Sprawiedliwość w Dachau. Opowieść o procesach nazistów - Joshua M. Greene


Reflow text when sidebars are open.
W połowie marca 1945 roku, w ostatnich dniach drugiej wojny światowej, amerykańska 42. Dywizja Piechoty, znana jako "Tęcza", straciła prawie połowę ludzi. W ostatniej ofensywie Niemcy zadali jej ciężkie straty, a następnie wycofali się w zalesione Góry Harcu. Niezrażona "Tęcza" ruszyła w ślad za nimi i w mieście Dahn jej kapelan odprawił nabożeństwo paschalne, pierwszą od wielu lat publiczną żydowską ceremonię w Niemczech. Pierwszego kwietnia, w niedzielę wielkanocną, żołnierze przekroczyli Ren. Kiedy mijali miasta i wioski mocno poszczerbione nalotami lotniczymi, reakcje okolicznych mieszkańców były różne - część pozostała obojętna i ponura, podczas gdy inni dawali wyraz swojej bezgranicznej miłości do Amerykanów. Wszyscy jednak wypierali się wszelkich powiązań z nazistami. "Ten Hitler to musiał być naprawdę ktoś - zauważył pewien kapral. - Sam rządził krajem, sam dowodził armią - i nikt mu nie pomagał!". W pościgu za tym, co pozostało z niemieckich sił zbrojnych, "Tęcza" posuwała się w kierunku Monachium[3].
Alvin "Doc" Weinstein, sierżant "Tęczy", był poprzednio praktykantem w szpitalu ogólnym Queens w Nowym Jorku. W 1943 roku jeden z jego pacjentów zaczął krzyczeć i majaczyć po niemiecku. Kiedy atak minął, Doc zapytał, co mu jest. Pacjent wyjaśnił, że w 1933 roku przeciwstawił się otwarcie nazistom i wylądował w miejscu pod nazwą Dachau. Pięć lat później on i dwaj inni więźniowie przekupili komendanta obozu i zdołali uciec. Potworności, które opisywał, Doc przyjmował ze sceptycyzmem.
Kiedy dwudziestego ósmego kwietnia 1945 roku "Tęcza" natknęła się na drogowskaz: 5 KM NACH DACHAU, Doc opowiedział swojemu dowódcy, generałowi majorowi Harry'emu J. Collinsowi, co słyszał o tym obozie. Collins wysłał grupę zwiadowczą pod dowództwem swojego zastępcy, generała brygady Henninga Lindena, żeby przeprowadziła rozpoznanie.
Dwa tygodnie wcześniej, przewidując przybycie wojsk amerykańskich, Heinrich Himmler, naczelny dowódca SS, oddziałów przybocznych Hitlera, wysłał do komendanta Dachau Wilhelma Weitera depeszę następującej treści: "Poddanie obozu nieprzyjacielowi jest nie do pomyślenia. Cały obóz należy natychmiast ewakuować. Żaden więzień nie może wpaść żywy w ręce nieprzyjaciela". Himmler potwierdził ten rozkaz w drugiej depeszy z instrukcją, że w razie konieczności Weiter jest upoważniony do uśmiercenia wszystkich więźniów obozu bombami gazowymi. W obawie przed alianckim odwetem Weiter zignorował rozkaz, zebrał obozową administrację w swoim gabinecie i oznajmił, że Dachau należy przekazać w stanie nienaruszonym Amerykanom za pośrednictwem przedstawiciela Czerwonego Krzyża. W następstwie tego oświadczenia oficerowie SS pobiegli do magazynu odzieżowego, gdzie zamienili swoje mundury na cywilne ubrania i obozowe pasiaki. Nocą 28 kwietnia setki oficerów SS w przebraniu rozproszyły się po okolicy. Zanim generał Linden i jego grupa zwiadowcza dotarli do bram Dachau, w obozie pozostało zaledwie 130 uzbrojonych ludzi.
Linden i jego ludzie się zatrzymali. Brama się otworzyła i ukazał się doktor Victor Maurer ze Szwajcarskiego Czerwonego Krzyża w asyście oficera SS. Maurer przywiązał do kija od szczotki białą płachtę, którą powiewał przed sobą, kiedy się zbliżali. Otoczyły ich jeepy Lindena. Maurer oświadczył, że Niemcy zgodzili się przekazać obóz, i ludzie Lindena wkroczyli do Dachau. Ich pierwszym wrażeniem był zapach, "połączenie palonych śmieci i osmalonych kurzych piór", jak opisał to jeden z żołnierzy. Potem z drewnianych baraków dwieście metrów dalej usłyszeli głosy.
- Jesteście Amerykanami? - wołały głosy w kilkunastu językach.
Żołnierze przytaknęli i rozległo się niesamowite zawodzenie, które urosło w ryk, a z baraków wysypały się niedobitki ofiar Dachau, zdrowsi biegli przodem, inni, powłócząc nogami, wlekli się z tyłu. Stłoczyli się wokół Amerykanów, łapiąc ich za ręce i stopy, w rozpaczliwym pragnieniu, aby dotknąć swoich wyzwolicieli. Kilku silniejszych więźniów chwyciło Amerykanina, który stał najbliżej, i podrzucało go w powietrze, krzycząc ile sił w płucach. Aby rozproszyć oszalałe tłumy, żołnierze "Tęczy" zaczęli strzelać ponad ich głowami.
Tymczasem przed bramą podpułkownik Donald E. Downard natknął się na coś, co zmroziło mu krew w żyłach. Na torach prowadzących do obozu stał sznur otwartych wagonów towarowych, wypełnionych zwłokami. Downard naliczył trzydzieści dziewięć wagonów, około dwóch tysięcy zwłok. Wiele nosiło ślady kanibalizmu i innych potworności, na których widok zaczął się zastanawiać, czy jest przy zdrowych zmysłach.
- Hej, pułkowniku - zawołał porucznik Tony Cardinale - tutaj jest ktoś żywy!
Downard pobiegł w tamtą stronę. Stercząca spod masy martwych ciał ręka poruszała się słabo. Downard i kapitan Roy Welbourne weszli do wagonu i wyciągnęli mężczyznę, który miał ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, lecz ważył niespełna pięćdziesiąt kilogramów. Jego oczy wpatrywały się w nich z dziur zapadniętych głęboko w wymizerowanych policzkach, a szczęka zdawała się przecinać skórę.
- Frei...? Frei...? - spytał oszołomiony.
- Jesteśmy amerykańskimi żołnierzami - powiedział Welbourne. - Jesteś frei.
Downard wziął mężczyznę na ręce, zaniósł go do swojego jeepa, a jego kierowca ruszył w stronę punktu pierwszej pomocy. Rozległy się strzały. Kierowca stracił panowanie nad jeepem i Downard wypadł na ziemię. Kiedy się ocknął, leżał na noszach w punkcie pierwszej pomocy z potłuczeniami i wstrząsem mózgu. Na lewo od niego leżał wysoki mężczyzna, ranny, ale żywy.
Podczas gdy więźniowie i żołnierze rozpoczęli obławę na wszystkich w mundurach SS, komitet obozowy oprowadził wyzwolicieli po Dachau. Więźniowie pokazali Amerykanom krematorium z hakami rzeźnickimi, na których esesmani wieszali swoje ofiary. Pomieszczenie obok ceglanego pieca wypełniały wychudzone zwłoki. Na jednej ścianie widniał dziwaczny rysunek bezgłowego człowieka w mundurze SS, jadącego na wielkiej nadmuchanej świni i wbijającego ostrogi w boki zwierzęcia. Zdumiewający podpis pod rysunkiem głosił: "Myj ręce, czystość jest twoim obowiązkiem"[4]. Cementowa podłoga była pochylona, krew wciąż sączyła się ze sterty zwłok. Uciekający esesmani zaminowali cały budynek. Wchodząc do kolejnych pomieszczeń, amerykańscy żołnierze rozłączali przewody do odpalania ładunków.
Podeszli do rowu z dwoma tysiącami zwłok, wrzuconych tam pospiesznie przez strażników, zbyt zaprzątniętych ucieczką, żeby je pogrzebać. Amerykanie zobaczyli baraki wypełnione zwłokami i na wpół martwymi ofiarami, niezdolnymi podnieść się z pryczy. W pobliskim lesie komitet obozowy pokazał wyzwolicielom dwupokojową izbę tortur z ponad tysiącem poskręcanych ciał i miejsce egzekucji, gdzie klęczącym więźniom strzelano w tył głowy. Żołnierze "Tęczy" spotkali więźniarki z obozu kobiecego, które opowiadały, że były ustawicznie gwałcone przez strażników z SS. Tortury, upokorzenia, głód i śmierć były wszechobecne.
"Tęcza" przybyła ze wschodu, po niej z północnego zachodu nadciągnęła 45. Dywizja Piechoty, znana jako "Zwiastun Burzy". Podpułkownik Felix Sparks, dwudziestosiedmioletni dowódca dywizji, otrzymał rozkaz, aby wstrzymać natarcie w kierunku Monachium i zamiast tego udać się do miejsca zwanego Dachau. Nie udzielono mu żadnych dalszych wyjaśnień. Dywizja, nazwana na cześć indiańskiego boga wojny i grozy, szczyciła się jednym rdzennym Amerykaninem, porucznikiem Jackiem Bushyheadem, znanym w rodzinnej Tulsie w Oklahomie jako Wódz Przesławny Orzeł. W 1943 roku dywizja uczestniczyła w inwazji na Sycylię, a później wyruszyła zabezpieczyć przyczółki pod Salerno i Anzio. Włoskie dzieci tańczyły z radości, kiedy Bushyhead im wyznał, że cała dywizja składa się z prawdziwych Indian.
- Gdzie masz swój pióropusz? - pytały dzieci z szeroko otwartymi oczami.
Obecnie, dwa lata i niezliczone bitwy później, dywizja przybyła do miasta Dachau i znalazła tory kolejowe prowadzące w kierunku obozu. Sparks zwrócił się do porucznika Williama P. Walsha.
- Weź swoją kompanię i idź wzdłuż tych torów. Nikogo nie wypuszczaj.
Walsh i jego ludzie pomaszerowali wzdłuż torów i natknęli się na te same trzydzieści dziewięć wagonów towarowych, które odkryła "Tęcza". Na widok tylu wychudzonych zwłok niektórzy żołnierze "Zwiastuna Burzy" krzyczeli, inni klęli. Reszta stała w osłupiałym milczeniu.
- Teraz już wiem, o co walczymy - powiedział Bushyhead. - Nie możemy żyć na tym samym świecie co oni. To bestie. Trzeba ich zniszczyć.
Ludzie wkroczyli do obozu. Podeszli do nich czterej Niemcy z rękami w górze. Walsh, płacząc z gniewu, wepchnął ich do jednego z wagonów towarowych, otworzył ogień z pistoletu, a potem wrócił do obozu po następnych Niemców. Inni żołnierze, porwani falą emocji, pochwycili wszystkich w mundurach SS i ustawili ich pod ceglaną ścianą przed składem węgla. Walsh rozkazał ich zastrzelić, jeśli się ruszą. Młody szeregowiec, wypełniając rozkaz, ustawił karabin maszynowy. Jeńcy, świadomi intencji Amerykanów, ruszyli w ich stronę.
- Rozwalić ich! - krzyknął ktoś. Ktoś inny zawołał: - Ognia!
Zabrzmiały serie z karabinów automatycznych Browninga. Karabin maszynowy strzelał od lewej do prawej, od prawej do lewej.
Sparks, który wszedł głębiej do obozu, usłyszał strzały, popędził z powrotem do ceglanej ściany i strzelił z pistoletu w powietrze, z wściekłością dając znaki swoim ludziom, żeby przerwali ogień. Podbiegł do karabinu maszynowego, złapał młodego szeregowca za kołnierz i odciągnął go od karabinu.
- Próbowali uciec! - krzyknął szeregowiec. Niemcy leżeli pokotem pod ścianą.
Przy bramie kierowca jeepa patrzył, jak kilkunastu więźniów wychodzi chwiejnie z obozu. Płócienne naszywki na pasiakach świadczyły, że są Polakami.
- Dokąd idziecie? - spytał po polsku.
- Do domu - odparł jeden z nich.
- Gdzie jest wasz dom?
- W Warszawie.
- Zostańcie - przekonywał kierowca. - Zaopiekujemy się wami.
- Nie, nie. Idziemy do domu, do Warszawy.
Kilka kroków dalej zwalili się na ziemię.
Amerykanie przeszli przez obóz i natknęli się na schludnie utrzymany jednopiętrowy budynek, fabrykę porcelany. Stoły i półki były zastawione filigranowymi figurkami, popiersiami Hitlera, miniaturowymi żołnierzami trzymającymi hitlerowskie flagi, średniowiecznymi rycerzami, doboszami, chłopami w regionalnych niemieckich strojach, końmi, niedźwiedziami, osiemnastowiecznymi dworzanami w jedwabnych pończochach, grającymi na fletach. Żołnierze poszli dalej, nie wierząc własnym oczom.
Poza obozem więźniowie błagali Amerykanów o karabiny i noże, którymi chcieli zabijać Niemców i obcinać im głowy. Amerykanie ulegli ich namowom. Młody kapral "Tęczy" stał osłupiały, patrząc, jak pewien więzień tratuje żołnierza SS, dopóki ten nie przestał się ruszać.
- Masz w sobie dużo nienawiści - powiedział kapral. Więzień spojrzał na niego i skinął głową. - Nie winię cię za to - dodał kapral i odszedł.
W bunkrach i gabinetach Amerykanie znaleźli wielkie oprawione fotografie szefa SS Himmlera. Jedna z takich fotografii wisiała w kuchni w stołówce SS, gdzie jakiś mężczyzna siedział samotnie przy stole i jadł.
- Kim jesteś? - spytał żołnierz "Tęczy".
- SS.
- Jak mogliście robić takie rzeczy? - szepnął ktoś.
Esesman wzruszył ramionami.
- Te ludzkie świnie...
Podnosił do ust łyżkę fasoli, kiedy go zastrzelili.
Dwudziestojednoletni kapral Harold Collum z 392. Batalionu Artylerii Polowej wiózł do Dachau czteroosobową grupą. Zatrzymał jeepa, kiedy wychudzeni więźniowie, którzy wyszli z obozu, zbliżyli się do nich z wyciągniętymi rękami. Oszołomiony Collum wręczył im pączki Czerwonego Krzyża, które zostały ze śniadania. Żywe szkielety padły na kolana z wdzięczności. Jeep odjechał. Później natknęli się na więźniarkę, która wlokła się drogą w stanie skrajnego wyczerpania. Miała woalkę. Zatrzymali się, unieśli woalkę i cofnęli się na widok zmaltretowanych resztek twarzy.
W obozie amerykański kapelan ze srebrnym krzyżykiem na hełmie wspiął się na swojego jeepa.
- Musimy podziękować Panu - powiedział do rosnącego tłumu więźniów, potem kontynuował po łacinie. Wszyscy milczeli. Niektórzy klęczeli, niektórzy płakali, niektórzy się żegnali. Inny żołnierz stanął obok kapelana.
- Zeszłej nocy Mussolini powieszony! - powiedział łamaną niemczyzną. - Monachium zdobyte! Wszyscy jesteście wolni! Salutuję wam w imieniu Narodów Zjednoczonych!
Każde zdanie przerywały dzikie okrzyki.
Nikt nie spał tej nocy. W obozie płonęły ogniska. Niedawni więźniowie śpiewali, gotowali jedzenie, a wszędzie wokół setki ludzi nadal umierały, przeżywszy wśród nieopisanych cierpień dostatecznie długo, by doczekać wolności.
[3] Ten rozdział jest oparty na relacjach żołnierzy zawartych w książce: Dachau 29 April 1945: The Rainbow Liberation Memoirs pod redakcją Sama Danna, Texas Tech University Press, 1998, i uzupełniony szczegółami z The Day of the Americans Nerina E. Guna, Fleet Publishing, 1966. Arthur Haulot, były więzień i założyciel Comité Internationale de Dachau, był obecny przy wyzwoleniu obozu. "Należy pamiętać - ostrzegł, przeglądając rękopis tej książki - że jest to tylko jedna "prawdziwa" relacja spośród kilku". Nawiązał w tych słowach do własnych wspomnień z wyzwolenia - i do ważnej zasady, którą powinni kierować się wszyscy próbujący zrozumieć historię obozów: żaden punkt widzenia nie może reprezentować różnych i często sprzecznych doświadczeń tych, którzy tam byli.
[4] Marcus Smith, The Harrowing of Hell: Dachau, University of New Mexico Press, Albuquerque 1972, s. 95.
Pudła w piwnicy Williama Densona były pokryte kurzem. Część przewróciła się podczas powodzi kilka lat temu, rozsypując swoją zawartość na szarą cementową podłogę. Te, które uniknęły zniszczenia, stały na uginających się pod ich ciężarem drewnianych półkach. Huschi, wdowa po Densonie, odczekała rok po jego śmierci, zanim zdobyła się na to, by odwiedzić piwniczną samotnię zmarłego męża.
W pudłach znajdowały się dokumenty sprzed pół wieku. Część była nienaruszona. Inne rozsypywały się w palcach, kiedy Huschi ich dotykała. Potrzeba było długich tygodni porządkowania, zanim uświadomiła sobie znaczenie tego, co znalazła: tysiące stron stenogramów z procesów, kilometry mikrofilmów, stosy fotografii i wycinków z gazet, insygnia w kształcie trupiej główki, grube paczki listów oficerów SS i ofiar hitlerowskiego koszmaru, odręczne notatki i podsumowania - łącznie ponad trzydzieści tysięcy kartek i artefaktów z jednej z najbardziej znaczących, a mimo to najmniej znanych serii procesów o zbrodnie wojenne w historii.
Papierowe teczki i przewiązane sznurkiem skoroszyty z wycinkami opowiadają historię procesów, w których podwładni Hitlera z obozów koncentracyjnych w Dachau, Mauthausen, Flossenbürgu i Buchenwaldzie zostali pociągnięci do odpowiedzialności. Procesy, które prowadził Denson, wówczas trzydziestodwuletni, pokazały, kim byli naprawdę administratorzy obozów koncentracyjnych: mordercami, oprawcami i handlarzami ludzką skórą. Co ważniejsze, procesy potwierdziły, że cywilizacja jest oparta na uniwersalnych normach zachowania ludzkiego - normach niezależnych od prawnych czy militarnych priorytetów danego narodu i stojących ponad nimi.
Zanim w sierpniu 1948 roku procesy dobiegły końca, William Denson osądził więcej nazistów niż jakikolwiek inny prawnik w całym okresie powojennym: 177 strażników i funkcjonariuszy[1]. Wszyscy zostali uznani za winnych. Dziewięćdziesięciu siedmiu skazano na śmierć, pięćdziesięciu czterech na dożywotnie więzienie, resztę na ciężkie roboty. Procesy omal nie zakończyły również życia i kariery głównego prokuratora Williama Densona.
Mieszkaliśmy mniej więcej w tej samej okolicy - jego kancelaria znajdowała się zaledwie dziesięć minut drogi od mojego domu - ale nigdy nie miałem przyjemności poznać tego niezwykłego człowieka. W wywiadach nagranych na wideo przez Fundację Shoah, Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie i inne instytucje Denson został przedstawiony w sposób, w jaki opisali go członkowie rodziny i przyjaciele: bardzo inteligentny, dobrze wychowany, uprzejmy. Miał prawie metr osiemdziesiąt wzrostu, był szczupły i nawet w podeszłym wieku zachował chłopięce rysy. Kiedy mówił, słowa płynęły gładko i powoli, niczym strumienie, w których jako chłopiec łowił ryby w Alabamie. W jego historii najbardziej uderzający jest kontrast między humanitaryzmem człowieka a nieludzkością świata, w którym się znalazł. Armia Stanów Zjednoczonych wysłała go do Niemiec, aby ścigał wynaturzenia tak okrutne i ogromne, że nigdy nie sformułowano praw, które by je definiowały. Nie istniał żaden słownik na opisanie tego, co hitlerowscy funkcjonariusze i strażnicy oczekujący na proces w Dachau zrobili swoim ofiarom. Denson był prowincjonalnym prawnikiem wyznaczonym do ścigania zbrodni wojennych, z jakimi nie miały dotąd do czynienia żadne sądy cywilizowanych narodów.
Przez dwadzieścia jeden miesięcy Denson pracował w cieniu opisywanych na pierwszych stronach gazet procesów, toczących się sto kilometrów dalej na północ, w Norymberdze, gdzie Międzynarodowy Trybunał Wojskowy sądził kilkunastu najwyższych nazistowskich dygnitarzy. Scenerią tego procesu był majestatyczny Pałac Sprawiedliwości, a uczestniczyło w nim dwustu przedstawicieli międzynarodowej prasy. Natomiast Denson wykonywał swoją pracę w niemal całkowitym zapomnieniu, w małej sali sądowej, gdzie wstawiono zwyczajne biurowe stoły i składane krzesła. A mimo to coś znacznie ważniejszego niż rozgłos i pompa odróżniało procesy w Dachau od procesów norymberskich. W Norymberdze oskarżonymi byli twórcy nazistowskiej polityki: przywódcy, którzy kreślili i popierali plany wojenne Hitlera, jak również jego "ostateczne rozwiązanie", systematyczną eksterminację europejskich Żydów. Najbliżsi współpracownicy Hitlera nigdy jednak nie brali broni do ręki. To w Dachau, sto kilometrów dalej na południe, na terenie dawnego obozu koncentracyjnego, sądzono ludzi za to, że osobiście dopuszczali się okrucieństw i morderstw, kierując się nie względami polityki rządowej, lecz własną pogardą dla ludzkiego życia.
Zadanie Densona polegało na tym, aby dowieść, że oskarżeni w Dachau byli osobiście odpowiedzialni za okrucieństwa popełnione wobec innych istot ludzkich. Musiał obalić argumenty komendanta obozu w Buchenwaldzie, Hermanna Pistera, że egzekucje radzieckich jeńców wojennych zostały dokonane na prawnie uzasadnione "rozkazy przełożonych". Musiał odeprzeć twierdzenia doktora Klausa Karla Schillinga, że zbrodnicze eksperymenty w Mauthausen w celu znalezienia lekarstwa na malarię były prowadzone "w interesie ludzkości". Musiał ujawnić, kim była naprawdę Ilse Koch: nie posłuszną żoną komendanta obozu, lecz zwyrodniałą sadystką, która kolekcjonowała ludzkie skóry i kazała zabijać więźniów za to, że ośmielili się na nią spojrzeć. Armia Stanów Zjednoczonych umieściła Densona w samym środku tych potworności i poleciła mu uzyskać wyroki skazujące - i zrobić to szybko.
Młody prawnik, który po raz pierwszy znalazł się z dala od Ameryki, musiał zmierzyć się z groźnymi przeciwnościami. Wielkim niepokojem przejmował go zarzut, że wyroki skazujące, jakie uda mu się uzyskać, nie będą niczym więcej, jak "sprawiedliwością zwycięzców". Termin ten obejmował również zarządzone przez sądy egzekucje, wynikające raczej z zemsty niż z toku postępowania dowodowego, co ciążyło złowieszczo nad procesami w Dachau, grożąc podważeniem nie tylko prawomocności werdyktów, lecz również wiarygodności tych, którzy, tak jak on sam, pragnęli bronić uczciwości i skuteczności prawa międzynarodowego. Na wojnie, brzmiał zarzut, zwycięzcy zawsze mają rację, a pokonani zawsze są winni zbrodni, za które muszą zapłacić. Wielu tych, którzy rozumieli głębię tragedii Holocaustu, uważało, że stracenie hitlerowskich oprawców bez procesu jest jak najbardziej zasłużoną karą. Po co przydawać godności nazistowskim mordercom, stawiając ich przed sądem? Zamordowanie sześciu milionów Żydów i milionów innych ofiar wymagało szybszej, bardziej skutecznej reakcji. Udowadnianie w sali sądowej tego, co w sposób oczywisty zostało dokonane, nie będzie służyło sprawiedliwości, lecz przekształci się w jej parodię. Postawienie nazistów przed sądem, dowodziły te głosy, pociągnie również za sobą ryzyko uniknięcia przez wielu z nich kary.
Z takim podejściem Denson się nie zgadzał i zadał sobie dużo trudu, przygotowując się do procesów zgodnie z uznanymi normami prawa, przez co zyskał równie wielu wrogów jak wielbicieli. Procesy, które miały się zakończyć szybko, przeciągały się, ponieważ on i jego zespół śledczych przesłuchiwali setki potencjalnych oskarżonych i świadków. Co miało, jak się spodziewał prokurator wojskowy, potrwać dwa miesiące, zajęło prawie dwa lata. Praca się komplikowała, ponieważ oskarżeni twierdzili, że zostali zmuszeni do podpisania zeznań - ten zarzut stawiany był na procesach od początku do końca i doprowadził do dochodzenia, które tylko częściowo oczyściło amerykańskich śledczych.
Poświęcenie, z jakim Denson zaangażował się w swoją pracę, odbiło się na jego życiu osobistym, a także zawodowym. Pierwsza żona, należąca do eleganckiego nowojorskiego towarzystwa, która nigdy nie przystosowała się do roli gospodyni domowej, zostawiła go w samym środku procesów. Zapadł na zdrowiu, ponieważ ciągłe opisy hitlerowskich okrucieństw pozbawiły go apetytu i wycieńczyły jego organizm. Do końca trzeciego procesu stracił na wadze prawie dwadzieścia pięć kilogramów, ręce mu drżały i przeżył załamanie nerwowe. Po niespełna dwóch tygodniach odpoczynku jednak nabrał dość sił, by poprowadzić czwarty i ostatni proces strażników i oficerów z obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie.
Denson uzyskał sto procent wyroków skazujących, ale sława i sukces, które mogłyby być dla niego nagrodą, nigdy nie przyszły. Od początku zimnej wojny amerykańskie priorytety zmieniły się z karania Niemców w zdobywanie niemieckiego poparcia w walce ze Związkiem Radzieckim, a wyroki nazistów uznanych za winnych w Dachau jeden po drugim albo łagodzono, albo całkowicie uchylano. Wśród tych, którzy dostąpili łaski, znalazła się Ilse Koch, piękna, zwyrodniała kobieta, nazywana Wiedźmą z Buchenwaldu. Potajemne zmniejszenie jej wyroku do zaledwie czterech lat zostało ujawnione przez prasę i publicznie potępione jako skandaliczne naruszenie zasad sprawiedliwości.
Początkowo Denson zaciekle sprzeciwiał się tej tendencji i otwarcie zgłaszał swoje zastrzeżenia co do tego, jak różne wojskowe komisje rewizyjne oceniają jego pracę. Kiedy nawet senacka podkomisja wspierająca jego sprawę nie zdołała uzyskać zmiany decyzji, dał za wygraną, rzucił wszystko i nie wypowiadał się na temat Dachau przez prawie pół stulecia.
Ludobójstwo jednak się nie skończyło, a milczenie w sprawie procesów z Dachau ciążyło Densonowi na sumieniu. Początkowo niechętnie, nakłaniany przez przyjaciół i z rosnącym poczuciem celu, zaczął mówić o swoich doświadczeniach. Przez następne pięćdziesiąt lat odgrzebywał dokumenty na strychach i w archiwach w całym kraju - ta działalność doprowadziła do powstania zasobu w piwnicy, który Huschi Denson pokazała mi rok po śmierci męża.
Denson zmarł w 1998 roku w wieku osiemdziesięciu sześciu lat. Jego ostatnim życzeniem było, aby historia procesów w Dachau została opowiedziana - nie dla jego wywyższenia, ale jako lekcja dla przyszłych pokoleń, że nikt nie jest genetycznie pozbawiony skłonności do nieludzkiego zachowania i że nadzieją na uniknięcie takiej tragedii w przyszłości jest wytrwała obrona praw człowieka.
[1] Telford Taylor, który zastąpił Roberta Jacksona, prowadził wielką liczbę spraw: 183 w dwunastu późniejszych procesach. Niektóre z tych późniejszych procesów prowadził jednak personel Taylora, natomiast Denson osobiście oskarżał 177 aresztowanych nazistów.
Rzeczy nie do uwierzenia ukazały się nieco wcześniej tego samego miesiąca żołnierzom 4. Dywizji Pancernej w małym podobozie Buchenwaldu pod nazwą Ohrdruf. Młodzi Amerykanie znaleźli tysiące wychudzonych zwłok rozrzuconych po placu apelowym, sterty ciał oblanych ługiem i stosy ludzkiego mięsa tlące się w otwartych dołach. Żołnierze, z których większość po raz pierwszy znalazła się z dala od domu, nie rozumieli, z czym mają do czynienia. Zabijali, widzieli, jak giną ich koledzy, i uważali, że najgorsze jest już za nimi. I nagle: ciała okaleczone z drobiazgową premedytacją, kończyny powykręcane pod niemożliwym kątem, bezgłowe trupy i zapach tak odrażający, że przyćmiewał umysł. Ktoś dopadł do radiotelefonu i pilnie zażądał, aby przyszedł jakiś wyższy oficer i wytłumaczył im, co znaleźli. Później tego dnia zjawili się generałowie Dwight D. Eisenhower, Omar N. Bradley i George S. Patton.
"Zapach śmierci przytłoczył nas, zanim jeszcze minęliśmy ogrodzenie", napisał Bradley w swoim dzienniku. Patton się pochorował[5], potem wszedł na jeepa i zaczął krzyczeć: "Widzicie, co te skurwysyny zrobiły? Widzicie, co te sukinsyny zrobiły? Nie zamierzam brać żadnych jeńców!"[6]. Eisenhower szalał z gniewu, kiedy zatelefonował do Winstona Churchilla, aby mu opowiedzieć, co zobaczył. Tydzień później pododdziały 4. i 6. Dywizji Pancernej odkryły Buchenwald. Potem Brytyjczycy wkroczyli do Bergen-Belsen, a przed końcem miesiąca wojska alianckie wyzwoliły Landsberg, Flossenbürg, Mauthausen i dziesiątki mniejszych obozów. Łącznie siły wyzwoleńcze odkryły na terytoriach objętych hitlerowską okupacją prawie półtora tysiąca obozów koncentracyjnych i obozów pracy przymusowej. W miarę jak napływały raporty o liczbie ludzi przetrzymywanych w tych obozach, oficerowie w naczelnym dowództwie spoglądali po sobie z niedowierzaniem. Całkowita liczba sięgała sześciu milionów.
Pogłoski o obozach zagłady krążyły wśród jednostek wojskowych w Europie już od jakiegoś czasu, ale nikt nie był w stanie wyobrazić sobie rozmiarów cierpienia i śmierci, które wyszły na jaw, kiedy te obozy zostały wyzwolone. Eisenhower wysłał depeszę do Departamentu Stanu w Waszyngtonie: dziennikarze i przedstawiciele rządu mieli przyjechać natychmiast do Niemiec, obejrzeć obozy i opowiedzieć światu o swoich odkryciach.
Przybywali dziesiątkami: senatorowie, gubernatorzy, dziennikarze, a także głowy państw z Anglii i Europy kontynentalnej. Przed tymi odwiedzinami rewelacje na temat obozów koncentracyjnych traktowano z dużym sceptycyzmem. W numerze "The Nation" z 19 maja 1945 roku krytyk James Agee zdezawuował materiał filmowy nakręcony w Dachau przez producenta George'a Stevensa jako bałamutny i ostrzegł przed wyolbrzymianiem zbrodni popełnionych w obozach i przed niebezpieczeństwem dopuszczenia do tego, że zemsta weźmie górę nad sprawiedliwością[7]. W tym samym miesiącu Milton Mayer, piszący dla "The Progressive", posunął się jeszcze dalej, twierdząc, że "zemsta nie wskrzesi zadręczonych ofiar" i że dowody znalezione w obozach "w obowiązującej amerykańskiej praktyce sądowej nie zostałyby uznane za wystarczające do skazania za zbrodnię główną"[8].
Komitet dziennikarzy pod przewodnictwem Josepha Pulitzera przyjechał wyrobić sobie własne zdanie. Pulitzer, syn człowieka, który ustanowił Nagrodę Pulitzera, również żywił wątpliwości co do rzetelności relacji. Po jednym dniu w Ohrdruf napisał do "New York Timesa", że relacje "były niedomówieniami"[9].
Na temat procesów o zbrodnie wojenne dyskutowano od 1942 roku, kiedy prezydent Franklin D. Roosevelt oświadczył, że "prowodyrów odpowiedzialnych za masowe mordowanie tysięcy niewinnych ludzi i popełnianie okrucieństw spotka sprawiedliwa i surowa kara"[10]. Oświadczenie Roosevelta było wyraźną przestrogą dla Niemców: nie będzie powtórki nieudanych procesów, które odbyły się pod koniec pierwszej wojny światowej[11]. W 1921 roku, trzy lata po zakończeniu wojny, mocarstwa alianckie przekazały niemieckiemu Sądowi Najwyższemu listę 896 osób oskarżonych o konkretne działania sprzeczne z konwencją genewską i innymi prawami wojny lądowej. Alianci zakładali, że klęska przekształciła Niemcy w naród praworządny, zdolny do przeprowadzenia sprawiedliwych procesów i wydania odpowiednich wyroków. Tymczasem sąd niemiecki postawił zarzuty zaledwie czterdziestu pięciu ludziom i uniewinnił wszystkich z wyjątkiem dziewięciu. Tych dziewięciu winnych otrzymało najniższe możliwe wyroki od sześciu miesięcy do czterech lat więzienia. Żaden z nich nie odbył pełnej kary.
Aby nie dopuścić do powtórzenia tego fiaska, 30 października 1943 roku sprzymierzeni podpisali deklarację moskiewską, kategoryczne zapewnienie, że pociągną nazistów do odpowiedzialności za zbrodnie wojenne i postawią ich przed sądem. Nie sprecyzowano wyraźnie, jak mają być prowadzone te procesy, toteż przez większą część 1944 roku rząd amerykański się zastanawiał, czy należy karać Niemców, czy umożliwić ich krajowi ekonomiczne i polityczne odrodzenie, i wywołał coś, co historyk Bradley F. Smith nazwał "wielką niemiecką wojną nad Potomakiem"[12].
Wreszcie 9 sierpnia 1945 roku alianci podpisali porozumienie londyńskie i kartę, ogłaszając, że wszystkie cztery wielkie mocarstwa, Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Związek Radziecki i Francja, osądzą niezależnie niemieckich zbrodniarzy schwytanych w swoich strefach okupacyjnych. Ponadto postanowiono powołać jeden organ, który miał zostać nazwany Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym, czyli MTW, do wspólnego osądzenia najwyższych nazistowskich dygnitarzy. Związek Radziecki, Francja i Wielka Brytania szybko uruchomiły własne programy ścigania zbrodni wojennych. Stany Zjednoczone ogłosiły, że ustanowią swój sąd sto kilometrów na południe od Norymbergi, na terenie dawnego obozu koncentracyjnego w Dachau. Kongres, pragnąc okazać głębię swojego oburzenia obozami koncentracyjnymi, przeznaczył kilkanaście milionów dolarów na sfinansowanie programu ścigania zbrodni wojennych, którym kierował naczelny prokurator wojskowy Armii Stanów Zjednoczonych.
Prokuratorzy wojskowi służyli jako doradcy prawni przy armii od 1775 roku, kiedy Drugi Kongres Kontynentalny mianował pułkownika Williama Tudora, dwudziestopięcioletniego absolwenta Harvardu, pierwszym prokuratorem wojskowym. W 1862 roku Kongres usankcjonował utworzenie korpusu prokuratorów wojskowych, nazywanych powszechnie JAG (Judge Advocate General), aby zaspokajali prawne potrzeby armii. Podczas wojny secesyjnej mianowano trzydziestu trzech prokuratorów wojskowych, a ich uprawnienia stopniowo się zwiększały, obejmując uczestnictwo w komisjach śledczych i sądach wojennych. Podczas pierwszej wojny światowej wydział prokuratury wojskowej - znany dzisiaj jako Korpus Prokuratorów Wojskowych - rozrósł się do 426 osób. Po drugiej wojnie światowej korpus zorganizował procesy o zbrodnie wojenne w Niemczech i w Japonii, osądzając łącznie 1672 osoby za pogwałcenie prawa wojny w 189 postępowaniach od 1945 do 1949 roku.
Biurem prokuratury wojskowej odpowiedzialnym za program zbrodni wojennych kierował podpułkownik Lucien Truscott, który podlegał bezpośrednio generałowi Pattonowi. Do jego najbliższych współpracowników należeli pułkownik Clio "Mickey" Straight, szef wydziału zbrodni wojennych prokuratury wojskowej, i generał Lucius D. Clay, którego prezydent Roosevelt mianował wicegubernatorem w Niemczech. Clay zasłynął później jako człowiek, który przyczynił się najbardziej do utworzenia stabilnych, demokratycznych powojennych Niemiec. Nadzorował program denazyfikacji, kierował berlińskim mostem powietrznym, przeprowadził reformę walutową, pomógł ustanowić konstytucję i samorząd. Do jego obowiązków należało również zatwierdzanie werdyktów i wyroków w procesach o zbrodnie wojenne. Wobec takiego nawału pracy Clay mógł zajmować się tylko pobieżnie większością spraw związanych z procesami, polegając w znacznym stopniu na zaleceniach szefa wydziału zbrodni wojennych prokuratury wojskowej. W rzeczywistości to Mickey Straight podejmował wszystkie decyzje co do procesów.
I podobnie jak cały personel prokuratury wojskowej, Straight znalazł się w wielkim kłopocie. Zbrodnie nazistów były tak niewyobrażalne, że nigdy nie opisano ich w książkach prawniczych, a ich ściganie miało się stać wyzwaniem nawet dla doświadczonych ekspertów. Straight, oddany żołnierz, był mimo to oficerem rezerwy, który nigdy przedtem nie zetknął się ze zbrodniami wojennymi[13]. Dryfował po szerokich prawniczych wodach, dla których nigdy nie nakreślono map, unoszony przez nieprzewidywalne prądy w kierunku największego prawnego przedsięwzięcia w dziejach[14].
Ciąg dalszy w wersji pełnej
[5] The Buchenwald Report, tłum. David A. Hackett, Westview Press, Boulder 1999, s. 10.
[6] Remember, cyt. za: "Dimensions", t. 9, nr 1, Anti-Defamation League, New York 1995, s. 11.
[7] Robert H. Abzug, Inside the Vicious Heart, Oxford University Press, New York 1985, s. 136.
[8] Ibidem, s. 137.
[9] Ibidem, s. 132.
[10] Documents on American Foreign Relations, 1942-1943, V, s. 177-178.
[11] Telford Taylor, Nuremberg and Vietnam: An American Tragedy, Quadrangle Books, Chicago 1970, s. 24.
[12] Bradley E. Smith, The Road to Nuremberg Trials, Basic Books, New York 1981, s. 12-47.
[13] Telford Taylor, The Anatomy of the Nuremberg Trials, Knopf, New York 1992, s. 270.
[14] Maximillian Koessler, American War Crimes Trials in Europe, "Georgetown Law Journal", listopad 1950, t. 39, nr 1, s. 21.