Sprzedane przez ojca - Zana Muhsen

-
Proszę czekać

Strona redakcyjna

Redakcja stylistyczna

Elżbieta Novak

Korekta

Renata Kuk

Halina Lisińska

Projekt graficzny serii

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

"The Observer"/Ben Gibson

Tytuł oryginału

Vendues!

Copyright ? Zana Muhsen and Andrew Crofts, 1991

? Editions Robert Laffont, Paris, 1991

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright ? 2013 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-4731-1

Warszawa 2013. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Publikację elektroniczną przygotował

Przedmowa

Przedmowa

Kiedy w roku 1984, razem z moją czteroletnią córką, opuściłam Stany Zjednoczone, aby towarzyszyć mężowi do Teheranu, czułam strach. A przecież w tamtym czasie nie słyszałam jeszcze o kobietach przetrzymywanych jako zakładniczki przez mężów o odmiennej narodowości ani o dzieciach odbieranych matkom. Nie wiedziałam również, że przez sam fakt zawarcia małżeństwa automatycznie przyznano mi obywatelstwo irańskie, tak jak i mojej córce, i że nie będziemy mogły opuścić Iranu bez zgody mojego męża.

Osiemnaście miesięcy później, kiedy wyrwałyśmy się z tego koszmaru, dla Amerykanów stanowiłyśmy przypadek odosobniony.

Gdy opisałam moją historię, podróżując w związku z promocją książki, odkryłam w Stanach Zjednoczonych i w Europie wiele dramatów porównywalnych z tym, jaki sama przeżyłam. W większości osoby, które przeszły przez podobne doświadczenia, nie miały odwagi o tym mówić, wyobrażając sobie, że są w błędzie lub że ich przypadek jest odosobniony. Postanowiłam zwalczać ten fałszywy pogląd na tę sprawę.

Dzisiaj w krajach zachodnich spotyka się coraz więcej par mieszanych i wiele dzieci otrzymuje podwójne obywatelstwo. Nieraz muzułmanie, tak jak mój mąż czy też ojciec Zany, osiedliwszy się w społeczności zachodniej, nie akceptują kultury kraju, w którym przyszło im zamieszkać. Niektórzy nie mogą znieść myśli, że ich dzieci, zwłaszcza córki, mają być wychowywane w społeczeństwie niemuzułmańskim, które uważają za nieczyste. Postępują więc zgodnie ze swoim poczuciem obowiązku: porywają własne dzieci i przetrzymują jako zakładników w rodzinnym kraju.

Od roku 1988, kiedy zapoznałam się z historią Zany i jej siostry Nadii, nieraz o nich myślałam. Nasza walka o wolność była taka sama. Kiedy się dowiedziałam, że Zanie udało się opuścić Jemen, ucieszyłam się ogromnie, a kiedy mi powiedziano, że pisze książkę, nie miałam cierpliwości czekać na jej publikację: poprosiłam angielskiego wydawcę o kopię pierwszych odbitek. Jej opowieść mną wstrząsnęła.

Zupełnie zrozumiałe pragnienie poznania kraju własnego ojca doprowadziło Zanę i Nadię do tragedii. Te dwie małe Angielki, urodzone i wychowane w Birmingham, całkowicie zakotwiczone w swoim środowisku, których życie było podobne do życia wszystkich nastolatek w ich wieku, zostały sprzedane przez ojca, wydane za mąż pod przymusem i były przetrzymywane w Jemenie wbrew ich woli. Aby przeżyć, musiały dostosować się do tamtejszej zacofanej społeczności i zostać niewolnicami w kraju własnego ojca.

Tam, brutalnie odcięte od rodziny, bez możliwości porozumiewania się z otoczeniem, ponieważ nie mówiły po arabsku, zostały umieszczone oddzielnie - każda w innej wsi. Nic nie zdoła oprzeć się samotności, nawet najsilniejsza wola. Nie ma nic trudniejszego, jak zdobyć się na odwagę, kiedy obok brak kogokolwiek, kto by nas podtrzymał na duchu... a jednak Zana nigdy się nie poddała.

Kiedy mnie przetrzymywano w Iranie, sama dziwiłam się własnej sile i determinacji, których dałam dowody - byłam jednak kobietą dorosłą. Zana natomiast - tylko dzieckiem. Skąd brała odwagę?

Zana i Nadia były więzione w Jemenie już od siedmiu lat, gdy ich sprawa dotarła do wiadomości publicznej. Media zaalarmowały opinię światową i rząd jemeński, pragnąc ratować twarz, musiał podjąć decyzję. Zana nie przepuściła tej okazji, by się wymknąć; chcąc jednak powrócić do Anglii, aby stamtąd nadal walczyć o siostrę, musiała pozostawić w Jemenie swojego dwuletniego syna.

Dziś, opowiadając swoją historię, Zana daje świadectwo sytuacji, jakiej wielu nie chce jeszcze przyjąć do wiadomości. Przemawia także w imieniu kobiet Trzeciego Świata; uciemiężone i zniewolone nigdy do tej pory nie miały okazji mówić o swoim cierpieniu.

Jej głos nawołujący do walki z uciskiem jest echem głosów wcześniejszych, a także tych, które podniosą się w przyszłości.

Betty Mahmoody

Rozdział I

Rozdział I

Nazywa się Mackenzie, mówię do niego Mackie. To brzmi zabawniej. Kocham go i myślę, że i on mnie kocha. Ale kiedy się ma piętnaście lat, nie mówi się o tym w taki sposób.

Mówi się:

- Będzie ci mnie brakowało, Mackie?

- Jasne... Ale za to ty pojedziesz sobie na wakacje, to fantastyczne. Ja zostaję w Birmingham przez całe lato. Koszmar.

A później, po tańcu, kiedy trzeba się rozstać, żeby tato i mama nie urządzali scen, jeszcze się woła:

- No to cześć, Mackie...

A resztę już dopowiada pospieszny pocałunek.

- Cześć, Zana...

I przelotne spojrzenie, jeszcze bardziej wymowne.

To było wczoraj, późnym wieczorem. O świcie, na londyńskim lotnisku, po całych godzinach jazdy autobusem, filiżanka herbaty i pączek stanowią całe moje śniadanie. Tato i mama nie spuszczają ze mnie wzroku, a ja okropnie się denerwuję.

- Mamo, a jeżeli mi się tam nie spodoba, będę mogła natychmiast wrócić?

- Oczywiście, Zana, możesz wrócić, kiedy zechcesz... Co ci jest? Myślałam, że cieszysz się z tej podróży.

- Nic... wszystko w porządku, tylko... gdyby mi się tam nie spodobało...

- No nie, tobie, co tak lubisz słońce? Jak już tam będziesz, zapomnisz o Anglii.

Pilnuję się, żeby nie zadawać żadnych pytań w obecności taty i jego dwóch przyjaciół, żeby nie sprawić im przykrości. Tato pozwolił mi jechać z nimi do Jemenu, swojego ojczystego kraju. Abdul Chada i jego syn Mohammed zapraszają mnie do swojej rodziny, będą ze mną podróżowali, są bardzo mili i wspaniałomyślni. Takim pytaniem pewnie bym ich uraziła.

Abdul Chada jest przyjacielem mojego ojca, ma czterdzieści pięć lat, czarne kręcone włosy, ogromne wąsy, a jego elegancja wydaje się nieco sztywnawa. W porównaniu z moim ojcem, zawsze trochę zgarbionym, trzyma się prosto i choć niewysoki, sprawia wrażenie pewnego siebie i władczego. Jego najstarszy syn Mohammed, niższy, krępy, wręcz grubawy, wygląda sympatycznie i, jak to nieraz grubasy, bardziej przyjaźnie i ciepło. Jednym słowem ojciec ma twarz odpychającą, raczej brzydką, natomiast syn jest miły. Mohammed ma żonę i dwoje dzieci. Prawdę powiedziawszy, niewiele o nich wiem. Są przede wszystkim znajomymi taty.

- Boisz się samolotu, Zana?

- Jakoś przeżyję, mamo...

To prawda, boję się, ale nie lubię o tym mówić. Taki mam charakter, czuję, że jestem twarda i silna. Jednak ten świst powietrza, które uniesie mnie tysiące kilometrów od domu, wywołuje jakieś wewnętrzne drżenie, przeczucie, że gdzieś tam czyha niebezpieczeństwo. Czuję się dziwnie, żołądek mam pusty, jak gdyby był wydrążoną wewnątrz kulą. Nie wiem, jak dokładniej to opisać. Powiedzmy, że ta pierwsza podróż samolotem, pierwsza w moim krótkim życiu, jest dla mnie wstrząsem, ale nie chcę się do tego przyznać.

- Wolałabym jechać razem z Nadią.

- Twoja siostra dołączy do ciebie już za dwa tygodnie, nawet nie zauważysz, jak czas mija.

Mama ma do mnie zaufanie. Wie, że jestem rozsądna. Kontroluje mój wygląd, lekko wygładzając kwiecistą spódniczkę.

- Będziesz tam miała mnóstwo słońca. Napisz do mnie po przyjeździe, kiedy tylko zobaczysz brata i siostrę. Gdzie twoja walizka?

Walizkę trzymam między stopami w lekkich skórzanych sandałkach. Zabieram tylko letnie ubrania, spódnice na zmianę i trykotowe bluzeczki, parę przyborów toaletowych, moje cenne książki i moją muzykę. To pierwsza walizka, jaką mi kupiono, nowiuteńka, brązowa. Nadia ma niebieską. Specjalnie w zeszłym tygodniu obeszłyśmy wielkie sklepy i wtedy bardziej się cieszyłam na myśl o tej podróży niż dziś.

Biznesmeni z zatrzaskowymi teczkami biegną, by złapać najwcześniejsze, poranne samoloty. Nagle lotnisko ożywa, na tablicach świetlnych ukazują się z szelestem numery lotów do wszystkich krajów kuli ziemskiej. Te niezliczone światełka fascynują, budzą myśl o wielkości naszej planety, i nagle, po prostu, w tej poczekalni, uzmysławiam sobie, jaki świat jest ogromny.

Ojciec z przyjaciółmi wracają na taras, skąd widać startujące samoloty. Tato uśmiecha się pod nastroszonym wąsem, ręce trzyma w kieszeniach, lekko pochylony do przodu, z obwisłymi ramionami, tak jak to lubi, dyskutuje po arabsku z przyjaciółmi. Uśmiecha się rzadko. Zazwyczaj posępny wyraz twarzy nadaje mu wiecznie zatroskany wygląd.

- Zana... Będziesz uprzejma dla mojego przyjaciela Abdula Chady, zachowuj się jak dziewczyna dobrze wychowana, kiedy znajdziesz się wśród jego bliskich.

- Tak, tato.

- No, już czas, chodźmy.

Abdul Chada idzie pierwszy, za nim jego syn Mohammed. Pokazuje paszporty, bilety, zajmuje się formalnościami, a ja tymczasem całuję mamę, stojąc przed bramką, która nas rozdzieli. Coraz bardziej się denerwuję. Tato, który nie jest czuły z natury i całuje mnie tylko od wielkiego dzwonu, muska zaledwie mój policzek pospiesznym pocałunkiem, udzielając przy tym ostatniej rady:

- Powierzam cię mojemu przyjacielowi Abdulowi Chadze, to człowiek bardzo poważany u swoich, słuchaj, co ci mówi, bądź posłuszna. To takie wspaniałomyślne, że cię zaprosił... Słyszysz mnie, Zana?

- Tak, tato.

Słyszę go jak przez mgłę, cała masa głupich myśli przelatuje mi przez głowę: a jeśli samolot spadnie? a jeśli się utopię w morzu? a jeśli dostanę mdłości? a gdybym teraz odmówiła wyjazdu i zaczekała na Nadię? Niemożliwe, tato wpadłby w szał. Przechodzę więc grzecznie przez kontrolę celną i stanowisko policji; podążając za moimi przewodnikami, patrzę, jak brązowa walizka sunie po taśmie, widzę, jak znika za małą plastikową kurtyną, która zasuwa się z odgłosem suchym i ostatecznym. Stało się. Wykręcam szyję, żeby jeszcze raz pozdrowić mamę. Chciałabym, żeby pojechała ze mną. Zupełnie sama, w towarzystwie tych dwóch wąsatych mężczyzn czuję się bardzo krucha.

Przed nami ogromna przestrzeń, samolot stoi na końcu pasa startowego, wiatr oblepia mi kolana kwiecistą spódniczką. Trochę zdyszana odwracam się, usiłując jeszcze wypatrzeć mamę hen, daleko, za szybami terminalu, ale nie potrafię już rozróżnić twarzy. Przy każdym podmuchu usta mam pełne włosów, czuję lekki smak wczorajszego szamponu: mieszanina wanilii i miodu, zapach wakacji.

To będzie wspaniała, fantastyczna podróż - powtarzałyśmy nieustannie z Nadią, od samego początku. A teraz boję się wspiąć do wnętrza tego ogromnego, nieruchomego ptaka, który z otwartym brzuchem czyha tylko, żeby mnie pożreć. Im bardziej się przybliżam, tym bardziej on rośnie. Nie przypuszczałam, że samolot może być tak wielki. Nigdy przedtem nie widziałam ich z bliska, tylko kiedy przelatywały po niebie nad Birmingham, jak błyszczące strzały, ze smugą białej pary.

Serce mi wali: jadę na wakacje - powtarzam sobie nieustannie tę magiczną formułę. Jadę na sześć tygodni słońca, morza, wolności, odkryć, z nieznanymi ludźmi, do nieznanego kraju. Oto po raz pierwszy ruszam w świat.

Jeszcze poprzedniego dnia tato mówił, widząc, jak wychodzimy z siostrą:

- Nie wracajcie późno! Uważajcie na chłopców! Nie rozmawiajcie z nieznajomymi na ulicy!

Zawsze jest surowy i drażliwy, kiedy chodzi o wychowanie córek.

Jeszcze wczoraj byłam bezpieczna, w naszym domu, w naszej dzielnicy, mieście, z tatą i jego autorytetem, z mamą i jej smutnym, bladym uśmiechem. Obie z Nadią w gronie przyjaciół świętowałyśmy nasz wyjazd na wakacje i raz przynajmniej ojciec nie wymagał od nas dokładnych relacji i wyjaśnień. Można powiedzieć, że był nawet miły. Na ogół kiedy tylko chcę wyjść, na przykład żeby się spotkać z moją przyjaciółką Lynette albo po prostu wyrwać z domu, zawsze podejrzewa coś nienormalnego. Postanowiłam więc jak najczęściej wymykać się bez słowa, licząc na to, że resztę załatwi mama.

Gdyby wiedział, że palę, gdyby wiedział, że mam chłopaka... Co by się działo! Na pewno dostałabym lanie i nakrzyczałby na mnie, pomstując na rozwiązłe obyczaje angielskiej młodzieży. Czasami go nie cierpię. Mam piętnaście lat, tego lata kończę szesnaście, i chciałabym trochę więcej wolności. Nadia też. W Birmingham dziewczętom w naszym wieku rodzice dają o wiele więcej swobody.

Wchodząc na drabinkę za Abdulem Chadą i odwracając się raz jeszcze, aby zobaczyć terminal, teraz już tak odległy, i aby zapomnieć o samolocie, myślę znowu o mojej siostrze.

Biedna Nadia, ta głupia historia z rzekomą kradzieżą w sklepie nie pozwala jej wyjechać ze mną. Musi czekać na zgodę opiekunki środowiskowej, poczciwiny w okularach, która nad nią czuwa, i dlatego nie wyjeżdżamy równocześnie. Dobra kobiecina przyszła nawet do naszego domu, żeby poznać przyczynę tych zagranicznych wakacji. Mama wszystko jej wytłumaczyła - przyjaciele ojca, okazja do spotkania z rodzeństwem, słońce, które nam nie zaszkodzi... To prawda, że w Birmingham słońce nieraz o nas zapomina.

Początkowo miała pojechać tylko Nadia. Byłyśmy o to trochę zazdrosne z Aszią, naszą młodszą siostrą. Jeśli chodzi o Aszię, nie mogło być o tym mowy, jest za mała. Ja natomiast się uparłam. Przede wszystkim ze względu na Nadię. Przykro mi było, że ma pojechać sama, nigdy i nigdzie nie podróżowała beze mnie. Poza tym Jemen. Tato przedstawił nam ten kraj jako wspaniały, zachwycał się pięknem krajobrazów, jazdą przez pustynię na wielbłądzie, kolorowymi domkami uczepionymi nadmorskich skał, błękitnymi falami, złocistym piaskiem, palmami, słońcem, zamkami górującymi nad plażą z wydmami.

Wyobrażałyśmy sobie Jemen niby cudowną dekorację, jaką widuje się w reklamach musujących napojów albo czekolady, niby krainę ze snu. A jeszcze do tego, powiadamiając Nadię o podróży, tato powiedział:

- Będziesz mogła jeździć konno na oklep i galopować w słońcu na farmie moich przyjaciół.

Marzyłam o tym. Tak jak marzyłam o pierwszym spotkaniu z bratem i siostrą. Pojechali tam kiedyś, na długo przed moimi narodzinami, trzylatek i czterolatka, i tato sobie zażyczył, by pozostali u naszych dziadków. Początkowo mama nie chciała się zgodzić, wiem o tym, próbowała nawet ściągnąć ich z powrotem, lecz się jej to nie udało z powodu ich podwójnego obywatelstwa, angielskiego i jemeńskiego. Od paru lat już o tym nie wspomina i nikt w domu nie porusza tego tematu. Starsze rodzeństwo mieszka w Jemenie i już. W Birmingham jest nas pięcioro: ja, Nadia, Aszia, Tina i najmłodszy, mały brat Mo.

Przypuszczam, że mama poddała się woli taty, on jest przecież mężczyzną, samcem, głową rodziny. Nigdy się jednak nie pobrali przez te wszystkie lata mimo narodzin tylu dzieci. Ale wszyscy nazywamy się jak nasz ojciec - Muhsen.

Zatem ja, Zana Muhsen, noszę imię i nazwisko jemeńskie, ale każdym porem skóry, każdym zakątkiem mózgu czuję się Angielką. Nadia podobnie, jest taka sama jak ja, choć pozornie inna. To kwestia charakteru. Czuję, że jest ode mnie słabsza i bardziej naiwna.

Na przykład ta zupełnie idiotyczna historia z kradzieżą; na miejscu Nadii broniłabym się pazurami i zębami. Spotkała ją niesprawiedliwość. Wzięła tylko do ręki bransoletkę i zawołała: "Mamo, kupisz mi ją?", sprzedawca zaś utrzymywał, że zabrała ją z półki, żeby ukraść. Skutek: oskarżenie, sędzia, trybunał i grzywna. Na dodatek jeszcze przydzielenie opiekunki środowiskowej, aby nad nią czuwała. Tato bardzo źle zniósł całą tę sprawę, nie poszedł z nami do sądu, tylko ciągle się skarżył swoim arabskim przyjaciołom. Wstydził się, widząc swoje nazwisko zbrukane. Jego córka została "naznaczona", była parszywą złodziejką, więc zamierzał nawrócić nas na właściwą drogę, nauczyć, jak powinny się zachowywać prawdziwe arabskie kobiety! Jego zdaniem nasza moralność była zagrożona. No to zakaz noszenia minispódniczek, zakaz spotykania się z czarnymi i słuchania "murzyńskiej" muzyki!

Myślę sobie, że ten sprzedawca był może rasistą, tak jak tato. Obie z Nadią mamy śniadą cerę, podobnie jak mama, urodzona z ojca Pakistańczyka i matki Angielki. To nam dodaje "egzotyki".

Często pytam mamę:

- Co właściwie tato ma przeciwko czarnym?

- Nie wiem, sama go zapytaj...

Nigdy nie ośmieliłam się zadać mu tego pytania. Wywnioskowałam po prostu, że w Jemenie czarni są niewolnikami i że zawsze traktowano ich jak coś gorszego.

W restauracji kawiarni należącej do taty, kiedy pomagamy podawać rybę z frytkami, wolno nam oczywiście rozmawiać z czarnymi klientami, to nawet obowiązek! Natomiast kiedy tylko znajdziemy się na zewnątrz, ojciec zabrania nam zwrócić się do nich choćby słowem... Gdyby wiedział, że mam chłopaka z Antyli!

Abdul Chada daje mi znak, bym usiadła na fotelu między nim i jakąś panią. Mohammed siada trochę dalej.

Na razie ogryzam paznokcie i chętnie bym zapaliła papierosa, ale napisy tego zabraniają. Znów ogarnia mnie niepokój przed startem. I strach przed nieznanym. Podobno będziemy lecieli dziesięć godzin, aż do Syrii. Później innym samolotem polecimy do Sany, stolicy Jemenu Północnego. Podobno jest to miasto legendarne, tajemnicze i cudowne. Stamtąd, nie wiem jak, dotrzemy do wsi Abdula Chady.

Widzę już siebie, jak leżę w słońcu ze wzrokiem utkwionym w niebo i stopami zanurzonymi w Morzu Czerwonym. To będzie bajeczna kąpiel w piasku, morzu i świetle. Obie z Nadią wrócimy złote jak miód akacjowy i wygrzane na długie, zimne miesiące. Po powrocie będę mieć szesnaście lat i zaliczę praktykę przedszkolanki. Ubóstwiam dzieci. Nadia zostanie jeszcze jakiś czas w college'u.

Silniki warczą, krzyżuję palce, żeby przebłagać zły los, i nawiązuję nerwową rozmowę z moją sąsiadką. Mówię chyba bardzo prędko, bo zaczyna mnie uspokajać:

- Proszę się niczego nie bać, silniki będą jeszcze bardziej hałasować, potem samolot potoczy się po pasie startowym, wystartuje i obejrzymy całe miasto z góry, zobaczy pani, przy bezchmurnym niebie to wspaniały widok.

Ręce mam wilgotne, kłykcie zbielałe od ściskania poręczy, tak jakbym za moment miała runąć w dół.

W tej samej minucie ogarnia mnie przeczucie, ale tak niejasne, że nie potrafię go określić. Pewnie strach przed startem, w końcu za pierwszym razem to chyba całkiem normalne.

Ale już teraz odczuwam brak mamy. Ogromny brak. Nie wiem, dlaczego przypomina mi się tamten dzień, kiedy biegnąc ulicą, wpadłam pod samochód. Miałam jakieś pięć lat. Widzę siebie, jak lecę w powietrzu z takim uczuciem, jakbym przemierzała wieki świata. Samochód wyrzucił mnie tak wysoko, że upadłam na ziemię głową naprzód, z podkurczonymi kolanami, w pozycji embriona. Leżałam bez ruchu, słyszałam nadjeżdżający ambulans, i byłam sama na jezdni z moim bólem i strachem.

Jak dotąd jest to moje jedyne nieszczęśliwe wspomnienie. Lubię nasze życie w Birmingham, moją rodzinę, przeszłość, przyjaciół i Mackiego. No i muzykę. Widok Londynu z lotu ptaka mi umknął, bo siedzę daleko od okna. Z zamkniętymi oczami opuszczam mój kraj i trwam tak dopóty, dopóki samolot nie wyrówna lotu, a mnie powoli nie opuści nerwowy dygot.

Obok Abdul Chada zaczął już chrapać. Będzie tak chrapał przez dziesięć godzin, aż do Syrii.

Rozdział II

Rozdział II

Duszący żar chwyta mnie za gardło, z uciskiem w piersiach schodzę po schodkach samolotu, zupełnie nie wiedząc, gdzie jesteśmy.

Na parę minut przed lądowaniem wydawało mi się, że słyszę głos zapowiadający nasze przybycie, ale dokąd? Nie udało mi się dokładnie zrozumieć nazwy tego miejsca. Zresztą zbyt byłam spięta, by zadawać jakiekolwiek pytania Abdulowi Chadzie.

- Dlaczego tak gorąco? Czy to silniki samolotu?

Wybucha śmiechem.

- To pogoda, normalna tutaj temperatura, nie jesteś już w swojej wilgotnej Anglii!

Moje pytanie bardzo go ubawiło, patrzy na mnie z wyższością.

- Gdzie jesteśmy?

- W Syrii.

Co ja, Zana Muhsen, robię w Syrii? Dlaczego nie zostałam w Sparkbrook z mamą i Nadią? Na próżno się rozglądam, nie widzę nic niezwykłego, wszyscy idą spokojnie płytą lotniska w kierunku zabudowań, nie wygląda na to, żeby ktokolwiek widział w tym coś dziwnego. Poza faktem, że oddychanie staje się trudne. Nos wysycha, płuca się kurczą, człowiek czuje się wyczerpany łapaniem powietrza. W porządku, spokojnie, nic się nie dzieje, jedziesz na wakacje, zatrzymałaś się w Syrii, podróżujesz. To są niespodzianki klimatu. A wkrótce dojedzie Nadia. Nie ma sensu się niepokoić. Podążam razem z innymi, pragnąc wymazać z myśli nagłą chęć, aby znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji, spotkać kogoś, komu mogłabym powiedzieć: "Proszę zabrać mnie do domu".

W środku jest równie gorąco jak na zewnątrz, przemieszczają się tu tłumy ludzi - ciągnąc za sobą walizki i paczki, i podobnie jak my szukają następnego samolotu. Abdul Chada zasięga informacji po arabsku, a potem mówi do mnie:

- Trzeba czekać, poczekalnia znajduje się tam, samolot będzie dopiero za jakiś czas.

Za jakiś czas... Myślałam, że chodzi o parę minut, lecz minuty mijają, zamieniając się w godziny. Inni czekają tak jak i my, przechadzają się, pokładają na drewnianych ławkach, wygląda na to, że uważają tę sytuację za normalną, za coś zwykłego, czuję, że przywykli do nieskończenie długiego oczekiwania. Nie są tak niecierpliwi jak ja i nie męczy ich upał. Piję coca-colę, pocę się i znowu piję. Każda wypita butelka zamienia się w wodę, strumienie potu bez przerwy płyną pod moją koszulką, stopy przylepiają się do skórzanych sandałków - oddałabym wszystko za chłodny prysznic.

Po godzinie, a może i ponad, decyduję się pójść do toalety, żeby się odświeżyć. Abdul Chada wskazuje mi drzwi, które tam prowadzą. Otwieram je i uderza mnie fala smrodu. Niesamowitego smrodu. Jestem w ciasnym pomieszczeniu pełnym oczekujących ludzi, a toalety znajdują się na widoku publicznym, to po prostu dziury w posadzce. Wszędzie wokół brud. Wstrzymuję oddech i natychmiast stamtąd wychodzę; podbiegam do Abdula Chady, żeby mu o tym opowiedzieć.

- Z pewnością jest jakieś inne miejsce dla turystów? Zwykłe, czyste toalety?

Znowu ten śmiech i błysk białych zębów pod wąsem, tak jakbym powiedziała coś głupiego.

- Nie przesadzaj!

Pewnie uważa mnie za pretensjonalną Angielkę, ale co zrobić, żeby się odświeżyć w miejscu tak cuchnącym? Wyszłam stamtąd tak prędko, że nie zdążyłam nawet zauważyć kranu. Zresztą na pewno go tam nie było. Wody... Można by sądzić, że woda nie istnieje.

Bez słowa siadam znów na drewnianej ławce. Raczej umrzeć, niż tam wrócić. Tutaj czas nie płynie, zamarł. Przylecieliśmy wczesnym popołudniem. Teraz zapada zmierzch, tłum powoli się przerzedza, w miarę jak oświetlone samoloty przyciągają grupki ludzi, podobne do rojów ciem.

Lotnisko opustoszało i nieliczne rozmowy dźwięczą niby w kościele. Abdul Chada i Mohammed mówią niewiele i coraz mi gorzej. Siedzimy tutaj od siedmiu godzin, noc już zapadła, na zewnątrz widać tylko parę czerwonych i białych świateł, jest mi niedobrze od coca-coli, czuję się brudna, zakurzona i boli mnie głowa.

Nareszcie jakiś człowiek daje nam znak, byśmy opuścili poczekalnię, i mała grupka podrywa się z miejsc. Cieszę się, że nareszcie coś robię, że się ruszam, idę pośród ciepłej nocy, jednak to, co widzę przed nami, nie podnosi mnie na duchu. Maleńki samolot, zupełnie niepodobny do jumbo jeta, który nas tu przywiózł. Wygląda na taki ciasny i kruchy. Drobny, delikatny ptaszek.

Tym razem zajmuję miejsce przy okienku nad skrzydłem. Na moje nieszczęście, gdyż w momencie startu skrzydło zaczyna dygotać tak mocno, iż obawiam się, że odpadnie.

Jeszcze raz czas staje w miejscu. Nieskończenie długie godziny. Kiedy nareszcie z głośnika dobywa się nosowy głos, jest piąta rano i dolatujemy do Sany. W angielskich prospektach czytałam, że czasami nazywa się to miasto "dachem Arabii".

Podskoki małego samolotu już mnie nie przerażają, bo jesteśmy na miejscu. Nareszcie dotarliśmy do Jemenu, będę mogła się odświeżyć i trochę odżyję.

Powietrze tutaj, wokół nas, jest zupełnie inne niż w Damaszku. Tak lekkie i świeże, że oszołamia i zatyka w piersiach. To wrażenie w połączeniu ze zmęczeniem po tych godzinach podróży i oczekiwania, bez snu i bez pożywienia, sprawia, że mąci mi się w głowie.

- Tutaj jest chłodniej...

Abdul Chada wdycha głęboko powietrze swojego kraju.

- Sana jest najchłodniejszym miastem w Jemenie, ale to jeszcze wczesna pora... - mówi z uśmiechem.

- Gdzie teraz jedziemy?

- Do Taez, na południe, to niedaleko od mojej wsi. Poznasz moją rodzinę.

Skąpane w tym lekkim powietrzu lotnisko, które przemierzamy, zbudowano poza miastem, na pustyni. Dokoła pustka! Jeszcze jedno dziwne odczucie, kiedy się tak idzie po betonowym pasie, pośród tego niezwykłego krajobrazu.

Kiedy docieramy do budynków kontroli celnej, zauważam, że podróżni w kolejce ostentacyjnie mi się przypatrują. Nie tyle mojej twarzy, co ubraniu. Jestem w trykotowej koszulce i kwiecistej spódniczce zakrywającej kolana, nie widzę w moim stroju nic szczególnego, a jednak spojrzenia są natarczywe. Zwłaszcza spojrzenia mężczyzn, bo kobiet jest mało, noszą czadory i długie suknie. Ta ciekawość trochę mnie irytuje.

- Czemu tak na mnie patrzą?

Ciągle uśmiechnięty Abdul Chada odpowiada niedbale:

- Nie przejmuj się, niewiele tutejszych kobiet ubiera się tak jak ty. Kwestia przyzwyczajenia. Ale w miastach jest dużo nowoczesnych kobiet, które ubierają się o wiele gorzej od ciebie.

O wiele gorzej ode mnie? A zatem ubieram się źle, nieprzyzwoicie? Naprawdę marzę, żebyśmy się stąd wynieśli. Zresztą chciałabym zobaczyć pustynię.

A pustynia mnie rozczarowuje. Nie ma w niej nic z tego romantycznego krajobrazu, falistego, z piaskowymi wydmami, jaki widuje się na filmach i jakiego oczekiwałam. Widzę raptem parę zniszczonych domów z kamienia, które wyglądają na opuszczone, a przed nami - koleiny przypadkowych dróg.

Dziesięć minut później zatrzymuje się przy nas taksówka - wielki, biały samochód, który ma nas zabrać. Wewnątrz jest sześć miejsc. Abdul Chada, Mohammed i ja sadowimy się z tyłu. Chyba panuje tu zwyczaj zabierania taksówką sześciu osób naraz. Jestem głodna, tak bardzo śpiąca, tak rozczarowana tym pustynnym lądowaniem i zapowiadającą się dalszą podróżą, że nawet z ciekawości się nie rozglądam. Podobno mamy jechać sześć godzin, nim dotrzemy do Taez.

Mężczyźni dyskutują po arabsku z kierowcą, a ja drzemię ukołysana wyboistościami drogi; nie mam ochoty stawić pytań ani nie chcę, by mi tłumaczono treść rozmowy. Nic mnie nie interesuje, pragnę odzyskać siły, spać i jeszcze raz spać, jednak, jeśli to możliwe, w wygodnym łóżku, po wcześniejszym prysznicu i odpowiednim posiłku. Minęły już dwadzieścia cztery godziny, odkąd nie miałam okazji ani się umyć, ani zjeść, ani się przespać...

Nareszcie Taez i znowu rozczarowanie. Wszystko wydaje mi się maleńkie, uliczki wąskie, domy brudne, sklepy przytulone jedne do drugich, zagmatwana plątanina, z której nie da się wyłowić nic określonego lub jakoś się wyróżniającego. Dzielnica, przez którą przejeżdżamy, jest obskurna, pełna kurzu i na pewno bardzo uboga. Białe betonowe domy o dachach tworzących tarasy i małych zakratowanych okienkach. I upał, ten przeklęty, duszący upał, jakby spotęgowany jeszcze przez odór zwierzęcych odchodów, zapach spalin samochodowych i korzennych przypraw.

Samochód co chwila musi przystawać z powodu tłumu, który zdaje się zwracać nań nie większą uwagę niż na osła. Niektórzy prowadzą osły i wielbłądy, ostrożniej zresztą niż nasz kierowca swój pojazd.

Słyszę tylko zgiełk, oddycham kurzem, wszędzie dokoła widzę śmieci, zgniłe owoce, resztki jedzenia, porozrzucane tu i tam po ulicy, rozgniecione przez koła pojazdów i stopy przechodniów.

Na pocztówkach mojego ojca tradycyjne, tysiącletnie domy prezentowały się wspaniale, ze swoimi kolorami i rzeźbami jak białe koronki. Tutaj niczego podobnego nie ma, widzę tylko kłębowisko brudów, zwierząt i taksówek. Kilka kobiet ubranych po europejsku, wszystkie pozostałe noszą się zgodnie z tradycją arabską i zasłaniają twarze. W dziedzinie nowoczesności, według określenia Abdula Chady, osiągam chyba dno.

Przy którymś skrzyżowaniu zauważam nareszcie domy w dziwnych kolorach - beż, szafran - które ściągają światło, dalej tylko ruiny, kupy kamieni na ziemi.

Kiedy przejechaliśmy przez centrum miasta, Abdul Chada powiadamia mnie po angielsku, że udajemy się do jego przyjaciela.

- Zatrzymamy się tam na noc, potrzebujesz snu, jutro wyruszamy na wieś.

- Dobrze.

Zgodziłabym się na wszystko, byle tylko odpocząć i się umyć.

Wielki samochód z trudem zawraca w uliczce tak maleńkiej, że dosłownie ociera się karoserią o domy, torując sobie drogę pośród przechodniów. Zauważam drewniane drzwi, okna dziwnie przyozdobione białymi dekoracjami, ceglane lub kamienne ściany, nie mogę jednak dojrzeć wyższych pięter, bo jedziemy zbyt blisko murów. Abdul Chada i kierowca dyskutują po arabsku, wydaje mi się, że szukają domu. Nareszcie zatrzymujemy się przed wielką, brązową bramą.

- Jesteśmy na miejscu - mówi Abdul Chada i w tej samej chwili wielka brama zaczyna się sama z siebie chwiać, podczas kiedy my wysiadamy z taksówki w kurzu i upale.

Przyjaciel Abdula Chady głowę ma owiniętą czerwonym turbanem, nosi koszulę i coś w rodzaju długiej spódnicy z jednokolorowej bawełny; ta spódnica, która opada mu aż do kostek, nazywa się futa. Wita się, nie zwracając na mnie zbytniej uwagi. Nie mówi ani słowa po angielsku.

Wchodzimy w betonowy korytarz, którego posadzkę przykrywa linoleum w kolorowy wzór, potem do dość obszernego salonu, gdzie stąpamy po dywanach, pięknych dywanach o skomplikowanych, wielobarwnych deseniach. Maty i poduszki służą za siedziska. Wydaje mi się, że Abdul Chada wspominał o zamożności swojego przyjaciela. Na razie są to jedyne oznaki bogactwa. A także telewizor w kącie i elektryczny wentylator na stole, lekki podmuch świeżości.

Jestem tak zmęczona, tyle nałykałam się kurzu i tak bardzo spociłam, że nerwy mam napięte jak struny, gotowe w każdej chwili pęknąć. Mężczyzna rozmawia krótko z Abdulem Chadą i wskazuje łazienkę.

- Możesz iść się wykąpać i przebrać, Zana.

Wchodzę do dużego pomieszczenia w stylu zachodnim, choć również z otworem w posadzce zamiast sedesu. Ale teraz nie ma to znaczenia, skoro mogę się umyć pod prawdziwym prysznicem. Przebieram się w czyste ubranie i nareszcie czuję się nieco lepiej. W salonie mężczyźni usiedli, aby porozmawiać, ale kiedy się pojawiam, wszyscy równocześnie wstają. Abdul Chada mówi mi, że wychodzą po zakupy, żebyśmy mieli co zjeść. Żaden nie proponuje mi, bym poszła razem z nimi, zostaję więc sama w tym wielkim salonie.

Czuję się trochę zagubiona, siedząc tak na poduszce w kącie pokoju, ale prawie natychmiast drzwi się otwierają i kobieta w towarzystwie dwóch młodych dziewcząt siada obok mnie. Nie widziałam ich, odkąd tu przyjechałam, to pewnie żona i dwie córki naszego gospodarza. Tutaj, jak się później dowiem, kobiety nigdy nie wchodzą do pomieszczenia, w którym znajdują się mężczyźni. Niewidoczne oczekują na rozporządzenia dotyczące posiłku, przygotowania napojów czy też zaprezentowania młodszych dzieci rodzaju męskiego.

Odnoszę wrażenie, że weszły tu tylko po to, by mi się przypatrywać. Nie mówią ani słowa po angielsku. Chętnie bym z nimi porozmawiała, zapytała o miasto, o wieś, do której mam jechać, o odległość, ale jestem skazana na milczenie i na wymianę uśmiechów od czasu do czasu.

Padam ze zmęczenia, a samotność i niemożność nawiązania kontaktu są tak dziwne, że nagle czuję ucisk w gardle. Wygłodniała, daleko od domu, osłabiona do tego stopnia, że aż się garbię, wybucham płaczem, jak gdyby mnie tu porzucono na wieczność. Wtedy kobieta podchodzi do mnie i całuje w policzek, a dziewczęta przybliżają się, usiłując pocieszyć mnie gestem, mimiką, uśmiechają się oczami, współczują i naprawdę jest mi głupio, że się tak załamałam. Również za pomocą gestów daję im do zrozumienia, że proszę o ołówek i kawałek papieru. Jedna z dziewcząt wychodzi i przynosi to, o co prosiłam; dziękuję jej uśmiechem i znów zalewam się łzami. Nie mogę ich powstrzymać. W całkowitym milczeniu przeżywam prawdziwy kryzys, usiłując równocześnie naszkicować na papierze konkretne przedmioty i napisać obok nich angielskie słowa.

Nie wiem, dlaczego to robię. Po co rysować tym trzem arabskim kobietom butelkę albo dom czy samolot, na kawałku pakowego papieru, w jakimś domu pod Saną, "dachem Arabii"? Ale jedna z dziewcząt wszystko to przerysowuje, kształty przedmiotów i słowa, niezręcznie, pełna jednak dobrej woli. Im rozpaczliwiej płaczę, tym smutniejsza robi się ich matka, aż w końcu zaczyna płakać wraz ze mną. Zanosimy się szlochem tak bardzo, że kiedy wracają mężczyźni, obie przypominamy fontanny łez. Abdul Chada wygląda na zdziwionego i zaniepokojonego.

- Co się dzieje? Dlaczego tak płaczesz?

- Nie wiem, zapytaj raczej tę kobietę, dlaczego ona płacze!

Pyta więc matkę dziewcząt po arabsku.

- Płacze, bo żal jej ciebie, chciałaby z tobą pomówić, ale nie potrafi - wyjaśnia.

Spojrzenie tej kobiety jest przejmujące i pełne współczucia. Rzeczywiście wygląda na to, że naprawdę mnie żałuje, tak jak gdyby mi się przydarzyło coś poważnego. W pierwszej chwili nie zrozumiałam jej zachowania, ale ona wiedziała. Chciała mnie uprzedzić o niebezpieczeństwie. Jestem jej za to wdzięczna, ale wtedy było już za późno. Sidła zostały zastawione i nic już nie zdołałoby mnie uratować tego lipcowego dnia 1980 roku, kiedy wciąż jeszcze myślałam, że jestem na wakacjach. Żadnej szansy ratunku. Zostałam schwytana. I nie wiedziałam o tym. Myślała, że płaczę nad moim losem, a płakałam przecież ze zmęczenia i głodu, nieświadoma mojego prawdziwego nieszczęścia.

Wszyscy wokół rozmawiali po arabsku, jedząc palcami nieznane mi potrawy; wydawało mi się, że rozpoznaję gotowanego kurczaka, ciepłe chlebowe placuszki, owoce; pili coś białego, w rodzaju zsiadłego mleka.

Rozmyślałam mgliście o mamie, Nadii, Anglii, o restauracji, gdzie pewnie podawano właśnie frytki, rybę i piwo w kuflach, o muzyce, o moich przyjaciołach... Wszystko to wydawało się już bardzo dalekie, byłam naprawdę zagubiona, samiuteńka, na "dachu" arabskiego świata.

Dziabnęłam ledwie krzynę, żołądek miałam pusty, ale czułam się zbyt zmęczona, by się naprawdę najeść. Marzyłam tylko o tym, by się wyspać. Kobieta przyniosła mi prześcieradło, wyciągnęłam się na macie i zapadłam w sen ciężki i głęboki, z oczami piekącymi od wyschniętych łez, zmęczona jak dziecko.

Koniec wersji demonstracyjnej