Sprawa Papały. Największa porażka polskiej policji - Marek Siewert, Grzegorz Głuszak

-
Proszę czekać

WSTĘP

MAREK SIEWERT

Siedziałem na korytarzu Sądu Apelacyjnego w Warszawie i czekałem na orzeczenie w sprawie karnej, która kosztowała mnie wiele pracy i emocji, powodując jednocześnie lawinę zmian w życiu zawodowym. Obserwowałem stojących obok dziennikarzy, wyposażonych w kamery i mikrofony, i zastanawiałem się, czy mogłem zrobić coś więcej, lepiej lub po prostu inaczej.

Dwadzieścia pięć lat temu sprawa była tematem najwyższej wagi, kwestią honorową dla polskiej policji. Dziś nie elektryzuje już opinii publicznej. Wyraźnie znudzone nią media przysłały do sądu swoich przedstawicieli, raczej z reporterskiego obowiązku niż w poszukiwaniu sensacji. Wobec kolejnych afer, politycznych przepychanek i głośnych zdarzeń kryminalnych to śledztwo przestało już być tak ważne jak kiedyś.

Kątem oka zauważyłem, że z głębi korytarza wyłania się sylwetka żony zamordowanego, Małgorzaty, która w towarzystwie dawnego zastępcy generała usiadła z boku w oczekiwaniu na rozpoczęcie ostatniego posiedzenia w tej sprawie. Nie przywitaliśmy się. Nigdy nie zamieniliśmy ze sobą nawet jednego słowa. Ze słyszenia wiem, że nie darzyła mnie sympatią, ponieważ podważałem stanowisko nadzorującej wówczas śledztwo prokuratury, zwłaszcza w kwestii okoliczności, w jakich miało dojść do zabójstwa Marka Papały.

Być może rodzinie zależało na utrzymaniu tezy, że morderstwo miało ścisły związek z jego służbą w policji, na utrwaleniu wizerunku ofiary systemu, która poniosła najwyższą cenę za walkę ze zorganizowaną przestępczością powiązaną z polityką i biznesem. Taki obraz przez ponad dwadzieścia lat kreowały wszystkie media i podsycali dziennikarze śledczy, politycy, a nawet byli policjanci.

Znałem każdy szczegół tego śledztwa. Zgromadzony materiał mógłbym cytować z pamięci. Czytałem go wiele razy. Każdą kartkę dokładnie oglądałem i analizowałem. Setki tomów dokumentacji procesowej i operacyjnej - znałem je wszystkie, najdrobniejsze szczegóły. Często denerwowało mnie, gdy jakiś dziennikarz śledczy lub, co gorsza, emerytowany policjant wypowiadał się w mediach na temat tej sprawy, powołując się na znajomość dokumentacji, snując przy tym swoje przypuszczenia co do okoliczności, motywu i sprawcy/sprawców tego zabójstwa. Były to często informacje niepoparte rzetelnymi dowodami, zasłyszane od innych osób, wyczytane w internecie, budujące przekonanie o misternie przygotowanym spisku i zamachu na życie generała polskiej policji.

Słuchając tych wszystkich hipotez i plotek, można było zauważyć, że są tworzone przez osoby nieznające nawet fragmentów akt śledztwa, ale samozwańczo kreujące się na ekspertów w sprawie. Na temat zabójstwa generała Marka Papały napisano kilka książek, jednak żadna z nich nie dostarczyła nawet połowy informacji o tym, co się tak naprawdę wydarzyło. Żaden z autorów nie udzielił odpowiedzi na wszystkie z siedmiu złotych pytań: co, gdzie, kiedy, w jaki sposób, czym, dlaczego i kto?

Kluczowe w tym śledztwie było pytanie szóste. Dlaczego zabito byłego komendanta głównego policji? Dlaczego zginął człowiek, który w momencie śmierci nie pełnił już żadnej funkcji publicznej, nie nadzorował śledztw, nie mógł nikomu zaszkodzić?

Niewielu było zaskoczonych uniewinnieniem. W praktyce sądy drugiej instancji rzadko zmieniają wyroki swoich poprzedników i często opierają się na wcześniejszych rozstrzyg­nięciach.

Słuchając orzeczenia, byłem przekonany, że sąd - mając w pamięci analogiczne sprawy, jak choćby Czesława K., ps. Czester, czy Tomasza Komendy - po blisko dwudziestu pięciu latach od zdarzenia wolał uznać, że lepiej uniewinnić trzynastu łotrów, niż skazać kolejnego niewinnego. Zbulwersowało mnie jednak uzasadnienie wyroku. Nieprawdą było bowiem, że złodziej samochodowy oskarżony w tej sprawie nie dysponował bronią palną podczas dokonywanych przez siebie przestępstw - kradzieży i napadów na kierowców. Nie nazwałbym oskarżonych pospolitymi złodziejami, lecz bandytami dopuszczającymi się często brutalnych napadów. Wyrok sądu należy szanować i ja go szanuję, ale mam również prawo się z tym orzeczeniem nie zgadzać.

Gdy wracałem do domu, z zamyślenia wyrwał mnie dzwonek telefonu. W słuchawce głos znajomego dziennikarza.

- Słyszałem, słyszałem, już trąbią w mediach, pewnie jesteś wkurzony, co? Uniewinnili go! - zaczął.

- Nic na to już nie poradzisz... zamknijmy ten temat. Nikomu na tym nie zależy, to jest sprawa beznadziejna. Lepiej spotkajmy się na browarku w jakimś spokojnym miejscu, to o tym pogadamy, co?

- Dobry pomysł, ale nie mogę teraz rozmawiać, bo jadę, oddzwonię z domu, to się umówimy, chętnie się spotkam.

- Dobrze, czekam na info.

Tymczasem mój telefon rozdzwonił się jak szalony. Porozmawiać chcieli chyba wszyscy, którzy byli zaangażowani w śledztwo. Miałem jednak poczucie, że to właśnie ja jestem najbardziej przejęty tą sprawą, ponieważ najdłużej przy niej pracowałem. Podświadomie widziałem te spojrzenia i uśmiechy znajomych z policji, którzy często krytykowali moje wnioski i tylko pozornie mi kibicowali. Teraz zapewne byli zadowoleni, że sprawa osiągnęła - z mojej perspektywy - negatywny i ostateczny finał. No cóż, ludzie niełatwo wybaczają sukces. Porażką się karmią.

Po powrocie do domu nie miałem nastroju relacjonować żonie pobytu w sądzie. Chciałem po prostu pobyć sam. Przeczytałem tylko kilka wiadomości internetowych na ten temat. Dla wyciszenia i uspokojenia poszedłem na spacer po bulwarach wiślanych. Nie pomogło. Najtrudniejsza do zniesienia była myśl, że od 2000 do 2025 roku, przez dwadzieścia pięć lat, polska policja nadal musi chronić zabójcę własnego generała, któremu zbyt pochopnie, bez należytej weryfikacji, przyznano status świadka koronnego.

Następnego dnia telefony nie milkły. Dzwoniły osoby znające mniej lub więcej wszystkie puzzle, które układane przez kilkanaście lat pozwoliły na zbudowanie ostatniej wersji śledczej, wyśmiewanej zresztą przez większość dziennikarzy. Nie znali oni bowiem wszystkich kontekstów prowadzonych ustaleń, na podstawie których wspólnie z łódzką prokuraturą zbudowaliśmy akt oskarżenia.

Właśnie te telefony oraz artykuły zmobilizowały mnie do opisania okoliczności, które doprowadziły do odkrycia prawdy. Jeśli nie opowiem o tym ja, prawda nigdy nie ujrzy światła dziennego. A tyle jestem winien Papale.

WSTĘP

GRZEGORZ GŁUSZAK

Kiedy Marek Papała został zastrzelony, nawet nie myślałem o tym, że kiedykolwiek zostanę dziennikarzem. W czerwcu 1998 roku zapewne biegałem gdzieś z tyczką, teodolitem czy niwelatorem na jakichś praktykach studenckich z geodezji bądź siedziałem gdzieś z kolegami na piwie po zdanym bądź niezdanym egzaminie w trakcie trwania sesji letniej. Bardziej obstawiam tę drugą wersję, bo tzw. kampanie wrześniowe były raczej w moim życiu studencką normą, choć, zastrzegam, tylko na pierwszych studiach. Na drugich, już jako dorosły facet, wszystko zdawałem zazwyczaj w pierwszych terminach.

Gdybym nawet usilnie próbował odnaleźć w pamięci, co robiłem tego dnia, gdy zginął generał polskiej policji, to w żaden sposób nie jestem w stanie odtworzyć sobie choćby samego faktu, bym w mediach usłyszał taką informację. Jeżeli nawet gdzieś kątem oka zobaczyłem to w jakiejś telewizji czy usłyszałem w jakimś radiu, to widocznie był to tak mało istotny fakt w moim życiu, że nie przykuł mojej uwagi. Rok później zaproszono mnie do lokalnego radia, w którym szybko odnalazłem swoje powołanie dziennikarskie jako reporter lokalnej rozgłośni radiowej, a we wrześniu 2000 roku, czyli dwa lata od zabójstwa Marka Papały, na trzecim piętrze przy ulicy Pułkownika Dąbka 2 w Krakowie odbierałem legitymację dziennikarską.

Zanim usiadłem do pisania tej książki, o samym Marku Papale wiedziałam niewiele. Tyle że był komendantem głównym policji, że został zastrzelony i że do dziś nie zatrzymano sprawcy bądź sprawców jego morderstwa. Pracując jednak w swoim zawodzie, chcąc nie chcąc, śledziłem losy spraw, w których oskarżony o morderstwo generała był najpierw Ryszard Bogucki, a potem między innymi świadek koronny Igor Ł., ps. Patyk. Znałem nazwę ulicy, na której generał został zastrzelony, ale chyba tylko dlatego, że czasami tamtędy przejeżdżałem. Znałem gmach komendy głównej, w której pracował, ale to też tylko dlatego, że zdarzało mi się zaglądać w to miejsce. Ale o nim samym zupełnie nic, trochę jakby nie istniał, a jednak został zamordowany. Tylko dlaczego akurat on? Co mógł wiedzieć, z kim utrzymywał kontakty, komu nadepnął na odcisk? Oczywiście w przestrzeni publicznej pojawiały się nazwiska polonijnego biznesmena Edwarda Mazura, premiera Leszka Millera, Nikodema S., ps. Nikoś, wcześniej wspomnianego już Ryszarda Boguckiego, ale pozostawało pytanie, czym zasłużył sobie na śmierć Marek Papała, o ile na śmierć ktokolwiek może sobie zasłużyć. Może miał jakieś wybitne osiągnięcia? Wiedziałem, że miał za zadanie dostosować standardy polskiej policji do standardów zachodnioeuropejskich, ale kto wtedy nie myślał w takim czy innym resorcie, w takim czy innym ministerstwie, takiej czy innej instytucji, by uczyć się od Zachodu? Dopiero co uwolniliśmy się z sowieckiej niewoli, a już marzyliśmy o wejściu do Unii Europejskiej, ale by to uczynić, musieliśmy dostosowywać prawo i przepisy, w tym też i policję, do funkcjonowania w nowej dla nas wciąż rzeczywistości po latach życia w jedynie słusznym komunistycznym systemie. Wiedziałem, że zanim Papała został komendantem głównym, pracował w Komendzie Głównej Policji w Biurze Ruchu Drogowego, czyli popularnej "drogówce". Przeszedł chyba nawet wszystkie szczeble kariery w tym wydziale, ale przecież nie został zabity, bo lata temu wlepił jakiemuś jegomościowi mandat. Tyle to głupie, co i mało śmieszne. O spektakularnych sukcesach komendanta głównego policji jakoś nie było słychać. Wiedzę zapewne jakąś posiadał, bo na tym stanowisku zawsze wie się dużo, ale wydaje mi się, że naczelnik wydziału kryminalnego, ktoś z pionu operacyjnego czy pionu dochodzeniowo-śledczego takiej czy innej jednostki policji w Warszawie wiedział o wiele więcej o nieformalnych powiązaniach świata biznesu, polityki i zorganizowanej przestępczości. A jakoś nie było słychać, by zginął ktoś taki. W tamtych czasach to i owszem - ginęli masowo gangsterzy, ale na własne życzenie i powód zawsze się jakiś znalazł, ale dlaczego miał zginąć Marek Papała? A może właśnie nie miał?

Wracając do szczególnych osiągnięć generała, na wszelki wypadek, by nic nie przeoczyć, przejrzałem dostępne w sieci materiały. Nie za wiele tego było, poza oczywiście wszechobecnymi artykułami o jego morderstwie, o procesie itd. Hasłowo zapytałem też AI, wpisując frazę: "wybitne osiągnięcia Marka Papały". Oto, co otrzymałem.

Najważniejsze osiągnięcia i etapy jego kariery:

Stanowisko komendanta głównego policji: W latach 1997-1998 pełnił funkcję szefa polskiej policji, stając się jednym z najmłodszych komendantów w historii tej formacji. Został wówczas awansowany do stopnia generalskiego (nadinsp.). Reforma i unowocześnienie służb: W uznaniu zasług w reformowaniu polskiej policji i dostosowywaniu jej do standardów zachodnioeuropejskich został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Ekspert ds. bezpieczeństwa ruchu drogowego: Przed objęciem najwyższych stanowisk, od 1984 roku służył w Biurze Ruchu Drogowego Komendy Głównej Policji, gdzie przeszedł drogę od inspektora do stanowiska dyrektora biura, stając się jednym z czołowych krajowych specjalistów w tej dziedzinie. Wybitne wykształcenie i praca naukowa: Jako jeden z nielicznych oficerów swojej generacji posiadał stopień naukowy. W 1990 roku uzyskał tytuł doktora nauk prawnych na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego. Był również wykładowcą akademickim w Wyższej Szkole Oficerskiej MSW w Szczytnie. Zwalczanie przestępczości międzynarodowej: Jako zastępca komendanta głównego (od 1995 r.) i komendant główny aktywnie współpracował z organami ścigania w USA i Europie, co przyczyniło się do skuteczniejszego rozpracowywania międzynarodowych kanałów przerzutu narkotyków i kradzionych samochodów.

Co prawda sztuczna inteligencja znalazła informacje o jego zasługach w ściganiu przestępczości narkotykowej, ale trzeba pamiętać, że były to czasy, w których państwo dopiero podejmowało walkę z wszechobecną przestępczością zorganizowaną. Marek Papała nie był ani pierwszym, ani ostatnim, który wypowiadał wojnę gangsterom. Jest odznaczenie Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, ale kluczowe są tu słowa: "pośmiertnie odznaczony". Krzysiek, kolega, który pracował w stołecznej, kiedy komendantem głównym był Papała, opowiadał mi, że generał chciał stworzyć coś w rodzaju wydzielonej komórki w policji zajmującej się korupcją, i to na wysokich szczeblach, przenikaniem się świata przestępczego z polityką, biznesem, skorumpowaną wówczas policją, prokuraturą i sądami. Krzysiek został nawet zaproszony na rozmowę, by wstąpić do takiego zespołu, ale nic z tego nie wyszło. Marek Papała nie zdążył zrealizować swoich planów, i to bynajmniej nie dlatego, że został zamordowany, ale po prostu został odwołany z funkcji komendanta głównego policji. Oczywiście nie obeszło się bez spekulacji, że wiedział za dużo, że był niewygodny, ale prawda o zwolnieniu go w styczniu 1998 roku była prozaiczna. Zmieniła się władza, zmieniali się zarządcy i zmieniali się komendanci policji. Tak zawsze było, tak jest i zapewne tak będzie. Każda nowa ekipa, choć bez wyjątku zapowiada niezależność prokuratury czy policji, na czele tego czy innego resortu siłowego stawia swojego zaufanego człowieka. Marka Papałę odsunięto od pełnienia funkcji komendanta głównego policji, bo widocznie nie pasował już władzy. Zamordowany został 25 czerwca 1998 roku, a więc pięć miesięcy później. To ważny fakt, choć często się o nim zapomina. Zamordowany został były komendant główny policji. Niby szczegół, ale wydaje się, że bardzo istotny. Komendantem był rok, bo powołany na funkcję został 3 stycznia 1997 roku. Czy przez ten czas zdobył jakąś wiedzę dla kogoś niewygodną? Mało prawdopodobne, tym bardziej że założyć można, że na wypadek śmierci zdeponowałby u kogoś jakieś dokumenty, które ujrzeć miałyby światło dzienne, gdyby coś mu się stało. W chwili śmierci nie miał już praktycznie żadnego wpływu na to, co dzieje się w policji. Jedną nogą zresztą był już za granicą naszego kraju.

Jak zwykłem mawiać - przypadki występują w gramatyce. W życiu co najwyżej pojawiają się zbiegi okoliczności. Wszystko ma jakiś sens i zapewne to, że poznałem Marka Siewerta, również do przypadków nie należało.

MÓJ POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI

GRZEGORZ GŁUSZAK

Był czerwiec 2024 roku. W siedzibie Fundacji Dowód Niewinności panował względny spokój. Paweł Matyja, współzałożyciel fundacji, załatwiał jakieś zaległe sprawy, ja przeglądałem listy, których stos zalegał na biurku przede mną. Głównie te z zakładów karnych, ale były też i inne. Czekaliśmy na spotkanie. Paweł uprzedził, że zjawi się u nas mężczyzna z jakąś sprawą, ale zdradził tylko, że facet ma brata odsiadującego wyrok za zabójstwo. Usłyszałem czyjeś kroki na schodach, potem kilka stuknięć do drzwi. W progu stał niewysoki mężczyzna, ciemny szatyn, szczupły. Wszedł do środka dość pewnie, co wzbudziło moje zainteresowanie, bo zazwyczaj ludzie, którzy do nas przychodzą, tylko lekko uchylają drzwi, przez które wkładają głowę, by się upewnić, że znaleźli się we właściwym miejscu. Ten człowiek nie miał problemów z nieśmiałością, po czym szybko wywnioskowałem, że nie jest to jego pierwsza wizyta. Od razu skierował się wprost do pomieszczenia, w którym siedział Paweł. Skinął mi tylko lekko głową w geście powitania. Chwilę później moje przypuszczenia się potwierdziły - mężczyzna nie był tu pierwszy raz, a z Pawłem znali się nie od wczoraj. Tym bardziej zaciekawiło mnie, kim był i z czym przyszedł.

- Grzesiek, to jest pan Artur, brat Ryszarda Boguckiego, wiesz którego.

Wiedziałem bardzo dobrze. Z Ryszardem Boguckim rozmawiałem wiele lat temu, gdy dzwonił do mnie z zakładu karnego. Co nieco o nim wiedziałem, nie znałem co prawda jego daty urodzenia, ale bez wątpienia był przynajmniej pięć, może nawet dziesięć lat starszy ode mnie, musiał być już dobrze po pięćdziesiątce. Człowiek, który siedział przede mną, miał może trzydzieści pięć lat. Automatycznie uruchomił mi się w głowie kalkulator. Mężczyzna chyba dostrzegł, że w mojej głowie zachodzą procesy myślowe, więc pospieszył z wyjaśnieniem:

- Panie Grzegorzu, bardzo miło mi pana poznać. Zdaję sobie sprawę, że zastanawia się pan, czy pan mecenas się nie pomylił, ale proszę mi uwierzyć, nie jest pan pierwszą osobą ani zapewne ostatnią, która bierze mnie raczej za syna Ryśka niż brata. Często się to zdarza, więc przywykłem.

Tylko przytaknąłem, bo nie za bardzo wiedziałem, co powiedzieć.

- To prawda, Rysiek mógłby być moim ojcem, mamy jeszcze rodzinne zdjęcia, jak nosił mnie na rękach jako niemowlaka. Tak po prostu wyszło. Ale zapewniam, że to mój brat, nie ojciec.

Jedną kwestię mieliśmy przynajmniej wyjaśnioną, co nie oznaczało, że cieszyła mnie ta wizyta. Byłem na pewno zdziwiony i trochę zirytowany faktem, że Paweł skrzętnie ukrywał przede mną tożsamość mężczyzny, z którym właśnie przyszło mi się spotkać. Kiedyś tak niby przez przypadek, niby mimochodem wspomniał o sprawie Ryszarda Boguckiego. Teraz wiedziałem, że tamta rozmowa była pewnego rodzaju wprowadzeniem, choć wówczas angażowanie fundacji w sprawę gangstera uważałem za nietrafiony pomysł. Paweł był odmiennego zdania. Pewnie gdyby mnie wcześniej uprzedził, że umówił nas na spotkanie, raczej uznałbym, że sam musi zmierzyć się z tematem. Zawsze uważałem, że jest wielu, którym warto pomóc, bo faktycznie zostali skrzywdzeni przez wymiar sprawiedliwości. Ale Bogucki? To, gdzie znajdował się od dwudziestu czterech lat, do przypadków nie należało. Co prawda został oczyszczony z zarzutu zabójstwa Marka Papały, ale odsiadywał wyrok za morderstwo Andrzeja K., ps. Pershing. Czy słusznie - nie wiem, bo aż tak sprawą się nie interesowałem. Na pewno osobą kryształowo czystą nie był nigdy. Ale cóż, wizyta brata Ryszarda Boguckiego stała się faktem i trzeba było jakoś się z tym pogodzić i wybrnąć z niezbyt komfortowej dla mnie sytuacji.

- Ja z panem mecenasem widziałem się już wcześniej i rozmawialiśmy sporo o sprawie brata...

- Wcale mnie pan tą informacją nie zaskoczył - wtrąciłem się w początek monologu, nieco ironicznie spoglądając na Pawła. Wzruszył tylko ramionami, jakby chciał powiedzieć: "przepraszam, zrobiłem cię w konia".

- Pan mecenas uprzedził mnie, że nie będzie pan zachwycony moją wizytą, ale on sam nie może podjąć decyzji, czy angażować fundację w sprawę brata. Stwierdził więc, żebym najlepiej sam z panem porozmawiał i próbował pana przekonać, że warto. Co by nie mówić, mój brat do świętych nie należy, o czym zapewne pan wie, ale mordercą nie jest.

- Ja wiem tylko tyle, że siedzi dwadzieścia cztery lata w zakładzie karnym. Wiem, że nie jest zabójcą Marka Papały, ale cały czas ciąży na nim zarzut morderstwa Pershinga, od tego uniewinniony nigdy nie został. Nie znam szczegółów, ale w grę wchodziły też jakieś uprowadzenia.

- Ma pan rację i teraz chcemy powalczyć o to, żeby ktoś w końcu spojrzał uczciwie też i na tę sprawę. Kiedy brat zobaczył, że założyliście panowie fundację, to od razu poprosił mnie, żebym się z wami skontaktował. Z panem redaktorem już kiedyś rozmawiał, ale go pan spławił.

- Panie Arturze, ja pamiętam tę rozmowę. "Spławił" to zbyt mocne słowo. Sytuacja wyglądała nieco inaczej, o czym brat panu chyba nie powiedział. Zadzwoniła do mnie dziennikarka z telewizji publicznej. Opowiedziała o sprawie pana brata i poprosiła, żebym się nią zajął. Zresztą za moją wiedzą i zgodą przekazała mój numer panu Ryśkowi. Brat dzwonił do mnie, bo to pamiętam, i chyba tak mu tę sprawę przedstawiłem, że to koleżanka z publicznej raczej ma więcej możliwości, żeby zrobić cokolwiek. To były takie czasy, że bez problemu była w stanie dostać się do Ziobry, zagadać, a ten mógł coś ze sprawą zrobić. Wie pan, ja wtedy do wielu rzeczników prasowych takich czy innych instytucji państwowych nie miałem po co pisać, bo i tak wiedziałem, że żadnej odpowiedzi nie dostanę. Mogę jedynie współczuć pana bratu, ale on za chwilę wychodzi na wolność. Ile mu zostało?

- Rok i miesiąc, ale jemu nie o ten czas chodzi, tylko o prawdę. On wyjdzie wcześniej czy później i pomyślał, że skoro powstała taka fundacja, to warto spróbować. Ja wiem, że jest pan niechętny, ale zostawię jakieś materiały, które może pana zainteresują.

- Jak zwykłem mówić: papier nie strzelba, zabić z tego się nie da, więc niech te papiery pan zostawi, pogadam jeszcze z Pawłem, bo chyba ma jakieś tajemnice przede mną, i zobaczymy. Oczywiście jeżeli brat chce ze mną porozmawiać, to numer ma jeszcze z tamtych zamierzchłych czasów. Mam chyba jeszcze materiały dotyczące pana Ryśka, z kimś się wtedy spotkałem, chyba z którymś policjantem, dał mi jakieś dokumenty. Przeglądałem je, ale wie pan, to było kilka lat temu, więc nie za bardzo pamiętam.

W trakcie wymiany zdań z panem Arturem przypomniałem sobie, że faktycznie spotkałem się z jakimś człowiekiem w Katowicach, który dał mi opasłą teczkę. O ile dobrze pamiętam, były tam analizy sprawy, ale co dokładnie? Na pewno wtedy ich nie przeglądałem, bo i sprawą Ryszarda Boguckiego zainteresowany nie byłem. Teczkę z dokumentami wrzuciłem do szuflady "może później". Czyżby "później" nastało właśnie dzisiaj?

- Brat bardzo pana ceni, stąd moja wizyta tutaj i kontakt z fundacją.

- To mamy kolejnego fana w zakładzie karnym. Jeszcze dobrze nie zaczęliśmy, a już chyba wszyscy mają mój służbowy numer. Czasami się śmieję, że pewnie wisi przy każdej budce telefonicznej umieszczonej na ścianie korytarza, bo codziennie z zakładów karnych dzwoni do mnie jakieś dziesięć, dwadzieścia osób. Dasz jednemu, a za chwilę dzwonią i ze Szczecina, i z Rzeszowa.

- A dziwi się pan? Komendę pan wyciągnął, Beatę Pasik pan wyciągnął, o fundacji w zakładach karnych się mówi, to i osadzeni szukają pomocy u was, bo już w nic nie wierzą.

- Dziękujemy za uznanie. Jest pan taki miły, że przeczytam to, co pan zostawi. Brat, jeśli chce, to niech zadzwoni.

- Dokumenty ma pan Paweł, ja zostawię jeszcze płytkę CD z nagraniem, które może pana zainteresować.

Pan Artur zamienił jeszcze kilka słów z Pawłem, po czym razem wyszli z kancelarii, a ja wróciłem do zalegającego stosu listów.

Paweł w końcu wrócił. Poprosił mnie, żebym nie przekreślał z góry tego tematu. Oznajmił, że oczywiście już widział się z Ryszardem Boguckim w Zakładzie Karnym w Herbach i uważa, że sprawą warto się zająć, bo jest ciekawa. To, że jest ciekawa, wiedziałem, ale miałem też świadomość, że wchodzenie do rwącego potoku jest dość niebezpieczne i nie przysporzy fundacji wielu fanów. Najbardziej przerażało mnie to, ile czasu trzeba będzie poświęcić, żeby przedrzeć się przez przypadek Boguckiego, a co za tym idzie: kwestie zabójstw Marka Papały i Pershinga. To bynajmniej nie napawało optymizmem. Te historie znałem jak każdy inny dziennikarz, ale też uważałem, że nie dorosłem jeszcze do tego, żeby zajmować się zabójstwem generała Marka Papały. Powstało już tyle reportaży na ten temat, tylu naprawdę dobrych dziennikarzy się tym zajmowało, więc co ja, z o wiele mniejszym doświadczeniem związanym z przestępczością zorganizowaną lat dziewięćdziesiątych, miałem z tą sprawą zrobić? Niechęć spotęgowała tylko myśl, ile tysięcy stron akt różnych postępowań należałoby przejrzeć, by w ogóle zająć jakieś stanowisko. Byłem pewien, że nic więcej ponad to, co do tej pory pojawiło się w przestrzeni publicznej, nie uda się ujawnić. Może czułem nawet pewien rodzaj strachu przed ośmieszeniem się w środowisku dziennikarskim?

Innymi słowy, wszystko przemawiało za tym, żeby do tego nie wracać. Dość kiepska motywacja do pracy. Spojrzałem jeszcze raz na białą teczkę. Zasznurowana na kokardę białą wstążką, w górnej części trzy czarne linie. Ostatnio taką widziałem chyba ze dwadzieścia lat temu. Nad górną czarną linią napis: "Sprawa Ryszarda Boguckiego". Zajrzałem do środka. Płyta CD z opisem "Akt notarialny Marek Siewert". Zawartość teczki stanowił tenże dokument opatrzony pieczątką i logo kancelarii, w której został sporządzony. W górnej części dokumentu odręcznie zapisane imię i nazwisko - Marek Siewert - i numer telefonu. Miałem przed sobą wiele kilometrów auto­strady, by przemyśleć dzisiejszą propozycję.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI