zebrać myśli. Ładunki wybuchowe? Po tym, jak dopiero co wybuchła bomba? Nie wyglądało to najlepiej.
- Dustin, posłuchaj mnie uważnie. Nic im nie mów. Ani słowa, dopóki nie przyjadę.
- Kiedy będziesz?
- W tej chwili jestem w aucie. Będę za kilka minut. Mówię poważnie - żadnego sarkazmu, ciętych ripost ani żarcików. Nic a nic. Powiedz im, że czekasz na prawnika, i nic więcej.
- Dobrze.
Wciąż trzymając telefon w ręku, prawie zderzyła się ze słupem, gdy wjechała na miejsce parkingowe dla niepełnosprawnych i zawróciła. Kierowała się ku wyjazdowi.
- Czemu w ogóle cię zatrzymali?
- Powiedzieli, że dostali donos. Ktoś miał też przyjechać z nakazem. To nie ja wsadziłem do bagażnika te pudła, nawet nie wiedziałem, że tam są, więc pozwoliłem im przeszukać samochód. - Jamie zmarszczyła brwi, w głowie miała natłok myśli.
- Masz podejrzenia, kto mógł je tam włożyć?
- Nie mam pojęcia. Nie rozumiem, co się w ogóle dzieje.
- No dobrze, ani słowa Dustin. Już jadę.
Zjechała spiralnym zjazdem z parkingu na ulicę z zamiarem dostania się do centrum. Jeszcze tego ranka uwierzyłaby w potencjalnie każdy scenariusz. Martin Ash mógł zostać uznany za winnego i wyprowadzony z sali sądowej, generując sensację, której tak chciały media. Mógł też być uniewinniony i wypuszczony na wolność. Nigdy jednak nie przyszłoby jej do głowy, że Dustin Webb znów zawita w jej życiu.
Stracili kontakt piętnaście lat temu, i to nie z jej winy. Przez pierwsze kilka lat, gdy Dustin służył w wojsku, ignorował wszystkie listy, telefony i SMS-y. Usiłowała znaleźć go w mediach społecznościowych, ale zakładanie tam konta nie było w jego stylu. Nie pojawił się nawet wtedy, gdy z przedawkowania zmarł jej mąż. Wysłał kwiaty i kartkę, a w niej kilka słów o tym, że modli się za nią. Nawet nie wiedziała, że jest wierzący. To był ostatni raz, gdy mieli kontakt.
Mimo wszystko to zakończenie nie negowało przecież początku ich znajomości; i bez znaczenia był też fakt, w jak nieprawdopodobnych okolicznościach nawiązała się ta przyjaźń. Miała wtedy dziewięć lat.
Na zawsze zostanie jej w pamięci trzynastolatek, który wprowadził się pewnego dnia obok i wiecznie przesiadywał na ganku lub cały dzień grał w koszykówkę. Słyszała kiedyś, jak sąsiedzi opowiadali jej mamie o czterech rodzinach zastępczych, do których trafił chłopak, i o tym, jak jego ciotka i wujek w końcu zdecydowali się nim zaopiekować. Jamie nie wiedziała wtedy, czym jest rodzina zastępcza i dlaczego Dustin nie mieszkał z rodzicami, ale zdawała sobie sprawę, że jest osamotniony. Nigdy nie zwracał na nią uwagi, gdy bawiła się na zewnątrz, więc dała mu spokój.
Pewnego razu jednak jej czarny labrador wykopał dziurę pod płotem i przedostał się do ogródka sąsiadki. Dustin złapał szczeniaka i przyprowadził go z powrotem; znalazł Jamie siedzącą na drzewie w ogródku.
- Hej, dzieciaku, nie zgubiłaś kogoś?
- Coco, co ty robisz na dworze? - spytała, schodząc z drzewa. - Dzięki, że go złapałeś.
- Nie było łatwo. Szybki jest. Wiesz, że wykopał dziurę pod płotem?
Zeskoczyła na ziemię i wyciągnęła ręce, by wziąć psa. Szczeniak polizał Dustina po twarzy.
- Lubi cię. Masz psa?
- Nie, nigdy nie miałem. Ciotka Pat ma alergię.
- Kiedyś miała psa, zanim jej syn poszedł na studia. Zabrał go ze sobą.
- No jasne. - Skrzywił się. - Tak czy siak, jeśli jeszcze kiedyś znajdę go u nas, przyniosę go z powrotem. - Odwrócił się, by odejść, ale Jamie go zatrzymała.
- Masz na imię Dustin?
- Tak - odpowiedział, przystając.
- A ja Jamie.
- To fajnie.
- Lubisz tu mieszkać?
Chłopak posłał jej rozbawiony uśmiech i odparł:
- Może być.
- Co to jest rodzina zastępcza?
- Skąd o tym wiesz? - Rozejrzał się, jakby ktoś miał ich podsłuchiwać, i podszedł bliżej.
- Bo ja wiem. Chyba słyszałam, jak ktoś coś mówił.
- No to sprawdź sobie, co to znaczy.
- Sprawdziłam. Czy to tak, jakbyś mieszkał z obcymi?
- Coś w tym stylu. - Znów się uśmiechnął.
- Jak to się stało, że tam trafiłeś?
- Moi rodzice umarli.
- Przykro mi. Nie wiedziałam, nie chciałam...
- Nic się nie stało - wtrącił szybko. - Wypadek samochodowy, dawno temu.
- Lubisz mieszkać z ciocią?
- Raczej ona nie lubi mieszkać ze mną.
- Skąd wiesz?
- Dużo zadajesz pytań, wiesz?
- Już to kiedyś słyszałam.
- To jak sprawić, by mnie polubiła?
- Kto?
- Ciotka Pat. Widziałaś, jak zachowuje się przy swoich dzieciach, może mi coś podpowiesz.
- Dla nich była miła. Może musi się do ciebie przyzwyczaić.
- Nikt się nigdy do mnie nie przyzwyczaja - odparł.
- No to ja zacznę, skoro się zakolegowaliśmy.
Dustin uśmiechnął się szeroko, ale wiedziała, że jest rozbawiony.
- Tak sobie wmawiaj, dzieciaku. Zobaczymy, co powiesz za kilka miesięcy.
Obserwowała, jak wraca do swojego ogródka, i zastanawiało ją, czy jeszcze kiedyś z nią porozmawia. Nazajutrz jednak zawołała do niego przez płot, gdy spotkali się na zewnątrz.
- Hej, Dustin!
- Cześć, dzieciaku - odpowiedział.
Wspięła się na ławkę stojącą pod płotem i spojrzała na niego z góry.
- Lepiej się dziś czujesz?
- Przecież dobrze się czułem wczoraj.
- Nie byłeś zbyt zadowolony. Zrobiłam ci przykrość?
- Nie. Nie biorę tak wszystkiego do siebie.
- Nie zdenerwowały cię moje pytania?
- Oczywiście, że nie.
- To mogę pytać jeszcze?
- No dobra. - Dustin westchnął i usiadł przy ogrodowym stoliku.
- Masz babcię?
- Obydwie nie żyją.
Znów zdawało jej się, że go rozzłościła.
- Lubisz sztukę?
- Czy lubię co? - Dustin się zaśmiał.
- Sztukę. A może muzykę? Wyglądasz jak muzyk.
- A jak wygląda muzyk?
- Nie wiem. Chyba fajnie.
- Czyli wyglądam fajnie.
- Nie powiedziałam tego. Po prostu... Muzycy wyglądają fajnie.
- No dobrze. Lubię sztukę i muzykę, chyba.
- Grasz w warcaby?
- Kiedyś grałem.
- A chcesz teraz?
- Teraz nie - odpowiedział.
- A jutro?
- Natrętna jesteś, co?
- Przecież nie masz nic do roboty. Jest lato, dopiero co się tu przeprowadziłeś i nikogo nie znasz.
- Może jutro - odrzekł.
Jamie uśmiechnęła się do wspomnień, bo od tamtej pory często grali w warcaby, mimo że Dustin wolał gry komputerowe. Mama nie pozwalała jej jednak przychodzić w odwiedziny do ciotki Pat, gdyż ta uwielbiała nienaganny porządek. Poza tym uważała, że między nią a Dustinem jest za duża różnica wieku, by mogli przesiadywać u siebie w domu. Zamiast tego spotykali się i bawili w ogrodzie.
Mimo że ich przyjaźń zaczęła się z jego strony dość niechętnie, kilka miesięcy później przestał już udawać, że zupełnie przypadkiem przechodził obok, gdy akurat spotkali się na dworze. Przestał być również aż tak zażenowany faktem, że Jamie była od niego dużo młodsza. Z każdym dniem tolerował jej lawinę pytań coraz bardziej, sam również odwdzięczając się tym samym.
Przyjaźnili się aż do czasu, gdy była nastolatką - on w tym czasie studiował - przechodząc razem przez wszystkie etapy jej randkowania i pierwszych miłości. Polegała na nim jak na przyjacielu, a on traktował ją jak najskrytszą powierniczkę. Właśnie z tego powodu jego odejście bez słowa było tak niespodziewane, a cisza, która zapanowała od tamtej pory, tak bolesna.
Jamie nawet nie zdawała sobie sprawy, że wrócił z powrotem do Atlanty. Jej matka wciąż mieszkała po sąsiedzku z ciotką Pat i nic o tym nie wspomniała.
Gdy tak pędziła w kierunku obrzeży centrum, zmieniając gwałtownie pasy, by ominąć karetki i zamknięte ulice, przeszło jej przez myśl, że przecież nie miało to teraz żadnego znaczenia. W tej chwili Dustin potrzebował jej pomocy, a ona nie zamierzała robić mu wyrzutów. Musiała odsunąć zaszłości na bok i zdać się na wypracowany przez lata profesjonalizm. Nie mogła dopuścić do tego, by przeszłość z Dustinem - zakończona bądź nie - wpłynęła w jakikolwiek sposób na jej decyzje.