Spuścizna. Zaginone Narzeczone. Tom 1 - Nora Roberts

Kup ebooka

49.00 zł
40.67 zł (34,30 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

1806

Jestem panną młodą. Jestem żoną.

Oto dziś roz­po­częło się moje życie. Wystar­czy, że o tym pomy­ślę, a prze­nika mnie dreszcz rado­ści. Nie jestem już Astrid Gran­dville.

Jestem panią Poole, żoną Col­lina Poole'a.

Pozna­li­śmy się led­wie rok temu. Od razu go poko­cha­łam. Nie tylko jego przy­stojną twarz i zgrabną syl­wetkę, bo prze­cież Con­nor, jego brat bliź­niak, wyglą­dał tak samo. Poko­cha­łam uśmiech w zie­lo­nych oczach, głos, upór i inte­li­gen­cję.

Poko­cha­łam Col­lina za poczu­cie spra­wie­dli­wo­ści, zna­jo­mość świata, szczery śmiech, przy­wią­za­nie do rodziny i odda­nie temu, co zbu­do­wała pracą poko­leń.

Mój mąż, tak zresztą jak przed­tem jego ojciec, jest szkut­ni­kiem. Zna­łam Arthura Poole'a tylko prze­lot­nie, ale czu­łam smu­tek, gdy upa­dek z konia zabrał go z tego świata.

Teraz inte­res zało­żony przez ojca pro­wa­dzą bra­cia.

Dziś jed­nak warsz­tat stoi pusty. Wszy­scy w Zatoce Poole'a świę­tują, a dom wznie­siony przez ojca mojego męża wypeł­niają muzyka i taniec, jadło i tru­nek, miłość i śmiech.

Na dzi­kim urwi­sku ster­czą­cym nad prze­stwo­rem morza, tam gdzie Arthur zbu­do­wał solidny dom, zamiesz­kamy ja i mój wybra­nek.

Z cza­sem poja­wią się dzieci, owoce naszej miło­ści. Może pierw­szą iskrę życia wskrze­simy już dziś. W noc poślubną.

Ara­belle, moja naj­droż­sza przy­ja­ciółka, która jesie­nią, gdy poślubi Con­nora, sta­nie się moją sio­strą, spy­tała, czy oba­wiam się tego, że do mał­żeń­skiego łoża wejdę jako dzie­wica. Tak jak i ona.

Nie! O, nie! Ja jestem na to gotowa, bar­dzo się chcę już dowie­dzieć, co mnie czeka prócz poca­łun­ków, które tak roz­grze­wają mi krew i budzą namięt­ność.

Będę cię uwiel­biać całą sobą, całym moim cia­łem. Dotrzy­mam przy­sięgi mał­żeń­skiej - co do słowa.

Spo­glą­dam w lustro w pokoju, który będzie naszą sypial­nią mał­żeń­ską, i widzę kobietę, która się niczym nie różni od dziew­czyny, którą dotąd byłam.

Widzę włosy, które Col­lin nazywa jedwa­biem muśnię­tym słoń­cem. Wysu­wają się spod róża­nego wianka z krót­kim, zwiew­nym welo­nem, takim, jakiego życzyła sobie moja matka. Widzę białą suk­nię, któ­rej poświę­ci­łam tyle sta­ra­nia. Ona też jest zwiewna - tak jak tego pra­gnę­łam - a to za sprawą jedwab­nej wstążki pod­kre­śla­ją­cej wysoki stan.

Wiem, że nie jestem pięk­no­ścią - nie­za­leż­nie od tego, co mówi Col­lin. Ale wyglą­dam ład­nie, zwłasz­cza dziś, w dniu, kiedy z dziew­czyny staję się kobietą, a z panny mło­dej - żoną.

Widzę błysk świa­tła odbi­tego w pier­ścionku, który poda­ro­wał mi Col­lin, pro­sząc mnie o rękę. "Moja droga Astrid, kocham cię całym ser­cem - rzekł wtedy. - Ni­gdy nie poko­cham innej. Będę cię kochał do końca życia, nawet wtedy, kiedy dosię­gnie mnie śmierć".

I tak oto ta iskra, ta obiet­nica, ta przy­sięga tkwi na palcu mej pra­wej dłoni, a złota obrączka - sym­bol nie­skoń­czo­no­ści - na palcu lewej.

Kobieta, którą się staję, będzie go kochać przez całe życie, nawet wtedy, kiedy dosię­gnie ją śmierć.

Teraz, po tej krót­kiej chwili reflek­sji, muszę wra­cać. Do muzyki, tańca i zabawy, któ­rymi Col­lin tak pra­gnął uczcić ten dzień.

Będę tań­czyć z mężem. Jego rodzinę uznam za swoją, bo już się nią stała. Będę słu­chać dźwię­ków muzyki dudzia­rzy i świę­to­wać pierw­szy dzień naszego dłu­giego, szczę­śli­wego, wspól­nego życia.

Tak mi się przy­naj­mniej zda­wało.

Kiedy się odwra­cam, do pokoju wcho­dzi kobieta. Wydaje mi się, że skądś ją znam, ale nim zdążę wypo­wie­dzieć choć słowo, tamta do mnie pod­biega. Spo­strze­gam błysk noża, który we mnie zata­pia.

Co za ból! Ni­gdy go nie zapo­mnę. Ten szok, kiedy ostrze tnie moje ciało - raz i drugi. I jesz­cze jeden.

Chwieję się do tyłu, nie potra­fię wydo­być z sie­bie krzyku ani wydu­sić słowa, gdy tamta ciska mi nóż pod nogi.

- Ni­gdy go nie zdo­bę­dziesz - mówi. - Umrzesz jako panna młoda, a on będzie mój. Będzie mój albo - przez twoją krew na moim języku - każda następna oblu­bie­nica straci życie tak samo jak ty.

Po chwili, ku memu prze­ra­że­niu, zli­zuje z palca moją krew. Kiedy upa­dam, zdej­muje mi obrączkę.

A to, nie wie­dzieć czemu, jest jesz­cze gor­sze niż ból.

- Mał­żeń­stwo musi zostać skon­su­mo­wane, w prze­ciw­nym razie nie jest mał­żeń­stwem - oznaj­mia. - Jesteś tylko panną młodą, na zawsze stra­coną. Bądź prze­klęta, Astrid Gran­dville!

Po czym zosta­wia mnie kona­jącą na pod­ło­dze tuż obok mał­żeń­skiego łoża, w któ­rym ni­gdy nie spę­dzę nocy z uko­cha­nym. Ale obrączka... moja obrączka... Jakże mam opu­ścić ten świat bez obrączki?...

Zwięk­sza się plama krwi na mojej bia­łej sukni. Mimo to roz­pacz­liwe pra­gnie­nie życia każe mi dźwi­gnąć się z pod­łogi. W ago­nii wlokę się do drzwi. Moje śli­skie od krwi dło­nie led­wie mogą je otwo­rzyć.

Muszę zna­leźć Col­lina. Odzy­skać obrączkę. To znak moich zaślu­bin. Wszystko roz­pływa mi się przed oczami, każdy oddech jest udręką.

Ktoś krzy­czy, ale ten dźwięk docho­dzi jakby z innego świata. Ze świata, który wła­śnie opusz­czam.

Widzę go jesz­cze, lecz tylko jego, wszystko inne - dźwięki muzyki, piękne suk­nie i kami­zelki - blak­nie, twa­rze tracą ostrość, głosy cichną.

Bie­gnie do mnie, woła­jąc po imie­niu. Chwyta mnie w silne ramiona, ja zaś omdle­wam.

Chcę do niego mówić. Jest wszak moją miło­ścią, całym moim życiem. Ale nie­skoń­czony krąg, obiet­nica wiecz­no­tr­wa­łego szczę­ścia, został prze­rwany.

Czuję na twa­rzy jego łzy, widzę smu­tek i strach w tych zie­lo­nych, prze­past­nych oczach.

- Astrid, uko­chana - szep­cze. - Nie opusz­czaj mnie. Zostań ze mną.

Wszystko mi nik­nie przed oczami. Wyma­wiam ostat­nie słowa, ostat­nim tchnie­niem skła­dam ostat­nią obiet­nicę.

- Ni­gdy cię nie opusz­czę.

I nie opu­ści­łam.

Rozdział 1

Dziś

Pla­no­wa­nie ślubu przy­po­mi­nało istne wariac­two. Sonya doszła do wnio­sku, że skoro już się pod­jęło tę nie­uchronną decy­zję, nie pozo­sta­wało nic innego, jak tylko krok po kroku dążyć do jej reali­za­cji.

Gdyby mogła posta­wić na swoim, daro­wa­łaby sobie cały ten cyrk. Kupi­łaby - ow­szem - jakąś wystrza­łową kieckę, którą mogłaby jesz­cze gdzieś kie­dyś wło­żyć, i zapro­siła rodzinę i naj­bliż­szych zna­jo­mych na przy­ję­cie w ogro­dzie. Cichy, skromny ślub, a po nim impreza na całego.

Nic wymyśl­nego, nic for­mal­nego, ogól­nie bez spinki, na luzie. Ważne, żeby się dobrze bawić.

Nie­stety, Bran­don nie podzie­lał jej zda­nia. On pra­gnął ślubu z pompą, ele­ganc­kiego i wyszu­ka­nego.

Sonya zaku­piła więc osza­ła­mia­jącą suk­nię - wartą tyle, ile dwie raty kre­dytu. Pla­no­wała wło­żyć ją na kilka godzin, a potem oddać do pralni i ode­słać.

Zare­zer­wo­wali luk­su­sowy hotel Back Bay dla gości z listy liczą­cej ponad trzy­sta, pra­wie czte­ry­sta nazwisk, zanim jesz­cze roze­słali zapro­sze­nia.

Jeśli cho­dzi o zapro­sze­nia, to Sonya sama je zapro­jek­to­wała - bądź co bądź pra­co­wała jako gra­ficzka kom­pu­te­rowa. Zresztą Bran­don wywo­dził się z tej samej branży, więc i on doło­żył swoje trzy gro­sze. Ich styl był może bar­dziej for­malny, niż sobie wyobra­żała, ale i tak wyglą­dały świet­nie.

Wysłali zawia­do­mie­nia o ślu­bie z prośbą o rezer­wa­cję ter­minu wiele mie­sięcy temu. Aby je przy­go­to­wać, spę­dzili pra­wie cały dzień na zarę­czy­no­wej sesji foto­gra­ficz­nej.

Sonya wola­łaby, co prawda, popro­sić kogoś ze zna­jo­mych, żeby zro­bił im nie­po­zo­wane, swo­bodne, zabawne zdję­cia. Musiała przy­znać, że sta­now­cze weto Bran­dona wzbu­dziło w niej żal i sprze­ciw. Ale co tam! Zdję­cia wyszły prze­pięk­nie.

Były takie ele­ganc­kie. Wyszu­kany, sty­lowy anons w sam raz dla ide­al­nej pary z dużymi aspi­ra­cjami.

Wybór menu trwał, zda­wało się, wieki. Poczę­stu­nek miał być oczy­wi­ście for­malny, ser­wo­wany do sto­łów. A po nim tort. Sonya uwiel­biała torty. Jej zda­niem z ludźmi, któ­rzy nie lubią tortu, zde­cy­do­wa­nie było coś nie tak.

Ale, o Boże, któż się mógł spo­dzie­wać, że kom­po­no­wa­nie tortu wesel­nego - sma­ków, kre­mów, polewy, wyglądu, warstw, ozdób na wierz­chu - mogło dopro­wa­dzić nor­mal­nego czło­wieka do fru­stra­cji?

Teraz już o tym wie­działa.

A jesz­cze pozo­sta­wał tort pana mło­dego. I te malut­kie ozdobne fran­cu­skie cia­steczka z ich zło­tymi ini­cja­łami na górze.

Do tego kwiaty, muzyka, plan­sze z pla­nami usa­do­wie­nia gości przy sto­łach, kolory, motyw prze­wodni, i mimo że mieli sku­teczną, nie­sa­mo­wi­cie cier­pliwą kon­sul­tantkę ślubną, wszystko to zlało się w jeden wielki kosz­mar.

Nie mogła się wprost docze­kać, kiedy będzie po wszyst­kim.

I wła­śnie dla­tego nękały ją podej­rze­nia, że coś jest z nią nie w porządku.

Czyż każda panna młoda nie pra­gnęła całego tego zamie­sza­nia? Czyż nie chciała, by dzień jej ślubu był wyjąt­kowy, spe­cjalny, jak z bajki?

Ona tego chciała. I bar­dzo pra­gnęła, by nastą­piło po nim szczę­śliwe życie.

Ale.

Przez ostat­nie tygo­dnie kolejne "ale" poja­wiały się znie­nacka jedno po dru­gim. Na przy­kład nie czuła, że to będzie jej dzień - jej wielki, wyjąt­kowy, cudow­nie eks­cy­tu­jący dzień. Nic a nic. Utra­ciła nad nim ponie­kąd kon­trolę. A gdy sobie uświa­da­miała, że to prze­cież dzień rów­nież Bran­dona i że on rów­nież musi mieć coś do powie­dze­nia w tej spra­wie, ude­rzało ją to, że on miałdo powie­dze­nia wszystko.

Nic tutaj nie odzwier­cie­dlało jej wizji ani pra­gnień. Za to z całą pew­no­ścią odzwier­cie­dlało wszyst­kie jego marze­nia.

A skoro mieli do tego stop­nia różne wizje i pra­gnie­nia, to czy nie ozna­czało to, że po pro­stu do sie­bie nie pasują?

Dopa­dał ją lęk, gdy o tym roz­my­ślała. Tak samo jak wtedy, gdy przez trzy bite nie­dziele oglą­dali domy. Bran­don naci­skał na ele­gancką, współ­cze­sną McWillę, pod­czas gdy ona marzyła o sta­rym domu z duszą.

Ale.

Zamiast to roz­pa­mię­ty­wać, wolała przy­po­mnieć sobie ostat­nich osiem­na­ście mie­sięcy bycia razem. I wtedy nie umiała dopa­trzyć się żad­nego powodu do zmar­twień.

Ślub to prze­cież tylko jeden dzień, a poza tym dla­czego Bran­don miałby nie mieć całego tego zamie­sza­nia, skoro tak mu na nim zależy? I tak naj­bar­dziej liczy się to, co się czuje. Znajdą jakiś kom­pro­mis. I z każ­dego domu da się zro­bić praw­dziwy dom.

To trema przed­ślubna, wma­wiała sobie Sonya. Po pro­stu zbliża się Ten Wielki Dzień. I miała na to dowód - dosłow­nie - w postaci zapro­sze­nia ślub­nego w torebce.

Godząc się z tremą, odwo­łała spo­tka­nie z flo­rystką - nie mogła się do niego zmu­sić - i posta­no­wiła wra­cać do domu.

Będzie miała kilka godzin spo­koju. Bran­don zała­twiał jakieś kawa­ler­skie sprawy, więc dopóki nie wróci, będzie sama.

Pomy­ślała, że kiedy się zjawi, otwo­rzą wino i przyj­rzą się prób­nym wydru­kom zapro­szeń, podejmą osta­teczną decy­zję, a potem sfi­na­li­zują wciąż rosnącą listę gości. Zamó­wią zapro­sze­nia i zamkną temat - bo do adre­so­wa­nia kopert Bran­don wyna­jął kali­grafa.

Mogła to zro­bić sama, ale nie, nie będzie prze­cież narze­kać na to, że nie adre­suje wła­sno­ręcz­nie kilku setek zapro­szeń.

Wolno, z opusz­czo­nymi szy­bami i gło­śną muzyką sunęła przez zakor­ko­wany sobotni Boston. Za osiem tygo­dni - myślała - mia­sto eks­plo­duje kolo­rami jesieni, mojej ulu­bio­nej pory roku. A to, co się wła­śnie zbliża, będzie już wtedy za mną.

Miała dwa­dzie­ścia osiem lat, nie­długo skoń­czy dwa­dzie­ścia dzie­więć, nie wie­dzieć kiedy zamknie się za nią trze­cia dekada. Była gotowa uło­żyć sobie życie, zało­żyć rodzinę. Za osiem tygo­dni od teraz poślubi uko­cha­nego męż­czy­znę: Bran­dona Wise'a - inte­li­gent­nego, zdol­nego roman­tyka, który do kwe­stii związku z nią - kole­żanką z pracy - pod­szedł ze swo­bodą i opa­no­wa­niem, mimo że ona zacho­wy­wała daleko idącą ostroż­ność.

Zdo­by­wał ją - a ona z przy­jem­no­ścią dawała się zdo­być.

Rzadko kiedy się kłó­cili. Był też nie­wia­ry­god­nie uro­czy w sto­sunku do jej matki, a to miało zna­cze­nie. Lubił towa­rzy­stwo jej zna­jo­mych, a ona towa­rzy­stwo jego zna­jo­mych.

Jasne, było sporo rze­czy, które ich róż­niły. On mógłby codzien­nie wie­czo­rem gdzieś wycho­dzić: na kok­tajl, kola­cję, wer­ni­saż, wszystko jedno gdzie. Ona tym­cza­sem potrze­bo­wała przerw mię­dzy takimi wyj­ściami, lubiła spo­koj­nie posie­dzieć w domu.

Miał wię­cej butów od niej, a ona lubiła buty.

Kiedy roz­ma­wiali o kup­nie domu, on mówił o eki­pie do pie­lę­gna­cji ogrodu, a ona wyobra­żała sobie samo­dzielne kosze­nie trawy i sadze­nie roślin.

No dobrze, ale kto chciałby wycho­dzić za swo­jego klona?

Róż­nice ozna­czały wszak róż­no­rod­ność.

Kiedy zapar­ko­wała, już żało­wała odwo­ła­nego spo­tka­nia z flo­rystką. Powinna była się sta­wić. Kwiaty, tak jak i torty, mają wielki poten­cjał uszczę­śli­wia­nia.

No cóż, zre­kom­pen­suje to sobie samo­dziel­nie przy­go­to­waną kola­cją.

Czyżby to for­tel, który ma zapo­biec kolej­nemu wyj­ściu na kola­cję? - myślała, zbli­ża­jąc się do swo­jej strony bliź­niaka. Być może, ale Bran­don wróci do pra­wie przy­go­to­wa­nego posiłku i otwar­tej butelki wina, a to dobry układ.

Zje­dzą, napiją się i sfi­na­li­zują tę prze­klętą listę.

Haczyk posta­wiony w kolum­nie "zro­bione" sprawi im ulgę.

A ulga będzie ozna­czała, że sobotni wie­czór spę­dzą w łóżku.

Już od samych drzwi usły­szała muzykę. Parę kro­ków dalej, tam gdzie przed­po­kój otwie­rał się na salon, zoba­czyła dam­ski but.

Czer­woną szpilkę.

Odsta­wiła torebkę na sto­lik przy wej­ściu, klu­czyki odło­żyła do sto­ją­cej na nim misy. I powoli się schy­liła, by pod­nieść but.

Drugi leżał w kory­ta­rzu do sypialni, a tuż obok roz­klo­szo­wana, biała sukienka bez ramią­czek.

Muzyka docho­dziła z sypialni - spo­kojna, zmy­słowa melo­dia, w którą wpi­sy­wały się kobiece jęki i okrzyki unie­sie­nia.

Bran­don lubi muzykę pod­czas seksu, pomy­ślała tępo. Zawsze o to dba.

Uwa­żała, że to uro­cze. Do nie­dawna.

Zapo­mnieli zamknąć drzwi, Sonya prze­szła więc po ciśnię­tej w nie­ła­dzie sukience i kop­nęła na bok męską koszulę i spodnie.

Kto by pomy­ślał, że miłość może zga­snąć jak świeca na wie­trze? I nie pozo­sta­wić po sobie śladu? Naj­mniej­szego śladu?

Patrzyła na tyłek swo­jego narze­czo­nego, wgnia­ta­jący się ryt­micz­nie w ciało leżą­cej pod nim kobiety. Która, obej­mu­jąc go nogami w pasie, wła­śnie wykrzyk­nęła jego imię.

Sonya spoj­rzała na but, który na­dal trzy­mała w ręku, i prze­nio­sła wzrok na goły, zdra­dziecki tyłek.

Kiedy się zamach­nęła, a but tra­fił w cel, pomy­ślała, że jakiś ślad jed­nak zosta­nie.

Bran­don zerwał się jak opa­rzony, kobieta zaś krzyk­nęła i pró­bo­wała się zasło­nić zmię­tym prze­ście­ra­dłem.

- Sonyu... - wymam­ro­tał.

- Zamknij się! - wark­nęła. - O Boże! Tra­cie, prze­cież jesteś moją kuzynką. Mie­li­śmy cię zapro­sić na ślub.

Tamta, łka­jąc, moc­niej pocią­gnęła za prze­ście­ra­dło.

- Sonyu, posłu­chaj...

- Powie­dzia­łam, zamknij się, do kurwy nędzy. Gdzie jestem? W samym środku pie­przo­nej sztampy. Ubie­raj­cie się i wyno­cha stąd! Oboje.

- Prze­pra­szam. - Tra­cie we łzach zbie­rała bie­li­znę z pod­łogi. - Tak bar­dzo...

- Nie odzy­waj się do mnie. Już ni­gdy się do mnie nie odzy­waj. Gdyby nie to, że twoja matka jest moją ciotką i kimś, kogo bar­dzo, ale to bar­dzo lubię, to sko­pa­ła­bym ci ten kurew­ski tyłek. Przy­mknij się i spie­przaj z mojego domu.

Dziew­czyna zła­pała w biegu sukienkę i nie wkła­da­jąc bie­li­zny, wsu­nęła ją szybko przez głowę. Butów nie wzięła.

Ani nie zamknęła za sobą drzwi.

- Nic mnie nie uspra­wie­dli­wia, Sonyu. Dałem ciała.

- Wła­śnie widzę. Twoje ciu­chy same z cie­bie opa­dły i roz­rzu­ciły się po pod­ło­dze, żebyś mógł popa­ra­do­wać nago i dać ciała mojej kuzynce. Wynoś się, Bran­don. Ale już! Możesz wyjść na golasa albo się przed­tem ubrać, jak wolisz. Byle­byś jak naj­szyb­ciej znik­nął z mojego domu.

- Naszego.

- Nazwi­sko na umo­wie kre­dy­to­wej jest moje.

- Kocha­nie...

- Serio? Jak śmiesz się tak do mnie zwra­cać? Spró­buj jesz­cze raz, a przy­się­gam, że zro­bię ci krzywdę. Powie­dzia­łam, won!

Męż­czy­zna wcią­gnął spodnie khaki.

- Musimy poga­dać - rzekł. - Naj­pierw ochłoń, a ja... Dokąd idziesz?

- Po tele­fon. - Sonya pode­szła do torebki i wyjęła z niej komórkę. - Dzwo­nię na poli­cję, żeby cię wypro­wa­dzili z mojego domu.

- Ejże, Sonyu - ode­zwał się takim tonem, jakby jej chciał powie­dzieć, że jest uro­cza. - Nie będziesz chyba dzwo­nić na poli­cję?

Stała z tele­fo­nem w ręku i przy­glą­dała się Bran­do­nowi. Jego wyspor­to­wa­nej syl­wetce i ciem­no­blond wło­som, zmierz­wio­nym rękami innej kobiety. Jego gład­kiej, przy­stoj­nej twa­rzy i zabój­czym błę­kit­nym oczom.

- Jeśli naprawdę sądzisz, że nie zadzwo­nię, to mnie nie znasz. - Wyjęła klu­czyki do jego samo­chodu z misy, odcze­piła od nich klucz do domu, a resztę wyrzu­ciła za drzwi. - Wyno­cha stąd.

- Muszę wziąć buty.

Otwo­rzyła szafę na płasz­cze, wycią­gnęła z niej parę moka­sy­nów i cisnęła nimi w jego stronę.

- Weź te, muszą ci wystar­czyć, i idź, zanim zacznę wrzesz­czeć i dzwo­nić na numer alar­mowy.

Pochy­lił się, zebrał buty z pod­łogi i wsu­nął je na stopy.

- Poga­damy, jak się uspo­ko­isz.

- Kiedy wresz­cie do cie­bie dotrze, że to się ni­gdy nie zda­rzy?

Zatrza­snęła za nim drzwi i zamknęła zasuwę.

Cze­kała na łzy smutku, na roz­pacz, na żal. I nagle zro­zu­miała, że żadne z tych uczuć nie prze­bije się przez wście­kłość.

Ponow­nie spoj­rzała na tele­fon, który trzy­mała w ręku.

Wcią­gnęła głę­boko powie­trze, pode­szła do kanapy i usia­dła. Chciała napi­sać ese­mesa, ale nie mogła, za bar­dzo trzę­sły jej się ręce.

Zamiast tego zadzwo­niła.

- No hej! Co tam?

- Cleo, możesz do mnie wpaść? Muszę cię zoba­czyć.

- A co, ślubny kry­zy­sik dopadł?

- Można tak powie­dzieć. Pro­szę.

W roz­ba­wio­nym tonie przy­ja­ciółki poja­wiła się nagle tro­ska.

- Ale wszystko dobrze? - spy­tała zanie­po­ko­jona.

- Nie­spe­cjal­nie - odparła Sonya cicho. - Wpad­niesz?

- Jasne, już jadę. Cokol­wiek się stało, damy sobie z tym radę. Będę za dzie­sięć minut.

Już dałam sobie z tym radę, wes­tchnęła w duchu Sonya i odło­żyła tele­fon.

*

Cleo z kie­lisz­kiem wina w ręku krą­żyła po salo­nie. Jej dłu­gie nogi w kró­ciut­kich bia­łych szor­tach odmie­rzały mia­rowe kroki, a zwią­zane w nie­dbały węzeł bujne, ciem­no­mio­dowe, krę­cone włosy z każ­dym ruchem pod­ska­ki­wały jej na gło­wie.

Tygry­sie oczy lśniły.

Im bar­dziej się gorącz­ko­wała i zło­ściła, tym bar­dziej było po niej widać, że wycho­wała się na połu­dniu. I tym więk­szy spo­kój ogar­niał Sonyę. To chyba miłość? - pomy­ślała.

- Ten podły, zakła­many drań! Ten zdra­dziecki sukin­syn! A Tra­cie?! Brak mi słów. Kuzynka! W dodatku ta żało­sna cycata suka poma­gała mi pla­no­wać wie­czór panień­ski.

- Okrop­nie pła­kała.

- I co z tego! To ani w jed­nej set­nej nie wystar­czy. O, jesz­cze ode mnie usły­szy. Jesz­cze poczuje moją wście­kłość. Dwu­li­cowa szmata.

- Kocham cię, Cleo Faba­res. Jesteś naj­lep­sza.

- O, dzie­cino. - Kobieta opa­dła na kanapę, odsta­wiła kie­li­szek i mocno przy­tu­liła Sonyę. - Tak mi przy­kro. Tak mi strasz­nie przy­kro.

- Wiem.

- Co chcesz teraz zro­bić? - Cleo się odsu­nęła i spoj­rzała na przy­ja­ciółkę brą­zo­wymi mig­da­ło­wymi oczami. - Tylko powiedz, czego chcesz, a ja się tym zajmę. Zamor­do­wać go? Uciąć mu łeb? Wyka­stro­wać?

Sonya uśmiech­nęła się pierw­szy raz od chwili, gdy weszła do domu.

- Uży­ła­byś do tego mie­cza samu­raj­skiego two­jego pra­dziadka Harurta?

- Z przy­jem­no­ścią.

- To trzy­majmy tę opcję w rezer­wie.

- Dla­czego nie wrzesz­czysz? Dla­czego cze­goś nie sko­piesz? Sama bym chęt­nie coś sko­pała. Albo kogoś. Bran­dona w jaja. Po pierw­sze, muszę iść kupić glany, żeby mieć czym mu sko­pać jaja. A po dru­gie, muszę kupić mosiężne kastety, żeby dać Tra­cie w twarz. Ale to ja - dodała po chwili, się­ga­jąc po kie­li­szek. - A ty? Czego byś chciała?

- Wła­śnie to robię. Sie­dzę, piję wino i patrzę, jak moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka wku­rza się na maksa z powodu mojej krzywdy. - Sonya ujęła wolną dłoń Cleo. - Ona ohyd­nie pła­kała; ja nie.

- Jeśli masz potrzebę, pro­szę, tu jest moje ramię.

- Nie, nie mam potrzeby. Nie do końca też wiem, co to o mnie mówi. Czu­łam się jak w fil­mie. Niczego nie­świa­doma przy­szła panna młoda zastaje narze­czo­nego i jedną z dru­hen w łóżku.

- Nie byłaś niczego nie­świa­doma.

- Nie, no byłam. W tle leciała pio­senka Video Phone Beyoncé.

- Daj spo­kój.

- Poważ­nie.

Cleo powstrzy­mała par­sk­nię­cie.

- Przy­kro mi.

- Niech ci nie będzie. Kiedy sobie pomy­ślę... że gdy­bym nie odwo­łała tego spo­tka­nia... gdy­bym ich nie nakryła...

Teraz Sonya wstała z kanapy i zaczęła krą­żyć po pokoju. Jedną ręką gesty­ku­lo­wała przy tym kie­lisz­kiem z winem, a drugą prze­cze­sy­wała włosy.

Ścią­gnęła gumkę z dłu­giego, pro­stego koń­skiego ogona w kolo­rze syropu klo­no­wego.

- Tak naprawdę to mnie dołuje, Cleo. Tak szcze­rze, do bólu. Że bym w to wdep­nęła. Że wyszła­bym za tego nie­uczci­wego gnoja. I to wyszła­bym za niego na jego zasa­dach - to mnie naj­bar­dziej roz­wala. W tej cho­ler­nej wiel­kiej sali balo­wej w hotelu, z wielką pompą, na któ­rej tak mu zale­żało, z dur­nym pię­cio­war­stwo­wym lukro­wa­nym tor­tem ze złotą figurką na szczy­cie. Jak to się, do dia­bła, stało, że tak się dałam otu­ma­nić?

- Wygląda na to, że się wła­śnie dowie­dzia­łaś. A ja go lubi­łam. Szcze­rze! To mnie dobija. Może i myśla­łam, że ten cały prze­pych jest nie w twoim stylu, ale z dru­giej strony to wielki dzień, więc czemu nie? Ale - i zanim przejdę do ale, powiem, że dobrze widzieć, że odzy­ska­łaś swoją dawną furię.

- Och, ni­gdy jej nie stra­ci­łam. Za to z przy­jem­no­ścią przy­glą­da­łam się two­jej.

- Okej. To teraz czas na ale: odwo­ła­łaś spo­tka­nie, nakry­łaś ich. I nie wyj­dziesz za tego dupka. Opatrz­ność widać czuwa nad tobą.

- Gdyby rze­czy­wi­ście czu­wała nade mną opatrz­ność, kaza­ła­bym Bran­do­nowi spa­dać wieki temu.

- Napij się jesz­cze tro­chę wina.

- Tak, wła­śnie zamie­rza­łam się napić. Wię­cej niż tro­chę.

To mówiąc, Sonya przy­ci­snęła palce do oczu - nie po to, by powstrzy­mać łzy, lecz w geście fru­stra­cji.

- Cleo, muszę wszystko poodwo­ły­wać. Hotel, foto­grafa, kame­rzy­stę, tort, kwiaty. Boże, nawet ten durny kwar­tet gita­rowy, któ­rego ni­gdy nie chcia­łam, orkie­strę. Stracę zaliczki. W dupę! wła­śnie zatwier­dzi­łam próbny wydruk zapro­sze­nia. Ile ja czasu spę­dzi­łam nad tym pro­jek­tem!...

- Zacho­waj ten wydruk. Rzu­cimy na niego klą­twę i zako­piemy go razem z bok­ser­kami Bran­dona przy pełni księ­życa. A potem za każ­dym razem, kiedy ten drań będzie chciał ustrze­lić następną laskę, dosta­nie upo­rczy­wego świądu fiuta.

- Gadasz jak twoja babka Kre­olka.

- Bien s?r. Pomogę ci wszystko odwo­łać. Może uda nam się kogoś zacza­ro­wać i odzy­skać któ­rąś z zali­czek. A połowę tego, czego się nie da odzy­skać, ska­su­jesz od tego dra­nia. Ni­gdy mi się to nie podo­bało, że to ty wykła­da­łaś pie­nią­dze.

Cleo gło­śno sap­nęła i upiła łyk wina.

- I kiedy teraz o tym myślę, wiesz, co mi się wydaje? Że wcale go nie lubi­łam tak bar­dzo, jak sobie wma­wia­łam, że lubię.

- On miał pła­cić za próbne przy­ję­cie i podróż poślubną. Nie­ważne. Mam nauczkę. Rze­czy­wi­ście przyda mi się twoja pomoc przy odwo­ły­wa­niu. O raju, i jesz­cze prze­cież ta lista.

Sonya przy­ło­żyła rękę do żołądka, tam gdzie odczuła gwał­towny skurcz.

- Wła­śnie ukoń­czy­li­śmy pracę nad listą pre­zen­tów - powie­działa. - A jutro jeste­śmy umó­wieni na oglą­da­nie dwóch domów.

- Napijmy się jesz­cze wina - zapro­po­no­wała Cleo. - Zamówmy pizzę. Poży­czysz mi coś do spa­nia i zała­twimy od ręki to, co jest do zała­twie­nia.

- Zosta­niesz na noc?

- Zostaję na noc zawsze, kiedy moja naj­lep­sza kum­pela, współ­lo­ka­torka z aka­de­mika, part­nerka w zbrodni i ser­deczna sio­stra przy­ła­puje narze­czo­nego w łóżku z kuzynką.

Sonyi napły­nęły do oczu łzy. Nie były to łzy żalu czy bólu, lecz czy­stej wdzięcz­no­ści.

- Dzięki. Na samą myśl, że muszę się z tym wszyst­kim zmie­rzyć, mam ochotę scho­wać się do jakiejś dziury. Nie - popra­wiła się. - Mam ochotę zako­pać Bran­dona w jakiejś dziu­rze. Bo...

Prze­rwało jej stu­ka­nie do drzwi. Odwró­ciła głowę.

- Nie myślisz chyba, że to...

Tygry­sie oczy Cleo bły­snęły.

- Ja otwo­rzę. Gla­nów nie­stety nie mam, ale kola­nem w jaja też potra­fię.

Rozdział 2

Kiedy jed­nak gotowa na bitwę Cleo szarp­nię­ciem otwarła drzwi, do domu wtar­gnęła matka Sonyi - Win­ter. Naj­pierw ści­snęła rękę Cleo, a potem pospie­szyła do córki.

- Kocha­nie! - zawo­łała. - Tak mi przy­kro. - Przy­tu­liła Sonyę i lekko zako­ły­sała ją w ramio­nach. - Nie płacz. Nie płacz. On nie jest tego wart. - Odwró­ciła głowę i przy­ci­snęła usta do policzka córki. - Wiem, że go kochasz, ale...

- Już nie. Dałam sobie z nim spo­kój. Nie wiem, czy to powinno tak dzia­łać, ale rady­kal­nie mi prze­szło.

- Ja też nie wiem. - Win­ter się odsu­nęła, poło­żyła dło­nie na policz­kach córki i uważ­nie się jej przyj­rzała. - Ale jeśli tak jest, to dobrze. Nikt, kto skrzyw­dził moją córkę, nie zasłu­guje na miłość. Tak się cie­szę, że cię tu widzę, Cleo. - Wycią­gnęła rękę i ujęła dłoń tam­tej.

- Jak się dowie­dzia­łaś? - zacie­ka­wiła się Sonya.

- Tra­cie, która usły­szy ode mnie parę słów prawdy, pole­ciała pro­sto do matki. Zabe­czana. Mogę dostać wina?

- Przy­niosę kie­li­szek - ode­zwała się Cleo.

- Sum­mer zadzwo­niła już po tym, kiedy wygar­nęła Tra­cie i się jej pozbyła. Sonyu, wiesz, że Sum­mer cię kocha, i mam nadzieję, że jej nie winisz. Jest tak samo wście­kła, co upo­ko­rzona i zała­mana.

- Nie winię. Skąd. Tra­cie jest doro­sła. I jest szmatą.

- Ona, Tra­cie, twier­dzi, że to się po pro­stu wyda­rzyło. Samo. Nie wia­domo jak i kiedy. Dzięki, skar­bie - dodała, bio­rąc od Cleo kie­li­szek wina. - W życiu nie sły­sza­łam więk­szej bzdury. To się nie dzieje ot tak po pro­stu, samo, nie wia­domo jak i kiedy, jeśli lądu­jesz w łóżku z narze­czo­nym kuzynki. W dodatku w jej wła­snym domu. I wła­snym łóżku.

- Czer­wone szpilki, sukienka z wiel­kim dekol­tem i sek­sowna bie­li­zna. Tak, to się po pro­stu stało, ja pier­dolę. Pro­szę bar­dzo, niech go sobie bie­rze.

- Mogę ci obie­cać, że nie będzie mile widziany w domu mojej sio­stry. A teraz idę ścią­gnąć tę pościel z two­jego łóżka.

- Już to zro­bi­łam. Od razu po tele­fo­nie do Cleo. Myśla­łam, czyby jej od razu nie spa­lić, ale to naprawdę porządna pościel. Ode­ślę ją do pralni, nie zamie­rzam się tym sama zaj­mo­wać. A potem ją oddam na jakiś cel cha­ry­ta­tywny.

Win­ter znowu schwy­ciła córkę w ramiona i zako­ły­sała się razem z nią.

- Moja kochana - powie­działa miękko. - Naprawdę dobrze się czu­jesz?

- Jestem pie­kiel­nie wku­rzona - odparła Sonya. - I wście­kła na sie­bie, że go od razu nie przej­rza­łam.

- Ja też nie, mówiąc szcze­rze. Choć uwa­żam, że mam świetną intu­icję do ludzi. Ale znasz to przy­sło­wie, że mądrym się jest po szko­dzie. Kiedy patrzy się wstecz i mówi: no tak, to, śmo i tamto. Powin­nam była to prze­wi­dzieć. Ile z tego dobrego? Usiądę sobie.

I usia­dła.

- Tak się mar­twi­łam, że zastanę cię zdru­zgo­taną, że nie mia­łam prze­strzeni, by wyrzu­cić z sie­bie złość. A teraz, kiedy już wiem, że nie jesteś zdru­zgo­tana?... Powiem tak: do dia­bła z nim!

- Do dia­bła! - powtó­rzyła jak echo Cleo i pode­szła do Win­ter, by stuk­nąć kie­lisz­kiem w jej kie­li­szek.

- Okej. - Sonya uczy­niła to samo. - Do dia­bła.

- Musisz zmie­nić zamki w drzwiach.

- Zabra­łam mu klucz, mamo.

- I tak je zmień. Jak myślisz, co on teraz ze sobą zrobi?

- Nie mam poję­cia. - Sonya znowu unio­sła kie­li­szek. - I gówno mnie to obcho­dzi.

- I słusz­nie. W samo­cho­dzie mam drugą butelkę wina. I pudła od miłego sprze­dawcy w mono­po­lo­wym. Możemy do nich spa­ko­wać rze­czy Bran­dona. Raz-dwa i mieć to z głowy. Zała­twić wszystko od ręki. Od razu mu je odwiozę.

- Nie musisz tego robić.

- Och, moje jedyne dziecko, nale­gam. - W piw­nych oczach matki poja­wiła się lodo­wata furia. - Pew­nie się zwróci do Jerry'ego, co? To jego drużba i naj­lep­szy kum­pel. Mogę tam pod­je­chać w dro­dze powrot­nej i wszystko zosta­wić.

- Uwiel­biam cię, Win­ter. - Cleo usia­dła obok matki Sonyi i wtu­liła się w nią. - Uwiel­biam swoją mamę i cie­bie też. Obie z Sonyą dosłow­nie wygra­ły­śmy matki na lote­rii. A może pod­czas pako­wa­nia te wszyst­kie kasz­mi­rowe swe­try, które Bran­don tak uwiel­bia, nie wie­dzieć czemu lekko się podrą i nad­szarpną? I och! jaka szkoda, ale skó­rzane kurtki natra­fią przy­pad­kiem na coś ostrego?

- Dziew­czyń­skie przy­jaź­nie są nie do pobi­cia. - Win­ter się uśmiech­nęła. - Możemy tak zro­bić, ale możemy też sobie daro­wać, bo wiemy, że i tak stra­cił to, co mógł mieć w życiu naj­lep­szego. Założę się zresztą, że sam o tym wie.

- Na­dal mam ochotę zako­pać parę jego bok­se­rek przy pełni księ­życa. I nało­żyć na niego klą­twę potwor­nego świądu fiuta.

- To mu się słusz­nie należy - wtrą­ciła Win­ter z uśmie­chem. - A teraz chodźmy po te pudła.

*

Pako­wały. Dwa jego tablety, lap­top, alexę. Następ­nie kolek­cję zegar­ków oraz spi­nek do man­kie­tów. Na koniec buty. Całe mnó­stwo butów.

Sonya przy­po­mniała sobie naraz o jego waliz­kach - marki Globe-Trot­ter, oczy­wi­ście - spa­ko­wały do nich koszule, mary­narki, swe­try, gar­ni­tury i ubra­nia spor­towe.

Wrzu­ciły do pudła przy­bory toa­le­towe i kosme­tyki.

- Ma wię­cej kre­mów niż ja. - Cleo unio­sła nie­otwarty krem nawil­ża­jący. - Wiesz, jaka to droga marka? A on już ma kupiony nowy. Na zapas?

- Weź go sobie - rzu­ciła Sonya. - Do dia­bła, weź sobie, co tylko chcesz.

- Pod warun­kiem, że go jesz­cze nie otwo­rzył. Bo we wszyst­kim innym są jego wszy. Jesteś pewna, że ty go nie chcesz?

- Abso­lut­nie. Nie chcę nic z jego rze­czy.

- W takim razie biorę. Win­ter, co ty na to, żeby­śmy się podzie­liły wszyst­kim, co jest fabrycz­nie zamknięte? Mamy tu żel pod oczy, maski i serum. Pamię­tam, że dosta­łam kie­dyś próbkę tego serum i jest świetne. Odkła­dam wszystko na bok.

Win­ter ski­nęła lekko głową, odsu­nęła się nieco i oparła ręce na bio­drach. Jedną z gumek Sonyi zwią­zała w krótki, sztywny kucyk się­ga­jące brody włosy pra­wie tego samego koloru, co włosy córki. Jej piwne oczy - Sonya miała ciem­no­zie­lone - prze­su­wały się po rze­czach zgro­ma­dzo­nych na bla­cie w łazience.

- Będziemy potrze­bo­wały wię­cej pudeł - zauwa­żyła.

- A tam! Walić pudła. - Sonya się skrzy­wiła. - Wrzućmy to wszystko do wor­ków na śmieci. Ile on tego ma! I gdzie wśród tego wszyst­kiego miało być miej­sce dla mnie? Dla­czego nie widzia­łam, że jego rze­czy zaj­mo­wały w miesz­ka­niu dwa razy wię­cej miej­sca niż moje? Miał do dys­po­zy­cji całą szafę w pokoju gościn­nym i więk­szą część tej w sypialni. I jakoś zaanek­to­wał sobie do pracy biurko w pokoju gościn­nym, a mnie pozo­stał stół w jadalni.

- Ero­zja nastę­puje stop­niowo. - Win­ter poma­so­wała ramiona Sonyi. - Skała jest twarda, ale nie widzi, kiedy ją drąży woda.

- Jeste­ście do sie­bie takie podobne - mruk­nęła Cleo. - Kształt twa­rzy jak serce, ten sam kolor wło­sów. Brzo­skwi­nio­wo­śmie­tan­kowa cera. Wystar­czy, że na was spoj­rzę, a od razu wiem, że pil­nie potrze­buję tych dro­gich kosme­ty­ków.

- Masz cudowną cerę - obu­rzyła się Win­ter. - Złoty pył na kar­melu, wspa­niały pre­zent po przod­kach. Moja córka z kolei ma oczy swo­jego ojca.

To powie­dziaw­szy, uści­snęła Sonyę.

- Sko­pa­łaś Bran­do­nowi tyłek - dodała. - Ja bym się pew­nie nie odwa­żyła. Andrew Mac­Ta­vish był łagod­nym czło­wie­kiem, ale kiedy się wku­rzył? Oooo! Bez kija nie pod­chodź. - Ści­snęła córkę za ramię. - Dobra. Worki na śmieci. Tak, nada­dzą się. I to w sam raz.

- Przy­niosę. I zamó­wię pizzę - zgło­siła się Cleo. - Zbli­żamy się powoli do końca.

- Ta dziew­czyna to skarb - oznaj­miła Win­ter, kiedy tamta wyszła.

- Wiem. Mówi, że to dar od losu, że zamiesz­ka­ły­śmy na stu­diach w jed­nym pokoju.

- A ty co sądzisz?

- Szczę­śliwy traf. Zwłasz­cza dla mnie.

- Dla was obu. Twoja sztuka, twoja praca nic na tym nie ucier­piała. Dziś ona jest ilu­stra­torką, a ty gra­ficzką. Jestem dumna z was obu.

- W ponie­dzia­łek muszę iść do pracy. On też. Nie powin­nam się była wią­zać ze zna­jo­mym z pracy.

- Daj spo­kój. - Matka gwał­tow­nie się odwró­ciła. - Nie pozwól, by to, co on zro­bił i kim się oka­zał, wpły­nęło na to, co robisz i kim jesteś. Kocha­łaś go na tyle, by pla­no­wać wspólne życie. Myśla­łaś, że on też cię tak kocha.

- Byłam w błę­dzie.

- Byłaś - zgo­dziła się Win­ter. - Ale błąd pole­gał nie na tym, że kocha­łaś. Oka­zał się nie­wierny, więc to zakoń­czy­łaś. Wiesz, czego od cie­bie nie sły­sza­łam? "Co zro­bi­łam nie tak? Czemu mu nie wystar­czy­łam? Co widział w niej, czego nie było we mnie?".

- Mamo, ja...

- A wiesz, dla­czego tego nie sły­sza­łam? Bo jesteś za mądra, żeby dać się wpu­ścić w ten kanał. I wiesz, że tu nie cho­dzi o cie­bie. Tylko o niego. O jego cha­rak­ter. Wie­rzy­łaś w niego. A on dowiódł, że się myli­łaś. Nic wię­cej. Więc tak: posprzą­taj po nim, zamknij ten roz­dział w życiu i zary­gluj drzwi. Nie, naj­pierw zmień zamki - popra­wiła się - a potem zary­gluj drzwi.

- Jutro wezwę ślu­sa­rza. A on mnie pew­nie dopad­nie - albo będzie pró­bo­wał - w ponie­dzia­łek w pracy.

- Ale z tym sobie pora­dzisz.

- Pora­dzę. - Sonya zamknęła oczy. - Co za żenada...

- Rozu­miem cię. Sama tak pew­nie bym się czuła, mimo że wcale nie była­bym powo­dem tej żenady. A więc, Sonyu Grace Mac­Ta­vish, prze­kie­ruj tę żenadę na niego. - Uca­ło­wała córkę w czoło. - Bo to, zwłasz­cza dla kogoś takiego jak Bran­don, będzie bar­dziej bole­sne niż upo­rczywy świąd fiuta.

*

Zja­dły pizzę. Sonya i Cleo dalej popi­jały wino, Win­ter zaś prze­rzu­ciła się na mro­żoną her­batę. Wspól­nie uło­żyły plan, a potem przy­stą­piły do wyno­sze­nia pudeł, wali­zek i wor­ków na śmieci do samo­chodu.

Kiedy zaczy­nały drugą rundkę, z sąsied­nich drzwi wyło­niła się kobieta.

- Potrze­bu­je­cie pomocy? - spy­tała. - Bill jest w domu, mogę go zawo­łać.

Win­ter uśmiech­nęła się trium­fal­nie.

- Dzięki, Donno, tak, chęt­nie sko­rzy­stamy. Mamy jesz­cze kilka kur­sów.

- Nie ma sprawy. - Kobieta oparła rękę na bio­drze. - Bill! Chodź no tu zaraz, trzeba pomóc Sonyi!

Ona i Bill zaj­mo­wali drugą część bliź­niaka od roku. Trójka ich dzieci doro­sła i wypro­wa­dziła się z domu, nie potrze­bo­wali więc już tak wiele miej­sca jak nie­gdyś.

Miła para, pomy­ślała Sonya. Ser­deczna, ale nie nachalna. To ważne cechy, gdy się mieszka przez ścianę.

Po chwili poja­wił się Bill w koszulce Red Sok­sów i szor­tach-bojów­kach, odsła­nia­ją­cych jego kości­ste kolana.

- Co to, zosta­wia­cie nas samych? - zagad­nął z uśmie­chem, obra­ca­jąc nie­ja­sną sytu­ację w żart. Sonya uznała, że jest po paru kie­lisz­kach.

- Nie, tylko wyrzu­cam Bran­dona, a w zasa­dzie już go wyrzu­ci­łam, bo zasta­łam w łóżku z kuzynką.

Usta Billa, ukryte za nie­chlujną kozią bródką, otwo­rzyły się ze zdu­mie­nia. Z kolei wargi jego żony Donny zaci­snęły się w wąską kre­skę.

- To ta cycata blon­dynka? - sark­nęła.

- Tak, ona. - Sonya kiw­nęła głową. - A co? Widzia­łaś ją parę godzin temu, jak boso i z gaciami w ręku wybiega na dwór?

- Nie i strasz­nie żałuję, że to mnie omi­nęło. Bar­dzo mi przy­kro. Ale muszę ci wyznać, że widzia­łam ją tu już wcze­śniej. Dwa razy, jak cię nie było w domu. Myśla­łam, że oboje szy­kują dla cie­bie jakąś nie­spo­dziankę. Może na ślub. Ale... cóż, nie będę cię oszu­ki­wać. Uzna­łam to za dziwne.

- Dwa razy, nie licząc dzi­siej­szego dnia?

- Tak. Dwa razy widzia­łam. W ostat­nią sobotę, kiedy myłam okna, i jesz­cze jakoś ze trzy tygo­dnie temu. Wra­ca­łam wtedy od Mar­lene z naprze­ciwka. Zanio­słam jej cia­steczka cyna­mo­nowe dla synka, uwiel­bia je. Więc tak, to też była sobota, trzy tygo­dnie temu.

- Były­śmy wtedy u fry­zjera - wtrą­ciła Cleo - na prób­nym cze­sa­niu ślub­nym. A potem cho­dzi­ły­śmy po skle­pach w poszu­ki­wa­niu butów.

- Tak, pamię­tam - mruk­nęła Sonya.

- Przy­kro mi bar­dzo - powtó­rzyła Donna. - Tyle dobrego, że dowie­dzia­łaś się przed fak­tem. Bill, podejdź no tu, wynieś od Sonyi resztę rze­czy tego dupka. Gdy­by­śmy mogli ci jesz­cze w czymś pomóc, daj znać - dodała.

- Czyli co naj­mniej trzy razy... - wymam­ro­tała Sonya, kiedy już zała­do­wały ostat­nie pudło do samo­chodu. - Teraz muszę się jesz­cze pozbyć łóżka. I może kanapy. Mogli to robić też na kana­pie. Kto wie, gdzie jesz­cze.

- Nie, daj spo­kój. Oka­dzę wszystko białą szał­wią.

Sonya spoj­rzała w zdu­mie­niu na Cleo.

- Mówisz poważ­nie?

- Śmier­tel­nie. Może nawet mam jej tro­chę w torebce. A jeśli nie, to pod­jadę migiem do domu. Oczy­ścimy po nim cały dom. I po niej. A może jesz­cze po kimś, z kim się tu zada­wał. Przy­kro mi, kochana, ale nie można tego wyklu­czyć.

- Tak. - Na tę myśl Sonyi zro­biło się nie­do­brze. - Nie można.

Teraz musiała zro­bić sobie bada­nia, co tylko potę­go­wało jej upo­ko­rze­nie. Ale musiała - tak na wszelki wypa­dek.

- Zaczy­nam żało­wać, że jed­nak nie pocię­ły­śmy tych skó­rza­nych kur­tek. Będę musiała jesz­cze raz poga­dać z Sum­mer. Tak czy siak, zwa­lam wszyst­kie jego rze­czy pod domem Jerry'ego, nie­za­leż­nie od tego, czy go tam zastanę, czy nie.

Win­ter mocno przy­tu­liła córkę.

- Uznajmy to za cud, dzięki któ­remu szczę­śli­wie unik­nę­łaś kata­strofy.

- Jeśli tam będzie - popro­siła Cleo - to czy sko­piesz mu ode mnie jaja?

- Pro­szę uprzej­mie. Zaj­rzę do was jutro. I zaczniemy obdzwa­niać te wszyst­kie miej­sca.

- Dzięki.

Kiedy Win­ter odje­chała, Cleo oto­czyła przy­ja­ciółkę ramie­niem.

- Napi­jemy się jesz­cze?

- Tak. I czy możemy zako­pać te kurew­skie buty Tra­cie razem z bok­ser­kami Bran­dona? Żeby cier­piała na prze­wle­kłą droż­dżycę?

- No, wresz­cie zaczy­nasz mówić do rze­czy.

*

W ponie­dzia­łek rano Sonya szcze­gól­nie zadbała o wygląd. Czer­wony gar­ni­tur doda­wał jej siły i spraw­czo­ści, a gład­kie, ele­ganc­kie loki o luź­nym skrę­cie, na któ­rych zakrę­ce­nie poświę­ciła sporo czasu, spra­wiały, że czuła się zdy­stan­so­wana i chłodno nasta­wiona do świata.

W nie­dzielę, kiedy dostała wia­do­mość od Bran­dona - a wła­ści­wie cztery wia­do­mo­ści, zanim wresz­cie posłu­chała Cleo i matki i zablo­ko­wała jego numer - poczuła się zgoła ina­czej.

Musimy poga­dać. Nie możemy ze wszyst­kiego zre­zy­gno­wać, nawet w obli­czu strasz­li­wego błędu, który popeł­ni­łem. Wiesz, że cię kocham. Musimy poga­dać. Wszystko ci wytłu­ma­czę, musisz mi na to pozwo­lić.

Każda z tych wia­do­mo­ści wpra­wiała tylko Sonyę w coraz więk­szą złość. A ta z kolei wzma­gała w niej prze­ko­na­nie, że jest słaba i głu­pia.

Kiedy wybrała biżu­te­rię - złotą - i zro­biła ide­alny maki­jaż, wyszła do Cleo, która na wpół drze­mała nad kawą.

- I jak? - zagad­nęła.

W odpo­wie­dzi Sonya wyko­nała pół­ob­rót.

- No i feno­me­nal­nie. Wyglą­dasz zabój­czo, Son. Cała mówisz jak gdyby: "Już ni­gdy tego nie tkniesz, dupku żołędny".

- Taki wła­śnie mia­łam cel.

- I tra­fi­łaś w sedno. Posłu­chaj, wezmę zapa­sowy klucz i segre­ga­tor ślubny i zacznę odwo­ły­wać to, czego nie udało nam się zała­twić w nie­dzielę.

- Cleo, poświę­ci­łaś mi już calu­teńką sobotę i wczo­raj­szy dzień.

- I nie zamie­rzam się stąd ruszyć, póki nie zjawi się ślu­sarz i nie wymieni tych zam­ków. Dopiero wtedy zabiorę segre­ga­tor, nowy klucz i sobie pójdę. Miesz­czę się w ter­mi­nie ze swoim pro­jek­tem, więc spo­koj­nie mogę sobie odpu­ścić te parę godzin. Ale naj­pierw obdzwo­nię wszyst­kie miej­sca do końca. Domy­ślam się, że skoro były już zro­bione poprawki, sukni ślub­nej oddać nie możesz?

- Nie, zwro­tów nie przyj­mują. Za tę absur­dal­nie drogą rzecz zapła­ciła mama.

- Wiem. Ale idę o zakład, że to nie pierw­sza taka sytu­acja, z którą zetknęli się jako firma. Zapy­tam, co radzą. Komis, eBay, a kto wie? Może mają klientkę, która kupi ją po obni­żo­nej cenie? Zała­twię ci suk­nię i wszystko, co zdo­łam. Wiem, że to samo zro­bi­ła­byś dla mnie.

- Ow­szem. A jak już z tego wybrniemy, zabiorę cię gdzieś na week­end. Do spa. Mamę też. I twoją, jeśli będzie mogła. Bab­ski wyjazd zamiast podróży poślub­nej.

- Wcho­dzę w to. Jesteś gotowa iść sko­pać mu jaja?

- To nie glany, ale też się nada­dzą.

Brnąc przez Boston pogrą­żony w poran­nym sza­leń­stwie kor­ków, Sonya powtó­rzyła sobie w gło­wie plan. W teo­rii był on bar­dzo pro­sty.

Poprosi któ­re­goś ze współ­wła­ści­cieli By Design o parę minut roz­mowy i nie będzie się wda­wać w szcze­góły.

Odwo­łała ślub, bo zro­zu­miała, że nie pasują do sie­bie z Bran­do­nem i nie są gotowi na mał­żeń­stwo. Nie ma potrzeby mówić nic wię­cej.

Aha, i ze względu na napię­cia towa­rzy­szące tej decy­zji prosi, by ona i Bran­don przez kilka następ­nych mie­sięcy nie byli przy­dzie­lani do tych samych pro­jek­tów.

Bran­don był od niej wyż­szy rangą. Ona pra­co­wała w By Design od sied­miu lat, wli­cza­jąc w to staż, on zaś pra­wie dzie­sięć. Oboje jed­nak awan­so­wali, mieli wła­sne gabi­nety, czę­sto nad­zo­ro­wali pro­jekty, łączyli pracę swo­ich zespo­łów.

Jego spe­cjal­no­ścią była reklama - na bil­bor­dach, w tele­wi­zji i inter­ne­cie. I był w tym dobry - nie spo­sób mu tego odmó­wić. A nawet bar­dzo dobry. Ten palant.

Choć ona pro­jek­to­wała głów­nie strony inter­ne­towe, banery i reklamy w mediach spo­łecz­no­ścio­wych, zaj­mo­wała się też two­rze­niem spój­nego wize­runku wizu­al­nego dla firm i osób pry­wat­nych. Loga, wizy­tówki, papier fir­mowy, strona inter­ne­towa: wszystko to, co ist­niało w realu i w świe­cie cyfro­wym, miało się wza­jem­nie uzu­peł­niać i sta­no­wić całość.

Ale na­dal była to nie­wielka pry­watna firma - dokład­nie taka, w jakiej Sonya zawsze chciała pra­co­wać - a ona i Bran­don czę­sto się o sie­bie ocie­rali, zaj­mu­jąc się róż­nymi aspek­tami tego samego pro­jektu.

Zwy­czaj­nie poprosi o tro­chę wię­cej prze­strzeni. I obieca, że będzie utrzy­my­wać uprzejme, pro­fe­sjo­nalne rela­cje z Bran­do­nem w miej­scu pracy.

Pro­ste, myślała sobie. Roz­sądne i jasne.

Oczy­wi­ście, że poja­wią się plotki - jak to w wąskim gro­nie ludzi. Ale da sobie z nimi radę. Gotowa jest nawet - mimo sprze­ciwu Cleo - wziąć całą winę na sie­bie.

Dużo pro­ściej i łatwiej będzie się przy­znać, że zro­zu­miała, iż nie jest gotowa, i że ona i Bran­don mają w życiu różne cele. Celem Bran­dona było pie­prze­nie się z jej kuzynką, ale o tym wspo­mi­nać nie będzie.

Za parę tygo­dni plotki ucichną, bo pra­wie na pewno wynik­nie jakaś inna afera.

A do tego czasu Sonya spo­koj­nie wytrzyma.

Na razie Bran­don na bank znaj­dzie spo­sób, by ją przy­ci­snąć do ściany. Skon­fron­tuje się z nim z odwagą i deter­mi­na­cją. W pry­wat­nej, bez­po­śred­niej roz­mo­wie postawi sprawę jasno: mię­dzy nimi koniec. Zrobi to moż­li­wie chłodno i obo­jęt­nie.

On nie zdzierży tego chłodu i obo­jęt­no­ści, pomy­ślała z uśmie­chem, par­ku­jąc przed pię­tro­wym, odno­wio­nym budyn­kiem fabrycz­nym, w któ­rym mie­ściła się firma.

Skie­ro­wała się do bocz­nych drzwi i weszła wprost do pomiesz­cze­nia, które na swój pry­watny uży­tek nazy­wała Wylę­gar­nią. Sama też tu zaczy­nała - zaraz po col­lege'u, przy jed­nym z wielu biu­rek we wspól­nej prze­strzeni. Więk­szość ludzi, któ­rzy dziś tu sie­dzieli, opra­co­wu­jąc zada­nia zle­cone przez pro­jek­tan­tów z nadzieją, że zosta­wią w pro­jek­cie wła­sny ślad, była rów­nie zie­lona i gor­liwa, jak ona daw­niej.

Nie­któ­rzy awan­sują, inni odejdą, jesz­cze inni uczy­nią wielki krok naprzód i zbu­dują coś wła­snego.

Ona awan­so­wała. Rytm i atmos­fera funk­cjo­no­wa­nia tego miej­sca bar­dzo jej odpo­wia­dały. Ze sta­no­wi­ska asy­stenta kre­atyw­nego prze­sko­czyła na gra­fika, a póź­niej na star­szego gra­fika.

Spe­cjal­nie przy­je­chała wcze­śniej i poma­sze­ro­wała pro­sto do swo­jego biura.

Nie było ono wcale duże ani oka­załe, ale miało okno, usta­wiła więc swój uko­chany fio­łek afry­kań­ski o imie­niu Xena w połu­dnio­wym świe­tle. Kwia­tek odwdzię­czał się jej ślicz­nymi różo­wymi kwiat­kami i żywo zie­lo­nymi, aksa­mit­nymi liśćmi.

Posta­wiła teczkę na biurku i zer­k­nęła na swoją tablicę wypeł­nioną roz­ma­itymi pomy­słami, nazy­wała ją tablicą inspi­ra­cji.

Ruty­nowo two­rzyła dla każ­dego pro­jektu tablicę - zarówno fizyczną, jak i cyfrową. W tej cyfro­wej łatwo było wpro­wa­dzać zmiany i dawało się ją udo­stęp­niać innym. Ale przed fizyczną można było przy­sta­nąć i poprzy­glą­dać się jej z róż­nych per­spek­tyw.

Ta, którą miała przed sobą, przed­sta­wia­jąca zamysł pro­jektu wizu­al­nego dla firmy start-upo­wej, po pro­stu dzia­łała. Dobrze się spraw­dzała.

Baby Mine, firma zało­żona przez zdolne manu­al­nie sio­stry, pro­du­ko­wała ręcz­nie szyte ubranka dzie­cięce, per­so­na­li­zo­wane w cenie. W roz­mia­rach od wcze­śniaka (z uwzględ­nie­niem spe­cjal­nych potrzeb nowo­rod­ków prze­by­wa­ją­cych na oddzia­łach inten­syw­nej tera­pii) do nie­mow­ląt w wieku osiem­na­stu mie­sięcy.

Jako logo Sonya opra­co­wała pro­jekt przed­sta­wia­jący dzi­dziu­sia w sta­ro­świec­kiej koły­sce, a z karu­zeli nad koły­ską zwi­sały literki two­rzące nazwę firmy, sty­li­zo­wane na zaokrą­glone, deli­katne w kroju pismo w paste­lo­wych bar­wach.

Wszystko to razem dawało wra­że­nie deli­kat­no­ści i mięk­ko­ści - czyli tego, co pra­gną zapew­nić każ­demu nowo­rod­kowi ich rodzice.

Strona inter­ne­towa podą­żała tym samym tro­pem. Prócz ubra­nek można było na niej zna­leźć pro­dukty do pie­lę­gna­cji nie­mow­ląt oraz ręcz­nie, z miło­ścią pro­du­ko­wane akce­so­ria, a wszystko to ilu­stro­wane zdję­ciami nie tylko samych ubra­nek, ale i noszą­cych je dzieci i ich rodzi­ców z kocy­kiem lub pie­luszką na ramie­niu, trzy­ma­ją­cych malu­chy w pozy­cji do odbi­ja­nia.

Posty w mediach spo­łecz­no­ścio­wych miały sta­no­wić spójne uzu­peł­nie­nie tego atrak­cyj­nego prze­kazu wizu­al­nego. Oraz śwież­sze i - rów­nież spójne - spoj­rze­nie na pro­wa­dzony przez sio­stry blog.

A teraz, kiedy firma prze­nio­sła się z domów pry­wat­nych do pra­cowni z praw­dzi­wego zda­rze­nia, zada­niem Sonyi było wypo­sa­żyć w spójny prze­kaz rów­nież i jej wnę­trze.

Jesz­cze parę detali i wszystko będzie gotowe.

Co prawda, o wiele bar­dziej wola­łaby teraz usiąść i zasta­no­wić się nad tymi deta­lami, ani­żeli iść do sze­fów i gadać o swo­ich pro­ble­mach oso­bi­stych.

Ale trudno, musiała.

Ruszyła w stronę drzwi. Sły­szała już głosy - to ludzie zbie­rali się w Wylę­garni lub szli do kuchni zro­bić sobie kawę przed przy­stą­pie­niem do pracy.

Weszła po meta­lo­wych scho­dach na pierw­sze pię­tro. Mie­ściły się tam gabi­nety sze­fów - dyrek­tora arty­stycz­nego, dyrek­tora pro­jek­tów i kre­atyw­nego - oraz sta­no­wi­ska pracy ich asy­sten­tów, sala do pre­zen­ta­cji, gdzie pro­jek­tanci przed­sta­wiali sze­fom naj­pierw swoje pomy­sły, a potem ukoń­czone pro­jekty, biura wła­ści­cieli i druga, dużo lep­sza kuch­nia.

Ponie­waż osobą, która przyj­mo­wała ją do pracy, była Laine Cohen, Sonya naj­pierw zastu­kała do jej drzwi.

- Pro­szę! - roz­le­gło się w odpo­wie­dzi.

Laine sie­działa przy biurku. Nie­zbyt dłu­gie maho­niowe włosy miała przy­cięte pod ostrym kątem i sta­ran­nie wycie­nio­wane, a na szyi na srebr­nym łań­cuszku nosiła oku­lary do czy­ta­nia w jaskra­wo­nie­bie­skich opraw­kach. Na naroż­niku biurka w kształ­cie litery L przy­siadł jej wspól­nik.

Z okna za jej ple­cami roz­cią­gał się widok na park Boston Com­mon. Był piękny, letni dzień. Na ścia­nach wisiały pla­katy z pro­jek­tami wyko­na­nymi w fir­mie. Laine zmie­niała je co kilka mie­sięcy.

Była wśród nich rów­nież jedna praca Sonyi. I jedna Bran­dona.

Kiedy Laine i Matt Berry pod­nie­śli na nią wzrok, odga­dła, że już o wszyst­kim wie­dzą.

Matt - szczu­pły, w chi­no­sach i różo­wej koszulce polo, zsu­nął się z biurka. Lśniące jasne włosy jak zwy­kle miał ścią­gnięte w kucyk. Z mał­żo­winy jego lewego ucha zwi­sała złota obręcz.

- Przy­szłam spy­tać, czy mogę liczyć na krótką roz­mowę - zaczęła Sonya.

- Oczy­wi­ście, jasne. - Męż­czy­zna zapro­sił ją gestem do środka. - Zamknij drzwi i sia­daj. Jak się masz, Sonyu?

- Dobrze, dzię­kuję. Chcia­łam...

- Wła­śnie roz­ma­wia­li­śmy z Laine o tym, żeby ci dać kilka dni wol­nego.

A więc Bran­don był tu pierw­szy, pomy­ślała. I przed­sta­wił sprawę po swo­jemu.

- Bar­dzo dzię­kuję, ale nie potrze­buję wol­nego. Mam nadzieję dziś dokoń­czyć ten pro­jekt dla Baby Mine, a do końca dnia zapro­po­no­wać wstępną gra­fikę dla Ket­te­ringa.

Na widok mil­czą­cego współ­czu­cia w oczach Matta i waha­nia w oczach Laine Sonya uznała, że jej plan jest nie­wiele wart.

- Domy­ślam się, że sły­sze­li­ście o odwo­ła­nym ślu­bie.

- Bran­don zadzwo­nił wczo­raj wie­czo­rem. - Matt peł­nym współ­czu­cia i zara­zem pocie­sza­ją­cym gestem pogła­skał ją po ramie­niu. - Jest oczy­wi­ście nie­za­do­wo­lony, ale uważa - z czym się w pełni zga­dzam - że potrze­bu­jesz odro­binę czasu i prze­strzeni. Pla­no­wa­nie ślubu to wielki stres. Na­dal pamię­tam, jak war­cza­łem na Wayna, kiedy przy­mie­rza­li­śmy się do naszego.

- Zadzwo­nił do cie­bie? Naszego szefa? W nie­dzielę wie­czo­rem, by powie­dzieć, że mnie stre­suje pla­no­wa­nie ślubu...?!

- Cóż, nie jeste­śmy zwy­czaj­nym sze­fo­stwem, wszy­scy czu­jemy się tu jak w rodzi­nie. W obli­czu pro­ble­mów nasze drzwi zawsze stoją otwo­rem i mam nadzieję, że wszy­scy o tym wie­dzą. Prawda, Laine?

- Oczy­wi­ście. I ow­szem, ślub to nie lada stres. Ostat­nio też poma­ga­łam córce w pla­no­wa­niu, więc coś o tym wiem. Przez lata obser­wo­wa­łam, Sonyu, jak funk­cjo­nu­jesz w obli­czu stresu, toteż byłam zdzi­wiona, kiedy Matt oświad­czył, że prze­ży­wasz kry­zys zwią­zany ze szcze­gó­łami uro­czy­sto­ści.

- Ja prze­ży­wam kry­zys?! - Popeł­ni­łeś błąd, Bran­do­nie, pomy­ślała, pró­bu­jąc zro­bić ze mnie histe­ryczkę. A więc prze­cho­dzimy do zaaran­żo­wa­nego na miej­scu planu B. - No tak, wła­ści­wie można to tak nazwać.

- To nic wsty­dli­wego - pospie­szył z zapew­nie­niem Matt. - Odpocz­niesz i tro­chę o sie­bie zadbasz. Jestem pewien, że nie­ba­wem wyj­dzie­cie z Bran­do­nem na pro­stą.

- Nie­stety, Matt, nie ma takiej moż­li­wo­ści. Prze­ży­wam kry­zys, ow­szem, skoro już tak to uję­li­śmy, ponie­waż w sobotę nie­ocze­ki­wa­nie wró­ci­łam wcze­śniej do domu i zasta­łam Bran­dona w łóżku z moją kuzynką. Wyobraź­cie sobie moje zdu­mie­nie. I wyobraź­cie sobie moje jesz­cze więk­sze zdu­mie­nie, gdy się dowie­dzia­łam, że to nie był ich pierw­szy raz - zamil­kła na moment. - Dla­tego ślubu nie będzie. I nie potrze­buję brać wol­nego z pracy. Przy­cho­dząc tu dziś rano, nie mia­łam zamiaru nikomu zdra­dzać żenu­ją­cych szcze­gó­łów, które stoją za moją decy­zją. Chcia­łam tylko powie­dzieć, że zmie­ni­łam zda­nie w spra­wie ślubu. I popro­sić - bo ta sytu­acja będzie dla mnie krę­pu­jąca - by przez jakiś czas nie przy­dzie­lać mnie i Bran­dona do tego samego zespołu.

- Ale... jesteś pewna tych... oko­licz­no­ści? - Męż­czy­zna zba­ra­niał.

- No bła­gam cię, Matt. - Laine wywró­ciła oczami. - Sonya chyba wie, co widziała na wła­sne oczy. Bar­dzo mi przy­kro to sły­szeć.

- No tak. Nie mam słów... Przy­kro mi. Napi­jesz się her­baty? Mogę zaraz przy­nieść.

- Nie, dzięki. Nic mi nie jest. Naprawdę. Wiem, że to dość nie­przy­jemna sprawa, ale przy­się­gam, że w miej­scu pracy będę się zacho­wy­wać pro­fe­sjo­nal­nie.

- Trzy­mamy cię za słowo - rze­kła Laine. - I tego samego będziemy ocze­ki­wać od Bran­dona. Nie­dawno ukoń­czy­li­ście wspólny pro­jekt.

- Dwa tygo­dnie temu. Na razie nie robimy nic razem.

- I niech tak zosta­nie. Sonyu, jeśli potrze­bu­jesz dnia czy dwóch, żeby dojść do sie­bie i poza­ła­twiać wszystko, co, jak sobie wyobra­żam, masz teraz do zała­twie­nia, możesz oczy­wi­ście wziąć wolne.

To mówiąc, kobieta unio­sła ręce.

- Chęt­nie pomo­żemy, jak tylko się da - dodała.

- Naprawdę dzię­kuję. Mam już pomoc i szcze­rze mówiąc, wola­ła­bym jed­nak popra­co­wać. Prze­pra­szam, że tak nagle to na was spa­dło.

- Tak to wła­śnie jest ze związ­kami mię­dzy kole­żeń­stwem z pracy. - Sze­fowa lekko się uśmiech­nęła. - Kto tego jesz­cze nie widział? No ale... Drzwi zosta­wiam otwarte, Sonyu, jeśli będziesz jed­nak chciała sko­rzy­stać z paru dni wol­nego.

- Bar­dzo dzię­kuje. - Wstała. - Pójdę już do sie­bie.

Nie była zdzi­wiona, zoba­czyw­szy, że mię­dzy gabi­ne­tem a scho­dami czeka na nią Bran­don.

- Musimy poga­dać - powie­dział.

Kiedy się­gnął po jej ramię, odsu­nęła się.

- Nie doty­kaj mnie.

- Nie będziemy tu gadać. - Wska­zał drzwi do sali pre­zen­ta­cji. - Wolę zała­twiać pry­watne sprawy na osob­no­ści.

- W takim razie nie­po­trzeb­nie zadzwo­ni­łeś wczo­raj do Matta i mówi­łeś mu nie­prawdę - posta­wiła się, ale weszła do środka.

- Z całą pew­no­ścią nie mówi­łem nie­prawdy. - Gło­śno zatrza­snął drzwi. - Powie­dzia­łem, że odwo­ła­łaś ślub. Byłaś zła i zestre­so­wana.

- Zapo­mnia­łeś wspo­mnieć, z jakiego powodu.

Bran­don miał dość przy­zwo­ito­ści - a może sprytu - by zro­bić smutną, zawsty­dzoną minę.

- Słu­chaj, Sonyu, nikt się nie czuje gorzej niż ja z powodu tego, co się stało. Popeł­ni­łem potworny błąd, zra­ni­łem cię. Oka­za­łem się słaby i głupi. Spa­ni­ko­wa­łem.

Uśmiech­nęła się - uro­czo, milutko.

- A myśla­łam, że dałeś ciała.

- Pro­szę. - Znowu się­gnął po jej rękę.

- Tylko mnie tknij, a jutro rano obu­dzisz się z zarzu­tami napa­sto­wa­nia i nie­wła­ści­wego zacho­wa­nia w miej­scu pracy. Bądź pewien, że tak będzie.

- Wiem, że jesteś dotknięta i zła. Masz do tego pełne prawo. To, co zro­bi­łem... to była chwila sła­bo­ści. Wywo­łana paniką. Ten ślub, wszyst­kie te kwe­stie, te decy­zje, to wszystko zaczęło mnie przy­tła­czać i spa­ni­ko­wa­łem. Nagle zja­wiła się Tra­cie i... no, jak by to powie­dzieć, wystar­to­wała do mnie. I to od razu na ostro. A ja... no cóż, po pro­stu się pod­da­łem.

To mówiąc, przy­ci­snął dłoń do serca.

- Bła­gam cię o prze­ba­cze­nie - jęk­nął. - Daj mi jesz­cze jedną szansę, a udo­wod­nię ci, ile dla mnie zna­czysz.

- Dałeś ciała, Bran­do­nie, spa­ni­ko­wa­łeś, pod­da­łeś się. Upra­wia­łeś seks z moją kuzynką w naszym wspól­nym łóżku, pod­czas gdy ja odbie­ra­łam próbne wydruki zapro­szeń na nasz ślub. Dowie­dzia­łam się, że pie­przysz się z moją kuzynką w naszym wspól­nym łóżku tylko dzięki temu, że odwo­ła­łam spo­tka­nie z flo­rystką.

- Kocha­nie, to był strasz­liwy błąd. Poświęcę resztę życia, by ci to wyna­gro­dzić. Pro­szę, wybacz mi. To był jeden jedyny kosz­marny błąd. Ona nic dla mnie nie zna­czy. Ty zna­czysz dla mnie wszystko. To był tylko seks.

Popa­trzyła na niego z uwagą, tak, by dostrzec wię­cej niż tylko uro­dzi­wego, zło­tego chłopca. A ponie­waż zoba­czyła jedy­nie oszu­sta i kłamcę, znów zro­biło jej się nie­do­brze.

- Jestem zdu­miona, że sądzisz, że to się może udać. Jestem doprawdy zdu­miona, że myślisz, że jestem aż taka głu­pia.

- Pro­szę o wyba­cze­nie. - Wstyd i smu­tek na jego twa­rzy momen­tal­nie ustą­piły miej­sca obu­rze­niu. - Jak możesz być taka zimna, taka mściwa? Wysła­łaś matkę do Jerry'ego ze wszyst­kimi moimi rze­czami. Powrzu­ca­łaś moje rze­czy do wor­ków na śmieci, tak jakby nic nas ni­gdy nie łączyło.

- Skoń­czyły mi się pudła i walizki.

- Pole­cia­łaś do matki na skargę na nasze życie oso­bi­ste. To żało­sne.

- Nie, jeśli chcesz wie­dzieć, to Tra­cie pole­ciała do swo­jej - która, tak się składa, jest sio­strą mojej matki. Mniej­sza z tym. Masz już swoje rze­czy, z nami koniec.

- Nie powinno cię dzi­wić, że odda­łem się komuś, kto jest cie­pły i pełen pasji, skoro od cie­bie wieje takim chło­dem.

- W takim razie oboje cudem unik­nę­li­śmy nie­szczę­ścia, prawda? Ale idźmy dalej: skoro pró­bo­wa­łeś sprze­dać swoją wer­sję Mat­towi, to wiedz, że wszystko im powie­dzia­łam. Choć wcale nie zamie­rza­łam, bo chcia­łam tylko dać im znać, że ślub odwo­łany. Ale sta­now­czo odma­wiam zwa­la­nia winy na mnie. Dałam słowo, że będę się zacho­wy­wać pro­fe­sjo­nal­nie, jeśli cho­dzi o sto­sunki w pracy, a oni ocze­kują tego samego od cie­bie.

Na twarz Bran­dona ponow­nie wypeł­zło święte obu­rze­nie.

- Nie mogłaś się docze­kać, aż obsma­ru­jesz mnie przed sze­fo­stwem, co? Jestem tylko czło­wie­kiem. Tra­cie mnie dopa­dła i przy­gwoź­dziła, a ja jestem tylko czło­wie­kiem.

- Tylko ten jeden raz?! A co z poprzed­nią sobotą?... Albo z tą dwa tygo­dnie temu?... Wtedy też byłeś tylko czło­wie­kiem? Kiedy barasz­ko­wa­li­ście razem na golasa?

- Szpie­go­wa­łaś mnie? To tak roz­wią­zu­jesz pro­blemy? Szpie­go­wa­niem? To żało­sne.

- Nie musia­łam tego robić. Nie­zbyt dobrze zatar­li­ście po sobie ślady. Mię­dzy nami koniec, Bran­don. Teraz chcę po pro­stu dalej żyć i pro­po­nuję, żebyś ty zro­bił to samo.

- Jeżeli sądzisz, że plot­ko­wa­nie o tym w fir­mie ujdzie ci na sucho...

- Nie zamie­rzam o tym z nikim gadać. Myśl sobie, co chcesz. Odwo­ła­łam lokal, zespół muzyczny i tak dalej. Wszystko. Wyślę ci rachu­nek na połowę bez­zwrot­nych zali­czek.

- Powo­dze­nia. Nie wycią­gniesz ode mnie ani centa.

- Tak się domy­śla­łam. Cóż, zali­czę to więc w poczet nie­uda­nych inwe­sty­cji. A teraz zejdź mi z drogi, Bran­don. Idę do pracy.

- Nie masz na palcu pier­ścionka ode mnie. Chcę go z powro­tem.

Kiedy się uśmiech­nęła, zro­biła to z prze­ko­na­niem - tak wielką czuła satys­fak­cję.

- W tym miej­scu powtó­rzę twoje słowa: powo­dze­nia. Praw­nie pier­ścio­nek należy do mnie. Sprze­dam go, a pie­nią­dze wpłacę na schro­ni­sko dla kobiet doświad­cza­ją­cych prze­mocy. Musisz się teraz prze­su­nąć, Bran­do­nie, w prze­ciw­nym razie zadzwo­nię do Laine i zgło­szę na cie­bie skargę.

Odsu­nął się na bok.

- Poża­łu­jesz tego - syk­nął, kiedy otwo­rzyła drzwi.

- Nie, nie poża­łuję. Ale rze­czy­wi­ście żałuję, że zmar­no­wa­łam ponad rok życia na kogoś takiego jak ty.

Uznała sprawę za zała­twioną, zamkniętą.

Pozo­stałą część pro­duk­tyw­nie spę­dzo­nego dnia zajęła jej fina­li­za­cja pro­jektu dla Baby Mine. Następ­nie zajęła się dru­gim klien­tem - firmą Ket­te­ring - i zaczęła two­rzyć nowe tablice inspi­ra­cji, poka­zy­wać je kole­gom, a na koniec przed­sta­wiła swoją wizję dyrek­to­rowi arty­stycz­nemu pro­jek­tów.

Zauwa­żyła miny - zwłasz­cza tych kole­gów, któ­rzy uda­wali, że nie patrzą. Zauwa­żyła nie­zręczne prze­rwy w roz­mo­wach, kiedy prze­cho­dziła.

Podej­rze­wała, że Bran­don zro­bił dokład­nie to, o co ją oskar­żył. Prze­krę­cił histo­rię tak, by zwa­lić całą winę na Sonyę, co było oczy­wi­stą nie­prawdą.

Ani myślała pozwa­lać, by to jakoś na nią wpły­nęło. Wie­działa, że za tydzień, dwa wszy­scy i tak prze­staną o tym gadać.

Prze­brnęła przez tydzień, jeden i drugi, wresz­cie mie­siąc. I jesz­cze dwa tygo­dnie.

Za każ­dym razem, kiedy myślała, że sprawa przy­ci­chła, Bran­don znowu ją odgrze­wał.

Ba, dotarły do niej nawet plotki, że to ona zdra­dziła. I że ich wła­sna asy­stentka ślubna nazwała ją Pie­kielną Zdzirą Młodą.

Tym razem, w prze­ci­wień­stwie do romansu z kuzynką, dosko­nale zacie­rał po sobie ślady. Plotki wyda­wały się wyska­ki­wać dosłow­nie zni­kąd. I wcale nie cichły.

Ktoś podra­pał karo­se­rię jej samo­chodu.

Pew­nego dnia ran­kiem nie zna­la­zła na kom­pu­te­rze zapi­sa­nego wcze­śniej pro­jektu, a plik z kopią zapa­sową dziw­nie uległ uszko­dze­niu.

Odtwo­rze­nie pracy zajęło jej pięt­na­ście godzin, a kiedy póź­nym wie­czo­rem pół­żywa wyszła wresz­cie z biura, w żad­nym z kół jej samo­chodu nie było powie­trza.

Świa­do­mość, kto za tym stoi, nie wystar­czała. Nie mogła niczego udo­wod­nić. Ale miała już tego ser­decz­nie dość.

Następ­nego dnia zapu­kała do gabi­netu Laine.

- Prze­pra­szam - zaczęła. - Musimy poroz­ma­wiać.

- Pro­szę, sia­daj. - Kobieta gestem wska­zała miej­sce. - Wyglą­dasz na zmę­czoną.

- Bo jestem. Pra­co­wa­łam do pół­nocy. Nad pro­jek­tem dla Happy Pet. Pro­jekt, który już pra­wie zamknę­łam, prze­padł. Wypa­ro­wał. Znik­nął mi z kom­pu­tera. A pliki zapa­sowe nie dawały się otwo­rzyć. To nie żaden błąd użyt­kow­nika, Laine. Nie myśl sobie. Wiesz chyba, że jestem wię­cej niż ostrożna. Wszy­ściu­teńko odtwo­rzy­łam, a nawet w nie­któ­rych miej­scach ulep­szy­łam, ale kiedy wyszłam z pracy, nie mia­łam powie­trza w kołach.

- Boże! Sonyu.

- Wiem, że cza­sami się sły­szy plotki. Więk­szość ludzi w nie nie wie­rzy. Ale zawsze jest tych parę osób... Długo to zno­si­łam. I na­dal bym mogła. Tym razem jed­nak cho­dzi o moją pracę. Kawał naprawdę cięż­kiej pracy. Gdy­bym nie zdo­łała w krót­kim cza­sie odtwo­rzyć pro­jektu, praw­do­po­dob­nie stra­ci­li­by­śmy klienta. A opony nie były prze­bite. Ktoś po pro­stu spu­ścił z nich powie­trze. Tak czy ina­czej, musia­łam wró­cić do domu ube­rem i wezwać wul­ka­ni­za­tora.

- Tak mi przy­kro. Poroz­ma­wiam z Bran­do­nem.

- Pro­szę, nie. Nie mogę mu niczego udo­wod­nić. I nie udo­wod­nię. Byłby wstrzą­śnięty i zbul­wer­so­wany. Że on to zro­bił? Niby dla­czego? Prze­cież nie zatrzy­mał się w miej­scu, żyje dalej.. Czy nie spo­tyka się z innymi kobie­tami? - Wzru­szyła ramio­nami. - To się nie skoń­czy, póki oboje tu pra­cu­jemy.

- Sonyu, nie mogę zwol­nić Bran­dona tylko dla­tego, że ist­nieje moż­li­wość - a nawet praw­do­po­do­bień­stwo - że miał udział w tym, co się stało.

- Nie pro­szę o to. Ani tego nie ocze­kuję. Wiem, że jest wyjąt­kowo dobry w tym, co robi.

- Ow­szem. Tak jak ty. Nad­szedł czas zwo­łać naradę wszyst­kich pra­cow­ni­ków.

- Nie, Laine, nad­szedł czas, żebym to ja zre­zy­gno­wała z pracy. Myśla­łam, że jakoś to prze­trwam. Ale w tym momen­cie boję się już przy­cho­dzić do pracy. Uwiel­bia­łam tu pra­co­wać. A teraz się boję.

- Znaj­dziemy na to jakiś spo­sób, Sonyu. Wiesz, jak bar­dzo cię cenimy.

- Wiem, ale nie chcę, żeby­ście szu­kali spo­sobu. Ty i Matt zbu­do­wa­li­ście świetną firmę, a ja zawsze będę wdzięczna, że mogłam ją współ­two­rzyć. Po pro­stu nie mogę tu dłu­żej pra­co­wać. Dla­tego skła­dam wypo­wie­dze­nie. Dwa tygo­dnie. Może być dłu­żej, jeżeli potrze­bu­je­cie, ale Gina Tallo, koja­rzysz ją? Jest gotowa na awans. Mogę z nią popra­co­wać przez te dwa tygo­dnie. A potem muszę odejść, Laine. Dla wła­snego dobra. Muszę.

Kobieta usia­dła.

- To jest fatalne. Po pro­stu fatalne.

- Tak, wiem. Ale Laine, wierz mi, jestem taka nie­szczę­śliwa. A nie chcę być nie­szczę­śliwa w pracy. Nie chcę wsta­wać co rano z bólem brzu­cha, bo muszę iść do pracy. Potrze­buję zmiany.

- Więc przej­dziesz do kon­ku­ren­cji. Bar­dzo tego nie chcę, ale damy ci z Mat­tem dosko­nałe refe­ren­cje. Nie chcemy, żebyś była nie­szczę­śliwa. Jestem wście­kła, że doszło do tego, że tak się wła­śnie czu­jesz.

- Myślę, że tak będzie dla mnie naj­le­piej. I nie pla­nuję iść do kon­ku­ren­cji, przy­naj­mniej na razie. Zostanę fre­elan­cerką. Potrze­buję tro­chę czasu i swo­body. Muszę się prze­ko­nać, co zdo­łam zdzia­łać na wła­sny rachu­nek.

Laine odchy­liła się do tyłu i spoj­rzała w sufit.

- Stra­cimy klien­tów. Bar­dzo mi się to nie podoba.

- Nie będę pra­co­wać dla klien­tów By Design.

- Jeśli tak, to jesteś głu­pia. Nie bądź głu­pia. Przej­mij Baby Mine, one się roz­wi­jają. Potrak­tuj to jako pre­zent - dodała, zanim Sonya zdą­żyła jej odpo­wie­dzieć. - A wła­ści­wie nie jako pre­zent, bo prze­cież przy­szli do cie­bie - kon­kret­nie do cie­bie - z pole­ce­nia innego klienta, któ­rego dla nas obsłu­gi­wa­łaś. Więc mówię ci, że to twój klient, a Matt się ze mną zgo­dzi.

- Dzię­kuję. Naprawdę. To wię­cej, niż mogłam pro­sić.

- W spra­wie Giny masz rację. Przy­glą­damy się jej od jakie­goś czasu. Potrze­buje jesz­cze tro­chę pod­szli­fo­wać umie­jęt­no­ści, ale dopil­nu­jemy tego. A teraz mnie posłu­chaj. Mówię to pry­wat­nie, bo mam córkę w twoim wieku. Masz nie­wy­ko­rzy­stane dwa tygo­dnie urlopu. Pla­no­wa­łaś podróż poślubną i teraz możesz świę­to­wać, że w nią nie poje­cha­łaś. Zrób sobie waka­cje. Dzi­siej­szy dzień poświęć na dopro­wa­dze­nie pro­jek­tów, nad któ­rymi pra­cu­jesz, do takiego stanu, żeby dało się je prze­ka­zać komuś innemu. A potem wyjdź stąd i bądź szczę­śliwa.

- Nie mogę was zosta­wić na lodzie.

- Nie zosta­wiasz na lodzie. A wła­ści­wie, do dia­bła, tak, zosta­wiasz, ale wszystko jedno, czy dziś, czy za dwa tygo­dnie. Jesteś zdolna i bar­dzo rze­telna. My z Mat­tem dokoń­czymy twoje pro­jekty - jesz­cze pamię­tamy, jak to się robi. Zadbamy też o Ginę, żeby zdo­była ostat­nie szlify. I będzie nam cię cho­ler­nie bra­ko­wało. - Mach­nęła ręką w powie­trzu. - Tylko nie płacz, bo ja też się zaraz roz­pła­czę. Dopra­cuj do końca dnia. I bądźmy w kon­tak­cie.

- Dobrze. Tyle wam zawdzię­czam.

- Musisz się nam odpła­cić - tym, że przy­nie­siesz nam chlubę.

Kiedy Sonya wyszła, Laine usia­dła i znowu zapa­trzyła się w sufit. Po dłu­gim wes­tchnie­niu rzu­ciła w powie­trze:

- A niech to szlag.

Rozdział 3

Sonya z tru­dem brnęła przez ten dzień. Choć daro­wała sobie lunch, by nie tra­cić czasu i dopro­wa­dzić ostat­nie pro­jekty do stanu umoż­li­wia­ją­cego bez­pieczne prze­ję­cie przez inną osobę, zamie­niła słowo z kole­gami i kole­żan­kami w fir­mo­wej kuchni.

Swo­bod­nie. Jak gdyby ni­gdy nic.

Nagle, w trak­cie wyko­ny­wa­nia jakiejś czyn­no­ści, uświa­do­miła sobie, że w sercu już się pogo­dziła z tym, co się stało, i ruszyła dalej. Stres znik­nął.

Pod koniec dnia spa­ko­wała do pudła swoje rze­czy: wła­sne przy­bory, zapa­sowe aku­mu­la­tory, łado­warki, przy­cisk z flu­orytu, który dostała od Cleo, fio­łek afry­kań­ski i wszel­kie dro­bia­zgi, dzięki któ­rym czuła się w pracy jak w domu.

Jedno pudło, pomy­ślała, wystar­czy, by zmie­ścić całe sie­dem lat, w tym dwa lata stażu, zawo­do­wego życia w By Design.

Czyli, jak dotąd, całość jej zawo­do­wego życia.

Wybrała się na ostat­nią prze­chadzkę po biu­rze. Gdy wró­ciła, w drzwiach jej pokoju sta­nął Matt.

- Chcia­łem zacze­kać, aż... Laine mówiła, że już posta­no­wi­łaś i masz wystar­cza­jące powody. Czuję, że nie oka­za­łem ci dość wspar­cia. Że powi­nie­nem był to jakoś roz­wią­zać.

- Nie, nie. To była kiep­ska sytu­acja. Dla mnie nie­moż­liwa do znie­sie­nia. No i gdyby nie ty i Laine, ni­gdy nie spró­bo­wa­ła­bym pracy na wła­sną rękę.

- Obie­ca­łem jej, że nie będę na cie­bie naci­skał, więc nie będę. Cho­ciaż chciał­bym. Daj, wezmę to.

Wyjął z jej rąk pudło i wyszli - przez biura i przez Wylę­gar­nię.

- Pamię­taj, żeby za nami tęsk­nić - rzu­cił.

- Już tęsk­nię. - Na dwo­rze ude­rzył w nią świeży podmuch jesien­nego wia­tru. Przy­szło jej naraz do głowy, że gdyby nie odwo­łane spo­tka­nie z flo­rystką, byłaby teraz w trak­cie podróży poślub­nej do Paryża.

- Gdy­byś potrze­bo­wała rady - rzekł Matt - albo kogoś, komu można się wypła­kać, albo towa­rzy­stwa do kie­liszka, dzwoń. - Wło­żył pudło do jej samo­chodu i się odwró­cił. - Zamie­rzam cię uści­skać.

- A ja cie­bie.

Przy­tu­lił ją mocno i długo.

- Nie powi­nie­nem tego mówić, ale powiem. On tu długo nie popra­cuje. Nie wytrzyma. Jest zdolny i ma doświad­cze­nie, ale poka­zał, że jest nie­uczciwy, małost­kowy i, cho­lera, mściwy. Nie zabawi u nas długo.

- Chcia­ła­bym powie­dzieć, że mi wszystko jedno, ale jakoś nie mogę.

- Idź i zawo­juj świat. - Odsu­nął się. - Bo wiem, że tak będzie. Gdy­byś kie­dyś chciała wró­cić, drzwi zawsze będą stały dla cie­bie otwo­rem.

- Kiedy pierw­szy raz przez nie prze­szłam jako sta­żystka na ostat­nim roku col­lege'u, mia­łeś muszkę w kropki.

- A, tak, był czas, że nosi­łem muszki. Może trzeba do tego wró­cić.

- I powie­dzia­łeś, że jeśli nie będę cze­goś wie­działa, mam po pro­stu pytać. Ni­gdy nie mia­łam pro­blemu, żeby do cie­bie pójść i to zro­bić.

- Nic się nie zmie­nia.

Poca­ło­wała go w poli­czek i wsia­dła do samo­chodu. Kiedy odje­chała, pozwo­liła sobie na uro­nie­nie paru łez.

Zamiast do domu skie­ro­wała się w prze­ciwną stronę - do zadba­nego, pię­tro­wego domu mamy z maleń­kim jak zna­czek pocz­towy ogród­kiem. Tu, w tej zie­lo­nej dziel­nicy, dora­stała. Bawiła się na tym podwórku, a potem, kiedy pod­ro­sła, kosiła trawę.

Na tym chod­niku ojciec ją uczył jeź­dzić na dwu­ko­ło­wym rowe­rze - dosko­nale to pamię­tała.

"Trzy­mam cię, Sonyu, kręć peda­łami. Nie pusz­czę".

I nie puścił. Biegł obok niej, aż zawo­łała: "Puść, tato, już umiem! Puść!".

Musiał za nią wtedy patrzeć, pomy­ślała teraz. Czy czuł dumę, strach, a może doj­mu­jący żal, kiedy tak chwiej­nie odjeż­dżała na tym swoim różo­wym rowerku z bia­łym pla­sti­ko­wym koszy­kiem na kie­row­nicy?

Widziała go teraz oczyma duszy - bar­dzo wyraź­nie - jak bie­gnie do miej­sca, w któ­rym zdy­szana i zachwy­cona suk­ce­sem przy­sta­nęła na końcu chod­nika.

Jego jasne włosy roz­wie­wał cie­pły wio­senny wia­te­rek. Włosy, któ­rych jak się oka­zało - ni­gdy nie miała przy­pró­szyć siwi­zna. Wysoki, gibki, w sile wieku, o dłu­gich ramio­nach i nogach oraz wąskich dło­niach - podob­nych do jej dłoni. Dło­niach arty­sty.

Męż­czy­zna, który miał umrzeć trzy krót­kie lata póź­niej.

To był wypa­dek, tra­ge­dia. Malo­wał mural na budynku w cen­trum. Zawa­liło się rusz­to­wa­nie - i tak oto jej matka została wdową.

Sonya zapar­ko­wała na wąskim pod­jeź­dzie za samo­cho­dem matki. Zasta­na­wiała się, czemu te wspo­mnie­nia zalały ją aku­rat teraz. Uznała, że cho­dzi zapewne o nastrój. Rzu­ca­nie pracy nie rów­nało się wpraw­dzie śmierci, ale też nio­sło dra­styczną zmianę.

Czer­wony klon przed pię­tro­wym domem o nie­bie­skiej drew­nia­nej ele­wa­cji pło­nął kolo­rami jesieni. Nie­które z ogni­stych liści już opa­dły, a paź­dzier­nik miał wkrótce otrzą­snąć z gałęzi te, które jesz­cze pozo­stały.

Naroż­niki domu roz­świe­tlały kępy żół­tych chry­zan­tem, a ponie­waż nie ist­niało święto, któ­rego Win­ter Mac­Ta­vish by nie kochała, przy bia­łych drzwiach leżały oka­załe poma­rań­czowe dynie.

Bli­żej Hal­lo­ween mama wydrąży je i zrobi z nich latar­nie, wycią­gnie też stary szkie­let, chi­cho­czącą wiedźmę na mio­tle, włoży strój i będzie wrę­czać dzie­cia­kom sąsia­dów naj­więk­sze tabliczki cze­ko­lady Her­shey's.

Sonya nie zapu­kała. Ni­gdy nie pukała do tych drzwi.

W salo­nie pach­niało jesien­nymi kwia­tami - ich bukiet stał w wazo­nie - i dymem z drewna tlą­cego się w kominku.

Jeden z obra­zów ojca wisiał wła­śnie nad komin­kiem, czyli tam, gdzie zawsze, a przy­naj­mniej odkąd Sonya się­gała pamię­cią.

*

Spo­wity we mgle las, głę­boka zie­leń cieni i cętki świa­tła, pada­jące na ścieżkę tak, że wyda­wała się mie­nić zło­tem. Po pra­wej stro­nie ścieżki szem­rał stru­mień, w któ­rym woda wartko prze­ta­czała się po kamie­niach, two­rząc nie­wiel­kie sre­brzy­ste kaskady.

Chciała wie­dzieć, dokąd wie­dzie ta ścieżka, a kiedy zapy­tała, tata odpo­wie­dział: "Dokąd tylko zechcesz".

"Może wła­śnie jestem na tej ścieżce i się nie­długo dowiem", pomy­ślała wtedy.

Ponie­waż dobrze znała swoją mamę, ruszyła wprost do kuchni, woła­jąc ją po dro­dze po imie­niu.

- Sonya?! - zawo­łała Win­ter. - Co za nie­spo­dzianka!

Po powro­cie z pracy prze­brała się już w wygodny dres i spor­towe buty. Powi­tała córkę szyb­kim uści­skiem.

- Wła­śnie się zasta­na­wia­łam, co z kola­cją - rzu­ciła zachę­ca­jąco. - Jadłaś już?

- Nie, jadę pro­sto z pracy.

- No to mam powód, by wyjąć z zamra­żarki tę resztę zupy z zeszłego tygo­dnia. Rosół z warzy­wami, co ty na to?

- Brzmi dosko­nale.

- Może wyj­miesz butelkę bia­łego wina z chło­dziarki? Napi­jemy się po kie­liszku, póki zupa się nie pod­grzeje.

- Brzmi jesz­cze lepiej.

- No to mów. Wszystko, co masz do powie­dze­nia.

Sonya wyjęła białe wino ze spe­cjal­nej chło­dziarki, którą przy oka­zji remontu kuchni mama zamon­to­wała pod bla­tem.

Tak naprawdę była to jedyna zmiana, jaką Win­ter wpro­wa­dziła do domu po śmierci męża.

- A co? Nie mogę po pro­stu wpaść prze­jaz­dem do mamy?

- No możesz i cza­sem wpa­dasz. Ale - tu Win­ter stuk­nęła pal­cem w nos córki - znam tę minę.

Na co Sonya, zysku­jąc na cza­sie, zajęła się kor­ko­cią­giem i kie­lisz­kami.

- Wiesz, że mia­łam tro­chę kło­po­tów w pracy - powie­działa w końcu. - Sądzi­łam, że uda się je zigno­ro­wać i że ludzie, z któ­rymi pra­cuję, nie są idio­tami. Ale tak naprawdę to ni­gdy nie przy­ci­chło. I znowu - cho­dziło głów­nie o małe rze­czy. Małe, ale dokucz­liwe.

- Oka­zało się, że w środku Bran­don jest bar­dzo brzyd­kim czło­wie­kiem, prawda?

- Dosko­nale mu to wycho­dzi. - Lekko się śmie­jąc, nalała wina. - Jest taki gładki w obej­ściu, zawsze taki uprzejmy, no i przy tym taki pro­fe­sjo­nalny. Ale...

Upiła łyk wina i oparła się o kuchenną wyspę.

- Ale jed­no­cze­śnie bez­względny, po pro­stu bez­względny. Cho­dzi mu tylko o to, żeby mi odpła­cić - a raczej odpła­cać w nie­skoń­czo­ność - za sytu­ację, w jakiej go rze­komo posta­wi­łam. Wczo­raj, kiedy przy­szłam do pracy, pro­jekt, który mia­łam na ukoń­cze­niu, znik­nął mi z kom­pu­tera. Dosłow­nie znik­nął.

- To nie bez­względ­ność, to mści­wość.

- Co gor­sza, pliki zapa­sowe też były uszko­dzone. Na szczę­ście na­dal mia­łam fizyczną tablicę inspi­ra­cji, no bo jej znisz­cze­nie byłoby już zbyt rażące. Ale wstępne szkice też znik­nęły. Musia­łam wszystko odtwa­rzać w zasa­dzie z pamięci. Pra­co­wa­łam aż do pół­nocy.

- Nic dziw­nego, że wyglą­dasz na zmę­czoną. Co za drań. Wiesz, że to jego sprawka.

- Ow­szem, wiem, ale nie mam na to dowo­dów. Tak samo jak na to, że spu­ścił mi powie­trze z opon - wszyst­kich czte­rech - o czym się prze­ko­na­łam, kiedy wyszłam o pół­nocy z pracy.

- Na Boga, Sonyu! To już prze­stęp­stwo. Zawia­do­mi­łaś poli­cję?

- Wezwa­łam ubera i ow­szem, zgło­si­łam sprawę na poli­cję. Ale to doni­kąd nie pro­wa­dzi, mamo. Powin­nam była mu oddać ten pier­ścio­nek, a nie go sprze­da­wać, a pie­nią­dze prze­ka­zy­wać na cel dobro­czynny. Może gdy­bym tak zro­biła, toby odpu­ścił. Ale ja mia­łam ochotę mu zade­mon­stro­wać, że będzie ina­czej, niż sobie życzy, więc...

- To nie ty tu jesteś winna. Nie chcę nawet sły­szeć, że bie­rzesz to na sie­bie.

- Winy na sie­bie nie biorę, ale przy­znaję, że się prze­li­czy­łam. Boże, mamo, nie chcę, żebyś była mną roz­cza­ro­wana.

- Jak­że­bym mogła.

Sonya zaczerp­nęła powie­trza i zamil­kła.

- Rzu­ci­łam pracę - oznaj­miła po chwili.

- Dziecko. - Win­ter odsta­wiła kie­li­szek i oto­czyła ją ramio­nami.

- Myśla­łam, że wytrzy­mam, ale nie wytrzy­ma­łam. Nie prze­mo­głam się. Dałam mu satys­fak­cję. Wygrał.

- Natych­miast prze­stań. - Matka się odsu­nęła i lekko potrzą­snęła córką. - Niczego nie wygrał. To nie jest żadna rywa­li­za­cja. Postą­pi­łaś tak, jak dla cie­bie naj­le­piej. Och, jak ja bym chciała, żeby zwol­nili tego dra­nia.

- Za co? Za to, że mnie zdra­dził? Jesteś asy­stentką w kan­ce­la­rii adwo­kac­kiej. Wiesz prze­cież, że to nie jest pod­stawa do tego, żeby kogoś zwol­nić. A te inne rze­czy? Był ostrożny i nie zosta­wiał żad­nych śla­dów. A Matt i Laine? - Pokrę­ciła głową, pode­szła do wyso­kiego stołka przy bla­cie i usia­dła. - Zro­bili, co mogli. Wiem, że roz­ma­wiali z Bran­do­nem. Co na dłuż­szą metę tylko pogor­szyło sprawę. Oddali mi klienta, młodą, star­tu­jącą firmę, którą obsłu­gi­wa­łam. Dali mi też dwa tygo­dnie płat­nego urlopu, nie będę przy­cho­dzić do pracy. Nie musieli tego robić.

- Też nie są winni. Winny jest tylko i wyłącz­nie on. A co chcesz robić teraz?

- Zostanę fre­elan­cerką. Myśla­łam o tym od paru tygo­dni i wczo­raj pod­ję­łam decy­zję. Mam oszczęd­no­ści, doświad­cze­nie, kon­takty. Mam też klienta - Baby Mine, jeśli będą potrze­bo­wali moich usług. To świetna mała firma, dobrze nam się współ­pra­co­wało. Pokażę ci.

Sonya wzięła leżący na wyspie tablet matki i wyszu­kała stronę.

- Rany, jakie to śliczne. A te ubranka! Koniecz­nie muszę zna­leźć jakie­goś dzi­dziu­sia, żeby móc je kupić! Cze­kaj, Sylvii z pracy na początku grud­nia rodzi się pierw­sza wnuczka. Wyślę jej link do tego sklepu.

- Dobry pomysł.

- Wszystko ręcz­nie szyte! Och, a te małe cza­peczki! Z kocimi uszkami!

Sonya patrzyła, jak nastrój matki popra­wia się w trak­cie prze­glą­da­nia. Strona była przy­ja­zna dla użyt­kow­nika i łatwa w nawi­ga­cji na urzą­dze­niach mobil­nych.

- Wyślę tylko ten link. Jesteś bar­dzo zdolna. Masz arty­styczne geny po ojcu.

- Ach, chcia­ła­bym malo­wać tak jak on.

- Malu­jesz prze­pięk­nie, jeśli tylko chcesz, ale to nie twoja pasja. Twoją pasję widać tutaj. Ta strona jest wspa­niała. Sylvia się zako­cha, a twoje klientki dostaną duże zamó­wie­nie. Dobrze, to zjedzmy zupę i poroz­ma­wiajmy o twej wła­snej fir­mie.

- Nie jestem pewna, czy jed­no­oso­bowa dzia­łal­ność zasłu­guje na miano firmy.

- Oczy­wi­ście, że tak. Aha, i oczy­wi­ście nie jestem adwo­ka­tem zemsty, ale znasz to powie­dze­nie?

- Jakie?

- Wiesz, co jest naj­lep­szą zemstą? - Win­ter unio­sła brwi. - Suk­ces. A ty go odnie­siesz.

- No, w każ­dym razie na pewno się posta­ram. Ale zanim się znów pogrążę w pracy, zamie­rzam sobie zro­bić długi week­end. Długi week­end w spa.

- Bar­dzo dobrze, bo dokład­nie tego potrze­bu­jesz.

- Zabie­ram mamę, naj­lep­szą przy­ja­ciółkę i jej mamę też, o ile będzie mogła.

- O, nie, Sonyu, prze­cież nie możesz sobie na to pozwo­lić. Zwłasz­cza teraz.

- Nie jadę na zakupy do Paryża, prawda? Nie wyda­łam for­tuny na bur­żuj­ski ślub na pokaz, któ­rego w rze­czy­wi­sto­ści wcale nie pra­gnę­łam. Sprze­da­łam tę cho­lerną suk­nię ślubną za sześć­dzie­siąt pro­cent ceny. A Cleo udało się odzy­skać pra­wie osiem tysięcy z zali­czek.

- Sprytna bestia.

- Więc zabie­ram mamę, sprytną bestię i jej mamę na week­end do spa. Potrze­buję wła­śnie tego typu roz­pu­sty. Nie wolno ci odmó­wić.

- W takim razie nie odma­wiam. Napisz lepiej do Cleo, żeby spy­tała Melly.

- Zakła­dam wła­śnie grupę dla naszej czwórki i zaraz spró­buję nam zare­zer­wo­wać noc­legi w Ripe Plum.

- To ten ośro­dek nad morzem? Łał. Kiedy moja córeczka chce sobie dogo­dzić, to wie jak.

- O to cho­dzi. Byłam taka nie­szczę­śliwa, mamo, że teraz, kiedy już prze­sta­łam, czuję ulgę. Ależ ta zupa pach­nie.

*

Pod­nie­siona na duchu odwie­dzi­nami, gorącą zupą, wspar­ciem - oraz fak­tem, że choć week­endy były już zajęte, udało jej się zare­zer­wo­wać trzy noce w Ripe Plum - Sonya padła do łóżka tuż po dzie­wią­tej i spała jak zabita całe dwa­na­ście godzin.

Obu­dziła się z nowym poczu­ciem sensu. I nowym pla­nem w gło­wie.

Pierw­szy krok: nawią­zać kon­takt z sio­strami i ich pra­cow­nią.

Dwa­dzie­ścia minut póź­niej pod­sko­czyła, wycią­ga­jąc w górę pięść w zwy­cię­skim geście. Sio­stry nie tylko chciały na­dal z nią współ­pra­co­wać, lecz podały też namiary na dwóch nowych poten­cjal­nych klien­tów.

Pra­co­wała z nimi już na tyle długo, by poznać ich styl pracy i dzia­ła­nia. One nie zwle­ka­łyby z kon­tak­tem z poten­cjal­nym nowym klien­tem. Odcze­kała więc godzinę, a w tym cza­sie pobież­nie opra­co­wała sobie logo, zapro­jek­to­wała wizy­tówkę, zarys strony inter­ne­to­wej i gra­ficzną stronę konta w mediach spo­łecz­no­ścio­wych.

W połu­dnie roz­le­gło się stu­ka­nie do drzwi.

- Przy­by­wam z muf­fi­nami dynio­wymi i mac­chiato. - Cleo pod­nio­sła papie­rową torbę z jedze­niem i prze­krzy­wiła głowę. - No, no. Aż miło na cie­bie popa­trzeć. Nie widzia­łam u cie­bie tej miny od tygo­dni. Od wielu tygo­dni.

- Jakiej miny?

- Zado­wo­lo­nej. Zado­wo­lo­nej jak jasna cho­lera. A ja się bałam, że zastanę cię w zaawan­so­wa­nym sta­dium kry­zysu pod tytu­łem "Co ja, do dia­bła, zro­bi­łam".

- Dosko­nale wiem, co zro­bi­łam. - Wcią­gnęła ją do środka. - Zro­bi­łam to, że mam już dwóch klien­tów, a jest spora szansa, że przy­bę­dzie mi i trzeci.

- Tak szybko?

- Tak szybko. Myślę też, że mam już logo, któ­rego oczy­wi­ście potrze­buję, by wyge­ne­ro­wać umowy z tymi klien­tami, skoń­czyć pro­jek­to­wać stronę i tak dalej. Abso­lut­nie muszę poznać twoją opi­nię. Tylko szczerą. Zacze­kaj chwilę.

Kiedy Sonya pobie­gła do gabi­netu, Cleo roz­pa­ko­wała kawę i muf­finy.

- Okej. Pro­szę bar­dzo - powie­działa po powro­cie. - Tylko szcze­rze, Cleo. Bo uwaga: to logo ma śpie­wać.

Otwo­rzyła szki­cow­nik.

Wid­niał w nim gruby wie­niec z płat­ków kwia­tów w śmia­łych kolo­rach - czer­wo­nym, nie­bie­skim, żół­tym i zie­lo­nym - nało­żo­nych na sie­bie war­stwami tak, że zda­wały się otwie­rać w trzech wymia­rach. Nad wień­cem było wyka­li­gra­fo­wane kobie­cym, peł­nym zawi­ja­sów pismem "Visual Art", a w środku "by Sonya".

- Tylko bła­gam, nie mów mi tego, co chcia­ła­bym usły­szeć.

- Przy­kro mi, ale muszę. Jest ide­alne. Fan­ta­styczne. Okrąg to sym­bol mocy, do tego nasy­cone barwy. Płatki nadają mu trzeci wymiar i przy­cią­gają wzrok. A pochyłe, kobiece pismo z zawi­ja­sami spaja wszystko w całość. Logo jest dobrze wywa­żone, cie­kawe i prze­bie­gle wyko­rzy­stuje biel.

- Nie chcia­łam ostrych kan­tów ani niczego zbyt ele­ganc­kiego i nowo­cze­snego, wyszu­ka­nego czy zbyt tra­dy­cyj­nego. Nie chcia­łam niczego prze­sło­dzo­nego ani typowo dziew­czyń­skiego. Podo­bały mi się płatki jako nawią­za­nie do kobie­co­ści.

- Bar­dzo trafne. Kur­czę, Sonyu, widzę, że naprawdę wystar­to­wa­łaś. I z miej­sca dałaś czadu.

- Będę pro­jek­to­wać nową stronę inter­ne­tową dla pisarki. Jej pierw­sza książka wycho­dzi w listo­pa­dzie. Obecna strona do niczego się nie nadaje, nie ma tam na czym oka zawie­sić. Męczę ją, żeby mi od razu pozwo­liła prze­ro­bić media spo­łecz­no­ściowe. Które też są do kitu. Mam tylko nadzieję, że jej książka taka się nie okaże. Ma mi wysłać wstępną wer­sję.

- Cóż, naj­wy­żej będziesz kła­mać.

- Przy­szłaś mi pal­nąć gadkę moty­wa­cyjną?

- Tak. Ale widzę, że nie­po­trzeb­nie. Mamy kawę i muf­finy. Możesz sobie zro­bić chwilę prze­rwy?

- Jasne. I dzięki. Za nie­po­trzebną mowę moty­wa­cyjną, za kawę i za muf­finy. Prze­me­blo­wa­łam biuro, tak żeby zwol­nić ścianę. Chcę tam mieć ekran, już go sobie zamó­wi­łam. Będę na niego rzu­cać efekty mojej pracy. Jak­bym robiła pre­zen­ta­cję, z tym że sama dla sie­bie. Chcesz zoba­czyć?

- Pod warun­kiem, że będę mogła zasu­ge­ro­wać poprawki zgod­nie z feng shui.

- Dobra, niech ci będzie. Cleo, mam nadzieję, że cię to nie wku­rzy, ale Bran­don wyświad­czył mi przy­sługę. Gdyby nie on, ni­gdy bym się na to nie zde­cy­do­wała. A dziś? Naprawdę czuję, że to coś dla mnie. Coś, co zawsze chcia­łam robić.

- Przy­sługą bym tego nie nazwała, ale powiedzmy, że jego chu­jo­wa­tość pchnęła cię we wła­ści­wym kie­runku.

- O, to to. Chodź, pokażę ci.

*

Trzy tygo­dnie póź­niej Sonya miała już gotową, w pełni aktywną stronę inter­ne­tową dla pisarki, któ­rej książka nie oka­zała się cał­ko­wi­tym chła­mem. Zapro­jek­to­wała też reklamę świą­teczną dla Baby Mine, a także zapro­sze­nia na ślub (co za iro­nia!) dla sio­strze­nicy sąsiadki.

Nim nade­szły święta, miała już na warsz­ta­cie trzy kolejne strony inter­ne­towe, zapro­jek­to­wała dwie okładki ksią­żek i kilka reklam inter­ne­to­wych.

Rok, który - jak się oba­wiała - miał być naj­gor­szy w jej życiu, zamknęła z uczu­ciem zwy­cię­stwa.

Może tro­chę bolały ją mniej­sze zarobki i brak dodat­ko­wych korzy­ści pły­ną­cych ze sta­łego zatrud­nie­nia, a bar­dziej - koszty przy­bo­rów do pracy i wypo­sa­że­nia biura, ale ogól­nie, jak na kobietę, która od nie­ca­łych trzech mie­sięcy pro­wa­dziła wła­sny biz­nes, radziła sobie nad wyraz dobrze.

I gdyby nie awa­ria hydrau­liczna w tygo­dniu przed Bożym Naro­dze­niem i tysiąc sześć­set dola­rów wydane na jej naprawę, byłaby jesz­cze bar­dziej zado­wo­lona.

A i tak nie mogła narze­kać.

Aby przy­cią­gnąć nowych klien­tów i zbu­do­wać port­fo­lio, musiała pro­po­no­wać kon­ku­ren­cyjne ceny. No i - zdała sobie sprawę - oszczę­dzała prze­cież na ben­zy­nie, bo nie dojeż­dżała do pracy, na lun­chach poza domem, na napra­wach samo­chodu.

Czy bra­ko­wało jej kole­gów i kole­ża­nek z pracy? Ow­szem, cza­sem tak. Ale znowu - lubiła pra­co­wać w poje­dynkę i odpo­wia­dać sama przed sobą. I ubie­rać się w to, na co aku­rat miała ochotę.

Może weź­mie psa albo kota. Ponie­waż nie wycho­dziła już z domu na osiem, dzie­sięć godzin dzien­nie, spo­koj­nie mogła to zro­bić.

Cho­dziło o towa­rzy­stwo.

Co prawda, karma i wete­ry­narz to nowe koszty. A przy psie - dodat­kowo gro­omer.

Pomy­śli o tym. Opra­cuje budżet.

W każ­dym razie koniecz­ność lek­kiego zaci­śnię­cia pasa była niczym w porów­na­niu z satys­fak­cją pły­nącą z tego, że robi to, co kocha, i tak, jak kocha.

Nie mar­twiła się.

Na razie.

W poło­wie stycz­nia, kiedy Boston drżał z zimna pod pół­me­trową czapą śniegu, a biz­nes zapadł w zimowy sen - z któ­rego póź­niej miał się zbu­dzić - roz­le­gło się stu­ka­nie do drzwi. Otwo­rzyła.

Zoba­czyła na progu męż­czy­znę w oko­li­cach pięć­dzie­siątki, na ile oczy­wi­ście dało się to oce­nić po kimś ubra­nym w grubą zimową kurtkę i czapkę z nausz­ni­kami. Gość w odzia­nej w ręka­wiczkę dłoni trzy­mał teczkę. Powi­tał ją uśmie­chem.

Nie­na­chal­nym, raczej swo­bod­nym i miłym.

Spod czar­nych, ostro zary­so­wa­nych brwi i zza socze­wek oku­la­rów spo­glą­dały na nią uważ­nie łagodne, inten­syw­nie nie­bie­skie oczy. Tu i ówdzie wysta­wały spod czapki kosmyki siwych wło­sów har­mo­ni­zu­jące ze srebr­nymi opraw­kami oku­la­rów.

- Pani Sonya Mac­Ta­vish? - spy­tał.

- Tak, dzień dobry - odparła. - Mogę w czymś pomóc?

- Nazy­wam się Oli­ver Doyle i repre­zen­tuję zmar­łego Col­lina Poole'a. Pani wuja.

- Nie mam żad­nego wuja poza Mar­ti­nem, mężem cioci. I nie znam nikogo o nazwi­sku Col­lin Poole.

- To brat pani ojca.

- Chyba się pan myli, mój ojciec nie miał brata.

- Naj­praw­do­po­dob­niej nie był tego świa­dom. Miał brata bliź­niaka. Pani ojciec nazy­wał się Andrew Mac­Ta­vish i uro­dził się dru­giego marca tysiąc dzie­więć­set sześć­dzie­sią­tego pią­tego.

- Tak, ale...

- Jako nie­mowlę został adop­to­wany przez Mar­shę i Johna Mac­Ta­vi­shów.

- Pro­szę pana...

- Rozu­miem, że jest pani zdez­o­rien­to­wana. Zdaję sobie sprawę, że moja wizyta jest dość nie­ty­powa i nie­ko­niecz­nie zechce mnie pani wpu­ścić do domu i pozwo­lić wszystko wyja­śnić. Zatrzy­ma­łem się w hotelu Boston Har­bor i chęt­nie spo­tkam się z panią w miej­scu, które pani wskaże. Oto moja wizy­tówka. I chciał­bym jesz­cze poka­zać pani to.

To mówiąc, wyjął z kie­szeni kurtki wizy­tówkę i zdję­cie.

- Oto i Col­lin Poole. Był moim bli­skim przy­ja­cie­lem od nie­pa­mięt­nych cza­sów. Zmarł tuż przed świę­tami.

- Bar­dzo mi przy­kro, ale...

Spoj­rzaw­szy na zdję­cie, zamil­kła.

- To zdję­cie zro­biono pra­wie trzy­dzie­ści lat temu. To ja i Col­lin, a sfo­to­gra­fo­wała nas moja żona. Widzia­łem foto­gra­fie pani ojca z cza­sów, kiedy był mniej wię­cej w tym samym wieku. On i Col­lin byli bliź­nia­kami. Nie cał­kiem iden­tycz­nymi, ale bar­dzo podob­nymi, prawda?

- Nic z tego nie rozu­miem.

- Wcale się nie dzi­wię. Nie miała pani ni­gdy robio­nych testów DNA?

- Nie.

- Bra­cia uro­dzili się w Maine, w domu, który od ponad dwu­stu lat nale­żał do rodziny Poole'ów.

Sonya miała zdję­cia taty, kiedy był w tym wieku. Widziała róż­nice: ów Col­lin miał dłuż­sze włosy, był tro­chę wyż­szy, szczu­plej­szy i miał nieco bar­dziej kwa­dra­tową szczękę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki