II
APPLESHAW, ANGLIA
czerwiec 1966
- "A dla mego ukochanego syna, kapitana Adama Scotta, kawalera Krzyża Wojskowego, przeznaczam sumę pięciuset funtów".
Chociaż Adam spodziewał się, że suma będzie żałośnie niska, to jednak trwał godnie wyprostowany, gdy adwokat spojrzał na niego sponad swoich połówkowych szkieł.
Stary prawnik siedzący za wielkim biurkiem uniósł głowę i mrugnął do młodego przystojnego mężczyzny naprzeciwko. Adam, nagle świadom jego spojrzenia, nerwowo przeczesał palcami gęstą czarną czuprynę. Następnie wzrok pana Holbrooke'a powrócił do leżących przed nim papierów.
- "Mojej ukochanej córce zaś, Margaret Scott, zapisuję sumę czterystu funtów".
Adam nie był w stanie powściągnąć lekkiego uśmieszku, jaki pojawił się na jego twarzy. Nawet w szczegółach tego ostatecznego aktu ojciec pozostał męskim szowinistą.
- "Klubowi Krykietowemu hrabstwa Hampshire - monotonnie czytał dalej pan Holbrooke, nie speszony przykrym zdziwieniem panny Scott - dwadzieścia pięć funtów, dożywotnie członkostwo". - Wreszcie spłacone, pomyślał Adam. - "Starym Szydercom piętnaście funtów. Kościołowi parafialnemu w Appleshaw dziesięć funtów". - Raczej pośmiertne członkostwo, rozpamiętywał Adam. - "Wilfowi Proudfootowi, naszemu lojalnemu ogrodnikowi na pół etatu, dziesięć funtów, i naszej pomocy domowej, pani Mavis Cox, pięć funtów. I wreszcie mojej ukochanej żonie Susan nasz wspólny dom i resztę majątku". - Na to ostatnie Adam miał ochotę roześmiać się głośno, ponieważ wątpił, czy reszta majątku, nawet gdyby sprzedać obligacje premiowe i przedwojenne kije golfowe, przekroczyłaby sumę choćby tysiąca funtów.
Ale matka była córką pułku, więc i tak by nie narzekała; nie narzekała nigdy. Gdyby tak Bóg wynosił świętych na ołtarze, robiąc konkurencję papieżom w Rzymie, obok Marii i Elżbiety z pewnością pojawiłaby się święta Susan z Appleshaw. Przez całe swoje życie "tata", jak go zawsze Adam nazywał, ustawiał dla rodziny najwyższe poprzeczki. Może dlatego właśnie syn tak bardzo podziwiał ojca.
Widząc, że sprawa zmierza ku końcowi, zaczął się niespokojnie kręcić na krześle. Uznał, że im prędzej wydostaną się z tej zimnej, obskurnej kancelarii, tym lepiej.
Pan Holbrooke raz jeszcze spojrzał znad papierów i odchrząknął, jakby miał za chwilę ogłosić, kto dziedziczy Goyę czy diament Habsburgów. Podepchnął wyżej na nos połówkowe okularki i popatrzył na ostatnie paragrafy testamentu swego zmarłego klienta. Trójka Scottów siedziała w milczeniu. Ciekawe, co ma nam jeszcze do zakomunikowania, zastanawiał się Adam.
Obojętne jednak, co to było, adwokat wyraźnie ważył w myślach ostatni zapis, kiedy go bowiem wreszcie ogłosił, zrobił to, starannie wymawiając słowa, jak aktor, raz tylko zaglądając do tekstu.
- "Zostawiam również mojemu synowi - pan Holbrooke zrobił pauzę - kopertę - to mówiąc uniósł kopertę do góry - która, mam nadzieję, przyniesie mu więcej szczęścia niż mnie. Gdyby się zdecydował ją otworzyć, to tylko pod warunkiem, że nie zdradzi jej zawartości przed żadną żywą istotą".
Adam pochwycił wzrok siostry, która lekko pokręciła głową, nie mniej zdziwiona niż on. Następnie spojrzał na matkę, która robiła wrażenie wstrząśniętej. Czy był to strach, czy troska - Adam nie potrafił powiedzieć. Pan Holbrooke bez słowa wręczył synowi pułkownika pożółkłą kopertę.
Wszyscy obecni w dalszym ciągu nie ruszali się z miejsc, nie bardzo wiedząc, co robić. Pan Holbrooke zamknął w końcu cienką teczkę z napisem: "Pułkownik Gerald Scott, kawaler Orderu za Wzorową Służbę, kawaler Orderu Imperium Brytyjskiego i Krzyża Wojskowego", odsunął krzesło i wolno podszedł do wdowy. Uścisnęli sobie ręce i pani Scott powiedziała: "Dziękuję bardzo", co było dość śmieszne, jeśli wziąć pod uwagę, że jedyną osoba, która odnosiła jakąkolwiek korzyść z tej szczególnej transakcji, był pan Holbrooke reprezentujący firmę Holbrooke, Holbrooke & Gascoigne.
Adam wstał i szybko podszedł do matki.
- Zechce pan przyjąć nasze zaproszenie na herbatę? - pytała właśnie pana Holbrooke'a.
- Obawiam się, że będzie to niemożliwe, szanowna pani - zaczął adwokat, ale Adam nie uważał za stosowne wysłuchać go do końca. Widać honorarium musiało być za skromne na to, by pan Holbrooke poświęcił im choćby chwilę dłużej.
Gdy wyszli z kancelarii, Adam usadowił matkę i siostrę na tylnym siedzeniu rodzinnego morrisa minora, a sam zajął miejsce za kierownicą. Zaparkował dokładnie przed biurem pana Holbrooke'a, w połowie High Street. Jak dotychczas nie ma jeszcze na ulicach Appleshaw żółtych linii, pomyślał. Zanim zdążył przekręcić kluczyk w stacyjce, pani Scott powiedziała rzeczowym tonem:
- Trzeba się będzie go pozbyć. Teraz, kiedy galon benzyny kosztuje sześć szylingów, nie możemy sobie pozwolić na utrzymanie samochodu.
- Na razie się tym nie martwmy - rzekła uspokajająco Margaret, tonem świadczącym jednak o pełnym zrozumieniu obaw matki. - Ciekawa jestem, Adamie, co też może być w tej kopercie - dodała, zmieniając temat.
- Z pewnością szczegółowe instrukcje co do tego, jak mam najlepiej zainwestować swoje pięć tysięcy - odparł brat, usiłując wprowadzić nieco weselszy nastrój.
- Więcej szacunku dla zmarłych - zwróciła mu uwagę matka, na której twarz powrócił wyraz lęku sprzed lat. - Błagałam ojca, żeby zniszczył tę kopertę - dodała niemal szeptem.
Adam wydął usta. Uświadomił sobie, że musi to być ta sama koperta, o której mówił wtedy, wiele lat temu, ojciec podczas jedynej sprzeczki między rodzicami, jakiej Adam był świadkiem. Do dziś pamięta podniesiony głos i gniewne słowa pułkownika w kilka dni po jego powrocie z Niemiec.
"Muszę ją otworzyć, czy ty tego nie rozumiesz?" - upierał się ojciec.
"Nigdy - odparła matka. - Po tych wszystkich ofiarach, jakie ponosiłam, przynajmniej tyle jesteś mi winien".
Od tamtego nieporozumienia minęło ponad dwadzieścia lat i Adam nigdy już nie usłyszał nawet najmniejszej wzmianki na ten temat. Zapytana o to jeden jedyny raz siostra, nie potrafiła mu wyjaśnić, o co wtedy chodziło.
Dojechali do końca High Street i Adam nacisnął pedał hamulca, po czym skręcił w prawo i jeszcze milę albo więcej jechał krętą wiejską drogą, zanim zatrzymał starego morrisa. Wyskoczył z samochodu i otworzył furtkę z siatki, od której przez schludny trawnik wiodła ścieżka do krytego strzechą domku.
- Pewnie zaraz musisz wracać do Londynu? - Były to pierwsze słowa matki po wejściu do saloniku.
- Nie ma pośpiechu, mamo, wszystko może spokojnie poczekać do jutra.
- Jak chcesz, kochanie, ale mną się nie musisz przejmować. - Patrzyła na młodego, wysokiego mężczyznę, który tak bardzo przypominał jej Geralda. Byłby tak samo przystojny jak ojciec, gdyby nie drobna deformacja nosa. Te same ciemne włosy i głęboko osadzone piwne oczy, ta sama otwarta, szczera twarz, a nawet to samo miłe obejście z ludźmi. Nade wszystko zaś ta sama uczciwość, która sprawiła, że znaleźli się teraz w tak żałosnej sytuacji. - Zresztą jest przecież Margaret, która się mną zajmie - dodała. Adam spojrzał na siostrę, zastanawiając się, jak też sobie ona poradzi ze świętą Susan z Appleshaw.
Margaret zaręczyła się właśnie z maklerem giełdowym i chociaż termin ślubu został przełożony, to przecież i tak będzie chciała wkrótce rozpocząć samodzielne życie. Całe szczęście, że jej narzeczony zadatkował już niewielki domek w odległości zaledwie czternastu mil od Appleshaw.
Po herbacie i nieprzerwanym smutnym monologu matki na temat cnót i nieszczęść ich ojca Margaret sprzątnęła ze stołu, zostawiając matkę i syna samych. Oboje kochali zmarłego bardzo, ale na zupełnie różne sposoby, i Adam miał świadomość, że nigdy nie dał ojcu w pełni odczuć, jak wielkim darzy go szacunkiem.
- Mam nadzieję, że teraz, po wyjściu z wojska, znajdziesz jakieś godziwe zajęcie - powiedziała matka niepewnie, pamiętając, jak trudne się to okazało dla ojca Adama.
- Wszystko będzie dobrze, mamo, nie martw się. Znów mnie zapraszają do Ministerstwa Spraw Zagranicznych na rozmowę - dodał w nadziei, że ją uspokoi.
- Teraz, kiedy dostałeś te pięćset funtów, będzie ci jakoś łatwiej - rzekła matka i Adam uśmiechnął się do niej czule. Jego udział w czynszu za mieszkanie w Chelsea wynosił cztery funty tygodniowo, a przecież musiał jeszcze od czasu do czasu coś jeść. Matka uniosła wzrok i patrząc na zegar na kominku, powiedziała: - Powinieneś się już zbierać, kochanie, denerwuję się na myśl o tym, że będziesz jechał na motorze po ciemku.
Adam pochylił się nad matką i pocałował ją w policzek.
- Zadzwonię jutro. - Wychodząc, wsunął głowę do kuchni i zawołał do siostry: - Wychodzę, przyślę ci czek na pięćdziesiąt funtów!
- Dlaczego? - spytała Margaret znad zlewozmywaka.
- Powiedzmy, że chcę w ten sposób poprzeć walkę o prawa kobiet.
Szybko zamknął drzwi od kuchni, żeby uniknąć ścierki, która poleciała w jego stronę. Zapalił swego BSA i drogą A303 przez Andover ruszył do Londynu. Ponieważ ruch o tej porze odbywał się głównie w kierunku zachodnim, od strony miasta, Adam, jadąc do siebie na Ifield Road, mógł rozwinąć zupełnie przyzwoitą szybkość.
Z otwarciem koperty postanowił zaczekać, aż znajdzie się w zaciszu czterech ścian swojego pokoju. Ostatnio życie nie dostarczało mu znów tak wielu atrakcji i dlatego uważał, że może sobie pozwolić na tę niewielką ceremonię. Ostatecznie całe lata czekał na to, żeby się dowiedzieć, co zawiera koperta, którą właśnie odziedziczył.
Ojciec tysiące razy opowiadał mu historię tragedii rodzinnej. "To wszystko sprawa honoru, synu" - powtarzał, unosząc brodę i prostując ramiona. Nie zdawał sobie sprawy, że właściwie całe życie wysłuchiwał uszczypliwości niższych rangą oficerów i znosił upokarzające spojrzenia tych, którzy dbali o to, by się za często nie pokazywać w jego towarzystwie. Ludzie małego formatu. Adam zbyt dobrze znał ojca, by chociaż przez moment wierzyć, że istotnie był winien zarzucanej mu zdrady. Jedną ręką puścił kierownicę motoru i w wewnętrznej kieszeni namacał kopertę. Jak uczniak, który w przeddzień urodzin ogląda paczkę z prezentem, usiłując odgadnąć jej zawartość. Wiedział, że teraz, po śmierci ojca, nikt już z tego nie skorzysta, ale to w niczym nie umniejszało jego ciekawości.
Usiłował złożyć w całość nieliczne fakty, które zdołał poznać na przestrzeni lat. W 1946, na rok przed ukończeniem pięćdziesiątki, ojciec wystąpił z wojska. "Times" pisał o nim jako o błyskotliwym strategu, który podczas wojny odznaczył się wielką odwagą. Jego decyzja przejścia do cywila zdumiała korespondenta "Timesa", zaskoczyła najbliższą rodzinę, a w pułku wywołała szok, wszyscy bowiem, którzy go znali, uważali, że to tylko kwestia miesięcy, gdy jego epolety ozdobią skrzyżowane miecze i buława.
Sprawa nagłego wycofania się pułkownika z czynnej służby obrosła w plotki. Sam bohater tego wydarzenia, zapytany o przyczyny decyzji, powiedział tylko tyle, że ma już dość wojny i że najwyższy czas zarobić jakieś pieniądze, z których on i Susan mogliby czerpać po przejściu na emeryturę, zanim będzie za późno. Nawet wtedy mało kto dawał wiarę tej wersji, zwłaszcza kiedy się okazało, że jedyną pracą, jaką udało się pułkownikowi znaleźć, była posada sekretarza miejscowego klubu golfowego.
Tylko dzięki wielkoduszności swego świętej pamięci dziadka, generała sir Pelhama Westlake'a, Adam mógł pozostać w Wellington College i kontynuować wojskową tradycję rodzinną.
Po ukończeniu szkoły zaproponowano mu miejsce w Królewskiej Akademii Wojskowej w Sandhurst. W czasie swego pobytu w Akademii pilnie studiował historię wojskowości, taktykę i strategię, weekendy zaś spędzał na grze w rugby i squasha, choć największe sukcesy święcił w biegach przełajowych. Przez dwa lata zdyszani kadeci z Cranwell i Dartmouth widzieli jedynie jego zbryzgane błotem plecy, kiedy Adam zdobywał laury w mistrzostwach różnych służb. Został także mistrzem wagi średniej w boksie, mimo ze jeden z kadetów, Nigeryjczyk, złamał mu nos w pierwszej rundzie finałów. Nigeryjczyk błędnie uznał, że walka została już zakończona.
W sierpniu 1956, po opuszczeniu Sandhurst, Adam zajął dziewiąte miejsce w klasyfikacji rocznika, a jego zdolności przywódcze i postawa poza salą wykładową były takie, że nikt się nie zdziwił, kiedy mu przyznano szpadę honorową. Od tej chwili nie wątpił, że pójdzie w ślady ojca i będzie dowodził pułkiem.
Królewski Pułk Wessex przyjął syna pułkownika wkrótce potem, jak Adam otrzymał swój patent oficerski. Szybko zyskał sobie respekt wśród żołnierzy i popularność u tych oficerów, którzy nie zajmowali się plotkami. Jako specjalista od taktyki nie miał sobie równych, a gdy doszło do walki, stało się jasne, że odziedziczył odwagę po ojcu. Kiedy jednak w sześć lat później Ministerstwo Wojny ogłosiło w "London Gazette" listę oficerów, którzy zostali awansowani do stopnia kapitana, nazwiska porucznika Adama Scotta wśród nich nie było. Jego rówieśnicy byli szczerze zdumieni, podczas gdy starsi oficerowie z pułku nabrali wody w usta. Dla samego Adama stało się aż nazbyt jasne, że nie pozwolą mu zadośćuczynić za przewinienie, jakiego dopuścił się ponoć jego ojciec.
W końcu Adam doczekał się stopnia kapitana, ale dopiero kiedy wyróżnił się podczas walk wręcz w malajskiej dżungli z nieprzebranymi oddziałami chińskich żołnierzy. Wzięty do niewoli przez komunistów, znosił męki samotności i tortury, na jakie żaden trening go nie przygotował. W osiem miesięcy po uwięzieniu uciekł, by po powrocie na front dowiedzieć się, że został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Wojskowym. Kiedy w wieku lat dwudziestu dziewięciu kapitan Scott zdał egzaminy sztabowe i w dalszym ciągu nie zaproponowano mu etatu pułkownika, zrozumiał, że o dowodzeniu pułkiem nie ma co marzyć. W kilka tygodni później wystąpił o dymisję; nie było potrzeby udawać, że chodzi mu o wyższe zarobki.
Odsługując swoje ostatnie miesiące w wojsku, dowiedział się od matki, że ojciec ma przed sobą zaledwie kilka tygodni życia. Zdecydował, że nie powie mu o swojej dymisji. Wiedział, że ojciec miałby wielkie poczucie winy, i odczuwal ulgę, że przynajmniej umarł nieświadom piętna, z jakim przyszło żyć jego synowi.
Kiedy Adam znalazł się na przedmieściach Londynu, powrócił myślami, jak to mu się ostatnio często zdarzało, do naglącego problemu znalezienia sobie jakiejś przyzwoitej posady. W ciągu ostatnich siedmiu tygodni bezrobocia Adam miał znacznie więcej spotkań z dyrektorem swego banku niż z przyszłymi pracodawcami. To prawda, że go zaproszono na rozmowę do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, ale poziom innych kandydatów, których tam spotykał, boleśnie mu uświadomił własny brak wykształcenia uniwersyteckiego. Czuł jednak, że pierwsza rozmowa wypadła dobrze, i szybko zorientował się, iż wielu byłych oficerów przechodzi do służby dyplomatycznej. Gdy odkrył, że przewodniczący komisji kwalifikacyjnej też ma Krzyż Wojskowy, uznał, iż nie szykują go do papierkowej roboty.
Kiedy skręcił w King's Road, znów namacał w kieszeni kopertę, mając nadzieję, że Lawrence nie wrócił jeszcze z banku do domu. Nie mógł narzekać: przyjaciel ze szkolnej ławy zrobił piękny gest, oferując mu taki przyjemny pokój w swoim dużym mieszkaniu za jedyne cztery funty tygodniowo.
- Będziesz mi płacił więcej, jak zostaniesz ambasadorem - powiedział Lawrence.
- Zaczynasz mówić jak Rachmann - odparł Adam, uśmiechając się do człowieka, którego tak bardzo podziwiał za ich wspólnych czasów w Wellington.
Bo Lawrence'owi, w przeciwieństwie do Adama, wszystko przychodziło łatwo: egzaminy, praca, sport i kobiety - zwłaszcza te ostatnie. Kiedy dostał się do Balliol College i skończył z wyróżnieniem FPE (Filozofia, Polityka, Ekonomia), nikt się nie zdziwił. Kiedy jednak wybrał sobie jako zawód bankowość, jego rówieśnicy nie potrafili ukryć zaskoczenia. Po raz pierwszy bowiem chyba jął się czegoś, co można by nazwać rzeczą przyziemną.
Adam zaparkował motor w pobliżu Ifield Road, uświadamiając sobie, że jeśli nie dostanie pracy w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, to będzie go musiał sprzedać, tak jak matka swojego morrisa minora. Kiedy szedł w stronę domu, obejrzała się za nim mijająca go dziewczyna; Adam nawet jej nie zauważył. Pokonał schody po trzy na raz. Znalazłszy się na trzecim piętrze, włożył do zamka klucz yale i w tym momencie usłyszał ze środka głos Lawrence'a:
- Zamknięte na zasuwę!
- Cholera - burknął Adam pod nosem.
- Jak poszło? - powitał go Lawrence, kiedy Adam wszedł do pokoju.
- Nie najgorzej. - Nie bardzo wiedział, co w tej sytuacji powiedzieć, więc uśmiechnął się do swojego współlokatora. Lawrence zdążył się już przebrać w blezer i szare flanelowe spodnie. Nieznacznie niższy i trochę tęższy od Adama, miał gęstą jasną czuprynę, masywne czoło i szare myślące oczy, które jak gdyby zawsze o coś pytały.
- Podziwiałem twego ojca - powiedział. - Zawsze uważał, że każdy musi mieć tak samo surowe zasady jak on.
Adam do dziś pamięta, jak to na dorocznym rozdaniu nagród przedstawił ojcu Lawrence'a. Z miejsca poczuli do siebie sympatię. Ale wtedy Lawrence nie należał do tych, co lubią plotki.
- To co, po odziedziczeniu rodzinnej fortuny przechodzimy na emeryturę, tak? - zapytał Lawrence nieco lżejszym tonem.
- Tylko jeśli ten szemrany bank, w którym pracujesz, potrafi w ciągu kilku dni z pięciuset funtów zrobić pięć tysięcy.
- Wiesz co, stary, na razie to niemożliwe - odparł Lawrence. - Nie teraz, kiedy Harold Wilson zamroził płace i ceny.
Adam spojrzał na przyjaciela i uśmiechnął się. Choć w tej chwili wyższy od niego, doskonale pamiętał czasy, kiedy Lawrence wydawał mu się olbrzymem.
"Znów spóźniony, Scott" - mawiał, kiedy Adam przeciskał się koło niego w korytarzu. Adam nie mógł się doczekać chwili, kiedy i on będzie robił wszystko na luzie i w sposób nieprzeciętny. A może to dlatego, że sam Lawrence był nieprzeciętny? Garnitury miał zawsze nienagannie wyprasowane, buty wyglansowane i każdy włos na swoim miejscu. Adam nie mógł pojąć, jak to jest, że przyjacielowi wszystko przychodzi bez wysiłku.
Nagle usłyszał odgłos otwieranych drzwi łazienki. Spojrzał na Lawrence'a pytająco.
- To Carolyn. Zostanie na noc... jak sądzę.
Kiedy Carolyn weszła do pokoju, Adam uśmiechnął się do niej. Długie włosy muskały jej ramiona, kiedy szła w ich stronę, ale przede wszystkim jej nienaganna figura sprawiała, że trudno było oderwać od niej wzrok. Jak Lawrence to robił?
- Wybierzesz się z nami coś zjeść? - spytał gospodarz, obejmując Carolyn ramieniem. Jego głos zabrzmiał może nieco zbyt entuzjastycznie. - Odkryłem właśnie włoską restaurację na Fulham Road, którą dopiero co otworzyli.
- Dołączę do was trochę później - odparł Adam. - Zostały mi do sprawdzenia jeszcze ze dwa dokumenty.
- Daruj sobie papierkowe szczegóły i chodź z nami na orgię spaghetti.
- A co, odziedziczyłeś duży szmal? - spytała Carolyn głosem tak wysokim i ostrym, że nikogo by nie zdziwiło, gdyby się dowiedział, że właśnie została wybrana Debiutantką Roku.
- Nie taki znów duży - odparł Adam - zważywszy mój obecny debet na rachunku bankowym.
Lawrence roześmiał się.
- Dobra. To przyjdź później, jak uznasz, że ci zostało na porcję makaronu. - Mrugnął do Adama, co miało znaczyć: "Tylko pamiętaj, żebyś spłynął, zanim wrócimy. Albo przynajmniej siedź u siebie i udawaj, że śpisz".
- Przyjdź koniecznie - zaszczebiotała Carolyn takim tonem, jakby jej rzeczywiście na tym zależało. Migdałowe oczy dziewczyny pozostały utkwione w Adamie, kiedy Lawrence zdecydowanym ruchem sterował nią ku drzwiom.
Adam nie ruszył się, dopóki się nie upewnił, że jej przenikliwy głos przebrzmiał już na klatce schodowej. Wtedy zadowolony zamknął się w swoim pokoju, usiadł na jedynym wygodnym krześle, jakie posiadał, i z wewnętrznej kieszeni wyjął kopertę. Pochodziła z grubej, kosztownej papeterii, w jaką ojciec zawsze się zaopatrywał u Smythsona na Bond Street, dwukrotnie droższej od tej, którą mógłby kupić w miejscowym sklepie W.H. Smitha. Pięknym kaligraficznym pismem ojca napisano na niej: "Kapitan Adam Scott, kawaler Krzyża Wojskowego".
Adam drżącymi rękami otworzył kopertę i wyjął jej zawartość: list, bez wątpienia pisany ręką ojca, i drugą, mniejszą, pożółkłą ze starości kopertę, na której ktoś nieznany zblakłym atramentem nieokreślonego koloru napisał: "Pułkownik Gerald Scott". Adam odłożył kopertę na stolik i zaczął czytać list ojca. List był bez daty.
Mój drogi Adamie,
Z pewnością przez te wszystkie lata słyszałeś wiele wersji dotyczących mojego nagłego odejścia z pułku. Większość z nich była po prostu śmieszna, a niektóre wręcz zniesławiające, wobec tego uznałem, że dla wszystkich zainteresowanych będzie lepiej, jeśli zachowam milczenie. Uważam jednak, że Tobie należy się ode mnie pełniejsze wyjaśnienie całej tej sprawy, i taka jest właśnie intencja niniejszego listu.
Jak wiesz, moim ostatnim zadaniem przed dymisją była Norymberga od listopada 1945 do października 1946 roku. Po czterech latach niemal nieustannej służby polowej powierzono mi dowództwo sekcji brytyjskiej, która sprawowała nadzór nad najwyższymi rangą hitlerowcami oczekującymi procesu za zbrodnie wojenne. Mimo że nad wszystkim mieli pieczę Amerykanie, zupełnie nieźle poznałem niektórych więźniów, a kilku - w szczególności Hessa, Speera i Dönitza - nauczyłem się nawet tolerować. Zawsze się zastanawiałem, jakby to Niemcy nas traktowali, gdyby odwrócić role. W owym czasie podobny stosunek do tych problemów był trudny do przyjęcia. Słowo "fraternizacja" nie schodziło z ust tych, którzy zwykli traktować sprawy powierzchownie.
Wśród wyższych rangą hitlerowców, z którymi miałem do czynienia na co dzień, był marszałek Rzeszy Hermann Göring, ale w przeciwieństwie do trzech wyżej wspomnianych, tego człowieka nie cierpiałem dosłownie od pierwszego wejrzenia. Wydał mi się arogancki, butny i całkowicie pozbawiony skruchy za barbarzyńskie czyny, jakich się dopuszczał w imię wojny. I ani razu nie widziałem powodu, by zamienić z nim choćby jedno zdanie. W gruncie rzeczy sam się nieraz sobie dziwiłem, jak mogłem nad sobą panować w jego obecności.
W noc poprzedzającą termin egzekucji Göring poprosił o prywatną rozmowę ze mną. Był to poniedziałek i do dziś pamiętam każdy szczegół tego spotkania, jakby to było wczoraj. Tę prośbę na piśmie przekazał mi osobiście major Władimir Koski, gdy przejmowałem dowództwo warty od Rosjan. Gdy tylko dokonałem inspekcji i załatwiłem zwykłą papierkową robotę, poszedłem z podoficerem dyżurnym do celi marszałka Rzeszy. Kiedy wszedłem, Göring stanął na baczność przy swoim niskim łóżku i zasalutował. Widok pustej, pomalowanej na szaro celi zawsze przyprawiał mnie o dreszcz.
- Pan prosił o rozmowę ze mną, tak? - Jakoś nigdy nie mogłem się zmusić, żeby zwracać się do niego po nazwisku bądź tytułować go stopniem wojskowym.
- Tak - odparł. - To bardzo uprzejmie z pana strony, że przyszedł pan osobiście, panie pułkowniku. Chciałbym po prostu jako człowiek skazany na śmierć wyrazić ostatnie życzenie. Czy to możliwe, żeby kapral zostawił nas samych?
Uznałem, że sprawa musi mieć charakter ściśle osobisty, i poprosiłem kaprala, żeby zaczekał na zewnątrz. Szczerze mówiąc, nie wiedziałem, o co aż tak osobistego może chodzić człowiekowi, któremu zostało zaledwie parę godzin życia, ale kiedy drzwi się zamknęły, Göring ponownie zasalutował i wręczył mi kopertę, która obecnie znajduje się w Twoim posiadaniu. Kiedy wziąłem ją od niego, powiedział jedynie:
- Chciałbym pana prosić o wyświadczenie mi pewnej uprzejmości: proszę otworzyć tę kopertę dopiero jutro, po mojej egzekucji. - Po czym dodał: - Mam nadzieję, że to panu wynagrodzi ewentualne przykrości, jakie mogłyby spotkać pana później.
Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, co mógł mieć na myśli, i położyłem to na karb zrozumiałego w tej sytuacji załamania psychicznego. Wielu więźniów zwierzało mi się w ostatnich dniach swego życia i rzeczywiście pod koniec niektórzy z nich znajdowali się na granicy szaleństwa.
Adam przerwał, chcąc się zastanowić, co też on by zrobił w tych okolicznościach, ale postanowił czytać dalej, żeby się przekonać, czy postąpiłby podobnie jak ojciec.
Jednakże słowa Göringa, kiedy opuszczałem jego celę, nie robiły wrażenia słów szaleńca. Powiedział po prostu: "Może pan być pewien, że to arcydzieło; nie sposób przecenić jego wartość". A następnie, odprężony, zapalił cygaro jak w klubie po dobrym obiedzie. Krążyły różne przypuszczenia co do tego, kto mu dostarcza cygar i co Göring od czasu do czasu przemyca z celi.
Włożyłem kopertę do kieszeni kurtki i wyszedłem. Następnie obeszliśmy z kapralem pozostałe cele, żeby sprawdzić, czy więźniowie są dobrze zamknięci na noc. Po dokonaniu inspekcji wróciłem do swojego gabinetu. Zakończywszy wszystkie czynności, zasiadłem do napisania raportu. Kopertę zostawiłem w kieszeni munduru ze szczerą intencją otwarcia jej nazajutrz rano po egzekucji Göringa. Sprawdzałem właśnie rozkazy dzienne, kiedy do mojego gabinetu wtargnął bez pukania kapral ze słowami: "To Göring, sir, to Göring". Był nieprzytomny z podniecenia. Sądząc z paniki, jaka malowała się na jego twarzy, wiedziałem, że nie mam po co pytać o szczegóły. Pobiegliśmy razem do celi Göringa.
Leżał twarzą w dół na swojej pryczy. Odwróciłem go, po to jednak, by stwierdzić, że już nie żyje. W zamieszaniu, jakie nastąpiło, zupełnie zapomniałem o kopercie. W kilka dni później sekcja zwłok wykazała jako przyczynę śmierci zatrucie; sąd doszedł do wniosku, że kapsułka cyjanku potasu, którą znaleziono w jego ciele, musiała mu zostać dostarczona w cygarze.
Ponieważ ostatnią osobą, która widziała się z nim bez świadków, byłem ja, szybko zaczęto łączyć moje nazwisko z jego śmiercią. Naturalnie te insynuacje były całkowicie bezpodstawne. Nigdy, nawet przez jedną chwilę, nie wątpiłem o słuszności wyroku w jego sprawie ani w to, że w pełni zasłużył na powieszenie.
Czułem się tak urażony nieustannymi podejrzeniami, jakobym to ja zapewnił Göringowi łatwą śmierć, przemycając do jego celi cygara, że uznałem, iż jedynym honorowym wyjściem z tej sytuacji będzie natychmiastowe wystąpienie o dymisję, by nie przynosić hańby pułkowi. Kiedy nieco później w tym samym roku wróciłem do Anglii i zdecydowałem się na wyrzucenie starego munduru, znalazłem w kieszeni tamtą kopertę. Wtajemniczyłem Twoją matkę w szczegóły całego incydentu, ale zaczęła mnie błagać, żebym natychmiast zniszczył kopertę, która w jej pojęciu przyniosła rodzinie tyle hańby, że gdyby nawet zawierała nazwisko prawdziwego sprawcy, to i tak nic by już nikomu z tego nie przyszło. Obiecałem matce, że zastosuję się do jej życzenia, ale chociaż nigdy nie otworzyłem koperty, to jednak nie zdobyłem się na jej zniszczenie, pamiętając ostatnie słowa Göringa na temat arcydzieła sztuki. Tak więc, koniec końców, schowałem kopertę pomiędzy swoje osobiste papiery.
I mimo że wyimaginowane grzechy ojca z reguły przechodzą na syna, to nie mam w stosunku do Ciebie wyrzutów sumienia. Jeżeli więc istotnie z zawartości koperty można odnieść jakąś korzyść, mam w związku z tym tylko jedną prośbę: niech Twoja matka będzie pierwszą osobą, która z tego skorzysta, pod warunkiem jednak, że nigdy się nie dowie, czemu zawdzięcza ten szczęśliwy traf.
Obserwowałem Twój rozwój i postępy w ciągu wielu lat z niemałą dumą i jestem przekonany, że podejmiesz właściwą decyzję.
Gdybyś więc miał jakiekolwiek wątpliwości co do otworzenia tej koperty, zniszcz ją bez dalszego zastanowienia. Ale gdybyś ją jednak otworzył i stwierdził, że zawiera coś, co by Cię uwikłało w jakieś haniebne przedsięwzięcie, pozbądź się jej natychmiast.
Niech Cię Bóg ma swojej opiece.
Twój kochający ojciec
Gerald Scott
Adam przeczytał list po raz drugi, zdając sobie sprawę, jak wielką ufność pokładał w nim ojciec. Serce waliło mu jak młotem na myśl o nikczemnych plotkach i insynuacjach małych ludzi, które zmarnowały mu życie. Tych samych małych ludzi, którzy przedwcześnie i jemu zwichnęli karierę. Przeczytawszy list po raz trzeci, złożył go porządnie i z powrotem schował do koperty.
Następnie z bocznego stolika wziął drugą kopertę. Drukowanymi literami spłowiałym atramentem napisano na niej: "Pułkownik Gerald Scott".
Z wewnętrznej kieszeni wyjął grzebień, wetknął jego koniec w róg koperty i powoli, metodycznie zaczął ją rozcinać. Zawahał się na chwilę, po czym wyjął z koperty dwa kawałki papieru, oba pożółkłe ze starości. Jeden okazał się listem, drugi jakimś dokumentem. Na papierze listowym, nad nadrukiem z nazwiskiem marszałka Rzeszy, Hermanna Göringa, widniało godło Trzeciej Rzeszy. Ręce drżały Adamowi, kiedy przeczytał pierwszą linijkę. Zaczynała się ona od słów: "Sehr geehrter Herr Oberst Scott..."