Sprawa honoru - Jeffrey Archer

Reflow text when sidebars are open.
- To falsyfikat - rzekł przywódca sowiecki, patrząc na małe, piękne malowidło, które trzymał w ręku.
- Niemożliwe - powiedział jego kolega z Biura Politycznego. - Carska ikona przedstawiająca świętego Jerzego ze smokiem była w Pałacu Zimowym w Leningradzie pilnie strzeżona przez ponad pięćdziesiąt lat.
- Macie rację, towarzyszu Zaborski, ale właśnie przez te pięćdziesiąt lat strzegliśmy falsyfikatu. Car musiał usunąć oryginał na jakiś czas przed tym, jak Gwardia Czerwona wkroczyła do Piotrogrodu i zajęła Pałac Zimowy.
W miarę jak zabawa w kotka i myszkę się przedłużała, szef KGB zaczął się niespokojnie kręcić na krześle. Po latach służby w organach bezpieczeństwa wiedział dokładnie, kto tu jest myszką... i to od chwili, kiedy o czwartej rano zadzwoniono do niego, że ma się natychmiast stawić na Kremlu u sekretarza generalnego.
- Skąd macie taką pewność, że to falsyfikat, Leonidzie Iljiczu? - zapytał mały mężczyzna.
- Stąd, mój drogi Zaborski, że w ciągu ostatnich osiemnastu miesięcy wszystkie skarby Pałacu Zimowego były datowane metodą węgla radioaktywnego. To nowoczesna metoda naukowa niewymagająca innego potwierdzenia - odparł Breżniew, popisując się nowo zdobytą wiedzą. - I to, co uważaliśmy za jedno z arcydzieł sztuki narodowej, okazało się kopią namalowaną pięćset lat po oryginale Rublowa.
- Ale przez kogo i w jakim celu? - zapytał z niedowierzaniem szef KGB.
- Eksperci twierdzą, że najprawdopodobniej jest to dzieło artysty dworskiego - odrzekł przywódca sowiecki - któremu zlecono wykonanie kopii zaledwie na parę miesięcy przed wybuchem rewolucji. Kustosza Pałacu Zimowego zawsze niepokoiło, że na odwrocie tej ikony brakuje tradycyjnej carskiej srebrnej korony, jaka znajduje się na wszystkich innych arcydziełach - dodał Breżniew.
- Sądziłem dotąd, że tę koronę zabrał jakiś hobbysta, zanim weszliśmy do Piotrogrodu.
- Nie - rzekł sucho sekretarz generalny, a jego krzaczaste brwi unosiły się za każdym razem, kiedy kończył zdanie. - To nie srebrną koronę zabrano, tylko samo malowidło.
- Co wobec tego car mógł zrobić z oryginałem? - powiedział w zadumie szef KGB, jakby sam do siebie.
- Właśnie to chciałbym wiedzieć - rzekł Breżniew, kładąc dłonie po obu stronach niewielkiego malowidła, które miał przed sobą. - I to wy, towarzyszu, macie dostarczyć odpowiedzi na to pytanie.
Po raz pierwszy szef KGB poczuł się niepewnie.
- Ale czy macie jakiś trop, którym moglibyśmy pójść?
- Niestety, bardzo nieznaczny - przyznał sekretarz generalny, otwierając teczkę, którą wyjął z górnej szuflady biurka, po czym zatopił się w lekturze nabitego treścią maszynopisu zatytułowanego Znaczenie ikony w historii Rosji. Ktoś nie spał całą noc, aby przygotować dziesięciostronicowy raport, który przywódca ledwie miał czas przejrzeć. To, co Breżniewa interesowało najbardziej, zaczynało się na stronie czwartej. Szybko przerzucił więc pierwsze trzy, zanim zaczął czytać na głos: - "Podczas rewolucji car Mikołaj II musiał najwyraźniej uznać arcydzieło Rublowa za swój paszport do wolności na Zachodzie. Kazał zapewne wykonać kopię, którą powiesił w swoim gabinecie na miejscu oryginału". - Przywódca sowiecki podniósł wzrok. - Poza tym nie wiemy praktycznie nic.
Szef KGB był wyraźnie zakłopotany. Nie potrafił odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego Breżniew zawraca głowę organom bezpieczeństwa kradzieżą jakiegoś niezbyt wartościowego dzieła.
- A jak ważne jest odnalezienie oryginału? - zapytał, poszukując jakichkolwiek poszlak.
Leonid Breżniew mierzył wzrokiem swego kolegę z Kremla.
- Nie ma nic ważniejszego, towarzyszu - powiedział nieoczekiwanie. - A ja ze swej strony gwarantuję wam wszelkie środki, jakie uznacie za niezbędne do odnalezienia carskiej ikony.
- Gdybym miał was trzymać za słowo, towarzyszu sekretarzu generalny - rzekł szef KGB, usiłując ukryć swoje wątpliwości - bez trudu wydałbym więcej, niż warte jest samo dzieło.
- To niemożliwe - stwierdził Breżniew, robiąc retoryczną pauzę dla zwiększenia efektu - ponieważ tu nie chodzi o samą ikonę. - Odwrócił się tyłem do szefa KGB i zaczął wyglądać przez okno. Zawsze drażniło go, że ponad murem Kremla nie widać placu Czerwonego. Odczekał chwilę, zanim rzekł: - Pieniądze, jakie car mógłby uzyskać ze sprzedaży ikony, zapewniłyby mu życie na poziomie, do jakiego przywykł, najwyżej przez kilka miesięcy, powiedzmy, rok. Nie, my podejrzewamy, że to, co car umieścił w ikonie, miało zapewnić bezpieczeństwo jemu i jego rodzinie na resztę ich dni.
Szyba przed sekretarzem generalnym lekko zaparowała.
- Co mogłoby być aż tak wartościowe? - zainteresował się szef KGB.
- A pamiętacie, towarzyszu, co car obiecał Leninowi w zamian za ocalenie życia?
- Tak, ale okazało się, że to blef, ponieważ taki dokument nie został ukryty... - Powstrzymał się przed dodaniem: "w ikonie".
Zaborski stał bez słowa, nie mając odwagi spojrzeć na triumfalny uśmiech Breżniewa.
- Widzę, że wreszcie zaczynacie mnie rozumieć, towarzyszu. Otóż, widzicie, dokument był cały czas ukryty w ikonie. Tylko nie w tej, którą my mamy. - Sekretarz generalny milczał chwilę, zanim odwrócił się i podał swemu koledze kartkę papieru. - A to jest świadectwo cara stwierdzające, co mieliśmy znaleźć wewnątrz ikony przedstawiającej świętego Jerzego ze smokiem. Nie znaleziono wtedy nic, co tylko przekonało Lenina, że był to ze strony cara jedynie wybieg zmierzający do ocalenia rodziny przed egzekucją.
Zaborski powoli czytał dokument napisany odręcznie przez cara na kilka godzin przed śmiercią. Zanim doszedł do ostatniego akapitu, zaczęły mu się trząść ręce, a na czoło wystąpił perlisty pot. Spojrzał na małe, nie większe od książki malowidło, które leżało na środku biurka sekretarza generalnego.
- Od śmierci Lenina - podjął Breżniew - nikt nie wierzył w zapewnienie cara. Obecnie nie ma najmniejszej wątpliwości, że jeśli tylko zdołamy odnaleźć autentyczną ikonę, zdobędziemy obiecany dokument.
- A biorąc pod uwagę rangę jego sygnatariuszy, nikt nie zakwestionuje naszych praw - rzekł Zaborski.
- Słusznie mówicie, towarzyszu - potwierdził sowiecki przywódca. - Sądzę też, że gdyby Amerykanie zechcieli zakwestionować nasze prawa, zyskalibyśmy poparcie Organizacji Narodów Zjednoczonych oraz Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości. Obawiam się tylko, że czas działa na naszą niekorzyść.
- Jak to? - zapytał szef Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego.
- Spójrzcie na datę ważności dokumentu, a zrozumiecie, jak niewiele zostało nam czasu na wywiązanie się z naszej części umowy - rzekł Breżniew.
Zaborski spojrzał na datę nagryzmoloną ręką cara: 20 czerwca 1966. Zwrócił dokument, uświadamiając sobie ogrom odpowiedzialności, jaką złożył na jego barki przywódca.
- Jak więc widzicie, towarzyszu Zaborski - Leonid Iljicz podjął swój monolog - pozostał nam jeszcze tylko miesiąc do ostatecznego terminu, ale jeśli zdołacie do tego czasu ustalić miejsce pobytu oryginalnej ikony, system obronny prezydenta Johnsona stanie się praktycznie bezużyteczny i Stany Zjednoczone będą jedynie pionkiem na naszej szachownicy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki