SPRAWY TAK ZWANE ROZMAITE
Cześć, dziewczyny
Bridget Jones[1] nie jestem, choć naoglądałam się filmów o niej i stwierdzam, że wszystkie mamy podobne problemy, tyle że
jedne z nas los wyposażył w bardziej celebrycką urodę, a inne
nigdy celebrytkami nie zostaną... ze względu na urodę właśnie,
a właściwie jej brak. Ja zaliczam się do tego grona, o którym
Bozia nieco zapominała, gdy rozdawała atuty kobiecości, aby
nimi "podbijać" świat albo chociaż rodzime podwórko.
Zastanawiam się, czy Bridget Jones faktycznie nie była ładna, czy tylko
za gruba (choć później się odchudziła), czy zbyt natrętnie
próbowała znaleźć faceta. Wyszło mi po przemyśleniach, że w moich
stronach Bridget Jones szybciej odniosłaby sukces, chociażby
z racji sposobu ubierania, który tu nie uchodziłby za, nazwijmy,
niegustowny. A tusza? Ba! To zupełnie nie przeszkoda. Kobieta
powinna być pełna jak miska pierogów na przykład, bo to
świadczy o zdrowiu i o tym, że da radę powić co nieco nowego
pokolenia. A że natrętna? Celebrytka powinna być natrętna,
a Bridget poniekąd była celebrytką. W każdym razie u mnie
w komputerze bez przerwy pojawiają się te same osoby zwane
celebrytami, więc domyślam się, że i BJ (bo tak ją będę skrótowo
nazywać) bez problemu w swoich ciuszkach, zdrowo
wyglądającą postacią oraz tupetem odnalazłaby raz, dwa szczęście jako
ta popularna i warta naśladowania. Od razu też pomyślałam, ilu
reklamodawców by się do niej zgłosiło. Co mogłaby reklamować?
Na pewno nie tabletki antykoncepcyjne, lecz zestaw dający szansę
na macierzyństwo. A co mogłoby to być, każda z was pewnie ma
inne zdanie. Ja sobie myślę, że może jakaś seksowna bielizna
albo jeszcze więcej jedzenia, koniecznie zdrowego, aby poczęte
maleństwa też były zdrowe. Gdy zatem rozważam możliwości BJ
w moim kraju, od razu oczami wyobraźni widzę dla niej
chłopaka. Zresztą nie muszę sobie go wyobrażać, ponieważ codziennie
widuję go, gdy jadę na swoje zajęcia licencjackie, a on chyba na
swoje. Na razie jeszcze szkoły i uczelnie mamy koedukacyjne, ale
niektóre wydziały, szkoły są mniej lub bardziej sfeminizowane
lub zmęszczone (nowe słowo wymyśliłam!). Och! Sprawdziłam
jego profil na Facebooku i okazało się, że on wcale nie jeździ do
szkoły, tylko do pracy. Więc tym bardziej nadaje się na chłopaka,
a następnie męża. Prawda?
- Co ty za głupoty piszesz? - tak moja najlepsza przyjaciółka
oceniła moje refleksje. Jak zatem mogę nazywać ją przyjaciółką?
- Po prostu jestem szczera. Nie próbuj pisać, bo talentu nie
masz za grosz. A wiesz, że bez forsy daleko nie zajdziesz.
"No nie zajdę" - pomyślałam.
- Ale BJ też nadmiernego talentu nie miała, a jednak... Tuż
przed menopauzą jeszcze zdążyła zajść w ciążę, a te jej romanse
były żenujące. Przyznaj.
- To chodziło tylko o urodzenie dziecka? - pytam wciąż
jeszcze najlepszej przyjaciółki.
- Chyba tak - odpowiedziała niepewnie. - Cholera, więc
dlatego to wszystko robiła, to znaczy z siebie idiotkę? - dodała
wyraźnie zdegustowana.
No... - odpowiedziałam niezbyt inteligentnie i bez
argumentacji, ale uznałam, że słowo "eureka" byłoby nadinterpretacją
mojego mentalnego olśnienia.
- Upokarzające, jak nas traktują! - Najlepsza przyjaciółka
(jednak!) zrozumiała, jaki los ją czeka.
- Być jak BJ to przecież zaszczyt - próbowałam ją pocieszyć.
- Na psychologa też się nie nadajesz - stwierdziła znowu
zdegustowana, tym razem moją radą.
- No cóż, nie każda może być jak Bridget Jones -
wytłumaczyłam jej i sobie.
Cześć, dziewczyny
Czy nie jest natrętne albo egoistyczne każdą nową refleksję
zaczynać od takiego powitalnego zwrotu? Bo niby chłopaki nie
mogą tego czytać? Mogą. Jak chcą, niech czytają, ale
niekoniecznie będą chcieli wykazywać względem mnie zrozumienie.
Miałam tego namiastkę, gdy najlepsza przyjaciółka
opowiedziała swojemu najlepszemu przyjacielowi (jak go nazywa), co
myślę o sensie kobiecego instynktu macierzyńskiego. A czy ja
mam coś negatywnego na myśli, widząc pięcioro dzieciaków,
za dwie ręce trzymających swoją mamusię, czy dwoje za rękę,
a trzecie w wózku, a czwarte wyraźnie poczęte? Skutecznie się
bzykają rodzice tych dzieci, no nie? I do tego pewnie kochają, bo
tylko taką opcję uznaję, myśląc o... no wiecie, co mam na myśli.
Poza tym wiem (choć nie jestem pewna, czy to nie dewiacja),
że istnieją także metody, które niekoniecznie od razu czynią
z dziewczyny matkę, gdy ta się zakocha i on się zakocha i...
pobłądzili przed ślubem w łóżku na przykład, choć nie było ono
tak wielkie, aby nie móc rozeznać kierunku, ku jakiemu
podążają. Znaczy ja uważam, że oni wiedzą, gdzie są oraz co robią,
ale na religii uczyli mnie inaczej. Zatem miewam poczucie winy
z powodu niezgadzania się w tej kwestii z katechetą, aczkolwiek
z tego poczucia winy pani profesor od etyki postanowiła mnie
uwolnić, proponując do przeczytania coś tam z psychologii.
Przeczytałam i poczułam się lepiej. Ale wracając do najlepszego
przyjaciela najlepszej przyjaciółki. Był zgorszony moimi
refleksjami (a co dopiero gdyby te przeczytał!). Zdzirą mnie nazwał
i pojebaną emancypantką, a najlepsza przyjaciółka słowa nie
powiedziała w mojej obronie.
- Co ja będę z nim dyskutować? Męski szowinista i tyle -
próbowała się tłumaczyć.
- Więc dlaczego uważasz go za najlepszego przyjaciela? -
zapytałam.
- No nie wiem. Może powinnam nazywać go jedynie
znajomym?
- Z pewnością to bardziej adekwatne w sytuacji, gdy nie
możesz z nim osiągnąć konsensusu etycznego.
- Konsensusu? Nie, rzeczywiście z nim to niemożliwe. Zatem
tylko znajomy.
- A w ogóle chcesz go znać? - dopytałam.
- No nie wiem - powtórzyła najlepsza przyjaciółka. -
W rezultacie obędę się bez niego. A znasz jakiegoś innego, który byłby
bardziej odpowiedni dla nas?
- Oczywiście.
Najlepsza przyjaciółka wyraźnie się ożywiła po momencie
smutku, gdy zdecydowała, że wyrzeka się swojego już nie
najlepszego przyjaciela.
- Fajnie jest się dogadać, prawda? - popatrzyła na mnie
z nadzieją.
- Prawda - odpowiedziałam, ale nie jestem pewna, czy zawsze
jest to możliwe, czyli dogadać się, mówiąc nawet tym samym
językiem. Pomyślałam o wszystkich, mimo wszystko globalnie,
ponieważ to jakby problem, nie tylko dziewczyn i nie tylko
w kwestii inspiracji biografią Bridget Jones.
...No dobrze, tym razem zacznę inaczej. Nie będę się z nikim
witać, tylko bez wstępu napiszę: bardzo się cieszę.
Najpierw muszę wyznać, że codziennie przeglądam
wiadomości z mojego kraju i czasem ze świata, bo lubię wiedzieć, co
się dzieje. Najlepsza przyjaciółka zdiagnozowała, że moje tym
zainteresowanie wynika ze wścibstwa. Ja wówczas się
zrewanżowałam ripostą, że jej zamiłowanie do czytania biografii wynika
z zamiłowania do plotkarstwa. Oczywiście oburzyłyśmy się na
siebie i prawie wypowiedziałyśmy sobie przyjaźń, ponieważ
ja nie wydaję się sobie wścibska, a ona sobie plotkarą. O! Nie
miało być wstępu, a wstęp mimowolnie powstał. Ale powracam,
oczywiście mentalnie, do cieszenia się.
Więc pełna emocji i wątpliwości po skrytykowaniu Bridget
Jones oraz wywiedzeniu z tego własnych refleksji, naturalnie
przy współudziale najlepszej przyjaciółki, dowiaduję się, że
moja sympatia do rodzin wielodzietnych została również
nagrodzona przez pewną wpływową panią reprezentującą władzę.
- Czemu kłamiesz? Wcale nie sympatyzujesz, tylko
ironizujesz. "Skuteczne bzykanko" to niby określenie na wyrażenie
sympatii?
- Dlaczego nie? Podziw wyrażam na pewno. Każda
skuteczność z dobrymi intencjami jest godna podziwu - stwierdzam
z przekonaniem.
- Aha - najlepsza przyjaciółka nie wydawała się
przekonana. - I tak ci nie wierzę - doprecyzowała.
- To nie wierz. Ja wiem swoje. Nie siedzisz w mojej głowie,
więc nie wiesz, co odczuwam.
- Siedzenie w twojej głowie to gorzej niż zgubienie się
w dżungli - najlepsza przyjaciółka znowu zaczęła wydawać się
najgorszą.
- Ale przynajmniej potrafię się cieszyć - musiałam zmienić
tok narracji.
- Niby z jakiego powodu?
- Jeżeli urodzisz czworo dzieci, to już nie musisz więcej
pracować, a i tak dostaniesz emeryturę.
Przyjaciółka wyraźnie zainteresowała się moją ofertą.
- Nie planowałam zakładać przedszkola, ale może się opłaci?
- Oszacuj - kontynuowałam. - Tyle przyjemności
w poczynaniu dziecka i każdego następnego, a potem jeszcze ci za to
płacą.
- No wiesz, za kogo ty mnie masz? - Najlepsza przyjaciółka
poczuła się urażona.
- To nie to, o czym myślisz. Płacą za każde następne dziecko...
- Ale dziecko to nie towar - wtrąciła przyjaciółka.
- Nic nie rozumiesz. Chodzi o wsparcie i docenienie twojego
wysiłku.
- Jak się kocha, to żaden wysiłek. - Przyjaciółka jakoś tak
lubieżnie zachichotała.
- Ale może nie dla każdej kobiety to miłe. Jak sądzisz? -
nieśmiało zapytałam.
- Stąd zapobiegliwie płacą za poczęcie? - Nie
przypuszczałam, że przyjaciółka jest tak pragmatyczna.
- No może. - Kiwnęłam głową.
- I za użeranie się z dzieciakami przez lata - dodała.
- Też zapłacą. - Ponownie kiwnęłam głową i chyba zaczęło
mi się w niej kręcić od nadmiaru przytakiwania.
- Dziwne, bo koleżanka nauczycielka mówiła, że im płacą
bardzo nędznie.
- Dla wszystkich przecież nie wystarczy. Zresztą nauczyciel
to jedynie podwykonawca - wytłumaczyłam.
- Ja wyobrażałam sobie, że miłość, macierzyństwo i tak dalej
to romantyczna niezwykłość, a okazuje się, że to dobry interes,
zawód prawie.
- W razie gdyby zawiodła cię twoja kariera, to możesz
wykorzystać tę szansę.
- Już się cieszę. Taka alternatywa - rozmarzyła się najlepsza
przyjaciółka.
- Teraz ty ironizujesz. - Mój uśmiech stał się wredny.
- Nie siedzisz w mojej głowie - dodała z przekąsem.
- Bardzo się cieszę z tego powodu. Tyle radości jednego dnia.
Najlepsza (jakby) przyjaciółka popatrzyła na mnie
z niepokojem. - To nie jest śmieszne - oceniła.
Nie wiem, co miała na myśli. Przecież rozmawiałyśmy
o bardzo przyjemnych sprawach.
- Następne, co siedzi mi w głowie to Mary Shelley[2] - tajemniczo szepnęłam.
- Zamierzasz przeprowadzić znowu jakąś analizę
porównawczą? Już ci mówiłam, że nie masz talentu.
Zbyłam tę złośliwość z godnością. O Mary Shelley będę pisać
w romantycznym natchnieniu. Ale innym razem.
Mój kochany,
wyobrażam sobie, że istniejesz. Wierzę też, że istnieje taka miłość, która powoduje, że wszystkie konwenanse przestają być ważne, ponieważ liczy się tylko to, co pozwala nam być razem, w naszej namiętności.
- No i co takiego? Miłość to też konwenans. Uczuciowy
standard. - Patrzyłam z niedowierzaniem na najlepszą przyjaciółkę
wypowiadającą tę opinię.
- Ale za czasów Mary Shelley istniały pewne konwenanse
obyczajności, jak bym to nazwała. Uciec z chłopakiem z domu
tylko dlatego, że jest się zakochanym, to niekonwencjonalne
również i obecnie. Nie sądzisz?
- Nie sądzę. Ja bym zwiała, gdybym miała z kim. Ale z byle
dupkiem nie będę ryzykować utraty reputacji.
- A więc jednak. Reputacja wciąż obowiązuje.
- Tak jakby - westchnęła najlepsza przyjaciółka.
Mój kochany,
nigdy nie myślałam, że mogę tak wiele poświęcić, aby być z tobą. A czy ty coś poświęciłeś? Raczej realizowałeś swoje wyobrażenia nie o mnie, ale o ideałach, które były dla ciebie najważniejsze. Spotkaliśmy się przez przypadek czy było to
przeznaczenie? W każdym razie dla mnie było to przeznaczenie, a dla ciebie może jednak przypadek... jak i wiele następnych, którymi potwierdzałeś, że uczucie jest najważniejsze
i determinujące. Owszem jest determinujące, ale na wieki. Dla mnie zawszebędziesz jedyny i najważniejszy.
- Rety! Ty oszalałaś! - Najlepsza przyjaciółka była wyraźnie
zbulwersowana. - Odbiło ci, aby tak uzależnić się emocjonalnie
od faceta! On ma inne, a ty go kochasz, jesteś szalona.
- Czy ty wciąż nie rozumiesz, że chodzi o miłość Mary Shelley
do jej męża! - Ja też zareagowałam bardzo emocjonalnie.
- W małżeństwie tak się nie kocha - w sposób zdecydowany
i opanowany stwierdziła najlepsza przyjaciółka.
- Zależy w jakim. Gdy oboje są wyjątkowi, to owszem.
- Rzeczywiście masz na myśli Mary Shelley i jej męża poetę,
a nie siebie. Przekonałaś mnie. Przede wszystkim ty nie masz
talentu oraz nie jesteś wyjątkowa, co powtarzam po raz kolejny
i do tego nie masz chłopaka ani nikogo, kto by się w tobie mógł
zakochać. Nawet teoretycznie.
- No właśnie, bo to o wyjątkowej miłości Mary Shelley, a nie
o mnie. Nie uzurpuję sobie nadziei do czegoś, co jest dla mnie
marzeniem tylko.
Najlepsza, choć nie wiem, czy na pewno dobrze mi życząca
przyjaciółka, odetchnęła z ulgą. - Jest zatem szansa, że nie
otumani cię żaden Romeo realizujący swoją koncepcję miłości
nietypowej lub romantycznej - dodała.
"Wyobrażam sobie jednak, że istniejesz ty, dla którego można
zatracić się w miłości" - pomyślałam.
Cześć, dziewczyny (znowu tradycyjnie Was witam)
Gdy przeszłyśmy już przez wszystkie fazy romantycznej
miłości, czyli zauroczenie, oczarowanie, wieczorne spacery,
kolacje przy świecach, kwiaty na każdej randce i seks z kilkoma
orgazmami w ciągu jednej nocy albo godziny (to zależy od
osobniczych lub innych możliwości), okazuje się, że następnie
następuje codzienność. Czy codzienność może być romantyczna
z chłopakiem lub facetem, który oferował nam miłość
romantyczną? Romeo i Julia[3] nie doczekali konfrontacji romantycznego uczucia z trywialną codziennością, ponieważ ich związek
zakończył się na romantycznej decyzji, że zawsze będą razem, lecz
w świecie tak zwanym duchowym, więc nierealistycznym. A co
by było, gdyby rodzice Romea i Julii zgodzili się na ich ślub i tym
samym realistyczny związek na wieki? Wcale nie jest pewne,
że po kilku latach by się nie rozwiedli. Co prawda, wówczas
rozwód nie był tak bezproblemowy jak współcześnie, ale można
i bez rozwodu ewoluować od romantyzmu do równie
romantycznej rozpaczy ze względu na to, że nie jest już tak
romantycznie... ale prozaicznie, trywialnie i nudno. Ona traci figurę
nastolatki, na twarzy pojawiają się zmarszczki, które zakłócają
jego potrzeby estetyczne i poza tym on już wie o niej wszystko,
a wszystko to, co w niej zawarte, nie jest już tak podniecające jak
podczas pierwszych nocy, gdy byli bardzo młodzi. On z kolei jest
coraz bardziej obojętny, niemiły, owszem czasem kupi jej kwiaty
albo bzyknie, bo ma fizjologiczną potrzebę, a u niej jego dotyk
wciąż wyzwala pragnienie czułości i miłości. Ale to bardziej
tęsknota za niezwykłymi stanami uczuć od dotyku ukochanego
niż wiara, że między nimi coś jeszcze się wydarzy...
romantycznego. Zatem czy nie można być szczęśliwym bez romantyzmu?
Pewnie można, ale wówczas wymagania wobec ludzi bywają
niemożliwe do spełnienia. Muszą wzajemnie się szanować, mieć
wrażliwość i empatię, aby nie robić sobie przykrości oraz mieć
nieustanną chęć bycia razem... bo razem ciekawiej.
- Więc muszą oboje być ciekawi - spuentowała najlepsza
przyjaciółka.
- Dla każdego co innego jest ciekawe, choć niekoniecznie dla
obojga to samo - odpowiedziałam, siląc się na filozofię.
- Filozoficzne - dodała, nawet bez złośliwości, najlepsza
przyjaciółka. - Prawda jednak jest taka, że najciekawszy film
w końcu przestaje być ciekawy, jeżeli codziennie go oglądasz.
- A mnie Romeo i Julia zawsze inspirują! - Postanowiłam się
z nią nie zgodzić, to znaczy z jej pesymizmem.
- Pewnie, bo za każdym razem inaczej ich sobie wyobrażasz.
A gdy kochankowie są razem, w pewnym momencie wyczerpuje
się im limit wyobrażeń i rzeczywistość bezpardonowo
przypomina, że wymaga konkretów, a nie masek, złudzeń. Obiadu nie
zastąpisz wyobrażeniem o nim. Ile możesz ugotować obiadów,
aby się nie znudzić?
Zamyśliłam się. - Trochę - odpowiedziałam.
- To masz szansę na trochę miłości, bo następnie to już będzie
przymus, a nie przyjemność... gotowania obiadów
oczywiście. Chyba że odnajdziesz w sobie pasję kulinarną i zostaniesz
kucharką.
- A ja myślę, że obiad to obiad, a miłość to miłość,
wykluczając ewentualną moją pasję do gotowania - stwierdziłam
stanowczo.
- A ja myślę, że codzienna rutyna pozbawia uczucia
niezwykłości. Chyba że kochasz tę codzienność jak Romeo Julię przed
ich zapoznaniem się z przyziemnością tej codzienności, która
notabene nigdy nie została im dana.
- Te wszystkie duperele typu sprzątanie, gotowanie oraz inne
czynności rutynowo powtarzane mają mnie nieustannie kręcić
i nakręcać? Faktycznie niemożliwe - przyznałam ze smutkiem.
- Więc co?
- Żaden związek nigdy wiecznie nie będzie szczęśliwy -
wyrecytowałam jak wywołana do tablicy.
- Co stanowi o szczęściu? - Najlepsza przyjaciółka drążyła
moją podświadomość jak śledczy.
- Szczęśliwy związek - natychmiast odpowiedziałam.
- No to kiepska perspektywa przyszłości, jeśli chodzi o miłość
romantyczną. Trzeba będzie zwyczajnie i bez nadziei zająć się
obowiązkami. Realistyczna miłość w realistycznym świecie. Co
ty na to?
- Wszystko przeliczone, wycenione, przemyślane
i przewidziane. Łącznie z rutynowymi duperelami. Tak?
- Tak - przyznała najlepsza przyjaciółka. - Czasem się udaje.
- A czasem nie, ponieważ pojawia się marzenie o miłości
romantycznej, natomiast po bilansie dotychczasowego związku
okazuje się, że jest plajtą. Kto by przewidział, prawda? -
zapytałam, udając naiwną.
- Co tam, pójdę więc na randkę bez złudzeń i nadziei. Ale
może w ogóle na nią nie pójdę?
- W tej sytuacji nie warto - przytaknęłam.
- Nie warto - potwierdziła moją opinię najlepsza przyjaciółka,
lecz na randkę poszła.
Cześć, cześć (może być takie powitanie?)
Lato to taka pora roku, że bardziej niż podczas innej pory roku
ważne jest to, co na siebie włożymy i jak wyglądamy. Jeżeli
chodzi o mnie, to ja najchętniej bym przechodziła całe lato (pod
warunkiem że jest upalne) w szortach i T-shircie plus klapki.
Włosy związane, zero makijażu, ponieważ i tak się roztapia...
i wystarczy angażowania się w swój wygląd. Ale to tylko
teoretycznie. Bo nieustannie nęka mnie pytanie, które sama sobie
zadaję: czy więcej zakryć czy więcej odkryć? Latem oczywiście.
Co zakryte, to jednocześnie jest chronione od słońca, ale zakrywa
to, co może byśmy chciały pokazać. Natomiast za dużo pokazać
to albo porażka wizerunkowa, bo nie wszystko nadaje się do
pokazania, albo powoduje za dużo komentarzy, na które nie jesteśmy
gotowe. Jeżeli to będzie och! i ach! z zachwytu, to fajnie, gorzej,
jeżeli to opcja na depresję, a następnie schowanie się do końca lata
gdzieś w kącie, aby nas nikt do jesieni nie oglądał. Bo wiadomo,
jesienią jest większa możliwość doboru stroju do pogody, także
do pogody lub niepogody ducha. Zatem lepiej się nie stresować
i ubierać tak, aby nie prowokować komentarzy, szczególnie tych
krytycznych, czy iść va banque i przede wszystkim czuć się dobrze.
A więc paradować po centrum miasta w stroju kąpielowym, który
w sklepie nazwano minikombinezonem lub w sukience miniówce,
uszytej z apaszki mamy, czy dowiedzieć się, że chyba szykujemy
się do nowicjatu w zakonie od osoby, którą byśmy chciały
oszołomić swoją bezpruderyjnością? Również opinia, że wyglądam
jak dziwka nigdy dla mnie nie stanowiła komplementu. Więc co?
Ubrać się czy rozebrać?
- Na randce to bardziej należy przewidywać rozbiórkę -
zachichotała najlepsza przyjaciółka. Jednak zaraz zmarkotniała.
- Suwak ci się popsuł przy sukience i nie mogłaś jej zdjąć
w odpowiednim momencie? - zapytałam z troską.
Najlepsza przyjaciółka popatrzyła na mnie złowrogo
i uznałam, że zaraz zacznie płakać.
- Przepraszam, no wiesz, żart może nie był zbyt
wyrafinowany, ale...
- Ale on to dopiero cham. - Najlepsza przyjaciółka zaraz na
pewno zacznie płakać - stwierdziłam. - Cały czas gapił się na
mnie jak na małpę! - powiedziała ze złością.
- Przecież oni poniekąd od tego są, aby się gapić na to, co im
się podoba.
- Rzecz w tym, że ja mu się nie podobałam, a i tak się gapił
i do tego wrednie gadał.
- Trzeba było wyjść i zostawić matoła. Niechby się gapił na
ścianę.
- Tam ściany nie było, bo siedzieliśmy w ogródku
kawiarnianym - wytłumaczyła mi najlepsza przyjaciółka.
- O! To miał dużo innych możliwości do gapienia się. Na ulicę
na przykład. Dużo samochodów jeździ, jest na co popatrzeć
i co wybierać. Ma jakieś szczególne preferencje, jeżeli chodzi
o gust?
- Na pewno ja nie jestem w jego guście. Gapił się i gapił, a ja
czułam się, jakby ktoś walił mnie po twarzy.
- Aż tak to przeżywałaś? Co miałaś na sobie? - dopytałam.
- Tę koszulkę z napisem "Pogadamy - obadamy" i jeansy.
- Oszalałaś! Iść na randkę w dżinsach i w koszulce, w której
wyglądasz, jakbyś szła pielić ogródek!
- To może dlatego zaprosił mnie do ogródka. Ale dlaczego tak
się gapił?
- Trzeba było zapytać - poradziłam.
Najlepsza przyjaciółka chyba nie chciała znać odpowiedzi,
a ja wciąż się zastanawiałam, dlaczego tak się ubrała. A niby
ja jak się ubrałam na randkę z byłym? No właśnie jest już
"byłym". Za te dżinsy i koszulkę z małpą? Koszulkę chciał
mi zdjąć po godzinie, więc może trzeba było włożyć coś, na
co dużej chciałby się gapić i nie musiałabym już po godzinie
dać mu do zrozumienia, że koszulki mi nie zdejmie, a tym
bardziej jeansów, pomimo tego, że było bardzo gorąco. Tak
że po godzinie znaliśmy się już doskonale, to znaczy co kto
komu może zaoferować w potencjalnym związku. Moja opcja
wyraźnie go nie usatysfakcjonowała, więc nie ma co więcej
wspominać, ponieważ nie ma czego. Natomiast zaczęłam
intensywnie myśleć, jaką kreację powinna najlepsza przyjaciółka
włożyć na następną randkę, niezależnie od tego, z kim by ta
randka była. Może pożyczę jej miniówkę z koronki albo szorty?
Gdy już dobierałam w wyobraźni do szortów koszulkę,
najbardziej wydekoltowaną, jaką miałam, zadzwonił smartfon
najlepszej przyjaciółki. Miałam więc chwilę, aby dopracować
stylizację do sukienki.
- Dobrze! Dobrze! - Najlepsza przyjaciółka była
zdecydowanie szczęśliwa i podekscytowana.
- Rodzice zasponsorowali ci wakacje? Gdzie? Mogę wiedzieć?
- Nie! On zadzwonił! Jurto znowu się spotykamy! Pożyczysz
mi koszulkę z małpą? - zapytała z nadzieją. Niech się na małpę
gapi, a nie na mnie.
- No może - przytaknęłam. Nie opowiedziałam jej jednak
o tym, że ta koszulka powoduje chęć jej zdjęcia... już po
godzinie spotkania. A może najlepsza przyjaciółka nie będzie
miała nic przeciwko temu?
- Może jeszcze szorty ci pożyczę? - zaproponowałam.
- Nie, jeansy są OK. Przecież idziemy na następną randkę,
więc...
- Podobasz mu się nawet w jeansach na randce w lecie -
doprecyzowałam.
A moje refleksje: zakryć czy odkryć? Dziewczyny, musicie
same zdecydować, co w danej sytuacji wybrać.
Cześć (będzie zwięźle na temat niezwięzły)
Dziewczyny, czy zdarzyło wam się coś zrobić "za bardzo"? Za
bardzo się zakochać, za bardzo zrobić sobie makijaż, za bardzo
się wystroić, za bardzo coś skomentować lub za bardzo uwierzyć
lub nie uwierzyć, za bardzo tęsknić lub nie lubić? Zresztą tych "za
bardzo" może być mnóstwo, to znaczy możliwości w tej kwestii.
Czy zawsze wtedy okazujemy się idiotkami, jak nas wówczas
niektórzy oceniają lub osobami dziwnymi, nadmiernie
emocjonalnymi, zbyt krytycznymi lub naiwnymi, bezkompromisowymi
albo kipiącymi od nienawiści lub platonicznej miłości? Wszystko
to razem stanowi niezbyt przyjazny i fajny nasz wizerunek, bo
"za bardzo" zawsze jest jakby nieprzystosowawcze. Zakochać
się za bardzo i do tego platonicznie! Wyobrażacie sobie, co to za
męki dla serca i ducha, aby w rezultacie pogrążyć się w smutku
i depresji. Naturalnie, zależy od przypadku w którym się
zakochałyśmy, czy zwątpimy w sens uczuć na dzień, na tydzień, na
rok, czy na dłużej. Zawsze jednak przyjaciółka może powiedzieć:
po co tak się angażujesz uczuciowo, skoro on nie jest tego wart?
A kto może wiedzieć, czy on jest czegoś wart, czy nie, jeżeli nie
spróbujemy go poznać? Jeżeli uda nam się poznać obiekt swoich
uczuć, a następnie się nim rozczarujemy z rozmaitych powodów,
to przynajmniej wiemy, dlaczego się rozczarowałyśmy, choć
wciąż nie będziemy wiedzieć, dlaczego w tym draniu się
zakochałyśmy. Bo załóżmy, że lubimy wysokich blondynów albo niskich
brunetów, albo takich z fantazją, lub wyłącznie usportowionych.
I akurat trafia nam się ten wymarzony i... nie wiemy, co z sobą
zrobić. Bo spać nie możemy, wciąż o nim myśląc, z apetytem
też różnie bywa i do tego tysiące obrazów wspólnego szczęścia
na wieki nam się objawia. A objawia się tylko on, owszem,
zainteresowany, ale niekoniecznie naszymi atutami, jeżeli w ogóle
w jego mniemaniu je mamy, natomiast brak naszych atutów
rekompensuje mu zachwyt nad urodą naszej przyjaciółki lub po
prostu innej dziewczyny. No cóż, uroda to wielki dar od Bozi
dla niektórych dziewczyn, a chłopaki, wiadomo, wzrokowcy,
więc każda z nas, nieodpowiadająca standardom doskonałości,
może czuć się zakłopotana, onieśmielona lub nic nie warta w ich
towarzystwie... i do tego zakochana za bardzo w tym, który
nie daje jej żadnej nadziei na spędzenie wspólnie choćby kilku
randek, a więcej nawet nie ma co sobie wyobrażać. Tylko jak
nie zakochać się za bardzo, skoro nie wiemy, dlaczego w ogóle
się zakochujemy, ponieważ to nieprzebadana ostatecznie reakcja
chemiczno-emocjonalna. Wiadomą przyczyną jedynie jest fakt,
że on podoba nam się z jakichś powodów i te powody to wisienka
na torcie uwielbienia za bardzo. Ale czy chłopaki wiedzą, że my
tak mamy? To znaczy, że zakochamy się za bardzo, a następnie
cierpimy z powodu nieodwzajemnionych uczuć, które nie są tak
"za bardzo" jak nasze. Wiedzą albo nie wiedzą, w każdym razie,
gdy zorientujemy się, że drań nie zasługuje na nasze "za bardzo",
nie wolno mu okazać swoich ekstremalnych uczuć zakochania.
Bo narażamy się wówczas na ich wykorzystanie albo
ośmieszenie albo wyszydzenie i upokorzenie. A tego żadnej z was
nie życzę, bo pozbierać się po takim nieodwzajemnionym "za
bardzo" w miłości nie jest łatwo.
- A skąd ty niby o tym wszystkim wiesz? Chyba nie z lektury
o Bridget Jones? - zapytała najlepsza przyjaciółka.
- No tak przewiduję - mruknęłam.
- Tego nie da się przewidzieć, lecz trzeba samemu przeżyć,
aby innym dawać takie ostrzegawcze rady. Bolało, co?
- Co niby bolało? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
- Jak cię potraktował, gdy zaproponowałaś mu spotkanie,
a on spotkał się z tobą, a następnie opowiedział ci o wszystkich
wadach, jakie masz i może nie masz.
- Co z tego? Wiem o sobie więcej. - Starałam się być obojętna
oraz pogodzona z tym, czego się o sobie dowiedziałam, a nie
były to bynajmniej komplementy.
- Trzeba było mnie zapytać, też bym mogła szczerze
powiedzieć ci o tym lub owym. - Najlepsza przyjaciółka wyraźnie
miała chęć na takie wyznania względem mnie.
- Zatem też masz chęć na ekstremalnie szczere opinie?
- Jak sobie życzysz. Ale na pewno moja opinia nie
sfrustrowałaby cię na tydzień.
- W ogóle twoje opinie mnie nie frustrują - powiedziałam tym
razem naprawdę obojętnie.
- Bo ci na mnie nie zależy - wydawało się, że najlepsza
przyjaciółka jest trochę zawiedziona.
- Zależy, ale w inny sposób. Poza tym dałam radę przyjąć
te wszystkie obelgi i oskarżenia. Nie jestem taka depresyjna
mimoza, jak sądzisz.
- Aż taki był chamowaty?
- Może za bardzo szczery - wyjaśniłam.
- Więc w rezultacie do siebie pasowaliście. On był też
z gatunku "za bardzo".
- Niby tak. Ale w innych kontekstach byliśmy za bardzo. Nie
zawsze się to przyciąga.
- Nie zawsze - przyznała najlepsza przyjaciółka. Zazwyczaj
wcale. Wiem, bo niedawno za bardzo się śmiałam z czegoś,
z czego chyba nie powinnam i posądzono mnie o to, że jestem za
bardzo bezczelna. A ja nie miałam żadnych złych intencji.
Śmieszyło mnie, więc się śmiałam. I bynajmniej nie rozkochałam
w sobie tego, który za bardzo mnie skrytykował. Chciał mnie
nawet pozwać do sądu za obrazę tego, co mnie tak śmieszyło.
- Też był "za bardzo". - Diagnoza była łatwa i oczywista.
- No właśnie - przytaknęła najlepsza przyjaciółka.
- Więc może lepiej tak się zaprogramować, żeby nic za bardzo
sercem nie odczuwać i za bardzo nie reagować.
- Nie da się. Ale dobrze, że ostrzegłaś dziewczyny. Lato, czas
namiętności, szczególnie tych za bardzo.
- Skupiłam się tylko na miłości za bardzo - doprecyzowałam.
- Inne "za bardzo" mogą wywołać podobny skutek. Więc
dla ochłody butelka zimnej wody do wypicia albo prysznic -
najlepsza przyjaciółka moralizowała prawie jak moja mama.
- A następnie po kilku dniach, miesiącach albo latach, wiesz,
że on cię już zupełnie nie obchodzi... za bardzo oczywiście.
Dziewczyny, muszę jeszcze coś dodać w kwestii uczuć "za
bardzo", więc cześć i już wyjaśniam, co mam na myśli...
Otóż rzeczywiście, często tak samo z siebie bierze się
olśnienie i zakochanie. Nazywa się to zakochaniem od
pierwszego wejrzenia i... ile wierszy, książek o tym napisano, ile
piosenek powstało, ile filmów nakręcono, więc wiecie, o co
chodzi. To jakby uczuciowy błysk, i rozjaśnia nam się
świadomość, pewność, że ten, którego nagle widzimy w aureoli
miłości, jest jedynym na świecie takim wyjątkowym
egzemplarzem wszelkich zalet. Następnie coraz bardziej wierzymy,
że nie pomyliłyśmy się co do niego, ponieważ z dnia na dzień
coraz bardziej jesteśmy zakochane i rozanielone. Oczywiście
nie dzieje się to bez powodu. Nasz obiekt uczuć coraz bardziej
bowiem stara się udowodnić, że jest godny naszego zachwytu
nad nim, uwielbienia. Potwierdza to na różne sposoby, jakie to
sposoby niewątpliwie wiecie, poza tym na każdą z nas działa inny
sposób, wprowadzający coraz bardziej w przestrzenie, o których
nie przypuszczałyśmy, że istnieją w świecie tak zwanym
niematerialnym. W materialnym również, ponieważ dowody miłości
muszą czasem zaistnieć w rzeczywistości, a bukiet kwiatów to
chyba najbardziej typowy i lubiany przez nas sposób
okazywania przez niego uczuć. Następnie można wymienić wieczorne,
romantyczne spacery, kolacje przy świecach albo wystarczy,
że przekąszenie razem lub wypicie czegoś, w nastroju
wyjątkowym. Wspólne pójście do kina też robi wrażenie, szczególnie
gdy on bierze nas za rękę, a jego dotyk obezwładnia nie tylko
naszą rękę, ale i całe ciało w taki sposób, że gdy wychodzimy
z kina nie bardzo pamiętamy, o czym był film, ale na pewno
wciąż czujemy niesamowite uczucie błogości i szczęścia, jakiego
dostarczył nam dotyk ukochanego. Gdy tak sobie o tym piszę, nawiedzają mnie obrazy z pewnego filmu[4], które świetnie
prezentują te wszystkie stany wstępu, a następnie rozwoju zakochania.
Zatem, jako uzupełnienie poglądowe, polecam. Ale co to ma
wspólnego z miłością "za bardzo"? Otóż nadchodzi moment, gdy
miłość za bardzo zamienia się w refleksję, czy na pewno słusznie
tak hojnie obdarowałyśmy naszego wybranka uczuciami "za
bardzo" właśnie. Przyczyn tego może być kilka. Albo my nagle,
pod wpływem jakiegoś zazwyczaj niekoniecznie fantastycznego
doznania, otwieramy ze zdziwienia oczy, że ten ideał okazuje się
małostkowym, skąpym pod każdym względem dupkiem albo on
uznaje, że przestała fascynować go nasza zarówno zewnętrzność,
jak i wewnętrzność. Może również nastąpić niedogadanie się
w jakichś kwestiach lub taka rozbieżność opinii na temat
szczególnie dla obojga ważny, że osiągnięcie porozumienia okazuje się niemożliwe. Więc dlaczego w takim matole się zakochałam? -
myślę ja, myśli ta lub inna. Ponieważ on robił wszystko, aby nas
przekonać, że nasze wyobrażenie o nim jest nie tylko
wyobrażeniem, a my w to bezkrytycznie wierzyłyśmy. Natomiast kwestia
wiary w ogóle, to jakby następny kontekst tego problemu,
niekoniecznie teologiczny, lecz z mojego punktu widzenia. W ocenie
zaś najlepszej przyjaciółki moja miłość za bardzo była
naiwnością i głupotą.
- Bo jak można dać wiarę takiemu gnojkowi. Zero
odpowiedzialności, tylko rozdęte własne ego do rozmiarów kosmosu -
podsumowała najlepsza przyjaciółka właśnie.
- W kosmosie, owszem, przez moment z nim byłam, gdy no
wiesz...
- Wiem, ale dobrze, że wróciłaś na Ziemię - najlepsza
przyjaciółka zupełnie nie chciała wykazać zrozumienia dla moich
romantycznych uniesień.
- Wierzyłam, ponieważ miałam powody wierzyć, że mnie
kocha - tłumaczyłam się faktycznie z wyjątkową naiwnością. -
Bo kto nie wierzy w dowody? A dotyczy to przecież nie tylko
miłości. Następnie nazywa się to naiwnością albo głupotą. Nie,
dziewczyny, nie jesteśmy głupie ani naiwne, po prostu wierzymy
draniom, a oni traktują nas niegodziwie. Niektórzy tylko,
oczywiście - znowu pewnie z naiwnością stwierdzam.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
[1] Postać, którą stworzyła Helen Fielding w serii swoich książek o Bridget Jones. Na kanwie książek powstały również trzy filmy (Dziennik Bridget Jones, W pogoni za rozumem oraz Bridget Jones 3), w których główną rolę, czyli BJ,
gra Renée Zellweger.
[2] Mary Shelley - angielska poetka i pisarka okresu romantyzmu.
[3] Romeo Montecchi i Julia Capuletti - romantyczni kochankowie w wersji Williama Szekspira na podstawie dramatu pod tytułem Romeo i Julia.
[4] La La Land - film USA, reż. Damien Chazelle.