Sprzedana - Chloe Thurlow

Reflow text when sidebars are open.
1
Nie potrafię powiedzieć, dlaczego postanowiłam odpłynąć z tamtej wyspy. Zostawiłam czytaną gazetę - i tak nie było w niej nic ciekawego - zdjęłam kostium kąpielowy, by opalić równomiernie całe ciało. Zostawiłam też, już wcześniej, swojego chłopaka, i postanowiłam wyjechać na samotne wakacje, nie rozumiejąc, że lepiej być z kimś, kogo się nie lubi, niż leżeć na czarnych piaskach Gomery i nie mieć się do kogo odezwać.
Dalej na plaży, pod parasolem w biało-czerwone paski leżało kilka osób. Słyszałam ich śmiech niosący się w gorącym powietrzu. Chciałam, by ktoś przeszedł koło mnie i się przywitał. Moja nagość powinna stać się pretekstem do rozmowy. Albo ją uniemożliwić. Trudno przewidzieć, jak zareagują ludzie - niektórzy pewnie poczuliby się zawstydzeni, a ktoś mógłby, tak jak mój były chłopak Bobby, stać i gapić się na mnie jak uczniak, a potem powiedzieć coś głupiego. Właśnie dlatego go rzuciłam: wysokiego, śniadego, przystojnego, chodzący ideał, chłopiec udający mężczyznę.
Miałam dwadzieścia dwa lata. Nadszedł czas, by dorosnąć i zostawić za sobą dziecięce przyjemności.
- Jestem kobietą! - wykrzyczałam w niebo. - Jestem kobietą! Jestem kobietą! Jestem kobietą!
Zachichotałam do siebie, przeciągnęłam się i głośno westchnęłam. Po raz pierwszy opalałam się nago i bardzo spodobało mi się, jak słońce ogrzewa moje różowe sutki. Ścisnęłam ich czubki między kciukami i palcami wskazującymi i przez całe moje ciało przeszedł nagle nieziemski dreszcz, powodując, że wyprężyłam się jak kot. Piersi nagle wydały się pełniejsze. Cudownie było tak leżeć z zamkniętymi oczami schowanymi za ciemnymi okularami, przesuwając ręce do pasa aż do kości biodrowych widocznych przez skórę lśniącą i śliską od olejku do opalania, a potem dotrzeć do gładkich włosów łonowych. Być nagą, na słońcu, w słonym morskim powietrzu, to było takie seksowne... Tyle że seksowne w samotności.
Między nogami poczułam nadchodzącą wilgoć. Mój palec niezauważalnie wślizgnął się w otwartą szparkę. Na rozchylonych wargach sromowych zrobiło się mokro, a pośladki zaczerwieniły się od nagłego wstydu. A jeśli ktoś patrzy? Usiadłam i się rozejrzałam. Ludzie siedzący kawałek dalej właśnie składali parasol i odchodzili. Patrzyłam, jak ich postacie robią się coraz mniejsze, aż w końcu znikają gdzieś na wydmach.
Za mną grzbiety skał wznosiły się niczym ściany zamku. Morze i niebo miały ten sam odcień błękitu, a ja dostrzegłam na horyzoncie czarną kropkę. Najpierw pomyślałam, że to z pewnością łódź albo złudzenie, ale kiedy skupiłam wzrok, zobaczyłam zarys czegoś, co wyglądało jak mała wysepka porośnięta palmami.
Podeszłam bliżej wody, osłoniłam oczy i próbowałam ocenić odległość do wysepki. Lśniła w upale niczym zielony klejnot na tafli niebieskiej satyny. Gomera to jedna z siedmiu Wysp Kanaryjskich, ale cały ocean jest usiany małymi rafami i wysepkami. Widziałam nawet jedną pokrytą tylko szorstką trawą i zamieszkaną przez kozy. Dzwonki na ich szyjach oznaczały, że do kogoś należą, ale też wszystko i każdy może przecież stać się czyjąś własnością, nawet kawałki skał na środku oceanu.
Pod wpływem chwili rzuciłam okulary na ręcznik i weszłam w fale załamujące się przy brzegu. Miałam przed sobą długie popołudniowe godziny, pomyślałam więc, że mogę opuścić Gomerę i wybrać się na Hierro, Wyspę Południkową - najmniejszą z Wysp Kanaryjskich, najbardziej wysuniętą na południe i najbardziej oddaloną od Londynu.
- Im dalej, tym lepiej - powiedziałam do siebie, sama nie wiem dlaczego. Co myślałam? Przed czym uciekałam?
Stałam spokojnie, chowając palce u nóg w czarnym piasku, niczym mała, biała postać w ciemnym wulkanicznym krajobrazie. To był jeden z takich dni, w których mógłby powstać świat, wszystko wydawało się nowe, nieuformowane, niewinne. Mała wyspa przede mną była otoczona mgiełką, zachęcająca, tajemnicza. Odetchnęłam głęboko i zanurkowałam. Chciałam się upewnić, że wzrok mnie nie oszukuje, że ta wyspa jest prawdziwa, a co więcej, że jest jak raj utracony, i znajdę na niej to, czego dotychczas brakowało w moim życiu.
Woda była zimna, płynęłam więc zdecydowanymi, mocnymi pociągnięciami, rozgrzewając się w miarę, jak nabierałam prędkości. W przewodniku przeczytałam, że Krzysztof Kolumb zatrzymał się kiedyś na Gomerze, by zrobić zapasy wody pitnej i bananów, zanim wypłynął w drogę do Indii. Został tu na tyle długo, by być kochankiem jakiejś szlachcianki, a ja nie potrafiłam wyobrazić sobie nic bardziej intensywnego i ekscytującego niż uprawianie miłości przed wyruszeniem w podróż w nieznane.
Pływanie nago było przyjemne. Czułam, że żyję, nabieram sił, jak dzikie dziecko, które uciekło z niewoli, od pośpiechu i gwaru miasta, od metra, kanapki przełykanej na lunch, poczucia, że życie przecieka przez palce i nieważne, jak bardzo się starasz, i tak go nie dogonisz. Cieszyłam się rytmem swoich kończyn przedzierających się przez fale, równym oddechem, gdy unosiłam i opuszczałam głowę. Do przodu niósł mnie Atlantyk, ten sam przestwór wody, który Kolumb pokonał w 1492 roku. Aż trudno uwierzyć, że na Wyspach Kanaryjskich byłam dalej od Europy niż od ciemnego jądra Afryki.
Kiedy zwolniłam, by odpocząć, zdałam sobie sprawę, że dopłynęłam dalej, niż chciałam. Niewielki kawałek lądu, do którego się zbliżałam, i plaża, z której wyruszyłam, wydawały się teraz równie odległe. Widziałam skalną ścianę wznoszącą się na piasku aż do krateru wulkanu na Gomerze, a na wyspie przede mną powiewające na wietrze palmowe liście, niczym długie palce łapiące niewidzialną sieć.
Znalazłam się w chwili takiej, jak dawno temu Krzysztof Kolumb, który musiał zmierzyć się z podobnym wyzwaniem. Kiedy "Ni?a", "Pinta" i dowodząca "Santa Maria" dopłynęły do pewnego miejsca, mapy się kończyły. Droga przed nimi oznaczała tylko ryzyko i nieznane. Jednak zawrócić oznaczałoby stracić godność, ponieść porażkę. Zrozumiałam, że skoro dotarłam do tego miejsca, muszę płynąć dalej. Że to przekraczanie Rubikonu pośrodku oceanu jest dla mnie punktem zwrotnym: albo zawrócę i pozostanę tym, kim byłam, albo ruszę naprzód i zmienię swoje przeznaczenie.
Takie myśli przelatywały przez moją głowę niczym impulsy elektryczne, zostawiając za sobą światło i ciemność. Zapomniałam nawet, że jestem naga, i choć płynęłam dalej, wiedziałam, że powinnam zawrócić na plażę Gomery, do ręcznika przytrzymywanego przez cztery lśniące czarne kamienie, kostiumu kąpielowego, komórki i okularów słonecznych. Wtedy spojrzałabym tylko, skąd wróciłam, i zastanowiłabym się, co mnie napadło, by wypływać tak daleko. Tymczasem poruszałam tylko mocno ramionami, spokojnie jak maszyna, kopałam wodę, oddychałam, a każdy oddech oddalał mnie od przeszłości, od znanego, do jądra tajemnicy, do miejsca, gdzie czekało moje jeszcze nieodkryte "ja".
Co sprawiło, że tamtego dnia postąpiłam tak lekkomyślnie, nieodpowiedzialnie, nierozsądnie? Czy to była odwaga? Szaleństwo? Rozwiązłość? Samotna dziewczyna, bezwstydna i naga w przestworze oceanu. Skończyłam ze studiami, skończyłam z chłopakiem. Byłam wolna. Całkowicie wolna. To był początek mojego życia, więc jak Kolumb chciałam wkroczyć w nieznane.
Podobno istnieje grecka wyspa, która pływa po Morzu Egejskim. Zaczęłam się zastanawiać, czy może właśnie ją widzę przed sobą, może oderwała się od skalistego podłoża, przepłynęła przez Morze Śródziemne, przecisnęła się przez Gibraltar i ruszyła na zachód, do Ameryki. Ja, gdy już minęłam tamto miejsce, w którym powinnam była zawrócić, płynęłam dość długo, mimo to wyspa się nie zbliżała, jakby każdy ruch ramion odpychał ją ode mnie jak piłkę.
Odsapnęłam, unosząc się na wodzie, i obejrzałam za siebie. Przedtem mogłam jeszcze dostrzec czerwono-żółte paski na hiszpańskiej fladze wiszącej na jakimś budynku Gomery. Teraz widziałam już tylko niewyraźną plamkę migoczącą na horyzoncie. Nie było mowy o powrocie. Mój los został przypieczętowany. Płynęłam więc dalej, tym razem na plecach, i nagle zdałam sobie sprawę, że dopłynę do obcego miejsca bez pieniędzy i dokumentów - naga jak pierwsze stworzenia, które wyszły z wody.
Gdy tak rozmyślałam, zaczęłam bać się głębokiej wody, ciszy, izolacji. Przekręciłam się na brzuch i przyspieszyłam jak sportowiec pod koniec wyścigu. Panika minęła. Ulżyło mi, gdy zauważyłam, że kształty wyspy nabierają ostrości - widziałam drzewa, jasną plażę, a nawet ruiny jakiejś wieży na niewielkim wzgórzu. Kiedy następnym razem chciałam odpocząć, dotknęłam stopami piaszczystego dna i powoli wyszłam na brzeg.
Stałam na pustej plaży usianej muszlami o najróżniejszych kształtach i rozmiarach, wyglądających jak kalejdoskop barw w ukwieconym ogrodzie. Były tu ceglaste rozgwiazdy, ostre muszelki, które musiałam obejść, by się nie zranić, otwarte muszle z zasuszonymi morskimi stworzonkami i te, które z mozołem przyniosły tu wędrowne kraby. Widziałam też duże kraby biegające bokiem jeden za drugim, z oczami wystającymi jak u bohaterów kreskówek, jakby zdziwionych i zaskoczonych. Drżałam z zimna, ale słońce koło południa świeciło mocno, szybko się więc rozgrzałam, przechodząc między muszelkami do wydm wznoszących się przy granicy plaży.
Kiedy wyruszałam z Gomery, ta wysepka wydawała się niewielka, ale teraz okazała się większa, niż oczekiwałam: linia brzegowa ciągnęła się jakąś milę w obu kierunkach, a potem zaginała się i znikała z pola widzenia. Wspięłam się na wydmę i położyłam. Byłam strasznie zmęczona. I chyba nawet zasnęłam, bo oprzytomniałam dopiero, słysząc czyjeś kroki na kamykach.
Jednocześnie zdałam sobie sprawę z dwóch rzeczy: że ktoś mi pomoże i (co gorsza), że jestem naga. Nie mam ubrań, telefonu, zegarka. Nic.
Zbliżał się do mnie mężczyzna w turbanie i luźnej niebieskiej tunice. Nie spieszył się. Podchodził tak, jak podchodzi się do przestraszonego zwierzęcia, na przykład jednorożca. Pomyślałam, że wyspa może być własnością prywatną, a ja wkroczyłam na czyjś teren. Choć jakie to miało znaczenie, przecież niczego nie ukradłam. W pewnym sensie czułam się bezpieczna. Przecież mogę wyjaśnić, że zapłynęłam za daleko i nie miałam siły wrócić. Z pewnością jest tu jakaś łódź, a miałam nadzieję, że mężczyzna w niebieskiej tunice to rybak. Pieniądze zostawiłam w torebce schowanej pod ręcznikiem na plaży. Mogłam zapłacić.
Wstałam, nie wiedząc, co zrobić z rękami, czy zakrywać piersi, czy łono, z brązowymi lśniącymi loczkami o cień ciemniejszymi niż włosy opadające na moje mokre i zapiaszczone ramiona. Próbowałam wyobrazić sobie, jak widzi mnie ten obcy mężczyzna, i postanowiłam, że będę zachowywała się naturalnie, jakby moja nagość była najzwyczajniejszą rzeczą na świecie. Stałam więc nieruchomo, prostując plecy i wysuwając piersi. Oczywiście czułam wstyd, ale także dziwną dumę, jakbym miała jakąś przewagę, a pod wpływem spojrzenia nieznajomego zaczęły przepływać przeze mnie sprzeczne emocje.
Zbliżał się, a wyraz jego twarzy się nie zmieniał. Miał skórę koloru ciemnego mahoniu, spaloną przez słońce, a pod turbanem dostrzegłam ostre rysy; mocno zarysowany nos i przeszywające oczy, lśniące i czarne jak węgiel. Niósł dużą torbę, a przekładając ją z jednego ramienia na drugie, nie próbował kryć, że patrzy na moje sterczące sutki, zdenerwowany uśmiech i zielone oczy próbujące zachować pewność siebie.
Nieznajomy się zatrzymał. Nic nie powiedział, tylko lekko wzruszył ramionami.
- Czy mógłby mi pan pomóc? - spytałam. Pokazałam ręką w kierunku Gomery. - Przypłynęłam stamtąd i nie wiedziałam, że to aż tak daleko.
Wciąż się nie odzywał. Zrobił kilka kroków, by spojrzeć na mnie z boku. Obszedł mnie powoli, patrząc na moje plecy. Przypomniałam sobie, że na wsiach mężczyźni robią to samo, kupując bydło.
- Zostawiłam kostium na plaży... - dodałam.
Serce waliło mi jak szalone. Piersi opadały i podnosiły się z każdym uderzeniem, nawet moje pośladki wydawały się lekko drżeć. Kiedy mężczyzna znów stanął przede mną, pomyślałam, że nigdy dotąd nikt tak na mnie nie patrzył - i to nie z pożądaniem, ale raczej jak klient, który zamierza targować się o jakiś mebel na pchlim targu.
- Mam tam trochę pieniędzy - powiedziałam, świadoma, że drży mi głos. Znów pokazałam ręką. - Gdyby mógł mnie pan odwieźć.
Jeśli mnie zrozumiał, w co wątpiłam, nie dał tego po sobie poznać. Równie dobrze mogłabym być szczekającym psem. Twarz mężczyzny się nie zmieniła, była jak wykuta w kawałku marmuru.
- Przepłynęłam aż stamtąd... - wyszeptałam.
Minęło kilka chwil. Nie wiedziałam, co jeszcze powiedzieć. On wciąż milczał. Postawił torbę na piasku, a ja otworzyłam usta ze zdziwienia, widząc, co jest środku: duża kręcona muszla, różowa, lśniąca i idealna.
Nieznajomy złapał się za brodę. Marszczył brwi i wyglądał, jakby się nad czymś zastanawiał. Na szyi miał wisiorek na długim skórzanym rzemieniu. Zdjął go przez głowę i przez moment myślałam, że chce mi go dać. Może oczekiwał, że położę się na wydmie i będę uprawiała z nim seks, a to była jakaś forma zapłaty, zwyczaj, wymiana podarunków - wisiorek za mnie, za moje ciało, jedyne, co mogłam sprzedać.
Ten pomysł był jednocześnie przerażający i absurdalny. Moja nagość zaś stanowiła zaproszenie, jasne i jednoznaczne. Miałam świadomość, że - jak wszystkie kobiety - wybierałam zwykle ubrania, w których wydawałam się pożądana, odsłonięta, bezbronna, a jednocześnie chroniona przez tkaninę. Kiedy się rozbierasz, odsłaniasz ciało, zademonstrujesz, że jesteś dostępna, chętna, jak łatwy łup. Kiedy jakiś mężczyzna na imprezie zacznie odpinać suwak twojej sukienki, to jeśli go nie powstrzymasz, stajesz się gotową zdobyczą. Gdy zaś sukienka opadnie z twoich ramion, zostaniecie kochankami.
Te myśli były ulotne, ale miałam mieć więcej czasu, by się nad nimi głębiej zastanowić. Jak każda dziewczyna w moim wieku byłam świadoma, że mężczyźni podziwiają moje ciało: miałam pełne piersi, w weekendy biegałam, by utrzymać ładne nogi i zgrabną talię, plus wyraziste kości policzkowe. Co za próżność, pomyślałam. Wiedziałam jednak, stojąc przed tym obcym mężczyzną, że tak naprawdę mam niewielkie doświadczenie z mężczyznami, ze światem, a seks to dla mnie wciąż pierwsze kroki w przedsięwzięciu, które dotąd nie dawało mi szczególnej satysfakcji i zwykle kończyło się, zanim na dobre zaczęło. Kiedy pewien mężczyzna próbował rozpiąć mi sukienkę, zaczęłam chichotać i kazałam mu przestać.
Powoli traciłam cierpliwość.
- Ma pan łódź czy nie? - spytałam głośno. - Jest tu ktoś, kto ma? Mogę z kimś porozmawiać?
Mężczyzna jednak koncentrował się na rozplątywaniu supełka w skórzanym rzemieniu. Wisior wsunął się między fałdy tuniki i mężczyzna spojrzał na mnie, zawiązując pętlę na rzemieniu. Potem potarł kciukiem pozostałe palce w znajomym geście oznaczającym pieniądze.
Typowe, pomyślałam. Tylko o to się martwi.
- Jeśli chodzi o forsę, mogę panu zapłacić - potwierdziłam.
Wyciągnęłam dłonie wewnętrzną stroną do góry, chcąc podkreślić szczerość moich słów. A potem nie wiedziałam już, co się dzieje, kiedy mężczyzna jednym zaskakującym ruchem złapał mnie za rękę i zamknął rzemyk na moim nadgarstku. Byłam jego wzrostu i zapewne równie silna, mogłam walnąć go w twarz i walczyć. Ale zrobił to tak szybko, niespodziewanie, że zastygłam, a zanim zdążyłam oprzytomnieć, on już obrócił mnie, owinął rzemień wokół drugiego nadgarstka i związał mi ręce na plecami.
Dopiero wtedy zareagowałam. Wrzasnęłam. Kopnęłam go. Próbowałam ugryźć. Jednak odsunął się od moich wyszczerzonych zębów, a moje krzyki rozpłynęły się w szumie fal rozbijających się o brzeg. Przez moment myślałam, że spróbuję uciec, ale poraniłabym sobie stopy o ostre muszle. Zresztą jak szybko mogłabym biec ze związanymi rękami?
Byłam uwięziona jak zwierzę w pułapce, spętana i bezsilna. Ta świadomość była niczym nóż wbity w serce. Do oczu napłynęły mi łzy.
- Proszę, nie rób mi krzywdy. Proszę.
Mówiłam szeptem, błagałam. Przedtem nieco dumna, teraz już tylko żałosna.
- Proszę - powtórzyłam.
Moje oczy lśniły od łez. Słońce świeciło, wywołując zawroty głowy. Bałam się, że zemdleję. Po co odpływałam z plaży na Gomerze? To było szaleństwo. Dlaczego przyszło mi do głowy opalać się nago? Nigdy nie lubiłam takich rzeczy. Uważałam, że dziewczyny chodzące nago po wspólnej łazience w szkole tylko się popisują. To nie dla mnie. Wstydziłam się swoich dużych piersi, soli i piasku przyklejonych do nagiej skóry. Może i wyglądałam jak dziewczyna gotowa na sprośne szaleństwa, ale nie byłam nią, naprawdę nie byłam. Strasznie się bałam, stojąc na wydmie przed obserwującym mnie nieznajomym, nie wiedziałam jednak, dlaczego moje sutki tak bezwstydnie sterczą, dlaczego - choć stałam naga - jednocześnie zaczęłam odczuwać niewytłumaczalne emocje.
Wydawało się, że mężczyzna nie widzi moich łez. Pogroził mi palcem, żebym się nie ruszała. Posłuchałam. Ani drgnęłam. Stałam nieruchomo, podczas gdy on przesuwał dłońmi po moim ciele, wzdłuż boków, bioder, ud. Dotknął moich piersi, naciskając je, jakby sprawdzał mięso u rzeźnika. Potem ścisnął moje sutki tak mocno, że pisnęłam z bólu. Nie ruszyłam się jednak, nawet kiedy jego ręce przebiegły po moich plecach, ale chciałam umrzeć ze wstydu, gdy ciemne palce weszły między pośladkami do wilgotnej dziurki.
- Proszę - powiedziałam słabym głosem.
Spojrzał na moje usta, gdy mówiłam, jakby próbował zrozumieć to słowo. Nagle przyszło mi do głowy: może jest niemy albo głuchy, plażowy zbieracz, który nigdy nie widział nagiej kobiety? Chciałam dotknąć jego ręki, ramienia, zapewnić, że wszystko w porządku, że nie jestem zła. Pragnęłam tylko wrócić do domu.
- W porządku - powiedziałam spokojnie i powoli. - Chodźmy po jakąś pomoc.
Kiwnął głową, jakby zrozumiał, a kiedy się uśmiechnęłam, odwzajemnił uśmiech, pokazując zepsute brązowe zęby. Potem jednym szybkim ruchem obrócił mnie i choć nie mogłam uwierzyć w to, co się dzieje, wymierzył mi ręką uderzenie w pośladek tak mocne i zaskakujące, że przez moment wydawało mi się, że dostanę zawału.
- Nie, nie, nie! - krzyczałam, a on uderzył znowu, jeszcze mocniej.
Z oczu trysnęły mi łzy. Próbowałam się odsunąć, ale on złapał mnie w pasie, przechylił i bił najmocniej, jak potrafił, raz za razem, i jeszcze raz, a odgłos uderzeń zagłuszył szum morskich fal. Z moich pośladków emanował ból rozchodzący się po nogach i plecach. Nie ból jednak był najgorszy, a upokorzenie - niewyobrażalne upokorzenie spowodowane przez obcego mężczyznę z zepsutymi zębami, w brudnej niebieskiej szmacie, który trzymał mnie i bił, jakbym była dzieckiem, zwierzęciem, albo... sama nie wiem. Myślałam, że da mi swój wisiorek i będzie chciał uprawiać ze mną seks. Ale takie traktowanie okazało się chyba gorsze.
- Au, au, au! - płakałam.
Ale jego ręka uderzała raz po raz, miażdżąc moją pupę, najpierw z jednej strony, potem z drugiej. Spierzchnięta dłoń uderzała jak młot piekące, okrągłe pośladki, miękką, zaskoczoną skórę, waliła jak w bęben w jakimś prymitywnym tańcu. Drżałam, kopiąc stopami piasek, związanymi z tyłu rękami na próżno, próbując powstrzymać te mocne, bezlitosne ciosy.
Bił mnie, dopóki starczyło mu sił. Bił, aż strużka potu popłynęła po moich plecach i między zwisającymi ciężko piersiami. Bił, aż ból stał się tak nieznośny, tak szokujący, tak niepojęty i nie do opisania, że prawie przestałam go odczuwać. Stojąc w palącym słońcu, miałam wrażenie, że jestem ofiarą w jakimś dziwnym rytuale.
Kiedy przywykłam do bólu, zaczęło mi się wydawać, że to bicie nigdy się nie skończy, potrwa całą wieczność, że nieznajomy będzie mnie bił, aż skóra odejdzie od ciała, jakbym ja, naga biała dziewczyna na niewielkiej wysepce ponosiła karę za wieki mąk i wykorzystywania wszystkich ludów na zapomnianym kontynencie w całej historii ludzkości. Jeśli coś było na świecie złe, ja ponosiłam za to winę i musiałam zostać ukarana.
Siła uderzeń powoli malała. Mężczyzna przestał mnie bić, był zbyt zmęczony. Zmusił mnie, bym uklękła.
- Proszę, proszę, proszę, proszę! - krzyczałam. - Podniosłam wzrok i dodałam: - Proszę, nie rób mi krzywdy. - Ale on złapał mnie za włosy.
Wolną ręką wyjął spomiędzy fałd tuniki członek i spróbował wepchnąć go w moje zamknięte usta. Po raz pierwszy się odezwał. Powiedział coś niskim, chrapliwym, agresywnym głosem, ale nie miało znaczenia, że go nie zrozumiałam. Klęczałam naga, pobita, a kutas nieznajomego mężczyzny przyciskał się do moich ust i nosa. Pachniał jak egzotyczny owoc z dalekiego kraju, dojrzały, wyrazisty. Główka była różowa, nabrzmiała, z wyraźnie widoczną dziurką.
Zdałam sobie sprawę, że nigdy dotąd nie byłam tak blisko męskiego członka - nie w świetle dnia, w gorącym południowym słońcu. Z rękami związanymi z tyłu czułam się jak aktorka w filmie porno. To wszystko wydawało się takie nieprawdziwe: piekące pośladki i zalana łzami twarz. Bałam się, byłam przerażona, ale jednocześnie chroniona absurdem całej sytuacji.
Mężczyzna ścisnął moje policzki i siłą otworzył usta, by włożyć do nich swój egzotyczny owoc. Mocniej złapał mnie za włosy, pchając i ciągnąc moją głowę, by wsadzać członek coraz głębiej i głębiej w moje gardło. Prawie się udławiłam, ale zaczęłam oddychać przez nos, szerzej otworzyłam usta i ssałam go coraz mocniej i mocniej, otaczając całą jego grubość językiem, ze wszystkich sił starając się, mieć to jak najprędzej za sobą. Zamknęłam oczy. Słońce świeciło mi w plecy. Piekły mnie pośladki.
Jeszcze trzy dni temu pracowałam w dziale PR pewnego wydawnictwa w centrum Londynu. Codziennie rano autobusem numer czternaście jeździłam do pracy Fulham Road. Wypijałam drinka na West Endzie, a potem robiłam plany na wieczór. Wkładałam tylko trochę za krótką dżinsową spódnicę, czerwone szpilki, czarne rajstopy, bluzki odrobinę odsłaniające piersi i krótkie kurteczki do pasa. Bobby, mój chłopak, był dziennikarzem w jednej z popołudniówek i pisał o celebrytach. Chodziliśmy do barów, klubów, do kina i teatru. Mieliśmy przyjaciół, przyszłość - niepewną, ale przewidywalną i bezpieczną. Żyłam londyńskim życiem i byłam niewyobrażalnie znudzona. Czułam się jak klon wśród klonów. Jak owca wśród owiec. Jak imprezowiczka wśród innych imprezowiczek. Bardzo chciałam zrobić coś innego, ale w najśmielszych marzeniach nie wyobrażałam sobie, że będę klęczała w nieznanym miejscu z kutasem obcego mężczyzny w ustach.
"Uważaj, czego pragniesz, mawiała moja mama, bo możesz to dostać".
Z zamkniętymi oczami, mimo kawałka rozpalonego ciała wchodzącego i wychodzącego z mojego gardła, prawie udało mi się zapomnieć o obrzydzeniu i strachu. Myślałam: to jak ogrodnictwo. Kiedy zaczynasz, bolą cię plecy, czujesz zmęczenie, ale fizyczny wysiłek - wyrywanie chwastów i przycinanie krzewów - staje się w końcu celem samym w sobie, ulotną przyjemnością. Teraz tak nie było, w żadnym razie, ale automatyczna czynność ssania kutasa tego mężczyzny stała się niezauważalnie tym samym, co obciąganie Bobby'emu - on nigdy nie miał dość, a ja miałam nad tym kontrolę, tak jak miałam kontrolę nad samym Bobbym.
Czy właśnie dlatego mnie znudził? Czy dlatego pojechałam sama w najbardziej odległą część Wysp Kanaryjskich? Szukałam przygód, a dostałam więcej, niż chciałam.
Może ten człowiek zbił mnie, ponieważ wkroczyłam na prywatny teren, a obciąganie to zapłata za to, że pomoże mi wrócić na Gomerę?
Pocieszałam się tą myślą i zrobiłam to, co wiem, że mężczyźni lubią: okrążyłam językiem czubek jego penisa, dotykając wszystkich zakończeń nerwowych na nabrzmiałej główce. Mężczyzna spiął się i znów rozluźnił. Nigdzie mu się nie spieszyło. Znów wepchnął mi kutasa do gardła, mocniej złapał mnie za włosy i rytmicznie poruszał moją głową w przód i w tył. Tak jak moje ręce wydawały się maszyną, kiedy płynęłam na wyspę, tak teraz całe moje ciało pracowało jak maszyna skupiona na ustach, które ślizgały się, mlaskały i ssały penisa.
Mężczyzna zaczął pojękiwać i chrząkać. Był bliski końca, ale zdążył wyjąć kutasa z moich ust i wytrysnął mi na twarz, do oczu, nosa, a gorące, lepkie nasienie płynęło mi po policzkach, kapało po brodzie i wylądowało na piersiach. Choć przemogłam strach i bardzo starałam się posłusznie go zadowolić, teraz czułam się zbrukana, upokorzona, oniemiała. Żaden mężczyzna nigdy tak mnie nie potraktował. Było to poniżające, okropne, inne od tego, kim byłam. Czy raczej kim myślałam, że jestem.
Mężczyzna westchnął i znów wsadził penisa w moje otwarte usta, a ja znów zaczęłam ssać lepką, mokrą od spermy skórę, i nie przestawałam, wysysając ostatnie resztki nasienia, póki kutas nie zrobił się miękki i mężczyzna go wyjął.
Ale jeśli myślałam, że to koniec, grubo się myliłam. Mój oprawca kilkakrotnie strzepnął członek, znów westchnął przeciągle i zaczął na mnie sikać. W pierwszej chwili trudno mi było pojąć, co się dzieje, gdy żółta strużka moczu uderzyła mnie w twarz. Klęczałam, a płyn spływał po mojej szyi, piersiach, talii, na włosy łonowe i po nogach. Chciałam się odsunąć, ale byłam sparaliżowana z przerażenia i zaskoczenia. Zamknęłam oczy i wbiłam paznokcie w dłonie. Nie mogło być nic bardziej upokarzającego, zboczonego, zwierzęcego. Nawet bicie po pośladkach wydawało się normalne po tym, jak zmusił mnie, bym mu obciągnęła, a potem na mnie nasikał.
Mężczyzna strząsnął ostatnie krople moczu i schował penisa pod tunikę. Potem na mnie spojrzał, w wyrazie jego twarzy dostrzegłam chyba ślad protekcjonalizmu. Czułam się zbrukana i upokorzona, ale przynajmniej mu się nie sprzeciwiłam. On był mężczyzną, a ja nagą młodą dziewczyną. Popełniłam błąd, wypływając z wyspy bez kostiumu, a ten człowiek mnie wykorzystał. To niewybaczalne. Absolutnie nie do przyjęcia. I pewnie nielegalne. Ale w jakimś sensie naturalne. Okropniejsze było myślenie o tym, co się stało na plaży, niż to, co naprawdę się wydarzyło.
Gdzieś głęboko, bardzo głęboko, gdzie wolałabym nie zaglądać, czułam też niedowierzanie, że potrafiłam obciągnąć nieznajomemu, a także - przyznaję z obawą - dziwną, obsceniczną przyjemność. Dziewczyny marzyły po cichu, że są na bezludnej wyspie, uprawiają seks z mężczyznami wychodzącymi z morza. Ja przeżyłam to naprawdę. Okropne było bicie i ssanie penisa nieznajomego, ale nie tak okropne, jak mogło się wydawać.
Jednak dlaczego na mnie nasikał, skoro mógł się odwrócić i zrobić to na plażę? Co to oznaczało?
Czy znaczył mnie jak swoją własność, tak jak psy znaczą drzewa i ściany? Czy chciał mi pokazać, że jestem mniej warta niż kawałek piasku, na który może oddać mocz? Miałam milion pytań, ale wciąż klęczałam obok nieznajomego nieznającego mojego języka.
Zacisnął na siłę moje usta i zmusił do uśmiechu. Potem powiedział coś, czego nie zrozumiałam, i się zaśmiał. Pochylił się do przodu, ścisnął moją dolną wargę kciukiem i palcem wskazującym, i przycisnął tak mocno, że pisnęłam z bólu. Znów się zaśmiał, głośniej. Nie wiedziałam, co to znaczy: jakaś miłosna gra? Czy tak całują się ludzie na tej dziwnej wyspie? Nie wiedziałam. Wszystko było dziwne i przerażające, jakby nagle cała moja przeszłość zniknęła, a ja miałam narodzić się w tej chwili od nowa, jak wykluta z jaja, naga, bezimienna, związana i - paradoksalnie - wolna od tego wszystkiego, co chciałam zostawić za sobą. Bo wolność wcale nie jest wolna. Trzeba za nią zapłacić najwyższą cenę.
Podniosłam wzrok, a mężczyzna pociągnął mnie za ramię, bym mogła wstać - to nie było łatwe, bo miałam związane ręce. Unosząc podbródek, wskazał wzgórze za nami. Zarzucił na ramię torbę z muszlą, a ja mogłam tylko pójść za nim, choć piasek parzył mnie w stopy, kaktusy kłuły w kostki i łydki, a skóra piekła od wysychającego moczu. Było mi gorąco, a twarz wydawała się spierzchnięta, kiedy sperma zasychała, niewidzialną warstwą sklejając mi włosy. W ustach czułam coś jak smak zgniłych oliwek.
Obejrzałam się i spojrzałam na morze. Unosiła się nad nim delikatna mgiełka. Wybrzeże Gomery zniknęło, jakby nigdy nie istniało. Powiedziałam rodzicom, że chcę spędzić kilka tygodni w samotności, by "odnaleźć siebie". Teraz brzmiało to głupio i naiwnie. Zamiast odnaleźć siebie, zupełnie się zagubiłam. Ktoś natknie się na mój ręcznik przytrzymany czterema kamieniami, moje okulary słoneczne, suchy kostium kąpielowy, portfel z kartami kredytowymi, czterysta euro i paszportem. Odda je policji czy zatrzyma?
Pewnie zatrzyma. Tacy już są ludzie. Tacy się staliśmy. W pensjonacie, gdzie nikt nie znał angielskiego i nie spytał nawet o moje nazwisko, na podłodze w pokoju zostawiłam plecak pełen ciuchów. Pewnie pomyślą, że pojechałam gdzieś dalej i wrócę po rzeczy. Nie będą chcieli zawiadamiać policji, robić afery, tracić czasu. Dzisiaj dziewczyny wciąż dokądś jeżdżą. Tak pewnie sobie powiedzą. Była z zagranicy. Wiesz, jakie one tam są. W końcu się pojawi. A jeśli nie, to nie ma z nami nic wspólnego. Schowają mój plecak w składziku i zapomną, że w ogóle istnieję.
Mężczyzna zapalił papierosa. Ostry zapach wdarł się w czyste, słodkie powietrze. Zeszliśmy już z piasku i szliśmy po szorstkiej grubej trawie. Wyraźniej widziałam wieżę, ale żadnych innych ludzi, budynków czy śladu życia. Wczesnopopołudniowe słońce świeciło mocno, jednak od morza wiał chłodny wiatr.
Weszliśmy w labirynt niskich, pochylonych od wiatru sosen porastających zbocze wzgórza, które dzieliły z wielkimi kaktusami i krzakami o pięknych żółtych kwiatach. Wszystko było idealne, czyste, nietknięte, nie mogłam pojąć, iż żadna sieć hoteli nie pojawiła się tu i nie zrujnowała tego cudu turystycznym rajem, portem i spa.
Z każdym kolejnym krokiem moja sytuacja stawała się coraz bardziej nierealna - nie wiedziałam, co się dzieje, a wspinając się na wzgórze, byłam coraz bardziej niepewna tego, kim jestem. Absurd. Byłam naga, spocona, twarz lepiła mi się od zaschniętej spermy, a pośladki piekły po tym, jak nieznajomy mnie zbił. Nie wiedziałam, że komuś może się przytrafić coś takiego, a już z pewnością nie mnie. Przecież to niewyobrażalne w dzisiejszych czasach tak potraktować dziewczynę - i to nie po to, by wywołać ból, ale po to, by jasno określić role i pokazać, kto jest panem, a kto niewolnicą.
Niewolnica.
Na sam dźwięk tego słowa w gardle urosła mi wielka gula. Zbił mnie, ponieważ chciał wzbudzić we mnie poczucie dyscypliny. Bez zastanowienia, bezmyślnie, wypłynęłam nago z wyspy i los mnie za to ukarał.
Czy zasłużyłam na takie lanie?
Oczywiście, że nie. Ale już je przeżyłam i nie było tak straszne, jak fala strachu, która pojawiła się, kiedy jego ręka po raz pierwszy wylądowała na moim pośladku. Kiedy ból minął, jakby pod wpływem zaklęcia pojawiła się krótka, szalona chwila, w której doświadczyłam groteskowej wręcz satysfakcji, że ktoś traktuje mnie właśnie tak, nie dając mi prawa głosu, wyboru, jakbym nie miała przeszłości i przyszłości. Bo w bólu funkcjonuje się w teraźniejszości, a gdy mija, odczuwa się tylko przyjemność, że się go przetrwało.
Co jednak jeszcze bardziej mnie zaskoczyło, a czego nie potrafiłam zrozumieć, to tego, że bicie zawierało wyraźny zmysłowy element. Kiedy ręka nieznajomego raz po raz opadała na moje pośladki, czułam - instynktownie, intuicyjnie, podświadomie, sama nie wiem - że on bije mnie dlatego, by przygotować na to, co się jeszcze wydarzy. Nie chciał mnie zranić. Chciał mnie złamać.
Kiedy uklękłam i pozwoliłam, by włożył mi członek do ust, to była ulga, że przestał bić. Nie tylko dawałam mu przyjemność, ale wręcz wyrażałam wdzięczność, gdy jego nasienie wytrysnęło prosto na moją twarz. Bobby nigdy nie zrobił czegoś takiego, a może gdyby zrobił, wciąż bylibyśmy razem.
Wstydziłam się tych myśli i zastanawiałam, skąd się w ogóle wzięły. Nagość odsłania bowiem więcej niż tylko skórę - odsłania nieznane aspekty prawdziwej ludzkiej natury. Uważałam się za karierowiczkę, niezależną, radzącą sobie na śliskim polu sukcesu. Ale tak naprawdę cieszyłam się, kiedy inni podejmowali za mnie decyzje, kiedy ktoś poprowadził mnie tak, jak biegła droga życia, a nie kazał wycinać własną ścieżkę. Czy ten nieznajomy dostrzegł we mnie coś, o czym nie wiedziałam? Czy spojrzał na mnie i zobaczył dziewczynę, która chciała, by na nią nasikać?
Sam pomysł był upokarzający. Odepchnęłam te myśli i koncentrowałam się na wspinaczce. Znów obejrzałam się za siebie. Mgła zgęstniała. Gomera zniknęła, zupełnie już niewidoczna. Zdałam sobie sprawę, że nikt na świecie nie wie, gdzie jestem. Słyszałam o zaginięciach młodych kobiet i teraz wiedziałam już, jak do nich dochodziło. Robiły coś głupiego, jeden fałszywy ruch, i na skutek efektu domina następował kolejny. A gdy już raz zboczyło się z drogi, powrót na nią stawał się niemożliwy.
Mężczyzna przerzucił torbę z jednego ramienia na drugie i od czasu do czasu odwracał się, by skinąć głową. Podświadomie odpowiadałam tym samym i się uśmiechałam. Niewybaczalne, wiem. Zostałam wykorzystana w najobrzydliwszy możliwy sposób. Bezbronna, upokorzona, w niebezpieczeństwie, a jednak wdzięczna jak zbity pies za ten gest ludzkiego porozumienia.