Sprzątacz - Mark Dawson

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

Pa­nu­jący na pro­wa­dzą­cej przez las dro­dze błogi spo­kój pod­kre­ślały ćwier­ka­nie pta­ków w ko­ro­nach drzew i szmer gór­skiego stru­mie­nia. Ro­ute fo­re­sti­?re de la Combe d'Ire była wą­ska i wy­bo­ista, miej­scami nie mi­nę­łyby się dwa sa­mo­chody. Z obu jej stron ro­sły gę­ste so­snowe lasy, za­snu­wa­jące prze­strzeń nad jezd­nią wil­got­nym mro­kiem, roz­pra­sza­nym przez cie­płe świa­tło słońca wszę­dzie tam, gdzie wy­cięto drzewa. Nad li­nią lasu roz­cią­gały się za­mglone stoki ma­sywu Mon­ta­gne du Char­bon, skalne że­bra bie­gły w dół wśród buj­nej ro­ślin­no­ści. Droga pro­wa­dziła ostroż­nie zbo­czem góry, skrę­ca­jąc ostro w lewo i w prawo, cza­sem pod ką­tem stu osiem­dzie­się­ciu stopni naj­bez­piecz­niej­szą trasą w górę. Raz po raz prze­ci­nała stru­mień: tu­tej­sze mostki zo­stały zbu­do­wane ze sta­rych czer­wo­nych ce­gieł zwią­za­nych ty­leż roz­pa­da­jącą się za­prawą, co wil­got­nymi po­ro­stami, które kur­czowo się ich trzy­mały. Mo­stek znaj­do­wał się obok nie­wiel­kiego ogro­dzo­nego miej­sca ozna­czo­nego jako par­king, choć w tym wy­padku tro­chę na­gięto fakty, była to bo­wiem za­toczka wcięta w zbo­cze, le­d­wie miesz­cząca cztery sto­jące cia­sno auta.

Miej­sce ci­che i ustronne, jakby świat ze­wnętrzny zo­stał za za­mknię­tymi drzwiami.

Mil­ton za­par­ko­wał tam swoje re­na­ult, po­spo­lite auto z wy­po­ży­czalni; wy­brał je, po­nie­waż ni­czym się nie wy­róż­niało. Wje­chał na par­king ty­łem i wy­sia­da­jąc, po­zo­sta­wił sil­nik na cho­dzie. Pod­szedł do ku­fra, otwo­rzył go i spoj­rzał na to­bo­łek wtu­lony w nie­wielką prze­strzeń na ba­gaże. Od­wi­nął brzegi koca, od­sła­nia­jąc ka­ra­bin sztur­mowy, który po­przed­niej nocy po­zo­sta­wiono w skrzynce kon­tak­to­wej - sub­ka­ra­bi­nek HK53 z tłu­mi­kiem pło­mie­nia, broń czę­sto uży­wana przez SAS, gdy moż­li­wość po­dej­ścia ukrad­kiem do celu była rów­nie ważna jak ra­że­nie oba­la­jące. Mil­ton wy­cią­gnął ka­ra­bi­nek z ba­gaż­nika i wci­snął do zamka nowy dwu­dzie­sto­pię­cio­na­bo­jowy ma­ga­zy­nek. Roz­ło­żył skła­daną kolbę i wy­ce­lo­wał, mie­rząc wzdłuż osi drogi. Stwier­dziw­szy z za­do­wo­le­niem, że broń jest sprawna, ru­szył w stronę mostka i ukrył ją w za­ro­ślach.

Wcze­śniej zro­bił roz­po­zna­nie te­renu i wie­dział, że w kie­runku na pół­noc droga pro­wa­dziła do Sa­int-Jo­rioz, śred­niej wiel­ko­ści ośrodka tu­ry­stycz­nego nad brze­giem je­ziora An­necy. Zjazd na po­łu­dnie pro­wa­dził do ma­łej wio­ski Che­va­line. Jej miesz­kańcy utrzy­my­wali się z rol­nic­twa, ale do­ra­biali, wy­naj­mu­jąc ma­low­ni­cze domy tu­ry­stom, któ­rzy przy­jeż­dżali, by urzą­dzać wy­cieczki pie­sze i ro­we­rowe po oko­licy. Mil­ton za­trzy­mał się w ta­kim wiej­skim domu trzy dni temu i cały po­byt po­świę­cił na re­ko­ne­sans, wy­ru­sza­jąc na ro­we­rze wcze­śnie rano i wra­ca­jąc póź­nym wie­czo­rem. Sta­rał się nie zwra­cać na sie­bie uwagi i poza tymi wy­ciecz­kami prze­by­wał głów­nie w domu.

Dźwięk sil­nika bmw usły­szał na długo przed­tem, za­nim zo­ba­czył sa­mo­chód. Pod­niósł ka­ra­bi­nek i ukrył się za pniem dębu. Był nie­wi­do­czny od strony drogi, a sam wciąż mógł ją ob­ser­wo­wać. Kombi w ko­lo­rze wina je­chało na dru­gim biegu, z lek­kim wy­sił­kiem po­ko­nu­jąc stromy od­ci­nek jezdni. Wy­ło­niło się zza ostrego za­krętu w prawo i świa­tło re­flek­to­rów wy­do­było z mroku le­śną ścieżkę.

Sa­mo­chód zwol­nił i skrę­cił w stronę re­na­ult. Mil­ton wstrzy­mał od­dech, serce za­biło mu szyb­ciej, wsu­nął pa­lec wska­zu­jący za osłonę spu­stu. Kie­rowca bmw za­par­ko­wał obok re­na­ult i zga­sił sil­nik. Mil­ton sły­szał mu­zykę do­la­tu­jącą z wnę­trza auta. Drzwi od strony pa­sa­żera otwo­rzyły się i stłu­miona do­tąd mu­zyka za­brzmiała wy­raź­niej: fran­cu­ski pop jed­no­ra­zo­wego użytku, nie­szko­dliwy dla uszu. Pa­sa­żer po­chy­lił się, po­wie­dział coś ostro do kie­rowcy i mu­zyka umil­kła. Przez chwilę Mil­ton sły­szał je­dy­nie chrzęst żwiru pod sto­pami męż­czy­zny, szmer pły­ną­cej wody i sze­lest li­ści na wie­trze. Za­ci­snął dłoń na ka­ra­binku i sku­pił się na za­cho­wa­niu rów­nego i re­gu­lar­nego od­de­chu.

Drzwi od strony kie­rowcy otwo­rzyły się i z bmw wy­sia­dła wy­soka, śniada ko­bieta.

Mil­ton roz­po­znał oboje. Pa­sa­że­rem był Je­hija al Mo­ussa, a kie­rowcą Sa­mira Nad­żib.

Wy­szedł zza dębu i wy­ce­lo­wał. Prze­łą­czył broń na ogień cią­gły i od­dał se­rię strza­łów. Kule tra­fiły w brzuch ko­biety, prze­szy­wa­jąc wą­trobę i płuca. Nad­żib przy­tknęła dłoń do piersi, na jej twa­rzy od­ma­lo­wała się kon­ster­na­cja, po czym ob­ró­ciła się i upa­dła na bok sa­mo­chodu. Je­hija krzyk­nął, cho­wa­jąc się szybko za au­tem. Mil­ton zro­bił dwa kroki w prawo, by znowu wi­dzieć cel, i wy­pu­ścił ko­lejną se­rię. Na­uko­wiec pró­bo­wał wsiąść z po­wro­tem do sa­mo­chodu; kule na­zna­czyły jego ciało krwawą li­nią bie­gnącą od szyi do kro­cza.

Ka­no­nada nio­sła się przez chwilę wśród drzew. Wy­stra­szone ptaki wy­strze­liły w po­wie­trze, a trze­pot ich skrzy­deł za­brzmiał jak okla­ski. Echo trza­sków uci­chło i chwilę po bru­tal­nym wy­bu­chu prze­mocy znowu za­pa­no­wał spo­kój: wiatr szu­miał w ko­ro­nach drzew, woda pły­nęła ze szme­rem pod most­kiem, a gdzieś z wy­soka do­le­ciał śpiew sło­wika.

Mil­ton się za­wa­hał. Usły­szał ko­lejny dźwięk.

Od­głos zbli­ża­ją­cego się sa­mo­chodu.

Ukry­wa­nie się nie mia­łoby sensu; i tak zdra­dzi­łaby go krwawa scena. Sa­mo­chód wy­ło­nił się z lasu. Było to po­ma­lo­wane na nie­bie­sko re­na­ult mégane z biało-czer­woną jo­dełką na ma­sce. Po­li­cjant w ra­dio­wo­zie mu­siał go od razu zo­ba­czyć, za­trzy­mał się bo­wiem na­gle w od­le­gło­ści pięt­na­stu me­trów.

Mil­ton wy­rzu­cił ma­ga­zy­nek i wci­snął do zamka za­pa­sowy.

Po­li­cjant otwo­rzył drzwi, wy­siadł z auta z ręką na kol­bie pi­sto­letu w ka­bu­rze i za­wo­łał:

- Ar­rét!

Mil­ton nie za­sta­na­wiał się ani przez chwilę. Jego re­ak­cja była za­pro­gra­mo­wana, tak do­brze wy­uczona przez lata walki, że te­raz dzia­łał ma­chi­nal­nie, pod­świa­do­mie, dzięki pa­mięci mię­śnio­wej, bły­ska­wicz­nie i za­bój­czo sku­tecz­nie. Ob­ró­cił ka­ra­bi­nek i po­cią­gnął za spust, pusz­cza­jąc dłuż­szą se­rię. Grad po­ci­sków za­sy­pał ra­dio­wóz, sześć wbiło się w chłod­nicę i ma­skę, a kilka po­zo­sta­łych ude­rzyło w szybę. Po­li­cjant zo­stał tra­fiony w twarz i klatkę pier­siową. Za­to­czył się do tyłu i padł na wznak na zie­mię, gdzie jego ciało przez mo­ment okrop­nie po­dry­gi­wało. Mil­ton pod­szedł z opusz­czoną te­raz bro­nią i wpa­ko­wał męż­czyź­nie kulę w głowę. W końcu po­li­cjant znie­ru­cho­miał.

Po­wró­cił spo­kój okra­szony chrzę­stem odłam­ków szkła, które opa­dły z roz­trza­ska­nej szyby sa­mo­chodu.

Mil­ton prze­szedł do swo­jego re­na­ult po dru­giej stro­nie drogi. Otwo­rzył ba­gaż­nik i za­wi­nął ka­ra­bi­nek w koc, po czym ukrył go sta­ran­nie w skrytce pod ko­łem za­pa­so­wym. Na­cią­gnął la­tek­sowe rę­ka­wiczki i po­zbie­rał wy­rzu­cone łu­ski na­bo­jów. Było ich czter­dzie­ści i wciąż były go­rące w do­tyku. Wrzu­cił je do nie­wiel­kiej to­rebki do­wo­do­wej. Przy­kuc­nął przy ciele Nad­żib, po czym szybko i spraw­nie prze­szu­kał jej ubra­nie. Zna­lazł smart­fon oraz pen­drive i do­ło­żył je do to­rebki.

Ob­szedł sa­mo­chód i po­chy­lił się, żeby uważ­nie się przyj­rzeć al Mo­us­sie. Drzwi bmw były otwarte i gdy pod­niósł wzrok, by zer­k­nąć do środka, uj­rzał wpa­trzoną w niego drobną, bladą twarz. Nie śpie­szył się. Nie było ta­kiej po­trzeby. Twarz na­le­żała do ma­łego chłopca, pię­cio- lub sze­ścio­latka. Skórę i włosy miał ciemne, a ry­sami twa­rzy przy­po­mi­nał ro­dzi­ców. Ku­lił się na pod­ło­dze za fo­te­lem, czoło prze­ci­nała krwawa smuga, jakby zo­stał po­ma­zany farbą. Nie była to jego krew, lecz krew z rany ojca.

Mil­ton się­gnął po sig sau­era, któ­rego no­sił w ka­bu­rze pod pa­chą, mu­snął pal­cami kolbę. Chłop­czyk wy­trzy­mał jego spoj­rze­nie. Twarz miał bladą i drżącą ze stra­chu, ale wzroku nie od­wró­cił. Był dzielny. Prze­nió­sł­szy się pa­mię­cią dwa­dzie­ścia lat wstecz i ty­siąc mil da­lej, Mil­ton po­czuł, że zbiera mu się na wy­mioty. Przy­po­mniał mu się inny chło­piec, w po­dob­nym wieku, z twa­rzą spo­kojną mimo ob­sce­nicz­no­ści jego śmierci.

Zdjął rękę z pi­sto­letu i się cof­nął. De­li­kat­nie prze­cią­gnął zwłoki męż­czy­zny na błot­ni­ste po­bo­cze i wró­cił do kombi.

- Zo­stań tu - po­wie­dział chłopcu. - Po­moc jest w dro­dze.

Za­mknął drzwi kombi. Spraw­dził, czy usu­nął ślady swo­jej obec­no­ści, i za­do­wo­lony wsiadł do re­na­ult, wrzu­cił bieg i od­je­chał.

Skrę­cił na pół­noc, pod górę, i ru­szył w kie­runku je­ziora.

1

Nad­zorca spod zmru­żo­nych po­wiek pa­trzył przez szybę przed­nią ja­gu­ara xjs, gdy zje­chał na pu­sty pas szyb­kiego ru­chu i wy­prze­dził po­ru­sza­jącą się nie­mrawo cię­ża­rówkę z na­czepą. Ubie­głego wie­czoru niebo miało barwę krwa­wej czer­wieni, a kiedy rano wró­ciło słońce, wze­szło na bez­chmur­nym błę­kit­nym nie­bie. W po­ran­nych pro­mie­niach kryło się cie­pło i świa­tło, więc opu­ścił osłonę, by chro­nić oczy. Ra­dio było usta­wione na au­dy­cję To­day i pre­zen­ter za­po­wia­dał ty­dzień upa­łów. O siód­mej, po pro­gno­zie po­gody, nada­wano po­ranne wia­do­mo­ści - głów­nym te­ma­tem było za­strze­le­nie dwojga tu­ry­stów i po­li­cjanta we fran­cu­skich Al­pach. Ofiary zi­den­ty­fi­ko­wano, ale jak do­tąd nie wy­kryto mo­tywu za­bój­stwa. Fran­cu­ski po­li­cjant do­szedł do wnio­sku, że było ono "bez­sen­sowne".

To aku­rat, po­my­ślał Nad­zorca, nie było prawdą. Za­bój­stwo zde­cy­do­wa­nie miało sens. Ope­ra­cja sta­no­wiła wy­nik dłu­giego i dro­bia­zgo­wego pla­no­wa­nia, sze­ściu mie­sięcy po­świę­co­nych przy­go­to­wy­wa­niu obiek­tów ataku i zy­ska­niu ich za­ufa­nia, a na­stęp­nie ty­go­dni uma­wia­nia spo­tka­nia. Cel zo­stał osią­gnięty z po­wo­dze­niem, lecz ak­cja nie była czy­sta. Po­peł­nione zo­stały dwa błędy, które wy­ma­gały sta­ran­nej ana­lizy, błędy, które wzbu­dziły wąt­pli­wo­ści co do spraw­no­ści wy­ko­na­wcy ope­ra­cji.

Nie­po­ko­jący był fakt, że cho­dziło o Nu­mer Je­den.

Była to ope­ra­cja Nad­zorcy. Do­brze znał obiekty ataku. Je­hija al Mo­ussa pro­wa­dził kie­dyś ba­da­nia ją­drowe. Sa­mira Nad­żib spe­cja­li­zo­wała się w tech­nice mi­kro­fa­lo­wej. Byli mał­żeń­stwem i do nie­dawna oboje pra­co­wali dla irac­kiej Agen­cji Ener­gii Ato­mo­wej. Po upadku Sad­dama Hu­sajna zo­stali zwer­bo­wani przez Irań­czy­ków i z ich po­mocą re­żim Ah­ma­di­ne­żada do­ko­nał po­stę­pów na dro­dze do celu, któ­rym było uzy­ska­nie sta­tusu mo­car­stwa nu­kle­ar­nego. Gdzieś w MI6 uznano, że ta para jest zbyt nie­bez­pieczna, by żyć. De­cy­zja zo­stała za­twier­dzona au­to­ma­tycz­nie w in­nym ano­ni­mo­wym sza­rym ga­bi­ne­cie w sie­dzi­bie rządu, a ich akta zo­stały ozna­czone czer­wo­nym ko­lo­rem i prze­ka­zane do Grupy Pięt­na­stej, która miała się tym za­jąć. Sprawa była ważna i dla­tego Nad­zorca wy­brał do tej mi­sji Nu­mer Je­den.

Gdy zjeż­dżał z au­to­strady w kie­runku cen­trum Lon­dynu, prze­ana­li­zo­wał swoje przy­go­to­wa­nia. Na­ukowcy przy­byli do Fran­cji pod pre­tek­stem za­słu­żo­nych wa­ka­cji. Praw­dzi­wym po­wo­dem po­bytu - oraz wi­zyty w Al­pach - było spo­tka­nie z pra­cow­ni­kiem Ce­zusa, fi­lii Arevy, czo­ło­wego gra­cza na rynku han­dlu cyr­ko­nem. Ten me­tal wy­ko­rzy­sty­wano mię­dzy in­nymi do wy­robu po­włok ochron­nych prę­tów z pa­li­wem ją­dro­wym. Iran po­trze­bo­wał cyr­konu do swo­ich re­ak­to­rów, a Nad­żib i jej mę­żowi po­zwo­lono są­dzić, że ich kon­takt może do­star­czyć go w po­trzeb­nej im ilo­ści. Nie było jed­nak żad­nego pra­cow­nika. I żad­nego cyr­konu. Nie miało też być spo­tka­nia, przy­naj­mniej ta­kiego, na ja­kie li­czyli.

Wjeż­dża­jąc do mia­sta, Nad­zorca wy­bi­jał pal­cami rytm na kie­row­nicy. Nie, po­my­ślał, przy­go­to­wa­nie było nie­na­ganne. Wszyst­kiemu winny był Mil­ton.

Mar­twy gen­darme do­star­czy fran­cu­skiej po­li­cji sil­nej mo­ty­wa­cji do zna­le­zie­nia za­bójcy; za­mor­do­wany zo­stał je­den z nich. Fran­cuzi będą dzia­łać bar­dziej upo­rczy­wie i zma­leje szansa, że zba­ga­te­li­zują śledz­two, gdy urwie się trop. Bo się urwie. Źle to wy­glą­dało, ale jesz­cze gor­szy był ten chło­piec. Dziecko osie­ro­cone przez za­bójcę, ku­lące się ze stra­chu w sa­mo­cho­dzie, gdy przy­glą­dało się mor­dowi na swo­ich ro­dzi­cach. To była beczka pro­chu, a dla prasy po­wód, by wał­ko­wać te­mat w nie­skoń­czo­ność.

Nad­zorca zwol­nił i zje­chał na pod­ziemny par­king w nie­wiel­kim bu­dynku sto­ją­cym na pół­noc­nym brzegu Ta­mizy. Była to po­zba­wiona stylu i wdzięku kon­struk­cja z ce­gieł i be­tonu, wznie­siona w la­tach sześć­dzie­sią­tych. Pię­cio­pię­trowa i ni­jaka. Sa­mo­chód pra­co­wał na ja­ło­wym biegu, gdy drzwi ga­rażu pod­no­siły się ze skrzy­pie­niem zmę­czo­nego me­talu. Na drzwiach wid­niały na­ma­lo­wane dwa słowa: GLO­BAL LO­GI­STICS.

Nad­zorca wje­chał do środka, za­par­ko­wał obok windy i wy­siadł. Nad­je­chała winda, wsiadł do niej i wci­snął gu­zik trze­ciego pię­tra. Gdy po­woli się za­trzy­mała, drzwi roz­su­nęły się z sy­kiem i zna­lazł się w tęt­nią­cej ży­ciem otwar­tej prze­strzeni biu­ro­wej. Ana­li­tycy ga­pili się w mo­ni­tory i stu­kali w kla­wi­sze, ter­ko­tały dru­karki i bez­u­stan­nie dzwo­niły te­le­fony. Nad­zorca prze­szedł wśród tego cha­osu do ko­ry­ta­rza wy­ło­żo­nego gru­bym dy­wa­nem, po­dą­żył nim w prawo i wtedy gwar za nim osłabł do po­ziomu de­li­kat­nego szmeru ludz­kiej ak­tyw­no­ści. Wzdłuż ko­ry­ta­rza znaj­do­wało się kilka obi­tych zie­lo­nym suk­nem drzwi. Wy­brał te na końcu, pchnął skrzy­dło i prze­stą­pił próg.

Da­vid Tan­ner, jego oso­bi­sty se­kre­tarz, pod­niósł wzrok znad kom­pu­tera i po­wie­dział:

- Dzień do­bry, sze­fie. - Tan­ner, po­dob­nie jak Nad­zorca oraz wszy­scy tajni agenci, któ­rzy dla niego pra­co­wali, był kie­dyś żoł­nie­rzem: w pie­cho­cie. Jego ka­rierę za­koń­czyła eks­plo­zja miny pu­łapki na dro­dze pod Ka­bu­lem. Stra­cił prawą nogę po­ni­żej ko­lana oraz szansę na przy­dział do SAS, o który za­bie­gał. Był ła­twym w obej­ściu, po­rząd­nym go­ściem, z któ­rym przy­jem­nie było się na­pić, i z żar­li­wym od­da­niem strzegł do­stępu do swo­jego do­wódcy.

- Dzień do­bry, ka­pi­ta­nie - od­parł Nad­zorca. - Co dzi­siaj w ka­len­da­rzu?

- W po­łu­dnie roz­ma­wia pan z dy­rek­to­rem. Chce otrzy­mać naj­śwież­sze in­for­ma­cje w spra­wie fran­cu­skiego pro­blemu.

- Nie wąt­pię. A Nu­mer Je­den?

- Czeka na pana w środku, sze­fie.

- To świet­nie.

Wszedł do ga­bi­netu. Był to duży po­kój, który za­pew­niał roz­le­gły wi­dok na rzekę. Po­środku znaj­do­wał się stół z kwia­tami w ni­skim wa­zo­nie, a z obu stron ko­minka stały dwa wy­godne fo­tele klu­bowe. Nie było szaf na do­ku­menty ani ni­czego, co wy­glą­da­łoby biu­rowo.

Mil­ton stał przy sze­ro­kim oknie na dru­gim końcu po­koju, pa­ląc pa­pie­rosa i spo­glą­da­jąc na sze­roki łuk Ta­mizy. Nad­zorca za­trzy­mał się przy drzwiach i przy­pa­trzył mu się; Mil­ton był w nie­wy­szu­ka­nym po­pie­la­tym gar­ni­tu­rze, który spra­wiał wra­że­nie dość ta­niego, bia­łej ko­szuli i czar­nym kra­wa­cie.

- Dzień do­bry, Nu­me­rze Je­den - po­wie­dział.

- Dzień do­bry, sze­fie.

- Usiądź.

Ob­ser­wo­wał sia­da­ją­cego w fo­telu Mil­tona. Jego oczy wy­ra­żały nie­ustę­pli­wość. Wy­glą­dał na tro­chę ste­ra­nego, nieco wy­czer­pa­nego. Nad­zorca pa­mię­tał go z cza­sów, gdy wstę­po­wał do służby. Pa­ra­do­wał wtedy w gar­ni­tu­rach z Sa­vile Row, ko­szu­lach Turn­bull & As­ser i za­wsze był nie­ska­zi­tel­nie ucze­sany. Wy­da­wało się, że prze­stał już o to dbać. Nad­zorcy nie ob­cho­dziło, jak wy­glą­dają jego agenci, o ile do­brze wy­ko­ny­wali swoją pracę, a Mil­ton był jego naj­lep­szym czło­wie­kiem; i wła­śnie dla­tego ta naj­now­sza wpadka tak bar­dzo nie­po­ko­iła.

Roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi. Tan­ner wszedł do ga­bi­netu, nio­sąc tacę z dzban­kiem her­baty i dwiema por­ce­la­no­wymi fi­li­żan­kami. Po­sta­wił tacę na kre­den­sie i upew­niw­szy się, że Nad­zorca nie po­trze­buje ni­czego in­nego, zo­sta­wił ich sa­mych.

Nad­zorca wstał i na­lał her­baty do fi­li­ża­nek, ob­ser­wu­jąc Mil­tona. Nikt nie ubie­gał się o taką pracę, tylko był wy­bie­rany i zgod­nie ze swoim zwy­cza­jem w przy­padku wszyst­kich pra­cu­ją­cych dla niego agen­tów Nad­zorca wy­brał go sam, a po­tem mo­ni­to­ro­wał rok dro­bia­zgo­wego szko­le­nia, które zła­go­dziło jego szorst­kość i przy­go­to­wało do no­wej roli. Chwi­lami Mil­ton wąt­pił, czy się do niej na­daje, a Nad­zorca nie tyle roz­wie­wał te wąt­pli­wo­ści, ile stro­fo­wał go, że w ogóle do­pusz­cza myśl, że osąd jego zwierzch­nika może być błędny. Szczy­cił się tym, że do­sko­nale oce­nia cha­rak­ter lu­dzi, i wie­dział, że Mil­ton bę­dzie ide­al­nym agen­tem wy­wiadu. Oka­zało się, że miał ra­cję. Mil­ton, zgod­nie z przy­ję­tym zwy­cza­jem, roz­po­czął swoją ka­rierę jako Nu­mer Dwa­na­ście, a te­raz, osiem lat póź­niej, wszy­scy jego po­przed­nicy ode­szli i to on stał się Nu­me­rem Je­den.

Mil­ton był spięty. Chwy­cił się po­rę­czy fo­tela tak mocno, że aż po­bie­lały mu kłyk­cie. Nie ogo­lił się, mocno za­ry­so­waną żu­chwę po­kry­wał ciemny, kil­ku­dniowy za­rost.

- Chło­piec? - za­py­tał.

- Z tego, co mo­żemy wy­wnio­sko­wać, zszo­ko­wany, ale poza tym OK. Jak można by się spo­dzie­wać. Jest pod opieką Fran­cu­zów. Chyba jesz­cze z nim nie roz­ma­wiali. Wi­dział cię?

- Tak.

- To mo­głoby być kło­po­tliwe.

Mil­ton zi­gno­ro­wał słowa Nad­zorcy.

- Wie­dział pan?

- O czym?

- Że tam bę­dzie.

- Wie­dzie­li­śmy, że jest we Fran­cji. Nie są­dzi­li­śmy, że za­biorą go na spo­tka­nie.

- I nie za­mie­rzał pan mi po­wie­dzieć, że mogą to zro­bić?

- Nie za­po­mi­naj, z kim roz­ma­wiasz - po­wie­dział ze zło­ścią Nad­zorca. - Czy to by coś zmie­niło?

Mil­ton za­to­pił w nim lo­do­wate spoj­rze­nie.

- Nie ma sensu uda­wać, że chło­piec nie sta­nowi pro­blemu. Ten cho­lerny po­li­cjant rów­nież. Bez nich sprawa by­łaby czy­sta, ale te­raz... Cóż, obaj sta­no­wią nie­wy­ja­śnione wątki i kom­pli­kują sy­tu­ację. Po­wi­nie­neś mi wy­ja­śnić, co się stało.

- Nie ma za wiele do wy­ja­śnia­nia. Trzy­ma­łem się planu. Broń była tam, gdzie miała być. Przy­je­cha­łem przed nimi. Zja­wili się o cza­sie. Wy­eli­mi­no­wa­łem oboje. Gdy ro­bi­łem po­rządki, przy­je­chał ten żan­darm, więc go za­strze­li­łem.

- Za­sady pro­wa­dze­nia ak­cji były ja­sne.

- Rze­czy­wi­ście, sze­fie. Żad­nych świad­ków. Są­dzę, że nie mia­łem wy­boru.

- Nie mia­łeś. Tego nie kwe­stio­nuję.

- Coś pan jed­nak kwe­stio­nuje - za­uwa­żył Mil­ton.

Znowu ude­rzył w ostry ton. Nad­zorca to zi­gno­ro­wał.

- Sam to po­wie­dzia­łeś. Żad­nych świad­ków.

- Cho­dzi o chłopca? Dla­czego go nie za­strze­li­łem?

- Może to bu­dzić nie­smak, ale prze­cież wiesz, jak wy­raź­nie okre­ślamy na­sze za­cho­wa­nie pod­czas ope­ra­cji. - Nad­zorca był spięty. Roz­mowa to­czyła się w nie­prze­wi­dziany dla niego spo­sób, a jego zwy­kle nie za­ska­ki­wano. Mil­to­nowi po­bie­lały ką­ciki ust. Jego nie­bie­skie oczy na­dal pa­trzyły obo­jęt­nie, nie­mal nie­przy­tom­nie.

- Od­kąd dla pana pra­cuję, sze­fie, wi­dzia­łem wiele mar­twych ciał.

Nad­zorca od­po­wie­dział naj­cier­pli­wiej, jak po­tra­fił.

- To oczy­wi­ste, Mil­to­nie. Je­steś za­bójcą. To nie­od­łączna część two­jego fa­chu.

Chyba go na­wet nie sły­szał.

- Nie mogę już dłu­żej uda­wać przed sobą. Po­dej­mu­jemy de­cy­zję o tym, kto żyje, a kto umiera, ale w trak­cie ak­cji nie wszystko jest czarno-białe. Jak pan twier­dzi, za­sady pro­wa­dze­nia ak­cji były ja­sne. Po­wi­nie­nem był go za­strze­lić. Osiem lat temu, gdy za­pi­sa­łem się na... to - słowo to za­brzmiało nieco po­gar­dli­wie - praw­do­po­dob­nie bym go za­strze­lił. Jak do­bry żoł­nierz.

- Ale nie za­strze­li­łeś.

- Nie mo­głem.

- Dla­czego mi to mó­wisz?

- Osiem lat to szmat czasu jak na taką pracę, sze­fie. Nie­wielu w Gru­pie wy­trzy­muje tak długo. A ostat­nio nie by­łem szczę­śliwy. My­ślę, że ni­gdy nie by­łem.

- Nie ocze­kuję tego od cie­bie.

Mil­ton wzbu­rzył się i brnął da­lej.

- Mam krew na rę­kach. Kie­dyś mó­wi­łem so­bie to samo, żeby to uspra­wie­dli­wić, ale to już nie działa. Ten po­li­cjant nie za­słu­żył na śmierć. Chło­piec nie za­słu­żył na utratę ro­dzi­ców. Z po­wodu ja­kie­goś kłam­stwa uczy­ni­li­śmy go sie­rotą, a żonę po­li­cjanta wdową. Nie za­mie­rzam tego wię­cej ro­bić, sze­fie. Skoń­czy­łem.

Nad­zorca wy­ra­żał się ostroż­nie.

- Pró­bu­jesz... zre­zy­gno­wać?

- Może pan to na­zy­wać, jak pan chce. Ja już zde­cy­do­wa­łem.

Nad­zorca wstał. Do­piero po chwili opa­no­wał zde­ner­wo­wa­nie. Za­cho­wa­nie Mil­tona było nie­bez­piecz­nie bli­skie nie­sub­or­dy­na­cji i Nad­zorca, za­miast za­ata­ko­wać, pod­szedł do gzymsu ko­minka i po­pra­wił zdję­cie swo­jej ro­dziny.

- Po co ist­nieje Grupa, Mil­to­nie? - za­py­tał nie­śpiesz­nie.

- Żeby eli­mi­no­wać.

- Wy­ko­ny­wać ro­botę, która jest zbyt brudna, by tknęły ją służby bez­pie­czeń­stwa Jej Kró­lew­skiej Mo­ści.

- Otóż to, sze­fie.

- A twoja praca?

- Je­stem sprzą­ta­czem.

- To zna­czy?

- "Od czasu do czasu rząd Jej Kró­lew­skiej Mo­ści musi usu­wać lu­dzi, któ­rych dal­sze ist­nie­nie stwa­rza ry­zyko dla sku­tecz­nego utrzy­ma­nia po­rządku pu­blicz­nego. Wła­dze po­trze­bują szcze­gól­nie wy­kwa­li­fi­ko­wa­nych pro­fe­sjo­na­li­stów, któ­rzy są go­towi pra­co­wać na pod­sta­wie nie­pi­sa­nego uza­sad­nie­nia, żeby upo­rać się z tymi pro­ble­mami". Sprzą­ta­czy.

Nad­zorca uśmiech­nął się po­nuro. Ten za­kres obo­wiąz­ków przed­sta­wił Mil­to­nowi, gdy go przed laty wer­bo­wał. Wszyst­kie te neu­tralne eu­fe­mi­zmy, ma­jące uczy­nić przy­dzie­lone obo­wiązki ła­twiej­szymi do przy­ję­cia.

- Do wy­ko­ny­wa­nia ta­kiej pracy po­trzeba lu­dzi szcze­gól­nego ro­dzaju. Jest was tak nie­wielu... co, nie­stety, po­wo­duje, że dość trudno was za­stą­pić. - Zro­bił pauzę. - Wiesz, ile osób dla mnie wy­eli­mi­no­wa­łeś?

Mil­ton od­po­wie­dział bez na­my­słu:

- Sto trzy­dzie­ści sześć.

- Je­steś moim naj­lep­szym sprzą­ta­czem.

- Kie­dyś może nim by­łem. Już nie. Nie mogę tego dłu­żej igno­ro­wać. Nie mogę mil­czeć tylko po to, żeby unik­nąć za­rzutu braku pro­fe­sjo­na­li­zmu. Sam sie­bie okła­muję. Mu­simy zmie­rzyć się z fak­tami, sze­fie. Niech pan to przed­sta­wia jak chce... neu­tra­li­za­cja, eli­mi­na­cja... ale to tylko eu­fe­mi­zmy użyte dla okre­śle­nia tego, co w rze­czy­wi­sto­ści ro­bię. Płacą mi za mor­do­wa­nie lu­dzi.

Ar­gu­menty szefa nie do­cie­rały do Mil­tona.

- "Mor­do­wa­nie"?! - wy­krzyk­nął Nad­zorca. - O czym ty, czło­wieku, mó­wisz? Nie bądź taki de­li­katny. Chcesz mo­ra­li­zo­wać? Wiesz, co się wy­da­rzy, je­śli Irań­czycy skon­stru­ują tę bombę. Wy­buch­nie wojna. Praw­dziwa wojna, przy któ­rej Irak bę­dzie wy­glą­dał jak spa­cer po parku. Zginą ty­siące lu­dzi. Setki ty­sięcy. Usu­nię­cie tych dwojga uczy­niło tę per­spek­tywę tro­chę mniej praw­do­po­do­bną. Oni wie­dzieli, czym ry­zy­kują. Mo­żesz na­zy­wać to mor­der­stwem, ale nie byli nie­wi­niąt­kami, tylko bo­jow­ni­kami.

- A po­li­cjant? Ten chło­piec?

- Nie­for­tunne, lecz ko­nie­czne.

- Szkody uboczne?

Nad­zorca po­czuł, że jest pro­wo­ko­wany. Wes­tchnął i zde­ner­wo­wany od­parł:

- Wła­śnie.

Mil­ton skrzy­żo­wał ręce.

- Przy­kro mi, sze­fie. Skoń­czy­łem z pa­nem. Od­cho­dzę.

Nad­zorca pod­szedł do Mil­tona, okrą­żył go z bli­ska, za­uwa­żył na­pię­cie w ra­mio­nach i za­ci­śnię­tych dło­niach.

- W rze­czy­wi­sto­ści nikt ni­gdy ze mną nie koń­czy. Nie mo­żesz zre­zy­gno­wać. Nie mo­żesz się wy­co­fać. Je­steś mor­dercą, jak twier­dzisz. To wszystko, na czym się znasz. Osta­tecz­nie cóż wy mo­że­cie ro­bić po odej­ściu? Twoje zdol­no­ści są bar­dzo ogra­ni­czone. Czym jesz­cze mógł­byś się zaj­mo­wać? Pra­co­wać z dziećmi? W ja­kimś biu­rze? Nie. Czło­wieku, je­steś nie­wy­kwa­li­fi­ko­waną siłą ro­bo­czą. I ni­czym wię­cej.

- Więc znajdź so­bie in­nego ro­bot­nika.

Nad­zorca ude­rzył pię­ścią w gzyms ko­minka w ge­ście fru­stra­cji.

- Bę­dziesz dla mnie pra­co­wał tak długo, jak długo będę chciał, do cho­lery, albo każę cię znisz­czyć!

Mil­ton wstał, by sta­wić czoła Nad­zorcy. Miał im­po­nu­jącą po­sturę i mro­żące krew w ży­łach spoj­rze­nie, które od­zy­skało dawną ja­sność i lo­do­watą ostrość. Miał oczy za­bójcy i pa­trzył na Nad­zorcę bez­li­to­snym wzro­kiem.

- Chyba skoń­czy­li­śmy, sze­fie, prawda? Nie do­ga­damy się.

- To twoje ostat­nie słowo?

- Tak.

Nad­zorca usiadł za dzie­lą­cym ich te­raz biur­kiem.

- Po­peł­niasz straszny błąd. Je­steś za­wie­szony. Bez prawa do wy­na­gro­dze­nia. Przej­rzę twoje akta, ale kary nie unik­niesz. Wy­ko­rzy­staj ten czas, by roz­wa­żyć swoje sta­no­wi­sko. Nie jest jesz­cze za późno, by na­pra­wić szkody, ja­kie wy­rzą­dzi­łeś so­bie tą idio­tyczną po­stawą.

- Świet­nie, sze­fie. - Mil­ton po­pra­wił kra­wat.

- Mo­żesz odejść.

-Mi­łego dnia sze­fie.

2

Mil­ton zna­lazł bar. Ni­jaki, pu­sty po­kój ho­te­lowy nie przy­padł mu do gu­stu, a zbli­żało się do­piero po­łu­dnie. Kon­fron­ta­cja z Nad­zorcą wy­trą­ciła go z rów­no­wagi; ręce mu się trzę­sły ze zło­ści i stra­chu.

Było to miej­sce z sze­ro­kim pa­no­ra­micz­nym oknem wy­cho­dzą­cym na rzekę. Zna­lazł sto­lik, z któ­rego roz­ta­czał się wi­dok na wodę, bu­dynki na prze­ciw­le­głym brzegu, sta­tek wy­ciecz­kowy oraz barki prze­ci­na­jące fale przy­boju, a nad nimi ogni­ste słońce na ide­al­nie bez­chmur­nym nie­bie. Za­pra­gnął wy­pić po­dwójną whi­sky, po­czuć al­ko­hol, w gło­wie za­częło mu się tro­chę krę­cić. Wie­dział, że je­dyny spo­sób, by prze­stać my­śleć - o wszyst­kim - można zna­leźć na dnie szklanki, ale oparł się temu pra­gnie­niu. Przy­no­sił on krót­ko­trwałą ulgę o dłu­go­trwa­łych na­stęp­stwach. Mil­ton sku­pił się na licz­bie, którą za­cho­wał w pa­mięci - sześć­set dzie­więć­dzie­siąt je­den - i za­miast whi­sky za­mó­wił sok po­ma­rań­czowy. Sie­dział za­my­ślony, ob­ra­ca­jąc szklankę w dłoni i ob­ser­wu­jąc ło­dzie.

Nad ba­rem znaj­do­wał się te­le­wi­zor. Głos był ści­szony, u dołu ekranu prze­su­wały się na­pisy. Od­bior­nik zo­stał usta­wiony na ka­nale z jed­nym z ca­ło­do­bo­wych pro­gra­mów in­for­ma­cyj­nych. Wy­wiad z ja­kimś mi­ni­strem na traw­niku przed par­la­men­tem na­gle za­stą­piło uję­cie za­le­sio­nego gór­skiego kra­jo­brazu z le­cą­cego śmi­głowca. Po­ja­wił się pod­pis wska­zu­jący, że to ob­szar nie­da­leko je­ziora An­necy we Fran­cji. Ka­mera drgnęła i ro­biła na­jazd do­póty, do­póki ekran nie wy­peł­nił się uję­ciem czer­wo­nego bmw. Ka­mera od­je­chała od za­par­ko­wa­nego na ma­łej po­lance po­jazdu i uka­zał się drugi sa­mo­chód, nie­bie­ski z biało-czer­woną jo­dełką. Na błot­ni­stym grun­cie wo­kół obu aut wi­dać było plamy krwi. Na­pisy u dołu ekranu in­for­mo­wały o "ma­sa­krze" i "obu­rze­niu".

Bar­man po­krę­cił głową.

- Wi­dział pan to?

Mil­ton chrząk­nął.

- Wie pan, że w sa­mo­cho­dzie zna­leźli chłopca?

Mil­ton mil­czał.

- Nie wiem, jak ktoś mógł to zro­bić... za­mor­do­wać ro­dzinę na wa­ka­cjach. Ileż trzeba mieć zim­nej krwi? Moim zda­niem ten chłop­czyk miał szczę­ście. Gdyby ten, kto to zro­bił, go zna­lazł, są­dzę, że ma­lec też zo­stałby za­strze­lony.

Re­por­taż z dzien­nika ustą­pił miej­sca in­nej hi­sto­rii, ale to nie po­mo­gło. Mil­ton do­pił sok i wstał. Mu­siał wyjść.

3

Był tro­chę otu­ma­niony i za­po­mniał, że do biura Nad­zorcy przy­je­chał sa­mo­cho­dem. Wę­dru­jąc bez celu, tra­fił do me­tra. Pe­ron był za­tło­czony. Grupa mło­dych cu­dzo­ziem­ców, tu­ry­stów też błą­ka­ją­cych się bez celu, ze­brała się w po­bliżu rampy pro­wa­dzą­cej na po­wierzch­nię, blo­ku­jąc przej­ście wa­liz­kami i roz­ma­wia­jąc z pod­nie­ce­niem po por­tu­gal­sku. Ich ba­gaże były okle­jone na­lep­kami, które wska­zy­wały na wcze­śniej­sze cele po­dróży. Do­my­ślił się, że to Bra­zy­lij­czycy. Stu­denci. Po­sta­no­wił przejść mię­dzy nimi, żeby po­cze­kać na spo­koj­niej­szym, mniej za­tło­czo­nym końcu sta­cji. Przy sa­mej kra­wę­dzi pe­ronu stała tam sa­motna ko­bieta. Była czarna, miała trzy­dzie­ści parę lat i no­siła uni­form jed­nej z sieci ba­rów szyb­kiej ob­sługi w po­bliżu sta­cji. Wy­glą­dała na zmę­czoną. Spo­strzegł, że pła­cze, jej dolna warga drżała, po po­licz­kach spły­wały łzy. Mil­ton nie miał daru em­pa­tii i gdyby miał ją po­cie­szyć, nie wie­działby, od czego za­cząć, ale nie był tym za­in­te­re­so­wany. Nie dzi­siaj. Miał za dużo na gło­wie. Prze­szedł da­lej.

Znowu czuł się okrop­nie. Był w jesz­cze gor­szym na­stroju niż przed­tem. Za­krę­ciło mu się w gło­wie i osu­nął się na pu­stą ławkę. Za­czął się po­cić, naj­pierw na dło­niach, po­tem na ple­cach, słone kro­ple spły­wały mu z czaszki do oczu i ust.

Przy­po­mniał so­bie uję­cie lasu z te­le­wi­zyj­nego śmi­głowca. W ziemi były trzy pa­liki wy­zna­cza­jące miej­sca, gdzie zna­le­ziono zwłoki. Wie­dział, że po­wi­nien prze­stać, po­my­śleć o czymś in­nym, ale nie po­tra­fił i wkrótce znowu wspo­mi­nał kosz­mar, prze­bły­ski z wcze­śniej­szych lat: zrów­nana z zie­mią wio­ska, bry­zgi krwi na wy­su­szo­nej ziemi, ciało chłopa, pie­przna woń sil­nych ma­te­ria­łów wy­bu­cho­wych i mdły odór śmierci. Od­pły­nął od tego wspo­mnie­nia, na­tra­fia­jąc na wszyst­kie inne rze­czy, które zro­bił i wi­dział w służ­bie kró­lo­wej i kraju: ob­skurne po­koje i mroczne ulice, sto trzy­dzie­ści sześć ofiar uło­żo­nych na do­wód jego strasz­nych czy­nów. Strzał w głowę z ka­ra­binu snaj­per­skiego, pchnię­cie no­żem w serce, ga­rota za­ci­śnięta na gar­dle, aż su­chy od­dech ofiary stał się świsz­czący, a po­tem ustał, ciało roz­pacz­li­wie po­dry­gu­jące, a w końcu za­sty­głe w bez­ru­chu. Sto trzy­dzie­ścioro sze­ścioro męż­czyzn i ko­biet sta­wiło mu czoła, oskar­żyło go, na rę­kach miał ich krew.

Gło­śny krzyk wy­rwał go z za­dumy.

Stu­denci spo­glą­dali na pe­ron w jego kie­runku. Ogar­nął to wszystko spoj­rze­niem, ze szcze­gó­łami. Czy to na niego wska­zy­wali? Nie. Obok. Ko­biety nie było na pe­ro­nie. Ko­lejny krzyk i je­den ze stu­den­tów wska­zał na tor. Mil­ton wstał chwiej­nie i uj­rzał, że po­ło­żyła się na szy­nach. Był to oso­bliwy wi­dok. Po­cząt­kowo są­dził, że pew­nie pró­bo­wała pod­nieść coś, co upu­ściła, po­tem jed­nak zdał so­bie sprawę, że po­ło­żyła się w ten spo­sób ce­lowo. Ob­ró­cił się wo­kół osi; ja­rząca się ta­blica cy­frowa in­for­mo­wała, że na­stępny po­ciąg nad­jeż­dża, i wtedy Mil­ton usły­szał ci­che dud­nie­nie wa­go­nów to­czą­cych się na ostat­nim za­krę­cie przed wy­jaz­dem z tu­nelu. Nie było czasu na dy­wa­ga­cje, co zro­bić. Pięt­na­ście me­trów da­lej na mu­rze znaj­do­wał się przy­cisk alar­mowy, Mil­ton wie­dział jed­nak, że nie zdoła do­trzeć do niego w porę, a na­wet gdyby do­tarł, nie było pew­no­ści, czy po­ciąg zdąży się za­trzy­mać.

Ze­sko­czył z pe­ronu na tory.

Prze­stą­pił szynę prą­dową.

Po­ciąg się zbli­żał, z wy­lotu tu­nelu do­le­ciał po­dmuch cie­płego po­wie­trza.

Mil­ton przy­klęk­nął koło ko­biety.

- Nie - po­wie­działa. - Zo­staw mnie w spo­koju.

Wsu­nął jedną rękę pod jej plecy, a drugą pod ko­lana. Była drobna i pod­niósł ją bez trudu. Po­ciąg po­ko­nał ostatni za­kręt, bły­snęły ja­sno re­flek­tory lo­ko­mo­tywy. Roz­legł się na­gły i prze­ni­kliwy dźwięk sy­reny. Mil­ton wie­dział, że ma pięć­dzie­siąt pro­cent szans. Znowu prze­stą­pił trze­cią szynę i wrzu­cił ko­bietę na pe­ron. Ha­mulce po­ciągu wgry­zły się w tar­cze, za­blo­ko­wane koła śli­zgały się po me­ta­lo­wych szy­nach z okrop­nym pi­skiem, gdy Mil­ton uło­żył dło­nie na kra­wę­dzi pe­ronu i sko­czyw­szy, prze­tur­lał się w bok w chwili, gdy lo­ko­mo­tywa prze­je­chała z ję­kiem obok, omal się o niego nie ocie­ra­jąc.

Ob­ró­cił się na plecy i spoj­rzał na łu­ko­waty su­fit. Od­dy­chał w przy­śpie­szo­nym ryt­mie.

Po­ciąg za­trzy­mał się w po­ło­wie pe­ronu. Mo­tor­ni­czy otwo­rzył drzwi i ru­szył sprin­tem ku Mil­to­nowi.

- Nic ci się nie stało, czło­wieku?

- Czuję się świet­nie. Sprawdź, co z nią.

Za­mknął oczy i zmu­sił się do od­dy­cha­nia w nor­mal­nym ryt­mie. Wdech, wy­dech, wdech, wy­dech.

- My­śla­łem, że już po to­bie - mó­wił mo­tor­ni­czy. - My­śla­łem, że roz­jadę was oboje. Co się stało?

Mil­ton nie od­po­wie­dział. Stu­denci ru­szyli po pe­ro­nie i ma­szy­ni­sta skie­ro­wał spoj­rze­nie na nich. Zre­la­cjo­no­wali to, co wi­dzieli, śpiewną ła­maną an­gielsz­czy­zną: jak ta ko­bieta zsu­nęła się z pe­ronu i po­ło­żyła na szy­nach i jak Mil­ton ze­sko­czył za nią i od­cią­gnął ją w bez­pieczne miej­sce.

- Je­steś bo­ha­te­rem, czło­wieku - za­uwa­żył ma­szy­ni­sta.

Mil­ton znowu za­mknął oczy.

Bo­ha­te­rem?

Ro­ze­śmiałby się, gdyby to nie było tak ab­sur­dalne. Za­brzmiało jak kiep­ski żart.

4

Nie­długo po­tem przy­je­chała ka­retka. Gdy sa­ni­ta­riu­sze zaj­mo­wali się ko­bietą, Mil­ton usiadł na ławce obok niej. Wcze­śniej przez pięć mi­nut pła­kała hi­ste­rycz­nie, ale szybko prze­stała i za­nim przy­je­chało po­go­to­wie, sie­działa nie­ru­chomo w mil­cze­niu, wpa­tru­jąc się w duże pla­katy re­kla­mu­jące wa­ka­cje w eg­zo­tycz­nych kra­jach i to­wary bez­cłowe, przy­kle­jone na łu­ko­wa­tej ścia­nie po dru­giej stro­nie to­rów.

Je­den z sa­ni­ta­riu­szy wy­jął z to­rebki ko­biety port­mo­netkę i za­py­tał:

- Masz na imię Sha­ron, ko­chana? - Nie od­zy­wała się. - Daj spo­kój, ko­chana, mu­sisz z nami po­roz­ma­wiać.

Ko­bieta za­cho­wała mil­cze­nie.

- Bę­dziemy mu­sieli ją za­brać - stwier­dził sa­ni­ta­riusz. - Chyba jest w szoku.

- Też po­jadę - rzu­cił Mil­ton.

- Jest pan zna­jo­mym?

Zo­sta­wie­nie jej te­raz by­łoby rów­no­znaczne z po­rzu­ce­niem. Za­czął po­ma­gać i chciał za­koń­czyć za­da­nie. Zo­stawi ją, gdy tylko zjawi się jej ro­dzina.

- Tak - od­parł.

- Chodź, skar­bie. Zba­dajmy cię na­le­ży­cie.

Mil­ton przy­po­mniał so­bie o sa­mo­cho­dzie i je­chał za ka­retką, gdy za­brali ko­bietę do Royal Free Ho­spi­tal. Za­wieźli ją do ustron­nego po­koju i za­pa­rzyli fi­li­żankę her­baty pełną cu­kru.

- Cze­kamy na le­ka­rza - wy­ja­śnili jej. - Wy­pij, dzięki temu po­czu­jesz się le­piej.

- Dzię­kuję - wy­mam­ro­tała.

Sa­ni­ta­riusz zwró­cił się do Mil­tona:

- Może pan z nią zo­stać? Le­karz jest w dro­dze, ale to może po­trwać ze dwa­dzie­ścia mi­nut.

- Tak, oczy­wi­ście.

Usiadł obok łóżka i ob­ser­wo­wał ko­bietę. Za­mknęła oczy i po kilku mi­nu­tach zdał so­bie sprawę, że za­pa­dła w płytki sen. Jej pierś wzno­siła się i opa­dała z każ­dym ła­god­nym od­de­chem. Przyj­rzał się jej. Włosy miała czarne; przy­cięte do karku i roz­ło­żone te­raz na bia­łym płót­nie two­rzyły ramę dla owal­nej twa­rzy. Sze­ro­kie oczy, nie­znacz­nie unie­sione w ką­ci­kach, sub­telne brwi. Skóra miała ide­al­nie cze­ko­la­dowy ko­lor i oprócz szminki na sze­ro­kich, zmy­sło­wych ustach nie no­siła żad­nych śla­dów ma­ki­jażu. Ręce były szczu­płe, a sple­cione po­ni­żej piersi dło­nie małe i de­li­katne. Pa­znok­cie miała ob­gry­zione, czer­wony la­kier po­pę­kany i odłu­pany. Na palcu nie było pier­ścionka. Re­stau­ra­cyjny uni­form miał prak­tyczny szary ko­lor, a spodnie spły­wały od wą­skiej, ale nie chu­dej ta­lii.

Mil­ton po­zwo­lił jej od­po­czy­wać.

5

Obu­dziła się pod wie­czór. Po­cząt­kowo jej ładna twarz była rów­nie spo­kojna jak pod­czas snu, ale to nie trwało zbyt długo; za­snuł ją wy­raz zmie­sza­nia, a po­tem na­gle po­ja­wił się okropny wy­raz pa­niki. Z tru­dem się wy­pro­sto­wała i opu­ściła nogi na pod­łogę.

- Wszystko w po­rządku - po­wie­dział Mil­ton. - Spa­łaś.

- Która go­dzina?

- Szó­sta.

- Jezu Chry­ste! Je­stem bar­dzo spóź­niona. Mój syn... Mu­szę być w domu. - Ro­zej­rzała się spa­ni­ko­wana. - Gdzie my je­ste­śmy?

- W szpi­talu.

- Nie - po­wie­działa, sta­jąc. - Mu­szę być w domu. Mój syn nie bę­dzie wie­dział, gdzie je­stem, nie zje pod­wie­czorku. Nikt się nim nie opie­kuje.

- Był tu le­karz. Chciał z tobą po­roz­ma­wiać. Wróci, gdy się obu­dzisz.

- Nie mogę. A poza tym nic mi nie jest. Wiem, że po­stą­pi­łam głu­pio. Nie za­mie­rzam zro­bić tego znowu. Nie chcę umrzeć. Nie mogę. Je­stem mu po­trzebna. - Spoj­rzała mu w oczy. Miała szczery i uczciwy wy­raz twa­rzy. - Nie mogą mnie tu­taj trzy­mać, prawda?

- Nie są­dzę.

Pod­nio­sła to­rebkę z krze­sła i ru­szyła do drzwi.

- Jak za­mie­rzasz do­stać się do domu?

- Nie wiem. Gdzie je­ste­śmy?

- W Royal Free.

- Hamp­stead? Po­jadę po­cią­giem.

- Po­zwól mi się od­wieźć.

- Nie mu­sisz tego ro­bić. Miesz­kam w Dal­ston. To pew­nie zu­peł­nie nie po dro­dze.

- Nie, nie ma pro­blemu. Miesz­kam tuż za ro­giem... w Is­ling­ton - skła­mał. - To ża­den kło­pot.

Per­so­nel szpi­tala nie krył iry­ta­cji tym, że pa­cjentka wy­pi­suje się ze szpi­tala, nie był jed­nak w sta­nie jej po­wstrzy­mać. Nie do­znała urazu, wy­da­wało się, że my­śli ra­cjo­nal­nie, i nie była sama. Mil­ton za­re­ago­wał na ich od­ru­chowe obawy spo­koj­nym, wład­czym to­nem, któ­remu trudno było prze­ciw­sta­wić ar­gu­menty. Ko­bieta pod­pi­sała oświad­cze­nie, grzecz­nie po­dzię­ko­wała za opiekę i wy­szła za Mil­to­nem ze szpi­tala.

Par­ko­wał w po­bli­skim bu­dynku NCP. Zgar­nął śmieci z fo­tela pa­sa­żera, otwo­rzył drzwi, po­cze­kał, aż Sha­ron wy­god­nie usią­dzie, po czym ru­szył. Skró­tem do­tarł na Vic­to­ria Em­bank­ment. Spoj­rzał ką­tem oka na to­wa­rzyszkę; pa­trzyła nie­ru­cho­mym wzro­kiem przez okno, ob­ser­wu­jąc rzekę. Nie wy­glą­dała na chętną do roz­mowy. Zro­zu­miałe. Włą­czył od­twa­rzacz CD i prze­bie­rał w pły­tach, do­póki nie zna­lazł tej, któ­rej chciał po­słu­chać, skła­danki utwo­rów Boba Dy­lana. Jego prze­ni­kliwy głos wy­peł­nił wnę­trze sa­mo­chodu, gdy Mil­ton przy­śpie­szał, ru­szyw­szy spod świa­teł.

- Dzię­kuję za pod­wie­zie­nie - po­wie­działa na­gle Sha­ron. - Je­stem bar­dzo wdzięczna.

- To ża­den kło­pot.

- Mój syn po­wi­nien być w domu. Bę­dzie chciał zjeść pod­wie­czo­rek.

- Jak ma na imię?

- Eli­jah.

- Ładne.

- Po­do­bało się jego ojcu. In­te­re­so­wał się Bi­blią.

- Ile ma lat?

- Pięt­na­ście. A ty? Masz dzieci?

- Nie - od­parł Mil­ton. - Je­stem sam.

Zmie­nił pas i wy­prze­dził wolno ja­dącą cię­ża­rówkę. Sha­ron mil­czała przez chwilę.

- To z jego po­wodu - wy­znała na­gle. - Dziś rano... To wszystko. Wiem, że to głu­pie, ale nie wie­dzia­łam, co ro­bić. I tak na­prawdę na­dal nie wiem. Je­stem u kresu wy­trzy­ma­ło­ści.

- Co się stało?

Wy­da­wało się, że nie usły­szała py­ta­nia.

- Nie mam ni­kogo in­nego. Je­śli go stracę, nie ma sensu tego da­lej cią­gnąć.

- Może mi o tym opo­wiesz?

Sha­ron spoj­rzała przez okno, za­gry­za­jąc wargę.

- Jak go mo­żesz stra­cić?

Za­ci­snęła zęby. Mil­ton wzru­szył ra­mio­nami i się­gnął do ra­dia.

- Na na­szym osie­dlu działa gang, mło­dzi chłopcy. Miej­scowi. Wszyst­kich za­stra­szają. Ro­bią, co chcą... Wy­wo­łują za­mie­sza­nie, kradną, han­dlują nar­ko­ty­kami. Nikt nie śmie się im prze­ciw­sta­wić.

- A po­li­cja?

Ro­ze­śmiała się z go­ry­czą.

- Do ni­czego się nie na­daje. Nie wejdą na­wet na osie­dle, je­śli nie ma ich przy­naj­mniej sze­ściu. Do­póki są w po­bliżu, sy­tu­acja się tro­chę uspo­kaja, ale gdy tylko od­jeż­dżają, jest tak, jakby ich ni­gdy nie było.

- Co mają wspól­nego z Eli­ja­hem?

- Za­czął się z nimi za­da­wać. Jest jesz­cze chłop­cem i po­win­nam się nim zaj­mo­wać, ale nic nie mogę zro­bić. Za­brali mi go. Wraca do domu bar­dzo późno, prze­stał mnie słu­chać, nie robi tego, co mu każę. Za­wsze sta­ra­łam się dać mu tro­chę swo­body, nie być jedną z tych mam, we­dług któ­rych dzieci ni­gdy ni­czego nie po­tra­fią zro­bić jak na­leży, ale te­raz my­ślę, że chyba po­win­nam była trak­to­wać go bar­dziej su­rowo. Wczo­raj było to samo co za­wsze. Wiem, że wy­myka się z domu póź­nym wie­czo­rem, żeby być z nimi. Nor­mal­nie wy­cho­dzi przez okno swo­jej sy­pialni, więc za­mon­to­wa­łam w nim blo­kadę. Wcho­dzi do po­koju od frontu, a ja mu mó­wię, że ma wra­cać do łóżka. Po­syła mi tylko to swoje spoj­rze­nie i od­po­wiada, że już nie mogę mu mó­wić, co ma ro­bić. Przy­po­mi­nam mu wtedy, że je­stem jego matką i do­póki mieszka pod moim da­chem, musi mnie słu­chać. To chyba roz­sądne, prawda?

- Bar­dzo.

- Więc mówi, że chyba nie­długo prze­sta­niemy miesz­kać pod jed­nym da­chem, że zdo­bę­dzie wła­sne pie­nią­dze i znaj­dzie dla sie­bie ja­kieś lo­kum. Skąd pięt­na­sto­la­tek weź­mie pie­nią­dze na czynsz, je­śli nie z kra­dzieży lub sprze­daży nar­ko­ty­ków? Ru­sza do drzwi, ale naj­pierw musi przejść obok mnie, więc wstaję i go za­trzy­muję. Każe mi zejść z drogi, a gdy nie scho­dzę, mówi, że mnie nie­na­wi­dzi, że to moja wina, że jego oj­ciec od­szedł, a gdy pró­buję spra­wić, żeby się uspo­koił, po pro­stu mnie od­py­cha, otwiera drzwi i wy­cho­dzi. Jest duży jak na swój wiek, wyż­szy ode mnie i silny. Skoro nie chce słu­chać mo­ich po­le­ceń, co mogę zro­bić, żeby go po­wstrzy­mać? Wczo­raj wró­cił do­piero o trze­ciej nad ra­nem, a gdy wsta­łam, żeby pójść do pracy, jesz­cze spał.

- My­śla­łaś o wy­pro­wadzce?

Znowu ro­ze­śmiała się po­nuro.

- Nie wiesz, ja­kie to trudne? Wcze­śniej miesz­ka­li­śmy w schro­ni­sku. Do­póki mój mąż nie za­czął mnie mal­tre­to­wać, miesz­ka­łam w Man­che­ste­rze. Otwo­rzyli to miej­sce dla bi­tych ko­biet; tra­fi­li­śmy tam, gdy do­tar­li­śmy do Lon­dynu. Nie na­rze­kam, ale było prze­peł­nione. Nie nada­wało się do wy­cho­wa­nia mo­jego syna. Za­nim przy­dzie­lili nam miesz­ka­nie, przez wiele mie­sięcy by­łam na za­siłku. Nie masz po­ję­cia, jak trudno by­łoby ich skło­nić do prze­nie­sie­nia nas gdzieś in­dziej. Nie. Utknę­li­śmy tu­taj.

Zro­biła pauzę, znowu ga­piąc się na sa­mo­chody.

- Od­kąd miesz­kamy na osie­dlu, mamy kło­poty. Co­dzien­nie mar­twię się o Eli­jaha. Co­dzien­nie.

Mil­ton za­czął się za­sta­na­wiać, czy może ja­koś im po­móc.

- Prze­pra­szam - po­wie­działa Sha­ron. - Opo­wia­dam ci o swo­ich pro­ble­mach, a na­wet nie wiem, jak masz na imię.

Mil­ton nie­mal od­ru­chowo chciał uciec się do swo­jego wy­szko­le­nia i dłu­giej li­sty fał­szy­wych toż­sa­mo­ści, ale się po­wstrzy­mał. Jaki to miało sens? Nie miał już na to ochoty. Kłam­stwa nie by­łyby do­brym punk­tem wyj­ścia, je­śli pra­gnął po­móc tej ko­bie­cie.

- Je­stem John - od­parł. - John Mil­ton.

Do­je­chał do skrzy­żo­wa­nia z Whi­te­cha­pel Road i skrę­cił.

- Prze­pra­szam, że cią­gle ga­dam. Na pewno masz wła­sne pro­blemy. Nie po­trze­bu­jesz wy­słu­chi­wać o mo­ich.

- Chciał­bym po­móc.

- To miło z two­jej strony, ale nie ro­zu­miem, jak mógł­byś to zro­bić.

- Może mógł­bym z nim po­roz­ma­wiać?

- Nie je­steś z po­li­cji, prawda?

- Nie.

- Ani z po­mocy spo­łecz­nej?

- Nie.

- Nie chcę być nie­grzeczna, pa­nie Mil­ton, ale nie znasz Eli­jaha. Jest uparty. Czemu miałby się przej­mo­wać tym, co mu po­wiesz?

Mil­ton zwol­nił, gdy do­jeż­dżali do sznura wlo­ką­cych się po­jaz­dów.

- Po­tra­fię być prze­ko­nu­jący.

6

Nad­zorca za­żą­dał akt Mil­tona z ar­chi­wum, a gdy już mu je do­star­czono, za­mknął się w ga­bi­ne­cie z dzban­kiem her­baty oraz cy­ga­rem i roz­ło­żył przed sobą pa­piery. Kiedy za­czy­nał, było późno, słońce już dawno za­szło i ciemne wody Ta­mizy iskrzyły się od­bi­tymi świa­tłami biu­row­ców na dru­gim brzegu rzeki. Za­pa­lił cy­garo i za­czął szu­kać w tych do­ku­men­tach wska­zówki, która mo­głaby wy­ja­śnić na­głą i nie­ty­pową de­cy­zję Mil­tona.

Ich roz­mowa go za­nie­po­ko­iła. Mil­ton za­wsze był jego naj­lep­szym sprzą­ta­czem. Za­wsze pre­zen­to­wał pe­łen pro­fe­sjo­na­lizm. Utrzy­my­wał ostry re­żim tre­nin­gowy, dzięki któ­remu do­rów­ny­wał spraw­no­ścią męż­czy­znom dwa razy młod­szym od sie­bie. Ciało Mil­tona nie było pro­ble­mem. W prze­ciw­nym ra­zie, my­ślał z ża­lem Nad­zorca, ła­twiej by­łoby to na­pra­wić. Pro­ble­mem był jego umysł, czyli kwe­stia o wiele trud­niej­sza. Nad­zorca szczy­cił się tym, że zna pra­cu­ją­cych dla niego lu­dzi, i Mil­ton za­sko­czył go swoją po­stawą. To zaś wpro­wa­dziło do jego my­śle­nia ele­ment nie­pew­no­ści, a nie­pew­ność dla czło­wieka tak upo­rząd­ko­wa­nego i lo­gicz­nego jak Nad­zorca była czymś nie do znie­sie­nia.

Trzy­mał dym w ustach. Od­da­nie i pro­fe­sjo­na­lizm Mil­tona ni­gdy, na­wet na chwilę nie osła­bły. Wy­ko­nał wzo­rowo se­rię mi­sji, które mo­głyby sta­no­wić trzon pod­ręcz­nika dla sku­tecz­nych no­wo­cze­snych agen­tów. Był naj­bar­dziej bez­względ­nym i spraw­nym za­bójcą w Gru­pie. Za­wsze trak­to­wał swój fach jako formę sztuki, czer­piąc sa­tys­fak­cję ze świa­do­mo­ści do­brze wy­ko­na­nego za­da­nia. Nad­zorca wie­dział z dłu­giego i przy­krego do­świad­cze­nia, że taka po­stawa sta­nowi w obec­nych cza­sach rzad­kość. Praw­dzi­wych rze­mieśl­ni­ków trudno było zna­leźć, a gdy już się taki tra­fił, to się o niego dbało. Inni męż­czyźni i ko­biety, któ­rych miał do dys­po­zy­cji, mieli skłon­ność do bez­ce­re­mo­nial­nych za­cho­wań. Byli au­to­ma­tami, któ­rym wska­zy­wał cele, po czym ob­ser­wo­wał i cze­kał, gdy wy­ko­ny­wali swoją pracę. Ich me­tody były sku­teczne, ale pro­stac­kie: strzały z ja­dą­cego sa­mo­chodu, eks­plo­zja miny przy­mo­co­wa­nej pod sa­mo­cho­dem, przy­pad­kowe wy­bu­chy nie­kon­tro­lo­wa­nej prze­mocy. Dzia­łali szybko i pa­skud­nie, non­sza­lancko i sztam­powo, w spo­sób pod­su­mo­wu­jący wszystko to, czym Nad­zorca gar­dził w dzia­łal­no­ści współ­cze­snego wy­wiadu. Nie zo­stało nic z ar­ty­zmu, dumy czer­pa­nej z tej pracy ani ostroż­nego za­sta­no­wie­nia się. Nic z praw­dzi­wego tu­petu. Mil­ton przy­po­mi­nał Nad­zorcy lu­dzi, z któ­rymi pra­co­wał, kiedy sam był agen­tem w te­re­nie, od­de­le­go­wa­nym pod­czas zim­nej wojny na Sta­tion M. Byli do­kładni i sta­ranni, ich mi­sje obej­mo­wały dłu­gie okresy pla­no­wa­nia, które koń­czyło się ak­tem na­głej, kon­tro­lo­wa­nej i po­wstrzy­my­wa­nej prze­mocy.

Nad­zorca wer­to­wał akta i ni­czego nie zna­lazł. Być może od­po­wie­dzi na­le­żało szu­kać w ży­cio­ry­sie Mil­tona. Wy­jął ko­lejny ra­port ze skrzynki i rzu­cił go na swoje biurko. Był gruby jak książka te­le­fo­niczna.

Żeby nowy agent zo­stał przy­jęty do Grupy, trzeba było do­ko­nać ca­łej masy ocen. Naj­drob­niej­sza nie­pra­wi­dło­wość - w spra­wach fi­nan­so­wych, oso­bi­stych, wła­ści­wie ja­kich­kol­wiek - pro­wa­dzi­łaby do prze­kre­śle­nia szans i na tym by się skoń­czyło; pro­po­zy­cja zo­sta­łaby dys­kret­nie wy­co­fana i nie­do­szły agent ni­gdy by się nie do­wie­dział, że brano go pod uwagę. W przy­padku Mil­tona było tak samo. Gru­pom Siód­mej i Dzie­sią­tej po­wie­rzono za­da­nie spo­rzą­dze­nia ra­por­tów i wy­ko­nały one wy­jąt­kowo grun­towną ro­botę. Zba­dano jego dzie­ciń­stwo, wy­kształ­ce­nie, ka­rierę w woj­sku oraz ży­cie oso­bi­ste.

John Mil­ton uro­dził się w 1968 roku. Nie miał ro­dzeń­stwa. Jego oj­ciec, Ja­mes Mil­ton, pra­co­wał jako in­ży­nier pe­tro­che­mik i za­fun­do­wał swo­jej żo­nie i dziecku ży­cie tu­ła­cze, prze­pro­wa­dza­jąc się co kilka lat, po­nie­waż po­dą­żał za pracą po ca­łym świe­cie. Znaczną część wcze­snego dzie­ciń­stwa Mil­ton spę­dził nad Za­toką Per­ską: kilka lat w Ara­bii Sau­dyj­skiej, sześć mie­sięcy w Ira­nie, gdy upa­dał szach, po­tem Egipt, Du­baj i Oman. Oj­ciec zo­stał też od­de­le­go­wany do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, a po­tem w końcu otrzy­mał dy­rek­tor­ską po­sadę w śred­niej wiel­ko­ści fir­mie zaj­mu­ją­cej się po­szu­ki­wa­niem złóż gazu. Młody Mil­ton po­siadł po­wierz­chowną zna­jo­mość ję­zyka arab­skiego i umie­jęt­ność do­sto­so­wy­wa­nia się do róż­nych kul­tur; oby­dwie te zdol­no­ści oka­zały się cen­nym atu­tem w jego dal­szej ka­rie­rze.

W roku 1980 ży­cie Mil­tona zmie­niło się nie­od­wra­cal­nie. Jego ro­dzice zgi­nęli w wy­padku na au­to­stra­dzie w Niem­czech, a on zo­stał wy­słany do ciotki i wujka miesz­ka­ją­cych w hrab­stwie Kent. W fun­du­szu po­wier­ni­czym po­zo­sta­wiono dla niego pewną sumę pie­nię­dzy i do­brze je spo­żyt­ko­wano. Otrzy­mał pierw­szo­rzędne wy­kształ­ce­nie w pry­wat­nej szkole i w 1981 roku, po zda­niu wy­ma­ga­ją­cego eg­za­minu wstęp­nego, tra­fił na se­mestr je­sienny do Eton. Jego po­byt tam nie był udany i z po­wodu in­cy­dentu, któ­rego Grupa Siódma nie zdo­łała po­twier­dzić (cho­ciaż po­dej­rze­wali, że w grę wcho­dził ha­zard), zo­stał wy­da­lony z col­lege'u. Przez pe­wien czas uczył się w domu, po czym zo­stał przy­jęty do daw­nej szkoły ojca. Uczył się tam do szes­na­stego roku ży­cia, po czym do­stał się na stu­dia praw­ni­cze w Cam­bridge.

Za­an­ga­żo­wał się w trans­ak­cje na rynku po­za­gieł­do­wym i nikt nie był za­sko­czony, gdy zlek­ce­wa­żył pro­po­zy­cję od­by­cia apli­ka­cji ad­wo­kac­kiej, by za­cią­gnąć się do woj­ska. Spę­dziw­szy tam osiem lat, po­sta­no­wił wziąć udział w na­bo­rze do SAS. Pro­ce­dura se­lek­cji sły­nęła z bru­tal­nej wręcz trud­no­ści, ale Mil­ton prze­szedł ją z ła­two­ścią. Słu­żąc w od­dziale de­san­to­wym Eska­dry B 22 Re­gi­mentu SAS, uczest­ni­czył za­równo w taj­nych, jak i jaw­nych ope­ra­cjach na ca­łym świe­cie, z an­ty­ter­ro­ry­stycz­nymi i an­ty­nar­ko­ty­ko­wymi na Bli­skim i Da­le­kim Wscho­dzie, w Ame­ryce Po­łu­dnio­wej i Cen­tral­nej oraz Ir­lan­dii Pół­noc­nej włącz­nie.

Na kilka lat przed do­łą­cze­niem do Grupy zo­stał do­strze­żony, co skut­ko­wało kil­koma tym­cza­so­wymi prze­nie­sie­niami, pod­czas któ­rych można go było oce­nić w te­re­nie. Za każ­dym ra­zem do­brze się spi­sy­wał, a szcze­gólne zna­cze­nie miała udana mi­sja w No­wym Or­le­anie. Nad­zorca uznał, że Mil­ton do­sko­nale na­daje się na członka Grupy, i gdy po­ja­wił się wa­kat, on był naj­po­waż­niej­szym kan­dy­da­tem do za­ję­cia wol­nego miej­sca. Nad­zorca przed­sta­wił ofertę oso­bi­ście. Była prze­ko­nu­jąca i Mil­ton na­tych­miast ją przy­jął.

Odło­żył hi­sto­rię na bok i wró­cił do współ­cze­snych do­ku­men­tów. Nie­dawna ocena roczna wska­zy­wała na zna­czące po­gor­sze­nie wy­ni­ków Mil­tona i gdy Nad­zorca się­gnął do po­przed­nich lat, za­uwa­żył, że to trend, który do­tąd mu umy­kał. Oceny były do­głębne i łą­czyły w so­bie dro­bia­zgowe ba­da­nie kon­dy­cji fi­zycz­nej, spraw­dzian umie­jęt­no­ści strze­lec­kich oraz ocenę psy­cho­loga. We wszyst­kich tych trzech ele­men­tach wy­niki Mil­tona po­gar­szały się w ostat­nich trzech la­tach. W tym roku spa­dek był naj­bar­dziej gwał­towny, ale nie sta­no­wił od­osob­nio­nego przy­padku. Nad­zorca zbesz­tał się za to, że prze­oczył ten fakt. Bez­u­stanne suk­cesy w te­re­nie uczy­niły go śle­pym. Mil­ton tak do­brze so­bie ra­dził w swoim fa­chu, że su­ge­stia jego po­ten­cjal­nej po­rażki była nie­do­rzeczna. Te­raz, uważ­nie ana­li­zu­jąc akta Nu­meru Je­den z per­spek­tywy czasu, zro­zu­miał, że nie do­strzegł sze­regu wska­zó­wek.

Ba­da­nie kon­dy­cji fi­zycz­nej wy­pa­dło do­brze. Mil­ton był sprawny, miał układ krą­że­nia męż­czy­zny pięt­na­ście lat młod­szego. Co roku star­to­wał w ma­ra­to­nie, a uzy­ski­wane prze­zeń wy­niki były od­no­to­wy­wane i wpro­wa­dzane do akt; za­wsze mie­ścił się w gra­ni­cach trzech i pół go­dziny. Pod­czas ak­cji do­znał jed­nak se­rii ob­ra­żeń, które od­ci­snęły piętno na jego ciele. Od­kąd do­łą­czył do Grupy Pięt­na­stej, zo­stał dwu­krot­nie po­strze­lony, dźgnięty no­żem w nogę i ra­mię, do­znał rów­nież kil­ku­na­stu zła­mań. In­for­mo­wał o roz­ma­itych zwy­kłych do­le­gli­wo­ściach, ale le­karz za­su­ge­ro­wał, że z my­ślą o ba­da­niu za­cho­wy­wał sto­icki spo­kój i praw­do­po­dob­nie przez więk­szość czasu od­czuwa ła­godny lub umiar­ko­wany ból. Ba­da­nia krwi wy­kryły po­czątki ła­god­nego za­pa­le­nia sta­wów o pod­łożu ge­ne­tycz­nym. Za­ży­wał mie­szankę le­ków: ga­ba­pen­tynę na uszko­dze­nie ner­wów oraz oksy­ko­don na ogólne uśmie­rze­nie bólu.

Nad­zorca po­now­nie za­pa­lił cy­garo i się­gnął po ocenę psy­cho­lo­giczną. Wstał, by roz­pro­sto­wać ko­ści, i prze­czy­tał ra­port przy oknie. Gdy prze­rzu­cał kartki, zdał so­bie sprawę, że nie­do­strze­że­nie sy­gna­łów ostrze­gaw­czych było jego naj­bar­dziej ra­żą­cym błę­dem. Psy­chia­tra za­uwa­żył, że Mil­ton skar­żył się na bez­sen­ność i żeby ją zwal­czyć, prze­pi­sano mu pro­me­ta­zynę. Od­była się dys­ku­sja na te­mat przy­czyn tego pro­blemu, ale Mil­ton wzbu­rzył się, a po­tem roz­zło­ścił, nie chcąc po­go­dzić się z tym, że cho­dzi o coś in­nego niż nie­zdol­ność uspo­ko­je­nia za­pra­co­wa­nego umy­słu. Psy­chia­tra za­su­ge­ro­wał, że na­tu­ral­nie me­lan­cho­lijny tem­pe­ra­ment Mil­tona wska­zuje na ła­godną de­pre­sję i wy­daje się, że ba­dany stał się czło­wie­kiem skłon­nym do in­tro­spek­cji i wąt­pią­cym. Ra­port koń­czył się za­le­ce­niem, by kon­tro­lo­wano go bar­dziej re­gu­lar­nie. Nad­zorca je zi­gno­ro­wał.

Niech to szlag.

Mil­ton był cen­nym atu­tem, a on z upo­rem lek­ce­wa­żył sy­gnały ostrze­gaw­cze. Nie chciał przy­znać, że może po­wstać pro­blem, i swoją bez­czyn­no­ścią umoż­li­wił po­więk­sze­nie tego pro­blemu.

Odło­żył akta do skrzynki i za­pa­lił dru­gie cy­garo. Roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi.

- Wejść! - za­wo­łał.

Do ga­bi­netu wszedł Chri­sto­pher Cal­lan. Nu­mer Dwa­na­ście: naj­śwież­szy na­by­tek w Gru­pie. Zo­stał prze­nie­siony ze Spe­cial Boat Se­rvice po służ­bie w każ­dym calu tak bły­sko­tli­wej jak kie­dyś służba Mil­tona. Był wy­soki, szczu­pły i nie­na­gan­nie ubrany. No­sił ma­ry­narkę z gru­bego sukna za­pi­naną na dwa gu­ziki. Kie­sze­nie były pro­ste, a pod­szewka zwy­czajna i sto­no­wana. Pod lewą pa­chą, gdzie no­sił pas z ka­burą, ry­so­wała się cha­rak­te­ry­styczna nie­wielka wy­pu­kłość. Nie no­sił kra­wata. Spodnie miały kla­syczny krój, no­gawki się­gały do po­de­szwy buta. Był ude­rza­jąco przy­stojny mimo ma­łej i owal­nej głowy osa­dzo­nej na mu­sku­lar­nym karku. Czaszka Cal­lana była po­kryta gę­stymi ja­snymi lo­kami, cera nie­ska­zi­tel­nie biała, a wy­cho­wa­nie nie­na­ganne. Usta o cien­kich war­gach ukła­dały się w wy­raz okru­cień­stwa, a nie­ustę­pli­wość, która za­snu­wała te bla­do­nie­bie­skie oczy, wy­da­wała się za­ka­żać całą twarz.

- Chciał się pan ze mną zo­ba­czyć, sze­fie? - po­wie­dział.

- Ow­szem, Cal­la­nie. Usiądź. - Nad­zorca wy­ko­nał głę­boki wdech, wpro­wa­dza­jąc dym z po­wro­tem do tcha­wicy, a po­tem wy­dmu­chu­jąc go. - Mamy mały pro­blem. Cho­dzi o jed­nego z po­zo­sta­łych agen­tów... Znasz Nu­mer Je­den?

- Tylko z opi­nii in­nych.

- Ni­gdy z nim nie pra­co­wa­łeś, prawda?

- Nie, sze­fie. Dla­czego pan pyta?

- Oba­wiam się, że za­czął się za­cho­wy­wać tro­chę nie­od­po­wie­dzial­nie. Chcę, że­byś do­wie­dział się o nim wszyst­kiego, co się da... gdzie mieszka, co robi w cza­sie wol­nym, z kim się wi­duje. Wszyst­kiego.

- Tak jest. Coś jesz­cze?

- To wszystko. I za­cznij od razu.

- Oczy­wi­ście. - Cal­lan wstał i wy­gła­dził ma­ry­narkę. - Nu­mer Je­den był we Fran­cji, sze­fie? Irań­scy uczeni?

- Zga­dza się.

Cal­lan ski­nął w za­my­śle­niu głową.

- To było nie­for­tunne.

Nad­zorca po­pa­trzył na niego i wie­dział, że Cal­lan prze­strze­gałby za­sad pro­wa­dze­nia ak­cji co do joty. Nie po­zo­sta­wiłby żad­nych świad­ków. Od­zna­czał się taką samą de­ter­mi­na­cją i bez­względ­no­ścią jak Mil­ton w cza­sach, gdy do­łą­czył do Grupy. Za­sły­nął z nich w SBS; te ce­chy spodo­bały się Nad­zorcy, gdy go zwer­bo­wał.

- Pro­szę o co­dzienne ra­porty, Nu­me­rze Dwa­na­ście. Za­cznij na­tych­miast. Mo­żesz odejść.

Znowu od­wró­cił się twa­rzą do okna, a za nim ci­cho za­mknęły się drzwi. Przez chmurę dymu z cy­gara i swoje za­du­mane od­bi­cie w szy­bie pa­trzył w ciem­ność za oknem. Na dru­gim brzegu rzeki po Mil­l­bank pły­nął stru­mień po­jaz­dów, któ­rych tylne świa­tła po­zo­sta­wiały czer­woną smugę na as­fal­cie.

My­ślał o Mil­to­nie.

Nad­zorca był rów­nież rze­mieśl­ni­kiem. Jego agenci słu­żyli mu za na­rzę­dzia. Cza­sem, kiedy się sta­rzały i prze­sta­wały być nie­za­wodne, gdy ich kra­wę­dzie po­kry­wały się rdzą i nie dało się ich już na­ostrzyć, trzeba było je za­stą­pić no­wymi.

Być może nad­szedł czas.

Za­sta­na­wiał się, czy to wła­śnie bę­dzie mu­siał zro­bić.

7

Kiedy Eli­jah War­ri­ner cze­kał, aż po­ciąg wje­dzie na sta­cję, był prze­ra­żony. Znaj­do­wali się w Ho­mer­ton, sie­dzieli na jed­nej z me­ta­lo­wych ła­wek; spod łusz­czą­cej się czer­wo­nej farby wy­cho­dziła szorstka rdza, po­wie­trze było cięż­kie od woni zwie­trza­łego mo­czu i słod­kiego za­pa­chu skręta, który wę­dro­wał z ręki do ręki. Eli­jah pa­trzył na ścianę sto­ją­cego po dru­giej stro­nie to­rów ma­ga­zynu ozna­czo­nego akro­ni­mem LFB wska­zu­ją­cym, że to ich te­ren; wy­so­kie na trzy me­try ja­skra­wo­żółto-zie­lone li­tery, z czar­nym ob­ry­sem roz­ma­za­nym w miej­scach, gdzie deszcz roz­pu­ścił farbę, za­nim wy­schła.

LFB.

Lon­don Fields Boys.

W tej oko­licy to oni wszyst­kim rzą­dzili.

Na pe­ro­nie było ich sze­ściu. Pops, naj­star­szy i naj­ro­ślej­szy, kie­ro­wał tą nie­wielką ekipą. Wo­kół niego usta­wili się po­zo­stali chłopcy: Lit­tle Mark pa­lił skręta oparty ple­cami o mur; Pinky miał na gło­wie słu­chawki, do­la­ty­wały z nich brzę­czące dźwięki no­wej płyty Na­ughty Boya; Kidz i Chips mie­rzyli wzro­kiem dziew­czyny z Ga­scoyne Es­tate, które rów­nież cze­kały na po­ciąg. Wszy­scy byli ubrani tak samo: czapka bejs­bo­lowa, bluza z kap­tu­rem, dżinsy z ob­ni­żo­nym kro­kiem i no­wiut­kie najki lub re­eboki. Nie­któ­rzy mieli na­su­nięte kap­tury, opie­ra­jące się o daszki cza­pek i rzu­ca­jące cień na ich twa­rze. Wszy­scy no­sili na szyi ban­dany.

Było tuż przed wpół do szó­stej i wła­śnie za­czy­nały się go­dziny szczytu.

Pops ob­jął Eli­jaha w ra­mio­nach prawą ręką i mocno przy­ci­snął, drugą ręką dra­piąc go po gło­wie.

- Wy­lu­zuj, JaJa - rzekł. - Nie ma po­wodu do zmar­twień.

Eli­jah zdo­łał się uśmiech­nąć. Pops no­sił taki sam uni­form jak wszy­scy po­zo­stali, ale miał kol­czyki z bry­lan­tami, ma­sywny sy­gnet na każ­dej dłoni i gruby złoty łań­cuch na szyi. Świad­czyły one o jego po­zy­cji Ne­stora i oczy­wi­ście o tym, że miał wię­cej forsy niż reszta ekipy. Eli­jah przy­glą­dał się, jak Pops wy­cią­gnął to­rebkę z ma­ri­hu­aną i paczkę bi­bu­łek.

- Moja bab­cia na­uczyła mnie ro­bić skręty, ka­pu­jesz? - Pops roz­po­starł na ko­la­nach eg­zem­plarz "Me­tra" i roz­ło­żył swoje rze­czy: to­rebkę z trawką, bi­bułki, za­pal­niczkę. - To to­war wy­so­ko­ga­tun­kowy - po­wie­dział, wska­zu­jąc na prze­zro­czy­stą to­rebkę i jej brą­zowo-zie­loną za­war­tość. Otwo­rzył to­rebkę i od­sy­pał z niej nie­wielką kupkę nar­ko­tyku. - Przed czymś ta­kim trzeba się wpra­wić w od­po­wiedni stan. Nic nie na­daje się do tego le­piej niż po­rządna trawka, wiesz, o czym mó­wię?

Eli­jah ski­nął głową.

- Ro­bi­łeś to już?

- No ja­sne - od­parł chło­pak, si­ląc się na lekki ton. Pa­lił już od sze­ściu mie­sięcy, od­kąd tylko za­czął się za­da­wać z mło­dymi człon­kami LFB na ga­le­riach i klat­kach scho­do­wych Blis­sett Ho­use. Po­cząt­kowo też go to prze­ra­żało i pierw­szych kilka sztach­nięć przy­pra­wiło go o wy­mioty i łzy w oczach. Był to jed­nak dro­biazg, szybko przy­wykł. Je­den skręt za­wsze wę­dro­wał z rąk do rąk, a Eli­jah za­wsze pil­no­wał, żeby się za­ła­pać.

Pops ro­ze­śmiał się z jego od­po­wie­dzi.

- Wierz mi, młody czło­wieku, cze­goś ta­kiego nie pa­li­łeś. - Roz­ło­żył bi­bułkę i wy­peł­nił ją gru­bym pa­skiem ma­ri­hu­any. Przy­tknął po­kryty kle­jem brzeg bi­bułki do ust, po­li­zał go i za­kleił. Za­pa­lił ko­niec skręta i za­cią­gnął się mocno, cmo­ka­jąc z uzna­niem. Sztach­nął się jesz­cze raz i po­dał skręta Eli­ja­howi.

- No, młody, po­cią­gnij so­bie.

Eli­jah wziął skręta i zda­jąc so­bie sprawę, że Pops i po­zo­stali mu się przy­glą­dają, do­pil­no­wał, by nie oka­zać cie­nia zde­ner­wo­wa­nia, gdy wsu­wał go mię­dzy wargi i głę­boko się za­cią­gał. Po­nie­waż dym był gry­zący i mocny, chło­piec za­char­czał bez­rad­nie. Po­zo­stali ryk­nęli na wi­dok jego za­kło­po­ta­nej miny.

- Spójrz­cie na tego ma­łego jaj­ca­rza! - za­wo­łał Pinky. - Za­raz kojf­nie od tego kaszlu.

- Za­mknij dziób - zła­jał go Pops. - Niech się de­lek­tuje. I co my­ślisz, młody?

- Eks­tra - wy­krztu­sił z sie­bie Eli­jah.

- Taak, stary... eks­tra. A wiesz, dzięki czemu jest taki świetny?

Po­krę­cił głową, wciąż oszo­ło­miony.

- Szczyny. Ho­dowcy szczają na zie­mię. Dzięki temu zioło jest moc­niej­sze, daje kopa.

Eli­jah za­char­czał z od­razą i znowu omal nie zwy­mio­to­wał.

Pops uśmiech­nął się do niego, gdy po­ciąg wto­czył się na pe­ron.

- Weź się w garść, młody. Nad­jeż­dża. To jest to. Chcesz z nami być, mu­sisz to zro­bić. Je­steś go­towy?

- Tak.

Młody po­czuł na­gły przy­pływ bez­tro­ski. Wzmo­gło to jego prze­ra­że­nie i na­gle zro­biło mu się nie­do­brze. Od­wró­cił się od Po­psa, zgiął się w pół i zwy­mio­to­wał sma­żo­nym kur­cza­kiem, któ­rego zjadł dzie­sięć mi­nut wcze­śniej; roz­drob­niona papka roz­bry­zgi­wała mu się mię­dzy no­gami, bru­dząc nowe najki, które ukradł ze sklepu przy Mare Street po­przed­niego dnia.

Po­zo­stali za­częli wrzesz­czeć.

- Za­rzy­gał so­bie całe buty! - za­wo­łał Chips.

- Daj spo­kój - rzu­cił Pops. - Ogar­nij się. Przy­je­chał po­ciąg.

Drzwi się roz­su­nęły i na pe­ron wy­lali się wra­ca­jący z pracy w no­wym du­żym cen­trum han­dlo­wym, wielu wciąż w służ­bo­wych uni­for­mach. Pops pod­cią­gnął ban­danę i na­su­nął kap­tur na czapkę, aż cała jego twarz z wy­jąt­kiem oczu była za­sło­nięta. Po­zo­stali uczy­nili to samo. Pops stał za Eli­ja­hem, któ­remu trzę­sły się ręce, i we­pchnął go do za­tło­czo­nego wa­gonu. Reszta we­szła za nimi.

Młody był już świad­kiem gru­po­wego okra­da­nia pa­sa­że­rów po­ciągu i wie­dział, czego się spo­dzie­wać. Wpy­cha­jąc go w głąb wa­gonu, Pops i po­zo­stali człon­kowi gangu za­częli wyć i wrzesz­czeć, po­su­wa­jąc się przej­ściem mię­dzy fo­te­lami. Po­wo­do­wany przez nich ha­łas był dez­orien­tu­jący i prze­ra­ża­jący, wy­da­wało się, że ża­den pa­sa­żer nie był w sta­nie za­re­ago­wać. Pops wpa­ro­wał mię­dzy usta­wione na­prze­ciw sie­bie ławki i wy­rwał z dłoni te­le­fon ko­mór­kowy ja­kie­muś męż­czyź­nie w gar­ni­tu­rze. Inni ro­bili to samo, za­bie­ra­jąc te­le­fony i ta­blety, się­ga­jąc po port­mo­netki do to­re­bek i wy­cią­ga­jąc port­fele z we­wnętrz­nych kie­szeni ma­ry­na­rek i płasz­czy, szar­piąc za na­szyj­niki, aż pę­kły i można je było zsu­nąć z szyi. Eli­jah po­dą­żał za Po­psem i gdy wę­dro­wali od pa­sa­żera do pa­sa­żera, brał wrę­czane mu przez szefa przed­mioty i wrzu­cał je do ple­caka. Jego prze­ra­że­nie top­niało, w miarę jak rósł po­ziom en­dor­fin, które czuł pod­nie­cony tym, że oni ra­bują, a nikt nie pró­buje ich w ża­den spo­sób po­wstrzy­mać.

Młody czło­wiek w gar­ni­tu­rze spo­glą­dał na nich, gdy po­su­wali się na­przód przez wa­gon. W dłoni trzy­mał apa­rat Black­berry.

- Na co się ga­pisz? -- za­py­tał Pops. - Chcesz do­stać z li­ścia?

Męż­czy­zna nie od­po­wie­dział.

- A może wsa­dzić ci kosę? - Chips się­gnął do kie­szeni i wy­jął nóż z pięt­na­sto­cen­ty­me­tro­wym ostrzem.

Tam­ten na­dal mil­czał. Eli­jah spoj­rzał na niego i do­strzegł w oczach strach. Nie pro­wo­ko­wał ich, po pro­stu był zbyt prze­ra­żony, by co­kol­wiek zro­bić.

- Młody, za­bierz mu go - rzekł Pops, po­py­cha­jąc go na­przód.

Eli­jah pod­szedł do męż­czy­zny.

- Da­waj te­le­fon.

Mło­dzie­niec nie opie­rał się i po­dał go Eli­ja­howi. Ten do­ło­żył apa­rat do reszty fan­tów w ple­caku. Po­pa­trzył na męż­czy­znę, spoj­rzał mu w oczy i zro­bił szybki, na­gły ruch w jego stronę. Tam­ten się wzdry­gnął, spo­dzie­wa­jąc się ciosu, który nie padł. Eli­jah ni­gdy wcze­śniej nie spo­wo­do­wał ta­kiej re­ak­cji. Za­wsze naj­mniej­szy lub naj­młod­szy, był obiek­tem żar­tów. Sama przy­na­leż­ność do LFB czy­niła wielką róż­nicę. Lu­dzie trak­to­wali go po­waż­nie. Za­śmiał się nie ze zło­śli­wo­ścią, lecz z nie­do­wie­rza­niem.

Lit­tle Mark stał w drzwiach, blo­ku­jąc je i unie­moż­li­wia­jąc od­jazd po­ciągu.

- Po­li­cja! - krzyk­nął.

Przej­ście po wa­go­nie za­jęło im za­le­d­wie kilka se­kund, choć wy­da­wało się, że trwało to znacz­nie dłu­żej. Pops pchnął Eli­jaha przed sobą, gdy chłopcy ru­szyli da­lej; pa­sa­że­ro­wie roz­stę­po­wali się przed wy­pa­da­ją­cymi z po­ciągu ra­bu­siami. Na pe­ro­nie młody usły­szał do­bie­ga­jący z po­ło­żo­nej po­ni­żej ulicy dźwięk sy­ren. Lit­tle Mark ze­sko­czył na tory i prze­ciął szyny, bie­gnąc na drugą stronę to­ro­wi­ska i pro­wa­dząc po­zo­sta­łych. Eli­jah wdra­pał się z po­wro­tem na pe­ron, prze­sko­czył przez drew­niany płot i zbiegł po nie­ubi­tej ziemi na­sypu, a po­tem pu­ścił się sprin­tem Ber­ger Road, skrę­cił w Wick Road i prze­szedł­szy na drugą stronę jezdni, zna­lazł się na osie­dlu. Do­ra­stali w tych ulicz­kach oraz przej­ściach i znali je wszyst­kie in­stynk­tow­nie. Gdyby po­li­cja pró­bo­wała ich śle­dzić, nie mia­łaby szans.

Biegł w środku grupy, jego ciężki od łu­pów ple­cak po­brzę­ki­wał. Nie­po­kój znik­nął, za­stą­piony pul­su­ją­cym pod­nie­ce­niem wy­wo­ła­nym zu­chwa­ło­ścią tego, co zro­bili. Wzięli ten po­ciąg sztur­mem, a ja­dący nim lu­dzie bali się ich. Sie­dzieli tam w swo­ich ele­ganc­kich gar­ni­tu­rach z kosz­tow­nymi ga­dże­tami i ża­den nie kiw­nął pal­cem. Eli­jah przy­wykł do wy­słu­chi­wa­nia, co ma ro­bić - od ro­dzi­ców, na­uczy­cieli, po­li­cji - a tu­taj do­szło do cał­ko­wi­tego od­wró­ce­nia ról. Pa­mię­tał minę fa­ceta z te­le­fo­nem Black­Berry. To był doj­rzały męż­czy­zna, czło­wiek na sta­no­wi­sku, w dro­gim ubra­niu i z kosz­tow­nymi do­dat­kami, taki, co przy­pusz­czal­nie po­siada dro­gie miesz­ka­nie w Dal­ston, Hack­ney bądź Be­th­nal Green, bo te miej­sca były fajne. I on się bał Eli­jaha. Był wy­stra­szony.

Eli­jah ni­gdy wcze­śniej nie do­świad­czył, jak to jest bu­dzić po­strach.

8

Mil­ton za­wiózł ją do Hack­ney. Po obu stro­nach drogi cią­gnęły się sklepy bę­dące wła­sno­ścią imi­gran­tów, pró­bu­ją­cych sprze­dać tan­detne to­wary lu­dziom, któ­rych nie było na nie stać. Mi­nęli sklepy ze sma­żo­nymi kur­cza­kami oraz sta­cję me­tra i prze­je­chali es­ta­kadą nad A12.

Sha­ron po­le­ciła, by skrę­cił z głów­nej drogi w lewo, i wje­chali na osie­dle. Mi­nęli po­woli ca­ło­do­bowy sklep ogól­no­spo­żyw­czy z kra­tami w oknach i ekra­nem z pleksi chro­nią­cym wła­ści­ciela przed klien­tami. Nad oko­licą gó­ro­wały trzy wiel­kie wie­żowce, każdy na­zwany na cześć lo­kal­nego po­li­tyka z in­nych, od­zna­cza­ją­cych się opty­mi­zmem cza­sów, gdy te bu­dynki wy­da­wały się ja­sne, nowe i bu­dzące na­dzieję. Te czasy mi­nęły. Ob­je­chali Car­son Ho­use, wie­żo­wiec prze­zna­czony do wy­bu­rze­nia, z oknami i drzwiami szczel­nie za­kry­tymi me­ta­lo­wymi osło­nami w ja­skra­wo­po­ma­rań­czo­wym ko­lo­rze. Przed bu­dyn­kiem znaj­do­wał się plac za­baw, za­kap­tu­rzone dzie­ciaki sie­działy na huś­taw­kach i zjeż­dżal­niach, czer­wone ko­niuszki pa­pie­ro­sów mi­go­tały w przy­dy­mio­nym świe­tle lamp ża­ro­wych.

Sha­ron skie­ro­wała Mil­tona pod Blis­sett Ho­use i gdy wjeż­dżał na par­king za­sta­wiony po­obi­ja­nymi czy spa­lo­nymi wra­kami aut, oznaki de­gra­da­cji były zbyt oczy­wi­ste, by jej nie za­uwa­żyć. Mil­ton się ro­zej­rzał. Blis­sett Ho­use wy­glą­dał tak, jakby wznie­siono go w la­tach pięć­dzie­sią­tych. Wów­czas wy­da­wał się za­pewne fu­tu­ry­styczny, był sym­bo­lem zu­peł­nie no­wego stylu ży­cia po­wsta­łym na miej­scu pa­skud­nych do­mów sze­re­go­wych, które zo­stały wy­bu­rzone; rada gminy do­koń­czyła dzieła roz­po­czę­tego przez Niem­ców. Wie­żo­wiec miał dwa­dzie­ścia pię­ter, na każde z nich można było się do­stać z ze­wnętrz­nej ga­le­rii. Bu­dy­nek bu­dził doj­mu­jące po­czu­cie za­gro­że­nia, silny lęk, który osia­dał na wszyst­kim jak smog. W drzwiach i oknach wszyst­kich miesz­kań wsta­wiono kraty. Wszę­dzie na ścia­nach wid­niały na­ma­lo­wane sprayem na­pisy. Je­den z ga­raży na po­zio­mie par­teru zo­stał spa­lony, jego me­ta­lowe drzwi były na wpół wy­rwane z za­wia­sów i wi­siały krzywo. Po­środku sze­ro­kiego par­kingu stało audi z przy­ciem­nia­nymi szy­bami; drzwi były otwarte, a w fo­telu kie­rowcy sie­dział roz­wa­lony męż­czy­zna z no­gami wy­sta­wio­nymi na ze­wnątrz. Zło­wrogi, ryt­miczny ło­mot no­wego dub­ste­po­wego utworu wy­do­by­wał się z drżą­cych wiel­kich gło­śni­ków ba­so­wych umiesz­czo­nych w tyle sa­mo­chodu.

Mil­ton skie­ro­wał pi­lot w stronę swo­jego vo­lvo i kciu­kiem przy­ci­snął włącz­nik zamka cen­tral­nego. Wy­da­wało się to nie­po­trzeb­nym, pre­ten­sjo­nal­nym ge­stem i gdy od­cho­dzili, sa­mo­chód wy­glą­dał na bez­bronny. Mil­ton cho­ciaż raz cie­szył się ze stanu swo­jego po­jazdu. Z rurą wy­de­chową przy­dru­to­waną do pod­wo­zia i błot­ni­kiem wgnie­cio­nym pod­czas ostat­niej kraksy vo­lvo nie przy­cią­gało wzroku. Miał na­dzieję, że nie warto go kraść, bo ina­czej czeka go długi spa­cer do domu.

Ru­szył za Sha­ron w stronę bu­dynku. Wła­ści­ciel audi pa­trzył na Mil­tona przez błę­kit­nawą chmurę dymu z pa­lo­nej trawki, le­ni­wym, lecz groź­nym spoj­rze­niem. Włosy miał sfil­co­wane w dłu­gie dredy, na szyi złote na­szyj­niki. Gdy go mi­jał i spoj­rzeli so­bie w oczy, męż­czy­zna non­sza­lanc­kim ru­chem wy­rzu­cił do­pa­lo­nego skręta i pod­cią­gnął ko­szulkę, by po­ka­zać kolbę krót­kiej broni pal­nej za­tknię­tej za pas dżin­sów. Mil­ton od­wró­cił wzrok. Nie przej­mo­wał się tym, że tam­ten uznał to za drobne zwy­cię­stwo. Nic by nie zy­skał, pa­ku­jąc się w kło­poty.

Sha­ron po­pro­wa­dziła go do holu bu­dynku.

- Windy nie dzia­łają - prze­pro­siła, wska­zu­jąc na na­pisy przy­kle­jone na za­mknię­tych drzwiach. - Mam na­dzieję, że nie masz nic prze­ciwko ma­łej wspi­na­czce. Miesz­kamy na pią­tym pię­trze.

Klatki scho­dowe były wil­gotne, ciemne i śmier­działo w nich mo­czem. Śmieci skła­do­wano na po­sadzce, a sterta po­piołu wy­zna­czała miej­sce nie­daw­nego po­żaru. Ja­kiś młody chło­pak z kap­tu­rem na­cią­gnię­tym na głowę zbli­żył się do nich, po­włó­cząc no­gami.

- Szu­kasz tu cze­goś?

Sha­ron po­de­szła do chło­paka i po­wie­działa:

- Prze­stań, Dwayne.

- Gdzie jest JaJa? - za­py­tał.

- Już ty się o niego nie martw.

- Po­wiedz mu, że chcę się z nim zo­ba­czyć.

- Po co?

- Po pro­stu mu po­wiedz, głu­pia suko.

Mil­ton sta­nął po­mię­dzy nimi.

Chło­pak był duży jak na swój wiek, tylko kilka cen­ty­me­trów niż­szy od Mil­tona, a ra­miona miał mocno umię­śnione.

- Tak? - Od­wró­cił się do niego. - Czego chcesz, dry­bla­sie?

- Chcę, że­byś oka­zał tro­chę sza­cunku.

- A kim ty je­steś? Jej no­wym przy­ja­cie­lem? To brudna zdzira, czło­wieku. Zdzira. W ze­szłym ty­go­dniu wi­dzia­łem, jak do jej miesz­ka­nia wcho­dzi i wy­cho­dzi z niego z pół tu­zina ko­lesi. To ła­twa ko­bieta, bra­cie... Nie myśl, że je­steś kimś szcze­gól­nym.

Chło­pak wy­ra­żał swoją opi­nię; nie wie­dział, ja­kie sto­sunki łą­czą Mil­tona z Sha­ron, i nie ob­cho­dziło go to. Pro­wo­ko­wał go. Wy­da­wało się, że roz­mowa z nim nie ma sensu. Mil­ton ude­rzył go z za­sko­cze­nia na od­lew, aż chło­pak za­to­czył się na ścianę. Szybko po­szedł za cio­sem, chwy­ta­jąc go za rękę i moc­nym szarp­nię­ciem wy­krę­ca­jąc mu ją na ple­cach. Chło­pak pi­snął z bólu, gdy Mil­ton od­giął mu palce i ob­ró­cił twa­rzą do Sha­ron.

- Prze­proś - po­wie­dział.

- Pa­nie Mil­ton... - ode­zwała się nie­pew­nie Sha­ron.

- Prze­proś! - roz­ka­zał po­now­nie Mil­ton.

Chło­pak za­zgrzy­tał zę­bami, a Mil­ton jesz­cze moc­niej wy­giął mu palce.

- Prze­pra­szam - wy­stę­kał. - Prze­pra­szam. Pro­szę... Po­ła­mie mi pan palce.

Mil­ton ob­ró­cił go twa­rzą w stronę drzwi i wy­pchnął z bu­dynku. Chło­pak wy­lą­do­wał na brzu­chu, szo­ru­jąc twa­rzą po szorst­kim as­fal­cie. Męż­czy­zna w pod­ra­so­wa­nym sa­mo­cho­dzie spoj­rzał na le­żą­cego, a po jego twa­rzy prze­biegł cień le­ni­wego za­in­te­re­so­wa­nia.

- Nie mu­sia­łeś tego ro­bić - po­wie­działa Sha­ron. - Naj­le­piej nie zwra­cać na nich uwagi.

- Do­bre ma­niery nic nie kosz­tują. No... wejdźmy do środka. Za­łożę się, że na­pi­ła­byś się her­baty.

We­szli po scho­dach na piąte pię­tro i ru­szyli ga­le­rią na ko­niec bloku. Dwóch mło­dych chłop­ców opie­rało się o ba­lu­stradę, spo­glą­da­jąc na osie­dle w dole, i da­lej, na ulice i domy skła­da­jące się na tę część Hack­ney. Mil­ton zo­rien­to­wał się, że po­sta­wiono ich na straży, by za­uwa­żyli nad­jeż­dża­jące rzę­chy człon­ków kon­ku­ren­cyj­nego gangu lub po­li­cyjne ra­dio­wozy i ostrze­gli star­szych ko­le­gów sprze­da­ją­cych swój to­war na ga­le­riach po­ni­żej. Je­śli to bę­dzie po­li­cja, di­le­rzy znikną, a w ra­zie wi­zyty kon­ku­ren­cyj­nej ekipy we­zwą po­siłki. Mil­ton się nie od­zy­wał się. Gdy się zbli­żali, chłopcy spio­ru­no­wali ich wzro­kiem.

Miesz­ka­nie nu­mer 609 znaj­do­wało się na skraju, gdzie ga­le­ria gra­ni­czyła z po­kry­tym graf­fiti mu­rem. Drzwi były za­bez­pie­czone me­ta­lową kratą, a okna po­dob­nymi prę­tami. Sha­ron otwo­rzyła kratę, a na­stęp­nie grube drzwi i we­szła do miesz­ka­nia. Mil­ton wszedł za nią, in­stynk­tow­nie oce­nia­jąc wnę­trze. Drzwi pro­wa­dziły do ma­leń­kiego, kwa­dra­to­wego przed­po­koju ze ścianą ob­wie­szoną płasz­czami na rzę­dzie ha­czy­ków i tu­zi­nem par bu­tów uło­żo­nych pod nimi bez ładu i składu. Pod szparą na li­sty le­żała poczta i Mil­ton spo­strzegł, że więk­szość sta­no­wiły ra­chunki; na kilku czer­wona czcionka zdra­dzała osta­teczne żą­da­nie za­płaty. W przed­po­koju było troje drzwi. Sha­ron otwo­rzyła jedne z nich i Mil­ton wszedł za nią do sa­lonu.

Był to duży po­kój ze starą ka­napą, kwa­dra­to­wym sto­łem, czte­rema krze­słami i du­żym te­le­wi­zo­rem z pła­skim ekra­nem. Na pod­ło­dze le­żały roz­rzu­cone gry wi­deo.

- Ile masz dzieci? - za­py­tał Mil­ton.

- Dwójkę. Mój naj­star­szy, Ju­les, za­dał się z nie­od­po­wied­nimi ludźmi. Ma pro­blem z nar­ko­ty­kami... Wi­du­jemy go tylko wtedy, gdy po­trze­buje pie­nię­dzy. Prze­waż­nie je­stem tu tylko z Eli­ja­hem.

- Może usią­dziesz? - za­pro­po­no­wał Mil­ton. - Do­my­ślam się, że tam jest kuch­nia?

Sha­ron ski­nęła głową.

- Więc usiądź i od­pręż się. Za­pa­rzę her­batę i po­cze­kamy na two­jego syna.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki