Przedmowa
Oboje rozpoczęliśmy karierę akademicką po studiach podyplomowych na
Uniwersytecie Johnsa Hopkinsa: ja specjalizowałem się w psychiatrii, a Marilyn uzyskała doktorat z komparatystyki (literatura francuska i literatura niemiecka). Zawsze byliśmy pierwszymi czytelnikami i redaktorami swoich tekstów. Kiedy napisałem debiutancką książkę,
podręcznik terapii grupowej, otrzymałem stypendium na pobyt w ośrodku
dla pisarzy Fundacji Rockefellera w Bellagio we Włoszech, gdzie miałem
pracować nad następną książką, Kat miłości. Wkrótce po naszym
przyjeździe do Bellagio Marilyn w rozmowie ze mną napomknęła, że coraz
poważniej myśli o napisaniu pracy poświęconej wspomnieniom kobiet z czasów rewolucji francuskiej: przyznałem, że ma mnóstwo znakomitego
materiału na książkę. Stypendyści Fundacji Rockefellera dostawali
mieszkanie i gabinet do pracy, więc namówiłem Marilyn, by spytała
dyrektora, czy ona również może liczyć na taki pokój. Odpowiedział, że
osobny gabinet dla żony jednego ze stypendystów to nietypowa prośba, a wszystkie pokoje w głównym budynku są już zajęte. Jednak po
kilkuminutowym namyśle zaproponował Marilyn niewykorzystany gabinet w domku na drzewie w pobliskim zagajniku, w odległości zaledwie pięciu
minut piechotą. Zachwycona Marilyn zaczęła z zapałem pracować nad swoją
pierwszą książką, Compelled to Witness. Women's Memoirs of the
French Revolution. Nigdy nie była szczęśliwsza. Od tamtej pory na
resztę życia staliśmy się małżeństwem pisarzy. Żona urodziła czworo
dzieci, pracowała na pełnym etacie jako wykładowczyni uniwersytecka i sprawowała na uczelni funkcje administracyjne, a mimo to pisała książki
w takim samym tempie jak ja.
W 2019 roku wykryto u niej szpiczaka mnogiego, raka komórek
plazmatycznych znajdujących się w szpiku kostnym i wytwarzających
przeciwciała. Leczono ją lenalidomidem (Revlimidem), co doprowadziło do
udaru, pobytu na oddziale ratunkowym i spędzenia czterech dni w szpitalu. Dwa tygodnie po jej powrocie do domu poszliśmy na krótki
spacer w pobliskim parku i Marilyn powiedziała:
- Mam pomysł na książkę, którą powinniśmy razem napisać. Chcę
udokumentować czekające nas trudne dni i miesiące. Może opis naszych
kłopotów pomoże innym małżeństwom, które znajdą się w podobnej sytuacji:
gdy mąż lub żona zapadnie na śmiertelną chorobę.
Marilyn często sugerowała tematy książek, które powinniśmy napisać
samodzielnie.
- To dobry pomysł, kochanie, powinnaś się tym zająć - odrzekłem. - Myśl
o wspólnym projekcie jest kusząca, ale jak wiesz, zacząłem już zbiór
opowiadań.
- O nie, nie! Odłożysz zbiór opowiadań na później. Stworzymy tę książkę!
Będziemy pisać rozdziały na przemian. Będzie to nasza wspólna książka,
różna od innych, napisana przez dwoje ludzi, a nie jedną osobę,
refleksje małżeństwa, które żyje ze sobą od sześćdziesięciu pięciu lat!
Mamy to szczęście, że możemy iść razem na spotkanie ze śmiercią. Ty z trójkołowym chodzikiem, a ja na własnych nogach, choć najwyżej przez
piętnaście, dwadzieścia minut bez odpoczynku.
* * *
W książce Psychoterapia egzystencjalna, wydanej w 1980 roku, Irv
napisał, że człowiekowi łatwiej stanąć w obliczu śmierci, gdy nie żałuje
swojego życia. Spędziliśmy razem wiele lat i prawie niczego nie
żałujemy. Ale nie łagodzi to codziennych dolegliwości fizycznych ani
strachu przed rozstaniem. Jak walczyć z rozpaczą? Jak żyć z sensem do
samego końca?
* * *
Piszemy tę książkę w czasie, gdy większość naszych rówieśników już nie
żyje. Stale pamiętamy, że nasz wspólny czas jest ograniczony i niezwykle
cenny. Piszemy, by nadać sens swojemu życiu, chociaż wchodzimy w najciemniejszy okres utraty sprawności fizycznej i śmierci. Główny cel
tej książki to pomóc nam dopłynąć do kresu.
Chociaż jest ona zapisem naszych osobistych doświadczeń, uważamy ją
również za część ogólnokrajowej dyskusji o problemach związanych ze
śmiercią. Wszyscy chcą uzyskać najlepszą opiekę medyczną, wsparcie
emocjonalne rodziny i przyjaciół, jak najmniej cierpieć. Nawet nasze
związki z medycyną i pozycja społeczna nie czynią nas odpornymi na ból i strach przed śmiercią. Tak jak wszyscy, chcemy utrzymać jakość naszego
życia, chociaż musimy znosić procedury medyczne, które wywołują skutki
uboczne. Ile jesteśmy w stanie wytrzymać, by zachować życie? Jak je
zakończyć bez bólu? Jak godnie pozostawić ten świat następnemu
pokoleniu?
Oboje wiemy, że Marilyn prawie na pewno umrze na raka. Napiszemy razem
ten pamiętnik z nadzieją, że nasze doświadczenia i spostrzeżenia
dostarczą wiedzy i pociechy nie tylko nam, lecz również Czytelnikom.
Irvin D. Yalom
Marilyn Yalom
Kwiecień
Rozdział 1
Rozrusznik
Ja, Irv, mimo woli stale dotykam czubkami palców górnej części klatki
piersiowej. Od miesiąca mam tam obce ciało, metalowy sześcian o boku
pięciu centymetrów - wszył go chirurg, którego nazwiska i twarzy już nie
pamiętam. Wszystko zaczęło się od spotkania z fizjoterapeutką, z którą
odbywałem ćwiczenia z powodu zaburzeń równowagi. Kiedy na początku
godzinnej sesji zbadała mi puls, spojrzała na mnie z zaszokowanym
wyrazem twarzy i powiedziała: "Natychmiast jedziemy na oddział
ratunkowy! Ma pan tętno trzydzieści na minutę!".
Próbowałem ją uspokoić. "Od miesięcy mam wolne tętno i żadnych
niepokojących objawów".
Moje słowa jej nie przekonały. Nie chciała kontynuować sesji
fizjoterapeutycznej i zmusiła mnie, bym obiecał, że natychmiast
skontaktuję się ze swoim internistą, doktorem W., i porozmawiam z nim o tej sprawie.
Trzy miesiące wcześniej, podczas rutynowego badania odbywającego się raz
do roku, doktor W. zauważył moje wolne, niekiedy nieregularne tętno i skierował mnie do kliniki medycznej Uniwersytetu Stanforda
specjalizującej się w leczeniu arytmii. Przymocowano mi do piersi
monitor holterowski, który przez dwa tygodnie rejestrował bicie serca.
Okazało się, że tętno jest bardzo powolne, od czasu do czasu pojawia się
migotanie przedsionków. Aby zabezpieczyć mnie przed dotarciem skrzepu do
mózgu, doktor W. zapisał mi apiksaban (Eliquis), lek z grupy
antykoagulantów. Uchronił mnie on przed udarem, lecz pojawił się nowy
problem: od dwóch lat cierpię na zaburzenia równowagi, a poważny upadek
mógłby zakończyć się krwotokiem i śmiercią, ponieważ działania leku
przeciwzakrzepowego nie można cofnąć.
Kiedy doktor W. zbadał mnie dwie godziny po wizycie u fizjoterapeutki,
przyznał, że moje tętno stało się jeszcze wolniejsze, i kazał znowu
przymocować mi na dwa tygodnie monitor holterowski mający rejestrować
pracę serca.
Po dwóch tygodniach, gdy technik z kliniki arytmii usunął monitor i wysłał zapis do analizy laboratoryjnej, doszło do kolejnego
niepokojącego incydentu. Tym razem dotyczył on Marilyn. W trakcie
rozmowy nagle umilkła i nie była w stanie wykrztusić słowa. Trwało to
pięć minut. Po kilku następnych minutach odzyskała zdolność mówienia.
Pomyślałem, że prawie na pewno doznała udaru. Dwa miesiące wcześniej
wykryto u niej szpiczaka mnogiego i zaczęła przyjmować lenalidomid
(Revlimid). Udar mógł zostać wywołany przez toksyczny chemioterapeutyk
zażywany w ciągu dwóch ostatnich tygodni. Natychmiast zatelefonowałem do
internistki Marilyn - przypadkiem znajdowała się w pobliżu i szybko
przyjechała do naszego domu. Po krótkim badaniu wezwała karetkę, która
zawiozła Marilyn na oddział ratunkowy.
Następne godziny spędzone w poczekalni oddziału ratunkowego były
najgorszymi chwilami w całym naszym życiu. Lekarze dyżurni zlecili
wykonanie obrazowania mózgu, które wykazało, że rzeczywiście doszło do
udaru wskutek zakrzepu. Zaczęli podawać tkankowy aktywator plazminogenu
(t-PA), by rozpuścić skrzep. Niewielki odsetek pacjentów jest na niego
uczulony - niestety, Marilyn należała do tej grupy i o mało nie zmarła
na oddziale ratunkowym. Stopniowo doszła do siebie bez poważnych skutków
udaru i po czterech dniach opuściła szpital.
Los dalej nam nie sprzyjał. Zaledwie kilka godzin po tym, jak
przywiozłem Marilyn do domu, zatelefonował mój lekarz i oznajmił, że
przed chwilą otrzymał wyniki analizy rytmu mojego serca i że
bezwzględnie muszę mieć wszczepiony rozrusznik. Odpowiedziałem, że
niedawno wróciłem ze szpitala i jestem całkowicie zaabsorbowany opieką
nad Marilyn. Zapewniłem go, że zgłoszę się na operację na początku
przyszłego tygodnia.
- Nie, nie, Irv - odparł. - Posłuchaj mnie, trzeba to zrobić
natychmiast, to bezwzględnie konieczne. Musisz w ciągu godziny dotrzeć
na oddział przyjęć i poddać się operacji. Zapis dwutygodniowej pracy
serca wskazuje, że miałeś trzy tysiące dwieście dziewięćdziesiąt jeden bloków przewodnictwa przedsionkowo-komorowego
trwających łącznie jeden dzień i sześć godzin.
- Co to dokładnie znaczy? - spytałem. Uczyłem się kardiologii blisko
sześćdziesiąt lat wcześniej i nie udaję, że śledzę postępy medycyny.
- To znaczy, że w ciągu ostatnich dwóch tygodni impulsy elektryczne
twojego naturalnego rozrusznika w lewym przedsionku przeszło trzy
tysiące razy nie docierały do komory. Rezultatem były pauzy, a komora
kurczyła się w przypadkowych momentach. To stan zagrażający życiu i musisz się poddać natychmiastowej operacji.
Natychmiast pojechałem na oddział ratunkowy, gdzie zbadał mnie
kardiochirurg. Po trzech godzinach zawieziono mnie na salę operacyjną i wszczepiono mi rozrusznik. Opuściłem szpital po dwudziestu czterech
godzinach.
* * *
Zdjęto mi bandaże, metalowe pudełko znajduje się w mojej piersi pod
lewym obojczykiem. Nakazuje bić mojemu sercu siedemdziesiąt razy na
minutę - będzie to robić blisko dwanaście lat bez wymiany baterii. Nie
znam innego podobnego urządzenia. Od tego niewielkiego aparatu zależy
bardzo wiele: gdyby się zepsuł, umarłbym po kilku minutach. Jest
znacznie ważniejszy od latarki, która nie chce się zapalić,
szwankującego pilota telewizyjnego, wadliwie działającej nawigacji GPS w telefonie komórkowym. Jestem zdumiony kruchością swojego życia.
Tak wygląda moja obecna sytuacja: Marilyn, ukochana żona, najważniejsza
osoba w moim świecie od dnia piętnastych urodzin, zapadła na ciężką
chorobę, a moje własne życie jest zagrożone.
Mimo to, co dziwne, jestem spokojny, prawie pogodny. Dlaczego nie czuję
trwogi? Wiele razy zadaję sobie to dziwne pytanie. Przez większą część
życia byłem zdrowy fizycznie, a jednak, w głębi serca, zawsze zmagałem
się z lękiem przed śmiercią. Uważam, że źródłem moich badań na temat
lęku przed śmiercią był strach, który skłaniał mnie do pisania na ten
temat i udzielania pomocy pacjentom stojącym w obliczu śmierci. Gdzie
podział się teraz ten strach? Skąd bierze się spokój, kiedy śmierć jest
znacznie bliżej?
Mijają dni i stopniowo zapominamy o trudnych chwilach. Marilyn i ja
spędzamy poranki, siedząc obok siebie w ogrodzie. Podziwiamy otaczające
nas drzewa, trzymamy się za ręce i wspominamy wspólnie spędzone życie.
Rozmawiamy o licznych wyjazdach: dwóch latach na Hawajach, gdzie podczas
mojej służby w wojsku mieszkaliśmy w przepięknej miejscowości Kailua, o rocznym urlopie naukowym w Londynie, kilku miesiącach w Paryżu,
dłuższych pobytach na Seszelach, na Bali, we Francji, Austrii i we
Włoszech.
Kiedy cieszymy się cudownymi wspomnieniami, Marilyn ściska moją rękę i mówi:
- Irv, niczego nie żałuję.
Zgadzam się z całego serca.
Nasze życie było pełne. Wykorzystywałem różne idee, by pomóc pacjentom
czującym strach przed śmiercią, ale żadna z nich nie była tak potężna
jak koncepcja życia pozbawionego wyrzutów sumienia. Marilyn i ja nie
czujemy żalu - żyliśmy odważnie, w pełni. Staraliśmy się nie marnować
okazji, by poznać coś nowego, i teraz zostało nam niewiele czasu.
Marilyn idzie do domu się zdrzemnąć. Chemioterapia odbiera jej energię i żona często przesypia większą część dnia. Wyciągam się na kanapie i myślę o licznych pacjentach czujących strach przed śmiercią - a także
wielu filozofach patrzących śmierci prosto w oczy. Dwa tysiące lat temu
Seneka powiedział: "Nikt zaś nie może stawić się gotowy na śmierć, kto
żyć dopiero zaczyna. Należy dążyć do tego, by starczało nam
życia"1. Nietzsche, mistrzowski aforysta, napisał: "Bezpieczne
życie jest groźne"2. Przychodzi mi do głowy również inna rada
Nietzschego: "Wielu umiera zbyt późno, niektórzy umierają zbyt wcześnie
[...] Umieraj w porę!"3.
Hm, umrzeć w porę... to do mnie przemawia. Mam prawie osiemdziesiąt osiem
lat, Marilyn osiemdziesiąt siedem. Nasze dzieci i wnuki doskonale sobie
radzą. Stopniowo rezygnuję z praktyki psychiatrycznej, a teraz żona jest
poważnie chora.
"Umrzyj w porę". Trudno to wyrzucić ze świadomości. Później przypominam
sobie kolejny cytat z Nietzschego: "Co się stało doskonałe, wszystko
źrzałe - skonać chce! [...] Lecz wszystko, co cierpi, żyć chce, aby się
stało źrzałe, radosne i tęskne - tęskniące za wszystkim, co przyszłe,
wyższe i jaśniejsze"4.
Tak, to też pasuje. Dojrzałość... rzeczywiście, coś w tym jest. Marilyn i ja jesteśmy w fazie pełnej dojrzałości.
* * *
Moje myśli o śmierci mają źródło we wczesnym dzieciństwie. Pamiętam, że
jako młody człowiek byłem odurzony wierszem Buffalo Bill niech mu e.e.
cummingsa i recytowałem go wiele, wiele razy, jeżdżąc na rowerze:
Buffalo Bill niech mu
ziemia lekką będzie
jak on dosiadał
swego ogiera
z płynnego srebra
i spadał razdwatrzyczterypięć gołębiedokładnietaksamo
Chryste
jaki to był przystojny mężczyzna
i jednego tylko jestem ciekaw
czy lubi pan swoich niebieskookich chłopców
Panie Śmierć5
Towarzyszyłem - albo prawie towarzyszyłem - rodzicom w chwili śmierci.
Ojciec siedział zaledwie kilkadziesiąt centymetrów ode mnie, kiedy
zauważyłem, że głowa nagle opada mu na bok; spojrzał w lewo, w moją
stronę. Skończyłem szkołę medyczną zaledwie przed miesiącem, wyjąłem
strzykawkę z czarnej torby lekarskiej szwagra i wstrzyknąłem mu
adrenalinę prosto w serce. Ale było już za późno: zmarł wskutek
ciężkiego zawału.
Dziesięć lat później odwiedziłem z siostrą matkę w szpitalu: złamała
kość biodrową. Usiedliśmy i rozmawialiśmy przez dwie godziny, po czym
zawieziono ją na salę operacyjną. Poszliśmy na krótki spacer w okolicach
szpitala, a zanim wróciliśmy, z łóżka zdjęto pościel. Został tylko nagi
materac. Nie mieliśmy już matki.
* * *
Jest ósma trzydzieści w sobotę rano. Przebieg dzisiejszego dnia:
obudziłem się około siódmej, jak zawsze zjadłem lekkie śniadanie, po
czym przeszedłem ścieżką czterdzieści metrów do gabinetu, gdzie
włączyłem komputer i przeczytałem mejle. Pierwszy brzmiał:
Nazywam się M., jestem studentem z Iranu. Leczono mnie z powodu napadów
paniki, aż wreszcie mój lekarz wspomniał o Pańskich książkach i zasugerował, żebym przeczytał Psychoterapię egzystencjalną. Czytając
tę książkę, poczułem, że znalazłem odpowiedź na wiele pytań, które
gnębiły mnie od dzieciństwa. Czułem Pana obok siebie w trakcie lektury
każdej stronicy. Nikt oprócz Pana nie wyjaśnił moich lęków, wątpliwości.
Czytam Pańskie książki codziennie i od kilku miesięcy już nie mam ataków
paniki. Szczęście, że Pana odkryłem, straciwszy nadzieję na dalsze
życie. Lektura Pana książek budzi ją na nowo. Sam nie wiem, jak Panu
podziękować.
Do oczu napływają mi łzy. Takie mejle przychodzą codziennie - zwykle
trzydzieści albo czterdzieści - i czuję się szczęściarzem, że mogłem
pomóc tylu ludziom. Ponieważ wiadomość przesłano z Iranu, jednego z wrogów naszego kraju, wrażenie jest silniejsze. Czuję, że dołączyłem do
ogólnoświatowego bractwa ludzi, którzy próbują pomagać innym.
Odpowiadam studentowi z Iranu:
Jestem bardzo szczęśliwy, że moje książki są dla Pana ważne i pomocne.
Miejmy nadzieję, że pewnego dnia nasze kraje odzyskają rozsądek i współczucie dla siebie.
Z najlepszymi życzeniami,
Irv Yalom
Zawsze jestem wzruszony mejlami fanów, choć czasami przytłoczony ich
liczbą. Próbuję odpowiadać na każdą wiadomość, zwracając się do każdego
autora po imieniu, by wiedział, że czytałem jego list. Przechowuję je w folderze o nazwie "Fani", który stworzyłem parę lat temu i w którym
znajduje się teraz kilka tysięcy mejli. Oznaczam ten list gwiazdką -
planuję ponownie przeczytać listy oznaczone gwiazdką, gdy ogarnie mnie
zły nastrój i będę potrzebował wsparcia.
Jest dziesiąta rano, wychodzę z gabinetu. Zerkam na dom i widzę okno
sypialni. Zauważam, że Marilyn się obudziła i rozsunęła zasłony. Jest
ciągle słaba po zastrzyku sprzed trzech dni, więc szybko wracam do domu,
by przygotować śniadanie. Ale wypiła już trochę soku jabłkowego i nie ma
apetytu na nic więcej. Leży na kanapie w salonie, patrząc na dęby w ogrodzie.
Jak zawsze pytam, jak się czuje, i jak zawsze odpowiada szczerze:
- Koszmarnie. Nie potrafię tego opisać. Mam wrażenie, że jestem gdzieś
daleko... że dzieje się ze mną coś strasznego. Umarłabym, gdyby nie ty...
Nie chcę dalej żyć... Przepraszam, że stale to mówię. Wiem, że powtarzam
to codziennie.
Słyszę te słowa od kilku tygodni. Jestem przygnębiony i bezsilny. Nic
nie przysparza mi większego bólu niż cierpienie Marilyn. W każdym
tygodniu po chemioterapii ma mdłości, boli ją głowa, jest bardzo
zmęczona. Czuje się oderwana od swojego ciała, życia i ludzi: jest to
trudne do zniesienia. Wielu pacjentów poddawanych chemioterapii nazywa
ten stan "mózgiem po chemii". Zachęcam ją do przejścia trzydziestu
metrów do skrzynki na listy, jak zwykle bez powodzenia. Biorę ją za rękę
i próbuję jakoś pocieszyć.
Dziś, kiedy znowu mówi, że nie chce dłużej żyć w tym stanie, odpowiadam
inaczej:
- Marilyn, rozmawialiśmy kilka razy o prawie stanu Kalifornia, które
pozwala lekarzom pomóc pacjentom zakończyć życie, jeśli bardzo cierpią z powodu nieuleczalnej choroby. Pamiętasz, jak postąpiła nasza
przyjaciółka Alexandra? Przez ostatnie dwa miesiące mówisz, że żyjesz
tylko dla mnie, i martwisz się, jak wytrwam bez ciebie. Dużo o tym
myślałem. Ostatniej nocy długo nie mogłem zasnąć, zastanawiałem się
godzinami. Posłuchaj mnie, proszę. Przeżyję twoją śmierć. Będę dalej
żyć, prawdopodobnie niezbyt długo, biorąc pod uwagę metalowe pudełko w mojej piersi. Nie zaprzeczam, że będę tęsknić za tobą do ostatniej
chwili życia... ale będę dalej żył. Nie boję się śmierci... nie tak jak
dawniej. Pamiętasz, jak się czułem po operacji kolana, gdy miałem udar,
który wywołał zaburzenia równowagi i zmusił mnie do korzystania z laski
albo chodzika? Pamiętasz, jaki byłem nieszczęśliwy i przygnębiony?
Musiałem znowu podjąć terapię. Cóż, wiesz, że to minęło. Jestem teraz
spokojniejszy, już się nie zadręczam, nawet śpię dość dobrze. Chcę,
żebyś wiedziała jedno: przeżyję twoją śmierć. Nie mogę znieść myśli, że
ze względu na mnie cierpisz taki ból, taką udrękę.
Marilyn spogląda mi głęboko w oczy. Tym razem moje słowa ją poruszyły.
Bardzo długi czas siedzimy obok siebie, trzymając się za ręce.
Przychodzi mi do głowy jedno ze zdań Nietzschego: "Myśl o samobójstwie wielką jest pociechą:
dzięki niej niejedną złą noc przepędza się dobrze"6. Ale
zachowuję to dla siebie.
Marilyn zamyka na chwilę oczy, po czym kiwa głową.
- Dziękuję, że to powiedziałeś. Nigdy wcześniej tego nie mówiłeś. To
ulga... Wiem, że te miesiące to dla ciebie koszmar. Wszystko jest na
twojej głowie: zakupy, gotowanie, wożenie mnie do lekarza i kliniki,
długie godziny oczekiwania, ubieranie mnie, dzwonienie do moich
przyjaciół. Wiem, że jesteś zmęczony. A jednak mam wrażenie, że dobrze
się czujesz. Wydajesz się zrównoważony, opanowany. Kilka razy
powiedziałeś, że gdybyś mógł, chorowałbyś zamiast mnie. Wiem, że tak byś
zrobił. Zawsze się mną opiekowałeś, zawsze okazywałeś mi miłość, ale
ostatnio jesteś inny.
- Jaki?
- Trudno to opisać. Czasami wydajesz się spokojny. Prawie wyciszony.
Dlaczego? Jak tego dokonałeś?
- To ważne pytanie. Sam nie wiem. Ale podejrzewam, że nie ma to związku
z moją miłością do ciebie. Wiesz, że pokochałem cię, gdy byliśmy
nastolatkami. Chodzi o coś innego.
- Powiedz mi. - Marylin prostuje się i spogląda na mnie uważnie.
- Moim zdaniem o to. - Klepię metalowe pudełko w mojej piersi.
- Masz na myśli serce? Ale skąd spokój?
- Pudełko, którego dotykam, stale mi przypomina, że umrę na serce,
prawdopodobnie nagle i szybko. Nie jak John i inni ludzie, których
widzieliśmy na oddziale dla pacjentów z demencją.
Marilyn kiwa głową; rozumie. John był naszym bliskim przyjacielem,
cierpiał na zaawansowaną demencję i niedawno zmarł w pobliskim domu
opieki. Kiedy go ostatnio odwiedziłem, nie poznawał mnie ani nikogo
innego, po prostu stał i całymi godzinami krzyczał. Nie potrafię wymazać
z pamięci tego obrazu: to koszmarna śmierć.
- Teraz, dzięki temu, co się dzieje w mojej piersi, wierzę, że umrę
szybko, jak mój ojciec - mówię, dotykając metalowego pudełka.
Maj
Rozdział 2
Zostaję inwalidką
Ja, Marilyn, codziennie leżę na kanapie w salonie i przez okna sięgające
od podłogi do sufitu patrzę na dęby i wiecznie zielone krzewy rosnące w ogrodzie. Jest wiosna - na naszym wspaniałym dębie klapowanym znowu
pojawiły się liście. Dziś zauważyłam sowę, która przysiadła na świerku
między frontową ścianą domu a gabinetem Irva. Widzę część ogrodu
warzywnego, w którym nasz syn Reid posadził pomidory, fasolkę
szparagową, ogórki i kabaczki. Chce, żebym myślała o warzywach
dojrzewających w lecie, gdy rzekomo "poczuję się lepiej".
W ciągu ostatnich kilku miesięcy, odkąd wykryto u mnie szpiczaka
mnogiego i zaczęłam przyjmować duże dawki leków, czuję się koszmarnie.
Co tydzień dostaję zastrzyki chemioterapeutyków, po czym zawsze mam
mdłości i doświadczam przykrych sensacji fizjologicznych, których opisu
oszczędzę Czytelnikom. Stale jestem zmęczona - mam wrażenie, że mój mózg
owinięto watą albo oddziela mnie od świata półprzejrzysta zasłona.
U kilku moich przyjaciółek wykryto raka piersi i dopiero teraz rozumiem,
przez co przeszły, walcząc z chorobą. Chemioterapia, naświetlania,
operacje, grupy wsparcia stały się codziennymi elementami ich życia.
Dwadzieścia pięć lat temu, gdy pisałam Historię kobiecych piersi, raka
piersi ciągle uznawano za śmiertelną chorobę. Dzisiaj lekarze uważają go
za chorobę przewlekłą, którą można leczyć i powstrzymać. Zazdroszczę
kobietom cierpiącym na raka piersi, ponieważ można go zwalczyć i zakończyć chemioterapię. Szpiczak mnogi zwykle wymaga stałej
chemioterapii, choć zastrzyki stosuje się rzadziej niż raz w tygodniu,
co muszę w tej chwili znosić. Nieustannie zadaję sobie pytanie: "Czy
naprawdę warto?".
Mam osiemdziesiąt siedem lat. To dobry wiek, by umrzeć. Kiedy patrzę na
nekrologi w "San Francisco Chronicle" albo "New York Timesie", zauważam,
że większość zmarłych to osoby po osiemdziesiątce albo młodsze. W Stanach Zjednoczonych średnia długość życia wynosi siedemdziesiąt
dziewięć lat. Nawet w Japonii, rekordowej pod względem długowieczności,
kobiety przeżywają średnio osiemdziesiąt siedem lat (ściśle biorąc,
87,32 roku). Dzieliłam z Irvem długie, satysfakcjonujące życie i prawie
zawsze cieszyłam się dobrym zdrowiem. Dlaczego miałabym teraz żyć,
codziennie znosząc cierpienie i rozpacz?
Prosta odpowiedź brzmi, że śmierć nigdy nie jest łatwa. Jeśli nie wyrażę
zgody na chemioterapię, wcześniej czy później (raczej wcześniej) czeka
mnie bolesna śmierć z powodu szpiczaka. W Kalifornii lekarze mogą
pomagać chorym popełnić samobójstwo, więc kiedy nadejdzie koniec, będę
mogła poprosić o samobójstwo pod nadzorem lekarza.
Ale jest jeszcze inna, bardziej złożona odpowiedź na pytanie, czy
powinnam dalej żyć. W tym makabrycznym okresie lepiej zdałam sobie
sprawę, jak bardzo moje życie łączy się z życiem innych ludzi - nie
tylko męża i dzieci, lecz również wielu przyjaciół wspierających mnie w trudnych chwilach. Napisali wiele listów podnoszących na duchu,
przynosili do domu smakołyki, przysyłali kwiaty i rośliny. Stara
przyjaciółka z college'u podarowała mi miękki, puchaty szlafrok, inna
zrobiła na drutach wełniany szal. Stale sobie przypominam, jakie to
szczęście, że mam takich przyjaciół; poza tym są również członkowie
rodziny. W końcu doszłam do wniosku, że człowiek żyje nie tylko dla
siebie, lecz również dla innych. Chociaż może się to wydawać oczywiste,
dopiero teraz rozumiem w pełni tę prawdę.
W trakcie pracy w Instytucie Badań nad Kobietami (którym kierowałam w latach 1976-1986 na Uniwersytecie Stanforda) stworzyłam sieć
wykładowczyń akademickich i zaangażowanych współpracownic; z wieloma
blisko się zaprzyjaźniłam. Przez piętnaście lat, od 2004 do 2019 roku,
prowadziłam salon literacki w domu w Palo Alto i mieszkaniu w San
Francisco. Uczestniczyły w nim autorki z rejonu Bay Area, co znacznie
poszerzyło mój krąg przyjaciółek. Poza tym jako emerytowana profesorka
literatury francuskiej spędzałam wiele czasu we Francji i innych krajach
europejskich, gdy tylko było to możliwe. Tak, moja godna zazdrości
pozycja zawodowa stwarzała okazję do nawiązywania takich przyjaźni.
Pociesza mnie myśl, że moje życie i śmierć mają znaczenie dla przyjaciół
na całym świecie - we Francji, Cambridge, Nowym Jorku, Dallas, na
Hawajach, w Grecji, Szwajcarii i Kalifornii.
Na szczęście dla mnie i Irva czworo naszych dzieci - Eve, Reid, Victor i Ben - mieszka w Kalifornii, troje w Bay Area, a czwarte w San Diego. W ciągu ostatnich kilku miesięcy odgrywały dużą rolę w naszym życiu,
spędzały u nas dnie i noce, gotowały posiłki, dodawały otuchy. Eve, z zawodu lekarka, przyniosła mi medyczne żelki z marihuaną; zażywam
połówkę przed kolacją, by walczyć z mdłościami i mieć lepszy apetyt.
Działają skuteczniej niż inne specyfiki i nie mają zauważalnych skutków
ubocznych.
Lenore, nasza japońska wnuczka, mieszkała z nami przez rok, gdy
pracowała w start-upie biotechnologicznym w Dolinie Krzemowej. Na
początku pomagałam jej się przystosować do życia w Ameryce - teraz to
ona się mną opiekuje. Pomaga nam w sprawach związanych z komputerami i telewizją, wzbogaca naszą dietę japońskimi potrawami. Będziemy za nią
bardzo tęsknić, kiedy za kilka miesięcy wyjedzie na studia doktoranckie
na Uniwersytecie Northwestern.
Przede wszystkim pomaga mi Irv. Jest czułą, kochającą pielęgniarką -
cierpliwą, pełną zrozumienia, pragnącą ograniczyć moje cierpienia. Od
pięciu miesięcy nie jeżdżę samochodem, więc kiedy nie odwiedzają nas
dzieci, to on robi sprawunki i gotuje posiłki. Odwozi mnie do lekarzy i czuwa przy mnie w czasie kilkugodzinnych kroplówek. Wieczorami przegląda
program telewizyjny i oglądamy filmy, które z pewnością nie byłyby jego
pierwszym wyborem. Nie piszę tych pochwał, by mu pochlebiać albo
zaprezentować go jako świętego. To szczera prawda: tak to odbieram.
Często porównuję swoją sytuację z losem pacjentek, które nie mają
kochającego partnera albo przyjaciela, więc przechodzą chemioterapię
samotnie. Kiedy ostatnio czekałam na kroplówkę w szpitalu Uniwersytetu
Stanforda, kobieta siedząca obok mnie powiedziała, że jest samotna, ale
znajduje pociechę w chrześcijaństwie. Rozmawia z lekarzami sama, lecz
stale czuje obok siebie obecność Boga. Nie jestem wierząca, ale było mi
miło ze względu na nią. W podobny sposób dodawali mi otuchy przyjaciele,
którzy mówili, że się za mnie modlą. Moja przyjaciółka Vida, bahaitka,
modli się za mnie codziennie: jeśli Bóg istnieje, musi słyszeć jej
żarliwe modlitwy. Inni przyjaciele - katolicy, protestanci, żydzi,
muzułmanie - również deklarują, że się za mnie modlą. Pisarka Gail
Sheehy wzruszyła mnie do łez, gdy napisała: "Będę się za Ciebie modlić i wyobrażać sobie, że Bóg trzyma Cię w dłoni. Jesteś taka maleńka, że na
pewno się zmieścisz".
Irv i ja, Żydzi pod względem kulturowym, nie wierzymy, że zachowamy
świadomość po śmierci, a jednak dodają mi otuchy słowa Starego
Testamentu: "Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie
ulęknę"7. Słowa te krążą w mojej głowie wraz z innymi cytatami z tekstów religijnych i świeckich, które zapamiętałam przed wielu laty:
"Gdzież jest, o śmierci, twoje zwycięstwo?"8.
"Śmierć jest najgorsza, każdy jednak ginie"9.
Jest również piękny wiersz Krzątanina w Mieszkaniu Emily Dickinson:
Uprzątać Serce - upychać
Miłość w komórkę bezpieczną -
Będzie potrzebna dopiero,
Kiedy się zacznie Wieczność10.
W mojej obecnej sytuacji, gdy leżę na kanapie i myślę, wszystkie te
znajome teksty poetyckie nabierają nowego znaczenia. Z pewnością nie
mogę posłuchać rady Dylana Thomasa: "Buntuj się, buntuj, gdy światło się
mroczy"11. Brakuje mi wystarczającej energii. Bardziej
przemawiają do mnie pewne inskrypcje, które ja i mój syn Reid
znaleźliśmy w czasie fotografowania nagrobków do książki The American
Resting Place z 2008 roku. Dobrze pamiętam jedną z nich: "Nie
umarliśmy, jeśli żyjemy w sercach bliskich". Trzeba żyć w sercach
bliskich - albo, jak często mówi Irv, wywrzeć na nich wpływ, pozostawić
"kręgi na wodzie", osobiście albo za pomocą napisanych książek. Warto
też skorzystać z rady świętego Pawła, który powiedział: "Gdybym też miał
[...] wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił, a miłości bym
nie miał, byłbym niczym"12.
Słowa świętego Pawła o fundamentalnym znaczeniu miłości są godne
głębokiego zastanowienia, bo przypominają, że miłość, oznaczająca dobroć
okazywaną innym ludziom i współczucie dla ich cierpień, stanowi podstawę
wszystkich pozostałych cnót. Jako feministka zawsze jestem zaszokowana,
czytając następne wersety Pierwszego Listu do Koryntian: "Kobiety
powinny na tych zgromadzeniach milczeć; nie dozwala im się bowiem
mówić"13. Później padają zdania: "Jeśli pragną się czego nauczyć,
niech zapytają w domu swoich mężów! Nie wypada bowiem kobiecie
przemawiać w zgromadzeniu"14. Kiedy to czytam, śmieję się
pod nosem, przypominając sobie wiele wspaniałych kazań Jane Shaw w kaplicy Uniwersytetu Stanforda.
Henry James przekształcił słowa świętego Pawła o miłości w inteligentną
formułę:
W ludzkim życiu ważne są trzy rzeczy. Pierwsza to dobroć. Druga to
dobroć. Trzecia to dobroć15.
Mam nadzieję przestrzegać tego przykazania nawet mimo cierpień
wywołanych moją obecną chorobą.
* * *
Znam wiele kobiet, które odważnie stawiały czoła własnej śmierci albo
śmierci małżonków. W lutym 1954 roku, kiedy wróciłam z Wellesley College
do Waszyngtonu na pogrzeb ojca, pierwsze słowa mojej zrozpaczonej matki
brzmiały: "Musisz być bardzo dzielna". Zawsze była ideałem dobroci i przede wszystkim troszczyła się o córki, nawet gdy żegnała męża, z którym przeżyła dwadzieścia siedem lat. Miał zaledwie pięćdziesiąt
cztery lata i nagle zmarł na atak serca, łowiąc ryby na otwartym morzu u wybrzeży Florydy.
Po kilku latach matka znowu wyszła za mąż. Zawarła cztery związki
małżeńskie i pochowała czterech mężów! Poznała wnuki, a nawet kilkoro
prawnuków. Przeprowadziła się do Kalifornii, by mieszkać bliżej nas, i spokojnie zmarła w wieku dziewięćdziesięciu dwóch lat i sześciu
miesięcy. Zawsze zakładałam, że umrę w tym samym wieku - ale teraz wiem,
że nie przekroczę dziewięćdziesiątki.
Bliska przyjaciółka, Susan Bell, prawie dożyła dziewięćdziesiątki.
Kilkakrotnie cudem uniknęła śmierci. W 1939 roku uciekła z Czechosłowacji przed hitlerowcami i dotarła z matką do Londynu,
pozostawiwszy w Europie ojca, który zginął w obozie koncentracyjnym w Terezinie. Susan i jej rodzice byli ochrzczeni w Kościele luterańskim,
ale miała czworo żydowskich dziadków, więc naziści chcieli ją zabić i zamordowali jej ojca.
Kilka tygodni przed śmiercią Susan przekazała mi cenny podarunek -
srebrny angielski imbryk do herbaty z dziewiętnastego wieku. Wcześniej
przez wiele lat piłyśmy z niego herbatę, pracując nad książką Revealing
Lives z 1990 roku, zbiorem artykułów o autobiografiach, biografiach i gender. Susan była jedną z pionierek badań nad dziejami kobiet i kontynuowała je do końca życia, współpracując z Instytutem Claymana na
Uniwersytecie Stanforda. W lipcu 2015 roku zmarła nagle na basenie w wieku osiemdziesięciu dziewięciu lat i sześciu miesięcy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki