MÓJ POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI
GRZEGORZ GŁUSZAK
Był czerwiec 2024 roku. W siedzibie Fundacji Dowód Niewinności panował względny spokój. Paweł Matyja, współzałożyciel fundacji, załatwiał jakieś zaległe sprawy, ja przeglądałem listy, których stos zalegał na biurku przede mną. Głównie te z zakładów karnych, ale były też i inne. Czekaliśmy na spotkanie. Paweł uprzedził, że zjawi się u nas mężczyzna z jakąś sprawą, ale zdradził tylko, że facet ma brata odsiadującego wyrok za zabójstwo. Usłyszałem czyjeś kroki na schodach, potem kilka stuknięć do drzwi. W progu stał niewysoki mężczyzna, ciemny szatyn, szczupły. Wszedł do środka dość pewnie, co wzbudziło moje zainteresowanie, bo zazwyczaj ludzie, którzy do nas przychodzą, tylko lekko uchylają drzwi, przez które wkładają głowę, by się upewnić, że znaleźli się we właściwym miejscu. Ten człowiek nie miał problemów z nieśmiałością, po czym szybko wywnioskowałem, że nie jest to jego pierwsza wizyta. Od razu skierował się wprost do pomieszczenia, w którym siedział Paweł. Skinął mi tylko lekko głową w geście powitania. Chwilę później moje przypuszczenia się potwierdziły - mężczyzna nie był tu pierwszy raz, a z Pawłem znali się nie od wczoraj. Tym bardziej zaciekawiło mnie, kim był i z czym przyszedł.
- Grzesiek, to jest pan Artur, brat Ryszarda Boguckiego, wiesz którego.
Wiedziałem bardzo dobrze. Z Ryszardem Boguckim rozmawiałem wiele lat temu, gdy dzwonił do mnie z zakładu karnego. Co nieco o nim wiedziałem, nie znałem co prawda jego daty urodzenia, ale bez wątpienia był przynajmniej pięć, może nawet dziesięć lat starszy ode mnie, musiał być już dobrze po pięćdziesiątce. Człowiek, który siedział przede mną, miał może trzydzieści pięć lat. Automatycznie uruchomił mi się w głowie kalkulator. Mężczyzna chyba dostrzegł, że w mojej głowie zachodzą procesy myślowe, więc pospieszył z wyjaśnieniem:
- Panie Grzegorzu, bardzo miło mi pana poznać. Zdaję sobie sprawę, że zastanawia się pan, czy pan mecenas się nie pomylił, ale proszę mi uwierzyć, nie jest pan pierwszą osobą ani zapewne ostatnią, która bierze mnie raczej za syna Ryśka niż brata. Często się to zdarza, więc przywykłem.
Tylko przytaknąłem, bo nie za bardzo wiedziałem, co powiedzieć.
- To prawda, Rysiek mógłby być moim ojcem, mamy jeszcze rodzinne zdjęcia, jak nosił mnie na rękach jako niemowlaka. Tak po prostu wyszło. Ale zapewniam, że to mój brat, nie ojciec.
Jedną kwestię mieliśmy przynajmniej wyjaśnioną, co nie oznaczało, że cieszyła mnie ta wizyta. Byłem na pewno zdziwiony i trochę zirytowany faktem, że Paweł skrzętnie ukrywał przede mną tożsamość mężczyzny, z którym właśnie przyszło mi się spotkać. Kiedyś tak niby przez przypadek, niby mimochodem wspomniał o sprawie Ryszarda Boguckiego. Teraz wiedziałem, że tamta rozmowa była pewnego rodzaju wprowadzeniem, choć wówczas angażowanie fundacji w sprawę gangstera uważałem za nietrafiony pomysł. Paweł był odmiennego zdania. Pewnie gdyby mnie wcześniej uprzedził, że umówił nas na spotkanie, raczej uznałbym, że sam musi zmierzyć się z tematem. Zawsze uważałem, że jest wielu, którym warto pomóc, bo faktycznie zostali skrzywdzeni przez wymiar sprawiedliwości. Ale Bogucki? To, gdzie znajdował się od dwudziestu czterech lat, do przypadków nie należało. Co prawda został oczyszczony z zarzutu zabójstwa Marka Papały, ale odsiadywał wyrok za morderstwo Andrzeja K., ps. Pershing. Czy słusznie - nie wiem, bo aż tak sprawą się nie interesowałem. Na pewno osobą kryształowo czystą nie był nigdy. Ale cóż, wizyta brata Ryszarda Boguckiego stała się faktem i trzeba było jakoś się z tym pogodzić i wybrnąć z niezbyt komfortowej dla mnie sytuacji.
- Ja z panem mecenasem widziałem się już wcześniej i rozmawialiśmy sporo o sprawie brata...
- Wcale mnie pan tą informacją nie zaskoczył - wtrąciłem się w początek monologu, nieco ironicznie spoglądając na Pawła. Wzruszył tylko ramionami, jakby chciał powiedzieć: "przepraszam, zrobiłem cię w konia".
- Pan mecenas uprzedził mnie, że nie będzie pan zachwycony moją wizytą, ale on sam nie może podjąć decyzji, czy angażować fundację w sprawę brata. Stwierdził więc, żebym najlepiej sam z panem porozmawiał i próbował pana przekonać, że warto. Co by nie mówić, mój brat do świętych nie należy, o czym zapewne pan wie, ale mordercą nie jest.
- Ja wiem tylko tyle, że siedzi dwadzieścia cztery lata w zakładzie karnym. Wiem, że nie jest zabójcą Marka Papały, ale cały czas ciąży na nim zarzut morderstwa Pershinga, od tego uniewinniony nigdy nie został. Nie znam szczegółów, ale w grę wchodziły też jakieś uprowadzenia.
- Ma pan rację i teraz chcemy powalczyć o to, żeby ktoś w końcu spojrzał uczciwie też i na tę sprawę. Kiedy brat zobaczył, że założyliście panowie fundację, to od razu poprosił mnie, żebym się z wami skontaktował. Z panem redaktorem już kiedyś rozmawiał, ale go pan spławił.
- Panie Arturze, ja pamiętam tę rozmowę. "Spławił" to zbyt mocne słowo. Sytuacja wyglądała nieco inaczej, o czym brat panu chyba nie powiedział. Zadzwoniła do mnie dziennikarka z telewizji publicznej. Opowiedziała o sprawie pana brata i poprosiła, żebym się nią zajął. Zresztą za moją wiedzą i zgodą przekazała mój numer panu Ryśkowi. Brat dzwonił do mnie, bo to pamiętam, i chyba tak mu tę sprawę przedstawiłem, że to koleżanka z publicznej raczej ma więcej możliwości, żeby zrobić cokolwiek. To były takie czasy, że bez problemu była w stanie dostać się do Ziobry, zagadać, a ten mógł coś ze sprawą zrobić. Wie pan, ja wtedy do wielu rzeczników prasowych takich czy innych instytucji państwowych nie miałem po co pisać, bo i tak wiedziałem, że żadnej odpowiedzi nie dostanę. Mogę jedynie współczuć pana bratu, ale on za chwilę wychodzi na wolność. Ile mu zostało?
- Rok i miesiąc, ale jemu nie o ten czas chodzi, tylko o prawdę. On wyjdzie wcześniej czy później i pomyślał, że skoro powstała taka fundacja, to warto spróbować. Ja wiem, że jest pan niechętny, ale zostawię jakieś materiały, które może pana zainteresują.
- Jak zwykłem mówić: papier nie strzelba, zabić z tego się nie da, więc niech te papiery pan zostawi, pogadam jeszcze z Pawłem, bo chyba ma jakieś tajemnice przede mną, i zobaczymy. Oczywiście jeżeli brat chce ze mną porozmawiać, to numer ma jeszcze z tamtych zamierzchłych czasów. Mam chyba jeszcze materiały dotyczące pana Ryśka, z kimś się wtedy spotkałem, chyba z którymś policjantem, dał mi jakieś dokumenty. Przeglądałem je, ale wie pan, to było kilka lat temu, więc nie za bardzo pamiętam.
W trakcie wymiany zdań z panem Arturem przypomniałem sobie, że faktycznie spotkałem się z jakimś człowiekiem w Katowicach, który dał mi opasłą teczkę. O ile dobrze pamiętam, były tam analizy sprawy, ale co dokładnie? Na pewno wtedy ich nie przeglądałem, bo i sprawą Ryszarda Boguckiego zainteresowany nie byłem. Teczkę z dokumentami wrzuciłem do szuflady "może później". Czyżby "później" nastało właśnie dzisiaj?
- Brat bardzo pana ceni, stąd moja wizyta tutaj i kontakt z fundacją.
- To mamy kolejnego fana w zakładzie karnym. Jeszcze dobrze nie zaczęliśmy, a już chyba wszyscy mają mój służbowy numer. Czasami się śmieję, że pewnie wisi przy każdej budce telefonicznej umieszczonej na ścianie korytarza, bo codziennie z zakładów karnych dzwoni do mnie jakieś dziesięć, dwadzieścia osób. Dasz jednemu, a za chwilę dzwonią i ze Szczecina, i z Rzeszowa.
- A dziwi się pan? Komendę pan wyciągnął, Beatę Pasik pan wyciągnął, o fundacji w zakładach karnych się mówi, to i osadzeni szukają pomocy u was, bo już w nic nie wierzą.
- Dziękujemy za uznanie. Jest pan taki miły, że przeczytam to, co pan zostawi. Brat, jeśli chce, to niech zadzwoni.
- Dokumenty ma pan Paweł, ja zostawię jeszcze płytkę CD z nagraniem, które może pana zainteresować.
Pan Artur zamienił jeszcze kilka słów z Pawłem, po czym razem wyszli z kancelarii, a ja wróciłem do zalegającego stosu listów.
Paweł w końcu wrócił. Poprosił mnie, żebym nie przekreślał z góry tego tematu. Oznajmił, że oczywiście już widział się z Ryszardem Boguckim w Zakładzie Karnym w Herbach i uważa, że sprawą warto się zająć, bo jest ciekawa. To, że jest ciekawa, wiedziałem, ale miałem też świadomość, że wchodzenie do rwącego potoku jest dość niebezpieczne i nie przysporzy fundacji wielu fanów. Najbardziej przerażało mnie to, ile czasu trzeba będzie poświęcić, żeby przedrzeć się przez przypadek Boguckiego, a co za tym idzie: kwestie zabójstw Marka Papały i Pershinga. To bynajmniej nie napawało optymizmem. Te historie znałem jak każdy inny dziennikarz, ale też uważałem, że nie dorosłem jeszcze do tego, żeby zajmować się zabójstwem generała Marka Papały. Powstało już tyle reportaży na ten temat, tylu naprawdę dobrych dziennikarzy się tym zajmowało, więc co ja, z o wiele mniejszym doświadczeniem związanym z przestępczością zorganizowaną lat dziewięćdziesiątych, miałem z tą sprawą zrobić? Niechęć spotęgowała tylko myśl, ile tysięcy stron akt różnych postępowań należałoby przejrzeć, by w ogóle zająć jakieś stanowisko. Byłem pewien, że nic więcej ponad to, co do tej pory pojawiło się w przestrzeni publicznej, nie uda się ujawnić. Może czułem nawet pewien rodzaj strachu przed ośmieszeniem się w środowisku dziennikarskim?
Innymi słowy, wszystko przemawiało za tym, żeby do tego nie wracać. Dość kiepska motywacja do pracy. Spojrzałem jeszcze raz na białą teczkę. Zasznurowana na kokardę białą wstążką, w górnej części trzy czarne linie. Ostatnio taką widziałem chyba ze dwadzieścia lat temu. Nad górną czarną linią napis: "Sprawa Ryszarda Boguckiego". Zajrzałem do środka. Płyta CD z opisem "Akt notarialny Marek Siewert". Zawartość teczki stanowił tenże dokument opatrzony pieczątką i logo kancelarii, w której został sporządzony. W górnej części dokumentu odręcznie zapisane imię i nazwisko - Marek Siewert - i numer telefonu. Miałem przed sobą wiele kilometrów autostrady, by przemyśleć dzisiejszą propozycję.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI