Sprawy rodzinne - Rohinton Mistry

Kup ebooka

58.00 zł
47.55 zł (29,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Słowo wstępne

Rohinton Mistry mieszka od 1975 roku w Kanadzie, ale urodził się w roku 1952 w Bombaju, w rodzinie należącej do niewielkiej społeczności tzw. parsów. W tym właśnie środowisku toczy się akcja niniejszej powieści. Obyczaje parsów, ich religia i silne poczucie własnej odrębności i wyjątkowości stanowią tło opisanych zdarzeń. Dla zrozumienia akcji warto pamiętać o paru faktach:

Parsowie to wyznawcy zaratusztrianizmu, którzy przed wiekami (około X stulecia), po najazdach arabskich wyemigrowali z terenów współczesnego Iranu i osiedli na ziemi indyjskiej. W Indiach ich diaspora liczy obecnie około 80 tysięcy osób.

Zaratusztra (gr. Zoroaster, Złote Światło, około VII-VI wieku p.n.e.) to prorok i reformator najstarszej z religii objawionych, zrodzonej na fundamencie wierzeń ludów indoirańskich. Miał on być autorem Gathów, pieśni modlitewnych stanowiących najstarsze części Awesty (zbioru tekstów w języku staroperskim, zwanym awestyjskim, pochodzących z około XIV-XII wieku). Awestę opatrzono później komentarzem (zand, zend) w języku średnioperskim, stąd też często mówi się o Zendaweście. Na co dzień dla celów rytualnych wyznawcy posługują się Chorda Awestą (Khordah Awesta, czyli mała Awesta), to znaczy wyciągiem z podstawowych części Awesty, opracowanym w języku średnioperskim.

Najwyższym bogiem zaratusztrianizmu jest staroirańskie bóstwo Ahura Mazda (Ormuzd). Ten bóg dobra i światła walczy z Arymanem (Angra Mainju), bogiem zła i ciemności, kłamstwa i zniszczenia, który zapoczątkował w świecie tzw. epokę zmieszania, kiedy dochodzi do pomieszania dobra i zła. Człowiek bierze udział w tej walce, swymi dobrymi uczynkami przechylając jej wynik na korzyść Ahura Mazdy, a złymi na korzyść Arymana. Zaratusztrianizm zakłada więc wolną wolę człowieka, który może się świadomie opowiedzieć za dobrem lub złem. Kładzie się w nim nacisk na prawość i prawdomówność, kłamstwo i nieprawość są wszak sprzeczne z dobrem i porządkiem. Stąd też bierze się sedno późniejszej etyki parsyjskiej, wyrażone w formule "dobre myśli, dobre słowa, dobre uczynki". Towarzyszy jej fatalizm, uzależnienie zdarzeń świata od decyzji najwyższego boga, przy jednoczesnym przejmowaniu na siebie winy za wszelkie złe uczynki, które mogły przyczynić się do spadających na człowieka nieszczęść.

Charakterystyczny dla zaratusztrianizmu jest kult ognia (odziedziczony po najstarszych wierzeniach indoirańskich). Ogień reprezentuje najwyższego boga i z tym kultem wiąże się poszanowanie czystości. Dobre siły istnieją w świecie w świętych siłach natury (ziemi, wodzie, niebie i ogniu), zwierzętach i roślinach; złe - w psującej się i gnijącej materii. Ogniowi oddaje się cześć w specjalnych świątyniach. Z czasem pojawiły się święte ognie różnej rangi, z których najważniejszy jest Atasz Bahram - "ogień zwycięski". Parsowie zabrali go ze sobą do Indii i strzegą od wieków. Kapłani w świątyniach ognia nazywani są dasturami.

Parsowie zachowali monoteistyczny charakter pierwotnego zaratusztrianizmu, wierzą w nieśmiertelność duszy, zmartwychwstanie ciał i sąd ostateczny, kiedy to nastąpi ostateczne zwycięstwo dobra. Oddają cześć aniołom (fariśta) i duchom opiekuńczym, czczą ogień, wodę i ziemię. Ciał zmarłych nie grzebie się ani nie pali, ponieważ zwłoki są nieczyste, jako że w momencie śmierci wstępuje w nie zły duch, Angra Mainju. Należy unikać kontaktu ze zwłokami i nie kalać nimi ani ziemi, ani ognia, ani wody. Mimo że dusza ulatuje w momencie śmierci, inne elementy istoty ludzkiej pozostają w ciele. Trzeba umożliwić im rozstanie się z doczesnym bytem. Czwartego dnia po śmierci promienie słońca muszą paść na ciało (rytuał ćaharom). Nagie zwłoki, przywiązane za nogi i ręce, wystawia się na działanie żywiołów oraz na pastwę zwierząt i ptaków w tzw. wieżach milczenia.

Symbolem tożsamości parsyjskiej jest sznur kośti, który wiążą sobie wokół bioder zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Podczas modlitwy rozwiązują go, a potem zawiązują ponownie. Trzy węzły symbolizują myśl, mowę i uczynek. Każdy wyznawca ma też białą muślinową koszulę (sudra), która stanowi symbol czystości, z naszytą na piersi kieszenią, przypominającą o konieczności realizowania dobrych uczynków. Obrzęd inicjacji parsyjskiej (nawdźote, navzote), czyli przyjęcia dziecka do społeczności wiernych, polega na nałożeniu po raz pierwszy świętego sznura i koszuli, po uprzednim wykazaniu się znajomością stosownych modlitw.

Parsowie kładą nacisk nie tylko na czystość rytualną (specjalne ablucje przed przystąpieniem do modlitwy), lecz także na czystość fizyczną przez cały dzień. Należy modlić się pięć razy dziennie, odpowiednio w każdej z pięciu wart (geh), czyli pór dnia. Odpowiada temu pięciokrotne dokładanie do ognia, a dochowuje się przy tym obrzędzie najwyższej staranności, by nie dopuścić do skalania świętych płomieni. Modlitwie domowej towarzyszy rytuał oczyszczenia domu wonnym dymem żywicznym (loban) ze świętego ognia.

Nawrodź - parsyjski Nowy Rok - obchodzony jest również przez nieparsów, ponieważ parsowie są lubianymi i hojnymi gospodarzami, podchodzącymi do jedzenia z pasją. Kuchnia parsyjska pozwala spożywać niemal wszystko, choć przez szacunek dla hindusów parsowie unikają wołowiny. Nie ceni się celibatu ani ascezy. Obowiązkiem religijnym jest zawarcie małżeństwa, ponieważ człowiek pozostający w związku małżeńskim lepiej sobie radzi, by godnie i uczciwie przejść przez życie. Za dobry uczynek uważa się zeswatanie parsyjskiego małżeństwa. Małżeństwa często są aranżowane, ale za zgodą przyszłych nowożeńców.

Parsowie to społeczność zamknięta, endogamiczna, szczycąca się swoją wyjątkowością, której bardzo ważnym rysem jest uczciwość. Cieszą się oni dość wysoką pozycją społeczną, zajmując się głównie handlem i rzemiosłem. Ponieważ skupiska parsyjskie w Indiach występują zwłaszcza w stanach Gudźarat i Maharasztra, językiem społeczności jest obecnie przede wszystkim gudźarati i marathi. Parsowie posługują się jednak również powszechnie znanym w północnych Indiach językiem hindi. Jak i inni Indusi, nie unikają angielszczyzny, która pojawia się często w języku potocznym nie tylko pod postacią pojedynczych wyrazów, ale całych zdań i fraz.

Wyróżnikiem przynależności parsyjskiej bywa nazwisko. Niektórzy parsowie przyjęli gudźarackie nazwiska hinduskie, inni za nazwiska wzięli przydomki związane z wykonywanym przez nich zawodem (jak np. Contractor, Masalawala - czyli sprzedawca przypraw, Engineer itd.). Wiele współczesnych parsyjskich nazwisk mężczyzn kończy się dodanym na stałe elementem szacunkowym -ji [dźi], a kobiecych -bai [baj].

Akcja książki rozgrywa się w latach dziewięćdziesiątych w Bombaju (od 1995 roku zwanego Mumbajem), w cieniu nasilającego się wówczas komunalistycznego ruchu hinduskiego. Szczególnie silnie odzywa się hinduski szowinizm w stanie Maharasztra (którego stolicą jest Mumbaj), gdzie działa Śiwsena, tzw. armia Śiwy (ang. Shiv Sena) - hinduska zbrojna organizacja społeczno-nacjonalistyczna, założona przez Balasaheba Thackeraya. Ogólnoindyjski konflikt między muzułmanami a hindusami wiąże się z rodzącą się świadomością hinduskości, czyli hindutwy. Najczęściej bowiem podstawowym kryterium bycia hindusem jest fakt, że nie jest się muzułmaninem. Symbolem tego konfliktu stał się spór o świątynię Ramdźanabhumi i meczet Babara (Babri Masjid [Masdźid]) w Ajodhji (w stanie Uttar Pradeś). W XVI wieku za panowania pierwszego mogolskiego cesarza Indii (Babara) wzniesiono w Ajodhji meczet w miejscu, gdzie miała się wcześniej znajdować świątynia boga Ramy (wcielenie boga Wisznu). W XIX wieku wokół meczetu doszło do pierwszych walk hindusko-muzułmańskich, w wyniku czego ówczesne władze brytyjskie podzieliły sporny teren między oba wyznania. Nie zahamowało to jednak dalszych prób "odzyskania" całego tego obszaru ze strony grup hinduskich. Sytuacja uległa radykalnej zmianie w latach osiemdziesiątych, kiedy Wiśwa Hindu Pariszad (Vishva Hindu Parishad, czyli Światowa Organizacja Hindusów), wszczęła akcję na rzecz oddania świątyni hindusom. Spotkało się to z gwałtowną reakcją muzułmanów i doprowadziło do licznych krwawych starć komunalnych. 6 grudnia 1992 roku tłum hindusów, zmobilizowany przez Indyjską Partię Ludową - Bharatija Dźanata Parti (BJP, Bharatiya Janata Party), zrównał meczet z ziemią. Wywołało to krwawe rozruchy na terenie całych Indii, w samym Bombaju zginęło około 600 osób1. O wydarzeniach tych wielokrotnie wspomina się w naszej powieści.

W przekładzie przyjęto spolszczoną pisownię terminów indyjskich oraz imion i nazwisk wywiedzionych z rodzimych języków Indii. Imiona i nazwiska oraz nazwy w językach europejskich pozostawiono w wersji oryginalnej. Zawarte w tekście wypowiedzi w językach indyjskich, zapisane przez autora po angielsku w formie ukazującej ich wymowę, w tłumaczeniu oddano w miarę możliwości również jak najbliżej wymowy, z pewnymi korektami uwzględniającymi zasady pisowni tychże języków indyjskich oraz polszczyzny.

Na koniec warto może przypomnieć, że oryginalny tytuł książki, Family Matters, ma dwa znaczenia: z jednej strony to wyrażenie oznaczające "sprawy rodzinne", z drugiej jest to zdanie pojedyncze: "rodzina się liczy", "rodzina jest ważna". W obu sensach tytuł powraca w powieści.

Monika Nowakowska

Przypisy:

1 Zob. Krzysztof Dębnicki, Konflikt i przemoc w systemie politycznym niepodległych Indii, Wydawnictwo Akademickie "Dialog", Warszawa 2000, s. 168-185.

1

Plama późnopopołudniowego słońca zalegała w nogach łóżka, kiedy Nariman zakończył drzemkę i spojrzał w kierunku zegara. Dochodziła szósta. Nariman zerknął w dół, gdzie łata ciepła pieściła mu stopy. Zgrubiałe i powykręcane palce, przypominające wskutek upływu czasu ptasie szpony, rozkoszowały się pieszczotą słońca. Pozwolił powiekom ponownie opaść.

Niebawem resztka słonecznego światła odpłynęła ze stóp i Nariman poczuł nieokreślony ból porzucenia. Znowu popatrzył na zegar: minęła już szósta. Z niejaką trudnością wstał, żeby przygotować się do wieczornego spaceru. Gdy w łazience spryskiwał twarz zimną wodą i płukał gardło, przez szum wody z kranu usłyszał pasierba i pasierbicę.

- Proszę, nie idź, papo, zaklinamy cię - zawołał Dźal przez drzwi. Po czym skrzywił się i wyregulował aparat słuchowy, ponieważ słowa rozbrzmiały w jego własnym uchu ogłuszającym echem. Był to wczesny model urządzenia: metalowy klocek wielkości pudełka z zapałkami, wpięty w kieszeń koszuli i połączony kabelkiem ze słuchawką w uchu. Dźal zakupił je niechętnie cztery lata temu, kiedy skończył czterdzieści pięć lat, ale ciągle jeszcze nie przyzwyczaił się do jego kaprysów.

- O, teraz lepiej - powiedział Dźal do siebie, zanim ponownie odezwał się na głos: - No, papo, czy prosimy o tak wiele? Proszę, zostań w domu, dla własnego dobra.

- Czy te drzwi muszą być zamknięte, że trzeba aż krzyczeć? - zapytała Kumi. - Otwórz je, Dźal.

Kumi była dwa lata młodsza od brata, jej głos brzmiał ostrzej, przynosząc besztanie w przeciwieństwie do rozjemczych tonów głosu Dźala. Chuda jak brat, ale bardziej krzepka, Kumi wrodziła się w matkę - proste linie i kąty jej sylwetki łagodzone były nielicznymi zaokrągleniami. Kiedy była dziewczynką, krewni, przyglądając się jej krytycznie, stwierdzali ze smutkiem, że miłość ojcowska jest jak światło słoneczne i świeża woda, bez których córki nie są w stanie rozkwitnąć; ojczym - mawiali - jest pod tym względem zupełnie nieużyteczny. Raz jeden nieostrożnie wyrazili tę opinię w obecności dziewczyny. Ich słowa odcisnęły się boleśnie w jej pamięci, a Kumi uciekła do swojego pokoju, żeby tam szlochać za zmarłym ojcem.

Dźal spróbował otworzyć drzwi do łazienki; były zamknięte na klucz. Podrapał się po gęstej kręconej czuprynie, po czym delikatnie zapukał. Próba nie powiodła się - żadnej reakcji.

Inicjatywę przejęła Kumi.

- Ile razy już ci mówiłam, papo? Nie zamykaj drzwi! Jeśli się przewrócisz albo zasłabniesz w środku, to jak cię stamtąd wydostaniemy? Przestrzegaj reguł!

Nariman spłukał mydliny z dłoni i sięgnął po ręcznik. Kumi minęła się z powołaniem, pomyślał. Powinna zostać dyrektorką szkoły i ustanawiać regulaminy dla nieszczęsnych uczennic, co doprowadzałoby je do rozpaczy. Zamiast tego, proszę, oto jego zadręcza przepisami, które rządzą wszelkimi aspektami jego kurczącego się życia. Nie dość, że zakazała mu zamykania drzwi, to domaga się jeszcze, by wszem i wobec obwieszczał zamiar skorzystania z toalety. Rano ma nie wychodzić z łóżka, póki ona nie przyjdzie, by mu pomóc. Kąpiel jest możliwa tylko dwa razy w tygodniu, kiedy Kumi podejmuje się dyrygowania całym zabiegiem, a Dźala zatrudnia jako sanitariusza do asystowania i czuwania nad Narimanowym bezpieczeństwem. Są i kolejne zasady, dotyczące jego posiłków, odzieży, obsługi protezy dentystycznej, używania przez niego adaptera i radia, i w chwilach łaskawości Nariman przyjmował do wiadomości to, czego powtarzać Dźal i Kumi nigdy nie omieszkali: że to wszystko jest jedynie dla jego dobra.

Wytarł twarz, podczas gdy Kumi dalej szarpała za klamkę.

- Papo! Czy dobrze się czujesz? Zadzwonię po ślusarza i poproszę o wyjęcie wszystkich zamków, ostrzegam cię!

Kilka chwil zabrało drżącym dłoniom Narimana zawieszenie ręcznika z powrotem na drążku. Otworzył drzwi.

- O, halo, czekacie na mnie?

- Oszaleję przez ciebie - oświadczyła Kumi. - Serce mi wali jak młot z niepewności, może zasłabłeś albo co.

- Na szczęście papie nic się nie stało - powiedział Dźal pojednawczo. - I to jest najważniejsze.

Uśmiechając się, Nariman wyszedł z łazienki i zapiął spodnie. Pasek zabrał mu więcej czasu; trzęsące się palce ciągle nie trafiały na bolec sprzączki. Nariman przeszedł śladem delikatnego promienia słońca, padającego ukośnie od okna do łóżka, zachwycając się gwiazdozbiorami kurzu, roztańczonymi pyłkami uwięzionymi w niezbadanych orbitach. Hałas ruchu ulicznego rozpoczął wieczorny atak na osiedle. Nariman zastanowił się, dlaczego już go to nie razi.

- Wracaj na ziemię, papo - powiedziała Kumi. - Proszę, zwróć uwagę na to, co mówimy.

Nariman pomyślał, że czuje zbawienny zapach ziemi po deszczu; niemal czuł jej smak na języku. Wyjrzał na zewnątrz. Tak, woda ściekała na chodnik. Jednym ciągłym strumieniem. Zatem to nie chmury deszczowe, ale doniczki w oknie sąsiada.

- Spacerowanie to ryzyko, papo, nawet z moimi zdrowymi nogami - Dźal kontynuował codzienną awanturę o wyjścia ojczyma. - A jedyne, co z całą pewnością można powiedzieć o ulicach Bombaju, to to, że panuje na nich bezprawie. Łatwiej znaleźć bryłę złota na drodze, niż napotkać ślad kurtuazji. Jak możesz czerpać jakąkolwiek przyjemność ze spaceru?

Skarpetki. Nariman stwierdził, że potrzebuje skarpetek, i podszedł do komody. Szukając jakiejś pary w płytkiej szufladzie, odezwał się do jej wnętrza:

- To prawda, co mówisz, Dźal. Ale źródeł przyjemności jest wiele. Rowy, wyboje, ruch uliczny nie są w stanie stłumić radości życia - drżąca niczym trzepoczący ptak dłoń kontynuowała poszukiwania. W końcu Nariman poddał się i założył buty na bose stopy.

- Buty bez skarpetek? Jak Patan1? - powiedziała Kumi. - I widzisz, jak ci się trzęsą ręce? Nie możesz nawet zawiązać sznurówek.

- To prawda, moglibyście mi pomóc.

- Z radością - gdybyś szedł gdzieś w ważnej sprawie, na przykład do lekarza czy do świątyni ognia zmówić modlitwy za mamę. Ale nie będę popierać głupich pomysłów. Ile osób z Parkinsonem wyczynia to, co ty?

- Nie wybieram się na wspinaczkę do Nepalu. Krótka przechadzka w dół ulicy, to wszystko.

Poddając się, Kumi uklękła u stóp ojczyma i jak co wieczór zawiązała mu sznurowadła.

- Pierwszy tydzień sierpnia, monsun szaleje, a ty chcesz przechadzki.

Nariman podszedł do okna i wskazał na niebo.

- Zobacz, przestało padać.

- Uparty jak dziecko - pożaliła się Kumi. - Powinieneś dostawać kary. Za nieposłuszeństwo nie będzie obiadu, tak?

Jeśli wziąć pod uwagę to, jak gotujesz, byłaby to raczej nagroda, nie kara, pomyślał.

- Słyszałeś go, Dźal? Im starszy, tym bardziej opryskliwy!

Nariman uświadomił sobie, że mówił na głos.

- Muszę wyznać, Dźal, że twoja siostra mnie przeraża. Potrafi już nawet słyszeć moje myśli.

Dźal był w stanie dosłyszeć jedynie niewyraźne mamrotanie, zniekształcone dodatkowo przez słuchawkę, która wzmacniała silny głos Kumi, a pomijała mruknięcia ojczyma. Wyregulował głośność pokrętłem, uniósł wskazujący palec prawej ręki jak sędzia w krykiecie wykluczający batsmana i powrócił do ostatniej kwestii, jaką zarejestrowały jego uszy:

- Zgadzam się z tobą, papo, źródeł przyjemności jest wiele. W naszych głowach mieści się wystarczająco dużo światów, i one mogą bawić nas w nieskończoność. Ponadto masz swoje książki i adapter, i radio. Po co w ogóle wychodzić z domu? Tutaj jest jak w niebie. Ten budynek nie bez przyczyny nazywa się Chateau Felicity - Zamek Szczęśliwości. Ja bym zatrzasnął piekło zewnętrznego świata na zawsze i spędził resztę moich dni w czterech ścianach.

- Nie udałoby ci się - powiedział Nariman. - Piekło potrafi przeniknąć przez niebiańską membranę - po czym cicho zanucił Heaven, I'm in heaven, co zirytowało Kumi jeszcze bardziej, więc przerwał. - Przypomnijcie sobie choćby rozruchy o meczet Babri2.

- Masz rację - przyznał Dźal. - Czasami piekło rzeczywiście do nas przenika.

- Zgadzasz się na ten głupi przykład? - zapytała z oburzeniem Kumi. - Rozruchy miały miejsce na ulicach, nie w domach.

- Myślę, że papie chodziło o to starsze parsyjskie małżeństwo, które zginęło we własnej sypialni - powiedział Dźal.

- Pamiętasz to, prawda, Kumi? - spytał Nariman. - Pamiętasz gundów3, którzy myśleli, że muzułmanie chowają się w budynku Dalal Estate, i podłożyli pod niego ogień?

- Tak, tak, mam lepszą pamięć od ciebie. I to był zbieg okoliczności - czysty pech. Jak często zdarza się, że ludzie na ulicach Bombaju przemieniają się w dzicz z powodu meczetu w Ajodhji? Niewiele częściej niż wizyty człowieka na księżycu.

- To prawda - powiedział Nariman. - Statystyka jest po twojej stronie - powstrzymał się od zanucenia Blue Moon.

- Nie dalej jak w zeszłym tygodniu na osiedlu Firozsza Bag pobito i ograbiono jakąś starszą kobietę - odezwał się Dźal. - W jej własnym mieszkaniu. Biedactwo leży w szpitalu Parsi General i resztkami sił trzyma się przy życiu.

- Po czyjej jesteś stronie? - zapytała rozgoryczona Kumi. - Próbujesz dowieść, że papa powinien iść na spacer? Chcesz powiedzieć, że świat nie stał się niebezpieczny?

- Ależ stał się - odpowiedział Nariman za Dźala. - Szczególnie domy.

Kumi zacisnęła pięści i wypadła z pokoju. Nariman chuchnął na szkła okularów i przetarł je wolno chusteczką. Ze swoim słabnącym wzrokiem, uciążliwą protezą dentystyczną, drżącymi kończynami, zgarbioną sylwetką i powłóczącym krokiem był prawie gotowy do rutynowego przedwieczornego wyjścia.

*

Trzymając parasol, którego używał jako spacerowej laski, Nariman Wakil wyłonił się z Chateau Felicity. Po zatęchłej pustce mieszkania tętniące życie miasta było niczym haust powietrza dla spragnionych płuc.

Posze dł uliczką, w której zwykli gromadzić się sprzedawcy warzyw. Ich kosze i skrzynki, przepełnione zielonymi liśćmi i strączkami, owocami i bulwami, zamieniały narożnik ulicy w ogród. Fasola szparagowa, bataty, kolendra, zielone papryczki, kapusta i kalafiory rozkwitały w świetle lamp ulicznych, święcąc zmierzch swoim kolorem i aromatem. Od czasu do czasu Nariman pochylał się, by czegoś dotknąć. Zmysłowo krągłe cebule i lśniące pomidory nęciły jego palce; nieodparcie kusiły też purpurowe bakłażany i oblepione ziemią marchwie. Sprzedawcy wiedzieli, że Nariman niczego nie kupi, ale nie mieli nic przeciwko jego zachowaniu, a on chciał wierzyć, że rozumieją, dlaczego tu przychodzi.

Na stoisku z kwiatami dwóch mężczyzn siedziało po turecku jak muzycy, splatając warkocze nagietków, girlandy kwiatów jaśminu, lilii i róż; ich palce chwytały, szarpały, zaplatały, wygrywając kwietną melodię. Nariman wyobrażał sobie dalsze losy wytworów tej pracy: jak służą do przebłagiwania bóstw w świątyniach, jak zaszczycają ramki fotografii czyichś przodków, jak zdobią włosy żon, matek i córek.

Stoisko z bhel-puri4 tworzyło wypiętrzony krajobraz: złote piramidy sew5, małe śnieżne pagórki dmuchanego ryżu, wzgórza puri, a w dolinach pomiędzy nimi, w aluminiowych pojemnikach, jeziorka zielonych, brązowych i czerwonych sosów.

Sprzedawca bananów spacerował w górę i w dół ulicy. Kiście upakowane były wysoko i gęsto na jego wyciągniętym ramieniu: równoczesny pokaz żonglera i siłacza.

To wszystko jest pełne magii jak występ cyrkowy, pomyślał Nariman, i tak samo przynosi otuchę.

W wigilię swoich siedemdziesiątych dziewiątych urodzin Nariman wrócił do domu, kulejąc, z obtartym łokciem i przedramieniem. Przewrócił się, przechodząc przez uliczkę przed Chateau Felicity.

Kumi otworzyła drzwi i krzyknęła:

- Mój Boże! Chodź tu szybko, Dźal! Papa krwawi! - Gdzie? - zapytał zaskoczony Nariman. Od otarcia na łokciu powstała niewielka plama na koszuli. - To? To nazywasz krwawieniem? - zaśmiał się lekko, potrząsając głową.

- Jak papa może się śmiać? - powiedział Dźal, pełen potępienia. - My tu umieramy z niepokoju o papy obrażenia.

- Nie przesadzajcie. Potknąłem się i trochę skręciłem nogę w kostce, to wszystko.

Kumi zmoczyła bawełniany wacik w środku odkażającym, żeby oczyścić zadrapania. Nariman odruchowo odsunął ramię, kiedy go zapiekło. Kumi odstąpiła ze współczuciem, dmuchając na obtarcie.

- Przepraszam, papo. Teraz lepiej?

Kiwnął głową, a wtedy jej delikatne palce musnęły uspokajająco otarte miejsca, po czym osłoniły je plastrem.

- Teraz powinniśmy podziękować Bogu - powiedziała, odkładając na miejsce zestaw pierwszej pomocy. - Czy papa wie, jak poważne mogłoby to mieć skutki? Niech papa sobie wyobrazi, co by było, gdyby papa upadł na środku głównej drogi, wprost pod pędzące samochody.

- Och! - Dźal zasłonił twarz rękoma. - Nawet nie chcę o tym myśleć.

- Jedno jest pewne - powiedziała Kumi. - Od teraz nie będzie papa wychodził na dwór.

- Tak jest - potwierdził Dźal.

- Przestańcie się oboje wygłupiać.

- A papa? - odparła Kumi. - Jutro skończy papa siedemdziesiąt dziewięć lat, a ciągle nie zachowuje się papa odpowiedzialnie. Żadnego poszanowania dla Dźala i dla mnie, ani dla tego wszystkiego, co dla papy robimy.

Nariman usiadł, próbując zachować godne milczenie. Ręce trzęsły mu się żałośnie, opierając się wszelkim wysiłkom jego woli, chociaż próbował utrzymać je w bezruchu na kolanach. Drżenie w nogach również narastało, kolana podskakiwały, jakby jakiś szaleniec potrząsał jego udami. Nariman próbował sobie przypomnieć: czy po lunchu wziął lekarstwo?

- Posłuchajcie - powiedział, znużony czekaniem, aż spokój powróci do jego kończyn. - W młodości kontrolowali mnie rodzice i zrujnowali mi te lata. Przez nich poślubiłem waszą matkę i zmarnowałem lata średnie. Teraz wy chcecie mnie dręczyć na starość. Nie pozwolę na to.

- Co za kłamstwa! - rozjątrzyła się Kumi. - To papa zrujnował życie mamy i moje, i Dźala. Nie zniosę nawet jednego słowa na nią.

- Proszę, nie denerwuj się - Dźal próbował uspokoić siostrę, która z furią pocierała ręką oparcie krzesła. - Jestem przekonany, że to, co się dzisiaj wydarzyło, będzie dla papy ostrzeżeniem.

- Ale czy to go czegoś nauczy? - Kumi spojrzała nieufnie na ojczyma. - Czy raczej wyjdzie i połamie sobie kości, i wszystko to znowu spadnie na moją głowę?

- Nie, nie, będzie grzeczny. Zostanie w domu, poczyta sobie i zrelaksuje się, i posłucha muzyki, i...

- Chcę to usłyszeć od niego.

Nariman zachowywał spokój, spędzając cały ten czas pożytecznie na rozpinaniu paska. Po czym wziął się za rozwiązywanie sznurowadeł.

- Jeśli papie nie podoba się to, co mówimy, niech papa zasięgnie opinii własnej córki, kiedy przyjdzie tu jutro - powiedziała Kumi. - Krew z krwi i kość z kości, nie tak jak Dźal i ja, dzieci drugiej kategorii.

- To było niepotrzebne - stwierdził Nariman.

- Słuchajcie - wtrącił się Dźal. - Roksana przychodzi ze swoją rodziną na przyjęcie urodzinowe papy. Lepiej, żebyśmy jutro nie wdawali się w żadne kłótnie.

- Jakie kłótnie? - powiedziała Kumi. - Po prostu rozsądnie sobie podyskutujemy, jak dorośli ludzie.

Chociaż Roksana była ich przyrodnią siostrą, Dźal i Kumi darzyli ją miłością pełną i bezwarunkową od momentu jej narodzin. Mieli wtedy on lat czternaście, a ona dwanaście, więc ani jedno, ani drugie nie padło ofiarą mieszaniny uczuć zazdrości, zaniedbania, rywalizacji czy nawet nienawiści, które noworodki zwykle wywołują u rodzeństwa w bardziej zbliżonym do nich wieku.

Może Dźal i Kumi byli też wdzięczni Roksanie, że wypełniła pustkę po śmierci ich ojca, zmarłego cztery lata wcześniej. Ojciec był chory przez większość ich dzieciństwa. A podczas tych krótkich okresów, kiedy płuca nie skazywały go na leżenie w łóżku, nadal słabowity, rzadko kiedy był w stanie przebyć dzień samodzielnie. Chroniczne zapalenie opłucnej stanowiło objaw dużo poważniejszej choroby płuc, której przerażającej nazwy nigdy w gronie krewnych i przyjaciół się nie wymieniało. Po prostu odrobina wody w płucach, tak opisywano chorobę Palondźiego.

Natomiast sam Palondźi, żeby załagodzić niepokój rodziny, uczynił z tego zakodowanego opisu stały przedmiot żartów. Jeśli Dźal, jako dziecko zawsze skory do psot, zrobił coś głupiego, odpowiedzialność spadała na odrobinę wody w jego głowie.

- Musisz zatykać uszy, kiedy myjesz włosy - dokuczał mu ojciec. Dwie lewe ręce oznaczały, że tak naprawdę człowiekowi wszystko się przez nie przelewa. A kiedy mała Kumi płakała, ojciec mówił jej: - Moja kochana córeczka nie płacze, to po prostu odrobina wody w jej oczach - co natychmiast wywoływało uśmiech na buzi dziewczynki.

Odwaga Palondźiego Contractora i jego determinacja, by podtrzymywać rodzinę na duchu, zakrawały na heroizm, ale kiedy nadszedł koniec, dla Dźala i Kumi okazały się destrukcyjne. I gdy trzy lata po jego śmierci matka ponownie wyszła za mąż, odnosili się do ojczyma sztywno, nieporadnie. Uparli się, by Narimana Wakila nazywać "nowym papą".

Słowa te uderzały jak kamień za każdym razem, gdy ciskano je Narimanowi w twarz. Na początku je bagatelizował, obracając wszystko w żart:

- Tylko tyle - po prostu "nowy papa"? Dlaczego tak krótko? A co powiecie na "teraz nowy udoskonalony papa"?

Ale ten wybór epitetów był nietrafny; Dźal oznajmił chłodno, że nikt nie może być doskonalszy od ich prawdziwego ojca. Kilka tygodni zajęło matce przekonanie dzieci, że zrobiłyby jej wielką przyjemność, gdyby opuściły przymiotnik "nowy". Dźal i Kumi zgodzili się; oboje dojrzewali błyskawicznie, daleko za szybko. Powiedzieli matce, że mogą używać każdego słowa, jakiego sobie zażyczy. Samo nazywanie go papą - oznajmili - papą go nie uczyni.

Nariman zastanawiał się, w co się wdał, poślubiając Jasmin Contractor. Dla żadnego z nich nie był to związek z miłości - lecz małżeństwo aranżowane. Jasmin uczyniła ten krok, by zapewnić bezpieczeństwo swoim dzieciom: synowi i córce.

A Nariman, kiedy teraz spoglądał wstecz na to wszystko, na ziemię jałową ich egzystencji, mógł tylko rozpaczać, że miał tak słabą wolę, że tak bardzo był pozbawiony kośćca, że pozwolił, aby do tego doszło.

Jednak w rok po ślubie w ich życiu pojawił się maleńki cud. Urodziła się Roksana, a wraz z ogromem nieszczędzonej niemowlęciu czułości, ciepło nieuchronnie musiało ogarnąć ich wszystkich. Miłość do kochanej małej Roksany wydobyła ich z grzęzawiska uraz; nieszczęściu pokrzyżowano na razie szyki.

*

Zbliżała się szósta i Nariman zaczął się przygotowywać do urodzinowego obiadu. Niecierpliwie wyglądał wieczoru, żeby wreszcie zobaczyć Roksanę i jej rodzinę. Kiedy się ubierał, jego myśli wypełniało wspomnienie owego zachwycającego momentu narodzin córki. Deszcz, który dał sobie spokój przez większość dnia, zaczął znowu padać. Nowa koszula, prezent od Dźala i Kumi, czekała na komodzie. Nariman wyjął ją z celofanowego opakowania i skrzywił się, dotykając wykrochmalonego materiału. Nie ma wątpliwości, będzie go gryzła przez cały wieczór. Czego to człowiek nie musi znosić we własne urodziny... Komoda była pełna zupełnie dobrych koszul, miękkich i wygodnych, które przetrwają dłużej niż on.

Przez bębniący deszcz słychać było, jak jakiś młot zaczął hałasować gdzieś w budynku, kiedy Nariman męczył się z ciasnymi, nowymi dziurkami od guzików. Nikt nie bierze pod uwagę problemów, jakie może sprawiać ludziom starym i wątłym sposób pakowania koszul w niezniszczalne plastikowe opakowania: te szpilki skryte we wszelkich najbardziej podstępnych miejscach, te tekturowe usztywnienia wciśnięte mocno pod kołnierzyk...

Uśmiechnął się, kiedy pomyślał o Roksanie, jej mężu i dwóch synach. Kiedy zachwycał się nią jako maleńkim dzieckiem, nigdy nie wyobrażał sobie, że pewnego dnia będzie dorosła i będzie miała własne dzieci. Zastanawiał się teraz, czy wszystkich ojców zawsze to tak samo zdumiewa.

I gdyby mogła pozostać tym małym dzieckiem trochę dłużej... Być może ten jeden, jedyny okres małżeńskiego życia, kiedy był naprawdę szczęśliwy, również potrwałby dłużej. Gdyby tylko mogło wydarzyć się niemożliwe, pomyślał, bylibyśmy w stanie pokonać nieszczęście. Ale nie w taki sposób toczą się na tym świecie rzeczy. Radosny rodzinny czas był krótki. O wiele za krótki.

Nariman przypomniał sobie moment, kiedy Dźal wziął niemowlę w ramiona. Jakże był przejęty, kiedy Roksana chwyciła go za palec.

- Ale ma uścisk, papo! - po czym Kumi krzykiem wymusiła prawo do potrzymania siostry. - Zobaczcie, puszcza bańki, zupełnie jak moje kółko! - zawołała z zachwytem, mówiąc o zestawie do puszczania baniek mydlanych, który kazała sobie kupić na targowisku.

Ale oddanie, jakie Dźal i Kumi żywili dla Roksany, nawet ono się skończyło - rozpamiętywał Nariman. - Roksana wyszła za mąż i wyprowadziła się do mieszkania, które Nariman załatwił za olbrzymią łapówkę. To wtedy po raz pierwszy Dźal i Kumi zaczęli rzucać mu w twarz słowa o "krwi i kości", oskarżając o stronniczość. Gdyby przetrwały przynajmniej więzy z dzieciństwa, kiedy pokrewieństwo nie jest skażone żadnymi określeniami w rodzaju "przyrodni, przyrodnia", ponieważ epitety nie mają wówczas żadnego znaczenia - gdyby one przynajmniej przetrwały... dawałoby to jakieś pocieszenie, coś dobrego ocalałoby z tych nieszczęsnych lat. Ale tego również mu odmówiono. Oczywiście. Z tak beznadziejnego początku mógł wyniknąć tylko beznadziejny koniec.

A cobyło początkiem? - zastanowił się. Dzień, w którym spotkał swoją ukochaną Lucy, kobietę, którą powinien był poślubić? Ale to nie był beznadziejny dzień, to był najpiękniejszy z poranków. Czy może później, kiedy wyrzekł się Lucy? Czy może kiedy zgodził się poślubić Jasmin Contractor? Czy może ów niedzielny wieczór, kiedy jego rodzice i ich przyjaciele po raz pierwszy wyjawili swój pomysł - kiedy powinien był wściec się i wybuchnąć, unicestwić całą ideę, powiedzieć im, żeby zajmowali się swoimi pieprzonymi sprawami, żeby poszli, cholera, do diabła?

Trzydzieści sześć lat minęło od tego czasu. A nadal pamiętał niedzielny wieczór, cotygodniowe spotkanie kręgu przyjaciół jego rodziców. W bawialni, gdzie ciągle stały te same meble, ściany pokrywała ta sama farba, a głosy ich wszystkich nadal rozbrzmiewały echem owego niedzielnego wieczoru.

*

Wielka radość wybuchła, kiedy rodzice ogłosili, że ich jedyny syn, który przez wiele lat odmawiał zakończenia swojego źle widzianego romansu z tą Goanką, odmawiał spotykania się z przyzwoitymi parsyjskimi dziewczętami, odmawiał poślubienia kogoś na poziomie - że ich umiłowany Nari w końcu posłuchał głosu rozsądku i zgodził się ustatkować.

Nariman samotnie siedział na balkonie i słyszał każde słowo. Soli Bamboat, najstarszy przyjaciel rodziców, częściowo emerytowany, ale wciąż bardzo wpływowy prawnik, jak zwykle zareagował pierwszy.

- Trzekrotne hyp hyp hura dla Nariego - wykrzyknął Soli. - Hyp hyp! - A reszta odpowiedziała: - Huraaaa!

Aparat głosowy Soliego Bamboata, prowadzący odwieczną walkę ze zdradzieckimi angielskimi samogłoskami, częstokroć z nimi przegrywał. Angielska wymowa Soliego była dla Narimana źródłem wielkiego zadziwienia i rozrywki w dzieciństwie.

Wliczając jego rodziców, regularnych uczestników niedzielnych wieczornych spotkań było wówczas dziesięcioro. Nie, dziewięcioro, poprawił sam siebie, ponieważ żona pana Burdy'ego, Śirin, zmarła rok wcześniej z powodu nagłej choroby. Po okresie żałoby pan Burdy pojawił się ponownie na niedzielnych zgromadzeniach i, zdaniem Narimana, zabrał się do odgrywania roli wdowca z godną podziwu pilnością. Smaczna pakora lub specjalnie przyrządzony przez kogoś domowy sos wywoływały w panu Burdym obowiązkowe westchnienie: "Och, jakżeż mojej Śirin by to smakowało". Zaśmiawszy się z jakiejś zabawnej anegdoty, natychmiast musiał dopowiedzieć: "Jeśli chodzi o poczucie humoru, moja Śirin była najlepsza - zawsze pierwsza doceniała żart". Ale pan Burdy nigdy nie sprawiał wrażenia, żeby się w tej roli dobrze czuł. W kilka miesięcy później zdecydował się wypróbować rolę jowialnego, odrodzonego kawalera "z odzysku". Grupa zaakceptowała zmianę, dając jej swoją milczącą aprobatę; Śirin nie wspominano już więcej w niedzielne wieczory.

To tyle, jeśli chodzi o miłość, lojalność i pamięć, pomyślał Nariman. Tymczasem grupa trzykrotnie odpowiedziała na "hyp hyp" Soliego, po czym wystąpiła z zestawem indywidualnych gratulacji i życzeń wszystkiego najlepszego dla rodziców Narimana.

- Gratulacje, Marzi! - rzekł do ojca pan Kotwal. - Po jedenastu latach zmagań to ty wygrałeś!

- Lepiej późno niż wcale - powiedział pan Burdy. - Ale los zawsze sprzyja odważnym. Pamiętajcie, owoce cierpliwości są słodkie, a wszystko dobre, co się dobrze kończy.

- Przystań, panie Przesłowie, sterczy - odezwał się Soli. - Zostyw kilka dla pozostałech.

Ciekaw ich komentarzy, Nariman przesunął krzesło na balkonie tak, by obserwować, samemu nie będąc widzianym. Pani Unwala zaczęła publicznie wyznawać, że zawsze wierzyła, iż chłopak dokona w końcu właściwego wyboru, a jej mąż, Dara, potakiwał energicznie. Ich opinie przedstawiane były zawsze w imieniu zespołu; niedzielna grupa nazywała małżonka Milczącym Partnerem.

Nagle na balkon wszedł Soli i Nariman udał, że jest pochłonięty książką.

- Hej, Nari! Dlaczygo sam tu wesiadujesz? Chodź i przyłoncz się do krengu, głuptysie.

- Później, wujku Soli, chciałbym skończyć ten rozdział.

- Nie, nie, Nari, potrzybujemy ciem teraz - powiedział Bamboat, zabierając książkę. - Skond taki pośpich, słowa przecież nie zniknom ze stron - chwytając Narimana za ramię, Soli wciągnął go do bawialni, na środek zgromadzenia.

Goście klepali Narimana po plecach, ściskali za ręce, obejmowali, a on kulił się i żałował, że został tego wieczoru w domu. Ale wiedział, że i tak w którymś momencie musiałby stawić im czoło. Usłyszał, jak żona wujka Soliego, ciocia Nargeś, pyta matkę:

- Powiedz mi, Dźeru, czy to jest szczere? Czy on naprawdę darował sobie tę Lucy Braganza?

- Ależ tak - przytaknęła jego matka. - Tak. Dał nam swoje słowo.

Teraz pani Kotwal przedreptała przez pokój, uszczypnęła Narimana w policzek i powiedziała:

- Kiedy niegrzeczny chłopiec nareszcie staje się dobrym chłopcem, radość jest podwójna.

Miał ochotę jej przypomnieć, że ma już czterdzieści dwa lata. Ale wtedy ciocia Nargeś skinęła na niego ze swojego miejsca na sofie. Nargeś była najciszej mówiącą osobą w grupie i zwykle jej głos tonął we wrzawie. Ciocia poklepała miejsce obok siebie i kazała Narimanowi usiąść. Biorąc jego dłoń w swoje ręce, pokurczone od oparzeń w jakimś wypadku przy kuchni w latach młodości, ciotka wyszeptała:

- Żadne szczęście nie jest trwalsze niż szczęście, jakie zdobywasz, spełniając życzenie rodziców. Pamiętaj o tym, Nari.

Jej głos trafiał do niego jakby z oddalenia i Nariman nie miał ani woli, ani energii, żeby się kłócić. Wspominał poprzedni tydzień, kiedy wraz z Lucy oglądali odpływ w Breach Candy. Kilkoro dzieci zarzucało niewielką sieć do oczek wodnych między skałami, poszukując okazów fauny morskiej porzuconych przez zapominalskie fale. Kiedy patrzył, jak dzieci rozpryskują wodę i wrzeszczą, pomyślał o jedenastu latach, w czasie których on i Lucy walczyli, by stworzyć świat dla siebie. Kokon, zwykła mówić Lucy. Potrzebowali kokonu, mówiła, w którym mogliby się schronić, a potem, gdyby już rodziny zapomniały o ich egzystencji, wyłoniliby się jak dwa lśniące motyle i razem odlecieli...

Wspomnienie na chwilę osłabiło jego wolę - czy podejmuje właściwą decyzję?... Tak. Właściwą. Zostaliby zmiażdżeni przez rodziny. Wykończeni ciężarem tego wszystkiego. Przypomniał sobie, jak beznadziejne było to ostatnio - doszli nawet z Lucy do tego, że niemal nie zdarzał się wieczór, żeby nie kłócili się o to czy owo. Co za sens miało ciągnięcie tego dalej, dopuszczenie, by wszystko rozpadło się w bezcelowych przepychankach?

Tamtego dnia, gdy dzieci nieopodal piszczały z uciechy nad jakimś złapanym w sieć stworzeniem, Lucy spróbowała po raz ostatni przekonać Narimana: mogliby się odwrócić do wszystkich plecami, odejść z dławiącego świata rodzinnych tyranii, nie pozwolić na wymuszanie poczucia winy i emocjonalne szantaże, w jakich specjalizowali się rodzice. Mogliby rozpocząć życie razem, tylko oni sami, we dwójkę.

Z trudem zachowując stanowczość, powiedział jej, że już to wszystko przedtem przerabiali, że rodziny by ich zaszczuły, niezależnie od tego, jakie kroki by podjęli. Jedynym wyjściem jest zakończenie sprawy jak najszybciej.

Teraz pani Kotwal przedreptała przez pokój, uszczypnęła Narimana w policzek i powiedziała:

A teraz, kiedy rodzice i ich przyjaciele dyskutowali nad jego przyszłością, popijając whisky z sodą, czuł się, jakby podsłuchiwał nieznajomych. Prowadzili z upodobaniem "konferencję przy okrągłym stole", jak to nazwali, planując jego życie małżeńskie; mieli przy tym tyleż samo zabawy, co przy grze w wista lub nielegalnym hazardzie.

- Mamy jeden problem - powiedział pan Burdy. - Rzeczywiście, udało się zatrzasnąć drzwi do stajni, zanim koń poniósł, ale musimy mu dostarczyć następną klacz.

- Co on powiedział? - zapytała ciocia Nargeś.

- Pan Przesłowie uważa, ży pan młode jest gotowe, ale musimy mu znaleźć pannom młodom.

- Nie uważacie - zapytała ciotka nieśmiało - że małżeństwo z miłości byłoby lepsze niż aranżowane?

- No jasne - odpowiedział jego ojciec. - Myślisz, że go do tego nie zachęcaliśmy? Ale wydaje się, że nasz Nari nie potrafi zakochać się w parsyjskiej dziewczynie. Teraz do nas należy znalezienie mu pary.

- A to będzie wyzwanie, pomnicie moje słowa - powiedział pan Kotwal. - Możecie szukać tak daleko od Bombaju, jak chcecie. Możecie próbować od Kalkuty po Karaczi. Ale kiedy będą zbierali informacje, odkryją jego lafru6 z tą ferangi7.

- Nie da się ukryć - przyznała pani Unwala. - Trzeba będzie pójść na kompromis.

- Ależ ja jestem przekonana, że Nari znajdzie sobie śliczną żonę - oświadczyła matka lojalnie. - Samą śmietankę.

- Myślę, że musimy zapomnieć o śmietance - oznajmił pan Burdy. - Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę. Nie da się orać rżyska jednego dnia, a następnego oczekiwać śmietanki.

Roześmieli się i żarty stały się bardziej bezceremonialne. Soli rzucił coś obraźliwego o ferangi, którzy wycierają tyłki papierem, zamiast higienicznie się podmywać.

Obojętność, z jaką Nariman dotąd ich słuchał, wyparowała.

- Ależ mi was wszystkich szkoda! - powiedział, nie będąc w stanie powstrzymać obrzydzenia. - Starzy, a głupi.

Krzesło zaskrzypiało, kiedy je odepchnął i wrócił na balkon. Podniósł książkę, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w zadrukowane strony. Od morza niósł się lekki powiew. Z mieszkania dochodziły do uszu Narimana przeprosiny rodziców: biedny chłopak jest roztrzęsiony, bo rana po rozstaniu jest jeszcze świeża. Rozwścieczyło go to - czy im się zdaje, że mogą mieć w ogóle pojęcie, jak on się czuje? - Królewicz z bajki nie docenił naszego poczucia humoru - zauważył pan Burdy. - Ale nie musiał nas obrażać.

- Moim zdaniem on tylko cytował coś z książki - powiedział pan Kotwal.

- Największym błędem - oświadczył ojciec - były książki. Za dużo książek. Nowoczesne pomysły napełniły Nariemu głowę. Nigdy się nie nauczył, jak zachować idealną równowagę między tradycją a nowoczesnością.

- Upłenie trochem czasu i Nari znowu bendzie normalne - powiedział Soli. - Nie martwcie siem. Róbcie po jednem kroku na raz.

- Właśnie - rzekł pan Burdy. - Jak się człowiek śpieszy, to się diabeł cieszy. Pamiętajcie, wolny acz wytrwały zawsze wygrywa wyścig.

Lekceważąc swoją własną poradę, w ciągu kilku dni przyjaciele rodziców zaaranżowali Narimanowi spotkanie.

- Spotkasz się z Jasmin Contractor, wdową z dwójką dzieci - oznajmili mu. - I to jest najlepsze, czego się możesz spodziewać, z twoją przeszłością.

Albo wdowa, wyjaśnili mu, albo kobieta z defektami - wybór należał do niego. Jakimi defektami? - zapytał zdziwiony. Och, zezowata albo głucha, albo z jedną nogą krótszą od drugiej, wyjaśnili radośnie; albo chorowita, ze słabymi płucami, albo może mieć kłopoty w sektorze płodzenia dzieci - to zależy, kto jest akurat dostępny. Jeśli taka była jego wola, mogli poczynić rozpoznanie i przygotować dla niego listę.

- Nikt nie zaprzecza, że jesteś przystojny i dobrze wykształcony. Twoją słabością jest twoja przeszłość - te zmarnowane lata, które wyrzuciły cię już za próg czterdziestki. Ale nie martw się, wszystko rozważyliśmy: osobowość, rodzina, umiejętności w zakresie gotowania i prowadzenia domu. Tak, ta wdowa jest naszym zdaniem najlepszą kandydatką. Będzie dla ciebie dobrą żoną.

Niczym inwalida prowadzony przez lekarzy i pielęgniarki, Nariman dał się wieść przez całą procedurę, tłumił wątpliwości i złe przeczucia, gotów uwierzyć, że tradycyjne metody są najlepsze. Został mężem Jasmin Contractor i formalnie zaadoptował jej dzieci, Dźala i Kumi. Ale zachowały one nazwisko swojego ojca.

Zmienianie go na Wakil byłoby jak pisanie na nowo historii, twierdziła nowa małżonka. Porównanie przemówiło do jego akademickiej duszy; zgodził się w milczeniu.

I to był prawdopodobnie mój pierwszy błąd, pomyślał Nariman, ciągle walcząc z guzikami urodzinowego prezentu. Jak czuli się Dźal i Kumi jako dzieci, nosząc inne nazwisko niż reszta rodziny? Czy mieli o to żal? Czy czuli się wyłączeni? Powinien był rozważyć ich punkt widzenia, zanim przyznał rację Jasmin. Powinien był spróbować zrekompensować im stratę, jaką cierpieli po śmierci ojca, spróbować zapewnić im normalne dzieciństwo, które dotąd ich ominęło, zabierać ich na wycieczki, pikniki, grać z nimi w gry, próbować być dla nich przyjacielem... i być może rzeczy potoczyłyby się inaczej. Ale sztuka myślenia jak dziecko, wczuwania się w emocje innych, to były umiejętności, których wówczas jeszcze nie posiadał. Dzisiaj przychodziło mu to dużo łatwiej.

Pokonany przez guziki Nar iman odłożył koszulę na bok i ruszył do toalety. W brzuchu grzmiało mu złowieszczo. Starał się przypomnieć sobie, co takiego dzisiaj zjadł, kiedy szedł powoli długim korytarzem na tyły mieszkania. To była jedyna z trzech toalet, która jeszcze działała.

Ka żdy krok był wysiłkiem koncentracji, podczas gdy trzęsące się ręce poszukiwały wsparcia ścian, pokrytych zawieszonymi wysoko wzdłuż całej długości korytarza wielkimi obrazami. Przodkowie Narimana medytowali w ciemnych ramach, z surowymi obliczami i sarkastycznie skrzywionymi ustami spoglądali na niego z góry w czasie częstych wycieczek do toalety. Nariman nie raz martwił się, czy zdąży na czas do ubikacji. Ależ to nieszczęśliwe mieszkanie - myślał - i przynajmniej usprawiedliwia ponury styl portretowej fotografii. W jego oczach miny praojców z każdym upływającym dniem stawały się coraz smętniejsze.

Zatrzasnął zasuwę drzwi i usiadł, wdzięczny losowi, że jedyna ocalała toaleta ma wysoki sedes. Nie był w stanie wyobrazić sobie, jak zdołałby wytrzymać w kucki w którejś z dwóch pozostałych. Na drugim końcu korytarza Kumi wołała do niego, by się pośpieszył, bo rodzina Roksany zaraz tutaj będzie. Jej kroki zbliżyły się do ubikacji i Kumi spróbowała otworzyć drzwi.

- Kto tam siedzi?

- Ja.

- Powinnam była się domyślić po zapachu.

Kiedy Nariman wrócił do swojego pokoju, Kumi już czekała. Młot dalej walił gdzieś w budynku.

- Złamałeś regułę, papo, idąc tam bez powiadomienia mnie o tym.

- Przepraszam, zapomniałem.

- Muszę załatwić lekką sprawę, mogłam pójść pierwsza. Teraz muszę siedzieć w smrodzie po tobie - przerwała. - Nieważne, ubieraj się. Przyjdą za chwilę i na mnie zwalą winę za to, że jeszcze nie jesteś gotowy.

Podał jej nową koszulę, drżenie dłoni sprawiało, że wyglądał, jakby potrząsał sztandarem. - Nie mogę dać sobie rady z guzikami.

Koszula miała długie rękawy i Kumi pomogła mu się z nimi uporać. Nariman zapytał o źródło uporczywego walenia młotkiem.

- Edul Munśi z dołu, któżby inny? - odpowiedziała, zatrzaskując spinki mankietów. - Tylko jeden taki maniak złota rączka mieszka w Chateau Felicity.

Dzwonek u drzwi zadźwięczał, kiedy Kumi zapinała przód koszuli. Twarz Narimana rozjaśniła się: Roksana, Jezad, Murad i Dźehangir, nareszcie! Jego ochocze palce próbowały pomóc przy zapinaniu.

Kumi strzepnęła je na bok i ekspresowo uporała się z ostatnimi kilkoma guzikami, pomijając dwa na końcu, zdenerwowana myślą o tym, co ma jeszcze do zrobienia w kuchni. Rodzina ćhenojów zawsze zjawia się na czas - zrzędziła - nawet w największą ulewę.

Przypisy:

1 Patan, czyli Pasztun, przedstawiciel koczowniczej grupy etnicznej zamieszkującej głównie tereny współczesnego Afganistanu i Pakistanu (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

2 Babri Masjid (Babri Mazdźit) - meczet Babara w Ajodhji. Zob. Słowo wstępne, s. 10.

3 Gunda (hindi) - chuligan, drab.

4 Bhel-puri - słynna bombajska przekąska, na którą składa się mieszanka dmuchanego ryżu lub ciecierzycy, cebuli, kolendry i innych dodatków w ostrym sosie oraz smażony puchaty placek (puri) z mąki pszennej.

5 Sew - często jeden ze składników bhel-puri, rodzaj kruchych makaroników smażonych w oleju.

6 Lafru (gudźarati) - (przest.) krótkotrwałe i przemijające zafascynowanie; zadurzenie się; miłostka.

7 Ferangi (hindi) - osoba pochodząca z Europy; cudzoziemiec, cudzoziemka.

2

Dźal wpuścił rodzinę do środka i popędził z parasolami i płaszczami przeciwdeszczowymi do łazienki, żeby zapobiec powstaniu kałuży przy drzwiach. Wrócił ze ścierką, zbierając z podłogi łańcuszek kropel. Kiedy wszyscy osuszyli już buty na wycieraczce, Dźal poprowadził ich do bawialni.

- Trafiliście akurat na ulewę.

- Tak - potwierdziła Roksana. - A ci dwaj niegrzeczni chłopcy zapomnieli czapek. Spójrzcie na ich włosy, ociekają wodą. Czy mogę pożyczyć ręcznik, Dźal?

- Oczywiście - usadzając ich na przetartych sofach i krzesłach, Dźal niepotrzebnie przesunął kilka stolików, chwycił poduszki tylko po to, żeby odłożyć je na to samo miejsce, i włączył lampę. Dopytywał się troskliwie, czy światło nie razi ich w oczy.

- Wcale - zapewnił go Jezad.

Własna nerwowa ruchliwość przesłoniła Dźalowi przyjemność płynącą z zobaczenia rodziny. Przeprosił na chwilę, mówiąc, że Kumi potrzebuje pomocy w kuchni.

- Ręcznik, Dźal - przypomniała mu Roksana. - Nim te dwa małe szatany zdążą się przeziębić.

- A, tak, przepraszam - Dźal popędził i wrócił, sumitując się zaraz za opóźnienie.

Roksana narzuciła ręcznik na głowę Dźehangira, trąc energicznie, aż ramiona mu się trzęsły. Chłopak postanowił zwielokrotnić ten efekt, pozwalając ramionom i biodrom falować w dzikim tańcu.

- Stój spokojnie, ty pajacu - powiedziała matka. Przesunęła palcami po jego włosach, żeby sprawdzić, czy są suche. - Już. Twoja kolej, Murad.

- Sam to zrobię - powiedział Murad, nie zamierzając wyrzekać się suwerenności, uzyskanej niedawno wraz z osiągnięciem wieku lat trzynastu.

Matka podała mu ręcznik, po czym otworzyła kosmetyczkę, żeby znaleźć grzebień. Dźehangir czekał cierpliwie, aż przywróciła mu przedziałek po lewej stronie, a resztę zaczesała do tyłu.

- Teraz nie przypominasz już tak bardzo chuligana.

Następnie grzebień przejął Murad i podszedł do etażerki na drugim końcu salonu. Zerkając w szklany front, ułożył sobie włosy ku własnej satysfakcji, bez przedziałka.

Roksana schowała grzebień i ostrzegła chłopców, żeby się zachowywali, nie denerwowali cioci i wujka. Jezad także wygłosił ostrzeżenie, dodając pod nosem, że trudno oczywiście przewidzieć, co może zdenerwować tych dwoje - jedyny pewny sposób to nic nie mówić i nic nie robić.

- Dzisiejszego wieczoru udawajcie, że jesteście posągami - powiedział.

Murad i Dźehangir zaśmiali się.

- Mówię poważnie. Będzie nagroda dla najlepszego posągu.

- Jaka nagroda?

- To niespodzianka.

Zamarli od razu, żeby sprawdzić, który jest w stanie dłużej wysiedzieć bez mrugnięcia okiem. Ale nie minęło wiele czasu, kiedy posąg Murad ożył i zaczął eksplorować pokój. Powędrował do okna i zajrzał za zasłony, po czym spróbował je odsunąć. Szarpnął obiema rękami. Karnisz i materiał zwaliły się z hukiem.

- Widzisz, co narobiłeś? Siadaj natychmiast! - powiedziała matka przez zaciśnięte zęby, żeby wyglądać na rozzłoszczoną, chociaż wiedziała, że jest pod tym względem beznadziejna. - Jesteś starszy od Dźehangira, powinieneś służyć mu za przykład.

Murad podniósł karnisz i zaczął nawlekać kółka zasłony. Kiedy nasunął połowę, reszta zjechała drugim końcem.

- Słyszałeś, co mama powiedziała - powiedział Jezad. - Zostaw to.

- Ja tylko nakładam je z powrotem dla cioci.

Jezad zdjął nogę z kolana i przesunął się na kraniec sofy, jakby chciał się podnieść.

- Siadaj, powiedziałem.

Widząc błysk gniewu w oczach ojca, Dźehangir zamarł, z nadzieją, że brat nie będzie się stawiał. Obaj dobrze znali gniew taty.

Murad wrócił na krzesło, nadąsany i pełen wzgardy. Ale gniew ojca, jak szybko się pojawił, tak szybko się rozpłynął.

- Teraz miejmy tylko nadzieję, że wasza ciocia nie wybuchnie.

Roksana była pewna, że hałas sprowadzi Kumi w celu zbadania sprawy. Ale nikt nie przychodził, aż w drzwiach pojawił się Nariman, z nową koszulą wciśniętą nierówno w spodnie.

- Wszystkiego najlepszego, dziadku - zawołali chórem chłopcy. Tym razem Dźehangir wystartował z sofy pierwszy, biegnąc do Narimana, który człapał ku swojemu krzesłu.

- Stój! - Roksana powstrzymała wylewność syna. - Pozwól dziadkowi najpierw usiąść, przewrócisz go.

Zastanawiała się, czy ojciec nie powłóczy nogami bardziej niż przy ostatnim spotkaniu; zdecydowanie bardziej się garbił. Lekarz ich ostrzegał, że symptomy się pogłębią, kiedy choroba Parkinsona zacznie robić gwałtowne postępy. Co za dziwaczne użycie słowa, pomyślała, "postępy", jakby ta przeklęta choroba była gospodarką albo spółką akcyjną na bazarze giełdowym, gdzie swych sił próbował Dźal.

Opuszczając się na krzesło, Nariman stracił kontrolę i opadł ciężko na siedzenie. Uśmiechnął się, widząc ich zaniepokojone twarze.

Dźehangir uściskał go i wycałował, chwytając za brodę i ugniatając ją delikatnie, ciesząc się jej gumowym jak cukierek jujubowy dotykiem i bawiąc lekkim zarostem, który obsypywał podbródek jak cukier. Dziadek zaśmiał się i schylił głowę do następnego etapu rytuału: głaskania łysej czaszki.

To specjalne przywitanie narodziło się kilka lat temu, kiedy Nariman czule łapał chłopców za podbródki, a oni odpłacali mu natychmiast tym samym. Zafascynowani dotykiem jego brody, chłopcy poddali badaniom inne cechy dziadkowej fizjonomii i odkryli, że łysa czaszka, twarda, gładka i lśniąca, stanowi smakowity kontrapunkt dla przypominającej gumę brody.

Murad zbliżył się i wyciągnął dłoń, czuł się bowiem już za stary na dziecinne pieszczoty. Nariman uścisnął mu rękę, po czym przyciągnął wnuka bliżej w objęcia.

- Pokaż nam zęby, dziadku - powiedział Dźehangir.

Nariman spełnił prośbę, wysuwając na krótko sztuczną szczękę, po czym wessał ją z powrotem.

- Jeszcze raz!

- Przestań się naprzykrzać - powiedział Jezad. - Ten mój chłopak to kawał łobuza. Sto lat, szefie. - Uścisnął dłoń teścia serdecznie i poklepał go po ramieniu.

Na koniec Roksana objęła ojca, mówiąc, że miło go zobaczyć w tak dobrej formie.

- Niech Bóg cię błogosławi, papo, obyśmy przychodzili z życzeniami przez wiele, wiele lat.

- Co najmniej aż do stu - powiedział Jezad.

- Tak, dziadku, musisz osiągnąć setkę - dodał Murad. - Jak Sachin Tendulkar1 przeciw Australii.

- Spokojnie - skomentował Dźehangir. - Jeszcze tylko dwadzieścia jeden.

- Dobry jesteś z arytmetyki - zaśmiał się Nariman. - Ale ja już miałem więcej, niż mi się należy.

- Nie mów tak, papo - poprosiła Roksana, a mała zmarszczka przecięła jej brew. Usiadła na sofie przylegającej do krzesła.

Dźal, który tymczasem wrócił, poprawił aparat słuchowy; sprawiał mu on więcej kłopotów, kiedy w pomieszczeniu było kilku rozmówców.

- Co? Co Murad powiedział o pipetce?

- O setce - skorygowała Roksana, powtarzając mu wszystko, co go ominęło, podczas gdy Dźal uśmiechał się i potakiwał. Wtedy zawołała Kumi i Dźal pośpieszył z powrotem do kuchni.

- Ile jeszcze urodzinowych przyjęć do twojej setki? - Nariman zapytał Dźehangira. - Dziewięćdziesiąt dwa, jak mi się zdaje? - Nie, dziadku, to było w zeszłym roku. Teraz tylko dziewięćdziesiąt jeden.

- A dla Murada?

- Tylko osiemdziesiąt siedem.

- Świetnie. Wkrótce będziecie młodzieńcami mającymi liczne koleżanki. Mam nadzieję, że zaprosicie mnie na wesele - z każdą upływającą minutą Nariman był w coraz lepszym humorze. Radość, śmiech i młodość, jaką wniosła ze sobą rodzina Roksany, stanowiły antidotum na ponure przygnębienie spowijające jego mieszkanie, na te godziny, w których czuł, że nawet ściany i sufity inkrustowane są cierpieniem nieszczęśliwych dziesięcioleci. Również meble - tekowe i z drewna różanego, olbrzymie kredensy i łoża z baldachimami zwykle majaczące groźnie w ciemnościach, chmurne kolosy wyczekujące przerażającego końca, teraz zdały się zapraszać i gościnnie zachęcać. A ten długi rząd rodzinnych portretów w przedpokoju - dzisiaj nawet ich skwaszone miny wydawały się komiczne.

Roksana zapytała, ściszając głos do szeptu:

- Wszystko w porządku z Dźalem i Kumi?

- Normalne dramatyzowanie i międlenie językiem, to wszystko - powiedział Nariman. - Przez większość czasu...

Zamilkł, kiedy z głośnym powitaniem dla wszystkich weszła Kumi, niosąc półmisek z ziemniaczanymi chipsami. Zerwane zasłony przyciągnęły od razu jej wzrok, ale zanim jej oburzenie znalazło ujście w słowach, Roksana przeprosiła:

- Ten niegrzeczny chłopak pociągnął wszystko na dół. Zostanie porządnie ukarany.

Rozbrojona w ten sposób Kumi okazała wielkoduszność.

- Nie szkodzi, Dźal naprawi to później. Mam tylko nadzieję, że żadni wścibscy bezwstydnicy nie będą próbować zaglądać nam do domu.

- Ale my jesteśmy na trzecim piętrze, ciociu - powiedział Dźehangir.

- To co? Myślisz, że ludzie są wścibscy tylko na poziomie ulicy. Mogą być w budynku naprzeciwko. Mogą stać z teleskopem w tym drapaczu chmur odległym o milę.

Zdziwiony Dźal zapytał:

- Kto jest w drapaczu chmur?

- Po prostu to wyłącz - poradziła Kumi. - Nie dyskutujemy o niczym ważnym.

- Niech słucha! - powiedziała oburzona Roksana. - Chce uczestniczyć w rozmowie.

- A kto zapłaci za nowe baterie? Czy wiesz, jakie są drogie, jak szybko to małe pudełko je pożera?

- Ale to jest konieczność, jak lekarstwo.

- Nazywanie aparatu słuchowego koniecznością nie wyprodukuje w magiczny sposób potrzebnych na niego pieniędzy - oświadczyła Kumi i wyrecytowała ceny towarów, które uważała za niezbędne: cebuli, ziemniaków, chleba, masła, gazu do kuchenki.

- Powinnaś wyznaczać budżet na wszystkie wydatki - powiedziała Roksana. - Trzymać oddzielne koperty.

- Dziękuję ci bardzo, też miałam podstawy gospodarstwa domowego w szkole. Koperty na nic się zdają, kiedy nie ma pieniędzy, żeby je do nich włożyć.

- Masz rację - powiedział Jezad, żeby zakończyć spór. - Wszyscy mamy ten sam problem.

- Bzdury - warknęła Kumi. - Nie macie problemu z opiekowaniem się papą, ze wszystkimi kosztami.

Roksana chciała się odgryźć, że emerytura papy pokrywa wszystkie koszty. Ale Jezad dał jej mały sygnał - głupi spór o baterie przeradzał się w większą kłótnię - i Roksana zmieniła temat:

- Przy okazji, Kumi, co to za nieustające walenie?

- Ten idiota Edul Munśi, któż by inny?

- Teraz byłby zachwycony, mogąc naprawić wasz karnisz - zakpił Jezad.

Dźal cofnął się w udawanym przerażeniu:

- Błagam, wszyscy, tylko nie Edul. O ile nie chcesz, by dom zwalił się nam na głowę.

Zaśmiali się, bo Edul Munśi, który mieszkał piętro niżej, wyobrażał sobie, że jest utalentowaną złotą rączką. Oznaki jego niekompetencji widniały na drzwiach wejściowych do mieszkania: tabliczka z nazwiskiem przekrzywiona, a pętla wrzeciądza nie do końca trafiała do skobla. Edul cieszył się sławą w całym budynku z powodu znakomitego kompletu narzędzi, a niesławą ze względu na swoją chęć ich użyczania - rozgrywając właściwie partię, był w stanie dopchać się z narzędziami do cudzych prac i napraw. A to oznaczało dla niego cały świat, ponieważ bardzo niewiele zostało mu do zdziałania we własnym mieszkaniu; pani Munśi zdecydowała, że istnieją pewne granice i nie pozwalała mężowi na rujnowanie domu.

- Ciekaw jestem, kto jest tym naiwniakiem i dał się nabrać na numer ze skrzynką narzędzi Edula - powiedział Jezad.

Znowu się zaśmiali, a Nariman rozejrzał się wokół z satysfakcją, zadowolony, że udało się uniknąć kłótni:

- Chodźcie, napijmy się czegoś.

- Tylko poczekajcie jeszcze pięć minut - powiedziała Kumi. - Węgle są gotowe do lobanu2, słońce zaszło.

Opuściła pokój, żeby wrócić ze srebrną kadzielnicą, krocząc w obłoku białego dymu. Jej głowę zakrywała teraz biała muślinowa chusta.

Aromat żywicowego kadzidła zachwycił Roksanę, bo rytuał i religia znaczyły dla niej więcej niż dla Jezada. Po nagłej śmierci matki jej wychowanie przejęła rodzina Contractorów, a nieczyste sumienie nie pozwalało Narimanowi odmawiać im niczego. Contractorowie nauczyli Roksanę modlitwy, odprawili jej nawdźote, zabierali ją do świątyni ognia w każde święto.

Później, w życiu małżeńskim, brakowało jej tych obrzędów. Jezad w nie nie wierzył, twierdził, że wystarcza mu chodzenie do świątyni ognia w święta Nawrodź i Khordad Sal3, a dym lobanu to dobry sposób, żeby pozbyć się komarów.

Dym z trzymanej przez Kumi srebrnej kadzielnicy, należącej niegdyś do mamy, przepełnił zmysły Roksany czcią i wspomnieniami z dzieciństwa. Wyczekiwała na swoją kolej - Kumi zatrzymywała się przed każdym, żeby mogli oddać rytualny pokłon.

Jezad, zna jdujący się najbliżej Kumi, był pierwszy i od niechcenia złożył razem dłonie.

- Przykryj głowę - szepnęła Roksana mężowi do ucha.

- Przepraszam - mruknął i położył jedną dłoń na włosach na głowie, a drugą nawiewał wolno dym w swoją stronę. Murad i Dźehangir wyszczerzyli zęby, widząc niezgrabne ruchy ojca.

Kiedy wszyscy skończyli, Kumi okrążyła salon, a dym leniwie snuł się jej śladem. Namaszczony wyraz twarzy, z jakim sunęła, rozśmieszył chłopców.

- Wasza ciocia jest bardzo pobożną kobietą - skomentował Jezad, kiedy Kumi wyszła z pokoju, i walczył ze sobą, by powstrzymać śmiech.

- Zaiste - powiedział Nariman. - Ma bezpośrednie połączenie z Wszechmogącym.

- Przestańcie! Obaj! - zawołała zirytowana Roksana. Chciała napawać się tą chwilą; dla niej dym lobanu był niczym anioły i fariśtowie4 sunący przez dom.

*

Kumi zsunęła z głowy biały muślin i oznajmiła, że nadszedł czas na drinki.

- Co dla was, Murad i Dźehangir? Fanta czy Thums-Up? A może - zachęciła, otwierając szeroko oczy dla wyrażenia cudowności specjalnego przysmaku - domowy sorbet malinowy mojej własnej roboty? Ja się go napiję.

Chłopcy znali anemiczną miksturę ciotki, bladoróżową, słodzoną i bez smaku.

- Spróbuję później - stwierdził Murad. - Teraz Fanta.

- To samo dla mnie, ciociu - powiedział Dźehangir.

Dźal zaoferował, że zajmie się drinkami dla dorosłych, i zaczął przygotowywać whisky z sodą dla Jezada, Narimana i dla siebie.

Roksana poprosiła o wzgardzony przez chłopców sorbet malinowy i twarz Kumi pojaśniała.

- Męczennica - szepnął Jezad do żony, muskając ustami płatek jej ucha.

Dostrzegł to Nariman i uśmiechnął się z zadowoleniem. Czerpał radość ze szczęścia córki, z więzi, jaka łączyła ją z Jezadem. Często widział, jak komunikowali się subtelnymi znakami, niedostrzegalnymi dla świata.

Oprotestował wybór Roksany:

- W moje urodziny? Musisz się napić czegoś mocniejszego.

- Nie, papo, idzie mi prosto do głowy, a potem z kolei do nóg.

- Ale on ma rację, Roksi - powiedział Jezad. - Dzisiaj jest szczególny dzień.

Dźehangir i Murad przyłączyli swoje głosy:

- Tak, mamo, musisz się dzisiaj napić alkoholu! - lubili łagodne upojenie, które ogarniało matkę raz czy dwa na rok, ścierając z jej twarzy wyraz wiecznego zmartwienia.

Wzdychając, przystała na rum i Thums-Up, jakby podejmowała się trudnego zdania.

- Słuchaj, Dźal, bardzo mało rumu, dużo Thums-Up - instruowała, po czym usiadła, wyczekując na drinka z przyjemnością.

Ciągle bez Fanty i nakręcany przez nudę, Murad podszedł do etażerki, która tkwiła dumnie na najważniejszym miejscu w salonie. Dźehangir podążył za nim.

Etażerka przyciągała ich jak magnes przy każdej wizycie, tym silniej, że wujek i ciotka zakazywali ruszać w niej cokolwiek.

Roksana patrzyła za nimi z rosnącym zaniepokojeniem. Nariman poruszył dłonią w powietrzu, jakby poklepywał córkę po ramieniu dla uspokojenia, że wszystko będzie w porządku.

- Ale, papo, ty nie masz pojęcia, jaki Murad jest psotnik. I jego brat również, kiedy są razem. Bo sam Dźehangir potrafi siedzieć nieruchomo godzinami, czytając lub układając puzzle.

Szturchnęła Jezada, żeby miał obu na oku.

- Ostatnia rzecz, jakiej chcemy, to żeby łobuzowali wokół świętego przybytku.

"Święty przybytek" to było ich sekretne wyrażenie na otaczane przez Dźala i Kumi czcią zbiorowisko zabawek i szkieł, które wypełniały półki etażerki. Wśród uświęconych ikon znajdowały się: klaun, który wachlował uszami, kiedy naciskało mu się brzuch; biały puszysty pies z bujającą się głową; maleńkie repliki markowych samochodów oraz lalka - Elvis na baterię, bezgłośnie trącająca struny swojej gitary. Kiedyś lalka potrafiła również zaśpiewać kilka taktów z Wooden Heart, ale, jak Dźal lubił wyjaśniać gościom, coś się zepsuło w mechanizmie dokładnie tamtego dnia w sierpniu, gdy Król zmarł.

Kiedy Dźal i Kumi nabywali nową zabawkę, demonstrowali ją dumnie, po czym z namaszczeniem intronizowali ją za szkłem. Jedyne, czego, według Jezada, brakowało w tym rytuale, to kadzidła, kwiaty oraz recytacje modlitw. Jezad nie przyjmował do wiadomości wyjaśnień Narimana, że powodem powstania świętego przybytku była choroba ojca Dźala i Kumi oraz ich nieszczęśliwe dzieciństwo. Mnóstwo jest na świecie dzieci pozbawionych prawdziwego dzieciństwa, powiadał Jezad, ale nie wszystkie wyrastają na fanatycznych miłośników zabawek.

Poza zabawkami etażerka zawierała kilka srebrnych pucharów - nagród, jakie Dźal i Kumi zdobyli dawno temu w szkole. Małe tabliczki na trofeach głosiły ich osiągnięcia: Dźal Palondźi Contractor, trzecia nagroda, wyścig na trzech nogach, 1954; Kumi Palondźi Contractor, druga nagroda, wyścig z cytryną na łyżeczce, 1956; i wiele innych. Nie zachowali wszystkich swoich nagród, tylko te otrzymane za wyścigi, na których w Dniu Sportu dopingował ich ojciec.

Znajdowały się tam również dwa zegarki, których paski były teraz dużo za krótkie na ich nadgarstki, oraz dwa pióra atramentowe, które dostali w prezencie na uroczystość nawdźote od ojca, niemal czterdzieści lat temu. Ceremonię zorganizowano w pośpiechu za poradą rodzinnego dastur-dźiego5, kiedy stało się jasne, że Palondźi długo już nie pożyje. Dzieci miały się dopiero nauczyć na pamięć wszystkich wymaganych modlitw, ale dastur-dźi powiedział, że przymknie na to oko: lepiej dla ojca, żeby był świadkiem nawdźote, nawet jeśli dzieci jeszcze zalegają z kilkoma wersetami, bo dzięki temu będzie mógł umrzeć w całkowitej pewności, że jego potomstwo zostało należycie przyjęte do grona zaratusztrian.

Znudzony oglądaniem eksponatów przez szybę Murad postanowił otworzyć drzwiczki etażerki. Roksana zaalarmowała Jezada, który ostrzegł syna, żeby niczego nie dotykał.

- Szyba jest zakurzona, nic nie widzę.

Murad rzucił okiem na zgromadzony tam zbiór przedmiotów, ignorując wazy, srebrne puchary, plastikową gondolę z gondolierem, maharadżę - maskotkę linii lotniczych Air-India - siedzącego jak na grzędzie na czubku jumbo jeta, a także wieżę Eiffla. Jego ciekawość obudziły dwie szczerzące się na środku etażerki małpy.

Jedna trzymała bębenek i pałeczki, druga ściskała w łapkach butelkę z napisem "Popitek"; obie miały kluczyki w plecach. Stając tak, by ukryć ręce, Murad zaczął nakręcać dobosza. Wspólnik Dźehangir dostarczył mu dodatkowej osłony.

Ale wydał ich zdradliwy mechanizm nakręcania. Dźwięk ten był dla uszu Kumi tak bliski jak oddech najdroższego dziecięcia. Porzuciła drinki i ruszyła do ukochanej etażerki.

- Bardzo brzydko z twojej strony, Murad, bardzo brzydko - powiedziała, usiłując zachować przez chwilę sztuczny spokój, zanim w zdenerwowaniu nie przeszła do krzyku. - Mówiłam ci tysiąc razy, nic tu nie dotykaj!

- Odłóż to na miejsce natychmiast - powiedziała mu matka.

Murad zlekceważył polecenie i dalej nakręcał małpkę.

- Nie robię nic złego.

- Słyszałeś, co powiedziała mama - podniósł głos Jezad.

- Oddaj małpkę wujkowi Dźalowi, ty przeklęty chłopcze - krzyczała Kumi, teraz przerażona. - Nakręci ją dla ciebie.

- Ale ja chcę to zrobić sam.

Jezadpodniósł się. Czas się poddać, stwierdził Murad. Zanim jednak zdołał oddać zabawkę, Kumi uderzyła go w twarz.

Przez moment Roksana myślała, że Jezad uderzy i Murada, i Kumi. Zeskoczyła z sofy i przyciągnęła syna za rękę do krzesła, po czym powstrzymała męża zdecydowanym dotknięciem w ramię. Do Kumi powiedziała ostro, że jeśli już bicie było niezbędne, rodzice siedzieli tuż obok, mogła więc zwrócić się do nich ze skargą.

- Mam się skarżyć? Siedzicie tutaj, patrząc, jak chłopak się źle zachowuje! Gdybyście spełniali swoje obowiązki, nie musiałabym podnosić ręki.

- To dowcip do kwadratu - powiedział Jezad. - Jak dzieci chcą się bawić zabawkami, to nie jest żadne złe zachowanie.

- No, dalej, broń go. W ten sposób dzieci stają się niedobre.

- Widzisz, Murad dikra6 - powiedział Dźal drżącym głosem, z palcem przy uchu - mechanizm jest delikatny. Jeden obrót za dużo i sprężyna mogłaby pęknąć. I wtedy dobosz by zamilkł, jak mój Elvis.

Skończył nakręcanie i postawił małpkę na stole. Jej ramiona zaczęły się poruszać w dół i w górę, pałeczki za każdym razem uderzały w bębenek ze słabym puknięciem.

- Wspaniały, prawda? Nakręcę też drugiego - i małpka podniosła teraz butelkę do pyska, opuściła, powtórzyła ruch. - Mówię ci, one są wspaniałe. Nigdy się człowiek nie znuży patrzeniem na nie.

Chłopcy w ogóle się nie zainteresowali. Przyjemność nakręcania zabawek, uruchamiania ich - to ich pociągało.

- Niewdzięczne dzieciaki, odwracają się plecami do małpek - stwierdziła Kumi.

- Starczy już, Kumi - powiedział Nariman. - Zapomnijmy o tym.

Ale fala żalu przybrała w jej żyłach i Kumi oznajmiła, że nie zapomni - może to jest sposób, w jaki on radzi sobie z problemami. Nic dziwnego, że zrujnował życie swoje i wszystkich. Nic dziwnego, że prowadzał się bezwstydnie z tą Lucy Braganza; zniszczył mamie życie i...

Nariman spojrzał na pozostałych, podnosząc ręce w bezgłośnych przeprosinach, a Roksana próbowała opanować wybuch siostry:

- O czym ty mówisz, Kumi? Po co to wszystko wyciągać? Przy dzieciach? I jaki to ma związek z małpami?

- Nie wtrącaj się między mnie a papę. Gdybyś chciała dostrzec związek, wystarczyłoby trochę pomyśleć.

Ten ojciec tylko z nazwy unurzał w nieszczęściu życie sześciorga ludzi, ciągnęła Kumi, i ona nigdy mu tego nie wybaczy, szczególnie jego haniebnego postępowania po ślubie ze swoją kochanką. To nie kobieta, ale wiedźma - żeby robić takie rzeczy? A jeśli chciała umrzeć w taki sposób, to dlaczego nie zrobiła im wszystkim uprzejmości i...

- Kumi, musimy pokazać Roksi nową lalkę, którą dostałaś - przerwał Dźal. - Wiesz, Roksi, to japońska lalka.

Częściowo mu się udało. Kumi zniżyła głos, choć mamrotała dalej. Stosowny podziw ze strony Roksany dla ślicznego kimona o bogatych kolorach i wplecionych w nie nici ze szczerego złota spowodował, że Kumi wreszcie przystopowała. Zwróciła ich uwagę na maleńki parasol, który stanowił jej ulubiony szczegół, chyba nawet bardziej niż słodkie malutkie klapki.

Potem zabawki zostały zamknięte w etażerce. Odpracowawszy za grzechy swoich dzieci przy świętym przybytku, Roksana usiadła z powrotem obok ojca, wdzięcznego za przywrócenie spokoju.

Trzy whisky z sodą, dwie Fanty, jeden rum z Thums-Up oraz sorbet domowej roboty były nareszcie gotowe. Wznieśli toast na cześć Narimana, po którym on zaproponował wypicie za zdrowie czterech małpek.

- Czterech? - zapytał Dźal.

- Dwóch małpek należących do Kumi i dwóch do Roksi. Zaśmiali się, a Kumi uśmiechnęła się solidarnie. Nariman zapytał

chłopców, jak się mają sprawy w szkole St. Xavier na początku nowego roku szkolnego:

- Podobają się wam nowe lekcje?

- Już nie są nowe, dziadku - powiedział Dźehangir. - Szkoła zaczęła się dawno temu: jedenastego czerwca. To już niemal dwa miesiące.

- Tak dawno? - uśmiechnął się Nariman, wspominając własne dzieciństwo, kiedy czas też płynął sobie rozsądnie, zamiast bezdusznie pędzić jak teraz, kiedy całe dni i tygodnie mijają w mgnieniu oka. - A nauczyciele jacy?

- W porządku - odpowiedzieli razem.

- Powiedz dziadkowi, do jakiej funkcji wyznaczyła cię nauczycielka - zachęciła Roksana.

- Jestem Strażnikiem Pracy Domowej - powiedział Dźehangir, objaśniając, że jest ich w klasie trzech i że muszą sprawdzać, czy wszyscy uczniowie odrobili pracę domową z poprzedniego dnia.

- A co się dzieje, kiedy ktoś nie odrobi? - zapytał Nariman.

- Muszę powiedzieć pannie Alwarez i chłopcy dostają zero.

- I mówisz?

- Oczywiście - powiedział Dźehangir, podczas gdy jego matka skrzywiła się, protestując przeciwko pytaniu.

- A co, jeśli taki chłopiec jest twoim przyjacielem? Też mówisz nauczycielce?

- Moi przyjaciele zawsze odrabiają pracę domową.

- Sprytna odpowiedź - powiedział Dźal.

- Cóż, czyim jest synem? - zapytał Jezad i wszyscy się roześmiali.

- Gdyby taki system kontrolowania pracy domowej był programem rządu indyjskiego - powiedział Dźal - bogaci chłopcy nie odrabialiby lekcji i proponowali łapówki nauczycielom.

Jezad wydał z siebie odgłos pośredni między śmiechem a żachnięciem się.

- A dyrektor groziłby nauczycielom zwolnieniem, o ile nie dostałby z tego procentu.

- Przestańcie korumpować dzieci - powiedziała Roksana.

- Korupcja jest w powietrzu, którym oddychamy. Ten naród specjalizuje się w przerabianiu uczciwych ludzi w oszustów. Prawda, szefie?

- Odpowiedź, niestety, brzmi: prawda.

- Kraj zszedł na psy. I wcale nie rasowe, ale kundle.

- Może koalicja BJP7i Śiwseny8 naprawi ten stan rzeczy - powiedział Dźal. - Powinniśmy dać im szansę.

Jezad roześmiał się.

- Jeśli przed tobą znalazłby się jadowity wąż, dałbyś mu szansę? Te dwie partie zachęciły ekstremistów hindutwy9 do zniszczenia meczetu Babri.

- Tak, ale to było...

- A co z nienawiścią do mniejszości, którą Śiwsena szerzy przez ostatnie trzydzieści lat? - Jezad przerwał, żeby wychylić powoli długi łyk whisky z sodą.

- Tato, a wiesz, że Śiwsena organizuje koncert Michaela Jacksona? - zapytał Murad.

- Tak jest - powiedział Dźal. - Widziałem w gazecie. I Śiwsena zgarnie miliony - uzyskali zwolnienie z podatków dzięki zaklasyfikowaniu koncertu jako wydarzenia kulturalnego wagi narodowej.

- Cóż - rzekł Jezad. - Gdy Michael Jackson łapie się za krocze i zakłada błyszczące body, eksponujące genitalia, to rzeczywiście musi być żywotną sprawą dla narodu. Dziwię się, że Senapati10 nie uznaje Jacksona za wroga, choćby za wroga dobrego gustu. Normalnie jak wariat oskarża ludzi na lewo i prawo, że są wrogami tego, niszczą tamto. Indusi z południa są wrogami Bombaju, dzień świętego Walentego jest sprzeczny z ideą hindustanu11, a gwiazdy filmowe urodzone przed 1947 rokiem w pakistańskiej części Pendźabu są zdrajcami.

- Przypuszczam - zauważył Nariman - że jeśli Senapati dostanie wzdęcia po zjedzeniu kareli12, melon zostanie ogłoszony warzywem antyindyjskim.

- Miejmy nadzieję, że Senapati nie dostanie wysypki w kroczu od noszenia langoti13 - powiedział Dźal. - Bo wszelka bielizna może zostać zakazana.

Zaśmiali się, a Jezad przyrządził sobie kolejną whisky z sodą.

- Szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie, kto tworzy rząd i co on robi. Porzuciłem nadzieję, że nadejdzie zbawca. Zawsze okazuje się, że to prawdziwy zbawca do kwadratu.

- Tato, dlaczego mówisz o wszystkim "do kwadratu"? - zapytał

Dźehangir.

- Ponieważ raz to zawsze za mało.

Dźehangir nie zrozumiał, ale i tak się roześmiał. Był szczęśliwy,

widząc, że ojciec się rozkręca.

- Porozmawiajmy o czymś innym - poprosiła Roksana. - Polityka jest bardzo nudna.

- Masz rację - przyznał Jezad. - Tak więc, szefie, co sądzisz o Pucharze Świata?

Nariman potrząsnął głową.

- Nie popieram tych kolorowych kostiumów, jakie teraz noszą.

Prawdziwy krykiet to biała flanela. Umawiają się, kto spudłuje, i śpieszą się, żeby skończyć mecz w jeden dzień. To już nie jest krykiet. - Najgorszy jest fanatyzm - owiedział Jezad. - Za każdym razem, kiedy grają Indie i Pakistan, to jak kolejna wojna w Kaszmirze. - Myślałam, że mamy przestać mówić o polityce.

- Przepraszam, Roksi. No więc, szefie, kiedy otworzysz swój prezent?

- Teraz.

Chłopcy pobiegli do stołu w holu po podarunek. Położyli długi, wąski pakunek na kolanach Narimana. Prezent kołysał się w rytm drżenia nóg.

- Zgadniesz, co to jest, dziadku?

- Strzelba? Miecz?

Potrząsnęli głowami.

- Długi wałek do robienia bardzo dużych ćapati14?

- Znowu źle, dziadku.

- Poddaję się.

Roksana powiedziała, żeby poczekać na Kumi. Kumi zawołała

z jadalni, żeby się nie przejmować i otwierać, bo ona nie może przerwać tego, co właśnie robi. A żeby nie zapomnieli, że jest niedaleko i przygotowuje dla nich obiad, pozwalała talerzom i naczyniom zabrzęczeć od czasu do czasu.

Roksana patrzyła, jak ojciec walczy z opakowaniem i szturchnęła Murada, żeby pomógł dziadkowi. Zapytała, czy nowe lekarstwo coś zdziałało.

- Jest dużo lepiej, zobacz - Nariman wyciągnął drżącą rękę. - Nieruchoma jak skała. W pewnym sensie.

Kiedy pognieciony papier opadł, wyłoniła się laska spacerowa.

- Piękna - powiedział Nariman, przesuwając palcami po połyskliwej powierzchni.

- Czysty orzech włoski, szefie.

- I zobacz, dziadku, nałożyliśmy taki specjalny kapturek gumowy na koniec, żeby się nie ślizgała.

- Doskonale - powiedział Nariman. Podał laskę Dźalowi, który pozachwycał się nią, postukując z upodobaniem o podłogę.

Zjawiła się Kumi i stanęła w drzwiach jak wryta.

- Nie wierzę własnym oczom.

- O co chodzi, zły kolor? - zapytała Roksana, bo jej siostra była przesądna w takich sprawach.

- Pomyśl chwilę - powiedziała Kumi. - Co dajecie? I komu? Laskę spacerową. Papie.

- Szef lubi chodzić na spacery - powiedział Jezad. - Przyda mu się.

- My nie chcemy, żeby chodził na spacery! Ma osteoporozę, Parkinsona, nadciśnienie - to chodząca encyklopedia medycyny!

- A wy chcecie mnie usadzić na półce z książkami. Ale ja nie będę siedział uwięziony pod dachem dwadzieścia cztery godziny na dobę.

- Zgadzam się, szefie. Człowiek by zwariował.

- Och, ty się zgadzasz! A czy wiesz, co się wczoraj stało? Nie chciałam tego mówić w dniu urodzin papy, ale teraz powiem. Nie, Dźal powie. Powiedz im, Dźal.

Dźal odchrząknął, poprawił aparat słuchowy i łagodnym głosem poinformował, że poprzedniego wieczoru papa miał wypadek.

- Nonsens - zaoponował Nariman. - Potknąłem się i wykręciłem nogę, to wszystko - podciągnął rękaw, żeby pokazać opatrunek. - To jest ta straszliwarana, którą się tak martwią.

Śmiech Jezada i pełen ulgi uśmiech Roksany sprawiły, że Kumi poczuła się bezradna.

- Proszę, posłuchajcie mnie - błagała. - Następnym razem papa może nie mieć takiego szczęścia. To nie żarty w jego wieku, wychodzenie na dwór samemu.

- Może powinniście wychodzić razem, spacer wyjdzie na zdrowie każdemu - powiedziała Roksana.

- Chcesz, żebyśmy zginęli wszyscy na raz? - Kumi zwróciła się do brata. - Znowu zamilkłeś. Czy ja zawsze muszę się wykłócać i wychodzić na tą niedobrą?

- Towina aparatu słuchowego - powiedział Jezad. - Nie daje mu brać udziału w rozmowie. Wiesz, Dźal, teraz w czasach zaawansowanej technologii te nowe gadżety są bardzo sprawne. I takie małe, że ledwo się je zauważa.

- Zapomnij o tym - powiedziała Kumi. - Jeśli nie słyszy z takim dużym aparatem, jak by sobie poradził z maleńkim?

- Ulice to śmiertelne pułapki - zaczął Dźal. - Przejścia dla pieszych są rozkopane, piesi muszą rywalizować z ruchem ulicznym, codziennie jest kilkanaście ofiar śmiertelnych. Powiedzieliśmy papie, żeby w ramach ćwiczeń spacerował po mieszkaniu, jest wystarczająco duże. Świeże powietrze znajdzie na balkonie. Po co ryzykować życiem i zdrowiem na tych morderczych chodnikach?

- Uważam, że przesadzacie - stwierdził Jezad. - Zgadzam się, że trzeba chodzić uważnie, nie ufać światłom drogowym. Ale Bombaj to nadal cywilizowane miasto.

- Czy tak? - spytała Kumi. - W takim razie dlaczego próbowaliście wyjechać do Kanady?

Jezad nie lubił, jak mu o tym przypominano.

- To było całe wieki temu. I wcale nie ze względu na ruch uliczny i chodniki.

Kumi oznajmiła, że skoro, ich zdaniem, w spacerach papy nie ma nic złego, to ona sama nie będzie się nimi martwiła. Ale jeśli, Boże chroń, zdarzy się coś strasznego, ona i Dźal dostarczą papę prosto do rezydencji ćhenojów.

- Szef jest mile widziany - powiedział Jezad. - Tylko dopilnujcie sprawy do końca i dodajcie nam jeden z waszych wolnych pokoi. Mieszkamy w dwupokojowym mieszkaniu, nie w siedmiopokojowym pałacu jak ten.

- Żartuj sobie, jak chcesz, ale ja mówię poważnie. Nie będzie innego wyjścia - oznajmiła Kumi. - Na opiekunkę czy pielęgniarkę nie byłoby nas stać, a dom opieki w ogóle nie wchodzi w grę. Dźal wam powie, jak beznadziejny jest rynek udziałów, inwestycje mamy wystarczają zaledwie na dar-ćawal15. A lepiej niż ktokolwiek inny wiecie, że papa wydał wszystkie pieniądze, żeby zapłacić za wasze mieszkanie.

- Ale to piękne miejsce jest całe dla was - powiedziała Roksana. - Dlaczego ciągle nam zazdrościcie?

- Piękne? Nawiedzony dom, skazany na zagładę i ruinę! Spójrzcie na ściany, ani śladu pobielenia przez trzydzieści lat! Co zrobimy, kiedy dach zacznie przeciekać albo ostatnia z ubikacji się zepsuje, nie mam pojęcia. Pomyśleć, że mogliśmy żyć szczęśliwie wszyscy razem, właśnie tutaj, jak jedna rodzina. Ale nie, wyście się upierali, żeby nas zostawić.

- Poczekaj - powiedział Nariman - nie obwiniaj jej. To była moja decyzja.

- Dlaczego my dyskutujemy o zamierzchłej przeszłości? - zapytała Roksana. - Wszystko dlatego, że nie podoba ci się urodzinowy prezent dla papy?

- Ta laska to tylko dowód, jak lekkomyślna i bezwzględna się zrobiłaś. Nigdy taka nie byłaś, nigdy, póki nie wyszłaś za mąż i nie odeszłaś. Teraz nic cię nie obchodzi, jak żyjemy czy umieramy. I to mnie boli!

Odwróciła się, żeby otrzeć łzy z oczu. Roksana patrzyła na Kumi przez parę chwil, czując się okropnie, po czym otoczyła ją ramieniem.

- Uspokój się, Kumi, nie wygłupiaj się. Codziennie myślę o tobie i Dźalu, i papie. Proszę, przestań płakać.

Poprowadziła ją do sofy, posadziła pośrodku obok Jezada. Pociągając nosem, Kumi poskarżyła się, że do tej pory nie usłyszała nawet słowa o koszuli, którą ona i Dźal dali papie.

- To śliczna koszula - zapewniła ją Roksana.

- Pochwalili ją, jak tylko weszli - wsparł ją ojciec. - Byłaś jeszcze w kuchni.

- Słuchaj, szefie - powiedział Jezad. - Co sądzisz o puzzlach zamiast laski spacerowej? Jestem pewien, że Dźehangir będzie szczęśliwy, mogąc podarować ci któreś. Albo kilka książek z serii "Słynna Piątka".

- Pod jednym warunkiem - powiedział Nariman. - Co wieczór Kumi i Dźal muszą czytać mi na głos o jakiejś przygodzie.

- Będziecie Słynną Trójką - powiedział Dźehangir, na co wszyscy się roześmiali, łącznie z Kumi.

*

Kumi poprosiła do stołu i wygłosiła zwyczajowe przeprosiny za jego nieodpowiedniość i skromność: zrobiła, co mogła, ale w związku z niedostatkami oraz cenami na rynku..., a przy tym dobrej jakości towary są eksportowane... Trudno więc ugotować przyzwoity obiad.

- Pachnie fantastycznie - powiedział Jezad.

- Mniam, mniam - powiedział Murad, kiedy ciotka pokazała mu jedno z dwóch krzeseł na końcu stołu. Dźehangir próbował wślizgnąć się na miejsce bliżej dziadka, ale Kumi pokrzyżowała mu zamiary, sadzając obok brata.

Kiedy wszyscy usiedli, Nariman zapytał, dlaczego nie została podana świąteczna zastawa. Kumi chwyciła się za głowę.

- Co roku zadajesz to samo pytanie, papo. A co będzie, jak coś się stłucze lub wyszczerbi?

- Kumi ma rację, papo - powiedziała Roksana. - W naszym domu też jej nie używamy.

- Co ma być, to będzie. Dzisiaj proszę o porcelanę. Dźehangir powtórzył zwrot cicho do siebie: "co ma być, to będzie" - delektując się brzmieniem słów. Ojciec szepnął mu, że angielski dziadka jest najlepszy w rodzinie.

- Nie marudź, papo, proszę! - błagała Kumi. - Jeśli coś się stłucze, żadną miarą tego nie uzupełnimy. Cały komplet będzie zmarnowany.

- Musimy zaryzykować. Życie toczy się dalej. Zamknięty na klucz, nieużywany, w końcu zestarzeje się i rozpadnie w kredensie. Co z tego za pożytek? Lepiej go używać.

- W porządku - powiedziała Kumi. Otworzyła kredens i wyjęła jeden talerz obiadowy z kompletu. - Zadowolony jesteś? Będziesz jadł z niego.

- Chcę cały serwis. Talerze obiadowe i talerzyki dla wszystkich, wielki półmisek na ryż, miseczki do sosów.

- Ale jedzenie już zostało podane. Chcesz, żebym wszystko opróżniała? I zmywała dwa razy? Przykro mi, nie mogę tego zrobić.

- W takim razie będziecie jedli beze mnie.

Nariman spróbował opuścić stół wśród ogólnych protestów, podczas gdy Kumi, bliska łez, apelowała do innych o wsparcie. Poskarżyła się, że tego rodzaju marudne zachowanie musi znosić przez cały czas.

- Wiesz, szefie, z mojego doświadczenia wynika, że jedzenie lepiej smakuje z normalnych talerzy - odezwał się Jezad. - Lepsze rozpraszają człowieka swoją elegancją.

Dźehangir i Murad stwierdzili, że ich talerze są piękne, i zaproponowali, że się z dziadkiem wymienią, podnosząc je do góry, żeby pokazać wymalowane na nich sceny z Piotrusiem Panem. Dźal mruczał coś o jedzeniu z liści bananowca i podtrzymywaniu starych dobrych tradycji. Roksana obiecała zorganizować kolejny obiad dla ojca, podany na dobrej zastawie, jeśli papa zacznie teraz jeść. Ale Nariman nie dawał się przekonać.

- To nie ma sensu - jęknęła Kumi. - Poddaję się.

- Nie martw się, to nie zajmie dużo czasu - szepnęła Roksana, kiedy wyjmowały porcelanę. - A ja pomogę ci w zmywaniu.

Dźala, Jezada oraz chłopców pogoniono od stołu. Nakrycia zostały zabrane i zamienione na nowe, jedzenie przeniesiono na porcelanę firmy Royal Doulton i wszyscy zostali poproszeni z powrotem. - Dziękuję, Kumi - powiedział Nariman. - Stół wygląda wspaniale.

- Nie ma za co - odpowiedziała, zgrzytając zębami, i nałożyła jemu pierwszemu jedzenie. Nariman uwielbiał rybie głowy i Kumi poświęciła chwilę na wyszukanie dwóch pomfretowych16 głów nurkujących w głębinach patijo17.

Podczas gdy talerze wędrowały wokół stołu, Kumi cierpła, gdy tylko czymś brzęknęli lub odłożyli coś zbyt ciężko. Podróż wielkiego półmiska z ryżem była największą torturą. Kiedy łyżka wyślizgnęła się Muradowi z palców i uderzyła o porcelanową krawędź, Kumi wykrzyknęła:

- Ostrożnie!

- Dhandar-patijo jest wyśmienite - powiedziała Roksana, a jej pochwała rozjaśniła siostrzane oblicze.

- Chociaż całkiem ostre - zauważył Dźal.

- Patijo musi być ostre, bo inaczej nie zasługuje na swoją nazwę - powiedział Jezad, ocierając serwetką krople potu na brwiach wywołane przez chili.

 Zaproponował, żeby włączyć wiatrak na suficie.

- Nie, nie - powiedziała Kumi. - Papa się przeziębi.

- W taką pogodę? - powiedział Nariman. - Udar cieplny jest bardziej prawdopodobny.

- W porządku. Nie mam zamiaru się spierać - Kumi podniosła się i przekręciła włącznik.

Westchnienia ulgi rozległy się wokoło, kiedy powietrze zaczęło się poruszać. Ale wiatrak, nieużywany od miesięcy, zdołał nagromadzić na skrzydłach warstwy kurzu. Wkrótce małe szare obłoczki wirowały nad ich głowami.

- Zobaczcie - wskazał Murad, który pierwszy zauważył nadchodzącą katastrofę.

- Szybko, chrońcie jedzenie!- powiedziała Kumi i pochyliła się, osłaniając swój talerz tułowiem.

- Kryć się! - wykrzyknął Dźehangir.

- Padnij! - zawołał Murad.

- W rzeczy samej, to raczej nie chcemy, żeby na nas padło - powiedział Nariman. - Co wy dwaj ostatnimi czasy czytacie? Komiksy wojenne?

Tymczasem wszyscy poszli śladem Kumi, pochylając się nad talerzami, a Dźal skoczył do wyłącznika.

- Niech nikt się nie rusza, póki kurz nie osiądzie - ostrzegła Roksana.

- Jak sobie radzisz, szefie?

- Całkiem nieźle - odpowiedział Nariman. - Pochylanie się jest dla mnie postawą naturalną. I korzystam z okazji, by bliżej przyjrzeć się obiadowi. Pomfret ma zbolały wyraz pyska.

- Może jakiś pyłek wpadł mu do oka - zasugerował Jezad, a chłopcy roześmieli się, gdy dziadek zaśpiewał do swoich rybich głów Dust Gets in Your Eyes18.

Kumi wybuchnęła płaczem.

- Zadowoleni jesteście teraz ze swojego wiatraka? Przez was przepadł obiad, nad którym męczyłam się w kuchni.

Roksana stwierdziła, że nic nie przepadło, wszystko jest w doskonałym porządku, atak kurzu został udaremniony błyskawiczną akcją. I dodała:

- Nie mogę się już doczekać, żeby zjeść więcej tego pysznego dhandar-patijo.

Popatrzywszy do góry i na boki, Dźal ogłosił, że przestrzeń powietrzna znowu jest bezpieczna. Podnieśli więc głowy i przystąpili pracowicie do jedzenia, żeby pocieszyć Kumi. Brzęczenie zastawy było jedynym odgłosem przy stole.

Wówczas ciszę przecięło zawodzenie elektrycznego narzędzia. Kumi cisnęła na stół serwetkę.

- Co za dużo, to niezdrowo, wytrzymam jeszcze delikatne postukiwanie młotkiem, ale takie piekielne wiercenie jest nie do zniesienia.

Wystawiła głowę przez okno:

- Panie Munśi! Proszę skończyć z tym hałasem! Halo, Edul Munśi! Mamy obiad urodzinowy papy! Proszę to może wziąć pod uwagę i natychmiast przerwać ten idiotyczny hałas!

Narzędzie ucichło, a Kumi wróciła do stołu, marszcząc brwi do swojego talerza. Dźal powiedział, że żona Edula, Manizeh, to dobra kobieta - pewnie ona go powstrzymała.

- Oddaj cześć komu trzeba - rzekł Nariman. - Kumi wie, jak osiągać cele.

Skończyli jeść bez dalszych przeszkód. Serwis ucichł; nikogo nie można było namówić na kolejną dokładkę. Roksana poprosiła chłopców, żeby odnieśli talerze do kuchni, i zanim Murad zdołał zaprotestować, Dźehangir zsunął się z krzesła, żeby pozbierać naczynia. Wiedział, że mama stara się być miła dla cioci Kumi, a przy okazji próbuje również udowodnić, że jej synowie to grzeczni chłopcy.

Nariman przeprosił na chwilę, coś utkwiło mu w protezie. Dźehangir poszedł za dziadkiem do łazienki i patrzył, jak ten wypluwa sztuczną szczękę do czyszczenia.

- Wiesz, dziadku, też bym chciał, żeby moje zęby dały się wyjmować. Byłoby łatwiej je szczotkować, dostać się do wszystkich trudnych miejsc.

Nariman zaśmiał się samymi dziąsłami, powąchał protezę, żeby sprawdzić, czy nie wydziela jakiegoś zapachu, po czym włożył ją z powrotem do ust.

*

Po faludzie19 na deser wszyscy pomaszerowali na balkon. Przestało padać i powietrze pachniało czystością. Poklepywali się przez chwilę wzajem po plecach, żeby wytrzepać się z kurzu. Dźehangir skorzystał z okazji, żeby trzepnąć Murada mocniej, niż wymagało odkurzanie. Wcześniejsze nieprzyjemności odsunęły się gdzieś w cień. Znowu dało się usłyszeć młotek Edula Munśiego, ale teraz jakby ciszej ze względu na późną godzinę.

- Ćalo20, czas do domu - powiedziała Roksana. - Jutro szkoła. - Co ma być, to będzie - oznajmił Dźehangir. - Zostańmy jeszcze trochę dłużej - promieniał zadowolony, że miał okazję posłużyć się nowym zwrotem.

Śmiejąc się, dziadek poczochrał go po włosach.

- Tak, usiądźcie na chwilę.

- Nie znasz tego chłopaka - powiedział Jezad. - Jutro rano nie będzie go można wyciągnąć z łóżka, bo głowa go boli i w brzuchu pali, a pupa gniecie.

- Przyjdziemy niedługo znowu - obiecała Roksana i ucałowała ojca w policzek.

Smutek osamotnienia powrócił na twarz Narimana, kiedy Dźal przyniósł z łazienki płaszcze przeciwdeszczowe i parasole.

Zamykając na noc drzwi frontowe, Kumi skomentowała, że po wizycie rodziny ćhenojów zawsze czuje się wyczerpana, jakby przez dom przeszła trąba powietrzna albo huragan.

- To dziwne - powiedział Nariman. - Mnie się wydaje, jakby świeża bryza przewietrzyła zatęchłe powietrze.

- Nigdy nie przegapisz okazji, żeby mi dogryźć, prawda?

- To nie dogryzanie, Kumi - wyjaśnił Dźal ze znużeniem. - To po prostu różnica stanowisk.

Stali sami na przystanku autobusowym, na uszkodzonym chodniku zebrała się wielka kałuża. Mokra droga była lśniąco czarna w ulicznym świetle, migotała i syczała pod kołami przesuwających się ulicą pojazdów.

- Papa bardzo niewiele dzisiaj mówił - zauważyła Roksana. - Oprócz momentów, kiedy chciał dociąć Kumi - zaśmiał się Jezad.

Zniżając głos, dodał, że doktor Tarapore ostrzegał ich o symptomach. Dźehangir zapytał, kto to jest Lucy, więc matka wyjaśniła mu, że Lucy była kiedyś znajomą dziadka.

- Dziewczyną - powiedział Murad, podśmiewając się. Matka kazała mu przestać się wygłupiać. Ale Dźehangir upierał się przy temacie, chciał się dowiedzieć, dlaczego ciocia Kumi tak się o tę Lucy zezłościła.

- Dowiecie się, jak będziecie starsi.

- Nie ma czego ukrywać - zaoponował Jezad. - Możesz im równie dobrze powiedzieć teraz.

Roksana niechętnie wyjaśniła, że dziadek chciał kiedyś poślubić Lucy, ale nie mógł, ponieważ Lucy nie była zaratusztrianką. Dlatego dziadek poślubił mamę wujka i cioci.

- A ona była również moją mamą, to ona mnie urodziła. Według Dźehangira, ta odpowiedź nie przynosiła wyjaśnienia, dlaczego ciocia się rozgniewała. Zapytał, czy istnieje prawo zabraniają ce małżeństw z ludźmi, którzy nie są parsami. Ojciec powiedział mu, że tak, istnieje, prawo bigoterii, na co Roksana zirytowała się, że Jezad miesza dziecku w głowie. W końcu Jezad pomógł Roksanie zmienić temat, dokuczając jej, że gdyby nie wyszła za niego, dalej bawiłaby się zabawkami w domu swojego ojca. Chłopcy zaczęli udawać, że nawzajem się nakręcają.

Imitowali mechaniczne ruchy picia i bębnienia małpek-zabawek. - Biedni Dźal i Kumi - powiedziała Roksana. - To takie smutne. - Dlaczego? - zapytał Dźehangir.

- Ponieważ żadne z nich nie zawarło małżeństwa. Nie mają rodziny tak jak my.

- I w ich domu jest zawsze tak strasznie ponuro - powiedział Murad.

Dwóch mężczyzn, niepewnie trzymających się na nogach, zbliżyło się do przystanku i stanęło za ćhenojami. Rechotali i głośno prowadzili między sobą jakiś spór, ich oddechy niosły ciężką woń alkoholu. Nagle jeden pchnął mocno drugiego, a ten w rezultacie zatoczył się na Roksanę.

- Sorrrry, sorrrry, sorrrry! - zachichotał.

Jezad zaczął przesuwać się dyskretnie w kierunku rubasznych pijaków, żeby stanąć między nimi a swoją rodziną. Ale kiedy dopełnił manewru, mężczyźni zauważyli zmianę.

- Bhaj-sahab21, już przeprosiłem pańską żonę!

- Tak, nie ma sprawy.

- Nie bój się pan, niech żona sobie stoi koło nas!

- W porządku - mruknął Jezad.

- Are, babadźi22, nie jesteśmy źli ludzie! Wypiliśmy odrobinę bewda23, teraz czujemy się szczęśliwi, tacy szczęśliwi, szczęśliwi! - To dobrze - powiedział Jezad. - Dobrze jest być szczęśliwym. Zignoruj ich, poprosiła bezgłośnie Roksana.

Wtedy jeden z mężczyzn zaczął śpiewać "A cóż jest pod bluzeczką?" - Ćoli ke pićhe kja he24. Śpiewał z przesadnie podkreśloną lubieżnością, a bezceremonialne pytanie piosenki, adresowane do Roksany, spowodowało, że ta cała zesztywniała, obawiając się o reakcję Jezada.

Znowu bezgłośnie zasygnalizowała: po prostu ignoruj ich, Jezda. Murad i Dźehangir, którzy rozumieli dwuznaczny wydźwięk popularnej piosenki, chwycili dłonie matki, zmieszani ze wstydu i gniewu jednocześnie.

Ich ojciec odczekał chwilę, po czym odwrócił się do pijaków. - Zamknijcie się - powiedział cicho.

- Nie strasz nas, bhaj-sahab, nie psuj nam dobrego humoru! Coś nie tak, nie lubisz filmowych piosenek hindi?

- Tej nie - Jezad nie podnosił głosu, w przeciwieństwie do mężczyzn, ryczących w upojeniu. - Chcecie wiedzieć, co się kryje pod bluzeczką? Pokażę wam, co się kryje za moją pięścią.

- Przestań, Jezad!

- Przestań, Jezad! - mężczyźni zapiszczeli falsetem i zatoczyli się, zanosząc się histerycznym śmiechem i obejmując jeden drugiego dla utrzymania równowagi. - Nie zadzieraj z nami, babadźi! Jesteśmy z Śiwseny, jesteśmy niezwyciężeni!

Ku uldze Roksany w ulicę wtoczył się z turkotem autobus numer 132: to ich. Pijacy nie wsiedli.

- Pa, pa! - machali, kiedy autobus zabierał ćhenejów. Kolejnemu piskliwemu "Przestań, Jezad!" towarzyszył pijany rechot unoszący się w ciemności.

Gdy już kupili bilety, Roksana złajała Jezada za jego dwie whisky, bo przyćmiły mu rozum. I dawał zły przykład dzieciom, też będą skłonni w szkole do walki.

- Tata, Murad i ja mogliśmy im dać niezły wycisk - powiedział Dźehangir.

- Widzisz, o co mi chodzi? Nie powinieneś reagować na zaczepki takich próżniaków. Szczególnie dwóch na raz.

- Dwóch pijaków to jak dwie połówki jednego człowieka. Poza tym kiedy jestem zły, to staję się bardzo mężny. - A potem do jej ucha: - A kiedy jestem podniecony, staje się bardzo prężny.

- Jezad - zarumieniła się.

- Doprowadziłbym ich do porządku swoim ciosem karate. Kiedyś potrafiłem rozbijać cegły.

Roksana wiedziała, że był w stanie to zrobić, widziała na własne oczy dawno temu, kiedy jeszcze nie byli małżeństwem. Pewnego wieczoru spacerowali późno niedaleko Wiszących Ogrodów25, mijając wyludniony plac budowy, którego stróż drzemał gdzieś w odosobnionym kącie. Na placu czekał na murarzy stos świeżych cegieł. "Poczekaj, coś ci pokażę" - powiedział Jezad z całą pewnością siebie młodego zalotnika. Uformował kozła z dwóch cegieł, na nie położył trzecią i przepołowił ją jednym uderzeniem dłoni. "Popisy" - Roksana wykrzyknęła, po czym powiedziała sceptycznie: "Na pewno wybrałeś pękniętą". "Dobra, to ty wybierz". Wybrała, a Jezad i tę rozłupał.

Roksana popatrzyła na męża, uśmiechając się do wspomnień.

- Byłeś wtedy młody. Teraz twoja dłoń nie jest już taka twarda.

- Nadal na tyle twarda, żeby złamać kark tym pijakom.

Murad zauważył, że nigdy nie widział taty rozłupującego cegły na pół, a jego brat dodał: "Tak, tato, tak, proszę pokaż nam", co zirytowało ich matkę.

- Czy widzicie w autobusie jakieś cegły? - A w stronę Jezada powtórzyła: - Trzeba ignorować nędznych pijaczków, to jedyne rozwiązanie.

- Pewnych rzeczy nie można ignorować. Może Dźal ma rację, Bombaj to teraz niecywilizowana dżungla.

- Powinieneś znowu spróbować z Kanadą, tato - powiedział Dźehangir.

- Nie. Nie potrzebują tam sprzedawców artykułów sportowych. Wy spróbujecie, kiedy będziecie starsi. Uczcie się użytecznych rzeczy - komputerów, MBA, to was gorąco przyjmą. Na pewno nie takich bezużytecznych, jakich ja się uczyłem: historii, literatury i filozofii.

Ponieważ autobus zbliżał się do zakrętu z mostu Sandhurst Bridge w ulicę Hughes Road, chłopcy przysunęli twarze bliżej do okna. Autobus miał zaraz minąć dom dzieciństwa ich ojca.

- Jest - powiedział Dźehangir, kiedy przed nimi wyłonił się Jehangir Mansion - mój budynek!

Roześmieli się wszyscy, a chłopcy zagapili się na mieszkanie na parterze, gdzie ich ojciec spędził młodość. Usilnie próbowali zerknąć przez okna do środka, jak gdyby miało im to powiedzieć coś więcej o ojcu, o jego życiu przed tym, jak stał się tatą. Lecz niektóre z pokojów były ciemne, a zasłony na pozostałych ukrywały sekrety mieszkania.

- Czy moglibyśmy kiedyś tam wejść?

Jezad potrząsnął głową:

- Wiecie, że mieszkanie zostało sprzedane. Teraz w moim domu mieszkają obcy ludzie.

Autobus wychodził już z zakrętu, a chłopcy wykręcali szyje, żeby nie stracić Jehangir Mansion z oczu. Zapadła cisza przyprawiona smutkiem.

- Szkoda, że po ślubie z mamą nie zostałeś w tamtym mieszkaniu - stwierdził Dźehangir. - Wtedy Murad i ja też moglibyśmy tam teraz być.

- Nie lubicie Pleasant Villa? Takiego ładnego domu?

- Ten wygląda ładniej - oznajmił Murad. - Ma własne podwórko, gdzie moglibyśmy się bawić.

- Tak - powiedział Jezad. Rozmarzenie przemknęło przez jego twarz, kiedy przypomniał sobie dziecięce lata, przyjaciół i krykieta na podwórku. - Ale dla wszystkich nie było w tym domu miejsca.

- A siostry taty mnie nie lubiły - dodała Roksana.

- No nie - zaprotestował Jezad, ale potem pozwolił jej dokończyć, bo sam przecież zawsze powtarzał, że nie trzeba mieć sekretów przed dziećmi.

Najmłodszy z czwórki rodzeństwa Jezad był obiektem nieustającej adoracji swoich sióstr. To była miłość żarliwa i zazdrosna, wszystkie trzy siostry szalały na punkcie małego braciszka z pasją graniczącą z maniactwem. W dzieciństwie taka miłość stwarza niewiele problemów; uważano ją za objaw słodki i czarujący. Jako nastolatek brat był opiekunem sióstr, ich zbrojnym rycerzem. Wiele walk stoczył, kiedy docinki szkolnych kolegów i ich niestosowne uwagi przypadkiem tyczyły jego sióstr. W szkole średniej sprawa stała się już poważniejsza; w ciągu pierwszego roku Jezad sprał dwóch łobuzów, którzy próbowali nękać jego najmłodszą siostrę w zakątku na końcu boiska.

A potem inne dziewczęta weszły do kręgu jego przyjaciół w college'u i siostrzana płomienna miłość stała się męcząca - to była pierwsza oznaka przyszłych kłopotów. Albowiem dla sióstr było nie do pomyślenia, żeby zupełnie obce kobiety miały rościć sobie prawo do zainteresowania ich brata. Reakcje sióstr były najróżniejsze: od oburzenia przez gniew do zgorzknienia; Jezad często musiał wybierać między spokojem w domu a wieczorem spędzonym z przyjaciółmi.

- A kiedy tata i ja zaręczyliśmy się, to było już dla nich za dużo - powiedziała Roksana. - Były dla mnie bardzo niegrzeczne, nie chciały wziąć udziału w ceremoniach ślubnych. Przecież ukradłam im ich chłopaczka. Nie było ważne, kogo tata poślubiał, każdą kobietę potraktowałyby tak samo. Nieprawdaż, tato? - Roksana poklepała Jezada po dłoni, a on przytaknął.

- Może gdybyście zostali, stałyby się przyjaźniejsze - powiedział Murad.

Jezad pokręcił głową:

- Nie znacie waszych ciotek, to by oznaczało lata walki i kłótni. Kiedy dziadek ofiarował nam mieszkanie w Pleasant Villa, było to dla nas najlepsze rozwiązanie.

Dźehangir powiedział, że zawsze się zastanawiał, dlaczego oni mają tylko wujka Dźala i ciocię Kumi, kiedy ich koledzy mają tak wielu wujków i tyle ciotek.

- Nigdy nie chodzimy do kogoś innego w odwiedziny.

Wtedy Jezad stwierdził, że dowiedzieli się wystarczająco wiele z historii rodzinnej jak na jeden wieczór: nie dość tych wszystkich rzeczy, o które gniewała się ciocia Kumi, to jeszcze teraz dyskusja o jego siostrach! Na to Dźehangir oznajmił, że kiedy dorośnie, zamierza napisać wielką grubą książkę pod tytułem Cała historia rodzin Ćhenojów i Wakilów.

- O ile tylko będziesz pisał o nas jedynie miłe rzeczy - powiedziała jego matka.

- Nie - rzekł Jezad. - O ile tylko będzie opisywał prawdę.

Przypisy:

1 Sachin Tendulkar - czołowy gracz krykieta w indyjskiej drużynie narodowej.

2 Loban (hindi) - żywica; także nazwa parsyjskiej ceremonii oczyszczenia.

3 Khordad Sal - święto dla uczczenia narodzin proroka Zaratusztry.

4 Fariśta (pers.) - anioł, posłaniec, prorok. 

5 Dastur-dźi - dastur to parsyjski kapłan. Sufiks dźi (pan, pani) dodaje się do imion i nazwisk oraz tytułów dla wyrażenia szacunku. W nazwiskach parsów często pojawia się już jako stały element.

6 Dikra (gudźarati) - dziecko.

7 BJP - Bharatiya Janata Party, czyli Indyjska Partia Ludowa.

8 Śiwsena (ang. Shiv sena) - dosł. armia Śiwy; organizacja społeczno-nacjonalistyczna ze stanu Maharasztra.

9 Hindutwa (hindi) - dosł. hinduskość; nacjonalizm hinduski.

10 Senapati (hindi) - dowódca; tutaj: przywódca i założyciel Śiwseny, Balasaheb Thakarey (Thackeray).

11 Hindustan - państwo hinduskie.

12 Karela - rodzaj gorzkiego w smaku melona (Momordica charantia).

13 Langoti (hindi) - kawałek materiału okrywający genitalia; przepaska na biodra.

14 Ćapati (hindi) - podpłomyk.

15 Dar-ćawal (hindi) - chochla ryżu; indyjska "kromka chleba".

16 Pomfret - ryba morska, popularna w Bombaju, przypominająca flądrę. 

17 Patijo (dhandar-patijo) (gudźarati) - rodzaj ostrej zupy rybnej.

18 Czyli "Pył wpada w twe oczy", parafrazując znany przebój Smoke Gets in Your Eyes.

19 Faluda - słodki płynny deser sporządzony z mleka, wody różanej i kruchych przyprawianych makaroników.

20 Ćalo (hindi) - dalej, ruszajcie się.

21 Panie bracie! (hindi).

22 Halo, panie starszy! (hindi).

23 Bewda - rodzaj niskiej jakości napoju alkoholowego; bimber.

24 Ćoli ke pićhe kja he - tytuł wielkiego przeboju pochodzącego z filmu Khalnayak (1993).

25 Wiszące Ogrody (The Hanging Gardens) - malowniczo położony ogród na Wzgórzu Malabarskim w Bombaju (Mumbaju) z widokiem na Morze Arabskie.