Prolog
1806
Jestem panną młodą. Jestem żoną.
Oto dziś rozpoczęło się moje życie. Wystarczy, że o tym pomyślę, a przenika mnie dreszcz radości. Nie jestem już Astrid Grandville.
Jestem panią Poole, żoną Collina Poole'a.
Poznaliśmy się ledwie rok temu. Od razu go pokochałam. Nie tylko jego
przystojną twarz i zgrabną sylwetkę, bo przecież Connor, jego brat
bliźniak, wyglądał tak samo. Pokochałam uśmiech w zielonych oczach,
głos, upór i inteligencję.
Pokochałam Collina za poczucie sprawiedliwości, znajomość świata,
szczery śmiech, przywiązanie do rodziny i oddanie temu, co zbudowała
pracą pokoleń.
Mój mąż, tak zresztą jak przedtem jego ojciec, jest szkutnikiem. Znałam
Arthura Poole'a tylko przelotnie, ale czułam smutek, gdy upadek z konia
zabrał go z tego świata.
Teraz interes założony przez ojca prowadzą bracia.
Dziś jednak warsztat stoi pusty. Wszyscy w Zatoce Poole'a świętują, a dom wzniesiony przez ojca mojego męża wypełniają muzyka i taniec, jadło
i trunek, miłość i śmiech.
Na dzikim urwisku sterczącym nad przestworem morza, tam gdzie Arthur
zbudował solidny dom, zamieszkamy ja i mój wybranek.
Z czasem pojawią się dzieci, owoce naszej miłości. Może pierwszą iskrę
życia wskrzesimy już dziś. W noc poślubną.
Arabelle, moja najdroższa przyjaciółka, która jesienią, gdy poślubi
Connora, stanie się moją siostrą, spytała, czy obawiam się tego, że do
małżeńskiego łoża wejdę jako dziewica. Tak jak i ona.
Nie! O, nie! Ja jestem na to gotowa, bardzo się chcę już dowiedzieć, co
mnie czeka prócz pocałunków, które tak rozgrzewają mi krew i budzą
namiętność.
Będę cię uwielbiać całą sobą, całym moim ciałem. Dotrzymam przysięgi
małżeńskiej - co do słowa.
Spoglądam w lustro w pokoju, który będzie naszą sypialnią małżeńską, i widzę kobietę, która się niczym nie różni od dziewczyny, którą dotąd
byłam.
Widzę włosy, które Collin nazywa jedwabiem muśniętym słońcem. Wysuwają
się spod różanego wianka z krótkim, zwiewnym welonem, takim, jakiego
życzyła sobie moja matka. Widzę białą suknię, której poświęciłam tyle
starania. Ona też jest zwiewna - tak jak tego pragnęłam - a to za sprawą
jedwabnej wstążki podkreślającej wysoki stan.
Wiem, że nie jestem pięknością - niezależnie od tego, co mówi Collin.
Ale wyglądam ładnie, zwłaszcza dziś, w dniu, kiedy z dziewczyny staję
się kobietą, a z panny młodej - żoną.
Widzę błysk światła odbitego w pierścionku, który podarował mi Collin,
prosząc mnie o rękę. "Moja droga Astrid, kocham cię całym sercem - rzekł
wtedy. - Nigdy nie pokocham innej. Będę cię kochał do końca życia, nawet
wtedy, kiedy dosięgnie mnie śmierć".
I tak oto ta iskra, ta obietnica, ta przysięga tkwi na palcu mej prawej
dłoni, a złota obrączka - symbol nieskończoności - na palcu lewej.
Kobieta, którą się staję, będzie go kochać przez całe życie, nawet
wtedy, kiedy dosięgnie ją śmierć.
Teraz, po tej krótkiej chwili refleksji, muszę wracać. Do muzyki, tańca
i zabawy, którymi Collin tak pragnął uczcić ten dzień.
Będę tańczyć z mężem. Jego rodzinę uznam za swoją, bo już się nią stała.
Będę słuchać dźwięków muzyki dudziarzy i świętować pierwszy dzień
naszego długiego, szczęśliwego, wspólnego życia.
Tak mi się przynajmniej zdawało.
Kiedy się odwracam, do pokoju wchodzi kobieta. Wydaje mi się, że skądś
ją znam, ale nim zdążę wypowiedzieć choć słowo, tamta do mnie podbiega.
Spostrzegam błysk noża, który we mnie zatapia.
Co za ból! Nigdy go nie zapomnę. Ten szok, kiedy ostrze tnie moje ciało
- raz i drugi. I jeszcze jeden.
Chwieję się do tyłu, nie potrafię wydobyć z siebie krzyku ani wydusić
słowa, gdy tamta ciska mi nóż pod nogi.
- Nigdy go nie zdobędziesz - mówi. - Umrzesz jako panna młoda, a on
będzie mój. Będzie mój albo - przez twoją krew na moim języku - każda
następna oblubienica straci życie tak samo jak ty.
Po chwili, ku memu przerażeniu, zlizuje z palca moją krew. Kiedy upadam,
zdejmuje mi obrączkę.
A to, nie wiedzieć czemu, jest jeszcze gorsze niż ból.
- Małżeństwo musi zostać skonsumowane, w przeciwnym razie nie jest
małżeństwem - oznajmia. - Jesteś tylko panną młodą, na zawsze straconą.
Bądź przeklęta, Astrid Grandville!
Po czym zostawia mnie konającą na podłodze tuż obok małżeńskiego łoża, w którym nigdy nie spędzę nocy z ukochanym. Ale obrączka... moja obrączka...
Jakże mam opuścić ten świat bez obrączki?...
Zwiększa się plama krwi na mojej białej sukni. Mimo to rozpaczliwe
pragnienie życia każe mi dźwignąć się z podłogi. W agonii wlokę się do
drzwi. Moje śliskie od krwi dłonie ledwie mogą je otworzyć.
Muszę znaleźć Collina. Odzyskać obrączkę. To znak moich zaślubin.
Wszystko rozpływa mi się przed oczami, każdy oddech jest udręką.
Ktoś krzyczy, ale ten dźwięk dochodzi jakby z innego świata. Ze świata,
który właśnie opuszczam.
Widzę go jeszcze, lecz tylko jego, wszystko inne - dźwięki muzyki,
piękne suknie i kamizelki - blaknie, twarze tracą ostrość, głosy cichną.
Biegnie do mnie, wołając po imieniu. Chwyta mnie w silne ramiona, ja zaś
omdlewam.
Chcę do niego mówić. Jest wszak moją miłością, całym moim życiem. Ale
nieskończony krąg, obietnica wiecznotrwałego szczęścia, został
przerwany.
Czuję na twarzy jego łzy, widzę smutek i strach w tych zielonych,
przepastnych oczach.
- Astrid, ukochana - szepcze. - Nie opuszczaj mnie. Zostań ze mną.
Wszystko mi niknie przed oczami. Wymawiam ostatnie słowa, ostatnim
tchnieniem składam ostatnią obietnicę.
- Nigdy cię nie opuszczę.
I nie opuściłam.
Rozdział 1
Dziś
Planowanie ślubu przypominało istne wariactwo. Sonya doszła do wniosku,
że skoro już się podjęło tę nieuchronną decyzję, nie pozostawało nic
innego, jak tylko krok po kroku dążyć do jej realizacji.
Gdyby mogła postawić na swoim, darowałaby sobie cały ten cyrk. Kupiłaby
- owszem - jakąś wystrzałową kieckę, którą mogłaby jeszcze gdzieś kiedyś
włożyć, i zaprosiła rodzinę i najbliższych znajomych na przyjęcie w ogrodzie. Cichy, skromny ślub, a po nim impreza na całego.
Nic wymyślnego, nic formalnego, ogólnie bez spinki, na luzie. Ważne,
żeby się dobrze bawić.
Niestety, Brandon nie podzielał jej zdania. On pragnął ślubu z pompą,
eleganckiego i wyszukanego.
Sonya zakupiła więc oszałamiającą suknię - wartą tyle, ile dwie raty
kredytu. Planowała włożyć ją na kilka godzin, a potem oddać do pralni i odesłać.
Zarezerwowali luksusowy hotel Back Bay dla gości z listy liczącej ponad
trzysta, prawie czterysta nazwisk, zanim jeszcze rozesłali zaproszenia.
Jeśli chodzi o zaproszenia, to Sonya sama je zaprojektowała - bądź co
bądź pracowała jako graficzka komputerowa. Zresztą Brandon wywodził się
z tej samej branży, więc i on dołożył swoje trzy grosze. Ich styl był
może bardziej formalny, niż sobie wyobrażała, ale i tak wyglądały
świetnie.
Wysłali zawiadomienia o ślubie z prośbą o rezerwację terminu wiele
miesięcy temu. Aby je przygotować, spędzili prawie cały dzień na
zaręczynowej sesji fotograficznej.
Sonya wolałaby, co prawda, poprosić kogoś ze znajomych, żeby zrobił im
niepozowane, swobodne, zabawne zdjęcia. Musiała przyznać, że stanowcze
weto Brandona wzbudziło w niej żal i sprzeciw. Ale co tam! Zdjęcia
wyszły przepięknie.
Były takie eleganckie. Wyszukany, stylowy anons w sam raz dla idealnej
pary z dużymi aspiracjami.
Wybór menu trwał, zdawało się, wieki. Poczęstunek miał być oczywiście
formalny, serwowany do stołów. A po nim tort. Sonya uwielbiała torty.
Jej zdaniem z ludźmi, którzy nie lubią tortu, zdecydowanie było coś nie
tak.
Ale, o Boże, któż się mógł spodziewać, że komponowanie tortu weselnego -
smaków, kremów, polewy, wyglądu, warstw, ozdób na wierzchu - mogło
doprowadzić normalnego człowieka do frustracji?
Teraz już o tym wiedziała.
A jeszcze pozostawał tort pana młodego. I te malutkie ozdobne francuskie
ciasteczka z ich złotymi inicjałami na górze.
Do tego kwiaty, muzyka, plansze z planami usadowienia gości przy
stołach, kolory, motyw przewodni, i mimo że mieli skuteczną,
niesamowicie cierpliwą konsultantkę ślubną, wszystko to zlało się w jeden wielki koszmar.
Nie mogła się wprost doczekać, kiedy będzie po wszystkim.
I właśnie dlatego nękały ją podejrzenia, że coś jest z nią nie w porządku.
Czyż każda panna młoda nie pragnęła całego tego zamieszania? Czyż nie
chciała, by dzień jej ślubu był wyjątkowy, specjalny, jak z bajki?
Ona tego chciała. I bardzo pragnęła, by nastąpiło po nim szczęśliwe
życie.
Ale.
Przez ostatnie tygodnie kolejne "ale" pojawiały się znienacka jedno po
drugim. Na przykład nie czuła, że to będzie jej dzień - jej wielki,
wyjątkowy, cudownie ekscytujący dzień. Nic a nic. Utraciła nad nim
poniekąd kontrolę. A gdy sobie uświadamiała, że to przecież dzień
również Brandona i że on również musi mieć coś do powiedzenia w tej
sprawie, uderzało ją to, że on miałdo powiedzenia wszystko.
Nic tutaj nie odzwierciedlało jej wizji ani pragnień. Za to z całą
pewnością odzwierciedlało wszystkie jego marzenia.
A skoro mieli do tego stopnia różne wizje i pragnienia, to czy nie
oznaczało to, że po prostu do siebie nie pasują?
Dopadał ją lęk, gdy o tym rozmyślała. Tak samo jak wtedy, gdy przez trzy
bite niedziele oglądali domy. Brandon naciskał na elegancką, współczesną
McWillę, podczas gdy ona marzyła o starym domu z duszą.
Ale.
Zamiast to rozpamiętywać, wolała przypomnieć sobie ostatnich osiemnaście
miesięcy bycia razem. I wtedy nie umiała dopatrzyć się żadnego powodu do
zmartwień.
Ślub to przecież tylko jeden dzień, a poza tym dlaczego Brandon miałby
nie mieć całego tego zamieszania, skoro tak mu na nim zależy? I tak
najbardziej liczy się to, co się czuje. Znajdą jakiś kompromis. I z każdego domu da się zrobić prawdziwy dom.
To trema przedślubna, wmawiała sobie Sonya. Po prostu zbliża się Ten
Wielki Dzień. I miała na to dowód - dosłownie - w postaci zaproszenia
ślubnego w torebce.
Godząc się z tremą, odwołała spotkanie z florystką - nie mogła się do
niego zmusić - i postanowiła wracać do domu.
Będzie miała kilka godzin spokoju. Brandon załatwiał jakieś kawalerskie
sprawy, więc dopóki nie wróci, będzie sama.
Pomyślała, że kiedy się zjawi, otworzą wino i przyjrzą się próbnym
wydrukom zaproszeń, podejmą ostateczną decyzję, a potem sfinalizują
wciąż rosnącą listę gości. Zamówią zaproszenia i zamkną temat - bo do
adresowania kopert Brandon wynajął kaligrafa.
Mogła to zrobić sama, ale nie, nie będzie przecież narzekać na to, że
nie adresuje własnoręcznie kilku setek zaproszeń.
Wolno, z opuszczonymi szybami i głośną muzyką sunęła przez zakorkowany
sobotni Boston. Za osiem tygodni - myślała - miasto eksploduje kolorami
jesieni, mojej ulubionej pory roku. A to, co się właśnie zbliża, będzie
już wtedy za mną.
Miała dwadzieścia osiem lat, niedługo skończy dwadzieścia dziewięć, nie
wiedzieć kiedy zamknie się za nią trzecia dekada. Była gotowa ułożyć
sobie życie, założyć rodzinę. Za osiem tygodni od teraz poślubi
ukochanego mężczyznę: Brandona Wise'a - inteligentnego, zdolnego
romantyka, który do kwestii związku z nią - koleżanką z pracy - podszedł
ze swobodą i opanowaniem, mimo że ona zachowywała daleko idącą
ostrożność.
Zdobywał ją - a ona z przyjemnością dawała się zdobyć.
Rzadko kiedy się kłócili. Był też niewiarygodnie uroczy w stosunku do
jej matki, a to miało znaczenie. Lubił towarzystwo jej znajomych, a ona
towarzystwo jego znajomych.
Jasne, było sporo rzeczy, które ich różniły. On mógłby codziennie
wieczorem gdzieś wychodzić: na koktajl, kolację, wernisaż, wszystko
jedno gdzie. Ona tymczasem potrzebowała przerw między takimi wyjściami,
lubiła spokojnie posiedzieć w domu.
Miał więcej butów od niej, a ona lubiła buty.
Kiedy rozmawiali o kupnie domu, on mówił o ekipie do pielęgnacji ogrodu,
a ona wyobrażała sobie samodzielne koszenie trawy i sadzenie roślin.
No dobrze, ale kto chciałby wychodzić za swojego klona?
Różnice oznaczały wszak różnorodność.
Kiedy zaparkowała, już żałowała odwołanego spotkania z florystką.
Powinna była się stawić. Kwiaty, tak jak i torty, mają wielki potencjał
uszczęśliwiania.
No cóż, zrekompensuje to sobie samodzielnie przygotowaną kolacją.
Czyżby to fortel, który ma zapobiec kolejnemu wyjściu na kolację? -
myślała, zbliżając się do swojej strony bliźniaka. Być może, ale Brandon
wróci do prawie przygotowanego posiłku i otwartej butelki wina, a to
dobry układ.
Zjedzą, napiją się i sfinalizują tę przeklętą listę.
Haczyk postawiony w kolumnie "zrobione" sprawi im ulgę.
A ulga będzie oznaczała, że sobotni wieczór spędzą w łóżku.
Już od samych drzwi usłyszała muzykę. Parę kroków dalej, tam gdzie
przedpokój otwierał się na salon, zobaczyła damski but.
Czerwoną szpilkę.
Odstawiła torebkę na stolik przy wejściu, kluczyki odłożyła do stojącej
na nim misy. I powoli się schyliła, by podnieść but.
Drugi leżał w korytarzu do sypialni, a tuż obok rozkloszowana, biała
sukienka bez ramiączek.
Muzyka dochodziła z sypialni - spokojna, zmysłowa melodia, w którą
wpisywały się kobiece jęki i okrzyki uniesienia.
Brandon lubi muzykę podczas seksu, pomyślała tępo. Zawsze o to dba.
Uważała, że to urocze. Do niedawna.
Zapomnieli zamknąć drzwi, Sonya przeszła więc po ciśniętej w nieładzie
sukience i kopnęła na bok męską koszulę i spodnie.
Kto by pomyślał, że miłość może zgasnąć jak świeca na wietrze? I nie
pozostawić po sobie śladu? Najmniejszego śladu?
Patrzyła na tyłek swojego narzeczonego, wgniatający się rytmicznie w ciało leżącej pod nim kobiety. Która, obejmując go nogami w pasie,
właśnie wykrzyknęła jego imię.
Sonya spojrzała na but, który nadal trzymała w ręku, i przeniosła wzrok
na goły, zdradziecki tyłek.
Kiedy się zamachnęła, a but trafił w cel, pomyślała, że jakiś ślad
jednak zostanie.
Brandon zerwał się jak oparzony, kobieta zaś krzyknęła i próbowała się
zasłonić zmiętym prześcieradłem.
- Sonyu... - wymamrotał.
- Zamknij się! - warknęła. - O Boże! Tracie, przecież jesteś moją
kuzynką. Mieliśmy cię zaprosić na ślub.
Tamta, łkając, mocniej pociągnęła za prześcieradło.
- Sonyu, posłuchaj...
- Powiedziałam, zamknij się, do kurwy nędzy. Gdzie jestem? W samym
środku pieprzonej sztampy. Ubierajcie się i wynocha stąd! Oboje.
- Przepraszam. - Tracie we łzach zbierała bieliznę z podłogi. - Tak
bardzo...
- Nie odzywaj się do mnie. Już nigdy się do mnie nie odzywaj. Gdyby nie
to, że twoja matka jest moją ciotką i kimś, kogo bardzo, ale to bardzo
lubię, to skopałabym ci ten kurewski tyłek. Przymknij się i spieprzaj z mojego domu.
Dziewczyna złapała w biegu sukienkę i nie wkładając bielizny, wsunęła ją
szybko przez głowę. Butów nie wzięła.
Ani nie zamknęła za sobą drzwi.
- Nic mnie nie usprawiedliwia, Sonyu. Dałem ciała.
- Właśnie widzę. Twoje ciuchy same z ciebie opadły i rozrzuciły się po
podłodze, żebyś mógł poparadować nago i dać ciała mojej kuzynce. Wynoś
się, Brandon. Ale już! Możesz wyjść na golasa albo się przedtem ubrać,
jak wolisz. Bylebyś jak najszybciej zniknął z mojego domu.
- Naszego.
- Nazwisko na umowie kredytowej jest moje.
- Kochanie...
- Serio? Jak śmiesz się tak do mnie zwracać? Spróbuj jeszcze raz, a przysięgam, że zrobię ci krzywdę. Powiedziałam, won!
Mężczyzna wciągnął spodnie khaki.
- Musimy pogadać - rzekł. - Najpierw ochłoń, a ja... Dokąd idziesz?
- Po telefon. - Sonya podeszła do torebki i wyjęła z niej komórkę. -
Dzwonię na policję, żeby cię wyprowadzili z mojego domu.
- Ejże, Sonyu - odezwał się takim tonem, jakby jej chciał powiedzieć, że
jest urocza. - Nie będziesz chyba dzwonić na policję?
Stała z telefonem w ręku i przyglądała się Brandonowi. Jego
wysportowanej sylwetce i ciemnoblond włosom, zmierzwionym rękami innej
kobiety. Jego gładkiej, przystojnej twarzy i zabójczym błękitnym oczom.
- Jeśli naprawdę sądzisz, że nie zadzwonię, to mnie nie znasz. - Wyjęła
kluczyki do jego samochodu z misy, odczepiła od nich klucz do domu, a resztę wyrzuciła za drzwi. - Wynocha stąd.
- Muszę wziąć buty.
Otworzyła szafę na płaszcze, wyciągnęła z niej parę mokasynów i cisnęła
nimi w jego stronę.
- Weź te, muszą ci wystarczyć, i idź, zanim zacznę wrzeszczeć i dzwonić
na numer alarmowy.
Pochylił się, zebrał buty z podłogi i wsunął je na stopy.
- Pogadamy, jak się uspokoisz.
- Kiedy wreszcie do ciebie dotrze, że to się nigdy nie zdarzy?
Zatrzasnęła za nim drzwi i zamknęła zasuwę.
Czekała na łzy smutku, na rozpacz, na żal. I nagle zrozumiała, że żadne
z tych uczuć nie przebije się przez wściekłość.
Ponownie spojrzała na telefon, który trzymała w ręku.
Wciągnęła głęboko powietrze, podeszła do kanapy i usiadła. Chciała
napisać esemesa, ale nie mogła, za bardzo trzęsły jej się ręce.
Zamiast tego zadzwoniła.
- No hej! Co tam?
- Cleo, możesz do mnie wpaść? Muszę cię zobaczyć.
- A co, ślubny kryzysik dopadł?
- Można tak powiedzieć. Proszę.
W rozbawionym tonie przyjaciółki pojawiła się nagle troska.
- Ale wszystko dobrze? - spytała zaniepokojona.
- Niespecjalnie - odparła Sonya cicho. - Wpadniesz?
- Jasne, już jadę. Cokolwiek się stało, damy sobie z tym radę. Będę za
dziesięć minut.
Już dałam sobie z tym radę, westchnęła w duchu Sonya i odłożyła telefon.
*
Cleo z kieliszkiem wina w ręku krążyła po salonie. Jej długie nogi w króciutkich białych szortach odmierzały miarowe kroki, a związane w niedbały węzeł bujne, ciemnomiodowe, kręcone włosy z każdym ruchem
podskakiwały jej na głowie.
Tygrysie oczy lśniły.
Im bardziej się gorączkowała i złościła, tym bardziej było po niej
widać, że wychowała się na południu. I tym większy spokój ogarniał
Sonyę. To chyba miłość? - pomyślała.
- Ten podły, zakłamany drań! Ten zdradziecki sukinsyn! A Tracie?! Brak
mi słów. Kuzynka! W dodatku ta żałosna cycata suka pomagała mi planować
wieczór panieński.
- Okropnie płakała.
- I co z tego! To ani w jednej setnej nie wystarczy. O, jeszcze ode mnie
usłyszy. Jeszcze poczuje moją wściekłość. Dwulicowa szmata.
- Kocham cię, Cleo Fabares. Jesteś najlepsza.
- O, dziecino. - Kobieta opadła na kanapę, odstawiła kieliszek i mocno
przytuliła Sonyę. - Tak mi przykro. Tak mi strasznie przykro.
- Wiem.
- Co chcesz teraz zrobić? - Cleo się odsunęła i spojrzała na
przyjaciółkę brązowymi migdałowymi oczami. - Tylko powiedz, czego
chcesz, a ja się tym zajmę. Zamordować go? Uciąć mu łeb? Wykastrować?
Sonya uśmiechnęła się pierwszy raz od chwili, gdy weszła do domu.
- Użyłabyś do tego miecza samurajskiego twojego pradziadka Harurta?
- Z przyjemnością.
- To trzymajmy tę opcję w rezerwie.
- Dlaczego nie wrzeszczysz? Dlaczego czegoś nie skopiesz? Sama bym
chętnie coś skopała. Albo kogoś. Brandona w jaja. Po pierwsze, muszę iść
kupić glany, żeby mieć czym mu skopać jaja. A po drugie, muszę kupić
mosiężne kastety, żeby dać Tracie w twarz. Ale to ja - dodała po chwili,
sięgając po kieliszek. - A ty? Czego byś chciała?
- Właśnie to robię. Siedzę, piję wino i patrzę, jak moja najlepsza
przyjaciółka wkurza się na maksa z powodu mojej krzywdy. - Sonya ujęła
wolną dłoń Cleo. - Ona ohydnie płakała; ja nie.
- Jeśli masz potrzebę, proszę, tu jest moje ramię.
- Nie, nie mam potrzeby. Nie do końca też wiem, co to o mnie mówi.
Czułam się jak w filmie. Niczego nieświadoma przyszła panna młoda
zastaje narzeczonego i jedną z druhen w łóżku.
- Nie byłaś niczego nieświadoma.
- Nie, no byłam. W tle leciała piosenka Video Phone Beyoncé.
- Daj spokój.
- Poważnie.
Cleo powstrzymała parsknięcie.
- Przykro mi.
- Niech ci nie będzie. Kiedy sobie pomyślę... że gdybym nie odwołała tego
spotkania... gdybym ich nie nakryła...
Teraz Sonya wstała z kanapy i zaczęła krążyć po pokoju. Jedną ręką
gestykulowała przy tym kieliszkiem z winem, a drugą przeczesywała włosy.
Ściągnęła gumkę z długiego, prostego końskiego ogona w kolorze syropu
klonowego.
- Tak naprawdę to mnie dołuje, Cleo. Tak szczerze, do bólu. Że bym w to
wdepnęła. Że wyszłabym za tego nieuczciwego gnoja. I to wyszłabym za
niego na jego zasadach - to mnie najbardziej rozwala. W tej cholernej
wielkiej sali balowej w hotelu, z wielką pompą, na której tak mu
zależało, z durnym pięciowarstwowym lukrowanym tortem ze złotą figurką
na szczycie. Jak to się, do diabła, stało, że tak się dałam otumanić?
- Wygląda na to, że się właśnie dowiedziałaś. A ja go lubiłam. Szczerze!
To mnie dobija. Może i myślałam, że ten cały przepych jest nie w twoim
stylu, ale z drugiej strony to wielki dzień, więc czemu nie? Ale - i zanim przejdę do ale, powiem, że dobrze widzieć, że odzyskałaś swoją
dawną furię.
- Och, nigdy jej nie straciłam. Za to z przyjemnością przyglądałam się
twojej.
- Okej. To teraz czas na ale: odwołałaś spotkanie, nakryłaś ich. I nie
wyjdziesz za tego dupka. Opatrzność widać czuwa nad tobą.
- Gdyby rzeczywiście czuwała nade mną opatrzność, kazałabym Brandonowi
spadać wieki temu.
- Napij się jeszcze trochę wina.
- Tak, właśnie zamierzałam się napić. Więcej niż trochę.
To mówiąc, Sonya przycisnęła palce do oczu - nie po to, by powstrzymać
łzy, lecz w geście frustracji.
- Cleo, muszę wszystko poodwoływać. Hotel, fotografa, kamerzystę, tort,
kwiaty. Boże, nawet ten durny kwartet gitarowy, którego nigdy nie
chciałam, orkiestrę. Stracę zaliczki. W dupę! właśnie zatwierdziłam
próbny wydruk zaproszenia. Ile ja czasu spędziłam nad tym projektem!...
- Zachowaj ten wydruk. Rzucimy na niego klątwę i zakopiemy go razem z bokserkami Brandona przy pełni księżyca. A potem za każdym razem, kiedy
ten drań będzie chciał ustrzelić następną laskę, dostanie uporczywego
świądu fiuta.
- Gadasz jak twoja babka Kreolka.
- Bien s?r. Pomogę ci wszystko odwołać. Może uda nam się kogoś
zaczarować i odzyskać którąś z zaliczek. A połowę tego, czego się nie da
odzyskać, skasujesz od tego drania. Nigdy mi się to nie podobało, że to
ty wykładałaś pieniądze.
Cleo głośno sapnęła i upiła łyk wina.
- I kiedy teraz o tym myślę, wiesz, co mi się wydaje? Że wcale go nie
lubiłam tak bardzo, jak sobie wmawiałam, że lubię.
- On miał płacić za próbne przyjęcie i podróż poślubną. Nieważne. Mam
nauczkę. Rzeczywiście przyda mi się twoja pomoc przy odwoływaniu. O raju, i jeszcze przecież ta lista.
Sonya przyłożyła rękę do żołądka, tam gdzie odczuła gwałtowny skurcz.
- Właśnie ukończyliśmy pracę nad listą prezentów - powiedziała. - A jutro jesteśmy umówieni na oglądanie dwóch domów.
- Napijmy się jeszcze wina - zaproponowała Cleo. - Zamówmy pizzę.
Pożyczysz mi coś do spania i załatwimy od ręki to, co jest do
załatwienia.
- Zostaniesz na noc?
- Zostaję na noc zawsze, kiedy moja najlepsza kumpela, współlokatorka z akademika, partnerka w zbrodni i serdeczna siostra przyłapuje
narzeczonego w łóżku z kuzynką.
Sonyi napłynęły do oczu łzy. Nie były to łzy żalu czy bólu, lecz czystej
wdzięczności.
- Dzięki. Na samą myśl, że muszę się z tym wszystkim zmierzyć, mam
ochotę schować się do jakiejś dziury. Nie - poprawiła się. - Mam ochotę
zakopać Brandona w jakiejś dziurze. Bo...
Przerwało jej stukanie do drzwi. Odwróciła głowę.
- Nie myślisz chyba, że to...
Tygrysie oczy Cleo błysnęły.
- Ja otworzę. Glanów niestety nie mam, ale kolanem w jaja też potrafię.
Rozdział 2
Kiedy jednak gotowa na bitwę Cleo szarpnięciem otwarła drzwi, do domu
wtargnęła matka Sonyi - Winter. Najpierw ścisnęła rękę Cleo, a potem
pospieszyła do córki.
- Kochanie! - zawołała. - Tak mi przykro. - Przytuliła Sonyę i lekko
zakołysała ją w ramionach. - Nie płacz. Nie płacz. On nie jest tego
wart. - Odwróciła głowę i przycisnęła usta do policzka córki. - Wiem, że
go kochasz, ale...
- Już nie. Dałam sobie z nim spokój. Nie wiem, czy to powinno tak
działać, ale radykalnie mi przeszło.
- Ja też nie wiem. - Winter się odsunęła, położyła dłonie na policzkach
córki i uważnie się jej przyjrzała. - Ale jeśli tak jest, to dobrze.
Nikt, kto skrzywdził moją córkę, nie zasługuje na miłość. Tak się
cieszę, że cię tu widzę, Cleo. - Wyciągnęła rękę i ujęła dłoń tamtej.
- Jak się dowiedziałaś? - zaciekawiła się Sonya.
- Tracie, która usłyszy ode mnie parę słów prawdy, poleciała prosto do
matki. Zabeczana. Mogę dostać wina?
- Przyniosę kieliszek - odezwała się Cleo.
- Summer zadzwoniła już po tym, kiedy wygarnęła Tracie i się jej
pozbyła. Sonyu, wiesz, że Summer cię kocha, i mam nadzieję, że jej nie
winisz. Jest tak samo wściekła, co upokorzona i załamana.
- Nie winię. Skąd. Tracie jest dorosła. I jest szmatą.
- Ona, Tracie, twierdzi, że to się po prostu wydarzyło. Samo. Nie
wiadomo jak i kiedy. Dzięki, skarbie - dodała, biorąc od Cleo kieliszek
wina. - W życiu nie słyszałam większej bzdury. To się nie dzieje ot tak
po prostu, samo, nie wiadomo jak i kiedy, jeśli lądujesz w łóżku z narzeczonym kuzynki. W dodatku w jej własnym domu. I własnym łóżku.
- Czerwone szpilki, sukienka z wielkim dekoltem i seksowna bielizna.
Tak, to się po prostu stało, ja pierdolę. Proszę bardzo, niech go sobie
bierze.
- Mogę ci obiecać, że nie będzie mile widziany w domu mojej siostry. A teraz idę ściągnąć tę pościel z twojego łóżka.
- Już to zrobiłam. Od razu po telefonie do Cleo. Myślałam, czyby jej od
razu nie spalić, ale to naprawdę porządna pościel. Odeślę ją do pralni,
nie zamierzam się tym sama zajmować. A potem ją oddam na jakiś cel
charytatywny.
Winter znowu schwyciła córkę w ramiona i zakołysała się razem z nią.
- Moja kochana - powiedziała miękko. - Naprawdę dobrze się czujesz?
- Jestem piekielnie wkurzona - odparła Sonya. - I wściekła na siebie, że
go od razu nie przejrzałam.
- Ja też nie, mówiąc szczerze. Choć uważam, że mam świetną intuicję do
ludzi. Ale znasz to przysłowie, że mądrym się jest po szkodzie. Kiedy
patrzy się wstecz i mówi: no tak, to, śmo i tamto. Powinnam była to
przewidzieć. Ile z tego dobrego? Usiądę sobie.
I usiadła.
- Tak się martwiłam, że zastanę cię zdruzgotaną, że nie miałam
przestrzeni, by wyrzucić z siebie złość. A teraz, kiedy już wiem, że nie
jesteś zdruzgotana?... Powiem tak: do diabła z nim!
- Do diabła! - powtórzyła jak echo Cleo i podeszła do Winter, by stuknąć
kieliszkiem w jej kieliszek.
- Okej. - Sonya uczyniła to samo. - Do diabła.
- Musisz zmienić zamki w drzwiach.
- Zabrałam mu klucz, mamo.
- I tak je zmień. Jak myślisz, co on teraz ze sobą zrobi?
- Nie mam pojęcia. - Sonya znowu uniosła kieliszek. - I gówno mnie to
obchodzi.
- I słusznie. W samochodzie mam drugą butelkę wina. I pudła od miłego
sprzedawcy w monopolowym. Możemy do nich spakować rzeczy Brandona.
Raz-dwa i mieć to z głowy. Załatwić wszystko od ręki. Od razu mu je
odwiozę.
- Nie musisz tego robić.
- Och, moje jedyne dziecko, nalegam. - W piwnych oczach matki pojawiła
się lodowata furia. - Pewnie się zwróci do Jerry'ego, co? To jego drużba
i najlepszy kumpel. Mogę tam podjechać w drodze powrotnej i wszystko
zostawić.
- Uwielbiam cię, Winter. - Cleo usiadła obok matki Sonyi i wtuliła się w nią. - Uwielbiam swoją mamę i ciebie też. Obie z Sonyą dosłownie
wygrałyśmy matki na loterii. A może podczas pakowania te wszystkie
kaszmirowe swetry, które Brandon tak uwielbia, nie wiedzieć czemu lekko
się podrą i nadszarpną? I och! jaka szkoda, ale skórzane kurtki natrafią
przypadkiem na coś ostrego?
- Dziewczyńskie przyjaźnie są nie do pobicia. - Winter się uśmiechnęła.
- Możemy tak zrobić, ale możemy też sobie darować, bo wiemy, że i tak
stracił to, co mógł mieć w życiu najlepszego. Założę się zresztą, że sam
o tym wie.
- Nadal mam ochotę zakopać parę jego bokserek przy pełni księżyca. I nałożyć na niego klątwę potwornego świądu fiuta.
- To mu się słusznie należy - wtrąciła Winter z uśmiechem. - A teraz
chodźmy po te pudła.
*
Pakowały. Dwa jego tablety, laptop, alexę. Następnie kolekcję zegarków
oraz spinek do mankietów. Na koniec buty. Całe mnóstwo butów.
Sonya przypomniała sobie naraz o jego walizkach - marki Globe-Trotter,
oczywiście - spakowały do nich koszule, marynarki, swetry, garnitury i ubrania sportowe.
Wrzuciły do pudła przybory toaletowe i kosmetyki.
- Ma więcej kremów niż ja. - Cleo uniosła nieotwarty krem nawilżający. -
Wiesz, jaka to droga marka? A on już ma kupiony nowy. Na zapas?
- Weź go sobie - rzuciła Sonya. - Do diabła, weź sobie, co tylko chcesz.
- Pod warunkiem, że go jeszcze nie otworzył. Bo we wszystkim innym są
jego wszy. Jesteś pewna, że ty go nie chcesz?
- Absolutnie. Nie chcę nic z jego rzeczy.
- W takim razie biorę. Winter, co ty na to, żebyśmy się podzieliły
wszystkim, co jest fabrycznie zamknięte? Mamy tu żel pod oczy, maski i serum. Pamiętam, że dostałam kiedyś próbkę tego serum i jest świetne.
Odkładam wszystko na bok.
Winter skinęła lekko głową, odsunęła się nieco i oparła ręce na
biodrach. Jedną z gumek Sonyi związała w krótki, sztywny kucyk sięgające
brody włosy prawie tego samego koloru, co włosy córki. Jej piwne oczy -
Sonya miała ciemnozielone - przesuwały się po rzeczach zgromadzonych na
blacie w łazience.
- Będziemy potrzebowały więcej pudeł - zauważyła.
- A tam! Walić pudła. - Sonya się skrzywiła. - Wrzućmy to wszystko do
worków na śmieci. Ile on tego ma! I gdzie wśród tego wszystkiego miało
być miejsce dla mnie? Dlaczego nie widziałam, że jego rzeczy zajmowały w mieszkaniu dwa razy więcej miejsca niż moje? Miał do dyspozycji całą
szafę w pokoju gościnnym i większą część tej w sypialni. I jakoś
zaanektował sobie do pracy biurko w pokoju gościnnym, a mnie pozostał
stół w jadalni.
- Erozja następuje stopniowo. - Winter pomasowała ramiona Sonyi. - Skała
jest twarda, ale nie widzi, kiedy ją drąży woda.
- Jesteście do siebie takie podobne - mruknęła Cleo. - Kształt twarzy
jak serce, ten sam kolor włosów. Brzoskwiniowośmietankowa cera.
Wystarczy, że na was spojrzę, a od razu wiem, że pilnie potrzebuję tych
drogich kosmetyków.
- Masz cudowną cerę - oburzyła się Winter. - Złoty pył na karmelu,
wspaniały prezent po przodkach. Moja córka z kolei ma oczy swojego ojca.
To powiedziawszy, uścisnęła Sonyę.
- Skopałaś Brandonowi tyłek - dodała. - Ja bym się pewnie nie odważyła.
Andrew MacTavish był łagodnym człowiekiem, ale kiedy się wkurzył? Oooo!
Bez kija nie podchodź. - Ścisnęła córkę za ramię. - Dobra. Worki na
śmieci. Tak, nadadzą się. I to w sam raz.
- Przyniosę. I zamówię pizzę - zgłosiła się Cleo. - Zbliżamy się powoli
do końca.
- Ta dziewczyna to skarb - oznajmiła Winter, kiedy tamta wyszła.
- Wiem. Mówi, że to dar od losu, że zamieszkałyśmy na studiach w jednym
pokoju.
- A ty co sądzisz?
- Szczęśliwy traf. Zwłaszcza dla mnie.
- Dla was obu. Twoja sztuka, twoja praca nic na tym nie ucierpiała. Dziś
ona jest ilustratorką, a ty graficzką. Jestem dumna z was obu.
- W poniedziałek muszę iść do pracy. On też. Nie powinnam się była
wiązać ze znajomym z pracy.
- Daj spokój. - Matka gwałtownie się odwróciła. - Nie pozwól, by to, co
on zrobił i kim się okazał, wpłynęło na to, co robisz i kim jesteś.
Kochałaś go na tyle, by planować wspólne życie. Myślałaś, że on też cię
tak kocha.
- Byłam w błędzie.
- Byłaś - zgodziła się Winter. - Ale błąd polegał nie na tym, że
kochałaś. Okazał się niewierny, więc to zakończyłaś. Wiesz, czego od
ciebie nie słyszałam? "Co zrobiłam nie tak? Czemu mu nie wystarczyłam?
Co widział w niej, czego nie było we mnie?".
- Mamo, ja...
- A wiesz, dlaczego tego nie słyszałam? Bo jesteś za mądra, żeby dać się
wpuścić w ten kanał. I wiesz, że tu nie chodzi o ciebie. Tylko o niego.
O jego charakter. Wierzyłaś w niego. A on dowiódł, że się myliłaś. Nic
więcej. Więc tak: posprzątaj po nim, zamknij ten rozdział w życiu i zarygluj drzwi. Nie, najpierw zmień zamki - poprawiła się - a potem
zarygluj drzwi.
- Jutro wezwę ślusarza. A on mnie pewnie dopadnie - albo będzie próbował
- w poniedziałek w pracy.
- Ale z tym sobie poradzisz.
- Poradzę. - Sonya zamknęła oczy. - Co za żenada...
- Rozumiem cię. Sama tak pewnie bym się czuła, mimo że wcale nie byłabym
powodem tej żenady. A więc, Sonyu Grace MacTavish, przekieruj tę żenadę
na niego. - Ucałowała córkę w czoło. - Bo to, zwłaszcza dla kogoś
takiego jak Brandon, będzie bardziej bolesne niż uporczywy świąd fiuta.
*
Zjadły pizzę. Sonya i Cleo dalej popijały wino, Winter zaś przerzuciła
się na mrożoną herbatę. Wspólnie ułożyły plan, a potem przystąpiły do
wynoszenia pudeł, walizek i worków na śmieci do samochodu.
Kiedy zaczynały drugą rundkę, z sąsiednich drzwi wyłoniła się kobieta.
- Potrzebujecie pomocy? - spytała. - Bill jest w domu, mogę go zawołać.
Winter uśmiechnęła się triumfalnie.
- Dzięki, Donno, tak, chętnie skorzystamy. Mamy jeszcze kilka kursów.
- Nie ma sprawy. - Kobieta oparła rękę na biodrze. - Bill! Chodź no tu
zaraz, trzeba pomóc Sonyi!
Ona i Bill zajmowali drugą część bliźniaka od roku. Trójka ich dzieci
dorosła i wyprowadziła się z domu, nie potrzebowali więc już tak wiele
miejsca jak niegdyś.
Miła para, pomyślała Sonya. Serdeczna, ale nie nachalna. To ważne cechy,
gdy się mieszka przez ścianę.
Po chwili pojawił się Bill w koszulce Red Soksów i szortach-bojówkach,
odsłaniających jego kościste kolana.
- Co to, zostawiacie nas samych? - zagadnął z uśmiechem, obracając
niejasną sytuację w żart. Sonya uznała, że jest po paru kieliszkach.
- Nie, tylko wyrzucam Brandona, a w zasadzie już go wyrzuciłam, bo
zastałam w łóżku z kuzynką.
Usta Billa, ukryte za niechlujną kozią bródką, otworzyły się ze
zdumienia. Z kolei wargi jego żony Donny zacisnęły się w wąską kreskę.
- To ta cycata blondynka? - sarknęła.
- Tak, ona. - Sonya kiwnęła głową. - A co? Widziałaś ją parę godzin
temu, jak boso i z gaciami w ręku wybiega na dwór?
- Nie i strasznie żałuję, że to mnie ominęło. Bardzo mi przykro. Ale
muszę ci wyznać, że widziałam ją tu już wcześniej. Dwa razy, jak cię nie
było w domu. Myślałam, że oboje szykują dla ciebie jakąś niespodziankę.
Może na ślub. Ale... cóż, nie będę cię oszukiwać. Uznałam to za dziwne.
- Dwa razy, nie licząc dzisiejszego dnia?
- Tak. Dwa razy widziałam. W ostatnią sobotę, kiedy myłam okna, i jeszcze jakoś ze trzy tygodnie temu. Wracałam wtedy od Marlene z naprzeciwka. Zaniosłam jej ciasteczka cynamonowe dla synka, uwielbia je.
Więc tak, to też była sobota, trzy tygodnie temu.
- Byłyśmy wtedy u fryzjera - wtrąciła Cleo - na próbnym czesaniu
ślubnym. A potem chodziłyśmy po sklepach w poszukiwaniu butów.
- Tak, pamiętam - mruknęła Sonya.
- Przykro mi bardzo - powtórzyła Donna. - Tyle dobrego, że dowiedziałaś
się przed faktem. Bill, podejdź no tu, wynieś od Sonyi resztę rzeczy
tego dupka. Gdybyśmy mogli ci jeszcze w czymś pomóc, daj znać - dodała.
- Czyli co najmniej trzy razy... - wymamrotała Sonya, kiedy już załadowały
ostatnie pudło do samochodu. - Teraz muszę się jeszcze pozbyć łóżka. I może kanapy. Mogli to robić też na kanapie. Kto wie, gdzie jeszcze.
- Nie, daj spokój. Okadzę wszystko białą szałwią.
Sonya spojrzała w zdumieniu na Cleo.
- Mówisz poważnie?
- Śmiertelnie. Może nawet mam jej trochę w torebce. A jeśli nie, to
podjadę migiem do domu. Oczyścimy po nim cały dom. I po niej. A może
jeszcze po kimś, z kim się tu zadawał. Przykro mi, kochana, ale nie
można tego wykluczyć.
- Tak. - Na tę myśl Sonyi zrobiło się niedobrze. - Nie można.
Teraz musiała zrobić sobie badania, co tylko potęgowało jej upokorzenie.
Ale musiała - tak na wszelki wypadek.
- Zaczynam żałować, że jednak nie pocięłyśmy tych skórzanych kurtek.
Będę musiała jeszcze raz pogadać z Summer. Tak czy siak, zwalam
wszystkie jego rzeczy pod domem Jerry'ego, niezależnie od tego, czy go
tam zastanę, czy nie.
Winter mocno przytuliła córkę.
- Uznajmy to za cud, dzięki któremu szczęśliwie uniknęłaś katastrofy.
- Jeśli tam będzie - poprosiła Cleo - to czy skopiesz mu ode mnie jaja?
- Proszę uprzejmie. Zajrzę do was jutro. I zaczniemy obdzwaniać te
wszystkie miejsca.
- Dzięki.
Kiedy Winter odjechała, Cleo otoczyła przyjaciółkę ramieniem.
- Napijemy się jeszcze?
- Tak. I czy możemy zakopać te kurewskie buty Tracie razem z bokserkami
Brandona? Żeby cierpiała na przewlekłą drożdżycę?
- No, wreszcie zaczynasz mówić do rzeczy.
*
W poniedziałek rano Sonya szczególnie zadbała o wygląd. Czerwony
garnitur dodawał jej siły i sprawczości, a gładkie, eleganckie loki o luźnym skręcie, na których zakręcenie poświęciła sporo czasu, sprawiały,
że czuła się zdystansowana i chłodno nastawiona do świata.
W niedzielę, kiedy dostała wiadomość od Brandona - a właściwie cztery
wiadomości, zanim wreszcie posłuchała Cleo i matki i zablokowała jego
numer - poczuła się zgoła inaczej.
Musimy pogadać. Nie możemy ze wszystkiego zrezygnować, nawet w obliczu
straszliwego błędu, który popełniłem. Wiesz, że cię kocham. Musimy
pogadać. Wszystko ci wytłumaczę, musisz mi na to pozwolić.
Każda z tych wiadomości wprawiała tylko Sonyę w coraz większą złość. A ta z kolei wzmagała w niej przekonanie, że jest słaba i głupia.
Kiedy wybrała biżuterię - złotą - i zrobiła idealny makijaż, wyszła do
Cleo, która na wpół drzemała nad kawą.
- I jak? - zagadnęła.
W odpowiedzi Sonya wykonała półobrót.
- No i fenomenalnie. Wyglądasz zabójczo, Son. Cała mówisz jak gdyby:
"Już nigdy tego nie tkniesz, dupku żołędny".
- Taki właśnie miałam cel.
- I trafiłaś w sedno. Posłuchaj, wezmę zapasowy klucz i segregator
ślubny i zacznę odwoływać to, czego nie udało nam się załatwić w niedzielę.
- Cleo, poświęciłaś mi już caluteńką sobotę i wczorajszy dzień.
- I nie zamierzam się stąd ruszyć, póki nie zjawi się ślusarz i nie
wymieni tych zamków. Dopiero wtedy zabiorę segregator, nowy klucz i sobie pójdę. Mieszczę się w terminie ze swoim projektem, więc spokojnie
mogę sobie odpuścić te parę godzin. Ale najpierw obdzwonię wszystkie
miejsca do końca. Domyślam się, że skoro były już zrobione poprawki,
sukni ślubnej oddać nie możesz?
- Nie, zwrotów nie przyjmują. Za tę absurdalnie drogą rzecz zapłaciła
mama.
- Wiem. Ale idę o zakład, że to nie pierwsza taka sytuacja, z którą
zetknęli się jako firma. Zapytam, co radzą. Komis, eBay, a kto wie? Może
mają klientkę, która kupi ją po obniżonej cenie? Załatwię ci suknię i wszystko, co zdołam. Wiem, że to samo zrobiłabyś dla mnie.
- Owszem. A jak już z tego wybrniemy, zabiorę cię gdzieś na weekend. Do
spa. Mamę też. I twoją, jeśli będzie mogła. Babski wyjazd zamiast
podróży poślubnej.
- Wchodzę w to. Jesteś gotowa iść skopać mu jaja?
- To nie glany, ale też się nadadzą.
Brnąc przez Boston pogrążony w porannym szaleństwie korków, Sonya
powtórzyła sobie w głowie plan. W teorii był on bardzo prosty.
Poprosi któregoś ze współwłaścicieli By Design o parę minut rozmowy i nie będzie się wdawać w szczegóły.
Odwołała ślub, bo zrozumiała, że nie pasują do siebie z Brandonem i nie
są gotowi na małżeństwo. Nie ma potrzeby mówić nic więcej.
Aha, i ze względu na napięcia towarzyszące tej decyzji prosi, by ona i Brandon przez kilka następnych miesięcy nie byli przydzielani do tych
samych projektów.
Brandon był od niej wyższy rangą. Ona pracowała w By Design od siedmiu
lat, wliczając w to staż, on zaś prawie dziesięć. Oboje jednak
awansowali, mieli własne gabinety, często nadzorowali projekty, łączyli
pracę swoich zespołów.
Jego specjalnością była reklama - na bilbordach, w telewizji i internecie. I był w tym dobry - nie sposób mu tego odmówić. A nawet
bardzo dobry. Ten palant.
Choć ona projektowała głównie strony internetowe, banery i reklamy w mediach społecznościowych, zajmowała się też tworzeniem spójnego
wizerunku wizualnego dla firm i osób prywatnych. Loga, wizytówki, papier
firmowy, strona internetowa: wszystko to, co istniało w realu i w świecie cyfrowym, miało się wzajemnie uzupełniać i stanowić całość.
Ale nadal była to niewielka prywatna firma - dokładnie taka, w jakiej
Sonya zawsze chciała pracować - a ona i Brandon często się o siebie
ocierali, zajmując się różnymi aspektami tego samego projektu.
Zwyczajnie poprosi o trochę więcej przestrzeni. I obieca, że będzie
utrzymywać uprzejme, profesjonalne relacje z Brandonem w miejscu pracy.
Proste, myślała sobie. Rozsądne i jasne.
Oczywiście, że pojawią się plotki - jak to w wąskim gronie ludzi. Ale da
sobie z nimi radę. Gotowa jest nawet - mimo sprzeciwu Cleo - wziąć całą
winę na siebie.
Dużo prościej i łatwiej będzie się przyznać, że zrozumiała, iż nie jest
gotowa, i że ona i Brandon mają w życiu różne cele. Celem Brandona było
pieprzenie się z jej kuzynką, ale o tym wspominać nie będzie.
Za parę tygodni plotki ucichną, bo prawie na pewno wyniknie jakaś inna
afera.
A do tego czasu Sonya spokojnie wytrzyma.
Na razie Brandon na bank znajdzie sposób, by ją przycisnąć do ściany.
Skonfrontuje się z nim z odwagą i determinacją. W prywatnej,
bezpośredniej rozmowie postawi sprawę jasno: między nimi koniec. Zrobi
to możliwie chłodno i obojętnie.
On nie zdzierży tego chłodu i obojętności, pomyślała z uśmiechem,
parkując przed piętrowym, odnowionym budynkiem fabrycznym, w którym
mieściła się firma.
Skierowała się do bocznych drzwi i weszła wprost do pomieszczenia, które
na swój prywatny użytek nazywała Wylęgarnią. Sama też tu zaczynała -
zaraz po college'u, przy jednym z wielu biurek we wspólnej przestrzeni.
Większość ludzi, którzy dziś tu siedzieli, opracowując zadania zlecone
przez projektantów z nadzieją, że zostawią w projekcie własny ślad, była
równie zielona i gorliwa, jak ona dawniej.
Niektórzy awansują, inni odejdą, jeszcze inni uczynią wielki krok
naprzód i zbudują coś własnego.
Ona awansowała. Rytm i atmosfera funkcjonowania tego miejsca bardzo jej
odpowiadały. Ze stanowiska asystenta kreatywnego przeskoczyła na
grafika, a później na starszego grafika.
Specjalnie przyjechała wcześniej i pomaszerowała prosto do swojego
biura.
Nie było ono wcale duże ani okazałe, ale miało okno, ustawiła więc swój
ukochany fiołek afrykański o imieniu Xena w południowym świetle. Kwiatek
odwdzięczał się jej ślicznymi różowymi kwiatkami i żywo zielonymi,
aksamitnymi liśćmi.
Postawiła teczkę na biurku i zerknęła na swoją tablicę wypełnioną
rozmaitymi pomysłami, nazywała ją tablicą inspiracji.
Rutynowo tworzyła dla każdego projektu tablicę - zarówno fizyczną, jak i cyfrową. W tej cyfrowej łatwo było wprowadzać zmiany i dawało się ją
udostępniać innym. Ale przed fizyczną można było przystanąć i poprzyglądać się jej z różnych perspektyw.
Ta, którą miała przed sobą, przedstawiająca zamysł projektu wizualnego
dla firmy start-upowej, po prostu działała. Dobrze się sprawdzała.
Baby Mine, firma założona przez zdolne manualnie siostry, produkowała
ręcznie szyte ubranka dziecięce, personalizowane w cenie. W rozmiarach
od wcześniaka (z uwzględnieniem specjalnych potrzeb noworodków
przebywających na oddziałach intensywnej terapii) do niemowląt w wieku
osiemnastu miesięcy.
Jako logo Sonya opracowała projekt przedstawiający dzidziusia w staroświeckiej kołysce, a z karuzeli nad kołyską zwisały literki
tworzące nazwę firmy, stylizowane na zaokrąglone, delikatne w kroju
pismo w pastelowych barwach.
Wszystko to razem dawało wrażenie delikatności i miękkości - czyli tego,
co pragną zapewnić każdemu noworodkowi ich rodzice.
Strona internetowa podążała tym samym tropem. Prócz ubranek można było
na niej znaleźć produkty do pielęgnacji niemowląt oraz ręcznie, z miłością produkowane akcesoria, a wszystko to ilustrowane zdjęciami nie
tylko samych ubranek, ale i noszących je dzieci i ich rodziców z kocykiem lub pieluszką na ramieniu, trzymających maluchy w pozycji do
odbijania.
Posty w mediach społecznościowych miały stanowić spójne uzupełnienie
tego atrakcyjnego przekazu wizualnego. Oraz świeższe i - również spójne
- spojrzenie na prowadzony przez siostry blog.
A teraz, kiedy firma przeniosła się z domów prywatnych do pracowni z prawdziwego zdarzenia, zadaniem Sonyi było wyposażyć w spójny przekaz
również i jej wnętrze.
Jeszcze parę detali i wszystko będzie gotowe.
Co prawda, o wiele bardziej wolałaby teraz usiąść i zastanowić się nad
tymi detalami, aniżeli iść do szefów i gadać o swoich problemach
osobistych.
Ale trudno, musiała.
Ruszyła w stronę drzwi. Słyszała już głosy - to ludzie zbierali się w Wylęgarni lub szli do kuchni zrobić sobie kawę przed przystąpieniem do
pracy.
Weszła po metalowych schodach na pierwsze piętro. Mieściły się tam
gabinety szefów - dyrektora artystycznego, dyrektora projektów i kreatywnego - oraz stanowiska pracy ich asystentów, sala do prezentacji,
gdzie projektanci przedstawiali szefom najpierw swoje pomysły, a potem
ukończone projekty, biura właścicieli i druga, dużo lepsza kuchnia.
Ponieważ osobą, która przyjmowała ją do pracy, była Laine Cohen, Sonya
najpierw zastukała do jej drzwi.
- Proszę! - rozległo się w odpowiedzi.
Laine siedziała przy biurku. Niezbyt długie mahoniowe włosy miała
przycięte pod ostrym kątem i starannie wycieniowane, a na szyi na
srebrnym łańcuszku nosiła okulary do czytania w jaskrawoniebieskich
oprawkach. Na narożniku biurka w kształcie litery L przysiadł jej
wspólnik.
Z okna za jej plecami rozciągał się widok na park Boston Common. Był
piękny, letni dzień. Na ścianach wisiały plakaty z projektami wykonanymi
w firmie. Laine zmieniała je co kilka miesięcy.
Była wśród nich również jedna praca Sonyi. I jedna Brandona.
Kiedy Laine i Matt Berry podnieśli na nią wzrok, odgadła, że już o wszystkim wiedzą.
Matt - szczupły, w chinosach i różowej koszulce polo, zsunął się z biurka. Lśniące jasne włosy jak zwykle miał ściągnięte w kucyk. Z małżowiny jego lewego ucha zwisała złota obręcz.
- Przyszłam spytać, czy mogę liczyć na krótką rozmowę - zaczęła Sonya.
- Oczywiście, jasne. - Mężczyzna zaprosił ją gestem do środka. - Zamknij
drzwi i siadaj. Jak się masz, Sonyu?
- Dobrze, dziękuję. Chciałam...
- Właśnie rozmawialiśmy z Laine o tym, żeby ci dać kilka dni wolnego.
A więc Brandon był tu pierwszy, pomyślała. I przedstawił sprawę po
swojemu.
- Bardzo dziękuję, ale nie potrzebuję wolnego. Mam nadzieję dziś
dokończyć ten projekt dla Baby Mine, a do końca dnia zaproponować
wstępną grafikę dla Ketteringa.
Na widok milczącego współczucia w oczach Matta i wahania w oczach Laine
Sonya uznała, że jej plan jest niewiele wart.
- Domyślam się, że słyszeliście o odwołanym ślubie.
- Brandon zadzwonił wczoraj wieczorem. - Matt pełnym współczucia i zarazem pocieszającym gestem pogłaskał ją po ramieniu. - Jest oczywiście
niezadowolony, ale uważa - z czym się w pełni zgadzam - że potrzebujesz
odrobinę czasu i przestrzeni. Planowanie ślubu to wielki stres. Nadal
pamiętam, jak warczałem na Wayna, kiedy przymierzaliśmy się do naszego.
- Zadzwonił do ciebie? Naszego szefa? W niedzielę wieczorem, by
powiedzieć, że mnie stresuje planowanie ślubu...?!
- Cóż, nie jesteśmy zwyczajnym szefostwem, wszyscy czujemy się tu jak w rodzinie. W obliczu problemów nasze drzwi zawsze stoją otworem i mam
nadzieję, że wszyscy o tym wiedzą. Prawda, Laine?
- Oczywiście. I owszem, ślub to nie lada stres. Ostatnio też pomagałam
córce w planowaniu, więc coś o tym wiem. Przez lata obserwowałam, Sonyu,
jak funkcjonujesz w obliczu stresu, toteż byłam zdziwiona, kiedy Matt
oświadczył, że przeżywasz kryzys związany ze szczegółami uroczystości.
- Ja przeżywam kryzys?! - Popełniłeś błąd, Brandonie, pomyślała,
próbując zrobić ze mnie histeryczkę. A więc przechodzimy do
zaaranżowanego na miejscu planu B. - No tak, właściwie można to tak
nazwać.
- To nic wstydliwego - pospieszył z zapewnieniem Matt. - Odpoczniesz i trochę o siebie zadbasz. Jestem pewien, że niebawem wyjdziecie z Brandonem na prostą.
- Niestety, Matt, nie ma takiej możliwości. Przeżywam kryzys, owszem,
skoro już tak to ujęliśmy, ponieważ w sobotę nieoczekiwanie wróciłam
wcześniej do domu i zastałam Brandona w łóżku z moją kuzynką. Wyobraźcie
sobie moje zdumienie. I wyobraźcie sobie moje jeszcze większe zdumienie,
gdy się dowiedziałam, że to nie był ich pierwszy raz - zamilkła na
moment. - Dlatego ślubu nie będzie. I nie potrzebuję brać wolnego z pracy. Przychodząc tu dziś rano, nie miałam zamiaru nikomu zdradzać
żenujących szczegółów, które stoją za moją decyzją. Chciałam tylko
powiedzieć, że zmieniłam zdanie w sprawie ślubu. I poprosić - bo ta
sytuacja będzie dla mnie krępująca - by przez jakiś czas nie przydzielać
mnie i Brandona do tego samego zespołu.
- Ale... jesteś pewna tych... okoliczności? - Mężczyzna zbaraniał.
- No błagam cię, Matt. - Laine wywróciła oczami. - Sonya chyba wie, co
widziała na własne oczy. Bardzo mi przykro to słyszeć.
- No tak. Nie mam słów... Przykro mi. Napijesz się herbaty? Mogę zaraz
przynieść.
- Nie, dzięki. Nic mi nie jest. Naprawdę. Wiem, że to dość nieprzyjemna
sprawa, ale przysięgam, że w miejscu pracy będę się zachowywać
profesjonalnie.
- Trzymamy cię za słowo - rzekła Laine. - I tego samego będziemy
oczekiwać od Brandona. Niedawno ukończyliście wspólny projekt.
- Dwa tygodnie temu. Na razie nie robimy nic razem.
- I niech tak zostanie. Sonyu, jeśli potrzebujesz dnia czy dwóch, żeby
dojść do siebie i pozałatwiać wszystko, co, jak sobie wyobrażam, masz
teraz do załatwienia, możesz oczywiście wziąć wolne.
To mówiąc, kobieta uniosła ręce.
- Chętnie pomożemy, jak tylko się da - dodała.
- Naprawdę dziękuję. Mam już pomoc i szczerze mówiąc, wolałabym jednak
popracować. Przepraszam, że tak nagle to na was spadło.
- Tak to właśnie jest ze związkami między koleżeństwem z pracy. -
Szefowa lekko się uśmiechnęła. - Kto tego jeszcze nie widział? No ale...
Drzwi zostawiam otwarte, Sonyu, jeśli będziesz jednak chciała skorzystać
z paru dni wolnego.
- Bardzo dziękuje. - Wstała. - Pójdę już do siebie.
Nie była zdziwiona, zobaczywszy, że między gabinetem a schodami czeka na
nią Brandon.
- Musimy pogadać - powiedział.
Kiedy sięgnął po jej ramię, odsunęła się.
- Nie dotykaj mnie.
- Nie będziemy tu gadać. - Wskazał drzwi do sali prezentacji. - Wolę
załatwiać prywatne sprawy na osobności.
- W takim razie niepotrzebnie zadzwoniłeś wczoraj do Matta i mówiłeś mu
nieprawdę - postawiła się, ale weszła do środka.
- Z całą pewnością nie mówiłem nieprawdy. - Głośno zatrzasnął drzwi. -
Powiedziałem, że odwołałaś ślub. Byłaś zła i zestresowana.
- Zapomniałeś wspomnieć, z jakiego powodu.
Brandon miał dość przyzwoitości - a może sprytu - by zrobić smutną,
zawstydzoną minę.
- Słuchaj, Sonyu, nikt się nie czuje gorzej niż ja z powodu tego, co się
stało. Popełniłem potworny błąd, zraniłem cię. Okazałem się słaby i głupi. Spanikowałem.
Uśmiechnęła się - uroczo, milutko.
- A myślałam, że dałeś ciała.
- Proszę. - Znowu sięgnął po jej rękę.
- Tylko mnie tknij, a jutro rano obudzisz się z zarzutami napastowania i niewłaściwego zachowania w miejscu pracy. Bądź pewien, że tak będzie.
- Wiem, że jesteś dotknięta i zła. Masz do tego pełne prawo. To, co
zrobiłem... to była chwila słabości. Wywołana paniką. Ten ślub, wszystkie
te kwestie, te decyzje, to wszystko zaczęło mnie przytłaczać i spanikowałem. Nagle zjawiła się Tracie i... no, jak by to powiedzieć,
wystartowała do mnie. I to od razu na ostro. A ja... no cóż, po prostu się
poddałem.
To mówiąc, przycisnął dłoń do serca.
- Błagam cię o przebaczenie - jęknął. - Daj mi jeszcze jedną szansę, a udowodnię ci, ile dla mnie znaczysz.
- Dałeś ciała, Brandonie, spanikowałeś, poddałeś się. Uprawiałeś seks z moją kuzynką w naszym wspólnym łóżku, podczas gdy ja odbierałam próbne
wydruki zaproszeń na nasz ślub. Dowiedziałam się, że pieprzysz się z moją kuzynką w naszym wspólnym łóżku tylko dzięki temu, że odwołałam
spotkanie z florystką.
- Kochanie, to był straszliwy błąd. Poświęcę resztę życia, by ci to
wynagrodzić. Proszę, wybacz mi. To był jeden jedyny koszmarny błąd. Ona
nic dla mnie nie znaczy. Ty znaczysz dla mnie wszystko. To był tylko
seks.
Popatrzyła na niego z uwagą, tak, by dostrzec więcej niż tylko
urodziwego, złotego chłopca. A ponieważ zobaczyła jedynie oszusta i kłamcę, znów zrobiło jej się niedobrze.
- Jestem zdumiona, że sądzisz, że to się może udać. Jestem doprawdy
zdumiona, że myślisz, że jestem aż taka głupia.
- Proszę o wybaczenie. - Wstyd i smutek na jego twarzy momentalnie
ustąpiły miejsca oburzeniu. - Jak możesz być taka zimna, taka mściwa?
Wysłałaś matkę do Jerry'ego ze wszystkimi moimi rzeczami. Powrzucałaś
moje rzeczy do worków na śmieci, tak jakby nic nas nigdy nie łączyło.
- Skończyły mi się pudła i walizki.
- Poleciałaś do matki na skargę na nasze życie osobiste. To żałosne.
- Nie, jeśli chcesz wiedzieć, to Tracie poleciała do swojej - która, tak
się składa, jest siostrą mojej matki. Mniejsza z tym. Masz już swoje
rzeczy, z nami koniec.
- Nie powinno cię dziwić, że oddałem się komuś, kto jest ciepły i pełen
pasji, skoro od ciebie wieje takim chłodem.
- W takim razie oboje cudem uniknęliśmy nieszczęścia, prawda? Ale idźmy
dalej: skoro próbowałeś sprzedać swoją wersję Mattowi, to wiedz, że
wszystko im powiedziałam. Choć wcale nie zamierzałam, bo chciałam tylko
dać im znać, że ślub odwołany. Ale stanowczo odmawiam zwalania winy na
mnie. Dałam słowo, że będę się zachowywać profesjonalnie, jeśli chodzi o stosunki w pracy, a oni oczekują tego samego od ciebie.
Na twarz Brandona ponownie wypełzło święte oburzenie.
- Nie mogłaś się doczekać, aż obsmarujesz mnie przed szefostwem, co?
Jestem tylko człowiekiem. Tracie mnie dopadła i przygwoździła, a ja
jestem tylko człowiekiem.
- Tylko ten jeden raz?! A co z poprzednią sobotą?... Albo z tą dwa
tygodnie temu?... Wtedy też byłeś tylko człowiekiem? Kiedy
baraszkowaliście razem na golasa?
- Szpiegowałaś mnie? To tak rozwiązujesz problemy? Szpiegowaniem? To
żałosne.
- Nie musiałam tego robić. Niezbyt dobrze zatarliście po sobie ślady.
Między nami koniec, Brandon. Teraz chcę po prostu dalej żyć i proponuję,
żebyś ty zrobił to samo.
- Jeżeli sądzisz, że plotkowanie o tym w firmie ujdzie ci na sucho...
- Nie zamierzam o tym z nikim gadać. Myśl sobie, co chcesz. Odwołałam
lokal, zespół muzyczny i tak dalej. Wszystko. Wyślę ci rachunek na
połowę bezzwrotnych zaliczek.
- Powodzenia. Nie wyciągniesz ode mnie ani centa.
- Tak się domyślałam. Cóż, zaliczę to więc w poczet nieudanych
inwestycji. A teraz zejdź mi z drogi, Brandon. Idę do pracy.
- Nie masz na palcu pierścionka ode mnie. Chcę go z powrotem.
Kiedy się uśmiechnęła, zrobiła to z przekonaniem - tak wielką czuła
satysfakcję.
- W tym miejscu powtórzę twoje słowa: powodzenia. Prawnie pierścionek
należy do mnie. Sprzedam go, a pieniądze wpłacę na schronisko dla kobiet
doświadczających przemocy. Musisz się teraz przesunąć, Brandonie, w przeciwnym razie zadzwonię do Laine i zgłoszę na ciebie skargę.
Odsunął się na bok.
- Pożałujesz tego - syknął, kiedy otworzyła drzwi.
- Nie, nie pożałuję. Ale rzeczywiście żałuję, że zmarnowałam ponad rok
życia na kogoś takiego jak ty.
Uznała sprawę za załatwioną, zamkniętą.
Pozostałą część produktywnie spędzonego dnia zajęła jej finalizacja
projektu dla Baby Mine. Następnie zajęła się drugim klientem - firmą
Kettering - i zaczęła tworzyć nowe tablice inspiracji, pokazywać je
kolegom, a na koniec przedstawiła swoją wizję dyrektorowi artystycznemu
projektów.
Zauważyła miny - zwłaszcza tych kolegów, którzy udawali, że nie patrzą.
Zauważyła niezręczne przerwy w rozmowach, kiedy przechodziła.
Podejrzewała, że Brandon zrobił dokładnie to, o co ją oskarżył.
Przekręcił historię tak, by zwalić całą winę na Sonyę, co było oczywistą
nieprawdą.
Ani myślała pozwalać, by to jakoś na nią wpłynęło. Wiedziała, że za
tydzień, dwa wszyscy i tak przestaną o tym gadać.
Przebrnęła przez tydzień, jeden i drugi, wreszcie miesiąc. I jeszcze dwa
tygodnie.
Za każdym razem, kiedy myślała, że sprawa przycichła, Brandon znowu ją
odgrzewał.
Ba, dotarły do niej nawet plotki, że to ona zdradziła. I że ich własna
asystentka ślubna nazwała ją Piekielną Zdzirą Młodą.
Tym razem, w przeciwieństwie do romansu z kuzynką, doskonale zacierał po
sobie ślady. Plotki wydawały się wyskakiwać dosłownie znikąd. I wcale
nie cichły.
Ktoś podrapał karoserię jej samochodu.
Pewnego dnia rankiem nie znalazła na komputerze zapisanego wcześniej
projektu, a plik z kopią zapasową dziwnie uległ uszkodzeniu.
Odtworzenie pracy zajęło jej piętnaście godzin, a kiedy późnym wieczorem
półżywa wyszła wreszcie z biura, w żadnym z kół jej samochodu nie było
powietrza.
Świadomość, kto za tym stoi, nie wystarczała. Nie mogła niczego
udowodnić. Ale miała już tego serdecznie dość.
Następnego dnia zapukała do gabinetu Laine.
- Przepraszam - zaczęła. - Musimy porozmawiać.
- Proszę, siadaj. - Kobieta gestem wskazała miejsce. - Wyglądasz na
zmęczoną.
- Bo jestem. Pracowałam do północy. Nad projektem dla Happy Pet.
Projekt, który już prawie zamknęłam, przepadł. Wyparował. Zniknął mi z komputera. A pliki zapasowe nie dawały się otworzyć. To nie żaden błąd
użytkownika, Laine. Nie myśl sobie. Wiesz chyba, że jestem więcej niż
ostrożna. Wszyściuteńko odtworzyłam, a nawet w niektórych miejscach
ulepszyłam, ale kiedy wyszłam z pracy, nie miałam powietrza w kołach.
- Boże! Sonyu.
- Wiem, że czasami się słyszy plotki. Większość ludzi w nie nie wierzy.
Ale zawsze jest tych parę osób... Długo to znosiłam. I nadal bym mogła.
Tym razem jednak chodzi o moją pracę. Kawał naprawdę ciężkiej pracy.
Gdybym nie zdołała w krótkim czasie odtworzyć projektu, prawdopodobnie
stracilibyśmy klienta. A opony nie były przebite. Ktoś po prostu spuścił
z nich powietrze. Tak czy inaczej, musiałam wrócić do domu uberem i wezwać wulkanizatora.
- Tak mi przykro. Porozmawiam z Brandonem.
- Proszę, nie. Nie mogę mu niczego udowodnić. I nie udowodnię. Byłby
wstrząśnięty i zbulwersowany. Że on to zrobił? Niby dlaczego? Przecież
nie zatrzymał się w miejscu, żyje dalej.. Czy nie spotyka się z innymi
kobietami? - Wzruszyła ramionami. - To się nie skończy, póki oboje tu
pracujemy.
- Sonyu, nie mogę zwolnić Brandona tylko dlatego, że istnieje możliwość
- a nawet prawdopodobieństwo - że miał udział w tym, co się stało.
- Nie proszę o to. Ani tego nie oczekuję. Wiem, że jest wyjątkowo dobry
w tym, co robi.
- Owszem. Tak jak ty. Nadszedł czas zwołać naradę wszystkich
pracowników.
- Nie, Laine, nadszedł czas, żebym to ja zrezygnowała z pracy. Myślałam,
że jakoś to przetrwam. Ale w tym momencie boję się już przychodzić do
pracy. Uwielbiałam tu pracować. A teraz się boję.
- Znajdziemy na to jakiś sposób, Sonyu. Wiesz, jak bardzo cię cenimy.
- Wiem, ale nie chcę, żebyście szukali sposobu. Ty i Matt zbudowaliście
świetną firmę, a ja zawsze będę wdzięczna, że mogłam ją współtworzyć. Po
prostu nie mogę tu dłużej pracować. Dlatego składam wypowiedzenie. Dwa
tygodnie. Może być dłużej, jeżeli potrzebujecie, ale Gina Tallo,
kojarzysz ją? Jest gotowa na awans. Mogę z nią popracować przez te dwa
tygodnie. A potem muszę odejść, Laine. Dla własnego dobra. Muszę.
Kobieta usiadła.
- To jest fatalne. Po prostu fatalne.
- Tak, wiem. Ale Laine, wierz mi, jestem taka nieszczęśliwa. A nie chcę
być nieszczęśliwa w pracy. Nie chcę wstawać co rano z bólem brzucha, bo
muszę iść do pracy. Potrzebuję zmiany.
- Więc przejdziesz do konkurencji. Bardzo tego nie chcę, ale damy ci z Mattem doskonałe referencje. Nie chcemy, żebyś była nieszczęśliwa.
Jestem wściekła, że doszło do tego, że tak się właśnie czujesz.
- Myślę, że tak będzie dla mnie najlepiej. I nie planuję iść do
konkurencji, przynajmniej na razie. Zostanę freelancerką. Potrzebuję
trochę czasu i swobody. Muszę się przekonać, co zdołam zdziałać na
własny rachunek.
Laine odchyliła się do tyłu i spojrzała w sufit.
- Stracimy klientów. Bardzo mi się to nie podoba.
- Nie będę pracować dla klientów By Design.
- Jeśli tak, to jesteś głupia. Nie bądź głupia. Przejmij Baby Mine, one
się rozwijają. Potraktuj to jako prezent - dodała, zanim Sonya zdążyła
jej odpowiedzieć. - A właściwie nie jako prezent, bo przecież przyszli
do ciebie - konkretnie do ciebie - z polecenia innego klienta, którego
dla nas obsługiwałaś. Więc mówię ci, że to twój klient, a Matt się ze
mną zgodzi.
- Dziękuję. Naprawdę. To więcej, niż mogłam prosić.
- W sprawie Giny masz rację. Przyglądamy się jej od jakiegoś czasu.
Potrzebuje jeszcze trochę podszlifować umiejętności, ale dopilnujemy
tego. A teraz mnie posłuchaj. Mówię to prywatnie, bo mam córkę w twoim
wieku. Masz niewykorzystane dwa tygodnie urlopu. Planowałaś podróż
poślubną i teraz możesz świętować, że w nią nie pojechałaś. Zrób sobie
wakacje. Dzisiejszy dzień poświęć na doprowadzenie projektów, nad
którymi pracujesz, do takiego stanu, żeby dało się je przekazać komuś
innemu. A potem wyjdź stąd i bądź szczęśliwa.
- Nie mogę was zostawić na lodzie.
- Nie zostawiasz na lodzie. A właściwie, do diabła, tak, zostawiasz, ale
wszystko jedno, czy dziś, czy za dwa tygodnie. Jesteś zdolna i bardzo
rzetelna. My z Mattem dokończymy twoje projekty - jeszcze pamiętamy, jak
to się robi. Zadbamy też o Ginę, żeby zdobyła ostatnie szlify. I będzie
nam cię cholernie brakowało. - Machnęła ręką w powietrzu. - Tylko nie
płacz, bo ja też się zaraz rozpłaczę. Dopracuj do końca dnia. I bądźmy w kontakcie.
- Dobrze. Tyle wam zawdzięczam.
- Musisz się nam odpłacić - tym, że przyniesiesz nam chlubę.
Kiedy Sonya wyszła, Laine usiadła i znowu zapatrzyła się w sufit. Po
długim westchnieniu rzuciła w powietrze:
- A niech to szlag.
Rozdział 3
Sonya z trudem brnęła przez ten dzień. Choć darowała sobie lunch, by nie
tracić czasu i doprowadzić ostatnie projekty do stanu umożliwiającego
bezpieczne przejęcie przez inną osobę, zamieniła słowo z kolegami i koleżankami w firmowej kuchni.
Swobodnie. Jak gdyby nigdy nic.
Nagle, w trakcie wykonywania jakiejś czynności, uświadomiła sobie, że w sercu już się pogodziła z tym, co się stało, i ruszyła dalej. Stres
zniknął.
Pod koniec dnia spakowała do pudła swoje rzeczy: własne przybory,
zapasowe akumulatory, ładowarki, przycisk z fluorytu, który dostała od
Cleo, fiołek afrykański i wszelkie drobiazgi, dzięki którym czuła się w pracy jak w domu.
Jedno pudło, pomyślała, wystarczy, by zmieścić całe siedem lat, w tym
dwa lata stażu, zawodowego życia w By Design.
Czyli, jak dotąd, całość jej zawodowego życia.
Wybrała się na ostatnią przechadzkę po biurze. Gdy wróciła, w drzwiach
jej pokoju stanął Matt.
- Chciałem zaczekać, aż... Laine mówiła, że już postanowiłaś i masz
wystarczające powody. Czuję, że nie okazałem ci dość wsparcia. Że
powinienem był to jakoś rozwiązać.
- Nie, nie. To była kiepska sytuacja. Dla mnie niemożliwa do zniesienia.
No i gdyby nie ty i Laine, nigdy nie spróbowałabym pracy na własną rękę.
- Obiecałem jej, że nie będę na ciebie naciskał, więc nie będę. Chociaż
chciałbym. Daj, wezmę to.
Wyjął z jej rąk pudło i wyszli - przez biura i przez Wylęgarnię.
- Pamiętaj, żeby za nami tęsknić - rzucił.
- Już tęsknię. - Na dworze uderzył w nią świeży podmuch jesiennego
wiatru. Przyszło jej naraz do głowy, że gdyby nie odwołane spotkanie z florystką, byłaby teraz w trakcie podróży poślubnej do Paryża.
- Gdybyś potrzebowała rady - rzekł Matt - albo kogoś, komu można się
wypłakać, albo towarzystwa do kieliszka, dzwoń. - Włożył pudło do jej
samochodu i się odwrócił. - Zamierzam cię uściskać.
- A ja ciebie.
Przytulił ją mocno i długo.
- Nie powinienem tego mówić, ale powiem. On tu długo nie popracuje. Nie
wytrzyma. Jest zdolny i ma doświadczenie, ale pokazał, że jest
nieuczciwy, małostkowy i, cholera, mściwy. Nie zabawi u nas długo.
- Chciałabym powiedzieć, że mi wszystko jedno, ale jakoś nie mogę.
- Idź i zawojuj świat. - Odsunął się. - Bo wiem, że tak będzie. Gdybyś
kiedyś chciała wrócić, drzwi zawsze będą stały dla ciebie otworem.
- Kiedy pierwszy raz przez nie przeszłam jako stażystka na ostatnim roku
college'u, miałeś muszkę w kropki.
- A, tak, był czas, że nosiłem muszki. Może trzeba do tego wrócić.
- I powiedziałeś, że jeśli nie będę czegoś wiedziała, mam po prostu
pytać. Nigdy nie miałam problemu, żeby do ciebie pójść i to zrobić.
- Nic się nie zmienia.
Pocałowała go w policzek i wsiadła do samochodu. Kiedy odjechała,
pozwoliła sobie na uronienie paru łez.
Zamiast do domu skierowała się w przeciwną stronę - do zadbanego,
piętrowego domu mamy z maleńkim jak znaczek pocztowy ogródkiem. Tu, w tej zielonej dzielnicy, dorastała. Bawiła się na tym podwórku, a potem,
kiedy podrosła, kosiła trawę.
Na tym chodniku ojciec ją uczył jeździć na dwukołowym rowerze -
doskonale to pamiętała.
"Trzymam cię, Sonyu, kręć pedałami. Nie puszczę".
I nie puścił. Biegł obok niej, aż zawołała: "Puść, tato, już umiem!
Puść!".
Musiał za nią wtedy patrzeć, pomyślała teraz. Czy czuł dumę, strach, a może dojmujący żal, kiedy tak chwiejnie odjeżdżała na tym swoim różowym
rowerku z białym plastikowym koszykiem na kierownicy?
Widziała go teraz oczyma duszy - bardzo wyraźnie - jak biegnie do
miejsca, w którym zdyszana i zachwycona sukcesem przystanęła na końcu
chodnika.
Jego jasne włosy rozwiewał ciepły wiosenny wiaterek. Włosy, których jak
się okazało - nigdy nie miała przyprószyć siwizna. Wysoki, gibki, w sile
wieku, o długich ramionach i nogach oraz wąskich dłoniach - podobnych do
jej dłoni. Dłoniach artysty.
Mężczyzna, który miał umrzeć trzy krótkie lata później.
To był wypadek, tragedia. Malował mural na budynku w centrum. Zawaliło
się rusztowanie - i tak oto jej matka została wdową.
Sonya zaparkowała na wąskim podjeździe za samochodem matki. Zastanawiała
się, czemu te wspomnienia zalały ją akurat teraz. Uznała, że chodzi
zapewne o nastrój. Rzucanie pracy nie równało się wprawdzie śmierci, ale
też niosło drastyczną zmianę.
Czerwony klon przed piętrowym domem o niebieskiej drewnianej elewacji
płonął kolorami jesieni. Niektóre z ognistych liści już opadły, a październik miał wkrótce otrząsnąć z gałęzi te, które jeszcze pozostały.
Narożniki domu rozświetlały kępy żółtych chryzantem, a ponieważ nie
istniało święto, którego Winter MacTavish by nie kochała, przy białych
drzwiach leżały okazałe pomarańczowe dynie.
Bliżej Halloween mama wydrąży je i zrobi z nich latarnie, wyciągnie też
stary szkielet, chichoczącą wiedźmę na miotle, włoży strój i będzie
wręczać dzieciakom sąsiadów największe tabliczki czekolady Hershey's.
Sonya nie zapukała. Nigdy nie pukała do tych drzwi.
W salonie pachniało jesiennymi kwiatami - ich bukiet stał w wazonie - i dymem z drewna tlącego się w kominku.
Jeden z obrazów ojca wisiał właśnie nad kominkiem, czyli tam, gdzie
zawsze, a przynajmniej odkąd Sonya sięgała pamięcią.
*
Spowity we mgle las, głęboka zieleń cieni i cętki światła, padające na
ścieżkę tak, że wydawała się mienić złotem. Po prawej stronie ścieżki
szemrał strumień, w którym woda wartko przetaczała się po kamieniach,
tworząc niewielkie srebrzyste kaskady.
Chciała wiedzieć, dokąd wiedzie ta ścieżka, a kiedy zapytała, tata
odpowiedział: "Dokąd tylko zechcesz".
"Może właśnie jestem na tej ścieżce i się niedługo dowiem", pomyślała
wtedy.
Ponieważ dobrze znała swoją mamę, ruszyła wprost do kuchni, wołając ją
po drodze po imieniu.
- Sonya?! - zawołała Winter. - Co za niespodzianka!
Po powrocie z pracy przebrała się już w wygodny dres i sportowe buty.
Powitała córkę szybkim uściskiem.
- Właśnie się zastanawiałam, co z kolacją - rzuciła zachęcająco. -
Jadłaś już?
- Nie, jadę prosto z pracy.
- No to mam powód, by wyjąć z zamrażarki tę resztę zupy z zeszłego
tygodnia. Rosół z warzywami, co ty na to?
- Brzmi doskonale.
- Może wyjmiesz butelkę białego wina z chłodziarki? Napijemy się po
kieliszku, póki zupa się nie podgrzeje.
- Brzmi jeszcze lepiej.
- No to mów. Wszystko, co masz do powiedzenia.
Sonya wyjęła białe wino ze specjalnej chłodziarki, którą przy okazji
remontu kuchni mama zamontowała pod blatem.
Tak naprawdę była to jedyna zmiana, jaką Winter wprowadziła do domu po
śmierci męża.
- A co? Nie mogę po prostu wpaść przejazdem do mamy?
- No możesz i czasem wpadasz. Ale - tu Winter stuknęła palcem w nos
córki - znam tę minę.
Na co Sonya, zyskując na czasie, zajęła się korkociągiem i kieliszkami.
- Wiesz, że miałam trochę kłopotów w pracy - powiedziała w końcu. -
Sądziłam, że uda się je zignorować i że ludzie, z którymi pracuję, nie
są idiotami. Ale tak naprawdę to nigdy nie przycichło. I znowu -
chodziło głównie o małe rzeczy. Małe, ale dokuczliwe.
- Okazało się, że w środku Brandon jest bardzo brzydkim człowiekiem,
prawda?
- Doskonale mu to wychodzi. - Lekko się śmiejąc, nalała wina. - Jest
taki gładki w obejściu, zawsze taki uprzejmy, no i przy tym taki
profesjonalny. Ale...
Upiła łyk wina i oparła się o kuchenną wyspę.
- Ale jednocześnie bezwzględny, po prostu bezwzględny. Chodzi mu tylko o to, żeby mi odpłacić - a raczej odpłacać w nieskończoność - za sytuację,
w jakiej go rzekomo postawiłam. Wczoraj, kiedy przyszłam do pracy,
projekt, który miałam na ukończeniu, zniknął mi z komputera. Dosłownie
zniknął.
- To nie bezwzględność, to mściwość.
- Co gorsza, pliki zapasowe też były uszkodzone. Na szczęście nadal
miałam fizyczną tablicę inspiracji, no bo jej zniszczenie byłoby już
zbyt rażące. Ale wstępne szkice też zniknęły. Musiałam wszystko
odtwarzać w zasadzie z pamięci. Pracowałam aż do północy.
- Nic dziwnego, że wyglądasz na zmęczoną. Co za drań. Wiesz, że to jego
sprawka.
- Owszem, wiem, ale nie mam na to dowodów. Tak samo jak na to, że
spuścił mi powietrze z opon - wszystkich czterech - o czym się
przekonałam, kiedy wyszłam o północy z pracy.
- Na Boga, Sonyu! To już przestępstwo. Zawiadomiłaś policję?
- Wezwałam ubera i owszem, zgłosiłam sprawę na policję. Ale to donikąd
nie prowadzi, mamo. Powinnam była mu oddać ten pierścionek, a nie go
sprzedawać, a pieniądze przekazywać na cel dobroczynny. Może gdybym tak
zrobiła, toby odpuścił. Ale ja miałam ochotę mu zademonstrować, że
będzie inaczej, niż sobie życzy, więc...
- To nie ty tu jesteś winna. Nie chcę nawet słyszeć, że bierzesz to na
siebie.
- Winy na siebie nie biorę, ale przyznaję, że się przeliczyłam. Boże,
mamo, nie chcę, żebyś była mną rozczarowana.
- Jakżebym mogła.
Sonya zaczerpnęła powietrza i zamilkła.
- Rzuciłam pracę - oznajmiła po chwili.
- Dziecko. - Winter odstawiła kieliszek i otoczyła ją ramionami.
- Myślałam, że wytrzymam, ale nie wytrzymałam. Nie przemogłam się. Dałam
mu satysfakcję. Wygrał.
- Natychmiast przestań. - Matka się odsunęła i lekko potrząsnęła córką.
- Niczego nie wygrał. To nie jest żadna rywalizacja. Postąpiłaś tak, jak
dla ciebie najlepiej. Och, jak ja bym chciała, żeby zwolnili tego
drania.
- Za co? Za to, że mnie zdradził? Jesteś asystentką w kancelarii
adwokackiej. Wiesz przecież, że to nie jest podstawa do tego, żeby kogoś
zwolnić. A te inne rzeczy? Był ostrożny i nie zostawiał żadnych śladów.
A Matt i Laine? - Pokręciła głową, podeszła do wysokiego stołka przy
blacie i usiadła. - Zrobili, co mogli. Wiem, że rozmawiali z Brandonem.
Co na dłuższą metę tylko pogorszyło sprawę. Oddali mi klienta, młodą,
startującą firmę, którą obsługiwałam. Dali mi też dwa tygodnie płatnego
urlopu, nie będę przychodzić do pracy. Nie musieli tego robić.
- Też nie są winni. Winny jest tylko i wyłącznie on. A co chcesz robić
teraz?
- Zostanę freelancerką. Myślałam o tym od paru tygodni i wczoraj
podjęłam decyzję. Mam oszczędności, doświadczenie, kontakty. Mam też
klienta - Baby Mine, jeśli będą potrzebowali moich usług. To świetna
mała firma, dobrze nam się współpracowało. Pokażę ci.
Sonya wzięła leżący na wyspie tablet matki i wyszukała stronę.
- Rany, jakie to śliczne. A te ubranka! Koniecznie muszę znaleźć
jakiegoś dzidziusia, żeby móc je kupić! Czekaj, Sylvii z pracy na
początku grudnia rodzi się pierwsza wnuczka. Wyślę jej link do tego
sklepu.
- Dobry pomysł.
- Wszystko ręcznie szyte! Och, a te małe czapeczki! Z kocimi uszkami!
Sonya patrzyła, jak nastrój matki poprawia się w trakcie przeglądania.
Strona była przyjazna dla użytkownika i łatwa w nawigacji na
urządzeniach mobilnych.
- Wyślę tylko ten link. Jesteś bardzo zdolna. Masz artystyczne geny po
ojcu.
- Ach, chciałabym malować tak jak on.
- Malujesz przepięknie, jeśli tylko chcesz, ale to nie twoja pasja.
Twoją pasję widać tutaj. Ta strona jest wspaniała. Sylvia się zakocha, a twoje klientki dostaną duże zamówienie. Dobrze, to zjedzmy zupę i porozmawiajmy o twej własnej firmie.
- Nie jestem pewna, czy jednoosobowa działalność zasługuje na miano
firmy.
- Oczywiście, że tak. Aha, i oczywiście nie jestem adwokatem zemsty, ale
znasz to powiedzenie?
- Jakie?
- Wiesz, co jest najlepszą zemstą? - Winter uniosła brwi. - Sukces. A ty
go odniesiesz.
- No, w każdym razie na pewno się postaram. Ale zanim się znów pogrążę w pracy, zamierzam sobie zrobić długi weekend. Długi weekend w spa.
- Bardzo dobrze, bo dokładnie tego potrzebujesz.
- Zabieram mamę, najlepszą przyjaciółkę i jej mamę też, o ile będzie
mogła.
- O, nie, Sonyu, przecież nie możesz sobie na to pozwolić. Zwłaszcza
teraz.
- Nie jadę na zakupy do Paryża, prawda? Nie wydałam fortuny na burżujski
ślub na pokaz, którego w rzeczywistości wcale nie pragnęłam. Sprzedałam
tę cholerną suknię ślubną za sześćdziesiąt procent ceny. A Cleo udało
się odzyskać prawie osiem tysięcy z zaliczek.
- Sprytna bestia.
- Więc zabieram mamę, sprytną bestię i jej mamę na weekend do spa.
Potrzebuję właśnie tego typu rozpusty. Nie wolno ci odmówić.
- W takim razie nie odmawiam. Napisz lepiej do Cleo, żeby spytała Melly.
- Zakładam właśnie grupę dla naszej czwórki i zaraz spróbuję nam
zarezerwować noclegi w Ripe Plum.
- To ten ośrodek nad morzem? Łał. Kiedy moja córeczka chce sobie
dogodzić, to wie jak.
- O to chodzi. Byłam taka nieszczęśliwa, mamo, że teraz, kiedy już
przestałam, czuję ulgę. Ależ ta zupa pachnie.
*
Podniesiona na duchu odwiedzinami, gorącą zupą, wsparciem - oraz faktem,
że choć weekendy były już zajęte, udało jej się zarezerwować trzy noce w Ripe Plum - Sonya padła do łóżka tuż po dziewiątej i spała jak zabita
całe dwanaście godzin.
Obudziła się z nowym poczuciem sensu. I nowym planem w głowie.
Pierwszy krok: nawiązać kontakt z siostrami i ich pracownią.
Dwadzieścia minut później podskoczyła, wyciągając w górę pięść w zwycięskim geście. Siostry nie tylko chciały nadal z nią współpracować,
lecz podały też namiary na dwóch nowych potencjalnych klientów.
Pracowała z nimi już na tyle długo, by poznać ich styl pracy i działania. One nie zwlekałyby z kontaktem z potencjalnym nowym klientem.
Odczekała więc godzinę, a w tym czasie pobieżnie opracowała sobie logo,
zaprojektowała wizytówkę, zarys strony internetowej i graficzną stronę
konta w mediach społecznościowych.
W południe rozległo się stukanie do drzwi.
- Przybywam z muffinami dyniowymi i macchiato. - Cleo podniosła
papierową torbę z jedzeniem i przekrzywiła głowę. - No, no. Aż miło na
ciebie popatrzeć. Nie widziałam u ciebie tej miny od tygodni. Od wielu
tygodni.
- Jakiej miny?
- Zadowolonej. Zadowolonej jak jasna cholera. A ja się bałam, że zastanę
cię w zaawansowanym stadium kryzysu pod tytułem "Co ja, do diabła,
zrobiłam".
- Doskonale wiem, co zrobiłam. - Wciągnęła ją do środka. - Zrobiłam to,
że mam już dwóch klientów, a jest spora szansa, że przybędzie mi i trzeci.
- Tak szybko?
- Tak szybko. Myślę też, że mam już logo, którego oczywiście potrzebuję,
by wygenerować umowy z tymi klientami, skończyć projektować stronę i tak
dalej. Absolutnie muszę poznać twoją opinię. Tylko szczerą. Zaczekaj
chwilę.
Kiedy Sonya pobiegła do gabinetu, Cleo rozpakowała kawę i muffiny.
- Okej. Proszę bardzo - powiedziała po powrocie. - Tylko szczerze, Cleo.
Bo uwaga: to logo ma śpiewać.
Otworzyła szkicownik.
Widniał w nim gruby wieniec z płatków kwiatów w śmiałych kolorach -
czerwonym, niebieskim, żółtym i zielonym - nałożonych na siebie
warstwami tak, że zdawały się otwierać w trzech wymiarach. Nad wieńcem
było wykaligrafowane kobiecym, pełnym zawijasów pismem "Visual Art", a w środku "by Sonya".
- Tylko błagam, nie mów mi tego, co chciałabym usłyszeć.
- Przykro mi, ale muszę. Jest idealne. Fantastyczne. Okrąg to symbol
mocy, do tego nasycone barwy. Płatki nadają mu trzeci wymiar i przyciągają wzrok. A pochyłe, kobiece pismo z zawijasami spaja wszystko
w całość. Logo jest dobrze wyważone, ciekawe i przebiegle wykorzystuje
biel.
- Nie chciałam ostrych kantów ani niczego zbyt eleganckiego i nowoczesnego, wyszukanego czy zbyt tradycyjnego. Nie chciałam niczego
przesłodzonego ani typowo dziewczyńskiego. Podobały mi się płatki jako
nawiązanie do kobiecości.
- Bardzo trafne. Kurczę, Sonyu, widzę, że naprawdę wystartowałaś. I z miejsca dałaś czadu.
- Będę projektować nową stronę internetową dla pisarki. Jej pierwsza
książka wychodzi w listopadzie. Obecna strona do niczego się nie nadaje,
nie ma tam na czym oka zawiesić. Męczę ją, żeby mi od razu pozwoliła
przerobić media społecznościowe. Które też są do kitu. Mam tylko
nadzieję, że jej książka taka się nie okaże. Ma mi wysłać wstępną
wersję.
- Cóż, najwyżej będziesz kłamać.
- Przyszłaś mi palnąć gadkę motywacyjną?
- Tak. Ale widzę, że niepotrzebnie. Mamy kawę i muffiny. Możesz sobie
zrobić chwilę przerwy?
- Jasne. I dzięki. Za niepotrzebną mowę motywacyjną, za kawę i za
muffiny. Przemeblowałam biuro, tak żeby zwolnić ścianę. Chcę tam mieć
ekran, już go sobie zamówiłam. Będę na niego rzucać efekty mojej pracy.
Jakbym robiła prezentację, z tym że sama dla siebie. Chcesz zobaczyć?
- Pod warunkiem, że będę mogła zasugerować poprawki zgodnie z feng shui.
- Dobra, niech ci będzie. Cleo, mam nadzieję, że cię to nie wkurzy, ale
Brandon wyświadczył mi przysługę. Gdyby nie on, nigdy bym się na to nie
zdecydowała. A dziś? Naprawdę czuję, że to coś dla mnie. Coś, co zawsze
chciałam robić.
- Przysługą bym tego nie nazwała, ale powiedzmy, że jego chujowatość
pchnęła cię we właściwym kierunku.
- O, to to. Chodź, pokażę ci.
*
Trzy tygodnie później Sonya miała już gotową, w pełni aktywną stronę
internetową dla pisarki, której książka nie okazała się całkowitym
chłamem. Zaprojektowała też reklamę świąteczną dla Baby Mine, a także
zaproszenia na ślub (co za ironia!) dla siostrzenicy sąsiadki.
Nim nadeszły święta, miała już na warsztacie trzy kolejne strony
internetowe, zaprojektowała dwie okładki książek i kilka reklam
internetowych.
Rok, który - jak się obawiała - miał być najgorszy w jej życiu, zamknęła
z uczuciem zwycięstwa.
Może trochę bolały ją mniejsze zarobki i brak dodatkowych korzyści
płynących ze stałego zatrudnienia, a bardziej - koszty przyborów do
pracy i wyposażenia biura, ale ogólnie, jak na kobietę, która od
niecałych trzech miesięcy prowadziła własny biznes, radziła sobie nad
wyraz dobrze.
I gdyby nie awaria hydrauliczna w tygodniu przed Bożym Narodzeniem i tysiąc sześćset dolarów wydane na jej naprawę, byłaby jeszcze bardziej
zadowolona.
A i tak nie mogła narzekać.
Aby przyciągnąć nowych klientów i zbudować portfolio, musiała proponować
konkurencyjne ceny. No i - zdała sobie sprawę - oszczędzała przecież na
benzynie, bo nie dojeżdżała do pracy, na lunchach poza domem, na
naprawach samochodu.
Czy brakowało jej kolegów i koleżanek z pracy? Owszem, czasem tak. Ale
znowu - lubiła pracować w pojedynkę i odpowiadać sama przed sobą. I ubierać się w to, na co akurat miała ochotę.
Może weźmie psa albo kota. Ponieważ nie wychodziła już z domu na osiem,
dziesięć godzin dziennie, spokojnie mogła to zrobić.
Chodziło o towarzystwo.
Co prawda, karma i weterynarz to nowe koszty. A przy psie - dodatkowo
groomer.
Pomyśli o tym. Opracuje budżet.
W każdym razie konieczność lekkiego zaciśnięcia pasa była niczym w porównaniu z satysfakcją płynącą z tego, że robi to, co kocha, i tak,
jak kocha.
Nie martwiła się.
Na razie.
W połowie stycznia, kiedy Boston drżał z zimna pod półmetrową czapą
śniegu, a biznes zapadł w zimowy sen - z którego później miał się
zbudzić - rozległo się stukanie do drzwi. Otworzyła.
Zobaczyła na progu mężczyznę w okolicach pięćdziesiątki, na ile
oczywiście dało się to ocenić po kimś ubranym w grubą zimową kurtkę i czapkę z nausznikami. Gość w odzianej w rękawiczkę dłoni trzymał teczkę.
Powitał ją uśmiechem.
Nienachalnym, raczej swobodnym i miłym.
Spod czarnych, ostro zarysowanych brwi i zza soczewek okularów
spoglądały na nią uważnie łagodne, intensywnie niebieskie oczy. Tu i ówdzie wystawały spod czapki kosmyki siwych włosów harmonizujące ze
srebrnymi oprawkami okularów.
- Pani Sonya MacTavish? - spytał.
- Tak, dzień dobry - odparła. - Mogę w czymś pomóc?
- Nazywam się Oliver Doyle i reprezentuję zmarłego Collina Poole'a. Pani
wuja.
- Nie mam żadnego wuja poza Martinem, mężem cioci. I nie znam nikogo o nazwisku Collin Poole.
- To brat pani ojca.
- Chyba się pan myli, mój ojciec nie miał brata.
- Najprawdopodobniej nie był tego świadom. Miał brata bliźniaka. Pani
ojciec nazywał się Andrew MacTavish i urodził się drugiego marca tysiąc
dziewięćset sześćdziesiątego piątego.
- Tak, ale...
- Jako niemowlę został adoptowany przez Marshę i Johna MacTavishów.
- Proszę pana...
- Rozumiem, że jest pani zdezorientowana. Zdaję sobie sprawę, że moja
wizyta jest dość nietypowa i niekoniecznie zechce mnie pani wpuścić do
domu i pozwolić wszystko wyjaśnić. Zatrzymałem się w hotelu Boston
Harbor i chętnie spotkam się z panią w miejscu, które pani wskaże. Oto
moja wizytówka. I chciałbym jeszcze pokazać pani to.
To mówiąc, wyjął z kieszeni kurtki wizytówkę i zdjęcie.
- Oto i Collin Poole. Był moim bliskim przyjacielem od niepamiętnych
czasów. Zmarł tuż przed świętami.
- Bardzo mi przykro, ale...
Spojrzawszy na zdjęcie, zamilkła.
- To zdjęcie zrobiono prawie trzydzieści lat temu. To ja i Collin, a sfotografowała nas moja żona. Widziałem fotografie pani ojca z czasów,
kiedy był mniej więcej w tym samym wieku. On i Collin byli bliźniakami.
Nie całkiem identycznymi, ale bardzo podobnymi, prawda?
- Nic z tego nie rozumiem.
- Wcale się nie dziwię. Nie miała pani nigdy robionych testów DNA?
- Nie.
- Bracia urodzili się w Maine, w domu, który od ponad dwustu lat należał
do rodziny Poole'ów.
Sonya miała zdjęcia taty, kiedy był w tym wieku. Widziała różnice: ów
Collin miał dłuższe włosy, był trochę wyższy, szczuplejszy i miał nieco
bardziej kwadratową szczękę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki