ROZDZIAŁ 3
Monachium-Schwabing
Artur-Kutscher-Platz 1
listopad 2013 r.
Informacja o nalocie na mieszkanie Gurlitta i sensacyjnym odkryciu przeciekła do mediów z dużym opóźnieniem. Magazyn "Focus" upublicznił ją pierwszy, półtora roku po fakcie, na początku listopada dwa tysiące trzynastego. Prokuratura, celnicy i urząd skarbowy długo trzymali to znalezisko w tajemnicy. Urzędnicy chcieli się zorientować, z czym mają do czynienia i co z tym zrobić. Zatrudniono rzeczoznawców, ale było ich za mało, więc prace posuwały się wolno i niesystematycznie. Brakowało punktu zaczepienia, realnego dowodu na przestępstwo popełnione przez Gurlitta. Władze powinny przedstawić mu jasne i sprecyzowane zarzuty albo nieuchronnie oddać mu wszystkie obrazy z powrotem. Śledztwo wszczęto przecież, reagując na raport celnika, w którym Cornelius wzbudził podejrzenia co do legalności pieniędzy, jakie przewoził przez granicę. Na tej podstawie przeprowadzono w końcu przeszukanie domu. Podejrzewano Gurlitta o nielegalny handel i przestępstwa podatkowe, a znaleziono prywatną kolekcję. To, że był synem człowieka, który na wielką skalę handlował sztuką, nie było wystarczającym powodem do skonfiskowania całej kolekcji. Możliwe, że jego ojciec kupił jakiś obraz, który został nielegalnie zawłaszczony, ale na to nie mieli żadnych dowodów! Przestępstwo należało udowodnić, same podejrzenia nie wystarczą. A poza tym według obowiązującego prawa byłyby to czyny, które już w roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym uległy przedawnieniu. Tak stanowi prawo.
Urzędnicy obawiali się też, że sytuacja wymknie im się spod kontroli, a drobna sprawa Gurlitta zatoczy kręgi i dotrze aż na same szczyty władzy. I gdy bomba wybuchła, dokładnie tak się stało. O życiu pustelnika Gurlitta i "ukrywanym przez niego skarbie nazistów" "wartym miliardy" mówiło się zarówno w Niemczech, w Polsce, jak i Japonii, Izraelu i USA. Dzienniki na całym świecie prześcigały się w domysłach dotyczących pochodzenia odnalezionych obrazów, ich wartości, ale i osobistej winy "strażnika skarbów nazistów".
Spokojny świat Corneliusa Gurlitta zachwiał się już dawno, ale teraz runął z hukiem. Najpierw obcy ludzie, którzy na jego oczach przez kilka dni pakowali w kartony i wywieźli wszystko, co stanowiło sens jego życia. Później długie miesiące, podczas których był zupełnie sam. I nagle ukazało się wydanie magazynu "Focus" z podobizną Hitlera, opartego o oprawiony w złote ramy jeden z jego obrazów. Skarb nazistów! Gdy przy próbie wyjścia na zakupy powitał go błysk fleszy i głośne przekrzykiwania się dziennikarzy, stał się więźniem w swym mieszkaniu. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego to się dzieje. Przecież nikogo nie skrzywdził. Miał szczęście, że od lat nie oglądał telewizji - odłączył ją już w kwietniu sześćdziesiątego trzeciego roku - bo oszczędziło mu to teraz naprawdę dużo nerwów.
Ale dzisiaj musiał pojechać do swojego lekarza. To daleka podróż, kilkaset kilometrów, termin umówił dawno, jakieś dwa miesiące temu. Na czwartek, jednak wyjeżdżał już dzisiaj, dwa dni wcześniej. Hotel również zamówił i od razu poprosił o przysłanie taksówki, która odbierze go z dworca. Zamówił, jak zawsze, listem napisanym na maszynie i podpisanym wiecznym piórem. Nie lubił niespodzianek. Cieszył się na spotkanie z człowiekiem, któremu ufał, który od lat dbał o jego zdrowie i samopoczucie. Zresztą taka podróż to jakby urlop. Naprawdę nie pamiętał, kiedy był na urlopie.
Zamknął drzwi mieszkania i zjechał windą na dół. Gdy otworzył drzwi budynku, błysnęło kilka fleszy, podniosła się wrzawa. Znał to już. Tego dnia i tak reporterów było mniej niż przed tygodniem. Przygarbiony, ubrany w czarny płaszcz staruszek, ciągnąc za sobą szarą walizkę na kółkach, przeszedł spokojnie przez rozczarowany tłum. Jakby ich nie zauważył. Drobnymi krokami pewnie zmierzał w kierunku przejścia przez jezdnię. Dziennikarze byli rozczarowani i po kilku krokach dali za wygraną.
Od grupy odłączyła się ciemnowłosa dziewczyna i poszła za Corneliusem Gurlittem. Özlem Gezer, dziennikarka z magazynu "Der Spiegel", była tu dzisiaj pierwszy raz. Szukała materiału na dobry reportaż, a taki nie raz już wyszedł spod jej pióra. Gurlitt ostrożnie zszedł z chodnika, kierował się na pobliski postój taksówek. Zrozumiała. Teraz albo nigdy!
- Dzień dobry, panie Gurlitt. Czy mogę prosić pana o kilka minut rozmowy? - zapytała.
Cornelius rzadko rozmawiał z ludźmi. Unikał tego, nie lubił, nie chciał, aby ktokolwiek nim się interesował. Ale ten głos wydał mu się sympatyczny. Nawet znajomy. Kątem oka spojrzał na nią. Nie znał tej kobiety, jednak jej głos... tak, przypominał mu barwę głosu jego ukochanej, w zeszłym roku zmarłej na raka trzy lata młodszej siostry Benity. To była jedyna osoba na świecie, z którą potrafił rozmawiać o wszystkim. Nawet o sobie.
- O czym chce pani rozmawiać? Zbyt mało jeszcze o mnie mówią? - zapytał, nie zwracając się ku niej twarzą.
Otrzymała od losu, od Gurlitta, swoją jedyną szansę. Zrównała z nim krok. Szła blisko, nie wkraczając w niewidoczną, każdemu znaną i odczuwalną strefę osobistego komfortu, intymności.
- Chciałabym wysłuchać pańskiej prawdziwej wersji wydarzeń i przedstawić pana takim, jakim pan jest naprawdę. Reprezentuję magazyn "Der Spiegel", jest czytany na całym świecie - dodała, nie będąc pewna jego reakcji.
Gurlitt nie zwolnił kroku, szedł dalej w kierunku postoju taksówek. Widać było, że się zastanawia.
- Wyjeżdżam, mam wizytę u lekarza. Nie będzie mnie cztery dni. Może pani jechać ze mną, to porozmawiamy - odpowiedział.
- Oczywiście! - zgodziła się entuzjastycznie.
Bez namysłu wsiadła razem z nim na tylne siedzenie taksówki. Taksówkarz schował walizkę Gurlitta do bagażnika i samochód ruszył w kierunku dworca głównego.
W drodze nie rozmawiali. Özlem siedziała jak na szpilkach. Wiedziała, że Gurlitt może swoją decyzję - jak na niego nie tylko spontaniczną, ale wręcz szaloną - w każdej chwili odwołać. Postanowiła tylko słuchać. Starszy pan poinformował ją, dokąd jadą. Miała wystarczająco dużo czasu, by kupić bilet. Poprosiła o miejsce niedaleko niego, w przedziale drugiej klasy. Pociąg nie był przepełniony, nikt nie zwracał na nich uwagi. Gdy usiedli, Cornelius Gurlitt otworzył gazetę, którą kupił w kiosku na peronie. Przerzucił kilka stron i zauważył zdjęcia swoich obrazów. Zaczął mówić. Nie zwracał się do niej, rzadko też na nią patrzył, właściwie mówił do siebie.
- Co to za kraj! Dlaczego oni mają prawo publicznie pokazywać moją prywatną własność? Muszą mi je zwrócić! - zaczął cicho.
W jego oczach widać było łzy. Teraz odwrócił się do niej.
- Już jako dziecko miałem wokół siebie obrazy Liebermanna, Beckmanna i Chagalla. Często się przeprowadzaliśmy - praca ojca tego wymagała - ale obrazy zawsze były razem z nami. Wisiały w salonie, w przedpokoju, we wszystkich pokojach. Wszystkie mają na sobie ślady rąk mojego ojca: często je przenosił, sortował. Kochał je. Nad moim łóżkiem w sypialni powiesił zieloną twarz Kirchnera. Na początku trochę jej się bałem, ale gdy ojciec, śmiejąc się, opowiadał, że Hitler nie lubi zielonych twarzy, polubiłem ją. Nie lubiłem Hitlera. W domu nie mówiono o nim dobrze. Mój ojciec go zwalczał! Ale skrycie, tak że nikt o tym nie wiedział. Inaczej byłoby to niebezpieczne. - Uśmiechnął się. Przypominał teraz przebiegłego dzieciaka, który zrobił komuś psikusa.
- Panie Gurlitt, czy mogłabym nagrywać telefonem naszą rozmowę? Czy mogłabym też robić nagrania wideo, aby niczego nie zapomnieć? To takie interesujące! - zapytała.
Po krótkim namyśle zgodził się. Chwilami i tak zapominał o jej obecności i mówił do siebie, czasem znowu odwracał się i świadomie mówił prosto do kamery. Ona kręciła film, robiła zdjęcia, czasem kładła telefon na stoliku. Był to film o człowieku, którego czas stanął w miejscu. Przez te cztery dni dużo opowiadał, ale głównie o starych czasach, najchętniej o swoim ojcu, człowieku, który całe swoje życie poświęcił sztuce. Tak, ojciec pracował dla nazistów, tak, sprzedawał za granicę obrazy, ale te, których nikt nie chciał mieć w Niemczech.
- Nazywano to sztuką zdegenerowaną! Wszystkie obrazy, rysunki i w ogóle dzieła sztuki, które, jak mówili, "zniekształcały" postacie ludzkie czy zwierzęce, lub dzieła przez autora "niedokończone". Po prostu usuwano je z niemieckich muzeów. Ot tak, bez podstawy, bez nakazu, bez pokwitowania! Nikt nie bawił się w ich księgowanie i rejestrowanie. Akt zmiany właściciela? Pochodzenie? Proweniencja? Kogo to obchodziło? Nikt ich przecież nie chciał mieć! Równie dobrze mogły wylądować na śmietniku. A w roku trzydziestym siódmym zorganizowali Wystawę Sztuki Zdegenerowanej, zatwierdził to sam Hitler. Niektóre obrazy nosiły karteczki z napisami, na przykład: "Bezczelne kpiny z Boga", lub były opatrzone ceną, za jaką zakupiło je muzeum, z dopiskiem: "zapłacono z kieszeni podatników niemieckiego ludu pracującego".
Dziennikarka milczała i słuchała. Była zaskoczona rosnącą w nim siłą, jego zaangażowaniem w obronę honoru i zasług ojca. To, że jego ojciec współpracował z systemem, tłumaczył tylko jednym - aby ratować sztukę przed ogniem i zniszczeniem.
- Ojciec należał do grupy czterech marszandów uprawnionych do zakupu tej sztuki. Nigdy nie kupował nic z rąk prywatnych. Tylko od muzeów, urzędów lub galerii handlujących sztuką - podkreślił. - Tak, kupował też czasem jakieś obrazy dla siebie. Zawsze czynił to legalnie i za wszystkie uczciwie płacił. Płacił ceny rynkowe, to znaczy tyle, ile za dany obraz wymagano. Lub inaczej -- tyle, ile obraz był wówczas wart na rynku... Miał płacić więcej? Czy pani w takiej chwili by zapłaciła więcej? Komu? Do kasy faszystowskiego państwa? - myślał głośno.
Nie czekał na jej odpowiedź.
- Mój ojciec nigdy nikomu nie odebrał niczego siłą, nie wykorzystywał swej pozycji. Zarabiał na finansowanie wojny przez Hitlera? Raczej go sabotował, bo płacił tylko wartość netto, zachowując wysoką prowizję. W rezultacie szkodził faszystom i Hitlerowi - dodał dumnie.
Po tym niezwykłym dla niego wybuchu energii Gurlitt poczuł zmęczenie. Po kilku minutach zadyszka ustąpiła. Özlem bacznie go obserwowała. Jego spokojna teraz twarz wyrażała satysfakcję. Dziennikarka zrozumiała swoją rolę. On chciał się wreszcie wygadać. Wyrzucić z siebie wszystko to, czego inni nie chcieli słuchać. Ona otrzyma swój wywiad, ale pewnie duża część z tego, co jej tak szczodrze opowiedział, nie zostanie autoryzowana do publikacji. Pozostanie tylko między nimi. Czy to jest deal, który mogła zaakceptować?
***
Spotykali się wtedy, kiedy on czuł się na siłach. Rozmowa kończyła się, gdy poczuł się znużony. Męczył się szybko, na spacerze po kilkudziesięciu krokach potrzebował pięciu minut odpoczynku. Dla niego czas stanął w miejscu dawno temu. Özlem towarzyszyła mu w tym jego świecie, gdzie czas przesuwał się wolniej, gdzie rządziły inne reguły, dawny język i maniery. Nawet jeśli spotykali się kilka razy dziennie, za każdym razem witał i żegnał ją ukłonem i uściskiem ręki.
Chętnie chciałaby dowiedzieć się więcej, niekiedy zaprzeczyć, ale nie ryzykowała. Zasady były jasne; ona była tu dla niego, nie odwrotnie!
- Ojciec nie miał łatwo w życiu. Za antyfaszystowskie przekonania kilka razy stracił pracę. Był dyrektorem muzeum w Zwickau, a później w Hamburgu. Pierwszego maja trzydziestego trzeciego roku, aby na jego muzeum nie mogli powiesić flagi ze swastyką, własnoręcznie odpiłował maszt. Doniesiono na niego. To, a do tego jego żydowskie pochodzenie (babka była Żydówką, choć przeszła na ewangelizm) i fascynacja ekspresjonizmem sprawiły, że został zwolniony z wilczym biletem. Nie miał już szans na pracę w instytucjach państwowych. Tylko dlatego został marszandem, handlarzem sztuki! Szybko się wybił. Miał kontakty i był najlepszy. Göring twierdził, że to on decyduje, kto jest Żydem, a kto nie. Także o tym, co kto osiągnie. Ale mój ojciec zapewnił sobie pozycję sam, dzięki swoim umiejętnościom zawodowym.
Po wojnie alianci miesiącami go przesłuchiwali. Trzy lata trzymali ojca w areszcie domowym. Przedstawił czternastu wiarygodnych świadków, wszyscy wydali o nim pozytywne opinie. Była sekretarka, Maya Gothelf, półkrwi Żydówka, potwierdziła jego życzliwy stosunek do Żydów. Prześladowany znany malarz Max Beckmann, członek grupy Berliner Secession, zeznał, że w trudnych czasach, gdy zabroniono mu malować, Gurlitt pomógł mu sprzedać kilka obrazów. Gdy ojciec został oczyszczony z zarzutów, w czerwcu czterdziestego ósmego roku, szybko znalazł odpowiednie do jego kwalifikacji stanowisko - dyrektora Kunstverein w Düsseldorfie.
Özlem porównywała to, co teraz słyszała, z tym, czego dowiedziała się, przygotowując do wywiadu. Ogólnie ujmując, była to prawda. Z wyjątkiem licznych nadinterpretacji i przemilczeń.
Można by sądzić, że ojciec Gurlitta był po prostu historykiem sztuki, wrogiem nazistowskiego reżimu, osobą wykorzystaną. Gdyby nie został marszandem, nie uniknąłby pracy przymusowej w przemyśle wojennym. Amerykańscy urzędnicy podzielali zdanie prokuratora McKaya, że w zeznaniach Gurlitta było dużo luk i nieścisłości. Kłamał, twierdząc, że nie utrzymywał kontaktów z wysokimi urzędnikami NSDAP. Udowodnienie tego było jednak trudnym zadaniem. Nie udało im się także dowiedzieć, gdzie ukrył pieniądze, a co ważniejsze, nie domyślali się nawet, że ukrył znacznie więcej obrazów niż te, które zatrzymano.
***
Dzisiaj wracali do Monachium. Lekarz stwierdził jedynie, że serce Gurlitta jest słabe i powinien się oszczędzać. Dni minęły szybko, a pełna życia i południowego wigoru dziennikarka wciąż czuła niedosyt. W pociągu do Monachium starszy pan milczał. Tematy najwyraźniej się wyczerpały.
Özlem nie dawała jednak za wygraną i spytała:
- Czy za granicą ojciec pracował wyłącznie we Francji i Holandii?
- Zdaje się, że bywał w Belgii, ale nie jestem pewien. No tak, często też jeździł do Szwajcarii, gdzie banki robiły doskonałe interesy na handlu sztuką. Ich sprytny system "tajemnicy bankowej", rzekomo wprowadzonej, aby chronić majątek prześladowanych podczas wojny, to absolutna bzdura. Wie pani, że tę bajkę wymyślono dopiero w latach siedemdziesiątych? Po wojnie? A cały świat ją kupił! Ode mnie wymagają udowodnienia pochodzenia każdego najmniejszego rysunku, a ich sejfy pełne są prawdziwych skarbów. Nie tylko pieniędzy i złota, lecz także dzieł sztuki. Szlachetni Szwajcarzy! Nie brudzili sobie rąk, ale na pewno nie są one czyste.
- A z Europą Wschodnią?
- Tam nie było nic dla niego. Szczególnie jeśli chodzi o sztukę nowoczesną. To były biedne kraje. Oczywiście bywały wyjątki - dodał.
- Pytam, bo czytałam, że zupełnie niedawno wycofano z aukcji w Buxtehude pod Hamburgiem obraz polskiego malarza Gierymskiego Żydówka z pomarańczami. Okazało się, że został zrabowany z Muzeum Narodowego w Warszawie. Zwrócono go właścicielom -- powiedziała.
- Szczerze powiedziawszy, mało mnie interesuje, co się dzieje na rynku, ale o tym obrazie słyszałem. Gdy sam niedawno sprzedawałem przez dom akcyjny obraz Beckmanna Der Löwenbändiger, spotkałem się z podobnym problemem. Także zgłosili się wcześniejsi właściciele. Ale wie pani, jaką cenę wywoławczą miał ten obraz z Polski? Cztery tysiące czterysta euro! Ta sztuka mało interesuje kolekcjonerów na zachodzie czy w USA - odpowiedział.
- A słyszał pan zapewne o Damie z łasiczką Leonarda da Vinci, którą gubernator Frank wywiózł z Polski, z Krakowa. Amerykanie znaleźli ją w jego domku myśliwskim w Bawarii i stąd wróciła w czterdziestym szóstym roku do Warszawy. Całkiem niedawno obraz ten poleciał do madryckiego Prado, a następnie Berlina i Londynu. Ubezpieczono go na trzysta milionów euro! - Czekała na jego reakcję.
- Tego nie wiedziałem - to zabrzmiało, jakby nie interesowało go zupełnie nic, co dzieje się na zewnątrz jego świata.
Znowu zapadła cisza. Ale za chwilę Gurlitt zmarszczył brwi. Wydawał się nad czymś intensywnie myśleć.
- Coś się panu przypomniało? -- zapytała.
- Tak, stara historia, która ma coś wspólnego z Polską. Jedno z moich ostatnich wspomnień o ojcu. Krótko przed śmiercią zaczął wprowadzać mnie w świat biznesu, tajniki handlu sztuką. Pamiętam do dzisiaj, jak mi powiedział, abym nigdy - niezależnie, jak kusząca byłaby to gratka - nie kupował niczego z nieznanych, niepewnych źródeł. Wspomniała pani Kraków i chyba o to miasto chodziło. Ktoś zaproponował mu obraz naprawdę wielkiego mistrza - nie mówił, o kogo chodziło - za wyjątkowo niską cenę. Proweniencja obrazu nie była jasna, więc ojciec odrzucił ofertę. Potem jednak obiecał sprzedającemu, że pomoże mu jako pośrednik. Bez wynagrodzenia. Nie wiem, dlaczego się na to zgodził, bo uczynił to niechętnie.
- I? - zapytała zaciekawiona Özlem.
- Wiem tylko tyle, że później ojciec tego bardzo żałował. Znał wszystkich znaczących kolekcjonerów. Także tych, którzy dysponowali wielkimi pieniędzmi, a byli zainteresowani takimi właśnie okazjami. Polecił obraz klientowi ze Szwajcarii i, jeśli dobrze pamiętam, transakcja doszła do skutku, choć ojciec nie brał w niej udziału. Mówiłem, ci Szwajcarzy mają na koniec zawsze czyste ręce. Problem miał za to mój ojciec, bo za jakiś czas zgłosił się do niego człowiek, który twierdził, że chodzi o Raubkunst, dzieło zrabowane podczas wojny. Właśnie w Krakowie czy gdzieś tam w okolicy. Pamiętam, że ojciec dziwnie się tego dnia zachowywał. Już nie dowiemy się, o co chodziło, bo kilka dni później ojciec zmarł w wyniku wypadku samochodowego.
- Tak słyszałam, zawiodły hamulce. Czy myśli pan, że miało to związek z tym tajemniczym człowiekiem? - dopytywała.
- Ojciec nic więcej nie mówił. Policja się tym zajęła, przesłuchali ludzi z otoczenia, nawet znaleźli jakieś ślady w garażu. Ale w końcu sprawę umorzono. Nieszczęśliwy wypadek - odpowiedział.
- Ojciec był jeszcze w sile wieku. Czy dał panu jako spadkobiercy jakieś wskazówki, czy instrukcje, co ma pan zrobić z kolekcją po jego śmierci? Co sprzedać, co zachować? - zapytała ostrożnie.
- A skądże! Ojciec kochał sztukę. Handlował obrazami, ale to, co kupił dla siebie, chciał zachować. Na zawsze. Nie wyobrażam sobie mojego mieszkania bez obrazu Liebermanna Dwaj jeźdźcy na plaży. Nigdy nie wpadłbym na pomysł, by go sprzedać. Ponad pół wieku miałem go przed oczyma, codziennie.
***
Cornelius Gurlitt zmarł szóstego maja dwa tysiące czternastego roku. W testamencie, spisanym dziewiątego stycznia dwa tysiące czternastego roku, jako jedyny spadkobierca jego kolekcji została wskazana fundacja Kunstmuseum Bern w Szwajcarii.
W połowie maja dwa tysiące piętnastego roku obraz Maxa Liebermanna Dwaj jeźdźcy na plaży został zwrócony Davidowi Torenowi, stryjecznemu wnukowi pierwotnego właściciela, Davida Friedmanna z Wrocławia. Także kilka innych dzieł, których pochodzenie zostało udowodnione, wróciło do spadkobierców prawowitych właścicieli, pośród nich obraz Siedząca kobieta Henriego Matisse'a.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI