Rozdział 1
- Nie mogę uwierzyć w to, co widzę.
Mina Piotra Dębskiego mówiła jednak co innego - że to, co miał przed oczami, niewątpliwie było prawdziwe, ale mimo tej pewności chętnie po raz kolejny rozpocząłby proces weryfikacji. Siedział na łóżku, z podkurczonymi nogami, opierając się na piętach. Sonia Kranz pomyślała, że Piotr ma bardzo seksowny tyłek, choć teraz widziała go tylko z boku. "Dupka jak orzeszek", przypomniał jej się licealny tekst usadzający kolegów w odpowiedzi na ich końskie zaloty. Parsknęła.
- Taki jestem śmieszny? - Przybliżył się do niej. Teraz klęczał i opierał się o materac dłońmi. Był najprzystojniejszym hipisem, jakiego można sobie wyobrazić.
- Trochę...
Postanowiła się z nim podroczyć. Wtedy, gdy miała kilkanaście lat, wszystko na temat seksu powodowało u niej spięcie, które najczęściej maskowała nerwowym chichotem. Zresztą nie była w tym odosobniona, choć pewne dziewczyny - te "wyuzdane", jak mówiła matka - traktowały tę sferę życia jako coś oczywistego i normalnego. Jakim cudem Sonia dawała sobie wmówić, że to z nimi jest coś nie tak? Ano pewnie takim, że wtedy nie było tych wszystkich książek i filmów, które młodzi sobie pykają wieczorami i które robią całą robotę za dom i szkołę. Julka o nic jej nie pytała, ale Sonia wiedziała przecież, co córka odpala na Netfliksie i jakie e-booki ściąga. WDŻ w praktycznym wydaniu miała już przerobione. I pewnie była to wiedza lepsza od tej, którą oferowała szkoła - lekcje oddzielnie dla dziewczynek, oddzielnie dla chłopców, żeby nie zawstydzić ich słowem "miesiączka".
- A jak trochę? - Położył rękę na jej brzuchu.
Nie wciągnęła go. Nie czuła takiej potrzeby, mimo że kiedyś jej się to zdarzało. Chciała być perfekcyjna, zwłaszcza że Krzysztof taki był - przynajmniej jeśli chodziło o zewnętrze, jak i całe ich otoczenie. Potem zdarzył się rozwód i związana z nim potrzeba samodzielnego utrzymania siebie i córki, co wygnało Sonię do Mieroszowa. Zła wróżka zabrała to wszystko, co wcześniej budowało Kranz - spokojne życie rodzinne, ładny dom, brak finansowych trosk. Dała jej jednak wolność - cóż, że początkowo niechcianą - a ta uruchomiła zmiany. One wciąż były świeże, ale kierunek, przynajmniej tak wstępnie, obiecujący. W związku z Dębskim wszystko dobrze klikało. Zdecydowała się wejść w tę relację na nowych zasadach, skoro stare się nie sprawdziły. Lubię siebie, pozwalam sobie na to, co mi daje przyjemność, nie ma w tym nic złego, powtarzała do lustra zawieszonego nad stołem w salonie. Ono wciąż było pokryte śniedzią, ale Sonia zaczęła zyskiwać ostrzejszy kontur. Oczy były jakby zieleńsze, ciemne włosy bardziej błyszczące. Tylko sylwetka wciąż sportowa, ale może hipisi nie szukają seksbomb.
- Trochę. - Podcięła jego rękę, tak że stracił równowagę i padł na łóżko. - I co teraz? - Przewróciła go na plecy i usiadła na nim.
- Wygodnie ci? Nie za... twardo?
Znowu się zaśmiała. Tym razem spontanicznie, głęboko z trzewi.
- Nie, jest całkiem okej. - Wykonała ruch biodrami, jakby chciała się lepiej umościć. Rzeczywiście, twardość była odczuwalna. Piotr Dębski okazał się długodystansowcem i to przećwiczonym w wieloboju erotycznym.
- A to co? - Odwróciła się w stronę okna.
- Noc. Ciemna i głucha. Idealna do...
- Nie, nie głucha.
Podniosła się. Dębski złapał ją za rękę, ale popatrzyła na niego w taki sposób, że zwolnił uścisk. Podeszła do okna i otworzyła je.
- Uchylone to za mało? Tak cię moja obecność rozgrzewa? - Dębski podparł się na łokciu i patrzył na nią.
- Nie pochlebiaj sobie. Choć masz pewne osiągnięcia, powiedzmy... termiczne.
- Przerabiam energię kinetyczną na...
- Słyszysz? - przerwała mu.
Gdzieś z czarnej, wrześniowo-wilgotnej nocy dochodziła muzyka. Na pewno nie z Sokołowska, raczej z drugiej strony Stożka. Ale tam przecież nie było żadnego lokalu rozrywkowego. W ogóle żadnego lokalu. W Unisławiu mieli jeden sklep spożywczy i tyle. A gdyby komuś przeciągnął się ogrodowy sobotni grill, nie byłoby takiego efektu. Dźwięki leciały z jakichś solidnych głośników.
- Rzeczywiście. - Dębski stanął koło niej. - Coś tam gra. Chyba. Masz słuch jak nietoperz.
- Jestem policjantką.
- Ale teraz bez munduru. - Pociągnął ją w kierunku łóżka.
- Mentalnie policja zawsze w mundurze - droczyła się z nim. Zaraz ustąpi i zgodzi się na kolejną rundkę fantastycznego seksu, ale jeszcze przez chwilę postoi i posłucha, co tam się dzieje.
- Jakieś przeczucia? - Dębski na moment spoważniał.
- Nie. Po prostu się dziwię. Do tej pory nic takiego się nie zdarzyło.
- A może chodzi o coś innego?
Już miała zrobić minę: "A o co?", ale Dębski dobrze w niej czytał. Z jednej strony, co tu kryć, było Soni na rękę, że Julka spędzała weekend u ojca, bo dzięki temu ona miała wychodne - do Dębskiego. Nie chciała zostawiać córki samej w domu. To, co pociągające w letnie dni, czyli odludzie i spokój Kowalowej, w jesienne wieczory zmieniało charakter. No i wciąż wracała do niej śmierć koleżanki Julki, Zuzi Korczab. Ona co prawda zginęła z powodu chciwości, ale te wszystkie zgwałcone dziewczyny, z którymi początkowo Kranz wiązała sprawę, były ofiarami, bo znalazły się w złym miejscu o złej porze - na tych terenach. Nie chciała, by samotną Julkę w Kowalowej spotkało coś podobnego, więc dobrze, że wyjeżdżała do Wrocławia, ale i tak Sonię to niepokoiło. Nie miała dostępu do tego, co tam się działo - Julka mówiła, ile chciała. Sonia mogła jednak wywnioskować, że w ich starym domu toczyło się nowe, pęczniejące bańkami szczęścia życie. Za kilka miesięcy na świecie pojawi się dzidziuś, w firmie dobrze, z narzeczoną cudownie, córka i pasierbica w jednym jakoś się wpasowała w tę ramkę, a była żona nie uprzykrzała im codzienności. Poza tym Julce bardzo brakowało klimatu dużego miasta. Brakowało jej też bliskiej koleżanki, bo przecież Zuzi już nie było. To wszystko niosło ze sobą ryzyko, że Julka może chcieć zamieszkać z ojcem.
- No. - Dębski objął ją ramieniem.
Poczuła, że ma gęsią skórkę.
- Zamknę okno.
Lekko się wywinęła. Lubiła tego faceta, bardzo, ale jeszcze nie byli zaprzyjaźnieni, zżyci. Jeszcze nie chciała się przed nim do końca otwierać. W ogóle nie wiedziała, jak ułożyć tę relację. Bo tak naprawdę dopiero się tego uczyła. Najpierw była dzieckiem, odpowiedzialnym i samoograniczającym sobie spontaniczność (co wymuszali niedojrzali emocjonalnie rodzice, którzy nauczyli ją wzorca antyrodziny), a potem czekał ją jeden długi skok w dorosłość. Nie miała czasu na adolescencję, ten okres dynamicznych procesów dojrzewania, uczenia się na własnych błędach i porażkach, czyli zdobywania doświadczeń. Nie, ona się urodziła i od razu zestarzała w eleganckim i na pozór gładkim stylu.
Gdzieś przed nią wciąż było słychać muzykę, ale już ciszej. Sonia docisnęła drewniane ramy i przekręciła klamkę. Może źle zrobiła, że od razu zgodziła się na propozycję Krzysztofa co do warunków rozwodu? Mogłaby to ciągnąć, jasne, ale po co? Dostałaby więcej? Raczej nie, przecież byłoby ją stać najwyżej na przeciętnego prawnika. Były już mąż okazał się, przynajmniej w tej kwestii, całkiem w porządku. Pominął w rozliczeniach firmę, dom i samochód, ale miał na to papiery, a przecież liczą się papiery, a nie przyzwoitość. W każdym razie Sonia nie wyszła z piętnastoletniego związku z gołymi rękoma, choć za uzyskaną sumę mogłaby kupić co najwyżej mieszkanie w Mieroszowie. "Z biegiem tygodni nowa nastawi go do ciebie gorzej. Teraz jej zależy, bo chce jak najszybciej wziąć ślub", stwierdziła Magda. Magda znała życie, Sonia poszła więc za radą przyjaciółki. I dlatego w piątek pojechała z Julką do Wrocławia, odstawiła ją do Olki, koleżanki, a potem wpadła do sądu. Kwadrans wystarczył na zakończenie tamtego etapu życia - Krzysztof nawet to potrafił załatwić. "Wszystko się da", powiedział. Wzdrygnęła się, nie lubiła tego powiedzenia, bo za nim stały układy, pieniądze, znajomości - dowolne wybrać. "Trzeba mieć podejście", dodał, widząc jej minę. Zwycięski, zawsze zwycięski. Wzięła oddech - wtedy i teraz. Więc już nie byli małżeństwem; on pojechał odebrać Julkę, po czym ruszył ku świetlanej przyszłości, a ona wróciła do wynajmowanego domu w ciemnej kotlinie. Gdyby nie Bob, pewnie by się poryczała. Choć i tak pochlipywała. Pies, niepewny, podszedł do niej i położył głowę na jej kolanie. Po prostu leżał i pozwalał, by łzy kapały na jego sierść.
Do Dębskiego Kranz pojechała następnego dnia. Już bez łez, za to z psem.
- No dobra. To może zrobię ci kanapkę? Podobno kanapka jest dobra na wszystko. I kanapką można pokazać komuś, że... że jest ważny.
Usłyszała i nie zareagowała. Nie cały świat był zły, ale żeby utrzymać taki pogląd, musiała zachować higienę życia, do której należało niewchodzenie w nową poważną relację zaraz po rozpadzie poprzedniej. Sprawy musiały się uleżeć. Uśmiechnęła się do tego "uleżeć", patrząc na skotłowaną pościel.
- O drugiej w nocy? - Przeniosła spojrzenie na Dębskiego. - Zrób.
Dębski pokiwał głową i poszedł do kuchni. Jeszcze przez chwilę mogła obserwować jego nagie ciało - dopiero w korytarzu narzucił na siebie szlafrok.
Sonia poczuła, że jest jej zimno. Już nie z powodu myśli o przeszłym, raczej dlatego, że na zewnątrz temperatura spadła do trzynastu stopni, a stolarka okienna w tym mieszkaniu nie była naprawiana od nowości, czyli od ponad stu lat.
Wróciła do łóżka i wsunęła się pod kołdrę.
Nie będzie grzebała w przeszłości, przecież wie, że to destrukcja. Po prostu powoli, krok po kroku, przejdzie te wszystkie cholerne etapy rozwodu, pracując nad sobą i emocjami. I dobrze, że wylądowała w takiej mieścinie, bo, uwzględniając statystyki i podpierając to doświadczeniem życiowym, kolejnego zabójcę lub zabójczynię będzie ścigała za kilkanaście miesięcy albo później. A na razie monotonna rutyna i spokój.
Nawet nie zauważyła, kiedy zasnęła.
- Ale chyba nie masz nic przeciwko? - Julka spojrzała pytająco na matkę.
Siedziały przy stole w kuchni. Sonia sięgnęła po herbatę i wyciągnęła z niej torebkę. Położyła ją na łyżce, obwinęła sznureczkiem i odcisnęła nadmiar naparu, ale zrobiła to zbyt mocno, bo materiał pękł i część herbacianej paćki wpadła do kubka.
- Nie mam, no skąd. - Odłożyła łyżkę na talerzyk po ulubionych ciastkach córki, które Julka przywiozła z Wrocławia, także z myślą o matce. Ojciec zasponsorował, w hurcie, choć była to najdroższa cukiernia w mieście. Drugą, czystą łyżką, próbowała odłowić drobiny liści, które kręciły się w kubku. - Patrz, wszystko coraz gorsze robią. Nawet torebki do herbaty.
- To dobrze, bo nie chciałabym, żeby ci było przykro albo coś.
Sonia wreszcie spojrzała na córkę.
- Nie będzie mi przykro. To twój ojciec, więc...
- Tata. Możesz mówić: tata? - Julka jej przerwała. - Prosiłam już o to.
- Semantycznie... - zaczęła Sonia, ale kogo ona chciała oszukać? - Dobra: tata. Więc, to twój tata, który ma teraz nowe życie, i nie widzę żadnych powodów, dla których nie powinnaś być jego częścią. Naprawdę.
- Bo ty też masz teraz swoje życie. - Julka znowu wbiła w nią spojrzenie.
- Mam.
- A czy to życie...
- Słuchaj, Julka, ja nie robię teraz żadnych planów. Nie można tak z jednego w drugie, hop, hop. Trzeba sobie dać oddech, zajrzeć w siebie...
- Brzmisz jak... - Zmarszczyła czoło. - Jak kto? Bo ciągle zapominam.
- Jak Coelho.
- No, jak on.
- A skąd ty wiesz, jak on pisze?
- Ufam mamie.
- Dobra, masz mnie. Ale ja mówię serio. Teraz potrzebuję spokoju i oddechu. Co później, to się zobaczy.
- Ale weekendy beze mnie będziesz spędzała w Sokołowsku? - upewniła się Julka.
- Chcesz zapytać: z Piotrem Dębskim?
- No.
- Chyba tak.
Julka pokiwała głową.
- Cieszę się. Tata też się cieszy.
Sonia się usztywniła.
- Powiedziałaś mu?
- Nie mówiłaś, żeby nie mówić. Źle zrobiłam? - Julka też się spięła.
- Nie. No nie. Tylko... Zresztą nieważne.
- Bo ja ci opowiadam o tym, co u taty.
- Ale ja nie wypytuję.
- Tata też nie pytał.
- No okej. Naprawdę okej.
Nie było okej. Między jej "układaniem" sobie życia a tym, co robił Krzysiek, nie było wielu punktów stycznych. Sonia po prostu potrzebowała poczuć, że nie umarła, ani jej ciało, ani jej dusza, a on wyszarpywał z życia garściami. Nie, nie musiał szarpać, przychodził, uśmiechał się, mówił: "moje", i brał, nie patrząc na żadne koszty.
- To kiedy ten śślub?
A jednak. Język jej się poślizgnął. Śś.
- Za trzy tygodnie. Tata musi czekać, żeby wyrok się umocnił.
- Uprawomocnił - poprawiła ją odruchowo.
- No tak. Tata mówi, że to będzie kameralna impreza, tylko najbliżsi. Kinga by chciała wesela i ślubu kościelnego, ale... No wiesz. - Julka spojrzała na matkę przepraszająco.
- Wiem.
- Ale cieszy się i z tego. Powiedziała tylko, że ma nadzieję, że się nie rozmyślisz, bo możesz jeszcze protestować po tym wyroku. Czy jakoś tak.
- Tobie tak powiedziała? - Sonia się zdziwiła. Bo jeśli tak było, to ta kobieta musiała uznać, że Julka stoi po ich stronie.
- Nie. Usłyszałam to. Tak z boku, wiesz.
Sonia pokiwała głową.
- Mogłabym złożyć apelację, to prawda. Każdemu przysługuje takie prawo po wydaniu wyroku.
- Wyroku? To ty jesteś za coś skazana? - Julka aż się wyprostowała ze zdumienia.
Sonia też na chwilę stężała. Nigdy nie zastanawiała się nad tym sformułowaniem. Aż do teraz.
- Tak się mówi: wyrok rozwodowy. Werdykt w każdej sprawie jest nazywany wyrokiem i to nie znaczy, że kogoś osądza lub skazuje.
- Dziwne trochę, ale dobra. A ty to zrobisz? Złożysz tę apelację?
- Nie. Nie jestem mściwa. Ani niezrównoważona. Możesz sobie spokojnie wybrać tę sukienkę na ślub, nie zmarnuje się. A teraz idź się myć i spać, bo jutro rano do szkoły. Ja jeszcze wezmę Boba na spacer.
Sonia wstała od stołu i poszła do przedpokoju. Włożyła buty i kurtkę. Bob, niewołany, czekał już przy drzwiach. Popiskiwał z radości. W domu był spokojny, może nawet za bardzo, ale wyjścia wprawiały go w ekscytację.
- Chciałbyś trochę pobrykać, co? - Pogłaskała go po czarnym kudłatym łbie.
W schronisku powiedzieli, że czarnych psów nikt nie chce, ludzie wolą jasne. Chyba dlatego go wzięła. Czuła wtedy, że mają dużo wspólnego - oboje odstawieni na boczny tor.
- Chodź, niedźwiadku.
Wyszli w ciemną noc. Nie padało, ale Sonia już potrafiła rozpoznać zwiastuny nadchodzącego deszczu. Inny rodzaj wiatru, inny zapach powietrza.
- Dobra, idziemy na uczciwe pół godziny, bo jutro pewnie będzie szybka rundka. Chyba czekają nas opady, a ty jak jesteś mokry, fiołkami nie pachniesz.
Ruszyli w głąb kotliny. Towarzystwo Boba dodawało Soni animuszu i zapewniało poczucie bezpieczeństwa, które oczywiście mogło być złudne, ale w spojrzeniu tego zwierzaka było coś takiego... Z jednej strony dzikość, geny przodków - wilków, a z drugiej... Czasem, kiedy Bob na nią patrzył, nakarmiony, wygłaskany i zaopiekowany, widziała w jego oczach bezkres oddania i wdzięczności. Trafiało ją to prosto w serce. Piotrek też miał psa, Wolanda, bezdomniaka przygarniętego kilka lat temu, ale nie widziała między nimi takiej więzi. A może wmawiała to sobie? Może po prostu bardzo potrzebowała kogoś, kto by był oddany, wierny, kto zagwarantowałby, że jej nie zostawi, i dlatego ulokowała swoje poharatane uczucia w psie? Pies był najbezpieczniejszy na świecie. Dębski, mimo obiecujących początków - nie. Znała przecież jego przeszłość. Sprawę domniemanego molestowania uczennicy zamknęła w pudełku "dawno i nieprawda", ale przecież był... O takiej kobiecie ogół by powiedział "rozwiązła". O facecie? Zdobywca, lowelas, kochliwy. Też oceniająco, ale z drugiego bieguna. Prawda jak zawsze leżała gdzieś pośrodku, a Sonia jeszcze nie znalazła tego miejsca.
Kiedy wróciła, Julka była już u siebie w pokoju. Sonia poszła się umyć i położyła do łóżka. Wczorajszą noc zarwała, powinna spać, ale nie mogła. Przychodziły do niej obrazy, że jednak odwołuje się od wyroku rozwodowego, a Kinga krzyczy, klnie i odwiesza białą sukienkę do szafy. Niestety, mimo lekkiej odrazy do siebie Sonia poczuła też mściwą satysfakcję - i co z tego, że tylko wyobrażoną. Tak by się czuła, gdyby jej kultura nie wzięła góry nad naturą. Nad brzydkimi zakamarkami duszy.
Ludzie tacy są, nawet ci, co mają o sobie dobre mniemanie. Czasem wystarczy iskra, by rozpalić tę odrobinę zła, jaka w nich siedzi. A jeśli jeszcze czują się zranieni...
Rozpętało się pogodowe piekło. Nad ceramicznymi dachówkami ich domu waliły pioruny.
Przed wojną Kowalowa nazywała się Blitzengrund. Dolina Piorunów.
Żeby tylko nikt od nich nie zginął - to była ostatnia myśl, nim Sonia zasnęła.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki