Rozdziałpierwszy: Mój pierwszy raz
Stałamw progu, zmarznięta, przejęta i lekko wystraszona. Agencjareklamowa - te słowa budziły we mnie respekt. I ciekawość.Rozglądałam się dyskretnie na wszystkie strony, czekając cierpliwie,aż zostanę zauważona.
Czekałam, czekałam...
I nic.
Zniecierpliwiona, wbiłamwzrok w czyjeś plecy. Stojąca tyłem do mnie brunetka plotkowałaz kimś, kto siedział za typowym sekretarskim biurkiem z wysokąnadstawką. Do moich uszu doleciał fragment rozmowy:
- ...wtedy tacała pani prezes brodą pokazuje na Guru, ale mówi do szefa Stasia:- tu brunetka zmieniła głos na nosowy i wyniosły:- "Nie podobają mi się maniery tego pana".
- Coś ty!- wtrąciła osoba, której nie widziałam, bo skrywała jąrozgadana koleżanka.
- Ale uważajto! Guru się roześmiał i powiedział niby do niej, ale tak żebywszyscy słyszeli: "A to się nawet dobrze składa, bo mojemaniery nie są na sprzedaż".
- Szok!
- Prezeskęteż zamurowało, a Guru stał tam i uśmiechał się po swojemu.
- Usadził ją.
- Obłaskawił.Bo wreszcie zmiękła, też się uśmiechnęła, wyobraź sobie, i podałamu rękę. A ten ją normalnie pocałował. W rękę!
Anegdota była niezła,ale nie przyszłam tu słuchać plotek, tylko do pracy, więczrezygnowałam z dyskrecji i chrząknęłam dwa razy.
Gaduła odwróciła się jakfryga - w jej oczach dostrzegłam zaskoczenie i cieńpaniki. Jednak na mój widok natychmiast się uspokoiła, a wyrazjej twarzy zmienił się na bardziej surowy, by nie rzec nieprzyjazny.
- Proszsz...- wycedziła przez zęby i odsunęła się nieco. Wtedydopiero dostrzegłam kobietę, z którą rozmawiała. Ta uśmiechnęłasię do mnie promiennie, jakbym była jej dobrą znajomą.
- W czymmogę pomóc? - zapytała miłym głosem. Wtedy jeszcze niewiedziałam, że ona ma zawsze miły głos.
- Jaw sprawie umówionego spotkania - powiedziałamzdecydowanie i mocno. Słyszałam, że tak trzeba mówić, aby dodaćsobie znaczenia i powagi. Chyba podziałało.
Sekretarka nawet niespojrzała w bok, gdzie za nadstawką zapewne stał monitorkomputera, na którym mogłaby sprawdzić terminarz.
- EmiliaRafińska, spotkanie o dziewiątej trzydzieści, prezes Suchański,piętro pierwsze - wyrecytowała. - Zdaje mi się,że jest pani ciut za wcześnie.
- To źle?- spytałam ostrożnie.
Znów się uśmiechnęła.
- Ciut zawcześnie to akurat na czas - odparła sentencjonalnie, poczym dodała: - Niech pani spocznie, rozdzieje sięi w ogóle. Zaraz sprawdzę, czy może pani wejść na górę.
Pstryknęła jakimśguzikiem i powiedziała w powietrze:
- Szefie,jest pani Rafińska... Tak, ma jeszcze dziesięć minut... Tak,dobrze... - Sekretarka urwała i zwróciła siębezpośrednio do mnie: - Proszą panią na górę. Płaszcz możepani powiesić tutaj, na wieszaku. Bardzo zimno dzisiaj, prawda? Lenapokaże drogę. - Ręką wskazała trochę na mnie, trochę nadziewczynę, z którą plotkowała, a trochę na klatkę schodowąpo swojej lewej stronie. Kiedy się obróciła, dostrzegłam w jejuchu maleńką słuchawkę.
- Chodźmy- rzuciła w przestrzeń Lena z miną seryjnejmorderczyni i ruszyła z kopyta, jak klacz spięta ostrogą.
Pokłusowałam grzecznieza nią.
Wspięłyśmy się poszerokich schodach na pierwsze piętro kamienicy. W oknie napółpiętrze zauważyłam oryginalny witraż; nie przedstawiał niczegokonkretnego, ale przyciągał wzrok. Dwa razy się obróciłam, by naniego spojrzeć.
Dół budynku został takprzebudowany, że wyglądał jak jedno duże pomieszczenie. Na górze byłojuż zwyczajnie - mały hol i drzwi do różnych pokoi,wszystkie takie same: drewniane, solidne i ładne. Schody pięłysię jeszcze wyżej i chyba znajdował się tam drugi witraż.Niestety nie mogłam sprawdzić, czy równie abstrakcyjny i intrygującyjak pierwszy, bo moja przewodniczka skierowała się do pierwszychdrzwi po lewej stronie i energicznie szarpnęła za klamkę. Weszłaprzodem i zaanonsowała mnie grobowym tonem:
- Szefie, tota, co miała przyjść.
Wsunęłam się za nią,onieśmielona. Co innego sekretarka lub jakaś niesympatyczna laska,a co innego sam prezes. W końcu to od niego zależało, czydostanę tę pracę. Dziewczyna zrobiła nagły w tył zwroti stanęłam oko w oko z mężczyzną koło czterdziestki,śniadym brunetem, szpakowatym na skroniach, ubranym w szykownygarnitur, stylową koszulę i świetnie dobrany krawat. No w ogólecały był elegancki i ładnie pachniał. Chyba Cool WaterDavidoffa, ale nie byłam pewna, bo stałam trochę za daleko. Z jegotwarzy biła jakaś taka serdeczność i dobroduszność, że całatrema, która właziła we mnie wraz z każdym stopniem schodów, abydojść do gardła tuż przed drzwiami - stopniała. W duchuodetchnęłam z ulgą.
- Dzięki,Lena - powiedział mężczyzna, a dziewczyna uśmiechnęłasię i wyszła. Nie sądziłam, że umie się uśmiechać taksympatycznie, ale w końcu znałam ją ledwie parę minut.
- StanisławSuchański - przedstawił się. - Witam, paniEmilio.
Wstał zza biurka,obszedł je dookoła i wyciągnął do mnie rękę. Podałam mu swoją,ciekawa, czy weźmie się za obcałowywanie, ale tylko uścisnął lekkomoją dłoń i szerokim gestem wskazał jeden z dwóch fotelistojących pod ścianą. Rozdzielono je niskim stolikiem; pod blatemdostrzegłam filiżanki, cukier, jakieś ciastka, a na wierzchustał ekspres.
- Napije siępani kawy teraz czy zaczekamy na pozostałych? - spytał,kiedy usadowiłam się w nowoczesnym z wyglądu, ale dośćwygodnym fotelu. Nieco się w niego zapadłam, więc pochwaliłamsię w duchu za założenie gustownego spodnium zamiast typowejgarsonki. Walczyłabym teraz ze spódnicą, podjeżdżającą za wysoko.Poza tym spodnie bardziej pasowały do zimowych botków.
- Zaczekajmy- zgodziłam się łaskawie, jakby coś tu ode mnie zależało.Założyłam nogę na nogę. Kolejny plus szerokich spodni z materiału;choć zaprasowane w kant, pozwalały na swobodę, bez utratyoficjalności.
- Jest panijeszcze ładniejsza niż na zdjęciu w CV - usłyszałam.
- To chybanie wada? - odparłam lekko kokieteryjnie, ignorując walącejak młotem serce.
Energicznie zamachałrękami.
- Ależ nie,skąd, oczywiście, że nie!
- W takimrazie potraktuję to jak komplement.
- Który mapełne pokrycie w rzeczywistości - dodał szarmancko.
Zrobiło mi się miło.Kurczę, facet umiał rozmawiać z kobietami. Chyba nawet sięzarumieniłam, bo nagle spojrzał gdzieś w bok, jakby nie chciałmnie bardziej peszyć. Drugi punkt dla niego. A ty się opanuj,dziewczyno, ofuknęłam samą siebie.
Wstał i wrócił zaswoje biurko. Odprowadziłam go wzrokiem, więc wyjaśnił:
- Ja tylko poswoje notatki.
Złapał z blatujakieś papiery i natychmiast wrócił do stolika. Siadł na drugimfotelu. Zerknęłam. No tak, moje CV. Usiane uwagami zapisanymi drobnymmaczkiem. Co znaczyło, że zostało uważnie przeczytane. Doszłam też downiosku, że skoro sam prezes poświęcił tyle czasu na zrobienie na nimswoich notatek, to chyba są zainteresowani. Punkt dla mnie.
- Lubi panirozmawiać? - spytał nagle.
- Ale w jakimsensie? - Zamrugałam nerwowo oczami.
- W jaknajbardziej ogólnym. Po prostu pytam, czy pani lubi rozmawiaćz innymi ludźmi.
- Prawdęmówiąc, to chyba wolę słuchać.
- Jesteśpanem swoich myśli i niewolnikiem słów wypowiedzianych - mruknąłpod nosem.
- Raczejpanią - sprostowałam. - Ale tak, chyba o tochodzi. Bo nie jestem specjalnie nieśmiała.
- A czemuchce pani pracować w agencji reklamowej?
Zawahałam się. Wyznaćprawdę czy wstawić bajer? Postanowiłam zacząć od wersji, którą sobiepierwotnie zaplanowałam, przygotowując się do rozmowykwalifikacyjnej.
- Lubięwyzwania, pracę w kreacji, wymyślanie haseł i nigdy podczasoglądania reklam w telewizji nie przełączam kanałów.
Mina mu zrzedła. Chybanie tędy droga, pomyślałam nerwowo.
- A taknaprawdę - błyskawicznie zmieniłam koncepcję - poprostu szukam jakiejś pracy, jakiejkolwiek, i uznałam, że tumoże być dość ciekawie.
Oho, rozchmurzył się,czyli kolejny punkt dla mnie.
- Zatem niepracowała pani nigdy w agencji reklamowej? - upewniłsię.
- Nigdyi wiem, że to może stanowić przeszkodę w zdobyciu tejpracy. Ale bardzo szybko się uczę i jestem ambitna. - Miałamochotę uderzyć się w pierś, ale uznałam, że to by była przesada.
Usiadł głębiej w fotelu.Zanim zdążyłam doliczyć albo odjąć sobie następne punkty, rozległosię pukanie.
- Proszę.
Do pokoju wsunął sięniski, grubawy mężczyzna, w dżinsach i czarnym, grubodzierganym swetrze z golfem.
- Wpół do, tojestem - wymamrotał.
- Właź, właźi poznaj...
- Cześć.- Wyciągnął do mnie rękę i uścisnął mi dłoń wyjątkowodelikatnie. Lekko przetłuszczone i zdecydowanie za długieciemnoblond włosy opadły mu przy tym na czoło, ale ich nie poprawił.
Odwzajemniając nieśmiałyuścisk, okrasiłam go promiennym uśmiechem. W odpowiedzi uciekłoczami w bok, zaszurał nogą i coś tam zamruczał pod nosem.
- AndrzejFeldmann, drugi prezes, dyrektor administracyjny i finansowy- wyjaśnił mój gospodarz.
Przyznam, osłupiałam.
- Sprawypersonalne również? - zapytałam.
- Tak- odparł Feldmann. - Ale ja nikogo nieprzyjmuję do pracy. - Facet bezbłędnie wyczuł moje obawy.- Ja zwalniam - dodał ponurym tonem.
- Weź niestrasz dziewczyny, dobrze? - wmieszał się "elegancki"prezes. - Oswajam ją od dziesięciu minut, a ty odrazu o zwalnianiu. Tak z grubej rury, tak obcesowo...- Mrugnął do mnie. - Spokojnie, my się poprostu tak przekomarzamy.
- Aha. Zatempostaram się nie wpadać w panikę - bąknęłam, a mójuśmiech chyba wypadł blado, bo pospieszył z propozycją.
- To możejednak tej kawki się napijemy?
- Dobrze, alepod jednym warunkiem - zastrzegłam, biorąc się w garśći łapiąc byka za rogi. W końcu przyszłam tu, żeby zdobyćpracę.
Obaj prezesi spojrzelina mnie skonsternowani.
- Ja jązaparzę.
- Przejmujepani kontrolę - stwierdził nowo przybyły. - A tonie jest wada - dodał w zamyśleniu.
Kurczę, znowu zostałamrozszyfrowana.
- No alew pokoju prezesa zaletą też być nie musi - zripostowałam.
Roześmiał sięi znienacka poklepał mnie po ramieniu.
- Spoko.Pokój wprawdzie typowy, ale ten prezes jest zupełnie wyjątkowy.
- No toczuję, że będzie mi się tu dobrze pracowało - oświadczyłamz bezczelnością kogoś, kto nie ma nic do stracenia. Po czymzłapałam dzbanek z ekspresu i okręciłam się na pięcie.- Gdzie tu jest woda? - zapytałam już spoddrzwi.
- Łazienkajest na końcu korytarza - pospieszył z wyjaśnieniem.- Przy schodach na następne piętro.
Każdanormalna kobieta po wejściu do łazienki odruchowo sprawdza w lustrze,jak wygląda. Ja byłam pod tym względem zupełnie normalna. Szybki rzutoka upewnił mnie, że nie jest źle - choć przecież zawszemożna coś poprawić. Energicznie pokiwałam głową, żeby włosy lepiejsię rozłożyły na ramionach. Przybliżyłam twarz do lustra,sprawdzając, czy szminka z ust nie zeszła na zęby. Nie zeszła.Stan pomadki na wargach, podobnie jak stan delikatnego pudru natwarzy nie budziły zastrzeżeń, więc zabrałam się za cel właściwywizyty w łazience.
Najpierw krytycznieprzyjrzałam się dzbankowi: był lekko brudny. Na zlewie dostrzegłammyjkę, ale nie znalazłam soli, tylko płyn do mycia naczyń, więcmusiałam użyć samej myjki. Wyszorowałam energicznie dzbanek od środkai krytycznie obejrzałam go pod światło. No, ewentualnie. Nalałamwody i wróciłam do pokoju "wyjątkowego" prezesa.
Ze zdziwieniemzauważyłam, że mój fotel pozostał pusty; drugi z prezesówsiedział wprawdzie przy stoliku, ale na krześle, tyłem do przodu, czyraczej przodem do oparcia, na którym położył ręką zgiętą w łokciu,i w zamyśleniu patrzył na drzwi.
Podeszłam pewnym krokiemdo stolika, postawiłam dzbanek z wodą i spojrzałam naprezesów.
- W jakichpanowie znajdują się nastrojach? - zapytałam.
Abnegat wzruszyłramionami. Elegant uniósł brwi i zauważył z łagodnymuśmiechem:
- Czy topytanie nie jest aby nazbyt osobiste?
- Chodzi mitylko o ustalenie aktualnego stanu rzeczy - wyjaśniłam.
- No to jajestem śpiący i zmarznięty - wyznał Feldmann.
- Ja niejestem śpiący, ale też zmarzłem - wyjawił Suchański.
- Zatem jużwiem, co podać.
Obserwowali uważnie mojeruchy, ale nie czułam presji. Wręcz przeciwnie. Mogłam mieć całystadion widzów, bo nieśpieszny rytuał parzenia kawy zawsze mnieuspokajał. W milczeniu wlałam do ekspresu wodę i wstawiłamdzbanek. Potem otworzyłam pojemnik na filtry; tak jak przypuszczałamw środku było czysto. Sprzątaczka wyrzuciła stary filtr wrazz zawartością, ale umyć porządnie dzbanka już się jej niechciało. Wzięłam nowy filtr, starannie zagięłam obie linie zgrzewui dopiero wtedy rozłożyłam sączek. Usłyszawszy ciche cmoknięcie,zdziwienia lub aprobaty, więc kiwnęłam potakująco głową. Następniewyjęłam z torebki zawiniątko i wyciągnęłam z niegokilka składników. Przed przyjściem tutaj uzupełniałam w pobliskimsklepie zapas przypraw, więc miałam wszystko, czego potrzebowałam. Nadno filtra nasypałam odrobinę cynamonu i nieco więcej korzennejprzyprawy do pierników, wsypałam na to cztery miarki kawyz pojemnika, a na wierzch dałam cztery krople esencjimigdałowej do ciast. Na koniec pstryknęłam włącznikiemi z satysfakcją zapadłam się w fotel. Dopiero wtedypowiedziałam:
- Teraztrzeba poczekać.
Więc siedzieliśmyi czekaliśmy, a pokój powoli wypełniał się aromatem kawy,którą nazywałam w myślach zimową. Wreszcie ekspres zasyczał,dmuchnął parą i przestał bulgotać. Odczekałam jeszcze minutę, ażcała zawartość filtra ściekła do dzbanka, wyjęłam trzy filiżankii nalałam do każdej z nich kawowego naparu.
- Cukier,śmietanka? - zapytałam.
- A copani sugeruje? - zainteresował się Suchański
- Odrobinacukru nie zaszkodzi. Choć lepszy byłby miód.
Tym ich kupiłam nadobre. Czułam, że mam już tę pracę w kieszeni. Niestety pojawiłasię niespodziewana przeszkoda...
Rozdział drugi:Ten trzeci
Bezpukania do pokoju prezesa Suchańskiego wparował dziwnie wyglądającyosobnik, z obłędem w oczach i szopą zmierzwionychwłosów w kolorze mysim. Nastroszone jak szczotka wąsikisterczały zadziornie, zawijając się nieco przy końcach, a hiszpańskabródka prosiła się o trymer. Na nosie miał dość oryginalneokulary.
- Kurwa mać,cholera jasna i do dupy z tym wszystkim! - krzyknąłdramatycznie od progu.
Dwaj prezesi anidrgnęli, za to Emilia aż podskoczyła w swoim fotelu, a kiedyopadła na siedzisko, była sztywna jak jaszczurka dotknięta palcemprzez nieostrożnego młodego badacza przyrody.
- Ale ja niesądzę, aby było aż tak źle... - zaczął ugodowo Suchański.
- Zbożepodrożeje - dopowiedział zdawkowo Feldmann.
Emilia otworzyła ustaszerzej, bo uwaga o zbożu wydawała się jej co najmniej dziwna.Jednak facet z wąsikiem wyraźnie się uspokoił i odpowiedziałłagodniejszym tonem:
- Ba! Tylkojeśli rząd zacznie magazynować zboże...
- A ktopowiedział, że nie zacznie?! - zawołał Suchański.
Atmosfera niemalnamacalnie się poprawiła. Przybysz uśmiechnął się, sapnął dwa razyi dopiero teraz zwrócił uwagę na dziewczynę.
- Ups,pardąsik, nie zauważyłem, że macie gościa - stwierdziłpogodnie. - Kimże jest to dziewczę? Kimś? Czy tak poprostu? Sens się przedstawiać w ogóle? Zresztą mniejsza z tym.Maciek Tymański. To się nie wymydli...
- A topani Emilia - wtrącił szybko Suchański - któraszuka u nas pracy.
- A tojest kawa pani Emilii, której powinieneś spróbować - dopełniłprezentacji drugi wspólnik, sięgając po filiżankę i nalewając doniej szczodrze naparu.
- Nie pijękawy wszak, żadnej. A dzisiaj to już w szczególności mam dokawy wstręt jakiś taki irracjonalny. Choć właściwie to racjonalny jakbyk.
- Tej musiszspróbować - nalegał Feldmann.
Sypnął kopiastą łyżeczkęcukru i podał Tymańskiemu filiżankę.
"Kim może byćfacet, któremu dyrektor finansowy podaje kawę jak kelner?"- zastanawiała się dziewczyna.
Mężczyzna z nieufnościąpowąchał aromatyczny napar i nieoczekiwanie twarz mu sięrozjaśniła.
- Pachnie jakwspomnienie dzieciństwa. Piernik, Gwiazdka, prezenty, dziadek Anatolprzebrany za Świętego Mikołaja, w Wielkopolsce zwanegoGwiazdorem, i kawa zbożowa dla dzieci z cynamonemi wanilią, zaparzona w specjalnym dzbanku z sitkiem,żeby fusy nie leciały do kubków... - W miarę jakmówił, zwalniał tempo swojej wypowiedzi, jego wzrok stawał sięspokojniejszy, mniej rozbiegany, a potem coraz bardziejskupiony, utkwiony w jakimś niewidzialnym punkcie...
Nadal nie upił anijednego łyku kawy.
Emilia chciała cośpowiedzieć, ale zamiast tego syknęła nie tyle z bólu, coz zaskoczenia. Suchański ponad stolikiem złapał ją za przedramięi ścisnął na tyle mocno, że poczuła. Zerknęła na niego, ale onpatrzył w napięciu na Tymańskiego. Po prostu w tennietypowy sposób ją uciszył; miała nie przeszkadzać.
Zadumany mężczyzna,bacznie obserwowany również przez drugiego z prezesów, naglejakby ocknął się ze snu.
- Wymyśliłempomysł - obwieścił, odstawiając filiżankę z nietkniętąkawą na stolik. - Idę więc do siebie. Powiedz Agnieszce...
- ...że cięnie ma, nie było i nie będzie - dokończył bystroSuchański. - I ma ci przynieść kredki oraz ołówki.
- Dokładnie.Ale kredki i ołówki mam już naszykowane od dwóch dni. - Obróciłsię na pięcie i wyszedł z pokoju, mrucząc coś pod nosem.
Nie wiedziała, co myślećo całej sytuacji, ale nie zdążyła się tym zmartwić.
- Pani Emilio- zaczął prezes Suchański - nie ukrywam, żewywarła pani na mnie bardzo pozytywne wrażenie, a pani kawa jestnaprawdę wyjątkowa...
- Ale?- zapytała z nagłym przestrachem.
- Ale my nieszukamy sekretarki, tylko account managera - wyjaśniłz niejakim smutkiem.
Drugi prezes pokiwałw milczeniu głową.
- Jeśli panipozwoli, coś zaproponuję - ciągnął Suchański. - Agnieszka,nasza sekretarka, posiada namiary na panią, więc kiedy tylkoznajdziemy jakieś miejsce, odpowiednie dla pani umiejętnościi kwalifikacji... - zawiesił głos i zerknąłw jej CV - czyli jeśli będziemy szukali kogośz biegłą znajomością języka rumuńskiego, po uniwerku i porocznej szkole fotografii, to na pewno się do pani odezwiemy.A tymczasem... - Bezradnie rozłożył ręce, patrząc nanią z zatroskaniem.
- Rozumiem- odparła cicho. - Proszę nie dzwonić do nas,my zadzwonimy do pani.
Wstając wolno z fotela,wciąż miała nadzieję, ale... żaden z mężczyzn nie powstrzymałjej najmniejszym gestem.
Wyszła, delikatniezamykając za sobą drzwi, choć miała ochotę huknąć nimi z całejsiły.
"No i dupazbita..." - pomyślała z goryczą. Szkoda.Sądziła, że dobrze jej szło i że podczas tej nietypowej rozmowykwalifikacyjnej udało się jej złapać parę punktów. Ale nikt nieobiecywał, że musi się udać za pierwszym razem. Spojrzała na zegarek:dochodziła dziesiąta. Do następnego spotkania miała jeszcze dwiegodziny; tym razem czekała ją wizyta w poradni stomatologicznej,gdzie szukano rejestratorki.
Naschodach zderzyła się z potężnym facetem, który z rozmiarui wyglądu przypominał niedźwiedzia.
- Przepraszam- bąknęła odruchowo.
- Dobra- warknął bez związku i złapał ją za ramiona,odsuwając na bok. - Guru mnie szuka, więc żadneprzeprosiny nie pomogą, bo jak się spóźnię, to mi jaja urwie. A tyco, do pracy? Nowa akunta?
- Nowa kto?- Zamrugała powiekami.
- Akunta.Account znaczy się.
- Chciałam,ale się nie załapałam. - Dziewczyna uśmiechnęła siękwaśno.
- Aleprzynajmniej rymy ci wychodzą - pocieszył ją.
Chyba chciał coś dodać,ale wtedy z góry rozległ się rozpaczliwy krzyk:
- Maniek,gdzie ty jesteś, jak ciebie nie ma?!
Obydwoje jak na komendęspojrzeli w górę. Piętro wyżej zza poręczy wychylał się ten samrozczochrany świr z wąsikiem, który wąchał kawę, zamiast ją pić.
Wielkolud spuścił głowęi mrugnął do Emilii.
- Muszęlecieć. Powodzenia. I do zobaczenia w lepszych czasach.
Tymański znowu gopogonił:
- Maniek, nierwij panienek na schodach, żonę masz! Ruchy! Dawaj na górę, migusiem,zanim mi mózg pierdolnie. I ją też weź. - Wskazałbrodą na Emilię.
NiedźwiedziowatyMańkiem, który zdążył się już pożegnać z dziewczyną, złapał jąza ramię, okręcił, zmieniając kierunek marszruty, i popchnąłlekko w górę. Idąc tuż za nią, szepnął jej prosto do ucha:
- Younever can tell... Nie wiem, czy będą lepsze, ale na pewnociekawsze.
Wedwoje weszli do olbrzymiego pomieszczenia na drugim piętrzekamienicy. Wszędzie na blatach stały, pozornie bez ładu, komputery,na podłodze walały się papiery, wydruki grafik i rysunków,kolorowe folie, a także kredki i ołówki. Wyglądało tu jakpo przejściu małej trąby powietrznej - wrażenie potęgowałfakt, że na środku pokoju pozostało wolne miejsce, w kształcienieregularnego okręgu. W centrum odgruzowanej podłogi stałMaciek Tymański.
- Siadajciei słuchajcie - zaczął z powagą w głosie,więc posłusznie przysiedli na pierwszych z brzegu wolnychobrotowych krzesłach. - Czy jako dzieci piliście kawęzbożową? - padło pytanie.
Emilia, amatorreklamowy, uniosła brwi zaskoczona. Maniek-wyjadacz, przywykły dowolt tematycznych, odparł bez wahania:
- No pewnie.Turek albo Dobrzynka, te nazwy wiążą się nierozerwalnie z moimdzieciństwem.
- No a ty?- Tymański spojrzał dziewczynę.
W milczeniupokręciła głową.
- Nawetw przedszkolu? Nie piłaś kawy zbożowej w przedszkolu? - Niebył napastliwy, raczej starał się ją naprowadzić na właściwy trop.
Przez twarz Emiliiprzemknął cień.
- Mówiszo tym obrzydliwym czymś, z mlekiem, cukrem i mnóstwemfafołów w środku?
Tymański klasnął w ręce.
- Brawo! Zuchdziewczyna! Właśnie o tym mówię. Pamiętasz może smak tej kawy?
- Właśnie miprzypomniałeś... - Skrzywiła się z obrzydzeniem.
- Bo jątrzeba parzyć albo w specjalnym dzbanku z sitkiem, albo pozaparzeniu przelać przez cedzak lub gazę - wtrąciłManiek-znawca. - A w smaku... w smaku niebyła taka zła - dodał w zadumie.
- Ty też jąpiłeś w przedszkolu? - zapytała Emilia.
- Niechodziłem do przedszkola. Nie dlatego, że w Koninie brakowałoprzedszkoli. Jak byłem mały, mieszkałem z rodzicami u dziadków,i to oni się mną zajmowali. Gdy chodziłem z dziadkiem naryby, zabierał specjalny blaszany dzbanek z sitkiem w środku.Parzył nam kawę na ognisku, sam pił czarną, a mnie dawałz mlekiem.
- Smakowałaci? Naprawdę? - spytała w nieskrywanym wstrętemw głosie Emilia.
- Zajebiście.Smaku dokładnie nie pamiętam, ale wiem, że czułem się wtedy taki...taki dorosły, choć smark byłem. W każdym razie musiała byćdobra, bo trąbiłem kubek za kubkiem. Aha, kubki też były blaszane,takie emaliowane.
- Jesteśnormalnie wielki! - zawołał z emfazą Maciek. - A nadtobą trzeba jeszcze popracować. - Pogroził Emilii palcem.- Myśl szerzej.
Zarumieniła sięi zgodnie z poleceniem zaczęła myśleć szerzej.
- No... jaksię porządnie zastanowić, to można mieć z tą kawą też miłeskojarzenia. Miała farfocle, którymi się fajnie pluło, i byłasłodka jak diabli... Smak dzieciństwa, te sprawy...
- I tojest bardzo dobra odpowiedź - pochwalił ją Tymański.- Teraz spójrzcie na to.
Wyciągnął zza plecówkartkę w formacie A-4, pokrytą jakimiś bazgrołami. Na pierwszyrzut oka wyglądały jak rysunki przedszkolaka. W centrum"ilustracji" widniał ludzik na rowerze, z pogryzmolonątwarzą - w kierunku gryzmołów biegła strzałka z odręcznymnapisem "broda". Od roweru też biegła strzałka z napisem"stary rower", nad ludzikiem znajdował się drukowanytekst DZIADEK ANATOL, a w poprzek całej kartki ciągnęła sięzapisana wołowymi literami informacja WSZYSTKO W SEPII,okraszona grubaśnym wykrzyknikiem na początku.
Na widok tegoniezdarnego rysunku Emilia zachichotała, ale Maciek zgromił jąwzrokiem, więc umilkła spłoszona. Maniek wziął pogryzmoloną kartkęi długo ją studiował.
- Ale fotaczy grafa? - zapytał.
- Fota.
- A plenerjaki? Dziadek nad jeziorkiem, trzciny w tle?
- Albo polnadroga.
- Czcionka?
- Cośwymyślisz. Wiesz, taka westernowa, z kropkami w środku,grube szeryfy na końcach liter, albo coś starego, jakieś retroklimaty, może secesja jakaś.
- Secesjachyba nie, bo to nie ten dizajn, to nie Mucha przecież, no i nazwaza długa jest, może samo Anatol by wystarczyło.
- Dobra, samoAnatol. I dobra, nie secesja, przekonałeś mnie. Western. Polskiwestern zrobimy z tej kawy.
Dziewczyna słuchała ich,jakby prowadzili rozmowę w obcym języku, z którejwyłapywała tylko pojedyncze słowa, nieskładające się w żadnąsensowną całość. Dzieła się tu jakaś magia, której nie ogarniała.Kilku rzeczy się domyśliła, ale szerszy kontekst ciągle jej umykał.
- Czy ktośmnie oświeci, o co...?
- Zarazzobaczysz - przerwał jej Tymański. - Terazuważajcie na to.
- Aż całydrżę... - mruknął kpiąco wielkolud, ale jego minawskazywała, że jest podekscytowany.
Maciek Tymańskiwyprostował się, długą chwilę wodził tryumfalnym wzrokiem po obojgu,wreszcie wypalił:
- Kawazbożowa ekspresowa! - I siadł po turecku na środkupokoju.
Emilia rozdziawiła usta,przestając rozumieć cokolwiek. Nie wiedziała, czy to jakiś kolejnysymbol, manifestacja, mieszająca w głowie podpowiedź, czy poprostu lubił tak siadać.
- W saszetkach?- upewnił się Maniek.
Tymański skinął głową.
- Dobre, nie?Smak dzieciństwa, dziadek Anatol na rowerze, kawa zbożowaw jednorazowych saszetkach, zaparzanie bez fusów, recepturatradycyjna, wspomnienie dziecięcych chwil beztroski i reminiscencjapierwszych dorosłych smaków... No, powiedz sam, dobre, co?
- Dobre?Genialne! Prezeska z Delecty będzie cię nosić na rękach przezmiesiąc!
- Tego akuratbym sobie nie życzył. Wystarczy, jak kupią koncepcję.
- Kupią nabank. A na kiedy to ma być? No bo wiesz...
- Wiem. Naprzyszły tydzień wstępne projekty, bo jeszcze trzeba pomóżdżyć nadhasłem i tak dalej. Prezentacja pewnie gdzieś w lutym albomarcu, więc spokojnie, zdążymy.
- To wy segdzieś idźcie, a ja sprzątam moje stanowisko pracy.
- No towalcz, a my idziemy na śniadanie. I zrób już coś nadzisiaj, zacznij chociaż cokolwiek robić...
- Dobra,dobra, idźcie już, i mnie też przynieście coś na ząb.
Emilia niezaprotestowała, kiedy Tymański złapał ją za nadgarstek i pociągnąłw dół schodów. Minęli pokój prezesa Suchańskiego; piętro niżejsekretarka tylko na nich przelotnie spojrzała; Emilia wygięła się,chwyciła swój płaszcz; i wyszli na Stary Rynek. Dopiero tumężczyzna ją puścił i wsadził dłonie w kieszenie spodni.Skulił się, bo był w samym swetrze, i zgarbiony pobiegł zaróg, w kierunku ulicy Paderewskiego. Dziewczyna ruszyła za nim.
Chwilę potem siedzieliw małej cukierni; a Tymański zachłannie wybierał ciastka,drożdżówki i zamawiał herbatę. Dopiero kiedy ich stolik zniknąłpod talerzykami, filiżankami i serwetkami, nagle się uspokoił,a nawet jakby oklapł.
- Jezu, alemi siadł cukier - mruknął. - Normalnie jakby misłoń na łeb nadepnął...
- Kawa dobrzeby ci zrobiła - zauważyła Emilia.
- Nie pijękawy. Nie lubię.
- Nawetzbożowej?
Zarechotałniespodziewanie.
- Zbożowejchyba nigdy do ust nie wziąłem.
- To skądwiesz, jak smakuje?
Wzruszył ramionami.
- Nie wiem.Wy mi powiedzieliście, ty i Mariusz - wyjaśniłi zamilkł, bo zapchał sobie usta połówką drożdżówki.
Przez dziesięć minutjadł, jakby umierał z głodu, podczas gdy dziewczyna ledwieskubnęła ciastka francuskiego z jabłkiem. Ciągle nie wiedziała,co o tym wszystkim myśleć. Zerknęła na zegarek: zbliżała sięjedenasta. Westchnęła.
- Bardzodziękuję za śniadanie, ale już muszę lecieć...
- Gdzie?- zdziwił się. - Robota na dzisiaj zrobionai należy nam się przerwa regeneracyjna.
- O dwunastejmam kolejną rozmowę kwalifikacyjną.
Zamrugał powiekamii wzrokiem poprosił o dodatkowe informacje.
- W gabineciestomatologicznym. Szukają rejestratorki - wyjaśniła.
Zaśmiał się takszczerze, że aż ktoś z ulicy zajrzał do wnętrza kafejki. Śmiechmiał dźwięczny i donośny. Jak dziecko.
Kiedy cała jego wesołośćwypromieniowała w przestrzeń, zapytał:
- Niedostałaś u nas pracy?
Pokręciła głową.
- Niepotrzebowaliście kogoś z moimi, hm, predyspozycjami.
- A chceszpracować u dentysty? Naprawdę? Dentyści to straszni ludzie.Wyrywają innym zęby, wiesz? Mam kolegę dentystę. Prywatniesympatyczny facet, ale w robocie okrutnik, torturuje ludzi,boruje, rwie i jeszcze nuci w trakcie. Psychopata- zakończył ponuro.
Roześmiała się mimowoli.
- Nie chcę,ale siła wyższa. Muszę się z czegoś utrzymać.
- A ktonie musi... - Sięgnął ręką pod sweter i wyciągnąłz etui przy pasku telefon komórkowy. Powiedział do słuchawki"stasiu" i czekał chwilkę na zgłoszenie sięrozmówcy.
Komórka z możliwościąwywoływania numerów głosem była przydatnym gadżetem. Numery wpisywałaAgnieszka, a on nagrywał imię rozmówcy albo jego ksywkę. Potemwystarczyło wypowiedzieć zakodowane w pamięci telefonu słowo,aby uzyskać połączenie. I choć Maciek nigdy by się do tegogłośno nie przyznał, funkcja posiadała jeszcze jedną wielką zaletę:uniemożliwiała mu telefonowanie do znajomych po pijaku, bo gdybełkotał, system nie potrafił zidentyfikować, o kogo mu chodzi.
- Pamiętaszdziewczynę, którą przesłuchiwałeś? - rzucił do słuchawki,usłyszawszy spokojny głos przyjaciela. - No dzisiaj. A ileich tam do ciebie przychodzi? Ładna blondynka z oryginalnymimieniem. Emilia, tak, możliwe, że Rafińska. Ta od kawy? A skądwiesz? Aaa... no tak, ta od kawy. No więc, nie wiem, czemu ci się niepodoba, ale zatrudnij ją. Czemu? Bo... cię proszę? Za mało? No touznajmy, że zdradziłem jej tajemnicę firmy. Jaką? Tak świeżą, że ażgorącą, nawet ty jej jeszcze nie znasz... Stasiu, kurwa, ładnie cięproszę, nie marudź. Jakoś tak wyszło, chyba mnie omotała albo coś.- Emilia prychnęła, więc puścił do niej oko i wyszczerzyłzęby w uśmiechu. - W każdym razie chodzio jednego z naszych strategicznych klientów, więc samrozumiesz. Nie ma umowy, nie ma obowiązku trzymać języka za zębami...Nie szantażuję cię, po prostu informuję... Nie rozumiem, masz coś doniej osobiście czy o co chodzi? Nie masz? No i pięknie. Najakim stanowisku? Sam nie wiem... - Przyjrzał się uważnieEmilii, spojrzał jej w oczy, przesunął wzrok na piersii zawyrokował: - Jest za ładna na accounta, kliencibędą się rozpraszać. Niech będzie... o, moją asystentką. No, racja,nigdy nie miałem asystentki, ale teraz chcę mieć. Dobrze mi się przyniej myśli. Wystarczy? Świetnie. Cieszy mnie, że ci taki argumentwystarczy. Zaraz ci ją przyprowadzę. Znaczy za takie dłuższe zaraz,bo teraz jemy śniadanie. Tak, wiem, że zaraz to taka wielka bakteria.Ja ciebie też - zakończył rozmowę i cmoknąłpowietrze, a potem się rozłączył.
Emilia gapiła się naTymańskiego szeroko otwartymi oczami. Ciągle nie docierało do niej,co się właśnie stało. On też przez chwilę siedział nieruchomo, jakbypodejmował w myślach tę decyzję na nowo. Pierwszy raz wywarł takzdecydowaną presję na swojego wspólnika. Owszem, upierał się czasamiprzy zatrudnieniu kogoś, ale zawsze dotyczyło to osób znajomych lubo których słyszał wiele dobrego. Znał też ich dokonania, albochociaż ich potencjał. Teraz było inaczej. Widział tę dziewczynępierwszy raz w życiu, ale faktycznie dobrze mu się przy niejmyślało i wyczuwał od panny Emilii Rafińskiej jakieś pozytywnewibracje.
Energicznie skinąłgłową, jakby pieczętując swój wybór.
- Wcinaj- rzucił i sam zabrał się za pączka. Trzeciegoz kolei. - Czeka cię dzisiaj jeszcze mnóstwo pracy- wymlaskał z pełnymi ustami. - I tonie ze mną niestety, więc nudnej, mało twórczej, choć potrzebnej.Papierologia. A o tym dentyście zapomnij.
Posłusznie sięgnęła ponapoczęte ciastko francuskie i zjadła je przy milczącejaprobacie swojego nowego szefa. I przy wtórze siorbania - MaciekTymański pił gorącą herbatę, wydając paszczą odgłosy niczym koń przywodopoju.
Rozdziałtrzeci: Pierwszy dzień w pracy
Zmierzałamdo wynajętego mieszkania grubo po szóstej wieczorem, robiącw tramwaju bilans zysków. Tak, zysków - bo po stroniestrat plasowała się tylko jedna pozycja: brak obiadu. Zwyczajnie niemiałam na niego czasu.
Do agencji wróciliśmyprzed dwunastą; przy śniadaniu trochę gadaliśmy o pierdołach,trochę sprawdzaliśmy się nawzajem, ja nawet próbowałam flirtować, alebez specjalnego odzewu, więc przestałam się wygłupiać, tym bardziejże wieczorem miałam się spotkać z Grzegorzem, moim jakby niebyło narzeczonym.
Agnieszka, wiecznieuśmiechnięta sekretarka, od progu wręczyła mi jakieś kwestionariuszei ankiety do wypełnienia, a Maciek pożegnał się krótkim"cześć" i pognał po schodach na górę. Zasiadłam przymałym stoliku w bocznym pokoju i prawie godzinę pracowicieskrobałam, wypełniając setki tabelek. Maciek miał rację: nudnarobota. Myślałam, że praca w agencji reklamowej powinna zacząćsię jakoś bardziej spektakularnie, a tu biurokracja taka jakwszędzie. Z drugiej stronie to raczej dobrze świadczyłoo firmie.
Kiedy z wypełnionymikwitami wróciłam do Agnieszki, ta skierowała mnie do prezesaSuchańskiego. Był u niego ten drugi, Feldmann; siedział w foteluz komputerem na kolanach, a na stoliku obok leżały nowiutkilaptop i komórka.
- Służbowytelefon bez limitu rozmów, pod warunkiem że też będą służbowe, choćbyw niewielkiej części - wyjaśnił pogodnie Suchański.- Laptop... Aha. Ma pani dostęp do netu?
- W domu?- zapytałam.
Potaknął.
Pokręciłam głową,zaprzeczając.
- ZatemAgnieszka da pani taki diwajs, żeby mogła się pani łączyć z domualbo z pociągu, albo skąd pani zechce.
- Pozostajejeszcze kwestia umowy o pracę - wtrącił Feldmann.- Ile by pani chciała zarabiać?
Zachichotałam jakidiotka, chyba z nerwów.
Prezes-abnegat uniósłw górę brwi.
- Czy todziwne pytanie?
- Powiedzmy,że dość niespodziewane, biorąc pod uwagę, że dwie godziny temuz panów błogosławieństwem pożegnałam się z tą pracą.Jeszcze nie zdążyłam ochłonąć.
- To niechpani chłonie szybciutko, bo ja tu muszę coś wpisać. - Popukałpalcem w ekran laptopa, którego trzymał na kolanach, a jazaczęłam panikować.
Ile mam zażądać? Takżeby nie było ani za dużo, ani za mało. Żeby ich nie obrazić, ale teżżeby nie pracować na waciki. Nagle wpadłam na genialną myśl.
- Jeszcze niewiem, co będzie należało do moich obowiązków.
Spojrzeli po sobieskonsternowani.
- No fakt- przyznał mi rację Suchański. - Jak słyszałem,ma pani być asystentką szefa działu kreacji. Oczywiście szczegółowyzakres obowiązków zostanie dołączony do umowy o pracę, ale tumusimy z grubsza ustalić to i owo.
Teraz mnie zatkało.
- Aaa... tegoto nie wiedziałam... Myślałam, że... bo Maciek...
- "BoMaciek" jest u nas dyrektorem kreatywnym - oświeciłmnie Feldmann.
- W takimrazie chcę zarabiać dwa razy więcej, niż myślałam na początku- zażartowałam.
- Wydaje misię, że to i tak będzie o dwa razy za mało... - westchnąłSuchański.
- Niech mniepan nie straszy, bo jeszcze uwierzę! - Roześmiałam się.- Maciek sprawia wrażenie bardzo sympatycznego człowieka.
- Owszem- potwierdził. - Maciek sprawia takie wrażenie.
- A jakijest naprawdę? - zainteresowałam się.
- Tego niewie nikt...
- I natym zamknijmy temat - uciął Feldmann. - Stasiu,ja cię przepraszam, ale trochę mnie czas goni. Ile, pani Emilio?- zwrócił się do mnie. - Konkretnie? Jakąśkwotę niech pani zaproponuje. A my się do niej odniesiemy.
- To możesobie policzę - zasugerowałam i zaraz zaczęłam liczyćna głos: - Za wynajem pokoju płacę pięćset pięćdziesiątmiesięcznie, dziennie na jedzenie wydaję jakieś dwie dychy...dojazdy, czyli sieciówka... wychodzi mi tysiąc czterysta. Netto,czyli na rękę - zastrzegłam się szybko. - Noale chciałabym też jakąś małą górkę, na ekstrasy, a nie takz łapy do papy, jak mawia moja ciotka Adela.
Spojrzeli po sobieskonsternowani. Suchański chyba nawet uniósł brwi w niemymzdziwieniu. Podejrzewałam, że tak podziałało na nich mojeprofesjonalne podejście, ale byłam w błędzie.
- Podoba misię pani sposób rozumowania - powiedział Feldmann, alepochwała okazała się pozorna. - Niemniej gdyby naszakonkurencja dowiedziała się, że dostaje pani u nas tak mizernepieniądze, to zrobiłaby wszystko, żeby panią podkupić. Choćby po to,by wziąć panią na spytki, a nie można komuś zamknąć ust i żądaćlojalności, płacąc mu tak skromnie. Więc dziękuję za szczerość,a moja propozycja brzmi następująco: na początek trzy i półbrutto, plus zwrot kosztów dojazdów, plus premie, ale bez nadgodzin,bo u nas pracuje się zadaniowo. Za to oczekujemy pełnejdyspozycyjności. Umowa na okres próbny, czyli trzy miesiące, a jeślisię pani sprawdzi, to następna umowa będzie na dwa lata,z możliwością przedłużenia jej po roku na kolejne trzy... A nie,to stary przepis. Więc po dwóch latach na czas nieokreślony. Możebyć?
Oszołomiona, zdołałampokiwać energicznie głową. Ten facet proponował mi pensję nieco tylkoniższą od łącznych dochodów moich rodziców, nauczycieliz dwudziestoletnim stażem! Praca w reklamie... Jużzaczynałam ją lubić, choć jeszcze nie do końca wiedziałam, na czympolega.
Zaszumiała drukarka nabiurku i wypluła kilka kartek.
- Tu proszępodpisać, i tu, i tu też. - Drugi prezespodsuwał mi pod nos kolejne kartki, jeszcze ciepłe, a japodpisywałam bez czytania. Po głowie kołatała mi się tylko jednamyśl: ponad trzy tysiące pensji!
- Netto towychodzi jakieś dwa osiemset czterdzieści. - Feldmannjakby czytał mi myślach. - Ale z premiami może paniwejść w wyższy próg podatkowy, więc... - Wzruszyłramionami.
Wyższy próg podatkowy?No, też mi zmartwienie!
Kiedyformalnościom stało się zadość, a jeden egzemplarz umowy o pracę- pierwszej w moim życiu! - trafiłbezpiecznie do mojej torebki, prezes-abnegat wyszedł,a prezes-elegant wziął mnie pod ramię.
- W takimrazie pozwoli pani, że ją oprowadzę po firmie - powiedziałi delikatnie wypchnął mnie na korytarz. - Zaczniemyod podstaw, czyli od sekretariatu.
Zeszliśmy na parter.
- My się jużznamy. Agnieszka. - Sekretarka pomachała mi zza biurka.
- Emilia- powiedziałam. - Dla przyjaciół Mila.
- No to będęcię tak nazywać, bo na pewno się zaprzyjaźnimy. - Uśmiechnęłasię szeroko.
Prezes-elegantzmarszczył brwi, jakby o czym siebie przypomniał.
- Zasadniczotu wszyscy mówimy sobie po imieniu. Stanisław - powiedział,wyciągając do mnie rękę. - Dla przyjaciół Stasiu, a cośczuję przez skórę, że też się zaprzyjaźnimy.
- Miło mi.- Uścisnęłam mu dłoń, odruchowo dygając jak pensjonarka.Może mówili tu do siebie po imieniu, szefowie i podwładni, alejakoś nie wyobrażałam sobie, by przeszły mi przez usta familiarnezdrobnienia w odniesieniu do prezesów. No już bez przesady. Tobyło dla mnie zbyt wielkomiejskie.
- Chodź,Milu, pokażę ci resztę naszych włości i, hm, włościan.
Na parterze, czego niezauważyłam wcześniej, znajdowała się jeszcze jedna duża sala. Stół,osiem krzeseł, rzutnik, ekran i jakieś tablice - tobyło całe wyposażenie. Sala wydawała się jakby zamaskowana;przeszklona ściana została przesłonięta wertikalami i dopierokiedy Agnieszka użyła pilota, obróciły się z cichym poszumem.
- To salakonferencyjną, a za plecami Agnieszki mieści się mały pokój,w którym już byłaś. No i kuchnia. Ale tam wstęp ma tylkoona - wyjaśnił prezes Stasiu.
- Trzymasztam skarby? - zapytałam, obracając się w kierunkubiurka sekretarki.
- Ciastka,kochana, ciastka. A tutaj ciastka to... - Agnieszkazawiesiła głos i uniosła palec wskazujący, robiąc przy tym minę,jakby na coś czekała.
I doczekała się.
- Czy ktośprzed chwilą wypowiedział magiczne słowo na "ce"?- zapytał znajomy mi już wielkolud, schodzący właśnie poschodach. Przypadkiem?
- MariuszDąbrowski - przedstawił go prezes Stasiu.
- Dlaprzyjaciół Maniek - wtrąciła z porozumiewawczymuśmiechem Agnieszka.
- O?- zdziwił się Mariusz. - To ja mam przyjaciół?A teraz dawać mi tu zaraz ciastka, najlepiej te z czekoladąi dżemem w środku.
- Są alboz czekoladą, albo z dżemem w środku - sprostowałaAgnieszka.
- Ale ja sięje sklapnie razem, to są jednocześnie i z czekoladą,i z dżemem. A takie lubię najbardziej... - rozmarzyłsię.
- Maszi znikaj w gawrze, niedźwiedziu. - W jakiśczarodziejski sposób w dłoniach sekretarki-strażniczki-ciastekpojawiły się dwa szeleszczące opakowania, które poszybowaływ kierunku uśmiechniętego olbrzyma. Zgrabnie je złapał, każdew inną rękę, i błyskawicznie odwrócił się na pięcie, byzniknąć na schodach.
- Mariuszjest dyrektorem artystycznym - dopełnił prezentacji prezesStasiu.
Spojrzałam na niegozaskoczona. Tego dnia wciąż się dziwiłam.
- Czy tupracują wyłącznie takie oryginały? - wyrwało mi się.
- No coś ty- żachnął się. - Mariusz jest zupełniezwyczajnym facetem.
- W takirazie już się boję spotkania z tymi niezwyczajnymi.
- Dzisiaj cito nie grozi, wszyscy plastycy i graficy mają urlop.
- Pomórjakiś?
- Nie.Wczoraj skończyli przygotowywania do pierwszego etapu dużegokonkursu. Pracowali przez bite pięć dni, prawie na okrągło, szykującprezentację prac agencji, więc Maciek dał im wolne. Ale chodźmy nagórę, przedstawię cię pozostałym.
- Stasiu,a może prościej będzie zwołać ich wszystkich na dół, dokonferencyjnego? - zaproponowała Agnieszka. - Cobędziecie tak kolędować po nich jak jakieś dziady... - Poczym nie czekając na zgodę, puknęła palcem w klawisz na swoimtelefonie. - Wiaraaaa! - rozdarła się na całegardło do interkomu. - Ciacha dają w salkonie!
Z góry doleciało domnie trzaskanie drzwi, a po chwili na schodach zaroiło się odludzi płci obojga. Nawet nie przypuszczałam, że aż tyle osób tupracuje. Trzy dziewczyny i czterech młodych mężczyzn, wszyscyubrani starannie i raczej elegancko, całym stadem waliło w nasząstronę. Boże, czy oni tu cierpieli na niedobór cukru?
- Chodu!- krzyknął Stasiu, pociągając mnie za rękę w kierunkusali konferencyjnej, w skrócie "salkonu", jak siędomyśliłam.
Zaraz za nami wpadlipozostali, czyniąc wrzawę jak rój pszczół. Prezes uciszył ichwładczym ruchem ręki.
- Spokój,dzieci.
- Aleciastka... - zaszemrał ktoś.
- Zaraz będą- zapewnił, widząc uśmiechniętą Agnieszkę, która z dumąwkroczyła do sali z dwiema ogromnymi paterami wypełnionymi pobrzegi, i z czubkiem, ciasteczkami przeróżnych kształtów.- Bierzcie i jedzcie wszyscy, bowiem to są ciastka odBahlsena! - zawołał z emfazą. - A jadokonam prezentacji - dodał szybko.
Wszyscy spojrzeli namnie zaintrygowani. Najwyraźniej tworzyli zgrany zespół, zatemciekawiło ich, kto do tego zespołu właśnie dołączył.
- To EmiliaRafińska, nasza nowa koleżanka. Przywitajcie ją.
Siedem par rąk jak nakomendę grzmotnęło w stół.
- Tak tutajklaszczemy - wyjaśnił mi.
- Terazrozumiem, dlaczego stół jest metalowy...
- A nie,to pomysł Maćka. Takie klaskanie to już sami wymyślili. No ale dorzeczy, jedziemy od lewej. Tam siedzi Łukasz, nasz producent.Generalnie zajmuje się kontaktami z podwykonawcami,z drukarniami przede wszystkim, czasem z innymi. Sam ciopowie, bo uwielbia opowiadać o sobie. - Puścił doniego oko.
- Mów mi Łuki- przedstawił się wysportowany facet, o kruczoczarnychwłosach, amerykańskiej szczęce i wybitnie niepasującym docałości twarzy małym, perkatym nosie. Gdyby nie ten nos, byłby ciężkoprzystojny, a tak był przystojno-uroczy.
- ObokŁukiego dycha Hania Trzmiel, nasza producentka radiowa, telewizyjnai dźwiękowa. Osoba wielce nerwowa i cierpliwa zarazem,zestawienie rzadko spotykane w świecie ludzi i zwierząt.A poza tym wiecznie cierpiąca, więc może dlatego. - Spojrzałna nią z troską.
Przedstawiona głośnowysmarkała się w chusteczkę higieniczną. Była blada,nieumalowana i wyraźnie zmęczona.
- Mam alergię- mruknęła ponuro. - Na wszystko.
- Obok Hanisiedzi Ilona Leńska, zwana Leną, ale ją już znasz. To nasza account.Czym się zajmuje? W skrócie: przynosi nam pieniądze. Dokładniejsprawia, że zarabiamy pieniądze, bo sprzedaje naszą ciężką pracęnaszym trudnym klientom. Dalej Kasia, też account. Ma lżej, bo niejest taka chorobliwie ambitna i woli łatwiejszych klientów. Naniej też nieźle zarabiamy. Potem Paweł Czech, dyrektor handlowynaszych własnych przedsięwzięć. Podlegają mu dwie gazety i kwartalnikreklamowy, który być może wkrótce stanie się miesięcznikiem. Wreszciedwaj media-plannerzy: Wojtek i Michał. Zasadniczo oni dwajzabierają nam pieniądze, które dostaliśmy od klientów, i zanosządo gazet oraz wszędzie tam, gdzie uznają za stosowne. A gdziereszta zespołu?
- To jeszczenie są wszyscy? - zdziwiłam się.
- Nooczywiście, że nie. To zaledwie część z pierwszego piętra,większa, ale nie cała. Są jeszcze Bartek i Marcin...
- Pojechalido Romana, obejrzeć nowe konstrukcje dla Meblo-stylu - wyjaśniłaLena.
- ...bozajmują się outdoorem w jak najszerszym tego słowa znaczeniu.I nie widzę Moniki...
- Pojechałapo ciastka! - obwieścił radośnie Łukasz.
- ...bo jestaccountem, a Bahlsen to jej klient - znówdoinformował mnie prezes Stasiu. - Aha, jeszcze Elwira,czyli nasz dział badań, też jej tu nie widzę.
- Dzwoniłarano, że ma chore dziecko - rzuciła przez zakatarzony nosHanka producentka.
- W porządku.To całe pierwsze piętro, bo mnie i Andrzeja już poznałaś.
- A coz drugim piętrem? Znam tylko Mariusza.
- Resztępoznasz jutro, jak wrócą z urlopu.
- No i Maćkaznam - wtrąciłam.
- Powiedzmy- mruknął. - No i Maciek to jest trzeciepiętro. Najwyższe.
W tym momencie ażpodskoczyłam, bo znowu wszystkie pary rąk walnęły o stół. Aleo wiele mocniej.
Rozdziałczwarty: Historia
KiedyMaciek Tymański dostarczył dziewczynę przed uśmiechnięte jak zawszeoblicze Agnieszki, uznał nie bez racji, że zostawia ją w dobrychrękach. Wleciał na górę, na swoje trzecie piętro, żeby zabrać kurtkę,bo zdecydował, że na dziś skończył już pracę. W drodze na parterzerknął do Mariusza, ale ten siedział z nosem zatopionymw katalogach ze zdjęciami, więc bez słowa wycofał się na schodyi po cichu zszedł na dół. Agnieszka brodą pokazała mu drzwi dopokoju, więc domyślnie skinął głową i położył palec na ustach.A potem zmienił układ prawej dłoni, posłał jej całusa i wyszedł.
Jak zawsze, kiedyopuszczał firmę, przystanął oczarowany widokiem Starego Rynku. Mimopołowy grudnia nie było nawet specjalnie zimno, no i oczywiścienigdzie nie dostrzegł nawet odrobinki śniegu.
"White Christmas",pomyślał z ironią i wsadził ręce głęboko w kieszeniedżinsów. Przeszedł na ukos przez rynek, kierując się do Arsenału,swojej ulubionej księgarni.
- Cześć,dziewczyny! - zawołał od progu ku dwóm ekspedientkomstojącym za ladą tuż przy wejściu.
- Cześć,Maciek - odpowiedziały chórem i z niewymuszonymiuśmiechami. Lubiły go nie dlatego, że zostawił tu przez ostatnichparę lat mnóstwo pieniędzy; lubiły go bezinteresownie.
- Coś macieciekawego? - spytał z nadzieją w głosie.
Wyższa z dziewczyn,Malwina, powoli uniosła do góry palec wskazujący prawej ręki, podrodze dotykając nosa, przez chwilę pokręciła nim nad głową, a potemwskazała mu kierunek.
- Nanajniższej półce, pod przewodnikami - powiedziałatajemniczo.
Dał nura pomiędzy ludźmii dotarł do wskazanego miejsca. Dostrzegł bez trudu "swoją"książkę: Słownik wyrazów kłopotliwych. Kucnął przy regalei z nabożną czcią wziął go w ręce, kartkując powoli.Jedyny egzemplarz...
Wrócił do dziewczyn.Malwina akurat poszła między regały, więc zapłacił u Ani. Jakzawsze skorzystał ze swojej pięcioprocentowej karty rabatowej- dziewczyna wzniosła oczy w górę, ale sięgnęła pokalkulator. Wyliczyła należność, Maciek zapłacił i bez pakowaniaporwał książkę. Wrócił z nią do agencji, ale wstąpił tylko doAgnieszki - położył słownik na jej biurku, a onaszybko schowała go do najniższej szuflady. Znów posłał sekretarcecałusa i wyszedł, tym razem na dobre.
Ludzie posiadająrozliczne zainteresowania i tracą czas na rozmaite, czasemdziwne czynności. Tymański kolekcjonował wszelakie słowniki, rzeczjasna ze szczególnym uwzględnieniem słowników języka polskiego. Tojeszcze niespecjalnie odbiegało od normy, bo pasjonaci zbierają różnerzeczy: słonie, aniołki, kaczki z porcelany, pluszowe misie,włóczkowe pieski. Ale on te słowniki na dokładkę czytał, tak jak inniludzie czytują powieści. Powieści zresztą też czytał, równie chętnie.Właściwie czytał wszystko, od opakowań makaronu w sklepie,poprzez nagłówki gazet wystawionych w witrynie kiosku, poksiążki science fiction i sagi romansowe, choć te ostatniez niejakim trudem. Był maniakiem czytania. A kiedy nie mógłczytać, bo na przykład jechał samochodem albo leżał w ciemnympokoju, próbując zasnąć, wtedy słuchał audiobooków.
Panuje powszechnieprzekonanie, że ludzie myślą obrazami; także pod tym względem MaciekTymański był wyjątkowy. Aby przywołać przed oczyma duszy jakiś obraz,musiał się porządnie skupić i wysilić; słowami zaś myślał szybkoi dostatecznie barwnie. Dokładniej myślał nie tyle słowami, copolimerowymi łańcuchami słów, jak sam to kiedyś określił. Beznajmniejszego wysiłku układał w głowie całe zdania, akapity,całe teksty nawet, z których niewiele zapominał i tylko to,co nie było według niego warte pamiętania. W tej chwili właśniezastanawiał się nad fragmentem niedawnej rozmowy z Emilią.
"Czy ja piję kawę?Bardzo rzadko, właściwie wcale. Nie potrzebuję kofeiny, potrzebujęraczej czegoś, co zwalnia aktywność umysłową, jak yerba mate, którakofeiny ma mało, pobudza łagodnie i można po niej zasnąć, noi sikać się nie chce tak jak po kawie. Ale do meritum, myślenieo dwóch rzeczach naraz zniosę, ale przy trzech, czterechzaczynam się gubić. Nie, nie gubić, męczyć, bo za dużo jest dopamiętania... Właśnie, właśnie... Aha, fakt, że kawy nie pijamw ogólności, a zbożowej w szczególności, nie znaczy,że nie mogę wpaść na dobry pomysł, jak kawę zareklamować. Bo kogoobchodzi, co prywatnie myślę o kawie? Lub o czymś innym?Odbiorca reklamy chce się z niej dowiedzieć, co on myśli na danytemat, a ja mam mu to powiedzieć. Dlatego wolę polegać nacudzych opiniach i na ich podstawie budować metafory, ciągiskojarzeń... I dlatego nigdy nie zrobię żadnej reklamy cygar, boje lubię i palę. I nigdy nie zrobię reklamy okularów, bomam i używam, choć nie lubię, ale muszę nosić. A ostatniakampania dla Johnson &Johnson o szkłach kontaktowychwyszła rewelacyjnie. Dlaczego? Bo nie używam szkieł kontaktowych".
Poczuł się tymsamo-wy-tłumaczeniem usatysfakcjonowany i błyskawicznieprzełączył się na ekspresową kawę zbożową Anatol, która wprawdziejeszcze nie istniała, ale dla niego była już bytem realnym.
"Tym zadziwięwszystkich: nie będzie hasła reklamowego! Bo jak niby nazwaćwspomnienie z dzieciństwa? Kawa zbożowa wystarczy, a nazwaAnatol też przywołuje wspomnienia".
Tu na chwilę się zawahał- dziadek Anatol był przecież jego osobistym wspomnieniem.
"Dobra, czasamitrzeba dać coś z siebie i od siebie. To jest właśnie magiareklamy".
Uśmiechnął się drwiąco,stając pod kamienicą, w której mieszkał.
"I to jestwłaśnie dobre miejsce, aby przestać myśleć o robocie, a zacząćmyśleć o... - zerknął na zegarek - o obiedziejeszcze nie pora, ale może lanczyk malutki? Zobaczymy, co tam Martynaprzygotowała".
Tu znów sięzreflektował; Martyna prawdopodobnie była jeszcze w pracy.Obrócił się na pięcie i wrócił na rynek.
Idąc do apteki PodZłotym Lwem, przeszedł przez rynek z drugiej strony Ratuszai minął Urząd Stanu Cywilnego. Nie przepadał za tym budynkiem,ale jeszcze bardziej nie cierpiał chodzić dwa razy tą samą trasą.Przynajmniej nie w mieście; nad rzeką miał swoje stałe ścieżki,no ale rzeka sama z siebie zmieniała się nieustannie, więc tamnie musiał wynajdywać urozmaiceń krajoznawczo-turystycznych.
"Jeśli ktoś nielubi zimy, to zwykle z kilku mniej lub bardziej racjonalnychpowodów. Ja nie lubię zimy dlatego, że nie można chodzić na ryby",pomyślał bez związku. Owszem, znał kilku zapalonych wędkarzy,łowiących w każdych warunkach i o każdej porze roku, samkiedyś też dał się namówić na styczniowe łowy łososi na Parsęcie, alezostały mu po tej wyprawie wspomnienia niespecjalnie zachęcające doponowienia podobnych eksperymentów. Najchętniej łowił szczupaki,a sezon na nie rozpoczynał się dopiero pierwszego maja.Westchnął ciężko i wszedł z ponurą miną do apteki.
W okienku młodapani magister tłumaczyła jakiejś staruszce zawiłości związanez refundacją przepisanego jej leku. Druga, równie młoda panimagister, pomagała dobrać plaster na odciski starszemu panu.W trzecim okienku młody pan magister bez cienia zażenowaniarozpływał się w zachwytach nad nowymi czopkami na hemoroidy,a słuchające go dwie staruszki wydawały się być rozanielonefaktem, że ktoś wreszcie poważnie traktuje ich cielesne problemy.Maciek wyminął kilka osób stojących potulnie w kolejce i w głębiaptecznego przedsionka dobrych rad zastukał do zabytkowych drzwi.Posłyszał cichutkie bzyczenie i pchnął je lekko.
Martyna siedziaław głębi swojego gabinetu, za wielkim dębowym biurkiem,i przeglądała jakieś papiery. W białym kitlu wyglądałaprzeuroczo, a w okularach zsuniętych na czubek nosa takseksownie, że aż go zatkało. Stał w progu i przyglądał sięoczarowany.
- Czy jakomała dziewczynka lubiłaś kawę zbożową? - zapytał.
Spojrzała na niegonieobecnym wzrokiem.
- Powtórzpytanie, bo byłam zajęta jakimiś mało ważnymi sprawami - mruknęła.
- Lubiłaśkawę zbożową w dzieciństwie? - Tymański podobnie jaknie cierpiał chodzić dwa razy tą samą trasą, tak nie znosił siępowtarzać, a przynajmniej nie lubił mówić dwa razy dokładnietego samego.
- Niespecjalnie- odparła flegmatycznie. - Miała fusyi smakowała... nieszczególnie... Chociaż... lubiłam samo słowokawa, bo jako małemu dziecku kojarzyło mi się z dorosłością,i chyba uważałam, że wcale nie musi być smaczna... wystarczy, żejest czymś dorosłym...
- Cieszy mnietwoja odpowiedź. - W zadumie pokiwał głową. - Chodźdo domu, jestem głodny.
- Właściwiemam jeszcze trochę pracy... - Przez chwilę się wahała,wreszcie wstała energicznie. - Ale mogę sobie zrobićprzerwę. Tylko w domu nie mam nic gotowego, trzeba by...
- To chodź doSphinksa. Ja stawiam.
- Świętojakieś?
- Mamasystentkę.
- Dwa razy mitego nie mów, już nas tu nie ma. Ale właściwie... po co ciasystentka?
- Nie wiem.Może na coś się przyda.
Dokładnieto samo pytanie zadał Andrzej Feldmann, choć w bardziej męskiejkonwencji:
- Po co mu,kurwa, asystentka?
Przed wizytą w bankuzajrzał do Stasia na chwilkę, dręczony wątpliwościami.
Suchański tylko wzruszyłramionami i odpowiedział podobnie jak Maciek.
- Nie wiem,ale może mu się przyda.
- Stary,przecież za nim nawet Martyna nie nadąża, a znają się całeżycie.
- No więcmoże go trochę spowolni.
- A tonam nie zaszkodzi w interesach?
- Jesteśbeznadziejny...
- Praktyczny.
- Słuchaj,przecież właśnie dlatego daliśmy ogłoszenie, że szukamy accountmanagera, prawda? Bo to właśnie my, cała agencja, powoli przestajemysię z nim wyrabiać. A dyla na niego cały zespół i wszyscypiszczą, że mają roboty od...
- No...- zreflektował się Andrzej. - W sumie maszrację.
- A pozatym nie zauważyłeś, że on ciągle przyspiesza? Jak myślisz, długomożna pracować w takim tempie?
- Nie wiem.Ja w takim tempie nawet nie biegam do autobusu.
- Ty w ogólenie biegasz do autobusu, bo jeździsz taksówkami.
- Fakt. Znam go od przedszkola i nigdy nie był takinakręcony. A propos taksówek, chyba jedna czekana mnie już od kwadransa, więc się pożegnam. - Jeszcze razwzruszył ramionami i wyszedł.
Żebybyć dokładnym, nie chodzili razem do przedszkola, a w każdymrazie nie do jednej grupy. Maciek był od nich obu starszy o rok.Ale w dzieciństwie mieszkali w tym samym bloku na małymosiedlu dla pracowników Politechniki i od kiedy potrafili nawłasnych nogach dojść do piaskownicy, spotykali się codziennie.Stanowili doskonałe trio do wszelkiego typu zabaw; Maciuś potrafiłwszystko wymyślić, Stasiu wszystko zorganizować, a Jędruśznaleźć na to fundusze albo na tym zarobić. Tak samo sprawniedziałali w agencji, którą razem stworzyli według pomysłu Maćka,przy niezastąpionych umiejętnościach organizacyjnych Staszka i dziękifinansowemu talentowi Andrzeja.
Agencja reklamowa FASTpowstała jako spółka z ograniczoną odpowiedzialnością już w 1991roku. Nazwę utworzono od pierwszych liter nazwisk ojców-założycieli,dodając "a" w środku, żeby lepiej brzmiało. AndrzejFeldmann, ekonomista i prawnik, a przy tym geniuszfinansowy, zajmował się tym, do czego stworzyła go naturai predestynowały geny; w jego żyłach płynęło parę kwaterekkrwi żydowskiej, o czym dobitnie świadczyło nie tylko nazwisko.Stanisław Suchański, z wykształcenia psycholog, człowiekprzeuroczy i szarmancki, o urodzie południowcai fantastycznym zmyśle obserwacji (jego maksyma życiowabrzmiała: "Mówię ludziom to, co chcą usłyszeć"),doskonale potrafił zorganizować pracę innych osób i dogadywałsię z każdym pracownikiem agencji, poza działem kreacji. Alez tymi dziwakami wcale nie musiał rozmawiać, bo to była działkaTymańskiego, dyrektora kreatywnego i copywritera,z wykształcenia polonisty, z usposobienia filozofa,introwertyka, acz ze sporą domieszką starannie zakamuflowanegocholeryka. A Maciek z kolei nie chciał i nie umiał siędogadywać z nikim spoza swojego działu, bo twierdził, że baranyi analfabeci go nie rozumieją, choć mówi po polsku. Do wyjątkównależeli Agnieszka i jego dwaj wspólnicy. Ale wyjątki tylkopotwierdzały regułę.
Sama idea stworzeniaw Poznaniu dużej agencji reklamowej, mogącej powalczyć o poważnezlecenia z warszawskimi gigantami, wydawała się z początkunierealna. Podobnie jak objęcie stanowiska dyrektora kreatywnegoprzez copywritera; zwykle tę funkcję pełnili graficy. No i wybórmiejsca na siedzibę - reprezentacyjna kamienica w samymcentrum miasta, na Starym Rynku, której wynajem kosztował co miesiącmałą fortunę. Wszystko to były pomysły Maćka. Z początku i napierwszy rzut oka wydawały się nierealne do przeprowadzenia,a w dodatku nieskuteczne, ale po jakimś czasie okazały sięgenialnymi w swej prostocie rozwiązaniami.
Poznań to miastomiędzynarodowych targów. Dlatego agencja zaczęła swoją działalność odwykonywania zabudowy targowej, a ponieważ robili to szybko,dobrze i znajdowali się pod ręką - dzięki czemuwycięcie i wyklejenie dodatkowego logotypu nie stanowiło żadnegoproblemu - więc zleceń mieli co niemiara. Z czasemwydzielili część firmy, podpisali umowę z MTP i wynajęlibiuro na terenie Targów, przenosząc tam cały działprodukcyjno-montażowy. To była ich pierwsza firma-córka, zarządzanaprzez Szymona Szubę, kolegę z osiedla, trzy lata młodszego odAndrzeja i Staszka, a cztery od Maćka.
Poznań - oczym już nie wszyscy wiedzą - to również siedzibawszystkich największych koncernów paliwowych, które zaczęły w Polscena początku lat dziewięćdziesiątych budowę stacji benzynowych. Tumiały swoje biura ARAL, BP, ESSO. I to byli pierwsi klienciagencji. Oczywiście na początku nie obeszło się bez tarć, bo najpierwwygrali przetarg na wizualną identyfikację stacji sieci ESSO, a poroku to samo zrobili z ARAL-em. Rozpętało się małe piekło, alemistrzowskie posunięcie Staszka pozwoliło zażegnać konfliktw zarodku; zaprosił ludzi z obu firm na potężny obiad doeleganckiej chińskiej restauracji i poinformował, że jakoagencja reklamowa nigdy nie będą w tym samym roku pracować dlaobu koncernów, a poza tym, że nie zamierzają nawet startowaćw konkursach organizowanych przez trzeciego z potentatów,czyli BP. Widmo wspólnego wroga doprowadziło do tymczasowegozakopania toporów wojennych, a sieci paliwowe znalazły sposób,aby obie mogły skorzystać na współpracy z agencją. Od tej poryFAST, tradycyjnie wygrywając kolejny konkurs ogłaszany przez jednąz firm, opracowywał dwuletni plan działań, który obejmowałw pierwszym etapie kreację, a w drugim realizację,która odbywała się już przez współpracujące z agencjąfirmy-córki. I wszyscy byli zadowoleni.
No i jeszcze jedno- FAST sam wcielił w życie kilka oryginalnychpomysłów reklamowych Tymańskiego. Dzięki temu mieli własne produkty,takie jak Rabatowa Książeczka Zakupów OKAZJA czy pisma KUPAUTO oraz KUP DOM. Oczywiście z czasem powstała nowa,osobna firma, której prezesem został szwagier Przemka Tymańskiego,starszego brata Maćka. Bo w dużej mierze ich sukces zasadzał sięna ścisłych więziach łączących trzech głównych wspólnikówi firmy-satelity, więziach daleko wykraczających poza zwykłerelacje biznesowe. Przemek Tymański był reżyserem dźwiękui właścicielem studia nagrań, ostatnio rozbudowanego o studioaudio, a jego szwagier zarządzał projektami prasowymi agencji,działając pod szyldem zupełnie innej firmy. Zabudowa targowastanowiła wydzieloną jednostkę organizacyjną; poza tym posiadalitakże własną drukarnię na obrzeżach miasta.
No i mieli MaćkaTymańskiego, który oprócz swoich zajęć w agencji angażował sięw hodowanie narybku. Jako wykładowca w szkole reklamy,która od ponad pięciu lat z powodzeniem działała w Poznaniu,chętnie przyjmował swoich uczniów na praktyki do FAST albo załatwiałim rozmowy wstępne w innych firmach, często kończące siępropozycją pracy. Po praktykach ci, którym się spodobało - podwarunkiem że oni sami spodobali się swoim bezpośrednim przełożonym- zostawali na etatach. Obecnie ponad trzy czwarte ichwszystkich pracowników stanowili uczniowie Tymańskiego, wpatrzeniw niego jak w obraz i nazywający go bez cieniazłośliwości Guru, zaś większość klientów agencji zatrudniała jegopodopiecznych od ręki, nawiązując potem w naturalny sposóbściślejszą współpracę z samą agencją.
Cały układ działał beznajmniejszych zgrzytów i tarć. Oraz bez czujnego wzrokunajwiększych konkurentów, czyli dużych agencji warszawskich, tychsieciowych i tych zwykłych. Po prostu nikt ze stolicy nie wpadłna to, że takie interesy i na taką skalę można robić w Poznaniu.I bardzo to wszystkim w FAST odpowiadało.
Oczywiście mielikonkurencję. Kilka lokalnych agencji reklamowych czasami odbierało imjakiś kontrakt, oferując niższe ceny. Ale dysponowali dość pokaźnymportfelem własnych klientów, który co roku wzbogacał się o jednąlub dwie firmy. Nigdy o więcej - taki warunekpostawił Maciek i bez sprzeciwów został on zaakceptowany przezdwóch pozostałych wspólników. Tymański po raz kolejny wykazał sięniestereotypowym myśleniem i genialnie odwrócił kolejność: tonie agencja zabiegała o klienta, to klienci czekali, aż zwolnisię dla nich miejsce. Z agencjami z Warszawy spotykali sięczasem podczas ogólnopolskich przetargów i tu bywało różnie;czasami wygrywali pomysłami, czasami przegrywali brakiem kontaktówi dojść do świata mediów czy polityki.
To zresztą stanowiłonajwiększą i chyba jedyną słabość agencji FAST. Nie mielidostępu do "wielkiego stołu" w stolicy, po pierwszedlatego, że niespecjalnie o to zabiegali, po drugie dlatego, żez warszawiakami jako poznaniacy dość trudno się dogadywali.Wyjściem mogłoby się okazać otwarcie oddziału w stolicy; myślelio tym już od jakiegoś czasu, ale było to organizacyjnie wielcezawiłe przedsięwzięcie. Choć w ich zasięgu.
Tak więc, ogólnie, byłonieźle.