1
Winter wypił szybką kawę na lotnisku w Maladze, które w ciągu dwudziestu pięciu lat jego wylotów i przylotów zdążyło znacznie urosnąć. Kiedyś był to barak z wózkami bagażowymi na pesety, które miało przy sobie niewielu przyjezdnych. Teraz z lotniskowych budynków powstało osobne miasto na kształt współczesnego piekła.
Angela ruszyła sprzed dworca, a Winter wciąż kiwał ręką Elsie i Lilly, które machały mu i machały, aż ich rączki i twarzyczki zniknęły w słonecznej mgiełce. Nie chciały, żeby wyjeżdżał. Nie było sposobu, by wytłumaczyć dzieciom, że mama mieszka w Hiszpanii, a tata w Göteborgu. Po dwóch latach pobytu z rodziną w domu w Marbelli tatuś wrócił do Göteborga ścigać morderców, chociaż już myślał, że z tym skończył. Jak wyjaśnić coś takiego dzieciom? Jeszcze jeden morderca i potem do was wrócę? Może. Najlepiej byłoby oczywiście, gdyby Angela zgodziła się sprzedać swoje udziały w klinice na Avenida Severo Ochoa i przeniosła się do w Szwecji. Najlepiej dla niego.
Oderwali się od ziemi, samolot jak zwykle zatoczył koło nad miastem i wybrzeżem. To mogłoby być każde miejsce nad Morzem Śródziemnym: białe domy w białym świetle słońca, masywy górskie rzucające cienie na rozczapierzone przedmieścia. Jeszcze wczoraj wieczorem Winter siedział w nadmorskim ogródku restauracyjnym razem z Angelą i dziećmi. Niewiele rozmawiali, niczego nie postanowili.
Teraz, gdy maszyna wyrównała lot nad chmurami, z przyjemnością zamówiłby sobie jedną czy dwie whisky, jednak na Landvetter czekał jego samochód. Pasażerowie siedzący dookoła pili, jakby był to ich ostatni dzień na tym świecie.
Para siedząca na fotelach po drugiej stronie przejścia nie piła. Oboje patrzyli prosto przed siebie, nie odzywając się. Pamiętał ich z hali odlotów, wtedy siedzieli po skosie od niego, również w milczeniu, wpatrzeni w jeden punkt. Ona miała około czterdziestki, może mniej, mężczyzna wyglądał na starszego, ale niewiele. Wciąż byli młodzi, znacznie młodsi niż Winter. Słyszał, jak mówią parę słów po szwedzku.
Winter zamknął oczy, starając się myśleć o idealnym świecie bez zagrożeń, o idealnym życiu.
Milcząca para czekała na walizki przy taśmie bagażowej, Winter stał kilka kroków dalej. Kobieta była wyższa od swojego partnera - jeśli był to jej partner. Miała krótkie jasne włosy. Profil ostry, jak naszkicowany piórkiem. Twarz ładną, ale o pociągłych rysach, jakby obciążonych przez żałobę. Winter widywał w swojej pracy wiele żałoby. Przeżywał ją również prywatnie. Kobieta właśnie pochyliła się nad taśmą, zdjęła z niej czarną walizkę samsonite i ruszyła sama do wyjścia. Mężczyzna stał jeszcze, nie patrzył za nią. Winter wziął swój bagaż zaraz po niej.
Minąwszy opuszczone stanowisko kontroli celnej, kobieta przystanęła i się obejrzała. Winter przeszedł obok, przeciął halę, zmierzając do kiosku Pressbyr?n, gdzie kupił małą butelkę wody mineralnej. W samolocie za mało pił; przespał tam tylko cztery minuty i starał się nie myśleć o bólu w krzyżu.
Przed halą przylotów zobaczył ich ponownie: szli do piętrowego garażu tak jak on. Zaparkowali na tym samym poziomie, widział, jak wsiedli do BMW, kobieta zajęła miejsce za kierownicą i wycofała auto. Winter zrobił to samo; podjechali do bramki przed nim i skierowali się prosto. Słońce płonęło ogniem w gałęziach drzew una última vez, ostatni raz.
Wydostał się z lotniska i wyjechał na autostradę z tą samą dużą prędkością co BMW. Znajdowało się dwadzieścia metrów przed nim. Winter zwolnił.
Zostawili za sobą Landvetter i już zbliżali się do Mölnlycke, gdy jadącym przed nim autem rzuciło na siatkę na poboczu, a potem na skalną ścianę.
2
Obie karetki zdążyły już odjechać, przecinając błękitnym światłem zapadający zmrok. Jedna wiozła śmierć, druga ratowała życie: w ciele kobiety wciąż utrzymywało się tętno i jeden Bóg wiedział dlaczego.
Winter został na miejscu jako główny świadek. Samochód uderzył w ścianę z potworną siłą, tak brutalną, że aż nie do pojęcia. Na drodze mogło oczywiście leżeć coś śliskiego, coś, co stanowiło śmiertelne zagrożenie, czas pokaże. Jednak głęboko w środku Winter wiedział, że nic tam nie było, sama czarna, sucha nawierzchnia. Kobieta z jadącego przed nim samochodu podjęła decyzję i skręciła kierownicę, żeby wjechać prosto na skałę. To się nazywa samobójstwo. Sprawa nie dla niego. No ale pozbawiła życia siedzącego obok pasażera. To się nazywa zabójstwo. A w takim razie Winter miał zadanie do wykonania. W gruncie rzeczy kwestia miała charakter raczej techniczny. Przecież zamiar był taki, żeby przestać żyć. I pewnie kobieta nie pożyje długo, bo wprawdzie jej serce jeszcze biło, ale ona sama znajdowała się już poza światem, w śpiączce, po której nastąpi koniec.
Winter obserwował ich jeszcze w Maladze, to, jak stali, chodzili i siedzieli, potem w samolocie i na lotnisku Landvetter. Byli dyskretną parą. A potem wywołali chaos na drodze krajowej numer 40 od Kallebäck do Härryda i jeszcze dalej. Winter znalazł się w środku tego wszystkiego i kiedy w końcu się stamtąd wydostał i krążąc po mieście, dotarł do swojego pustego mieszkania przy Vasaplatsen, wciąż miał w głowie całą tę sytuację. Zaparkował mercedesa w podziemnym garażu, z którego wjechał windą na górę. Na podłodze tuż za drzwiami mieszkania leżała sterta listów, urobek z dwóch tygodni. Przelazł nad nią, zdjął buty, jak się to robi w Szwecji, skierował się do kuchni nalać sobie glenfarclas na dwa palce, po czym ze szklaneczką whisky przeszedł do salonu, gdzie otworzył drzwi balkonowe, usiadł w fotelu, napił się i zadzwonił do Angeli.
- Już jestem w domu - powiedział.
- Wszystko dobrze?
- Jeśli o mnie chodzi, to tak.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
Zdał jej relację.
- O Boże.
- Wydaje mi się, że to było... umyślne. Wynikało z podjętej decyzji.
Nic na to nie odpowiedziała. Słyszał ciszę panującą na całej linii telefonicznej od Plaza de la Iglesia w Marbelli aż do Vasaplatsen w Göteborgu.
- Angelo?
- Rozmyślałam - powiedziała. - Po twoim wyjeździe.
- Tak?
- To życie na odległość nie działa.
- Nie działa.
- Latem wrócę razem z dziewczynkami do Göteborga. Ale pod jednym warunkiem.
- Przyjmę każdy.
- Że w końcu zbudujemy ten cholerny dom. Chcę mieszkać blisko morza.
Był wilgotny i chłodny poranek, Winter jechał rowerem do komendy. Osławiona göteborgska pogoda. Po Avenyn poruszały się śmieciarki, nieomalże kawalkadą. Avenyn, reprezentacyjna ulica, za dnia pełna turystów, w nocy przyciąga kryminalistów. Życie jest imprezą, przyznajcie to ludzie i bydlęta. Winter minął pola dzielnicy Heden, gdzie kilka drużyn ze związku Korpen już rozgrywało mecz; jego wydział został dożywotnio wykluczony z rozgrywek, a to z powodu nadmiernej policyjnej desperacji i równie nadmiernych emocji. Kroplą, która przepełniła czarę, było to, że podczas swojego ostatniego meczu Winter podarł czerwoną kartkę pokazaną mu przez sędziego. A gdy Bertil Ringmar i Fredrik Halders ściągali go z boiska, krzyczał jeszcze: "Sędzia kalosz!".
Winter przyczepił łańcuchem rower do stojaka u wejścia do komendy. Było tu więcej kradzieży rowerów niż w jakimkolwiek innym miejscu w mieście. Zrobił się z tego sport, jak z kozłem w Gävle1. Pewnej jesiennej nocy spomiędzy okolicznych drzew wyjechała ciężarówka i porwała stojaki z rowerami policjantów. Ta historia zdawała się nie mieć końca. Ostatnio władze policji zatrudniły nawet ochroniarzy, co zostało jednak potraktowane jako kolejny kawał.
Wjeżdżając windą na piętro, gdzie znajdowały się pomieszczenia grupy dochodzeniowej, Winter miał ciągle przed oczami obrazy z wypadku. Ochronną siatkę rozciętą jakby była z papier mâché, co nadało dodatkowy impet kolizji ze skalną ścianą. Lot auta jak w zwolnionym tempie i potworny zgrzyt żelastwa, gdy maszyna wylądowała na ziemi.
Wszystko to Winter miał w głowie, kiedy wchodził do swojego gabinetu, skąd zadzwonił do szpitala Sahlgrenska. Musiał trochę popytać, zanim w końcu został przełączony do kogoś, kto umiał odpowiedzieć na jego pytania.
Kobieta żyła, ale znajdowała się w stanie śpiączki. Mężczyzna był martwy. Winter zanotował ich nazwiska, wiek i adres. Niczego mu nie przypominały.
Usłyszał kroki za plecami.
- Witaj w domu, Eriku.
Winter odwrócił się. Stał za nim komisarz Bertil Ringmar, starszy kolega, zbliżający się do emerytury. Jego mentor, jedyny, jakiego kiedykolwiek miał i potrzebował. Rozwodnik, ojciec dwojga dorosłych dzieci, które poszły już w szeroki świat. Taki starszy brat, prawie ojciec.
- Dziękuję, Bertilu.
- Jak tam twoja rodzina?
- W porządku.
- To dobrze. Rodzina jest najważniejsza. I na tym koniec przesłuchania.
- To fajnie.
Winter siedział, wciąż trzymając słuchawkę telefonu. Odłożył ją, po czym wziął notes, w którym przedtem pisał.
- Wczoraj wieczorem na drodze krajowej numer 40 wydarzył się ciężki wypadek - powiedział.
- Słyszałem o nim rano - odparł Ringmar.
- Byłem tam.
- Co takiego?
- Jechałem za samochodem, który się rozbił. Z samego lotniska. Jadący nim ludzie byli w tym samym samolocie co ja.
- Jakieś ofiary?
- Tak. Dwie. Mężczyzna zginął na miejscu, kobieta jest w szpitalu, w śpiączce. To ona prowadziła.
- Lecieli samolotem z Malagi?
- Widziałem ich jeszcze na lotnisku.
- Poznałeś ich na Costa del Sol?
- Nie, nie. Ale mam ich dane. - Winter spojrzał na notes. - Sara Brendner i Richard Malm. Lat czterdzieści i czterdzieści trzy.
- Młodzi ludzie.
- Mieszkali we Fredriksdal. Chyba w willi. Razem, ale nie byli formalnie małżeństwem.
- Rozumiem, że chcesz o tym porozmawiać, Eriku, ale to chyba nie jest sprawa dla nas...
Winter nie odpowiedział. Rozmyślał o rzeczach takich jak samobójstwo, zabójstwo, wypadek, poślizg i nawierzchnia czarna jak noc.
- Mieli dzieci? - spytał Ringmar.
- Z tego, co ustaliłem, chyba nie.
- Dzieci... - powtórzył Ringmar. - Przypomnij, jak ona się nazywa.
- Sara. Sara Brendner.
Ringmar coś mruknął, Winter nie dosłyszał.
- Co powiedziałeś?
- Brendner... - odparł Ringmar po chwili. - Kojarzę to nazwisko.
- Sara Brendner?
- Tak... Sara Brendner... znam je... - Ringmar wstał i zaczął się przechadzać po gabinecie Wintera. Niewiele miał tam przestrzeni do spacerów. Na podłodze stała wieża stereo Panasonica, i to od końca lat dziewięćdziesiątych, kiedy wszyscy na tym świecie byli jeszcze młodzi. Ringmar zatrzymał się i podniósł wzrok na Wintera. - Była wtedy dzieckiem - odezwał się. - To ona była tym dzieckiem!
Dziesięciolatka siedziała sama na piętrze domu na Hinsholmen. Tata znajdował się na parterze. Dziewczynka czytała książkę. Na dworze panowała już ciemność. Tamtej zimy nie spadł śnieg, zresztą w Göteborgu nigdy nie było dużo śniegu. Nawet powiedziała to do taty, kiedy siedzieli przy stole. Nie mogła tego zapomnieć. Zapamiętała też, że się zaśmiał. Sama nie wiedziała, dlaczego to powiedziała. Mówiła, że usłyszała dzwonek do drzwi, ale nie przestała czytać, bo książka była ciekawa. Dzwonek zadzwonił ponownie, potem usłyszała jakąś rozmowę na dole, widocznie tata otworzył. A później ktoś coś mówił. Nie padło wiele słów. Usłyszała jedno konkretne słowo - "nie!". Powtórzone kilka razy, i to głośno. "Nie! Nie!" Potem rozległ się huk, bardzo głośny. Jakby w przedpokoju wybuchła petarda. Dziewczynka upuściła książkę na łóżko i wybiegła z pokoju, potem w dół schodami, wołając: "Tato! Tato!". W połowie drogi zobaczyła go na podłodze, ale i tak zbiegła na sam dół. Leżał w przedpokoju. Drzwi wejściowe były otwarte. Biegła przez przedpokój, gdy dostrzegła jakiś ruch na dworze. Jakby cień za drzwiami.
- "Cholerne przesłuchanie" - powiedział Ringmar nad filiżanką kawy w pokoju socjalnym. - To słowa Lassandera. Przesłuchiwał tę dziewczynkę. Kilka razy. On był w tym dobry, ale dzieci są najtrudniejsze.
Winter kiwnął głową. On również miał za sobą takie przesłuchania. Najtrudniejsze. Z wielu powodów.
- Trzydzieści lat temu - ciągnął Ringmar. - Bengt Lassander już nie żyje. Ty właściwie nigdy go nie poznałeś. Byłeś chyba tuż po wyższej szkole policyjnej i służyłeś w oddziałach porządkowych.
Winter znów kiwnął głową. Rzeczywiście. Nawet był wtedy przed tamtym domem, siedział w oznakowanym radiowozie.
- Stara niewyjaśniona sprawa - mówił dale Ringmar. - Nie udało nam się wytropić sprawcy zabójstwa Larsa Brendnera. Ani znaleźć motywu. Jeśli był jakiś. Może zrobił to jakiś szaleniec, narkoman dzwoniący po kolei do drzwi i strzelający na ślepo do wszystkich.
- Co ona wtedy widziała? Albo słyszała?
- Niewiele. Słyszała głosy, strzały, rzuciła się w dół po schodach, może i widziała, jak ktoś się oddalał, drzwi stały otwarte, było ciemno. Zobaczyła jakiś cień. To wszystko.
- Jeden strzał?
- Dwa, prosto w pierś, i to z bliska. Kaliber dziewięć milimetrów, prawdopodobnie parabellum. Istna egzekucja, czyli wykonana przez zawodowca, a nie szaleńca, który zszedł na manowce. Rzecz jasna nie znaleźliśmy broni.
- Jeszcze nie - zauważył Winter.
- Rozumiem, że cię to ciekawi, ale do wznowienia tej sprawy trzeba by czegoś więcej niż zderzenia ze skałą.
- Jeśli strzelający był zawodowcem, to działał na zlecenie.
- Sprawdziliśmy, ile się tylko dało. Sam pracowałem nad tą sprawą. Byłem młody, nawet młodszy niż ty. Jednak Lars Brendner nie miał chyba żadnych prawdziwych wrogów. A jego żona zdawała się tak samo wstrząśnięta jak wszyscy, chyba że to aktorka światowej klasy.
- Żyje?
- Naprawdę nie wiem - odpowiedział Ringmar.
Twarz Sary Brendner wyglądała spokojnie, jakby w stanie rozlanego urazu aksonalnego kobieta w końcu osiągnęła spokój; przy tak ciężkich urazach jest to częste. Z perspektywy Wintera, stojącego po drugiej stronie szklanej ściany, Sara wydawała się po prostu spać. Badania tomograficzne osób z poważnymi urazami czaszki mogą nie wskazywać na kontuzje czy krwawienia, a jednak pacjenci zapadają w głęboką i trwałą śpiączkę.
Kobieta trafiła na oddział intensywnej terapii. Wstępna tomografia wykazała tylko niewielkie rozproszone krwawienia.
Potem rezonans, intubacja. Tracheotomia. Badanie RLS-85 zrobili przy przyjęciu do szpitala, jest to skala poziomu reakcji, na której numer trzy oznacza koniec kontaktowania, a numer osiem - brak jakiejkolwiek reakcji. Sara Brendner miała na tej skali numer siedem.
3
Winter stanął przy furtce i spojrzał na willę zbudowaną w latach czterdziestych za sumę wartą znacznie więcej niż dziś. Nie był to dom na pokaz, ale miał w sobie klasę i elegancję, na którą tylko niewielu było stać w tamtych czasach.
I co z tego? Lars Brendner został zastrzelony, syn pierwszych właścicieli, urodził się w nim i również w nim zginął; przez miesiąc dom stał pusty, a potem żona Larsa wróciła tam wraz córką Sarą. Kurde, co one musiały czuć, zwłaszcza Sara, ale również ta kobieta, Ulla.
Winter poszedł szutrową ścieżką w stronę domu, nie napotkał nikogo, żadnego umykającego cienia, bo ten zawsze ucieka przez kilka sekund zastygłych w czasie. Cienie nie pozostają w przeszłości, poruszają się to tu, to tam, ale zawsze naprzód. Gdyby dało się wytropić jakieś ślady dawnych cieni, jakiż byłby to przełom! Jakby poskładać resztki snów w jedno opowiadanie. Nigdy tego jednak nie uczyniono.
Otworzyła mu przeszło siedemdziesięcioletnia kobieta. Ulla Brendner. Stała w cieniu, może tak jak przez ostatnie trzy dekady lub jeszcze dłużej. Winter zadzwonił do niej wcześniej, przedstawił się, a ona odpowiadała tak, jakby spodziewała się tego telefonu i stała przy aparacie trzydzieści lat w oczekiwaniu, aż dosięgną ją cienie przeszłości. Bo zawsze dosięgają. Nie da się przed nimi schować. Brednie? Nie.
Kobieta zaproponowała mu kawę i Winter odpowiedział, że się napije. Siedzieli w salonie, który mógłby znajdować się w jakimś innym, szczęśliwszym domu. Pachniało lekko czymś, czego nie mógł rozpoznać. Może później na to wpadnie.
Ulla Brendner miała wzrok utkwiony w punkcie znajdującym się na lewo za głową Wintera. Nie odwrócił się. Niczego tam nie było. Robiła to samo, co wiele ofiar, z którymi stykał się podczas swojej pracy. Nikt nie chce konfrontować się ze swoim strachem poprzez kontakt wzrokowy. Winter był dla nich uosobieniem przerażenia i otchłani, tylko to mógł zaoferować, nikt się nie cieszył na jego pukanie do drzwi. Nachylił się, biorąc do ręki kruchą filiżankę. Takie jest moje dziedzictwo. Cień, który po sobie zostawiam.
- Nie potrafię tego zrozumieć - odezwała się. - Nic nie rozumiem.
- No tak.
- Bo jak to pojąć? - dodała.
Nie odpowiedział, nie było to zresztą pytanie. Już po jednym dniu pracy w policji kryminalnej wiedział, że powinien sobie odpuścić starania, żeby zrozumieć. Wcale nie z cynizmu. Po prostu na pytanie "Dlaczego?" nie było odpowiedzi. A mimo to Winter próbował; uznawał takie podejście za niezbędne, jeśli ma pozostać ludzki. Rodzice Angeli uciekli z NRD, gdzie na to pytanie jedyną odpowiedzią było: "A dlatego".
- Wrócę do niej jeszcze dziś wieczorem - powiedziała.
- To dobrze - odparł Winter.
- Obudzi się.
Winter kiwnął głową.
- Jestem tego pewna - ciągnęła. - Nie przejmuję się tym, co mówią lekarze.
- A co mówią?
- Nic. Nic nie mówią.
- Pewnie jeszcze za wcześnie.
- Niby na co? - spytała, patrząc na niego.
- Na to... żeby przewidzieć, jak to się potoczy. I upewnić się, że na pewno będzie dobrze.
Znów utkwiła wzrok w tej pustce za nim.
- Wszystko będzie dobrze - powiedziała.
- Jak pani myśli, co się stało?
- Sara miała pecha - odparła. - Musiało coś być na tej drodze. Po prostu mieli z Richardem pecha.
- Kiedy pani z nią ostatnio rozmawiała?
Nie odpowiedziała. Odniósł wrażenie, jakby kobieta zwróciła swój wzrok do wewnątrz, ku czemuś, czego on nigdy nie dosięgnie, choćby wykorzystał wszystkie znane mu sposoby przesłuchiwania.
- Dlaczego Sara pojechała z Richardem do Hiszpanii?
Na to Ulla też nie odpowiedziała.
- Do Almu?écar - dodał Winter - do pani szwagra.
Teraz spojrzała na niego.
- Do Gunnara. Rozmawiał pan z nim?
- Jeszcze nie. A pani?
Nie odpowiedziała. Może to wciąż trwający szok. Oznaka demencji. Żałoba. A może tego dnia spadło na nią to wszystko razem. Mogła również próbować ukryć jakieś tajemnice. Każdy ma tajemnice. Pierwsze zdanie podręcznika technik przesłuchiwania. Winter czytał go, kiedy był młodziutkim funkcjonariuszem. To było w czasach przed wszystkim: przed telefonami komórkowymi, samochodami hybrydowymi, komputerami, internetem i śladami z DNA. Na miejsce zbrodni jechał konno, w pikielhaubie i pelerynie. Do przestępstw dochodziło zawsze w porcie, łobuzeria spływała z morza, a potem zostawała w okolicy magazynów przy Skeppsbron. Teraz łobuzeria przybywa przez most nad Sundem albo przyfruwa. Dawniej wszystko było lepsze. On sam był młody. Mała Sara nie została jeszcze świadkiem śmierci taty. Göteborg zdawał się kiedyś rajem, "kiedy czujesz się do bani, zrób se wolne, adres znasz, słuchasz gadki, piwo się pieni i na miejscu kumpli masz". Kumpli już nie ma. Został tylko Bertil Ringmar, a niedługo będzie tylko on, Erik Winter, niegdyś młody, dobrze się zapowiadający, a teraz tylko nadal się zapowiada.
- Nikt nie wie, kto to zrobił - powiedziała Ulla Brendner, wciąż wpatrzona przed siebie.
- Przepraszam?
- Nikt nie wie, kto zabił mojego Larsa. Dlaczego tego nie wiecie? - Znów na niego patrzyła. - Jak to może być, że komuś się upiecze coś takiego? Dlaczego nie złapaliście człowieka, który to zrobił? Przecież powinniście, o to w tym chodzi, prawda? To chyba wasze zadanie?
- I dlatego tu jestem - odparł Winter. - Nadal nad tym pracujemy.
- Taki pan młody - powiedziała. - A raczej był pan zdecydowanie zbyt młody, kiedy to się stało.
- Nadrobię to.
Pokój Sary należał do przeszłości. Czas zatrzymał się na ścianach: plakaty przedstawiały ulubione przez nastolatki boysbandy z lat dziewięćdziesiątych: New Kids on the Block, Take That, Backstreet Boys, Westlife. Chłopcy o gładkich i bezmyślnych buźkach wisieli nad łóżkiem i biureczkiem, jakby właścicielka tego pokoju nie potrafiła poradzić sobie z życiem, które potoczyło się dalej i miało przejść w dorosłość. Jak długo Sara tu jeszcze mieszkała? Winter tego nie wiedział, wielu rzeczy o niej nie wiedział. Jeśli dowie się więcej o samej Sarze, może dowie się też czegoś o jej teraźniejszości.
Opuścił pokój, przeszedł korytarzem i zatrzymał się na podeście: Sara stała w tym miejscu, gdy zobaczyła tatę leżącego na dole. Może również krew. I może cień wypływający przez otwarte drzwi w daleką przyszłość, która okazała się jeszcze brutalniejsza.
4
Na oddziale intensywnej terapii kliniki neurochirurgicznej pacjentce przydzielono kolejne badania. MRI. EEG. Sara trafiła do świata skrótów, pomyślał Winter po krótkiej rozmowie na OIOM-ie z neurologiem imieniem Pelle i anestezjolożką Pernillą. Imiona jak z branży rozrywkowej, Pelle&Pernilla. Tym razem nie chodziło jednak o odskocznię od codziennego życia, ale o jego podtrzymanie i - oby - o rehabilitację, której poddaje się pacjentów z urazami czaszki i symptomami neurologicznymi, pod warunkiem że nie umrą. Jego Sara nie umarła. Tak bardzo zaangażował się w sprawę, że stała się już "jego" Sarą. Krótko po przeniesieniu na oddział rehabilitacyjny kobiecie wrócił samodzielny oddech przez respirator. Zawsze to lepiej niż nic, nada.
Co tam się stało w tej Hiszpanii? Winter jechał z Sahlgrenska, mając przed oczami obraz Sary i Richarda: na lotnisku w Maladze, w samolocie, potem na Landvetter. Przy Uniwersytecie Technicznym Chalmersa Winter zatrzymał się na światłach. Na jezdnię wylali się studenci zmierzający na przystanek tramwajowy. Nieukształtowane twarze, stan nieważkości. Będzie z ciebie pożytek, kochany? Uratujesz świat? Bo dla mnie jest już za późno. Co tam się wydarzyło w tym Almu?écar? Jeśli się zdarzyło. Winter nigdy tam nie był, patrząc z Malagi, miasto leżało nie po drodze. Jego wybrzeże to było Costa del Sol. Wybrzeże na wschód nazywało się Costa Tropical, a nad nim na wzgórzach rozpościerały się plantacje mango i papai. Chociaż wiadomo - najlepsze mango nazywa się alphonso i pochodzi z okolic Bombaju. Sezon jest krótki, od początku maja do rozlania się monsunu od południa pod koniec czerwca.
Telefon zadzwonił, gdy Winter mijał stary szpital Vasa przy Kapellplatsen. Na wyświetlaczu deski rozdzielczej pojawił się zagraniczny numer. Erik rozpoznał numer kierunkowy.
- Winter, słucham.
- Mówi Gunnar Brendner. Pan do mnie dzwonił.
- Tak. Dziękuję, że pan oddzwania.
- Straszna rzecz z tą Sarą - powiedział Brendner. - I z Richardem. Boże, jaka straszna tragedia. I to zaraz po wizycie u mnie. Coś okropnego.
- Jak długo byli u pana?
- Parę dni. Właściwie trzy.
- Czy odwiedzili pana z jakiegoś szczególnego powodu?
- Eee... nie rozumiem...
- Czy Sara miała do pana jakąś konkretną sprawę?
- Nie...
Facet ociągał się z odpowiedzią. A może się tylko namyślał. Winter przejeżdżał właśnie przez Götaplatsen. Na środku placu prężyła się rzeźba dłuta Carla Millesa przedstawiająca boga mórz Posejdona, stojącego jedną nogą w teraźniejszości, a drugą na początku dziejów. Porażka modernizmu. Ludzie wychodzili właśnie z gmachu Stadsteatern, głównie starsi, którzy przyszli na popołudniowy spektakl. Konsumentami kultury są najstarsi i najmłodsi dorośli, ludzie w wieku od dwudziestu pięciu lat do sześćdziesięciu nie mają czasu na takie gówna.
- Dlaczego pana odwiedzili? - dopytywał Winter.
- Bez... szczególnego powodu.
- Ociąga się pan z odpowiedzią - stwierdził Winter.
Gunnar Brendner przemilczał to. Winter słyszał szum. Może kosmos, ewentualnie Morze Śródziemne, chyba że to jego własne szumy uszne. Mogły jeszcze być palmy na wietrze. Na działce Brendnera w Almu?écar na pewno rosły palmy. Winter zapewne tam trafi, zanim to się skończy. A może po tym, jak się skończy. I co będzie wiedział wtedy? Co zastanie? Czeluść? Ta jest wszędzie. Nie trzeba jechać aż na południe. Erik minął Heden. Płaską czeluść, pustkowie dla przebrzmiałych drużyn piłkarskich, od zawsze miejsce przestępstw. Statystycznie rzecz biorąc, najwięcej samochodów w północnej Europie kradziono właśnie na parkingu Heden.
- Jak często Sara przyjeżdża do pana w odwiedziny?
- Niezbyt często.
- Raz do roku?
- Nie... niezupełnie.
- A kiedy była poprzednim razem?
- Eee... nie pamiętam.
Czyli nigdy, pomyślał Winter. Wrócimy do tego. Stryj Gunnar ma sporo do opowiedzenia.
- Od kiedy ma pan dom w Almu?écar?
- Od dawna... od wielu lat.
- Trzydziestu?
- Coś w tym rodzaju.
- Kupił go pan wkrótce po tym, jak brat został zamordowany?
- Tak... chociaż brzmi to dziwnie w takim ujęciu... Ale już wcześniej myślałem o tym. Żeby kupić sobie jakieś miejsce pod słońcem.
- Sprzedaliście firmę.
- Tak... razem z Ullą. Kiedy Lars... zginął.
- Czy bratowa była u pana?
- Nie, nigdy.
- Mam mieszkanie w Marbelli - powiedział Winter. - To niezbyt daleko od Costa Tropical. Może pana odwiedzę.
W korytarzu spotkał Bertila Ringmara, który właśnie wychodził.
- Spieszysz się, Bertilu?
- Mamy morderstwo w Linné. Jedź ze mną.
Pojechali przez Allén. Zaczęło padać. Miasto poszarzało, zapadło się w sobie. Takie było najczęściej. W Göteborgu trudno się wyprostować. A może to tylko dlatego, że jestem sam. Sam w Göteborgu. Sam w Berlinie. Już niedługo. Zobaczymy, co wieczorem powie Angela. Muszę pojechać na moją działkę nad morzem. Na piasku narysuję dom.
- Młody mężczyzna na Alfhemsgatan - odezwał się Ringmar. - Leżał w przedpokoju.
- Od kogo się dowiedzieliśmy?
- Od listonosza. Drzwi były otwarte.
- Listonosze wciąż wchodzą na piętra?
- Widocznie tak. To było na pierwszym.
- Kiedy przyszło zgłoszenie?
- Centrala otrzymała je mniej więcej dwie godziny temu.
Ringmar skręcił z Linnégatan w Nordenskiöldsgatan, a potem wziął pierwszy zakręt w lewo, w Alfhem, najkrótszą ulicę w mieście.
Zaparkował przed budynkiem, który niegdyś mieścił Slobo Gym, siłownię o absolutnie bezkonkurencyjnej nazwie. Bardzo klasyczne miejsce, do którego Winter uczęszczał, gdy był jeszcze młodym posterunkowym. Dziś zamiast Slobo znajdowało się TM - Transcendental Meditation. Może był w tym jakiś sens, kolejny krok na ścieżce życia. To, co zewnętrzne, zastąpiono tym, co wewnętrzne. W jednym z okien znajdowało się duże zdjęcie Davida Lyncha wychwalającego medytację. Gościa o wnętrzu harmonijnym i uzdrowionym, sądząc po jego filmach i serialach telewizyjnych.
Klatka schodowa została odgrodzona taśmą. Technicy kryminalistyki w białych kombinezonach wykonywali cichy taniec śmierci. Pokierowali Wintera i Ringmara, pokazując, którędy mogą przejść i gdzie stanąć. W mieszkaniu Erik zobaczył głowę i ciało ułożone w dziwnej pozycji. Pod głową ofiary krew rozlała się po drewnianej podłodze jak w teście Rorschacha. Nie ma już niepokoju, jest tylko głęboki sen. Żadnych nowych rozmyślań i rozważań nad życiem, czym ono jest, zarówno duchowe, jak i fizyczne. Terminada para siempre. Skończony na zawsze.
- Postrzał w głowę - odezwała się lekarka sądowa Rita Flygt.
Klęcząc obok zwłok, podniosła wzrok na obu komisarzy.
- Tylko jeden strzał? - spytał Winter.
- Na to wygląda. Tu jest otwór wylotowy. - Pokazała palcem. - Ciężki pistolet. Dziewięć milimetrów.
Winter kiwnął głową.
- Zobaczymy jeszcze, co znajdziemy na ciele - dodała.
- Kiedy to się stało?
- Wczesnym rankiem, jak się zdaje. Odezwę się jeszcze w tej sprawie.
Winter znów kiwnął głową. Postrzał w głowę, frontalny. Drzwi, które otworzyła ofiara, miały wizjer. Zatem na pewno mordercą był ktoś znajomy, może nawet więcej niż znajomy. Proszę, proszę wejść. Coś podobnego zdarzyło się już przedtem, trzydzieści lat wcześniej i w innej dzielnicy, ale te sprawy oczywiście nie mogły się łączyć. Jednak nie ma czegoś takiego jak przypadek. Wszystko się ze sobą łączy. Wystarczy spytać Davida Lyncha, jego dzieła są logiczne i klarowne jak woda po parówkach...
- Co to za gość? - spytał Winter.
- Według wizytówki na drzwiach nazywa się Jonas Borgman - odpowiedział Ringmar.
- Młody facet.
- Tak, nawet nie miał trzydziestki. Dwadzieścia pięć lat.
- To niesprawiedliwe - stwierdził Winter.
- Fakt.
- W takim razie trzeba sprawdzić, co też ten nasz Jonas miał za uszami.
- Z tego, co na razie sprawdziłem, nic - powiedział Ringmar.
- Zatem człowiek niewinny - rzekł Winter.
- Niezwykłe.
- Niemożliwe - stwierdził Winter.
Brendner Copy. Nazwa rodzinnej firmy. Właścicielami byli Lars, Gunnar i Ulla. Sprzedana po morderstwie. Brat ofiary Gunnar spełnił swoje marzenie o Hiszpanii, a żona Ulla wróciła do willi, gdy już zakończyły się badania miejsca zbrodni. Sara odzyskała swój dawny pokój. Zapewne z mieszanymi uczuciami. Nikt jej nie pytał, czego chce. Nikt nigdy nie pyta dzieci o zdanie. Nic się w tym względzie nie zmieniło od czasu epoki kamienia łupanego, przedtem zresztą też nie pytano. Pod tym względem edukacja psychologiczna jest taka sama jak trzynaście tysięcy lat temu, co jest doprawdy zdumiewające. Jonas Borgman studiował psychologię. Prawie ją ukończył, ale to już nieaktualne. Ktoś mu źle życzył.
- Porachunki narkotykowe - orzekł komisarz kryminalny Fredrik Halders. Zwrócił się do swojej partnerki w pracy i w życiu, Anety Djanali, podkomisarz. Powinna już dostać awans. To wstyd, że wciąż nie otrzymała stopnia komisarza. Halders twierdził, że to przez jej czarną skórę. Aneta nigdy by tak nie powiedziała. Urodziła się tutaj, w szpitalu Östra.
- Zgadzasz się ze mną? Narkotyki?
Nie odpowiedziała. Nie było sensu komentować; jak w dziewięciu przypadkach na dziesięć, gdy Fredrik coś mówił. Czasem robił to, żeby prowokować, a czasem po prostu wygłaszał idiotyzmy.
Siedzieli w gabinecie Wintera, który odłożył rozmyślania o rodzinie Brendnerów i wrócił do teraźniejszości. Nowiutkie, świeżutkie morderstwo. W tej teraźniejszości funkcjonariusze chodzili właśnie od drzwi do drzwi na Alfhemsgatan. Żaden z obecnych w domach sąsiadów nic nie wiedział. Nikt jeszcze nie zgłosił, że słyszał strzał. Może zaszedł tu jakiś asynchron? Technika rozwija się nieprzerwanie. A morderca nie użył tłumika.
- Tylko w tej branży porachunki są tak brutalne - ciągnął Halders. - Oczywiście nie licząc przemocy domowej.
- Członkowie rodziny strzelają sobie nawzajem w głowy? - odezwała się Aneta Djanali.
- W USA to codzienność - odparł Halders.
- Nie jesteśmy w USA - zauważyła.
- Jeszcze trochę, Aneto, jeszcze trochę.
Mieli taką swoją gadkę od początku znajomości, gdy Aneta była młodą posterunkową w wydziale kryminalnym, a Fredrik nieco starszym aspirantem. Był wtedy żonaty ze świetną kobietą, którą potem śmiertelnie potrącił pijany kierowca. Halders został sam z dziećmi: Hannesem i Magdą. Po kilku latach Aneta wprowadziła się do ich domu w Lunden, na wzgórzach nad stadionem Nya Ullevi i göteborgską komendą. Codziennie jeździli razem do pracy i z pracy, rozmawiając zawsze w ten sam sposób, co najwyraźniej trzymało ich przy życiu.
- Może to był ktoś, kto nie lubi psychologów - odezwał się Halders. - Kto miał już dość ich zagrywek. - Zaśmiał się. - I uważa, że powinni wreszcie dać spokój nam i naszym pojebanym mózgom.
Ulla Brendner otworzyła Winterowi po trzecim dzwonku. Zanim to się stało, czekał, patrząc w górę na fasadę willi. Okno Sary było otwarte. Przez chwilę miał wrażenie, że się z niego wychyliła. Dziesięcioletnia dziewczynka spoglądająca na świat. Jego córka Elsa też miała dziesięć lat. Nie była świadkiem ani postrzelenia, ani topienia taty, choć przydarzyło mu się i jedno, i drugie. Ale był to ostatni raz. Przeżył, chociaż nigdy nie przestał o tym myśleć.
- W czym mogę panu pomóc tym razem? - odezwała się Ulla Brendner.
- Chciałbym wrócić do pokoju Sary - odparł Winter.
- Dlaczego?
- Sam nie wiem... jeszcze. Widziałem, że okno jest otwarte.
- Wietrzę codziennie - wyjaśniła.
- Możemy tam pójść?
Będąc już w pokoju Sary, usłyszał drżenie szyb na wietrze. Był to wiatr, który poprzedza zapadnięcie zmroku. Widoczny przez okno kawałek nieba zrobił się żółty i brudny, jakby ściągał trucizny z innych miejsc. Jednak niebezpieczeństwo znajdowało się tu, na miejscu, i to od dawna. Jak długo Sara wytrzymała w tym pokoju? Kto ją do tego zmusił? Jej matka, która teraz stała obok Wintera? Dlaczego tak go przyciągał ten pokój? Czy odpowiedź jest tutaj? Gdzie jest?
Rozejrzał się. Cały lęk i strach przeżywany przez dziecko został w tym cholernym pokoju, w mroku, którego nie było widać, a który Sara musiała przeżywać. Winter czuł to. I wiedział, że kiedyś wyjaśni, co się stało. Tylko on mógł odnaleźć prawdę albo ta prawda dotrze do niego sama. Tylko on był na to gotów. Potrzeba było trzydziestu lat.
- Kiedy Sara wyprowadziła się z domu? - spytał.
- Gdy... poznała Richarda.
- Kiedy to było?
Matka nie odpowiedziała. Spojrzała na uchylone okno, jakby samo się otworzyło. Jakby otworzyło je coś obcego lub - ktoś obcy. Jej córka
- Ile Sara miała lat, kiedy wyprowadziła się z domu? - przeformułował pytanie.
- Ja... nie pamiętam.
- A mniej więcej?
Do pokoju wleciał ptaszek, chyba przywiał go wiatr. Winter nie miał pojęcia, co to za gatunek, ptak był czarny, na łebku miał żółtą plamkę. Wróbel żółtogardły? Sikora żółtogardła? Jest coś takiego? Żółty to kolor strachu. Spójrz na niebo, jak ucieka przed słońcem. Chmury też uciekają, jeśli tylko zdołają.
- Nie pamiętam.
- Czy to dla pani problem?
- Co?
- Spróbować sobie przypomnieć? A może ma pani inny powód, żeby nie odpowiadać?
Ptak tłukł się o ściany, jego skrzydła uderzały o ciałko jak werbel. Winter zrobił parę kroków i pomachał rękami, wyganiając go przez okno. Ptak wzleciał pod niebo, coś czarnego na tle szarości. Winter poczuł smutek, było to okropnie dojmujące uczucie, jakby jego życie zaszło chmurami razem z tym ptaszkiem.
Odwrócił się.
- Nie potrafiła opuścić tego pokoju, czy tak?
5
Bertil Wiedergren przebił się przez kolejną ścianę. Wpadam na skałę za skałą, pomyślał cytatem z Lundella. Tylko, że tutejsze ściany były z cegły albo cementu, czasem jedna przechodziła w drugą niczym szelf kontynentalny, ale przestawało to mieć znaczenie, kiedy Bertil machał łyżką swojej koparki, hitachi zaxis 280 LC-3. To była jego bestia, razem tworzyli parę prosto z bajki Piękna i Bestia. W tej baśni to on był Piękną, a przynajmniej dopóki tkwił w kabinie koparki, co innego, gdy już z niej wysiadł... Ale do tego momentu było daleko, miał przed sobą jeszcze wiele godzin pracy. Na ramieniu koparki umieszczono białe litery na tle pięknego oranżu: Bertil Kopacz.
Znalazł się teraz w rejonie piwnic dawnego warsztatu mechanicznego wielkości boiska do piłki nożnej. Miltons Mekaniska. Fabryka też była jak bestia, obejmowała cały kwartał, widoczna z każdego miejsca w środku miasta. Wysłużyła swoje, teraz ją zabijali. Długa egzekucja wkrótce dobiegnie końca. A to co, kurde? Bertil rozbił dwie trzecie ściany przed sobą, gdy nagle jeden kawał spadł na prawo, beton o beton, niczym ukryte tajne drzwi, prostokąt wysokości dwóch metrów i szerokości metra. Mężczyzna ujrzał tynk, kawałki cegieł i szkielet w pudle, oparty nonszalancko o ścianę w ścianie.
Winter stał nad morzem i puszczał kaczki, raz-dwa-trzy-cztery-pięć, kamyki odbijały się od tafli wody coraz dalej, w głąb fiordu Askim. Mężczyzna nachylił się po kolejny kamyk, płaski i zimny w dłoni, raz-dwa-trzy-cztery-pięć-sześć-siedem-osiem, nieźle, ale światowy rekord to osiemdziesiąt osiem odbić. Niemożliwe, chyba że ustanowili go na Morzu Martwym.
Własny kawałek wybrzeża. Winter odwrócił się. Piasek i skały, i ziemia, i trawa. Wszystko to czekało na niego od początku jego historii. Wyprawy rowerem w to miejsce. On z Angelą. Cel wycieczek rodzinnych, odkąd zostali rodziną. Brakowało tylko domu. Teraz przyszła na niego pora. Będzie właśnie tu. Winter wszedł na pochyłość i stanął w miejscu, w którym powinna być kuchnia. Najważniejsze pomieszczenie. Będzie w niej stał i gotował, patrząc na zatokę, ale nie tęskniąc za jakimś wyjazdem, a za oknem będą przepływały wielkie statki, zmierzając do portu. Winter zamierzał gotować ze wszystkiego, co świeżo złowione w morzu. Na marmurowym blacie stanie kieliszek wina, pinot gris z Turckheim. Wtedy Erik poczuje spokój duszy. Ta chwila nie była wcale aż tak odległa. Plan domu, w zasadzie gotowy, leżał u Manfreda Saufa. Został już przesłany Angeli. Wprawdzie minęło kilka lat, ale nie zmienią za wiele, może nic. Angela doda coś od siebie, a potem wystarczy przesłać to cudo do biura architekta miejskiego. Powinienem był zrobić to dawno temu. Jest wiele rzeczy, które powinno się zrobić już dawno, ale przyszłość jest cierpliwa. Wytrzymała.
Zadzwonił na komórkę Angeli. Nie odebrała. Wybrał inny numer.
Odebrała po czwartym sygnale. Wydawała się zasapana.
- Dużo spraw na głowie? - spytał.
- Komórka mi padła - wyjaśniła. - Musiałam podbiec do stacjonarnego.
- Komórka padła - powtórzył. - To mógłby być tytuł kryminału.
- Napisz go.
- Jeden już piszę - odparł. - Piłka padła. Akcja dzieje się w środowisku piłkarskim.
- Nawet zabawne mimo tej okropności.
- No właśnie.
- Co robisz? - spytała.
- Właśnie zrobiłem sobie małą przerwę od okropności. Stoję na naszym wybrzeżu. A właściwie to w środku naszego wirtualnego domu. W kuchni.
- Czyli stanie się.
- Tak jak powiedziałaś. Najwyższy czas.
- Naprawdę?
- Naprawdę, naprawdę. Działka stoi pusta już dostatecznie długo.
- Czyli to nie koniec bajki.
- Nigdy nie miał być. Gdybyśmy przestali wierzyć w bajki, wszystko byłoby na nic.
Trupowi ze ściany w piwnicy ewidentnie przytrafiło się coś złego, ale dawno temu. Został z niego sam szkielet, czyli nie były to zwłoki, bardziej eksponat wystawowy. Dlaczego się nie rozpadł? Dlaczego znajdował się tutaj? Od jak dawna? Pytania, pytania. Winter zwrócił się do etatowej lekarki sądowej Pii Eriksson Fröberg. Znali się od dwudziestu pięciu lat, pracę w tej branży rozpoczęli mniej więcej równocześnie, kiedyś nawet byli parą, ale oboje nie pamiętali już żadnych szczegółów z tamtego okresu.
- Domyślam się, że to mężczyzna - odezwał się.
- Ja nie muszę się domyślać - odparła.
- Domyślam się też, że dokonano na nim zbrodni.
- Tu również nie muszę się domyślać. Uraz czaszki jest wyraźny.
Winter nachylił się nad czaszką. Dziura w czole. Czas jej nie wymazał, stała się nawet wyraźniejsza i głębsza.
- Jest też otwór wylotowy - powiedziała Pia.
Śmiertelny postrzał. Sądząc po dziurze, pocisk musiał być dużego kalibru, 357 magnum, przemknęło mu przez myśl, taki sam jak ten, z którego zabito Olofa Palmego. To też było dawno temu.
- Trzeba będzie poszukać pocisków - powiedział.
- Pod warunkiem, że to się stało w tym miejscu.
- Możesz określić w przybliżeniu, kiedy nastąpił zgon?
- Dawno. Tu na miejscu ci tego nie powiem.
- Datowanie za pomocą C-14?
- Większe powodzenie zapewni chyba rejestr DNA - stwierdziła.
- Sięga tylko trzydzieści lat wstecz.
- I może wystarczy.
- Nie wydaje mi się, żebyśmy wtedy wciągali ludzi do rejestru.
- Chyba masz rację, niestety - przyznała.
- Pochowali go nagiego? Takiego jak jest teraz? - spytał Winter.
- To pytanie do Torstena Öberga.
Komisarz Torsten Öberg kierował wydziałem technicznym. Wraz ze współpracownikami był już na miejscu. Pojawił się obok Wintera i wpatrzył się w otwór w pionowej krypcie, w której stał szkielet.
- Różne rodzaje cementu - powiedział.
Winter kiwnął głową.
- Oczywiście trzeba będzie pobrać próbki. Widzisz ten tynk? Prawdopodobnie położony wtedy, gdy go zamurowali. Zobaczymy.
- Może w grobie będą jeszcze inne ślady.
- Ślady są zawsze - orzekł Öberg.
Jonas Borgman otworzył drzwi mieszkania i został postrzelony w głowę. Stało się to w przedpokoju, zaraz za drzwiami. Ślady krwawe opowiedziały przebieg tej historii. Albo też dały jej obraz, jak u jakiegoś Jacksona Pollocka. Amator czy zawodowiec? Trudno powiedzieć.
W drzwiach znajdował się oldskulowy wizjer. Kiedyś takie wstawiano, żeby osoba będąca w mieszkaniu mogła zobaczyć, kto jest na zewnątrz: przyjaciel czy wróg.
- Jeśli to było wtedy - powiedział Winter.
- Co takiego?
Bertil Ringmar spojrzał na niego. Znajdowali się w przedpokoju, właściwie na jego progu. Pomieszczenie wydawało się większe od reszty mieszkania. Było tam wszystko. Przy ścianie stał rower, czarny, odcinający się od żółtego tła, czerwonych kropek i kresek. Mózg rozbryzgnął się na ścianie, czerwony jak krew. Może facet był komunistą, jednym z niewielu, którzy się tu ostali, w końcu to Göteborg. "A co ty zrobiłeś dzisiaj dla klasy robotniczej?" - częsty zwrot powitalny na początku lat siedemdziesiątych, ale wtedy Winter był jeszcze niewinnym dzieckiem. Ulicami maszerował pochód KPLM(r)2, zmierzający od niczego po nic. Z krwawą wizją w umysłach, której żaden z uczestników by nie przeżył, gdyby ich zrzucić na wschód od Uralu.
- Może strzał nastąpił, gdy zabójca już wychodził - wyraził przypuszczenie Winter. - Najpierw spędzili miło czas, potem gość miał wyjść i wtedy to się stało.
- W każdym razie ofiara znała sprawcę - zauważył Ringmar.
- Ale nie ma filiżanek ani kieliszków - dodał Winter.
Rzeczywiście. Nic nie mieli, żadnych śladów tego rodzaju ani na stole, ani w kuchni. Kuchnia aż lśniła, wyczyszczona tak, jakby nigdy nie była używana. Co to mówi o człowieku? Nie używa swojej kuchni. Co to mówi o jego osobowości? Czy w ogóle jest wtedy jakaś osobowość? Facet studiował psychologię. Może wiedział coś, czego nie wie nikt inny. Teraz i tego nie ma. Chyba, że to morderca wypucował i posprzątał kuchnię po tym, jak dokonał swojego czynu. Jednak ludziom, którzy rzadko sprzątają u siebie, nie wychodzi to najlepiej, kiedy są przymuszeni okolicznościami.
- Miał jakąś dziewczynę? Albo chłopaka? - spytał Winter.
- Lena z Dickiem jeszcze się nie odezwali. Poszli na jego wydział - odparł Ringmar.
Wydział psychologii znajdował się blisko, zaledwie kilkaset metrów od Alfhemsgatan, w dół, do Linnéplatsen. Winter był tam kiedyś - zaproszono go na seminarium na temat roli intuicji w walce z przestępczością. Wyszło z tego kilka zakręconych godzin oscylujących na granicy katastrofy, bo jak wyjaśnić, co to jest intuicja? To jakby pisarz miał tłumaczyć swoje pisanie. Jeśli człowiek wie, co robi, przez cały czas, kiedy to robi, to ginie... intuicja. Nie jest już sztuką.
- Kto dziś strzela ludziom w głowę? - odezwał się Ringmar. - Albo prosto w pierś?
- Po pierwsze gangi. Mamy już trzy takie przypadki.
- Na przestrzeni co najmniej trzydziestu lat.
- Za daleko sięgam?
- Masz na myśli to, czy się łączą?
Winter skinął głową.
- Niby jak miałyby się łączyć?
- W takiej chwili można powiedzieć, że wszystko się ze sobą łączy - odparł Winter.
- Przechodzimy teraz od psychologii do filozofii?
Winter nie odpowiedział. Dopiero uchylili drzwi do Metody, do wolnych skojarzeń, które ogromnie im pomagały przez te wszystkie lata, wkrótce będzie trzydzieści, które spędzili w wydziale zabójstw, jak się wtedy nazywał. Teraz jest nowa nazwa, nowa organizacja - kierują grupą śledczą w ramach wydziału dochodzeniowego - ale Metoda jest wciąż ta sama. Przez ten czas wszystkie wody świata zdążyły dwukrotnie spłynąć pod mostem na rzece Götaälven. Wkrótce spłyną po raz trzeci, choćby most był już rozebrany. Dla Erika nie będzie czwartego razu. Ani trzynastego. Tym bardziej. Wszystko jest tu i teraz.
- Musimy pójść tam, gdzie trzeba - stwierdził Winter.
- Czyli dokąd?
- Jonas Borgman znał nieodpowiednich ludzi.
- Narkotyki?
- To się nasuwa w pierwszej kolejności.
- A w drugiej?
- Miłość.
- A co pomiędzy?
- Pieniądze.
- Narkotyki i pieniądze się przypadkiem nie łączą?
- Niekoniecznie.
- Czy Jonas zawiódł czyjeś zaufanie?
- Tak.
- Zdawał sobie z tego sprawę?
- Nie.
- Nie wiedział, o co chodzi, kiedy przyszedł do niego morderca.
- Nie wiedział.
- Kogo zawiódł?
- Przyjaciela.
- Przyjaciela, który przyszedł z bronią o kalibrze dziewięć milimetrów?
- Nie.
- Przyjaciela, który zdecydował o egzekucji.
- Nazywasz to egzekucją?
- Na to wygląda.
- To kara. Do tego trzeba wyroku.
- Owszem.
- I trzeba sędziego. Morderca jest narzędziem.
- Jak daleko mamy się zanurzyć w świat podziemia?
- Być może wszystko jest tu, na powierzchni.
- Skąd to wiadomo?
- Z psychologii.
- Z psychologii?
- Wszystko wynika z psychologii - powiedział Winter.
- Gówno prawda - odparł Ringmar.
- Mierda. Po hiszpańsku znaczy to mnie więcej to samo.
Na skrzyżowaniu panowało kiepskie oświetlenie po tym, jak pół godziny wcześniej pogasły światła w Hemköp. Winter widział zaparkowane samochody. Ciemne powierzchnie w ciemnych refleksach. Restauracje wzdłuż Nordenskiöldsgatan mrugały nieśmiało w noc.
Doszedł tam cichą aleją Vasagatan, gdy zegar w kościele wybijał dziesiątą. Nie było żadnego ruchu, kiedy Erik szedł przez Hagę. Bez jakiejkolwiek widocznej roślinności dzielnica wydawała się pozbawiona życia, jak średniowieczne miasto, na które spadła zaraza, i jak miasto przyszłości, do którego zaraza miała powrócić. Jego kroki rozlegały się echem, jakby był ostatnim człowiekiem na ziemi. Skąd takie myśli? Co to znaczy?
Stał i czekał w ciemności Alfhemsgatan. Cholera wie na co. Ktoś mógł tutaj przyjść. Zdarzało się nie raz i nie dwa, że sprawca przestępstwa nie potrafił odciąć się od miejsca zbrodni. Taka choroba. Wszystko jest chorobą, pomyślał, życie jest śmiertelną chorobą, ha, ha.
Karetka zabrała stare małżeństwo, sąsiadów z budynku na Vasaplatsen, z mieszkania pod Winterem. Byli tam od zawsze, od chwili, gdy się wprowadził. Kobieta miała na imię Edit, nieraz częstowała jego dzieci ciasteczkami. Mąż nosił imię Carl, był dziewięćdziesięcioletnim pułkownikiem, aż do końca wyprostowanym jak struna. Umarli jedno po drugim, w odstępie trzech dni. Nigdy nie wychodzili. Zaraza musiała przyjść do nich przez francuski balkon, kiedy ktoś na dole zakaszlał. Hiszpański balkon. Hiszpanka, chociaż tamta choroba nie była hiszpańska, ale w 1918 roku, gdy wróciła przez ocean z pewnego garnizonu w Kansas, rozkrzewiła się właśnie w Hiszpanii. Ale o tym pewnie wie każdy. Winter był w Hiszpanii, a nie w Göteborgu, gdy Edit i Carl opuścili ten ziemski padół. Carl miał całkiem pokaźny zbiór słodowej whisky. W innej kulturze zabrałby go ze sobą do grobu. Ja zabiorę ze sobą swoją kolekcję, a przynajmniej to, co zostanie po czuwaniu przy trumnie. Czy to jest pesymistyczna myśl, czy optymistyczna? W trumnie będę ładnie ubrany i będę miał przy sobie zdjęcia mojej rodziny i butelkę glenfarclas cask strength. Nie wiadomo, co się dzieje, gdy światło zgaśnie, tego nikt nie wie.
Ktoś przeszedł obok bramy po drugiej stronie ulicy. Pierwszy ruch, odkąd Winter stanął w cieniu. Jakiś mężczyzna; wyglądało na to, że mu się nie spieszy. Nadszedł od strony Rosengatan, przeszedł skrzyżowanie z Olivedalsgatan, minął bramę i zatrzymał się przy Nordenskiöldsgatan, stanął i zawrócił tą samą drogą, powoli, jakby kompletnie zabłądził; postał przed bramą do klatki Jonasa Borgmana i poszedł dalej w kierunku zachodnim.
W wewnętrznej kieszeni płaszcza Wintera zawibrował telefon. Na ekranie wyświetlił się numer Leny Kallender, koleżanki z pracy.
- Słucham?
- Przepraszam, że dzwonię tak późno - powiedziała.
- Nie spałem.
- Na Wydziale Psychologii uzyskaliśmy parę informacji. Jonas Borgman podobno miał dziewczynę.
- Tak?
- Ylvę Berg... mieszka w akademiku w dzielnicy Kungsladug?rd... przy Sannabacken... Próbowałam się z nią skontaktować wieczorem, ale nie odbierała.
- Byłaś tam?
- Tak... właśnie stamtąd dzwonię. Stoję przed budynkiem. W środku... na górze... pali się światło, ale nikt nie odbiera, ani telefonu, ani domofonu.
Nocny spacerowicz wrócił na drugą stronę Alfhemsgatan, minął bramę, zatrzymał się i rozejrzał, jakby podejrzewał, że jest obserwowany. I tak właśnie było, chociaż nieznajomy nie mógł tego wiedzieć, bo Winter był niewidoczny, stał się częścią panujących w okolicy ciemności. Sukinsyn z przeciwka poszedł dalej. Na pewno znów wróci.
- Sama jesteś? - spytał Winter.
- Tak.
- Zadzwoń do Dicka, niech do ciebie przyjedzie. Do tego czasu obserwuj to miejsce. Musicie się dostać do mieszkania. Przyjadę, jak tylko będę mógł.
- Eee... okej.
- Zrób to od razu - powiedział Winter i się rozłączył.
Odczekał minutę, dwie, trzy. Spacerowicz wrócił. Zatrzymał się przed bramą. Spróbował ją otworzyć. Nie była zamknięta, bo Winter zawczasu otworzył ją kluczem, zanim ustawił się po drugiej stronie ulicy. Obserwowana postać weszła za bramę i zniknęła w mroku. Winter przeciął ulicę, otworzył bramę - nikogo tam nie było, nad dziedzińcem paliło się żółte światło, klatka znajdowała się po lewej stronie; wszedł po schodach, ktoś wchodził nad nim, światło miało barwę uryny diabetyka, kamień, tynk, wszystko żółte, gumowe podeszwy Wintera były ciche jak myszka, z góry dochodziło szuranie skórzanych obcasów, ten ktoś był dwa piętra wyżej, na korytarzu przed drzwiami chłopaka. Winter poczuł powiew, jakby wiatr przyszedł z góry, a na dole osiągnął pełną siłę, porywając wszystko ze sobą.
Nad nim zapanowała cisza. Erik szedł dalej, nieczęsto się tak skradał, właściwie nigdy, nawet w dzieciństwie, gdy w pobliżu czaiły się potwory, ani po tym, jak stał się dorosły i potworów zrobiło się więcej, nabrały życia i kształtów niczym fantazje, które wyłażą z głowy i stają przed tobą, okropnie się krzywiąc.
Obcy mężczyzna trzymał rękę na klamce, jakby się do niej przykleił; stał za biało-niebieską taśmą policyjną, nawet nie zaszczycił jej spojrzeniem.
- Nikogo nie ma w domu - odezwał się Winter.
Tamten spojrzał w dół, na niego. Teraz zyskał twarz, w świetle padającym z lampy na klatce schodowej wydawała się żółto-niebieska, po prostu typowy szwedzki bohater. Mężczyzna był w nieokreślonym wieku, mógł mieć ze czterdzieści lat, czyli z pokolenia, które obecnie przejmuje wszystko: politykę, kulturę, przestępczość, wszystko to jedno gówno, wszystko się ze sobą miesza, tylko pieczony turbot jest nieprzemijalny, prawdziwy, godzinę w stu dwudziestu stopniach w metalowej formie bez tłuszczu i wody; niektórzy pieką w dziewięćdziesięciu, mogą spieprzać zajadać sushi, my nie jemy surowych potraw; wystaw formę na stół, natnij skórę wzdłuż kręgosłupa i zdejmij ją, a potem wyłóż ładne kawałki ryby na podgrzane talerze, do tego kartofle w mundurkach, topione masło, świeżo utarty chrzan, kawałki cytryny, posiekany koperek, gruba sól i zmielony przed chwilą pieprz, drogi jak cholera riesling z Turckheim w jak najtańszych kieliszkach - to jest styl, mój styl, wdychaj opary znad talerza i ciesz się prostym życiem. Winter zdążył pomyśleć to wszystko, gdy mężczyzna, patrząc na niego, zabrał powoli rękę z klamki i cofnął się o krok, taśma policyjna zatrzymała mu się na karku, więc zdjął ją. I wymierzył w Wintera kopniaka.
Chybił o parę centymetrów.
Następny kopniak.
Winter złapał tamtego za stopę, żeby się chronić i jak najszybciej unieszkodliwić sukinsyna, mężczyzna stracił równowagę i o to chodziło, upadł do tyłu szybciej, niż Winter się spodziewał, uderzył głową z nieprzyjemnym łoskotem, jak przy pęknięciu kości albo ciężkiej porcelany. Erik puścił tę stopę i ukląkł obok mężczyzny, rzecz jasna nieprzytomnego - oczy szeroko otwarte, ale facet miał w nich pustkę, zupełnie jak w mieszkaniu Jonasa Borgmana; tam już tak zostanie, a jak będzie z tym gościem? Nie odezwał się ani jednym słowem, na kamiennych schodach pojawiła się krew, spływała tak wolno, że było to aż cyniczne. Winter zadzwonił po karetkę; nie dotknął niczego na ciele mężczyzny, który wkrótce umrze albo nie, zapadnie w śpiączkę albo nie... oby nie stał się kolejnym człowiekiem w śpiączce, to nie byłoby sprawiedliwe wobec nikogo.
Lena Kallender i Dick Forsman stali przed słynnym koszarowym budynkiem, w którym znajdowało się studenckie mieszkanie Ylvy Berg. Nikt nie wchodził ani nie wychodził, studenci zapewne chcieli wyspać się przed trudnymi egzaminami następnego dnia, ha, nie można powiedzieć, by Dick Forsman wiedział, co to jest trudny egzamin, był bowiem człowiekiem czynu i najpierw działał, potem odpowiadał, a nigdy nie pytał. Przez studia w Wyższej Szkole Policyjnej w Växjö przebrnął dzięki Lenie, która pomogła mu w przedmiotach teoretycznych. Växjö to parszywe miasto dla obcych, zresztą mieszkańcy regionu też musieli odcierpieć swoje. Lena pojechała za nim do Göteborga, żeby nadal prowadzić go przez życie. Zrobiła to tak skutecznie, że oboje byli teraz "wywiadowcami", jak Dick lubił ich nazywać, na dodatek w wydziale, którym kierował sam sławny Erik Winter. Czego jeszcze można chcieć od życia? Może jedynie taco z dawnego Sannagrillen pod górką, dziś Hermanos TacoKiosk - podają tam niezłe rzeczy - albo na przykład gorącego pad thaia z Thai Tanic tuż obok, na Mariagatan, tylko że teraz i tak wszystko jest zamknięte. Winter jeszcze nie przyjechał, ale przecież nie musimy czekać na niego, więc wchodzimy. Ten zamek to żadne wyzwanie, studenci powinni mieć porządniejsze rzeczy. Dick zorientował się, że dwukrotnie pomyślał słowo "rzeczy", wydawało mu się, że się nie denerwuje, ale było to myślenie życzeniowe. Czuł ssanie w żołądku.
Weszli po schodach na piętro, gdzie na drzwiach widniało imię i nazwisko Ylvy. To tam się świeciło. Słychać było muzykę. Cichą, ale wyraźną.
- Jest w domu - odezwała się Lena.
Nie odpowiedział. Ktoś może być w domu, a mimo to nie być. Przećwiczyli to, a jednak to nie było to samo. To jak trenowanie rzutów karnych. Nie działa. Człowiek wie, że uda się jedynie w sytuacji podbramkowej. Kiedy coś dzieje się naprawdę.
Lena zadzwoniła do drzwi. Dźwięk przebijał się przez grającą w środku muzykę.
- Lana Del Rey - powiedziała.
- Lena Del Ray - odezwał się. - Whatever.
Spojrzała na niego.
- No to co, Dick?
Nie odpowiedział, wyjął wytrych Odblokował zamek, nacisnął i otworzył drzwi. W mieszkaniu brzmiał kobiecy śpiew, głośniej niż mu się przedtem wydawało, jakby śpiewał anioł, muzyczne loopy, żadnych gitar elektrycznych, a bez nich nie ma muzyki.
Słyszał, jak Lena woła imię dziewczyny, Ylva, Ylva, Ylva, jakby zabłądziła w lesie. Anioł śpiewał czysto i wyraźnie przez subtelny akompaniament czy coś, Dick słyszał wszystko wokół, rozumiał, był gotów, miał broń w pogotowiu, Lena też, sytuacja krytyczna, ostry kryzys.
Z maleńkiego korytarza wchodziło się do pokoju na wprost, to tam się świeciło; Dick poszedł przodem, światło padało na łóżko, ktoś na nim leżał, przykryty w połowie kołdrą, policjant widział długie włosy i coś na podłodze, jakiś nieregularny wzór, czerwony, w tym najlepszym ze światów powinno to być wino. Ylva, Ylva, Ylva, pomyślał i podbiegł do łóżka, patrzył na fragmenty twarzy dziewczyny, oko, jakby spała z otwartymi oczami, jej poduszka miała ten sam czerwony wzór co podłoga, ona nie śpi, spróbował wyczuć tętno na szyi, ale w jej ciele nie krążyło już nic czerwonego, to czerwone cholerstwo, z którym chodzimy wszędzie, kurde, nie powinno go być widać w nienaturalnym świetle ani w świetle dziennym, gdyby wszystko było teraz czarno-białe, byłoby również czarne i białe, jak twarz tej dziewuszki, białe w białym świetle; Dick zabrał dwa palce z szyi Ylvy i spojrzał na Lenę, też była biała, to beznadziejne światło nie obejmowało jej twarzy, ale naprawdę była biała, świeciła bielą i miała czarne świecące oczy.
Dojrzał za nią coś, jakiś ruch.
Poczuł ciężar trzymanej w ręce broni, jej chłód, jak chłód śmierci.
- Nie, nie, to ja, Erik!
Winter stanął obok Leny, podniósł do góry białe dłonie, jakby się poddawał, był niewinny.
- Ona... ona nie żyje - odezwał się Dick, patrząc znów na dziewczynę, na porcelanową lalkę, skąd taka myśl? - Jest zimna - mówił dalej. - To się stało... zanim tu przyszliśmy... jeszcze przed przybyciem Leny.
- Nikt nie wchodził ani nie wychodził, kiedy stałam na dworze - powiedziała Lena Kallender.
Winter postąpił o krok. Co się dzieje? W jakim ja się znalazłem świecie? Wszędzie, dokądkolwiek pójdę, napotykam śmierć.
Budynek komendy tonął w złośliwym kwietniowym słońcu. Kwietniowe jest najgorsze, najtwardsze, zimne i nagie, bo nie trafia na jakikolwiek zielony opór. To świat bez miłości. Wielkanoc, niedobre święto. Nastąpi wkrótce, tymczasem tu już się wszystko stało.
Ranek był zimny, gdy Winter szedł przez Heden, wiatr wiał od Thule. Erik potrzebował się przejść, żeby odświeżyć sobie głowę. Sporo się w niej nazbierało; idąc przez otwartą przestrzeń, miał szczególne skojarzenia: centralny Göteborg przewrócił się i tonie w błocie, pomnikowy król Gustaw II Adolf pokazuje palcem we wszystkich kierunkach jednocześnie, ale miasto zniknęło, a wraz z nim wszyscy: zarówno zmarli, jak i żywi, machali i machali, wołali i wołali, ale nikt nie ruszył z pomocą, nawet on.
Bertil Ringmar czekał w sali konferencyjnej. Pozostali właśnie wchodzili. Aneta Djanali ustawiła żaluzje tak, żeby ich osłaniały przed tym diabelnym słońcem.
- Od czego zaczniemy? - odezwał się Ringmar.
- Od końca - odparł Winter.
- Ylva Berg - powiedział Ringmar.
- Postrzelona w pierś - rzekł Dick Forsman. - Żaden z sąsiadów niczego nie słyszał.
- Ylva Berg. O ile wiadomo, jej pech polegał na tym, że znała Jonasa Borgmana - stwierdził Winter.
- Albo odwrotnie - zauważył Ringmar.
- Albo odwrotnie - powtórzył Winter. - Zrazu chronologia może wprowadzać nas w błąd.
- Zrazy? - zdziwił się szeptem Forsman, patrząc pytająco na Lenę.
- Z początku - odpowiedziała cicho. - Zrazu.
- A mężczyzna, którego zwaliłem z nóg, przez co jest nieprzytomny, nazywa się Hans Thule - ciągnął Winter. - Utrzymują go w sztucznej śpiączce w szpitalu Sahlgrenska. Mówi się sztuczna śpiączka?
- W każdym razie żyje - wtrącił Halders. - W tej sytuacji to zawsze coś.
- Na razie - dodał Winter.
- Nie rób sobie wyrzutów, Eriku.
Winter nie odpowiedział.
- Co on tam robił? - dopytał Fredrik Halders.
- Właśnie tego chciałem się dowiedzieć.
- Kto to jest? - spytała Aneta Djanali.
- Nauczyciel z Wydziału Psychologii - odparł Ringmar.
- Nauczyciel z psychiatryka - wtrącił Halders.
- Może się po prostu martwił - odezwała się Lena Kallender.
- I co, nie widzi kolorów, ślepy jest i chory na umyśle? - zaoponował Halders. - Dlatego chciał się dostać do zaplombowanego mieszkania?
- Tyle pytań... - skomentował Winter.
- Może... kochanek? - powiedziała Lena Kallender.
- Dlaczego tak sądzisz? - spytał Winter.
- Ja... sama nie wiem.
- Pedał, ale nie morderca. Co jest gorsze? - powiedział Halders.
- W twoim świecie odpowiedź jest oczywista i ją znasz - zauważyła Djanali.
- Oczywiście to zostaje w czterech ścianach tego pokoju, co nie? - Halders rozejrzał się.
- Pewnego dnia się wyda - powiedział Ringmar. - Pewnego pięknego dnia wszystko to dojdzie do ludzkich uszu, Fredriku.