Sprawy Soni Kranz (#2). Pastwa - Agnieszka Jeż

Kup ebooka

35.90 zł
29.07 zł (28,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

- Wszystko da się za­ła­twić.

Po­wie­dział to, po­nie­waż za­wsze tak mó­wił, gdy sprawy się kom­pli­ko­wały. Taki od­ruch. Tym ra­zem je­dyny, na jaki mógł się zdo­być, po­nie­waż sie­dział przy­wią­zany do krze­sła; sta­ran­nie i mocno - obie nogi od­dziel­nie, ręce także. Me­bel był so­lidny, ciężki, z pod­ło­kiet­ni­kami. Pró­bo­wał go prze­su­nąć, ale uda­wało mu się tylko na chwilę ode­rwać drew­nianą kon­struk­cję od pod­łoża. Spo­cił się; nad­we­rę­żone mię­śnie drżały jak na wu­efie w pod­sta­wówce, gdy na­uczy­ciel ka­zał im bie­gać na ty­siąc me­trów, a on już po pierw­szym okrą­że­niu czuł się tak, jakby był zbu­do­wany z ja­kie­goś nie­roz­cią­gli­wego ma­te­riału sła­bej ja­ko­ści, który za­raz się roz­pad­nie. Za­ci­skał wtedy zęby, żeby prze­trzy­mać ból mię­śni i kłu­cie w boku, i do­bie­gał do mety, gdzie łap­czy­wie ła­pał od­dech. A po­tem się za­wziął i za­czął tre­no­wać. Nie, nie w szkole. Po lek­cjach, wie­czo­rami, żeby nikt nie wi­dział. Jego siła ro­dziła się w sa­mot­no­ści, bez świad­ków. Było zimno, śli­sko, wiatr przy­kle­jał prze­po­cone ubra­nie do skóry, która na­tych­miast po­kry­wała się gę­sią skórką, a on bez ta­ryfy ulgo­wej wy­mu­szał na ciele po­słu­szeń­stwo. Na wio­snę, kiedy wró­cili z za­ję­ciami z wu­efu na sta­dion, jako pierw­szy przy­biegł na metę. "No, no", na­uczy­ciel po­ki­wał głową. Żyła się na­zy­wał i taki był - chudy i mocny za­ra­zem. Po­chwała w jego ustach to było coś. Po­pa­trzył, chwilę po­mil­czał, a po­tem po­wie­dział: "Wszystko da się za­ła­twić, co?". Mu­siał go kie­dyś zo­ba­czyć, jak tre­nuje. Mała miej­sco­wość, trudno coś ukryć przed są­sia­dami. Kie­dyś go to de­ner­wo­wało, bo niby są plusy ta­kiej sy­tu­acji: lu­dzie czują, że są ze sobą zwią­zani. Fakt, różne te więzy, ale w su­mie... "Wszystko da się za­ła­twić".

Te­raz też. Na pewno.

Od­chrząk­nął. Gar­dło mu wy­schło, przez chwilę prze­su­wał ję­zy­kiem po pod­nie­bie­niu, żeby po­bu­dzić śli­nianki do pracy.

- Wszystko da się za­ła­twić - po­wtó­rzył. Sta­rał się mó­wić spo­koj­nym, prze­ko­nu­ją­cym to­nem. Nie mógł po­ka­zać po so­bie zde­ner­wo­wa­nia. Mu­siał grać od­waż­nego i pew­nego sie­bie. Na co dzień nie miał z tym żad­nych pro­ble­mów, ale te­raz... Gdzie on był? Kto go tu przy­wiózł i po co? Zna­czy po co, to ja­sne. Cho­dziło o pie­nią­dze, bo je­śli nie wia­domo, jaki jest po­wód, to może być tylko taki. A on miał pie­nią­dze. To zna­czy jego ro­dzina miała. Za­płacą, a po­tem się skur­wy­sy­nów ści­gnie. Po­czuł, że za­ci­ska szczęki. Musi to opa­no­wać, nie da im tej sa­tys­fak­cji, nie zo­ba­czą jego stra­chu.

Na ra­zie jed­nak to on nic nie wi­dział. Naj­pierw mocno za­wią­zali mu opa­skę na oczach, tyle pa­mię­tał, kiedy się ock­nął w au­cie. Coś mu chyba po­dali, może w pi­ciu, a może w je­dze­niu, nie miał po­ję­cia, ale ja­koś go obez­wład­nili - bez uży­cia siły. Może gdyby go na­pa­dli... Bro­niłby się, po la­tach tre­nin­gów zro­bił się silny i wy­spor­to­wany. Kto wie, na czyją szalę prze­chy­li­łoby się zwy­cię­stwo. Póź­niej, kiedy jesz­cze nie do końca przy­tomny, zo­rien­to­wał się, że jest z nim słabo, bo ktoś go przy­wią­zał do krze­sła, dłoń w rę­ka­wiczce ścią­gnęła mu prze­pa­skę. Na­tych­miast ośle­piły go silne świa­tła re­flek­to­rów. Od­ru­chowo przy­mknął po­wieki. Nie był w sta­nie się ro­zej­rzeć, po­nie­waż ostry, bia­ło­żółty blask lamp osa­czał go ze wszyst­kich stron. Od razu przy­po­mniały mu się filmy, które oglą­dał. Tam też w taki spo­sób za­ła­twiali go­ści - różne sztuczki, żeby tylko ich nie roz­po­znali i nie wie­dzieli, gdzie się zna­leźli. W su­mie to do­brze, bo póki nie wie, z kim ma do czy­nie­nia, jest bez­pieczny. Go­rzej by było, gdyby po­ry­wacz lub po­ry­wa­cze zdra­dzili swój wy­gląd. Wtedy to ja­sne, że czapa. Ale nie te­raz. Bo te­raz pew­nie go na­grają, zro­bią mu zdję­cie z ak­tu­alną ga­zetą czy coś w tym stylu, żeby udo­wod­nić, że żyje, a póź­niej, gdy zgarną kasę, zo­sta­wią go tu albo gdzieś wy­rzucą. Je­śli tu, to ktoś go znaj­dzie, na­wet je­śli nie po­da­dzą ad­resu. Był w ja­kimś bu­dynku, tak czuł. Cał­kiem cie­pło, nic nie pa­dało na głowę. Za­pach nor­malny, nie­piw­niczny, więc miej­sce ła­twiej­sze do na­mie­rze­nia. Nie da się tego prze­oczyć pod­czas po­szu­ki­wań. Nie po­tra­fił oce­nić, jak długo go wieźli, ale tro­chę to trwało. Tak czy owak - bę­dzie do­brze. Za­wsze było.

- Wszystko da się za­ła­twić.

Te­raz za­brzmiało znacz­nie le­piej. Głos miał opa­no­wany i pewny sie­bie. Taki aku­rat.

Szur­nęło. Ktoś się po­ru­szył za lam­pami.

Pró­bo­wał coś wy­pa­trzeć, ale świa­tło za mocno go ra­ziło.

- Pie­nią­dze to nie pro­blem. Do­ga­damy się.

Do­dał, żeby było ja­sne, że ma świa­do­mość re­guł tej gry. Że im się pod­po­rząd­kuje. Na ra­zie.

Znowu ja­kiś od­głos, któ­rego nie po­tra­fił zi­den­ty­fi­ko­wać. Zmiana w na­tę­że­niu świa­tła - chwi­lowa ulga, bo przed bocz­nym re­flek­to­rem po­ja­wił się cień. Nie, nie cień. Ktoś w kom­bi­ne­zo­nie ro­bo­czym i ma­sce na twa­rzy. Ta­kiej jak ta z Domu z pa­pieru. Po­stać unio­sła rękę. Mi­gnęło coś dłu­giego i ob­łego. Po­czuł pot na ple­cach. Czy to pałka? Chcą mu spu­ścić ło­mot? Zmięk­czyć go? Na­stra­szyć? A może to tylko do tych zdjęć? Przy­po­mniała mu się scena z ja­kie­goś filmu, gdzie ob­ci­nali po­rwa­nemu palce i wy­sy­łali je do ro­dziny. Już chciał ne­go­cjo­wać, ale przy­szło mu do głowy, że w ten spo­sób osłabi swoją po­zy­cję. Ci, co po­ka­zują lęk, prze­gry­wają. Musi za­cho­wać zimną krew. Na ze­mstę przyj­dzie czas póź­niej. Po­stać zro­biła krok do przodu. Ręka z przed­mio­tem była te­raz le­piej wi­doczna. Pałka. Ale krót­sza. I chyba me­ta­lowa. A może coś in­nego, ale rów­nie zło­wiesz­czego?

Wy­rzut ad­re­na­liny prze­szył jego ciało jak prąd.

Syl­wetka znowu się zbli­żyła. Jego stopa za­częła ryt­micz­nie drgać. Nie po­tra­fił tego opa­no­wać.

Co oni chcą mu zro­bić? Co mu chcą po­wie­dzieć - że wie­dzą, kim jest? Że stoi za nim ma­ją­tek Wil­skich, tych od za­kła­dów mię­snych? No pew­nie, że wie­dzą. Nie, nie da się za­stra­szyć, nie po­każe im, że się boi. A po­tem, już po wszyst­kim, znaj­dzie ich. Wy­cią­gnie spod ziemi i się ze­mści. Żadna po­li­cja czy sąd nie będą mu po­trzebne.

Ode­tchnął. Lekko się uśmiech­nął.

- Po­wtó­rzę: wszystko da się za­ła­twić.

Miał głos pre­zen­tera te­le­wi­zyj­nego, pew­nego sie­bie i swo­jej wyż­szo­ści nad tymi, co po dru­giej stro­nie ekranu. On mó­wił, tamci słu­chali. On nada­wał ton, bu­do­wał at­mos­ferę, kie­ro­wał ich my­ślami. Znał tę tak­tykę, prak­ty­ko­wał.

Po­stać znowu zro­biła krok do przodu i sta­nęła na­prze­ciwko niego.

Te­raz mógł le­piej się przyj­rzeć po­ry­wa­czowi. Ka­lo­sze albo gu­mo­filce, dre­li­chowy kom­bi­ne­zon, na dło­niach rę­ka­wice, na twa­rzy ma­ska. Ani ka­wałka ciała po­zwa­la­ją­cego na iden­ty­fi­ka­cję. I do­brze. To mimo wszystko był gwa­rant jego bez­pie­czeń­stwa.

Ręka, ta bez przed­miotu, po­woli za­częła się pod­no­sić. Śle­dził jej ruch. Na wy­so­ko­ści klatki pier­sio­wej dłoń skrę­ciła i przy­bli­żyła się do głowy. Do­tknęła ma­ski. Zła­pała jej dolną kra­wędź i lekko unio­sła.

Jego stopa znowu za­częła drgać. Nie chciał wi­dzieć tej twa­rzy, prze­cież to by zna­czyło, że...

Ma­ska po­wę­dro­wała do góry, a on za­ci­snął po­wieki.

- Wszystko da się za­ła­twić - po­wie­dział, tym ra­zem nie pa­nu­jąc nad nutą lęku.

- Nie, tego nie da się za­ła­twić.

Zdrę­twiał. Znał ten głos. Ale to prze­cież nie­moż­liwe... Otwo­rzył oczy.

Nie mógł uwie­rzyć w to, co wi­dzi.

Roz­dział 1

- Nie mogę uwie­rzyć w to, co wi­dzę.

Mina Pio­tra Dęb­skiego mó­wiła jed­nak co in­nego - że to, co miał przed oczami, nie­wąt­pli­wie było praw­dziwe, ale mimo tej pew­no­ści chęt­nie po raz ko­lejny roz­po­cząłby pro­ces we­ry­fi­ka­cji. Sie­dział na łóżku, z pod­kur­czo­nymi no­gami, opie­ra­jąc się na pię­tach. So­nia Kranz po­my­ślała, że Piotr ma bar­dzo sek­sowny ty­łek, choć te­raz wi­działa go tylko z boku. "Dupka jak orze­szek", przy­po­mniał jej się li­ce­alny tekst usa­dza­jący ko­le­gów w od­po­wie­dzi na ich koń­skie za­loty. Par­sk­nęła.

- Taki je­stem śmieszny? - Przy­bli­żył się do niej. Te­raz klę­czał i opie­rał się o ma­te­rac dłońmi. Był naj­przy­stoj­niej­szym hi­pi­sem, ja­kiego można so­bie wy­obra­zić.

- Tro­chę...

Po­sta­no­wiła się z nim po­dro­czyć. Wtedy, gdy miała kil­ka­na­ście lat, wszystko na te­mat seksu po­wo­do­wało u niej spię­cie, które naj­czę­ściej ma­sko­wała ner­wo­wym chi­cho­tem. Zresztą nie była w tym od­osob­niona, choć pewne dziew­czyny - te "wy­uz­dane", jak mó­wiła matka - trak­to­wały tę sferę ży­cia jako coś oczy­wi­stego i nor­mal­nego. Ja­kim cu­dem So­nia da­wała so­bie wmó­wić, że to z nimi jest coś nie tak? Ano pew­nie ta­kim, że wtedy nie było tych wszyst­kich ksią­żek i fil­mów, które mło­dzi so­bie py­kają wie­czo­rami i które ro­bią całą ro­botę za dom i szkołę. Julka o nic jej nie py­tała, ale So­nia wie­działa prze­cież, co córka od­pala na Net­flik­sie i ja­kie e-bo­oki ściąga. WDŻ w prak­tycz­nym wy­da­niu miała już prze­ro­bione. I pew­nie była to wie­dza lep­sza od tej, którą ofe­ro­wała szkoła - lek­cje od­dziel­nie dla dziew­czy­nek, od­dziel­nie dla chłop­ców, żeby nie za­wsty­dzić ich sło­wem "mie­siączka".

- A jak tro­chę? - Po­ło­żył rękę na jej brzu­chu.

Nie wcią­gnęła go. Nie czuła ta­kiej po­trzeby, mimo że kie­dyś jej się to zda­rzało. Chciała być per­fek­cyjna, zwłasz­cza że Krzysz­tof taki był - przy­naj­mniej je­śli cho­dziło o ze­wnę­trze, jak i całe ich oto­cze­nie. Po­tem zda­rzył się roz­wód i zwią­zana z nim po­trzeba sa­mo­dziel­nego utrzy­ma­nia sie­bie i córki, co wy­gnało So­nię do Mie­ro­szowa. Zła wróżka za­brała to wszystko, co wcze­śniej bu­do­wało Kranz - spo­kojne ży­cie ro­dzinne, ładny dom, brak fi­nan­so­wych trosk. Dała jej jed­nak wol­ność - cóż, że po­cząt­kowo nie­chcianą - a ta uru­cho­miła zmiany. One wciąż były świeże, ale kie­ru­nek, przy­naj­mniej tak wstęp­nie, obie­cu­jący. W związku z Dęb­skim wszystko do­brze kli­kało. Zde­cy­do­wała się wejść w tę re­la­cję na no­wych za­sa­dach, skoro stare się nie spraw­dziły. Lu­bię sie­bie, po­zwa­lam so­bie na to, co mi daje przy­jem­ność, nie ma w tym nic złego, po­wta­rzała do lu­stra za­wie­szo­nego nad sto­łem w sa­lo­nie. Ono wciąż było po­kryte śnie­dzią, ale So­nia za­częła zy­ski­wać ostrzej­szy kon­tur. Oczy były jakby zie­leń­sze, ciemne włosy bar­dziej błysz­czące. Tylko syl­wetka wciąż spor­towa, ale może hi­pisi nie szu­kają seks­bomb.

- Tro­chę. - Pod­cięła jego rękę, tak że stra­cił rów­no­wagę i padł na łóżko. - I co te­raz? - Prze­wró­ciła go na plecy i usia­dła na nim.

- Wy­god­nie ci? Nie za... twardo?

Znowu się za­śmiała. Tym ra­zem spon­ta­nicz­nie, głę­boko z trzewi.

- Nie, jest cał­kiem okej. - Wy­ko­nała ruch bio­drami, jakby chciała się le­piej umo­ścić. Rze­czy­wi­ście, twar­dość była od­czu­walna. Piotr Dęb­ski oka­zał się dłu­go­dy­stan­sow­cem i to prze­ćwi­czo­nym w wie­lo­boju ero­tycz­nym.

- A to co? - Od­wró­ciła się w stronę okna.

- Noc. Ciemna i głu­cha. Ide­alna do...

- Nie, nie głu­cha.

Pod­nio­sła się. Dęb­ski zła­pał ją za rękę, ale po­pa­trzyła na niego w taki spo­sób, że zwol­nił uścisk. Po­de­szła do okna i otwo­rzyła je.

- Uchy­lone to za mało? Tak cię moja obec­ność roz­grzewa? - Dęb­ski pod­parł się na łok­ciu i pa­trzył na nią.

- Nie po­chle­biaj so­bie. Choć masz pewne osią­gnię­cia, po­wiedzmy... ter­miczne.

- Prze­ra­biam ener­gię ki­ne­tyczną na...

- Sły­szysz? - prze­rwała mu.

Gdzieś z czar­nej, wrze­śniowo-wil­got­nej nocy do­cho­dziła mu­zyka. Na pewno nie z So­ko­łow­ska, ra­czej z dru­giej strony Stożka. Ale tam prze­cież nie było żad­nego lo­kalu roz­ryw­ko­wego. W ogóle żad­nego lo­kalu. W Uni­sła­wiu mieli je­den sklep spo­żyw­czy i tyle. A gdyby ko­muś prze­cią­gnął się ogro­dowy so­botni grill, nie by­łoby ta­kiego efektu. Dźwięki le­ciały z ja­kichś so­lid­nych gło­śni­ków.

- Rze­czy­wi­ście. - Dęb­ski sta­nął koło niej. - Coś tam gra. Chyba. Masz słuch jak nie­to­perz.

- Je­stem po­li­cjantką.

- Ale te­raz bez mun­duru. - Po­cią­gnął ją w kie­runku łóżka.

- Men­tal­nie po­li­cja za­wsze w mun­du­rze - dro­czyła się z nim. Za­raz ustąpi i zgo­dzi się na ko­lejną rundkę fan­ta­stycz­nego seksu, ale jesz­cze przez chwilę po­stoi i po­słu­cha, co tam się dzieje.

- Ja­kieś prze­czu­cia? - Dęb­ski na mo­ment spo­waż­niał.

- Nie. Po pro­stu się dzi­wię. Do tej pory nic ta­kiego się nie zda­rzyło.

- A może cho­dzi o coś in­nego?

Już miała zro­bić minę: "A o co?", ale Dęb­ski do­brze w niej czy­tał. Z jed­nej strony, co tu kryć, było Soni na rękę, że Julka spę­dzała week­end u ojca, bo dzięki temu ona miała wy­chodne - do Dęb­skiego. Nie chciała zo­sta­wiać córki sa­mej w domu. To, co po­cią­ga­jące w let­nie dni, czyli od­lu­dzie i spo­kój Ko­wa­lo­wej, w je­sienne wie­czory zmie­niało cha­rak­ter. No i wciąż wra­cała do niej śmierć ko­le­żanki Julki, Zuzi Kor­czab. Ona co prawda zgi­nęła z po­wodu chci­wo­ści, ale te wszyst­kie zgwał­cone dziew­czyny, z któ­rymi po­cząt­kowo Kranz wią­zała sprawę, były ofia­rami, bo zna­la­zły się w złym miej­scu o złej po­rze - na tych te­re­nach. Nie chciała, by sa­motną Julkę w Ko­wa­lo­wej spo­tkało coś po­dob­nego, więc do­brze, że wy­jeż­dżała do Wro­cła­wia, ale i tak So­nię to nie­po­ko­iło. Nie miała do­stępu do tego, co tam się działo - Julka mó­wiła, ile chciała. So­nia mo­gła jed­nak wy­wnio­sko­wać, że w ich sta­rym domu to­czyło się nowe, pęcz­nie­jące bań­kami szczę­ścia ży­cie. Za kilka mie­sięcy na świe­cie po­jawi się dzi­dziuś, w fir­mie do­brze, z na­rze­czoną cu­dow­nie, córka i pa­sier­bica w jed­nym ja­koś się wpa­so­wała w tę ramkę, a była żona nie uprzy­krzała im co­dzien­no­ści. Poza tym Julce bar­dzo bra­ko­wało kli­matu du­żego mia­sta. Bra­ko­wało jej też bli­skiej ko­le­żanki, bo prze­cież Zuzi już nie było. To wszystko nio­sło ze sobą ry­zyko, że Julka może chcieć za­miesz­kać z oj­cem.

- No. - Dęb­ski ob­jął ją ra­mie­niem.

Po­czuła, że ma gę­sią skórkę.

- Za­mknę okno.

Lekko się wy­wi­nęła. Lu­biła tego fa­ceta, bar­dzo, ale jesz­cze nie byli za­przy­jaź­nieni, zżyci. Jesz­cze nie chciała się przed nim do końca otwie­rać. W ogóle nie wie­działa, jak uło­żyć tę re­la­cję. Bo tak na­prawdę do­piero się tego uczyła. Naj­pierw była dziec­kiem, od­po­wie­dzial­nym i sa­mo­ogra­ni­cza­ją­cym so­bie spon­ta­nicz­ność (co wy­mu­szali nie­doj­rzali emo­cjo­nal­nie ro­dzice, któ­rzy na­uczyli ją wzorca an­ty­ro­dziny), a po­tem cze­kał ją je­den długi skok w do­ro­słość. Nie miała czasu na ado­le­scen­cję, ten okres dy­na­micz­nych pro­ce­sów doj­rze­wa­nia, ucze­nia się na wła­snych błę­dach i po­raż­kach, czyli zdo­by­wa­nia do­świad­czeń. Nie, ona się uro­dziła i od razu ze­sta­rzała w ele­ganc­kim i na po­zór gład­kim stylu.

Gdzieś przed nią wciąż było sły­chać mu­zykę, ale już ci­szej. So­nia do­ci­snęła drew­niane ramy i prze­krę­ciła klamkę. Może źle zro­biła, że od razu zgo­dziła się na pro­po­zy­cję Krzysz­tofa co do wa­run­ków roz­wodu? Mo­głaby to cią­gnąć, ja­sne, ale po co? Do­sta­łaby wię­cej? Ra­czej nie, prze­cież by­łoby ją stać naj­wy­żej na prze­cięt­nego praw­nika. Były już mąż oka­zał się, przy­naj­mniej w tej kwe­stii, cał­kiem w po­rządku. Po­mi­nął w roz­li­cze­niach firmę, dom i sa­mo­chód, ale miał na to pa­piery, a prze­cież li­czą się pa­piery, a nie przy­zwo­itość. W każ­dym ra­zie So­nia nie wy­szła z pięt­na­sto­let­niego związku z go­łymi rę­koma, choć za uzy­skaną sumę mo­głaby ku­pić co naj­wy­żej miesz­ka­nie w Mie­ro­szo­wie. "Z bie­giem ty­go­dni nowa na­stawi go do cie­bie go­rzej. Te­raz jej za­leży, bo chce jak naj­szyb­ciej wziąć ślub", stwier­dziła Magda. Magda znała ży­cie, So­nia po­szła więc za radą przy­ja­ciółki. I dla­tego w pią­tek po­je­chała z Julką do Wro­cła­wia, od­sta­wiła ją do Olki, ko­le­żanki, a po­tem wpa­dła do sądu. Kwa­drans wy­star­czył na za­koń­cze­nie tam­tego etapu ży­cia - Krzysz­tof na­wet to po­tra­fił za­ła­twić. "Wszystko się da", po­wie­dział. Wzdry­gnęła się, nie lu­biła tego po­wie­dze­nia, bo za nim stały układy, pie­nią­dze, zna­jo­mo­ści - do­wolne wy­brać. "Trzeba mieć po­dej­ście", do­dał, wi­dząc jej minę. Zwy­cię­ski, za­wsze zwy­cię­ski. Wzięła od­dech - wtedy i te­raz. Więc już nie byli mał­żeń­stwem; on po­je­chał ode­brać Julkę, po czym ru­szył ku świe­tla­nej przy­szło­ści, a ona wró­ciła do wy­naj­mo­wa­nego domu w ciem­nej ko­tli­nie. Gdyby nie Bob, pew­nie by się po­ry­czała. Choć i tak po­chli­py­wała. Pies, nie­pewny, pod­szedł do niej i po­ło­żył głowę na jej ko­la­nie. Po pro­stu le­żał i po­zwa­lał, by łzy ka­pały na jego sierść.

Do Dęb­skiego Kranz po­je­chała na­stęp­nego dnia. Już bez łez, za to z psem.

- No do­bra. To może zro­bię ci ka­napkę? Po­dobno ka­napka jest do­bra na wszystko. I ka­napką można po­ka­zać ko­muś, że... że jest ważny.

Usły­szała i nie za­re­ago­wała. Nie cały świat był zły, ale żeby utrzy­mać taki po­gląd, mu­siała za­cho­wać hi­gienę ży­cia, do któ­rej na­le­żało nie­wcho­dze­nie w nową po­ważną re­la­cję za­raz po roz­pa­dzie po­przed­niej. Sprawy mu­siały się ule­żeć. Uśmiech­nęła się do tego "ule­żeć", pa­trząc na sko­tło­waną po­ściel.

- O dru­giej w nocy? - Prze­nio­sła spoj­rze­nie na Dęb­skiego. - Zrób.

Dęb­ski po­ki­wał głową i po­szedł do kuchni. Jesz­cze przez chwilę mo­gła ob­ser­wo­wać jego na­gie ciało - do­piero w ko­ry­ta­rzu na­rzu­cił na sie­bie szla­frok.

So­nia po­czuła, że jest jej zimno. Już nie z po­wodu my­śli o prze­szłym, ra­czej dla­tego, że na ze­wnątrz tem­pe­ra­tura spa­dła do trzy­na­stu stopni, a sto­larka okienna w tym miesz­ka­niu nie była na­pra­wiana od no­wo­ści, czyli od po­nad stu lat.

Wró­ciła do łóżka i wsu­nęła się pod koł­drę.

Nie bę­dzie grze­bała w prze­szło­ści, prze­cież wie, że to de­struk­cja. Po pro­stu po­woli, krok po kroku, przej­dzie te wszyst­kie cho­lerne etapy roz­wodu, pra­cu­jąc nad sobą i emo­cjami. I do­brze, że wy­lą­do­wała w ta­kiej mie­ści­nie, bo, uwzględ­nia­jąc sta­ty­styki i pod­pie­ra­jąc to do­świad­cze­niem ży­cio­wym, ko­lej­nego za­bójcę lub za­bój­czy­nię bę­dzie ści­gała za kil­ka­na­ście mie­sięcy albo póź­niej. A na ra­zie mo­no­tonna ru­tyna i spo­kój.

Na­wet nie za­uwa­żyła, kiedy za­snęła.

- Ale chyba nie masz nic prze­ciwko? - Julka spoj­rzała py­ta­jąco na matkę.

Sie­działy przy stole w kuchni. So­nia się­gnęła po her­batę i wy­cią­gnęła z niej to­rebkę. Po­ło­żyła ją na łyżce, ob­wi­nęła sznu­recz­kiem i od­ci­snęła nad­miar na­paru, ale zro­biła to zbyt mocno, bo ma­te­riał pękł i część her­ba­cia­nej paćki wpa­dła do kubka.

- Nie mam, no skąd. - Odło­żyła łyżkę na ta­le­rzyk po ulu­bio­nych ciast­kach córki, które Julka przy­wio­zła z Wro­cła­wia, także z my­ślą o matce. Oj­ciec za­spon­so­ro­wał, w hur­cie, choć była to naj­droż­sza cu­kier­nia w mie­ście. Drugą, czy­stą łyżką, pró­bo­wała odło­wić dro­biny li­ści, które krę­ciły się w kubku. - Patrz, wszystko co­raz gor­sze ro­bią. Na­wet to­rebki do her­baty.

- To do­brze, bo nie chcia­ła­bym, żeby ci było przy­kro albo coś.

So­nia wresz­cie spoj­rzała na córkę.

- Nie bę­dzie mi przy­kro. To twój oj­ciec, więc...

- Tata. Mo­żesz mó­wić: tata? - Julka jej prze­rwała. - Pro­si­łam już o to.

- Se­man­tycz­nie... - za­częła So­nia, ale kogo ona chciała oszu­kać? - Do­bra: tata. Więc, to twój tata, który ma te­raz nowe ży­cie, i nie wi­dzę żad­nych po­wo­dów, dla któ­rych nie po­win­naś być jego czę­ścią. Na­prawdę.

- Bo ty też masz te­raz swoje ży­cie. - Julka znowu wbiła w nią spoj­rze­nie.

- Mam.

- A czy to ży­cie...

- Słu­chaj, Julka, ja nie ro­bię te­raz żad­nych pla­nów. Nie można tak z jed­nego w dru­gie, hop, hop. Trzeba so­bie dać od­dech, zaj­rzeć w sie­bie...

- Brzmisz jak... - Zmarsz­czyła czoło. - Jak kto? Bo cią­gle za­po­mi­nam.

- Jak Co­elho.

- No, jak on.

- A skąd ty wiesz, jak on pi­sze?

- Ufam ma­mie.

- Do­bra, masz mnie. Ale ja mó­wię se­rio. Te­raz po­trze­buję spo­koju i od­de­chu. Co póź­niej, to się zo­ba­czy.

- Ale week­endy beze mnie bę­dziesz spę­dzała w So­ko­łow­sku? - upew­niła się Julka.

- Chcesz za­py­tać: z Pio­trem Dęb­skim?

- No.

- Chyba tak.

Julka po­ki­wała głową.

- Cie­szę się. Tata też się cie­szy.

So­nia się usztyw­niła.

- Po­wie­dzia­łaś mu?

- Nie mó­wi­łaś, żeby nie mó­wić. Źle zro­bi­łam? - Julka też się spięła.

- Nie. No nie. Tylko... Zresztą nie­ważne.

- Bo ja ci opo­wia­dam o tym, co u taty.

- Ale ja nie wy­py­tuję.

- Tata też nie py­tał.

- No okej. Na­prawdę okej.

Nie było okej. Mię­dzy jej "ukła­da­niem" so­bie ży­cia a tym, co ro­bił Krzy­siek, nie było wielu punk­tów stycz­nych. So­nia po pro­stu po­trze­bo­wała po­czuć, że nie umarła, ani jej ciało, ani jej du­sza, a on wy­szar­py­wał z ży­cia gar­ściami. Nie, nie mu­siał szar­pać, przy­cho­dził, uśmie­chał się, mó­wił: "moje", i brał, nie pa­trząc na żadne koszty.

- To kiedy ten śślub?

A jed­nak. Ję­zyk jej się po­śli­zgnął. Śś.

- Za trzy ty­go­dnie. Tata musi cze­kać, żeby wy­rok się umoc­nił.

- Upra­wo­moc­nił - po­pra­wiła ją od­ru­chowo.

- No tak. Tata mówi, że to bę­dzie ka­me­ralna im­preza, tylko naj­bliżsi. Kinga by chciała we­sela i ślubu ko­ściel­nego, ale... No wiesz. - Julka spoj­rzała na matkę prze­pra­sza­jąco.

- Wiem.

- Ale cie­szy się i z tego. Po­wie­działa tylko, że ma na­dzieję, że się nie roz­my­ślisz, bo mo­żesz jesz­cze pro­te­sto­wać po tym wy­roku. Czy ja­koś tak.

- To­bie tak po­wie­działa? - So­nia się zdzi­wiła. Bo je­śli tak było, to ta ko­bieta mu­siała uznać, że Julka stoi po ich stro­nie.

- Nie. Usły­sza­łam to. Tak z boku, wiesz.

So­nia po­ki­wała głową.

- Mo­gła­bym zło­żyć ape­la­cję, to prawda. Każ­demu przy­słu­guje ta­kie prawo po wy­da­niu wy­roku.

- Wy­roku? To ty je­steś za coś ska­zana? - Julka aż się wy­pro­sto­wała ze zdu­mie­nia.

So­nia też na chwilę stę­żała. Ni­gdy nie za­sta­na­wiała się nad tym sfor­mu­ło­wa­niem. Aż do te­raz.

- Tak się mówi: wy­rok roz­wo­dowy. Wer­dykt w każ­dej spra­wie jest na­zy­wany wy­ro­kiem i to nie zna­czy, że ko­goś osą­dza lub ska­zuje.

- Dziwne tro­chę, ale do­bra. A ty to zro­bisz? Zło­żysz tę ape­la­cję?

- Nie. Nie je­stem mściwa. Ani nie­zrów­no­wa­żona. Mo­żesz so­bie spo­koj­nie wy­brać tę su­kienkę na ślub, nie zmar­nuje się. A te­raz idź się myć i spać, bo ju­tro rano do szkoły. Ja jesz­cze we­zmę Boba na spa­cer.

So­nia wstała od stołu i po­szła do przed­po­koju. Wło­żyła buty i kurtkę. Bob, nie­wo­łany, cze­kał już przy drzwiach. Po­pi­ski­wał z ra­do­ści. W domu był spo­kojny, może na­wet za bar­dzo, ale wyj­ścia wpra­wiały go w eks­cy­ta­cję.

- Chciał­byś tro­chę po­bry­kać, co? - Po­gła­skała go po czar­nym ku­dła­tym łbie.

W schro­ni­sku po­wie­dzieli, że czar­nych psów nikt nie chce, lu­dzie wolą ja­sne. Chyba dla­tego go wzięła. Czuła wtedy, że mają dużo wspól­nego - oboje od­sta­wieni na boczny tor.

- Chodź, niedź­wiadku.

Wy­szli w ciemną noc. Nie pa­dało, ale So­nia już po­tra­fiła roz­po­znać zwia­stuny nad­cho­dzą­cego desz­czu. Inny ro­dzaj wia­tru, inny za­pach po­wie­trza.

- Do­bra, idziemy na uczciwe pół go­dziny, bo ju­tro pew­nie bę­dzie szybka rundka. Chyba cze­kają nas opady, a ty jak je­steś mo­kry, fioł­kami nie pach­niesz.

Ru­szyli w głąb ko­tliny. To­wa­rzy­stwo Boba do­da­wało Soni ani­mu­szu i za­pew­niało po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, które oczy­wi­ście mo­gło być złudne, ale w spoj­rze­niu tego zwie­rzaka było coś ta­kiego... Z jed­nej strony dzi­kość, geny przod­ków - wil­ków, a z dru­giej... Cza­sem, kiedy Bob na nią pa­trzył, na­kar­miony, wy­gła­skany i za­opie­ko­wany, wi­działa w jego oczach bez­kres od­da­nia i wdzięcz­no­ści. Tra­fiało ją to pro­sto w serce. Pio­trek też miał psa, Wo­landa, bez­dom­niaka przy­gar­nię­tego kilka lat temu, ale nie wi­działa mię­dzy nimi ta­kiej więzi. A może wma­wiała to so­bie? Może po pro­stu bar­dzo po­trze­bo­wała ko­goś, kto by był od­dany, wierny, kto za­gwa­ran­to­wałby, że jej nie zo­stawi, i dla­tego ulo­ko­wała swoje po­ha­ra­tane uczu­cia w psie? Pies był naj­bez­piecz­niej­szy na świe­cie. Dęb­ski, mimo obie­cu­ją­cych po­cząt­ków - nie. Znała prze­cież jego prze­szłość. Sprawę do­mnie­ma­nego mo­le­sto­wa­nia uczen­nicy za­mknęła w pu­dełku "dawno i nie­prawda", ale prze­cież był... O ta­kiej ko­bie­cie ogół by po­wie­dział "roz­wią­zła". O fa­ce­cie? Zdo­bywca, lo­we­las, ko­chliwy. Też oce­nia­jąco, ale z dru­giego bie­guna. Prawda jak za­wsze le­żała gdzieś po­środku, a So­nia jesz­cze nie zna­la­zła tego miej­sca.

Kiedy wró­ciła, Julka była już u sie­bie w po­koju. So­nia po­szła się umyć i po­ło­żyła do łóżka. Wczo­raj­szą noc za­rwała, po­winna spać, ale nie mo­gła. Przy­cho­dziły do niej ob­razy, że jed­nak od­wo­łuje się od wy­roku roz­wo­do­wego, a Kinga krzy­czy, klnie i od­wie­sza białą su­kienkę do szafy. Nie­stety, mimo lek­kiej od­razy do sie­bie So­nia po­czuła też mściwą sa­tys­fak­cję - i co z tego, że tylko wy­obra­żoną. Tak by się czuła, gdyby jej kul­tura nie wzięła góry nad na­turą. Nad brzyd­kimi za­ka­mar­kami du­szy.

Lu­dzie tacy są, na­wet ci, co mają o so­bie do­bre mnie­ma­nie. Cza­sem wy­star­czy iskra, by roz­pa­lić tę odro­binę zła, jaka w nich sie­dzi. A je­śli jesz­cze czują się zra­nieni...

Roz­pę­tało się po­go­dowe pie­kło. Nad ce­ra­micz­nymi da­chów­kami ich domu wa­liły pio­runy.

Przed wojną Ko­wa­lowa na­zy­wała się Blit­zen­grund. Do­lina Pio­ru­nów.

Żeby tylko nikt od nich nie zgi­nął - to była ostat­nia myśl, nim So­nia za­snęła.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki