Dramatis oves
Dramatis oves
w kolejności pojawiania się
Matylda
ma bardzo dobry węch i jest z tego dumna
Sir Ritchfield
przewodnik stada, niemłody już i niedosłyszący; szwankuje mu pamięć,
lecz wzrok wciąż ma dobry
Panna Maple
najmądrzejsza owca w stadzie, może nawet najmądrzejsza owca w całym
Glennkill, a całkiem możliwe, że najmądrzejsza owca na całym świecie.
Nigdy się nie poddaje, ma dociekliwy umysł i jest odpowiedzialna, choć
nie zawsze
Wrzosowata
młoda, energiczna owca, która czasem najpierw mówi, a dopiero potem
myśli
Chmurka
najbardziej wełnista owca w stadzie
Biały Wieloryb
chodząca pamięć stada: nigdy nie zapomina tego, co zobaczy. Bardzo
wytrwały, wiecznie głodny merynos o spiralnych rogach
Otello
jest czarny, pochodzi z Hebrydów, ma cztery rogi i tajemniczą przeszłość
Zora
czarnogłówka, która nie ma lęku wysokości, jedyna owieczka z rogami w stadzie George'a Glenna
Ramzes
młody baran, który ma jeszcze krótkie rogi
Bystra
najszybsza owca w stadzie, pragmatyczna myślicielka
Sara
owcza matka
Jagnię
które widziało coś dziwnego
Melmoth Wędrowiec
bliźniaczy brat Sir Ritchfielda, legendarny baran, który zniknął
Cordelia
niezwykle lubi słowa
Maisie
młoda, naiwna owca
Zimowe Jagnię
trudne jagnię, wieczny mąciciel
Willow
druga najcichsza owca w stadzie; ale nikomu to nie przeszkadza
Baran Gabriela
bardzo dziwny baran
Fosco
słusznie uważa, że jest mądry
Rozdział 1. Otello dzielnie pojada dalej
Rozdział 1
Otello dzielnie pojada dalej
Jeszcze wczoraj był zdrowy -?powiedziała
Matylda, nerwowo strzygąc uszami.
-?To nie ma nic do rzeczy -?zauważył Sir Ritchfield, najstarszy tryk w stadzie. -?Nie umarł na chorobę. Szpadel to nie choroba.
Pasterz leżał w bujnej, zielonej irlandzkiej trawie obok stodoły,
niedaleko ścieżki przez pasionek. Leżał i ani drgnął. Na jego wełnianym
norweskim swetrze siedziała samotna wrona, która z zawodowym
zainteresowaniem analizowała jego budowę wewnętrzną. Obok wrony
przycupnął wielce rozradowany królik. Owce odbywały naradę nieco dalej,
prawie na skraju urwiska.
Rankiem, gdy znalazły pasterza, niezwykle zimnego i zupełnie martwego,
zachowały spokój i były z tego niezmiernie dumne. W pierwszym przypływie
trwogi zabrzmiało oczywiście kilka rozpaczliwych okrzyków -?"Kto nam
teraz będzie przynosił siano?", "Wilk! Tu jest wilk!"-?lecz Panna Maple
szybko stłumiła panikę. Wytłumaczyła im, że tu, na najzieleńszych i najsoczystszych pastwiskach w całej Irlandii, tylko idiota jadłby siano
w środku lata, i że nawet najbardziej wyrafinowane wilki nie przebijają
szpadlem swoich ofiar. Bo nie ulegało wątpliwości, że to właśnie szpadel
sterczał z wnętrzności pasterza, mokrych teraz od rosy.
Panna Maple była najmądrzejszą owcą w całym Glennkill. Niektórzy
twierdzili, że najmądrzejszą owcą na świecie. Ale nikt nie mógł tego
udowodnić. W Glennkill organizowano co prawda Konkurs na Najmądrzejszą
Owcę -?i to co roku -?lecz niezwykła inteligencja Panny Maple
przejawiała się już w samym tym, że nigdy nie brała udziału w żadnym
konkursie. Zwycięzcę koronowano najpierw wieńcem z koniczyny (który to
wieniec można było potem zjeść), następnie obwożono go przez kilka dni
po okolicznych pubach, gdzie z oczami łzawiącymi od papierosowego dymu
musiał pić Guinnessa, którego goście wlewali mu do gardła, aż nie mógł
ustać na nogach. Co więcej, od tej pory odpowiadał za dosłownie
wszystkie pastwiskowe psikusy, ponieważ najmądrzejsza owca zawsze była
głównym podejrzanym.
Ale George Glenn już nigdy nie miał nikogo o nic podejrzewać. Leżał przy
ścieżce ze szpadlem w brzuchu, a jego owce zastanawiały się, co robić.
Stały na skraju urwiska między błękitnym jak woda niebem a niebieskim
jak niebo morzem, gdzie nie docierał zapach krwi i gdzie nie czuły się
za nic odpowiedzialne.
-?Nie był zbyt dobrym pasterzem -?powiedziała Wrzosowata, jarliczka
niewiele starsza od jagnięcia, która wciąż miała do George'a pretensje o to, że pod koniec zimy przyciął jej piękny ogonek.
-?Właśnie! -?zawtórowała jej Chmurka, najbardziej wełnista i najbardziej
okazała owca, jaką kiedykolwiek widziano. -?Nie doceniał naszej pracy.
Mówił, że norweżki robią to lepiej! Że dają więcej wełny! Nosił swetry z norweskiej wełny: to hańba! Jaki inny pasterz znieważyłby tak własne
stado?
Uwagi te sprowokowały dłuższą wymianę zdań między Wrzosowatą, Chmurką i Białym Wielorybem. Wieloryb utrzymywał, że wartość pasterza mierzy się
ilością dostarczanej przez niego paszy i że pod tym względem George'owi
nie można było nic zarzucić. W końcu uzgodnili, że dobry pasterz to
taki, który nigdy nie przycina jagnięciu ogonka, nie ma pasterskiego
psa, daje owcom dużo dobrego jedzenia, zwłaszcza chleba i cukru -?nie
zapominając przy tym o jedzeniu zdrowym, takim jak zielenina,
koncentraty i buraki pastewne (bo wszystkie były owcami bardzo
rozsądnymi) -?i nosi wyłącznie ubrania z produktów własnego stada, jak
choćby jednoczęściowe kabotki z przędzy, w których wyglądałby naprawdę
ładnie, bo prawie jak owca. Naturalnie wiedziały, że istoty tak
doskonałej nie ma na całym świecie, jednak miło było pomarzyć. Trochę
powzdychały i już miały się rozejść zadowolone, że wyjaśniły sobie
wszystkie problemy.
Jednakże głosu nie zabrała jeszcze Panna Maple. Odezwała się dopiero
teraz.
-?Nie chcecie wiedzieć, jak umarł?
Sir Ritchfield spojrzał na nią zaskoczony.
-?Umarł od tego szpadla. Ty też byś umarła, gdyby przebito cię na wylot
kawałem ciężkiego żelaza. Nic dziwnego, że nie żyje. -?Sir Ritchfield
lekko zadrżał.
-?Ale skąd się ten szpadel wziął?
-?Ktoś go w niego wbił. -?Dla Sir Ritchfielda był to koniec dyskusji,
lecz problemem zainteresował się nagle Otello, jedyna czarna owca w stadzie.
-?To mógł zrobić tylko człowiek albo... wielka małpa -?powiedział; Otello
spędził młodość w dublińskim zoo i wspominał o tym przy każdej okazji.
-?Człowiek. -?Panna Maple z satysfakcją kiwnęła głową. -?Moim zdaniem
powinniśmy sprawdzić, co to za człowiek. Jesteśmy to winni George'owi.
Ilekroć złe psy porywały nasze jagnięta, George zawsze szukał winowajcy.
Poza tym był naszym pasterzem. Nikt nie miał prawa przebijać go
szpadlem. To wilcze zachowanie. To morderstwo.
Owce ogarnął niepokój. Zmienił się wiatr i powiało zapachem świeżej
krwi.
-?A kiedy już go znajdziemy? -?spytała nerwowo Wrzosowata. -?Tego, kto
wbił szpadel. Co wtedy?
-?Wtedy będzie... sprawiedliwość! -?zameczał Otello.
-?Sprawiedliwość! -?zameczały pozostałe owce.
I tak to postanowiono, że zagadkę niegodziwego morderstwa George'a Glenna rozwiążą jego własne owce. Same, bez niczyjej pomocy.
*
Najpierw Panna Maple poszła obejrzeć zwłoki. Zrobiła to niechętnie. W letnim irlandzkim słońcu George cuchnął już tak bardzo, że każdą owcę
przechodziły dreszcze.
Zaczęła od tego, że okrążyła go z daleka ze stosownym respektem. Wrona
zakrakała, zatrzepotała czarnymi skrzydłami i odleciała. Panna Maple
podeszła bliżej, obejrzała szpadel, obwąchała twarz i ubranie George'a.
W końcu -?w tym momencie stojące w bezpiecznej odległości i zbite w gromadkę owce wstrzymały oddech -?wetknęła nawet nos do rany i dokładnie
zbadała ją od środka; tak to przynajmniej wyglądało z miejsca, gdzie
stały. Wróciła z zakrwawionym pyszczkiem.
-?No i co? -?spytał Wieloryb, nie mogąc dłużej wytrzymać napięcia; nigdy
długo nie wytrzymywał, bo źle znosił stres.
-?Nie żyje -?odparła Panna Maple. Chyba nie chciała nic więcej mówić, a już na pewno nie na ten temat. Obejrzała się i popatrzyła na ścieżkę. -
Musimy być przygotowani. Wcześniej czy później przyjdą tu ludzie. Trzeba
ich obserwować. I lepiej nie stójmy tak w kupie. To podejrzanie wygląda.
Powinniśmy zachowywać się naturalnie.
-?Przecież zachowujemy się naturalnie -?zaprotestowała Matylda. -?George
nie żyje. Ktoś go zamordował. Mamy się obok niego paść, jedząc zbryzganą
krwią trawę?
-?Tak, bo tak trzeba. -?Wyrósł między nimi czarny Otello. Na widok ich
przerażonych min zafalowały mu nozdrza. -?Nie martwcie się. Ja pójdę.
Spędziłem młodość pod zagrodą dla mięsożernych. Trochę krwi więcej mnie
nie zabije.
W tym momencie Wrzosowata pomyślała, jaki ten Otello odważny.
Postanowiła paść się częściej obok niego, oczywiście dopiero wtedy,
kiedy zabiorą zwłoki George'a i kiedy świeży, letni deszcz zmyje do
czysta pastwisko.
Panna Maple przydzieliła im stanowiska obserwacyjne. Sir Ritchfield,
który mimo sędziwego wieku wciąż miał dobry wzrok, zajął pozycję na
wzgórzu; rozciągał się stamtąd widok aż na brukowaną drogę za
żywopłotami. Wieloryb miał kiepskie oczy, za to dobrą pamięć. Dlatego
stanął obok Sir Ritchfielda, żeby zapamiętywać wszystko to, co ten
zobaczy. Wrzosowata i Chmurka miały obserwować ścieżkę biegnącą przez
łąkę: Wrzosowata zajęła pozycję przy bramie od strony wioski, Chmurka
natomiast w miejscu, gdzie ścieżka opadała w dół. Zora, czarnogłówka,
która nie miała lęku wysokości, stanęła na wąskiej skalnej półce tuż pod
szczytem urwiska, żeby obserwować stamtąd plażę. Twierdziła, że miała
wśród przodków dziką górską owcę i kiedy widziało się, z jaką swobodą i pewnością siebie truchta nad przepaścią, łatwo można było w to uwierzyć.
Otello zniknął w cieniu za dolmenem, niedaleko miejsca, gdzie leżał
przebity szpadlem George. Panna Maple warty nie trzymała. Wetknęła
pyszczek do poidła, próbując zmyć z nosa ślady krwi.
Pozostałe owce zachowywały się naturalnie.
*
Nieco później na ścieżce pojawił się niezupełnie już trzeźwy Tom
O'Malley; szedł z Golagh do Glennkill, do tamtejszego pubu. Świeże
powietrze dobrze mu robiło: zielona trawa, błękitne niebo. Uganiające
się za zdobyczą mewy krzyczały i wirowały w powietrzu tak szybko, że
zakręciło mu się w głowie. Owce George'a pasły się spokojnie i malowniczo. Jak na zdjęciu z broszury reklamowej. Jedna z nich zapędziła
się wyjątkowo daleko, bo aż na skalną półkę, i wyglądała tam jak mały
biały lew.
-?Hej, owieczko! -?zawołał Tom. -?Tylko nie spadnij. Szkoda by było
takiej ślicznotki.
Owca spojrzała na niego z pogardą i nagle poczuł się głupio. Głupio i jak pijany. Ale to była już przeszłość. Jeszcze się wybije. W turystyce.
Tak jest, przyszłością Glennkill była turystyka. Musi obgadać to z kumplami w pubie.
Ale najpierw chciał przyjrzeć się z bliska temu pięknemu, czarnemu
baranowi. Cztery rogi. Niezwykłe. Tak, George miał wyjątkowe owce.
Ale czarny baran nie dał mu się podejść i prawie nie drgnąwszy, z łatwością uniknął dotyku jego ręki.
I wtedy Tom zobaczył szpadel.
Dobry szpadel. Przydałby mu się taki. Postanowił go wziąć. Tymczasem
ukryje go pod dolmenem i wróci tu wieczorkiem. Ale po ciemku? Nie bardzo
mu się to podobało. Ludzie różnie o tym miejscu gadali. Ale on był
człowiekiem nowoczesnym, a szpadel był pierwsza klasa. Chwytając za
rękojeść, trącił nogą coś miękkiego.
Minęło dużo czasu, odkąd miał w Szalonym Niedźwiedziu tak dużą i uważną
publiczność jak tego popołudnia.
*
Niedługo potem Wrzosowata dostrzegła grupkę ludzi biegnących ścieżką od
strony wioski. Od razu zameczała, raz krótko, raz długo i znowu krótko,
a wtedy spod dolmenu niechętnie wyszedł Otello.
Na czele grupy biegł chudy mężczyzna, którego owce nie znały. Wytężyły
wzrok. Przywódca stada jest zawsze ważny.
Za chudzielcem truchtał rzeźnik. Owce wstrzymały oddech. Już sam jego
zapach wystarczał, żeby zmiękły im nogi w kolanach. Rzeźnik pachniał
śmiercią. Przeraźliwym krzykiem, bólem i krwią. Bały się go nawet psy.
Owce nienawidziły rzeźnika. I uwielbiały Gabriela z wystrzępioną brodą,
drobnego człowieczka w miękkim kapeluszu ze spuszczonym brzegiem, który
z trudem nadążał za biegnącą przed nim górą mięsa. Wiedziały, dlaczego
nienawidzą rzeźnika. Nie wiedziały, dlaczego uwielbiają Gabriela, ale
Gabrielowi nie można się było oprzeć. Jego psy umiały robić niesamowite
sztuczki. Rok w rok zdobywał główną nagrodę w Gorey, w konkursie dla
najlepszych psów pasterskich. Powiadano, że umie rozmawiać ze
zwierzętami, ale to nie była prawda. Owce go nie rozumiały, przynajmniej
wtedy, kiedy mówił po gaelicku. Lecz ilekroć przechodził ścieżką przez
łąkę, zawsze były dziwnie wzruszone i mile połechtane, a on zawsze
potrafił uwieść je tak skutecznie, że ufnie do niego podchodziły.
Ludzie dobiegli już prawie do zwłok. Owce zapomniały, że mają zachowywać
się naturalnie, i wyciągnęły szyje, żeby lepiej widzieć. Przywódca
ludzkiego stada stanął jak wryty o kilka jagnięcych skoków przed ciałem
George'a. Przez chwilę chwiał się jak długa gałąź na wietrze, lecz jego
czujne, małe, ostre jak szpilki oczy przez cały czas patrzyły na szpadel
sterczący z wnętrzności pasterza.
Gabriel i rzeźnik też przystanęli kilka kroków od trupa. Rzeźnik wbił
wzrok w ziemię. Gabriel wyjął ręce z kieszeni. Chudzielec zdjął czapkę.
Pojadając trawę, Otello dzielnie przeszedł tuż obok nich.
Potem, ciężko dysząc i sapiąc, ścieżką nadbiegła Lilly, a wraz z nią
nadpłynął obłok pachnących bzem perfum. Lilly miała mocno zaczerwienioną
twarz i rude, rozwichrzone włosy i na widok George'a wydała krótki,
przeraźliwy krzyk. Owce spojrzały na nią spokojnie. Lilly przychodziła
czasem na łąkę, zwykle wieczorem, i krzyczała tak z byle powodu. Na
przykład wtedy, kiedy wdepnęła w owcze bobki. Albo kiedy zaczepiła
spódnicą o żywopłot. Albo kiedy George powiedział coś, co się jej nie
spodobało. Owce do tego przywykły. Często znikała z George'em w przyczepie. Jej dziwne krzyki zupełnie im nie przeszkadzały.
Ale zaraz potem wiatr poniósł przez łąkę krzyk zupełnie inny, przeciągły
i żałosny. Biały Wieloryb i Chmurka nie wytrzymali i pogalopowali na
wzgórze, gdzie zawstydzili się i ponownie spróbowali przybrać naturalny
wygląd.
Nie zwracając uwagi na mokrą od wieczornego deszczu trawę, Lilly opadła
na kolana obok zwłok. To ona tak strasznie krzyczała. Niczym dwa
ogłupiałe owady, jej ręce wędrowały na oślep po norweskim swetrze
George'a i szarpały go za kołnierz.
Nagle wyrósł obok niej rzeźnik, który pociągnął ją mocno za ramię. Owce
wstrzymały oddech. Rzeźnik poruszał się szybko jak kot. Coś powiedział.
Lilly spojrzała na niego oczami pełnymi łez. Poruszyła ustami, lecz
mówiła za cicho. Rzeźnik jej odpowiedział. Potem chwycił ją za rękaw i odciągnął na bok. W tym samym momencie chudzielec zaczął mówić coś do
Gabriela.
Otello rozejrzał się w poszukiwaniu pomocy. Gdyby trzymał się blisko
Gabriela, nie zdołałby podsłuchać rozmowy rzeźnika z Lilly -?i vice
versa. Ale nic z tego. Żadna z owiec nie chciała podejść ani do
George'a, ani do rzeźnika, ponieważ obydwaj pachnieli śmiercią. Wolały
skupić się na próbach przybierania naturalnego wyglądu.
Wtem od strony poidła nadbiegła truchtem Panna Maple, która wzięła na
siebie obserwację rzeźnika. Na nosie miała podejrzaną, czerwoną plamę,
ale ponieważ wytarzała się w błocie, wyglądała po prostu jak bardzo
brudna owca.
-?...idiotyczne zamieszanie -?mówił rzeźnik. -?Przestań robić z siebie
widowisko. Wierz mi, skarbie, masz teraz inne zmartwienia. -
Serdelkowatymi palcami wziął ją pod brodę i zadarł jej głowę, tak że
musiała spojrzeć mu prosto w oczy.
-?Dlaczego mieliby mnie podejrzewać? -?spytała, próbując się uwolnić. -
Dobrze nam się z George'em układało.
Rzeźnik jeszcze mocniej zacisnął palce na jej podbródku.
-?Dobrze -?odparł. -?Rzeczywiście. To im wystarczy. A komu jeszcze
dobrze się z nim układało? Zaczekaj tylko, aż otworzą testament, wtedy
zobaczymy, jak to z wami było. Nie przypuszczam, żebyś robiła fortunę na
tych swoich kosmetykach, a puszczając się na prawo i lewo w tej dziurze,
też się nie wzbogacisz. Dlatego bądź miła dla starego Hama, a nie
będziesz musiała się o nic martwić.
Gabriel coś powiedział. Rzeźnik odwrócił się gwałtownie i pomaszerował
do tamtych, zostawiając Lilly samą. Ta zadrżała i owinęła się szczelniej
szalem. Przez chwilę zdawało się, że wybuchnie płaczem. Panna Maple
wiedziała, jak się Lilly czuje. Być dotkniętą przez rzeźnika -?to tak,
jakby za ucho chwyciła cię sama śmierć.
Ludzie znowu zaczęli rozmawiać, ale owce stały zbyt daleko, żeby
cokolwiek usłyszeć. Potem zapadła niezręczna, wymowna cisza. Gabriel
odwrócił się i ruszył w kierunku wioski, a chudzielec potruchtał za nim.
Lilly zawahała się i poszła w ich ślady.
Rzeźnik Ham nie zwracał na nich uwagi. Podszedł do George'a. Powoli
podniósł swoją wielką rzeźnicką łapę i gdy zawisła nad zwłokami jak
gruby bławatek, nakreślił nią w powietrzu dwie linie. Dłuższa biegła od
głowy George'a do jego brzucha, a krótsza od ramienia do ramienia. Wtedy
zawołał go Gabriel i Ham też pospieszył w kierunku wioski.
*
Później trzech policjantów przyszło zrobić zdjęcia. Przyprowadzili
bardzo wyperfumowaną dziennikarkę. Ona też robiła zdjęcia, o wiele
więcej zdjęć niż oni. Stanęła nawet na skraju urwiska, żeby
sfotografować Zorę na skalnej półce oraz Sir Ritchfielda i Białego
Wieloryba pasących się przed dolmenem. Owce były przyzwyczajone do
turystów -?takich z plecakami na plecach -?którzy czasem się im
przyglądali, ale przy tak dużym zainteresowaniu prasy wkrótce poczuły
się nieswojo. Wielorybowi pierwszemu puściły nerwy, głośno mecząc,
wbiegł na szczyt wzgórza. Zaraził paniką pozostałych, nawet Pannę Maple
i Otella, i w ciągu kilku minut w gromadkę zbiło się tam całe, lekko
zawstydzone stado.
Ale policjanci nie zwracali na nie uwagi. Wyciągnęli szpadel z George'a,
włożyli ich -?to znaczy, George'a i szpadel -?do dużych, plastikowych
worków, popełzali trochę po ziemi, wreszcie zniknęli w białym
samochodzie. Niedługo potem zaczęło padać. Wkrótce pastwisko wyglądało
tak, jakby nic się na nim nie wydarzyło.
Owce postanowiły schronić się w stodole. Poszły tam całym stadem,
ponieważ teraz, tuż po śmierci George'a, stodoła wydawała się miejscem
posępnym i trochę złowrogim. Tylko Panna Maple została na dworze nieco
dłużej, żeby deszcz zmył z niej błoto i resztki krwi z pyszczka.
Gdy weszła do stodoły, owce stały wokół Otella i zasypywały go gradem
pytań, lecz jemu się nie spieszyło.
-?Jak mogłeś wytrzymać, stojąc tak blisko rzeźnika? -?zabeczała
niespokojnie Wrzosowata. -?Ja umarłabym ze strachu. Omal nie umarłam,
patrząc, jak do nas idzie!
Panna Maple przewróciła oczami. Ale musiała oddać mu sprawiedliwość:
podziw stada nie robił na nim najmniejszego wrażenia. Spojrzał na nią i bardzo rzeczowo zaczął:
-?Najpierw przemówił rzeźnik. "Świnia". Tak powiedział.
Owce popatrzyły po sobie zdumione. Żadna świnia nigdy nie postawiła
racicy na ich pasionku!
Uwaga rzeźnika nie miała sensu. Jednakże Otello był bardzo pewny siebie.
-?Pachniał gniewem. I strachem. Ale głównie gniewem. Chudzielec się go
bał. A Gabriel nie. -?Zastanawiał się przez chwilę nad jego
bohaterstwem, po czym kontynuował: -?Lilly nie powiedziała niczego
sensownego. Powtarzała tylko: "Och, George". "Dlaczego akurat teraz?".
I: "Dlaczego mi to robisz?". Może nie wiedziała, że on nie żyje. Potem
rzeźnik pociągnął ją za rękę. "Nie wolno go dotykać", powiedział. Na to
ona cicho odparła: "Proszę, chcę tylko pobyć z nim trochę sama". Tamci
milczeli, a rzeźnik mruknął: "Jeśli ktoś w ogóle ma prawo, to tylko
Kate". Zabrzmiało to okropnie. Potem odciągnął ją od George'a.
Owce mu przytaknęły. One też dobrze to wszystko widziały. Podejrzenie
natychmiast padło na rzeźnika. Ale Panna Maple niecierpliwie pokręciła
głową.
-?Kiedy rzeźnik odszedł -?ciągnął Otello -?chudzielec zaczął mówić do
Gabriela. Dziwnie pachniał, whisky i Guinnessem, ale nie tak, jakby pił.
Pachniało jego ciało i ubranie. A zwłaszcza ręce.
-?To on to zrobił! -?zabeczał Ramzes, młodziutki baran z bujną
wyobraźnią. -?Polał sobie ręce whisky, bo nie mógł znieść zapachu krwi.
-?To możliwe -?odparła z wahaniem Panna Maple.
Matylda, która miała najlepszy węch w stadzie, pokręciła głową.
-?Ludzie nie potrafią wyczuć zapachu krwi tak jak my -?powiedziała. -
Oni prawie nie mają węchu.
-?A potem chudzielec powiedział cicho tak: "Tyle miał do zrobienia, w głowie roiło mu się od zwariowanych planów. Ale już ich chyba nie
zrealizuje, co?". Mówił bardzo szybko, tak szybko, że nie zapamiętałem
wszystkiego, co padło. I ciągle wracał do tych planów. Chyba chciał
wyciągnąć coś z Gabriela. Ale Gabriel milczał.
Zamyślony Otello przekrzywił głowę.
-?Moim zdaniem chudzielec go denerwował. Właśnie dlatego Gabriel zawołał
rzeźnika. Kiedy rzeźnik podszedł bliżej, chudzielec od razu zamilkł. A potem wszyscy zaczęli mówić naraz. Lilly powiedziała: "Trzeba zawiadomić
jego żonę". Gabriel: "I policję". Rzeźnik: "Zostanę z nim, aż przyjadą".
A chudzielec na to, że: "Nikt nie zostanie tu sam". Wtedy tamci
spojrzeli na niego, tak jak baran patrzy na barana przed pojedynkiem.
Rzeźnik się zaczerwienił. Ale kiwnął głową.
*
Panna Maple zaczęła zbierać pytania. Owce miały powiedzieć, czego nie
zrozumiały i czego chciałyby się dowiedzieć. Stała w środku stada z Białym Wielorybem. Kiedy uznała, że pytanie jest warte zapamiętania,
spoglądała na niego i kiwała głową, a Wieloryb je zapamiętywał. Kiedy
coś już zapamiętał, nigdy tego nie zapominał.
-?Dlaczego nas fotografowali? -?spytała Matylda.
-?Dlaczego padał deszcz? -?spytała Chmurka.
-?Dlaczego George wyszedł na pasionek nocą? -?To Wrzosowata.
Panna Maple zerknęła na Wieloryba i kiwnęła głową. Wrzosowata spojrzała
z dumą na Otella.
-?Dlaczego przyszedł tu rzeźnik? -?spytała Matylda.
-?Czego rzeźnik chce od Lilly? -?spytał Otello.
Panna Maple kiwnęła głową.
-?Co to znaczy testament? -?spytała Bystra i Panna Maple znowu kiwnęła
głową.
-?Kiedy znowu będziemy mogli paść się w miejscu, gdzie leżał George? -
spytała Chmurka.
-?Czy na pasionek wypędzą teraz świnie? -?spytała Matylda.
-?Dlaczego morderca zrobił to szpadlem? Przecież mógł zepchnąć go z urwiska -?zauważyła Zora.
Panna Maple kiwnęła głową.
-?A co z wilkiem? -?spytała Sara. -?Czy naszym jagniętom coś grozi?
Jagniętom albo nam?
Panna Maple zawahała się, ale nie dała Wielorybowi znaku.
-?Dlaczego ktoś nie zamorduje rzeźnika? -?rzuciła Chmurka.
Kilka owiec zameczało z aprobatą, lecz Panna Maple nie zareagowała.
-?Jak długo George leżał na łące? -?spytał Wieloryb.
Panna Maple kiwnęła głową i Wieloryb się rozpromienił.
Z kręgu owiec wytruchtało jagnię. Nie miało jeszcze imienia. Jagnięciu
nadaje się imię dopiero wtedy, kiedy przeżyje swoją pierwszą zimę.
-?Czy wróci tu duch George'a? -?spytało nieśmiało.
Chmurka nachyliła się ku niemu uspokajająco i jagnię wtuliło łebek w jej
gęste runo.
-?Nie, maleństwo, nie wróci. Ludzie nie mają duszy. Nie ma duszy, nie ma
i ducha. To proste.
-?Jak możesz tak mówić? -?zaprotestował Wieloryb. -?Nie wiemy, czy
ludzie mają duszę, czy nie.
-?Każde jagnię wie, że dusza mieszka w zmyśle węchu. A ludzie nie mają
dobrych nosów. -?Matylda miała znakomity węch i często rozmyślała o problemach duszy i nosa.
-?Najwyżej zobaczysz takiego malutkiego duszka. -?Rozbawiony Otello też
nachylił się nad jagnięciem. -?Nie ma się czego bać.
-?Ale ja już go widziałem! -?zabeczało jagnię. -?Był bardzo duży, o wiele większy ode mnie, a ja mam bardzo dobry węch. I był kudłaty, i tańczył. Początkowo myślałem, że to duch wilka, ale teraz wiem, że to
był duch George'a. Bardzo się przestraszyłem. Z rana myślałem, że to był
tylko sen.
Panna Maple przyjrzała mu się uważnie.
-?Skąd wiesz, że George już nie żył?
-?Bo go widziałem.
-?Widziałeś martwego George'a i nic nam nie powiedziałeś?
-?Nie, to nie tak. -?Jagnię pociągnęło nosem. -?Widziałem szpadel. Ale
pod szpadlem musiał leżeć George, prawda? -?Jagnię zrobiło zamyśloną
minę. -?A może on na ten szpadel upadł?
Niczego więcej nie udało się zeń wyciągnąć. Ot, wyszło w nocy ze
stodoły, ale nie wiedziało dlaczego. W świetle księżyca zobaczyło
szpadel i kudłatego ducha, lecz nie potrafiło opisać go dokładniej. Było
tak przerażone, że od razu zasnęło.
Zapadła cisza. Owce zbiły się w jeszcze ciaśniejszą gromadkę. Jagnię
schowało łebek w runie Chmurki, a pozostałe owce wbiły wzrok w ziemię.
Panna Maple westchnęła.
-?Dwa pytania do Białego Wieloryba. Kim jest duch wilka? I gdzie jest
Tess?
Owce wymieniły spojrzenia. Rzeczywiście, gdzie była Tess, stary owczarek
George'a, jego najwierniejsza towarzyszka, jedyna prawdziwa miłość jego
życia, najłagodniejszy pies pasterski, jaki kiedykolwiek je pasał?
*
Kiedy owce poszły spać, Panna Maple dodała po cichu kolejne pytanie do
listy. Powiedziała Ramzesowi, że nie wie, czy ręce mordercy były
zakrwawione. Tymczasem tak naprawdę nie wiedziała nawet, czy morderca w ogóle miał ręce. George miał spokojną twarz. Lekko pachniał piwem i dymem, a palcami ściskał dwa kwiatki. Uznała, że to trochę dziwne,
ponieważ George nie interesował się kwiatami. O wiele więcej czasu
poświęcał warzywom.
Ale znalazła coś jeszcze, coś, co kazało jej podwinąć nosem jego
zakrwawiony norweski sweter. I tam, na bladym brzuchu, tuż nad miejscem,
gdzie sterczał szpadel, zobaczyła odcisk owczej racicy -?jeden,
pojedynczy odcisk.
Rozdział 2. Wrzosowata coś podejrzewa
Rozdział 2
Wrzosowata coś podejrzewa
Nazajutrz owce obudziły się w nowym
świecie, w świecie bez pasterza i jego psa. Długo się wahały, zanim
postanowiły wyjść ze stodoły. W końcu wyszły na świeże powietrze pod
dowództwem Wieloryba, który był głodny. Wstał piękny poranek. W nocy
tańczyły na trawie dobre wróżki, które zostawiły na niej tysiące
kropelek rosy. Jasne, gładkie, niebieskie morze wyglądało tak, jakby
ktoś je do czysta wylizał, a po niebie wędrowało kilka małych,
puszystych obłoczków. Legenda głosiła, że są to owieczki i baranki,
bardzo wyjątkowe owieczki i baranki, które zeszły kiedyś z urwiska,
które pasą się teraz na niebie i których nikt nigdy nie strzyże. Tak czy
inaczej, ich widok był dobrym znakiem.
Owce ogarnął doskonały, wręcz fantastyczny nastrój. Poprzedniego dnia
długo stały w gromadzie i rozbolały je napięte ścięgna, dlatego teraz
hasały i baraszkowały po pasionku jak marcowe jagnięta: galopowały w stronę urwiska, po czym zatrzymywały się na samym jego skraju, by
następnie zawrócić i popędzić z powrotem w kierunku stodoły. Wkrótce
wszystkie się zasapały.
I właśnie wtedy Wieloryb pomyślał o warzywniku. Za stodołą stała
przyczepa, rozchwierutana buda, którą George Glenn jeździł kiedyś z innym stadem owiec. Ostatnimi czasy trzymał w niej tylko jakieś
szpargały. Za przyczepą założył ogródek warzywny, gdzie posadził sałatę,
groszek, rzodkiewki, rzeżuchę, pomidory, cykorię, jaskier i trochę
szczypiorku.
Posadził to wszystko i ogrodził płotkiem. Warzywnik był na łące, ale
owce nie miały prawa tam wchodzić. Ciężko ten zakaz znosiły, zwłaszcza
że sam płotek nie stanowił żadnego problemu. Tak więc od owczych żniw w tym warzywnym raju powstrzymywała je tylko czujność pasterza. Ale
pasterza już nie było. Bystra pchnęła skobel pyszczkiem, Matylda
zaatakowała jaskry, Chmurka groszek, a Wrzosowata pomidory. Kilka minut
później na starannie utrzymanych grządkach nie zostało dosłownie nic.
Owce stopniowo milkły. Popatrzyły na siebie ze wstydem. I jedna po
drugiej wróciły truchtem na pasionek. Otello, jedyny, który nie brał
udziału w warzywnym wypadzie, stał przy bramie. Dał znak Pannie Maple.
Poszli razem za przyczepę, gdzie zwykle stał szpadel, którym George
kopał w ogródku. Tego dnia jednak zobaczyli tam tylko pociągnięte wapnem
deski, żaluzje i kilka wygrzewających się na słońcu much. Otello
spojrzał pytająco na Pannę Maple.
Ta spojrzała w zadumie na niego.
Przez cały ranek owce miały wyrzuty sumienia. Biały Wieloryb zjadł wraz
z sałatą tyle ślimaków, że zrobiło mu się niedobrze. Jedno z jagniąt
kulało, bo w kopytko wbił mu się kawałek drewna. Wszyscy myśleli o George'u.
-?Byłby bardzo zły -?powiedział Sir Ritchfield.
-?Zająłby się jego kopytkiem -?powiedziała Chmurka.
-?I czytał nam różne rzeczy -?dodała Cordelia.
Bo naprawdę czytał. Spędzał na łące mnóstwo czasu. Przychodził wczesnym
rankiem, kiedy zbici w ciasną gromadę wciąż byli pogrążeni w głębokim
owczym śnie. Rozpędzać ich musiała Tess, też śpiąca o tak wczesnej
porze. George śmiał się i mówił:
-?Ach wy leniuchy! Dalej, do roboty!
Owce czuły się wtedy lekko urażone. One się pasły, a on pracował w warzywniku albo coś naprawiał.
Uraza mijała w południe. Bo w południe zbierały się przed schodkami
przyczepy i George im czytał. Czasem czytał bajki, z których dowiedziały
się, skąd bierze się rosa, czasem fragmenty książki o owczych chorobach,
których strasznie się bały, a raz zaczął im czytać powieść kryminalną, z której nic nie zrozumiały. On chyba też nie, bo w połowie lektury
wyrzucił książkę i nie dowiedziały się już, kto zabił.
Ale najbardziej lubił romanse, cienkie książeczki drukowane na szarym
papierze, których wszystkie bohaterki miały na imię Pamela i włosy
czerwone jak "zachód słońca na południowych morzach". Ale stary George
nie czytał ich dlatego, że był romantykiem, czy dlatego, że miał zły
gust literacki (a gust taki na pewno miał; książka o chorobach wystawiła
je na bardzo bolesną próbę). Nie, czytał im, żeby spuścić parę. Czytał,
jak rudowłose Pamele wabiły i usidlały niewinnych piratów, lekarzy i baronów i bardzo się przy tym ekscytował, wymyślając wszystkim
rudowłosym na świecie, a zwłaszcza swojej żonie.
Kiedy zdradził im szczegóły swego życia rodzinnego, bardzo się zdumiały.
Jego żona była najpiękniejszą kobietą we wsi, jego osobistą Pamelą, i początkowo nie mógł uwierzyć własnemu szczęściu. Ale zaraz po ślubie
Pamela (która tak naprawdę miała na imię Kate) zaczęła piec pyszne
szarlotki i utyła. Tymczasem on dalej był chudy i robił się coraz
bardziej oschły. Marzył o podróżowaniu po Europie ze swoim stadem i szarlotki nie mogły mu tego zastąpić. W tym miejscu opowieści owce
zwykle pochylały głowy. One też chciałyby zwiedzić Europę, bo wyobrażały
sobie, że jest to olbrzymia łąka pełna jabłonek.
-?Teraz już nigdy nie pojedziemy do Europy -?powiedziała Zora.
-?Ani nie pójdziemy na to drugie pastwisko -?dodała Wrzosowata.
-?Dzisiaj dostałybyśmy tabletki. -?Tylko Bystrej było szkoda, że George
nie wciśnie im do gardła cotygodniowej porcji wapnia. Bystra uwielbiała
smak wapnia. Pozostałe owce aż się wzdrygnęły.
Wieloryb się wzruszył.
-?Nie możemy go zapomnieć -?powiedział. -?I nie powinniśmy byli jeść
jego warzyw.
-?Dlaczego? -?rzuciła obojętnie Zora, patrząc na morze.
Wieloryb szybko przeżuł ostatni listek sałaty. Ilekroć Zora mówiła coś
obojętnym tonem głosu, zawsze czuł się jak rażony piorunem.
-?Jak chcecie to naprawić? -?spytała Chmurka.
Postanowili upamiętnić George'a, poświęcając mu kawałek łąki. Ale nie
warzywnik, gdzie i tak miały zakaz wstępu. U stóp wzgórza znaleźli
miejsce, gdzie rosły ich ulubione zioła, i zdecydowali, że od tej chwili
nie może się tam paść żadna owca. Nazwali to miejsce Miejscem George'a.
I nagle im ulżyło.
Panna Maple obserwowała ich z daleka. Wspominała, jak stary George
czytał im bajki; uświadomiła też sobie, że ostatnimi czasy przychodził
na łąkę coraz rzadziej i rzadziej. Czasem nie przychodził wcale, tylko
szybko przejeżdżał obok tym cuchnącym samochodem. Z przedniego siedzenia
wyskakiwała Tess i wypędzała ich na pasionek, a wieczorem ona i George
wracali, żeby przeliczyć stado. Ale nie było ich przez cały dzień.
Początkowo George próbował nauczyć Tess, jak zaganiać ich i spędzać
podczas jego nieobecności, ale Tess była przekonana, że jej głównym
zadaniem jest spędzanie i zaganianie George'a. Owce zaganiała tylko w ramach przysługi dla swego pana.
Tess. No właśnie. Uciekła? Jeśli tak, George'a musiało zabić coś bardzo
strasznego. Tess była wierna jak owcza matka. Zrobiłaby dla niego
wszystko. Ale George umarł, a ona zniknęła.
Poruszając się niezwykle szybko i gwałtownie, Wieloryb odbiegł od grupy
podziwiającej Miejsce George'a, ponieważ nabrał ochoty na rosnące tam
zioła. Potruchtał w stronę Panny Maple. Ale drogę zaszedł mu Sir
Ritchfield. Panna Maple nie wiedziała, skąd się tam nagle wziął. Sir
Ritchfield łypnął na niego spode łba i młody baran szybko skręcił, ale
nie w kierunku Miejsca, tylko w kierunku urwiska. Tam przystanął i w zamyśleniu spojrzał w dół, na plażę.
-?Młodych trzeba uczyć szacunku -?mruknął Sir Ritchfield. -?Inaczej
skończą jak Melmoth Wędrowiec.
Panna Maple nie odpowiedziała. Żadna inna owca nie była mniej podobna do
Melmotha niż Biały Wieloryb.
Entuzjazm dla Miejsca George'a powoli osłabł. Owce zajęły się tym co
zwykle, czyli popasaniem, i tylko Panna Maple wciąż patrzyła na plażę.
Dobrze, że się uspokoiły. Kiedy napełnią żołądki trawą, kiedy opadną
emocje, ponownie ogarnie je ciekawość i wrócą do sprawy morderstwa.
Oczywiście będą robiły sobie przerwy na jedzenie, będą się jedzeniem
pocieszały, ale na pewno sobie nie odpuszczą. Dobrze je wszystkie znała;
na jej oczach dorastały młode, ona też dorastała u boku starszych. Kiedy
była jeszcze małym jagniątkiem, całe stado przejmowało się i fascynowało
eskapadami Sir Ritchfielda i jego brata bliźniaka Melmotha Wędrowca. Od
chwili kiedy Sir Ritchfield po raz ostatni wspominał o bracie, upłynęło
tak dużo czasu, że chyba o nim zapomniał. Panna Maple poczuła się
nieswojo. Powietrze było doskonałe: od morza wiał chłodny wiatr, łąka
pachniała świeżo i aromatycznie. Mimo to doszedł ją nagle zapach
śmierci, śmierci nowej i starej, niemal już zapomnianej. Panna Maple
zaczęła się paść.
*
Po południu znowu odwiedzili ich ludzie. Od strony wioski nadeszli
pulchna kobieta i ubrany na czarno mężczyzna. Mężczyzna miał uderzająco
długi nos i sztywny kołnierzyk wokół szyi. Kobieta też była ubrana na
czarno, miała za to ogniście rude włosy, niebieskie oczy i różowe
policzki, dlatego owce uznały, że wygląda bardzo kolorowo. Pachniała
jabłkami. Zapach był tak ładny, że tym razem ich rozmowie przysłuchiwało
się aż pięciu obserwatorów: Panna Maple, Otello, Wrzosowata, młoda
owieczka imieniem Maisie i Biały Wieloryb.
Ludzie przystanęli przed dolmenem.
-?To tutaj? -?spytała kobieta.
Mężczyzna kiwnął głową.
Kobieta wbiła wzrok w ziemię. Deszcz zmył wszystkie ślady, więc patrzyła
nie tam, gdzie trzeba.
-?To straszne -?powiedziała cicho. -?Kto to zrobił? To znaczy, kto mógł
coś takiego zrobić?
Owce nadstawiły uszu. Może wysoki, ubrany na czarno mężczyzna znał
odpowiedź na dręczące je pytanie. Ale mężczyzna milczał.
-?Nie zawsze było mi z nim łatwo -?dodała kobieta.
-?Nikomu nie było łatwo -?odparł długonosy. -?Był zagubioną duszą,
zbłąkaną owieczką, ale Pan w swej nieskończonej dobroci zabrał go do
domu.
Zaskoczone owce wymieniły spojrzenia. Chmurka zameczała.
-?Szkoda, że nie znałam go lepiej -?mówiła dalej kobieta. -?Ostatnio był
taki obcy. Myślałam, że przybyło mu lat, że zaczyna się starzeć. Często
gdzieś wyjeżdżał, zakazał mi otwierać listy. I... -?Stanęła na palcach,
żeby szepnąć mu coś do ucha, ale owce usłyszały ją i tak. -?I odkryłam,
że potajemnie czytał powieści, romanse, takie o miłości. -?Zaczerwieniła
się. Z czerwonymi policzkami było jej do twarzy.
Mężczyzna spojrzał na nią z zainteresowaniem.
-?Naprawdę? -?spytał.
Powoli ruszyli w stronę przyczepy. Owce się zdenerwowały. Lada moment
ludzie odkryją spustoszenie, jakiego dokonały w warzywniku.
Kobieta powiodła wzrokiem po ścianie przyczepy, po ogołoconych do czysta
grządkach i powyciąganych z ziemi sadzonkach pomidorów.
-?Tak tu pięknie -?westchnęła.
Owce nie mogły uwierzyć własnym uszom.
-?Może powinnam była go tu odwiedzać. Ale on nie chciał. Nie pozwalał.
Mogłam przynosić mu szarlotkę... Teraz już za późno. -?Miała łzy w oczach.
-?Zwierzęta nigdy mnie nie interesowały. George przynosił do domu wełnę
i dopiero wtedy brałam się do roboty. Wełna była taka śliczna, taka
miękka... -?Kobieta zaszlochała.
-?Co będzie teraz ze stadem, Kate? -?spytał długonosy. -?To ładne
pastwisko, naprawdę bardzo ładne, poza tym ktoś musi zadbać o owce.
Kate popatrzyła wokoło.
-?Chyba nie potrzebują opieki. Widać, że im tu dobrze.
-?Stado musi mieć pasterza -?odparł cierpko długonosy. -?Jeśli nie
chcesz zawracać sobie nimi głowy, Ham chętnie je kupi.
Owce zamarły z przerażenia, ale Kate tylko wzruszyła ramionami.
-?Ham nie jest pasterzem -?odparła. -?On by się o nie nie troszczył.
-?Można troszczyć się o kogoś na wiele sposobów. Miłością i dyscypliną,
słowem i mieczem. Tak naucza Pan. Porządek, oto, co liczy się naprawdę.
-?Ubrany na czarno mężczyzna wycelował w nią z naganą w głosie swoim
długim nosem. -?Jeśli rozmawiając z Hamem, czułabyś się niezręcznie,
mogę porozmawiać z nim w twoim imieniu.
Kobieta pokręciła głową i owce odetchnęły.
-?Nie. Ham to stara, już dawno zamknięta sprawa. Zresztą, nie wiem
nawet, czy wszystko należy teraz do mnie. Jest testament. George spisał
go w miasteczku. Musi być niezwykły, bo szukał tego notariusza i szukał,
zanim znalazł odpowiedniego. Testament na pewno powie nam, kto to
wszystko dostanie. Ja nic nie chcę. Mam tylko nadzieję, że nie zapisał
niczego jej.
Musiała chyba uznać, że łąka nie jest już tak piękna, bo nagle rzuciła:
-?Chodźmy.
Mężczyzna kiwnął głową.
-?Bądź dzielna, moje dziecko. Pan jest moim pasterzem, niczego mi nie
braknie. -?Odeszli i przemaszerowali przez Miejsce George'a, tratując
kilka świeżych pędów.
*
Otello zacisnął zęby.
-?Nie chciałbym, żeby ten jego "pan" był moim pasterzem.
Owce pokiwały głowami.
-?Ucieknę, zanim sprzeda nas rzeźnikowi -?zameczał Wieloryb.
-?A ja zeskoczę ze skały -?oświadczyła Zora. Wszyscy wiedzieli, że w głębi ducha Zora chciałaby skończyć jako jedna z tych bardzo wyjątkowych
owieczek i baranków na niebie.
-?Nie, wszyscy zostaniecie tutaj -?oznajmiła łagodnie Panna Maple. -
Przynajmniej dowiedzieliśmy się, co to jest testament. Testament mówi,
do kogo należą teraz rzeczy i owce George'a.
-?Tak, i jest u Mateusza w miasteczku! -?dodała Wrzosowata. -?I powie
temu długonosemu, że George nigdy nie sprzedałby nas rzeźnikowi!
Od razu im ulżyło.
-?Mam nadzieję, że szybko go znajdą -?powiedziała Bystra.
-?George nie był jagnięciem -?zauważyła Wrzosowata.
-?Ta kobieta jest za stara, żeby był jej ojcem -?wtrącił Wieloryb.
-?Długonosy kłamał -?oświadczył Otello. -?On nie lubił George'a, i to
ani trochę. A ja nie lubię jego. Ten drugi też mi się nie podoba, ten
cały "pan".
-?To on to zrobił, ten "pan"! -?wykrzyknęła nagle Wrzosowata. -?Zabrał
George'a do domu. I wtedy się to stało. Pokłócili się, najpierw na
słowa, a potem na miecze. Tylko że nie mieli mieczów pod ręką, więc
zabił go szpadlem.
Wieloryb się z nią zgodził.
-?Pewnie poszło im o porządek. George nigdy nie dbał o porządek.
Porządek miał tylko w warzywniku. -?Zawstydzony zerknął w stronę
Miejsca. -?Musimy się teraz dowiedzieć, kim jest ten "pan".
Panna Maple posłała mu sceptyczne spojrzenie.
Chmurka nie powiedziała dotąd ani słowa. Lecz nagle się ożywiła.
-?"Pan" jest jagnięciem.
Owce spojrzały na nią zdumione. Nawet sama Chmurka była zaskoczona.
-?Nie, "pan" jest pasterzem -?odparła Wrzosowata. -?Bardzo złym
pasterzem. O wiele gorszym od George'a.
Chmurka pokręciła głową.
-?Nie, nie, to szło inaczej. Gdybym tylko miała lepszą pamięć... -?Wbiła
wzrok w kępkę trawy pod kopytkami, lecz owce wyraźnie czuły, że myśli o czymś innym. -?Ten mężczyzna... Ja go znam. Przyszedł raz na łąkę. Kiedyś,
dawno temu. Byłam jeszcze jagnięciem. George trzymał mnie na rękach, bo
właśnie przycinał mi raciczki. Pachniało... Pachniało ziemią i słońcem jak
po letnim deszczu. To był taki piękny zapach, a potem... Potem zapachniało
czymś gorzkim. Od razu poczułam, że George nie lubi tego człowieka. Ten
człowiek przyszedł go gdzieś zaprosić, ale miał nieprzyjazny głos.
Powiedział, że chce pobłogosławić te głupie zwierzęta. Nie wiedziałam,
co to znaczy: "pobłogosławić", ale poczułam się nieswojo. Myślałam, że
mówi o mnie, bo ciągle się wierciłam i chwilę wcześniej George
powiedział, że ze mnie głuptasek. Przestraszyłam się. Ale George
roześmiał się tylko i powiedział: "Jeśli mówisz o Hamie, to błogosławisz
go co niedzielę". Długonosy bardzo się rozgniewał. Nie pamiętam, co
powiedział, ale dużo mówił o "panu" i jak to "pan" odłączy owce od
kozłów.
Zaniepokojone owce aż zameczały.
Chmurka popatrzyła w zamyśleniu na kępkę trawy. Długo milczała,
przemówiła ponownie dopiero wtedy, kiedy Zora łagodnie trąciła ją
pyszczkiem.
-?Wtedy George też wpadł w gniew. "W takim razie pobłogosław to głupie
zwierzę", powiedział i podał mnie długonosemu. Długonosy cuchnął, a ja
bardzo się bałam. Nie wiedział, jak mnie trzymać, ale zabrał mnie do
swego domu. Jego dom, wysoki, spiczasty i zimny jak on sam, był
największym domem w wiosce. Zamknął mnie w ogrodzie. Zupełnie samą.
Rosła tam jabłonka, ale ogrodził ją płotem i jabłka gniły na ziemi.
Kilka owiec zameczało z oburzenia. Chmurka zadrżała.
-?I nagle do domu wpłynęła rzeka ludzi. Jedni byli z psami, inni z owcami i prosiakami. Ja też musiałam tam wejść. W środku panował okropny
hałas, ale długonosy mówił jeszcze głośniej. "Witajcie w domu Bożym!",
krzyknął. -?Chmurka zamilkła i znowu popadła w zadumę.
-?A więc on ma na imię Bóg -?skonstatował Sir Ritchfield.
Otello zrobił dziwną minę.
-?Bóg?
-?Możliwe -?odezwała się niepewnie Chmurka. -?Ale po jakimś czasie
zrozumiałam, że czczą tam takiego specjalnego baranka. Pomyślałam, że to
miłe. Nazywali go "Panem". Była muzyka, taka jak w radiu, tylko... trochę
inna. Rozejrzałam się i znowu bardzo się przestraszyłam. Na ścianie
wisiał człowiek bez ubrania i chociaż z ran ciekła mu krew, to nie czuć
było jej zapachu... -?Chmurka urwała.
-?A z brzucha sterczał mu szpadel, tak? -?rzucił triumfalnie Sir
Ritchfield.
-?Ten Bóg jest dość podejrzany -?powiedział Wieloryb.
-?Jest bardzo potężny -?kontynuowała Chmurka. -?Ludzie padali przed nim
na kolana. A on mówił, że wszystko wie.
Matylda w zamyśleniu przeżuła pęk trawy.
-?Tak, chyba to pamiętam -?powiedziała. -?Chmurki nie było przez cały
dzień. Mama szukała jej tak, jak... jak tylko mama potrafi.
-?Dlaczego nigdy nam o tym nie mówiłaś? -?spytała Zora.
-?Bo tego nie rozumiałam -?odrzekła cicho Chmurka. I jakby rozmarzona
zaczęła wycierać nos o przednie nogi.
Owce wciąż myślały o Bogu.
-?On nie może wszystkiego wiedzieć -?odezwał się w końcu Otello. -?Nie
wiedział, że George czyta powieści o Pamelach.
-?Że czytał -?poprawił go oschle Sir Ritchfield.
-?Morderca zawsze wraca na miejsce zbrodni -?powiedział Wieloryb. -?I długonosy rzeczywiście wrócił. -?Baran rozejrzał się dumnie. Była to
chyba jedyna pożyteczna rzecz, jakiej dowiedzieli się z powieści
kryminalnej George'a. A on oczywiście to zapamiętał. -?A ty? -?spytał. -
Co o tym myślisz?
Panna Maple kiwnęła głową.
-?Tak, to rzeczywiście podejrzane. Nie lubił George'a, a George nie
lubił jego. Za bardzo interesował się tym, co stanie się z nami i z łąką. A kiedy stali przed dolmenem, patrzył dokładnie tam, gdzie
przedtem leżał George.
Owce zamilkły z wrażenia.
-?Ale to może być tylko zbieg okoliczności -?ciągnęła Panna Maple. -?Bo
patrzył na ziemię przez cały czas. Za dużo jest tych pytań. O co na
przykład chodziło z tym, że Ham to stara, już dawno zamknięta sprawa? I dlaczego Kate miała nadzieję, że George nie zapisał nic "jej"? Kim ta
"ona" jest?
-?Niełatwo jest zrozumieć ludzi -?powiedziała Matylda.
*
Owce pospuszczały głowy. Pasły się i myślały.
Biały Wieloryb myślał, że nie zawsze rozumiał nawet George'a, chociaż
akurat on łatwo dawał się zrozumieć -?jak na człowieka. Interesował się
warzywnikiem i czytał im książki o Pamelach. Szarlotki go nie
interesowały. Ale ostatnio robił dziwne rzeczy. Od czasu do czasu
wyciągał tarczę.
Gdy wychodził w gumiakach na łąkę, niosąc ten okrągły, jaskrawo
pomalowany przedmiot, Wieloryb natychmiast szukał sobie bezpiecznego
schronienia. Jedyne bezpieczne miejsce, z którego nie było widać tarczy,
odkrył za przyczepą, tuż koło warzywnika. I właśnie tam zobaczył go
George, kiedy po raz drugi wyszedł na dwór z błyszczącym pistoletem w ręku. Wycelował w niego i krzyknął:
-?Mam cię! Nogi do góry!
Wieloryb uciekł wtedy zygzakiem przez pasionek, a on się śmiał.
Huk był nie do zniesienia, ale odkąd George kupił tłumik, słychać było
tylko cichy trzask, tak jakby owca wgryzała się w jabłko. Ten trzask i strach w ustach Wieloryba były jedynymi dostrzegalnymi rezultatami
entuzjazmu, z jakim George podchodził do strzelania. Po prostu nie było
w tym żadnego sensu. Wieloryb z rozkoszą zademonstrowałby ten sam
odgłos, jedząc prawdziwe jabłka, mimo to George nie chciał zrezygnować z pistoletu.
Panna Maple myślała o dłoniach Lilly, o tym, że wędrowały po kabotku
George'a niczym wścibskie owady.
Zora z kolei myślała o tym, że ludzie źle znoszą wysokość. Ilekroć
podchodzili za blisko skraju urwiska, zawsze bledli, a ich ruchy stawały
się jeszcze bardziej niezdarne niż zwykle. Na urwisku owca miała nad
człowiekiem nieskończenie wielką przewagę, i to nad każdym. Nawet George
był bezradny, kiedy ona, Zora, zeskakiwała na swoją ulubioną skalną
półkę. Zawsze trzymał się w bezpiecznej odległości. Wiedział, że
zwabienie jej na powrót pochlebstwami jest stratą czasu, dlatego zwykle
wołał, a potem zaczynał w nią rzucać, najpierw kawałkami darni, potem
wyschniętymi bobkami.
Z otchłani na dole wiatr niósł czasem przeciągłe, ledwo słyszalne
przekleństwo. George'owi od razu poprawiał się humor. Na czworakach
podchodził na sam skraj urwiska i obserwował turystów, których łajno
trafiło w głowę. Oczywiście ona widziała dużo więcej. Potem wymieniali
spojrzenia: leżący na brzuchu, uśmiechnięty George i ona, Zora, stojąca
na skalnej półce niczym górska kozica. W takich chwilach rozumieli się
doskonale.
Zora uważała, że ludzie radziliby sobie znacznie lepiej, gdyby tylko
zdecydowali się wreszcie chodzić na czterech nogach.
Ramzes myślał o tygrysie z historii, którą Otello opowiadał czasem
grupce zadziwionych jagniątek.
Wrzosowata zaś o drodze na drugie pastwisko. O bzyczących owadach, o warkocie samochodów, które ich mijały, o cuchnących spalinach i lśniącym
morzu. Na wiosnę powietrze pachniało wilgotną ziemią, latem w zbożu
harcowały z trzepotem stada wróbli, a jesienią, kiedy drzewami potrząsał
wiatr, spadał na nich deszcz żołędzi. Tymczasem zimą szron malował na
asfalcie dziwne wzory. Cudownie było tak iść -?cudownie, ale tylko do
miejsca, gdzie czyhali zieloni ludzie. Zieloni ludzie mieli czapki i pistolety i nie wróżyli niczego dobrego. Nawet George się przy nich
denerwował. Mimo to pozdrawiał ich przyjaźnie i pilnował, żeby ich psy
nie podchodziły za blisko owiec. Bez niego nigdy by tamtędy nie
przeszli. Wrzosowata zastanawiała się, czy kiedykolwiek jeszcze zobaczą
tamto pastwisko.
Cordelia myślała, jak to ludzie potrafią wymyślać różne słowa, wymyślać
i ustawiać te wymyślone słowa na papierze tuż obok siebie. To były
czary. Wiedziała o tym tylko dlatego, że George wyjaśnił im kiedyś, co
to znaczy. Kiedy, czytając na głos, napotykał słowo, którego nie
rozumiały, zawsze je wyjaśniał. Czasami wyjaśniał nawet słowa, które
rozumiały, jak na przykład: "leki profilaktyczne" czy "antybiotyki".
Leki profilaktyczne brało się, żeby nie zachorować, antybiotyki zaś,
żeby wyzdrowieć. I jedne, i drugie miały gorzki smak. George chyba nie
za bardzo się na tym znał. Zaczął im to tłumaczyć, ale się zaplątał. W końcu zaklął i zrezygnował.
Ale z innych wyjaśnień bywał bardzo zadowolony, nawet jeśli owce ich nie
zrozumiały. W takich przypadkach starały się nie okazywać, jak niewiele
pojęły.
Czasami jednak udawało mu się nauczyć je czegoś nowego. Cordelia
uwielbiała jego wyjaśnienia. Uwielbiała poznawać słowa opisujące rzeczy,
których nigdy nie widziała, a nawet rzeczy, których w ogóle nie widać.
Dobrze te słowa zapamiętywała.
-?Czary -?powiedział kiedyś George -?to coś nienaturalnego, coś, czego
tak naprawdę nie ma. Jeśli pstryknę palcami i Otello zrobi się biały, to
będą czary. Ale jeśli wezmę puszkę farby i pomaluję go na biało, to już
nie. -?Roześmiał się i przez chwilę wyglądało na to, że naprawdę chce
pstryknąć palcami albo pójść po farbę. -?Ale wszystko to, co wydaje się
czarami -?ciągnął -?jest zwykłą sztuczką. Czarów nie ma.
Cordelia pasła się z lubością. "Czary" było jej ulubionym określeniem na
coś, czego nie było. Potem znowu pomyślała o śmierci George'a. W jego
śmierci też było trochę czarów. Ktoś przebił go szpadlem na środku łąki.
George musiał strasznie krzyczeć, ale żadna z owiec stojących w stodole,
a więc bardzo blisko, niczego nie słyszała, a potem jagnię zobaczyło
ducha. Ducha, który cicho tańczył. Cordelia potrząsnęła głową.
-?To tylko sztuczka -?szepnęła.
Otello myślał o okrutnym błaźnie.
A Bystra o dziwnych ludziach, którzy czasem odwiedzali George'a. Zawsze
przyjeżdżali nocą. Bystra miała lekki sen i słyszała chrzęst opon
samochodowych, kiedy skręcali z brukowanej drogi na drogę przecinającą
łąkę. Czasami chowała się w cieniu za dolmenem, żeby popatrzeć.
Wystawiali to przedstawienie tylko dla niej. Światła reflektorów
przecinały ciemność albo tonęły we mgle, tworząc jarzącą się białawo
chmurę. Przejeżdżające przez łąkę samochody były duże; miały cicho
warczące silniki i nie cuchnęły jak samochód George'a, który on sam
nazwał Antychrystem. Potem światła gasły i w stronę przyczepy ruszał
człowiek w długim, ciemnym płaszczu, jeden albo dwóch. Szli ostrożnie,
uważając, żeby nie wdepnąć po ciemku w świeże bobki. Czyjaś ręka pukała
do drewnianych drzwi. Raz, dwa, trzy razy. Drzwi otwierały się i w ciemności wykwitał prostokąt czerwonawego światła. Stojąc w drzwiach,
obcy wyglądali przez chwilę jak dwa wielkie, ostro zarysowane kruki.
Bystra nigdy nie widziała ich twarzy, mimo to wydawały się niemal
znajome...
*
Ścieżką przez pola w stronę łąki pędziło coś czarnego. Pędziło bardzo
szybko. Owce wpadły w panikę. Nie odrywając oczu od obcego, uciekły
galopem na szczyt wzgórza. Wrócił Bóg. Z długim nosem wycelowanym w ziemię, krążył po łące jak pies myśliwski, który zwietrzył trop.
Obszedł dolmen i skręcił w stronę skraju urwiska. Omal nie spadł, ale w ostatniej chwili zadarł swój wielki nos i zobaczył rozciągający się
przed nim bezmiar błękitu. Wysoki jak tyka gwałtownie przystanął. Przez
stado przetoczyło się ciche westchnienie. Owce obserwowały go i ruchy
jego nosa, odkąd tylko on i nos ruszyli w stronę urwiska.
Bóg zerknął na nich. Otello złowrogo spuścił rogi, lecz Bóg ruszył już
ścieżką w kierunku wioski. Po trzech, czterech krokach coś usłyszał.
Zamarł, odwrócił się raptownie i z bladą, wystraszoną twarzą uciekł na
wrzosowiska.
Owce też to usłyszały. Był to niski, natarczywy odgłos. Brzmiał tak samo
jak ten, który wydawały, grasując w warzywniku George'a. I cały czas się
zbliżał. Potem usłyszały szczekanie psów i ludzkie głosy. A jeszcze
potem zobaczyły to, przed czym uciekał długonosy Bóg. Przez łąkę szło
stado ludzi, stado, jakiego nigdy dotąd nie widziały.