Sprawa Dantona - Stanisława Przybyszewska

Kup ebooka

4.50 zł
3.87 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ODSŁONA I

Na ulicy przed sklepem piekarza. Na narożniku jaskrawy afisz. Zmrok poranny. Mularz, człowiek powyżej czterdziestki, tuż u drzwi; Szpicel, wiek nieokreślony, spaceruje bez celu na przestrzeni przed drzwiami.

    SZPICEL

/ niepotrzebnym szeptem /

Widzieliście, obywatelu... afisz?

    MULARZ

/ głośno, niechętnie /

Co znowu za afisz?

    SZPICEL

O, tam na rogu... znów przylepili po nocy, psiekrwie!...

    MULARZ

A niechże sobie... mało ich to ponalepiali od Nowego Roku? Dla nas afisz nie nowina.

    SZPICEL

Ależ obywatelu, to oni... to Wielki Sędzia!

    MULARZ

Wielki Sędzia! - Tydzień jak Wielki Sędzia poszedł z dymem. Jeszcze się po nim całowali.

    SZPICEL

No a tam macie go znowu! - Ej, obywatelu: Wielki Sędzia to nie byle kto! jeszcze ciszej Wam plotą, że to niby ma być Pache... Poczciwiec Pache! Noworodek Pache! - A ja wam powiadam, oby...

    MULARZ

A stulisz ty nareszcie pysk z tym twoim Wielkim Sędzią? - Co mnie to obchodzi, czy to Pache, czy nie Pache robi z siebie zatraconego durnia?

    SZPICEL

Ależ nie złośćcie się tak od ra...

    MULARZ

/ dowiaduje się /

Pudziesz?

/ Szpicel daje za wygraną. Odchodzi i kręci się dookoła przybywających: Madeleine, ok. 30 lat i Suzon, 15 lat. /

    SUZON

/ zatrzymuje się pod afiszem /

Ooo, Madeleine! Chodź no, zobacz! Znowu afisz!

    MADELEINE

/ przystaje za Mularzem /

Ech, to zwykły...

    SUZON

Gdzie tam zwykły! Dokładnie to samo, co dawniej... zachwycona Słuchaj: "Obywatele! Znosicie od dwu lat rządy Konwencji, a z każdym miesiącem trudniej wam o chleb. Obywatele! Nie dajcie sobie zamydlić oczu! Wiedzcie, że w łonie Konwencji - na samym stoku niezachwianej "Góry" - czają się zdrajcy: tygrysy, co poże..."

    MADELEINE

/ gwałtownie /

Nie czytaj tych bredni! Chodź tu, bo ci zajmą miejsce!

/ Nadchodzą: Blondyn, Inteligent, Drukarz, 30-40 lat. Wyścigi między Blondynem a Suzon; dziewczynka przegrałaby, lecz Szpicel broni jej miejsca. /

    SZPICEL

/ w napoleońskiej pozie /

Przepraszam. To rezerwowane miejsce kobiety.

/ Ustępuje Suzon, która mu dziękuje roztargnionym skinieniem. /

/ równocześnie /

    BLONDYN

Co takiego?!...

    SZPICEL

Dla prawdziwego sankiuloty rezerwowane miejsca kobiet są nietykalne.

    DRUKARZ

Oj... a cóż będzie w takim razie z przyszłością narodu?...

    SUZON

/ półgłosem /

Madeleine - Madeleine - więc przecież coś z tego będzie!

    MADELEINE

/ szeptem /

Suzon, będziesz ty cicho nareszcie?

    DRUKARZ

/ obojętnie /

Widzieliście? Hebertyści znów chcą nam głowy zawracać.

    MULARZ

Ci panicze z Biur Wojennych sądzą, że nam jeszcze mało rozruchów i strzelania, i gilotyn!

    BLONDYN

To wszystko ten wariat Vincent: ma ci smarkacz armię po to, żeby Paryż żywić; tymczasem jemu się zachciewa Konwencję tą armią burzyć! - Bodaj czy mu się nawet korona nie marzy...

/ Dochodzą: Młody Inwalida, Elegant, Student i Stary Zegarmistrz. /

    INTELIGENT

/ trochę tajemniczo /

Więc wam się zdaje, że to Vincent tak minuje Paryż od trzech miesięcy? Że to Vincent zamierza się na rząd, ba - na sam Wielki Komitet? Vincent?...

    ELEGANT

No a kto? Hébert może? Ha, ha!

/ śmiech /

    BLONDYN

Albo Pache?

/ wzmożona wesołość /

    INTELIGENT

Hébert i Pache to pionki, a Vincent - to młodziutki generalik o ptasim mózgu. Inwalida marszczy się groźnie Nie takiej to musi być miary, kto śmie podnieść rękę na Komitet Ocalenia Publicznego - dziś, gdy ten Komitet literalnie kraj na plecach niesie i kieruje polityką Europy...

Moi drodzy: w Paryżu, a może na całym świecie, jest jeden tylko człowiek, co by się na to ważył - Ale to nie Vincent.

    SZPICEL

Tylko?... Wyostrzyliście nam ciekawość, obywatelu...

/ Inteligent spostrzega się, kim jest ten człowiek i milknie przerażony. /

    SUZON

/ namiętnie /

Kto to taki? To ten ma być Wielkim Sędzią, prawda? Kto to?...

/ Napięte milczenie. Inteligent wskazuje oczami na Szpicla. /

    DRUKARZ

/ zamyślony /

Wszystko jedno: tę Konwencję warto by raz gruntownie wyczyścić - nawet za cenę rozruchów. O, jakżeśmy odbiegli od dziewięćdziesiątego drugiego! Dzisiejszy rząd to istne bagno korupcji i fałszer...

/ Inteligent szczypie go z miłości bliźniego. Wiadomość o Szpiclu rozchodzi się znakami i sprowadza milczenie powszechne. By odwieść uwagę Szpicel zbliża się do Suzon. /

/ równocześnie /

    BLONDYN

/ po przykrej ciszy /

Ale co to się znów z tym chlebem stało? Już od trzech tygodni było zupełnie dobrze, a tu raptem masz - stój znów w ogonkach przez dzień i noc!

/ Dochodzą w odstępach: Starsza Dama, Gospodyni, pięć kobiet i sześciu mężczyzn. /

    INTELIGENT

/ jeszcze blady /

A cóż, obywatelu - wojna.

    DRUKARZ

To nie wojna, to te cholery skupywacze! Na nic policja; na nic gilotyna; bezczelne to jak szczury.

    BLONDYN

Ci to mają zyski dopiero! Raz z swego rzemiosła świńskiego, a potem to im Jego Brytyjska Mość Pitt drugie tyle płaci, że morzą rewolucję głodem...

    ZEGARMISTRZ

Jak płaci tym, co zarażają Konwencję, a w nas niszczą resztki wiary...

    STUDENT

/ cicho /

Wiecie, co mnie się zdaje? Ten nagły głód nie jest naturalny. Wywołują go umyślnie ci, co chcą rząd wywrócić: głodzą nas w tym celu jak zwierzęta na arenę!

/ niedowierzanie - oburzenie - poparcie, wciąż stłumione i z bacznym okiem na flirtująceg Szpicla /

    SZPICEL

Cóż wy taka smutna, obywateleczko? Narzeczony na wojnie, co?

    SUZON

Proszę mi dać spokój.

    SZPICEL

Nie gniewajcie się, panienko; ja was przecież chcę pocieszyć...

    SUZON

/ krzyczy /

Proszę odejść!

    MADELEINE

Wynoś się pan!

    SZPICEL

Obywatelko, ja nie do was. Ja do tej młodej panienki.

/ szamotanie /

    MULARZ

/ silnie trącony przez Szpicla chwyta go za kołnierz i rzuca /

Kundlu parszywy, znoś mi się stąd!

/ błyskawiczne porozumienie wśród innych /

    INTELIGENT

/ do wracającego Szpicla /

Gdzie wasze miejsce?

    SZPICEL

Wszędzie. Ulica jest dla wszystkich.

    DRUKARZ

Poza rzędami nie wolno się wałęsać.

    SZPICEL

/ nadrabia miną /

Niby co? A kto mi zakaże?

    DRUKARZ

Ja!

/ poparcie /

    ELEGANT

I potrafimy wyegzekwować rozporządzenie!

/ Onieśmielony Szpicel próbuje się wcisnąć za Suzon. /

    INTELIGENT

O, nie! Trzeba było stać tu od początku!

    DRUKARZ

/ wyciąga go i rzuca, ku nieukrywanej radości Suzon /

Dalej, na sam koniec!

/ Szpicel ponawia próbą kilkakrotnie, lecz daremnie, staje wreszcie na końcu, ledwo widoczny. Po pewnym czasie znika. /

    BLONDYN

No, nareszcie! O, ale jacyśmy jeszcze nieostrożni!

/ Nagle dzwon zaczyna bić. Znieruchomiała cisza. /

    INTELIGENT

/ cicho /

Cóż to znaczy... o tej porze?

    MADELEINE

/ szeptanym krzykiem /

Na trwogę!!!

    BLONDYN

Dobranoc. Mamy insurekcję.

/ po zdrętwieniu wzrastające poruszenie /

    SUZON

/ w napięciu /

Wiedziałam, że dziś się coś stanie!...

    KOBIETA A

/ w krzyk /

Prędko, do domu!

/ Zamieszanie. Nikt nie chce pierwszy opuścić miejsca - nuż to pusty alarm, a chleb przepadnie. Crescendo accelerando molto : /

    MĘŻCZYZNA A

No a chleb?!

    KOBIETA B

Ma być nowa rzeź! Jak we wrześniu!!

    KOBIETA C

Teraz to bandy Vincenta! Będzie gorzej!

/ Krzyk zlewa się w chaos: /

    KRZYK

Prędzej! - Do domów! - Wracajmy! - Okiennice i bramy! - Uciekać!! Rzeź!!! - A chleb?! - Stratują nas! - Muszę mieć chleb! - Nie ruszę się! - A niechże rżną: muszę - mieć - chleb!!!

/ Dzwon milknie; napięcie bez tchu, potem westchnienie ulgi i wybuch nerwowej wesołości. /

    MULARZ

/ do kobiet na końcu /

Idiotki!

/ wesołe wyzwiska kumoszek /

    SUZON

/ z westchnieniem /

Szkoda!

    INWALIDA

To nowa rekwizycja dzwonów. Próbują dla wyboru. - Tym razem mają podobno już brać i z Notre-Dame.

    DAMA

Rekwizycje - pobory - zimno - głód - i nasi synowie, co giną setkami dzień w dzień. - Czyż się ta wojna nigdy nie skończy?

    BLONDYN

A spytajcież się Komitetu Ocalenia, czemu nie chce zawrzeć pokoju!

    INTELIGENT

Ładnie byśmy wyszli wszyscy razem na pokoju przedwcześnie zawartym, podyktowanym przez wroga!

    STUDENT

/ zapalczywie /

Myślicie, że Komitet dla sportu wojnę prowadzi, czy co? Albo o jakiś kawałeczek gruntu, jak królowie?!

    ELEGANT

Wszystko jedno. Dawniej rewolucja była weselsza. Teraz stała się ponura i nudna.

/ ciche oburzenie u Drukarza, Studenta i Zegarmistrza /

    INWALIDA

O, to prawda! O ileż było weselej w dziewięćdziesiątym drugim! Dziesiątego sierpnia... Wiecie, tej jednej godziny na placu Karuzeli, gdy mi łapę przetrącili - nie oddałbym za sto zdrowych ramion. Wojna na ulicy, to... to sam raj.

/ śmiech i oburzenie /

    INTELIGENT

/ przyjaźnie /

A dla kogo walczycie i o co, to już was nie obchodzi, prawda?

    INWALIDA

Pewno, że obchodzi! Myślicie, że wesoło bić się pod szpicrutą oficera o jakieś osobiste rodzinne nieporozumienia między królami - dla których jesteśmy towarem tańszym od koni? O, nie, mój panie! To jednak nie to samo, co z własnej woli stawiać i wywracać barykady o Prawa Człowieka!

    ZEGARMISTRZ

Prawa Człowieka! - To była cztery lata temu wiara, dla której każdy, bez wahania, oddawał życie, a nawet mienie. Tymczasem cztery lata minęły; cierpimy i walczymy bez wytchnienia; a co zdobędziemy, to zagrabią albo zmarnują nasi przedstawiciele. - Rząd wolnościowy! Wodzowie wolnego ludu! Człowiek, co zyskał władzę, z miejsca staje się świnią, wszędzie i zawsze; wszystko jedno, czy siedzi na tronie, czy w Konw...

/ Szmer oburzenia i przestrachu wzbudzony już w połowie przechodzi w stłumiony krzyk i przerywa. /

    GŁOSY

/ wszyscy oglądają się trwożliwie za Szpiclem /

Czy on oszalał?! - Zmiłujcie się! - Wstydziłbyś się! Człowieku, miejże rozum! Głową to przypłacisz!

    ZEGARMISTRZ

Głową? Wielkie nieszczęście! Dla człowieka, co stracił wiarę, śmierć nie taka straszna!

    INTELIGENT

Pocieszcie się, obywatelu: rewolucja nie zboczyła z drogi. Lecz Praw Człowieka nie można wywalczyć w sześć tygodni - po tysiącleciach niewoli.

    STUDENT

/ do Zegarmistrza /

Pańska rozpacz to dezercja - rozumie pan? Walczymy dopiero cztery lata; i będziemy walczyć do samej śmierci. Nie o nas chodzi, o nie! Chodzi o swobodę ludzkiego rozwoju - może dopiero dla naszych prawnuków!

/ Szpicel znów się pojawia. /

    GOSPODYNI

Łatwo wam gadać, paniczu. Gdybyście mieli rodzinę do wyżywienia - myślelibyście inaczej po takich czterech latach.

    STUDENT

/ przyjaźnie, wskazuje oczami na Szpicla /

Ale nie myślałbym głośno, obywatelko.

    INTELIGENT

A Konwencję należy podziwiać, zamiast mieć do niej małostkowe pretensje. Cóż stąd, że wśród siedmiuset deputowanych jest parę głupców i łotrów? Cóż oni znaczą - wobec jednego Robespierre'a na przykład?

/ To nazwisko działa jak lekki prąd elektryczny. /

    DRUKARZ

To fakt: odkąd on chory, rewolucja zwalnia biegu i zaczyna się chwiać.

    STUDENT

/ żarliwie /

To człowiek wyjątkowy. Jedyny umysł zdolny objąć całokształt sytuacji i to pod każdym kątem widzenia; a przy tym czysty.

    MULARZ

Właśnie. Bo zresztą, jak który bystry - to złodziej...

    DRUKARZ

/ szeptem /

Jak "Człowiek Dziesiątego Sierpnia"...

/ oburzenie Blondyna /

    MULARZ

...a często także i zdrajca. - Tymczasem jemu jednemu można zaufać naprawdę.

    STUDENT

Rządzi lepiej niż najlepszy król; lecz o dyktaturze nie pomyśli nawet!

    BLONDYN

/ groźnie /

No, niechby tylko spróbował! - Ale on się już wysłużył, moi drodzy.

    STUDENT

Oszalałeś?!

    INWALIDA

Tak, to prawda! Chaumette też mówi, że to człowiek zużyty; i ma zupełną rację!

    BLONDYN

Rewolucja dawno ukończona; teraz potrzeba Republice pokoju i swobody; tymczasem on przeciąga wojnę, przeciąga terror, wyczerpuje i zniechęca naród...

    DRUKARZ

Aha, ten chodził do szkoły Dantona!

    INWALIDA

Idioto! Jest wręcz przeciwnie; Robespierre był dobry, póki starczyły środki łagodne. Za to dziś trzeba energii! Dziś trzeba środków radykalnych, których on się boi - inaczej kontrrewolucja zarazi cały kraj, jak już zaraziła Konwencję...

    BLONDYN

Wolę ja szkołę Dantona od szkoły Héberta! To wy, zdrajcy, nas głodzicie! Takie to te wasze radykalne środki!

/ Zanosi się na starcie. Uwagę odwodzi nadejście konwoju egzekucyjnego ze skazańcem. Konwój ma wejść w przecznicę, zastawioną przez czekających. Musi się więc zatrzymać, a rząd przesuwa się z trudem, gdyż silniejsi wypychają słabszych za lada drgnieniem. /

    BLONDYN

/ cicho /

O - albo patrzcie na to. Czy to ma sens? Dzień w dzień kogoś prowadzą. Przecie już się mdło robi na samą myśl o tej wiecznej jatce publicznej! I czemu ten wasz Komitet nie przestanie?

    ELEGANT

Hej, co to za jeden?

/ Milicja ignoruje pytanie. /

    INWALIDA

Gadajcie: co to za jeden?

    ŻOŁNIERZ

Emigrant; ale co wam do tego?

    SZPICEL

/ zbliża się /

Co nam do zbawienia Ojczyzny, hę? Co nam do tego?

    INTELIGENT

Cóż to, na piechotkę dla odmiany?

    ŻOŁNIERZ

Jak jeden, to po co go wieźć? Zdrów jest, może iść.

    SZPICEL

Pewno - w jedną stronę może iść. - Ale z powrotem będzie trudniej... co, panie hrabio? Na piechotkę - z powrotem?...

/ śmiech dwu-trzech osób, krótki, bo bez rezonansu /

    MĘŻCZYZNA B

Czemużby nie? O tak, główkę pod pachę i dalej!

/ Konwój rusza. /

    SUZON

/ drżącym głosem /

O mój Boże... a on taki ładny... biedaczek!

/ Trochę przychylnego śmiechu - lecz na ogół nastrój niechętny. Konwój mija. /

    DAMA

O tak - to rzeczywiście smutny widok...

    STUDENT

Raczej dziękujcie Bogu za energię i czujność Komitetów! Więc wolelibyście, żeby asygnaty spadły do wartości starego papieru? Żeby każdy mógł żądać tysiąc funtów za wiązkę drzewa i okradać was z tej odrobiny jadła, jaką przynajmniej teraz dostajecie?!

/ Dwaj uzbrojeni żołnierze Armii Rewolucyjnej pukają do okiennicy i ustawiają się po obu stronach wejścia. /

    GŁOSY

/ szmer ulgi, radości /

Nareszcie! - Trzy godziny każą nam czekać! - Byleśmy tylko wszyscy dostali...

/ Piekarz otwiera. Okrzyk radości; wchodzi Mularz. /

    SUZON

/ cicho do towarzyszki /

Co to za jedni?

    MADELEINE

Toś ty jeszcze nigdy w ogonku nie stała? - Armia Rewolucyjna. Żołnierze Vincenta.

    SUZON

A oni nam po co?

    BLONDYN

Utrzymać porządek. - Zobaczycie, jaki oni ten porządek utrzymują.

/ Mularz wraca; wchodzi Madeleine. Zatrzymują Mularza, czepiają się go. /

    GŁOSY

Ile tam jeszcze sztuk? - Ile bochenków? - Ile on tam ma? - Czy starczy dla wszystkich? - Czy jest dość?

    MULARZ

/ uwalnia się /

A czy ja wiem? Nie liczyłem!

/ Odchodzi. Tłum w napięciu. /

    KOBIETA A

/ półgłosem /

To znaczy, że za mało!...

/ Szmer niepokoju. Powstaje elektryczne naprężenie gotowości. /

    MADELEINE

/ wybiega; szeptem do Suzon /

Spiesz się - już tylko siedem sztuk!

/ Exit. Podsłuchana wiadomość spływa błyskawicznie wzdłuż rzędu szeptem - który prawie natychmiast przechodzi w krzyk. /

    GŁOSY

Siedem sztuk - siedem bochenków - co, znowu! - Prędzej, do środka! Mnie się należy!! - Ja muszę dziś dostać!!!

/ Nim Suzon dobiegła do drzwi, rząd się rozsypał. Koniec rzuca się naprzód; za nim wszyscy. Piekarz zatrzasnął drzwi, przygniatając rękę jakiejś kobiecie. Przeraźliwy krzyk bólu. Tłum rozwścieczony dusi się pod drzwiami. Jęki, krzyk, przekleństwa. Wreszcie wyskakują poszczególne głosy: /

    DRUKARZ

/ wskazuje na posągowych żołnierzy /

My się zabijamy... a ci tu, psiakrew, stoją jak malowani, widzicie ich!

/ Tłum zluźnia się nieco i orientuje zgodnie przeciwko nim, lecz na razie bez zaczepności. /

    GŁOSY

/ zirytowane, lecz dobroduszne /

No, ruszcie się, ruszcie - dalej! - A radźcież nam teraz, od czego wy jesteście? - Armia Rewolucyjna! - Im tylko przewroty w głowie! - Wypchać by was, jednego z drugim, a waszych Vincentów też! - Żeby który bodaj palcem kiwnął... - Gadajcie przynajmniej: co mamy robić?!

    ŻOŁNIERZ

I wynoście się do domów, marsz!

/ Szmer zdumienia - ryk wściekłości. Tłum przybiera postawę agresywną, naciera nawet, lecz nie śmie atakować. /

    KRZYK

Oni naumyślnie! - Łapówkę wzięli, żeby nas nie wpuścić! Kreatury zdrajców!

/ Drukarz zamierza się na żołnierza; ten nastawia bagnet. Ostry krzyk przerażenia. Tłum odskakuje od broni jak zgłodniałe psy od bata: o krok. Jest stosunkowo ciszej, gdyż furia i strach tłumią teraz głosy. Groźne zawieszenie po obu stronach. /

    KRZYK

Z bagnetem na lud!... Pitt ich opłacił! - Bydlęta! - Świnie! - Banda!- Do stu piorunów, ja chcę chleba! kobieta: A wyrwijże im który te rożna!

/ Nie ma rezonansu: tłum jest bezbronny, nie wie, co począć. /

    INWALIDA

/ znajduje wyjście /

Wywalić drzwi!!!

/ Zawieszenie momentalnie przechodzi w akcję. Tłum zmienia orientację ku uldze żołnierzy, którzy też nie bronią nowego jej celu. Owszem, ostentacyjnie opuszczają broń. Krzyk się wzmaga. /

    KRZYK

/ jaskrawszy /

Wywalić! - Tam mnóstwo chleba! - To skupywacz! - Wywalić! - Dalej, wywalić!!

/ Żołnierze ustępują, lecz kobiety rzucają się na drzwi, bronią ich z wrzaskiem. /

    KOBIETY

O, nie! My też chcemy chleba! - Niedoczekanie wasze! Albo wszyscy, albo nikt! - Precz stąd! - Nam się pierwej należy! - Złodzieje! - Bandyci!!

/ Zbiegowisko. Głowy u okien. Zachwyt tłumu, świst, krzyki, śmiech, wycie. Okrzyki zachęty jak na zapasach. Dzieci rzucają kamieniami. Mężczyźni wśród pisku odciągają baby i walą w drzwi ciężarem ciał. /

    MĘŻCZYŹNI

Dalej, wal go! - Baby, na bok!

/ Orgia; szturmują. Wtem zjawiają się, ex machina, trzej komisarze sekcji. Tłum zastyga momentalnie; tylko oblężenie trwa jeszcze parę sekund dzięki nieświadomości szturmujących. Gdy tylko się spostrzegli - nieruchomieją. Cisza kościelna. /

    KOMISARZ I

/ gdy już słychać oddech - efektownie cicho /

Co się tu dzieje?

    CHÓR

/ wybucha /

Chleba... brak chleba... bezprawie... od trzech dni... skupywacz... i znowu... naumyślnie... zdrajcy!... nieprawda... siedem sztuk... zataraso...

    KOMISARZ I

/ grzmi /

Cicho! Gadać po ludzku!

/ cisza. Potem artykułowane głosy. /

    GŁOSY

Znów tylko siedem bochenków! Dzień w dzień za mało! - On musi nas wpuścić! - Nie ma prawa! - Tymczasem, o, zatrzasnął, bestia! - On ma pełny magazyn: to skupywacz! coraz gwałtowniej Tak jest, skupywacz! - Pitt go opłaca, a tych tu też! - Trzeba wyłamać drzwi! - Zobaczymy, ile on tam schował! poklask Wyłamać! - Trzeba wyłamać!!

    KOMISARZ I

/ ponad hałasem /

Kto jeszcze raz powie "wyłamać", zostanie aresztowany. Cisza. Nikły, żałosny protest Skoro jest siedem bochenków - dostanie je tych siedmioro, na których kolej. u końca pierwotnego rzędu znów nieśmiały protest. Kto miał teraz wejść?

/ Zgłaszają się wszyscy. Konsternacja. Śmiech. /

    KOMISARZ II

/ do żołnierzy /

A wy od czego? - Dla ozdoby? - I to wy pozwalacie na takie skandale?!

    ŻOŁNIERZ II

A co, to nasza wina, że ten tam ma siedem bochenków?

    DRUKARZ

/ wśród gwaru bezradnej irytacji /

Ależ podzielmy się, ludzie!

    GŁOSY

/ nagłe ożywienie /

Co... podzielić? - Podzielić, mówi... - A dobrze! - Świetny pomysł! - Ilu nas jest? - Liczyć! - Podzielić! Podzielić! - Osiemnastu. - Ilu tam? Dwudziestu trzech - siedemnastu - nie ruszać się! - Dwudziestu jeden. - Tak, dwudziestu jeden! - Równy rachunek! protest E, co mi tam po kromeczce... - Ja muszę przynieść bochenek! - Czekam od świtu! - Mam prawo do całego chleba! - Żadnych podziałów! Było przyjść wcześniej! - Myślą, że wszystko dla nich!

    INTELIGENT

No to nikt nic nie dostanie!

    KOMISARZ I

Dalej, obywatele: ustawić się trójkami, prędzej! Każdy dostanie po jednej trzeciej, a my zrewidujemy sklep.

/ Ustawiają się stosunkowo spokojnie, chętni zmuszają niechętnych. Szpicel zbliżył się do Komisarzy; szepce do I i II. /

    KOMISARZ III

/ podczas gdy piekarz otwiera i wpuszcza Drukarza, Suzon i Blondyna /

To ja pójdę zobaczyć. Ale wątpię, czy co znajdę: to człowiek uczciwy.

/ Odchodzi. Szpicel usuwa się za narożnik i patrzy. Komisarze ustawiają się przy drzwiach. Drukarz wraca. /

    KOMISARZ II

/ kładzie mu rękę na ramieniu /

Aresztuję was w imieniu prawa.

/ Cisza grobowa zalega nagle ulicę. Drukarz zdrętwiał; chwila milczenia. /

    DRUKARZ

/ odzyskuje głos /

Z-za-a co?...

    KOMISARZ II

/ do tłumu /

Czy on powiedział, że trzeba usunąć Konwencję?

/ Zdumienie powszechne; stopniowo ożywiają się. /

    GŁOSY

Nie... - Ależ skąd! - No tak, właściwie powiedział... - Nie: nie "usunąć"! - Przekręcili! - Ale to tylko tak - i nie że trzeba - że warto by - ale to tylko tak ot, nic niie myślał - z naciskiem nie powiedział przecie "usunąć"!

    KOMISARZ II

No, tylko jak?

    ELEGANT

Wyczyścić!

/ Tłum drgnął krótkim śmiechem, który natychmiast gaśnie. Suzon wychodzi i zatrzymuje się w drzwiach przerażona. /

    KOMISARZ II

Trudno; zabierzcie chleb, a dajcie mi kartę. W komitecie sekcji sprawa pewno się wyjaśni.

/ Odchodzi z więźniem. /

/ równocześnie /

    SZMER

/ grozy i gniewu /

To ten szpicel... kręcił się od świtu... Wszędzie tego pełno, jak wszy... A wiidziicie, nie mówiłem? Widzicie, jak to dziś trzeba uważać?!

    KOMISARZ I

/ do Suzon, która robi krok naprzód /

Wy też musicie kartę pokazać.

    SUZON

/ zmartwiała /

Ja?!!

    KOMISARZ I

Tak, właśnie wy.

    SUZON

/ oszalała /

Ależ ja nic nie... za co wy mnie... krzyk, który sprowadza nagłą a zupełną ciszą Jezus Maria, oni mnie zetną!!!

    KOMISARZ I

/ podejrzliwie /

Prędzej, obywatelko. Kartę. Bierze jej z rąk chleb, który jej przeszkadza przy szukaniu.

    SUZON

Ale to dla domu!...

    KOMISARZ I

Ja wam tylko potrzymam. Znajdźcie kartę.

    INTELIGENT

Co ta mała przeskrobała, komisarzu?

    KOMISARZ I

Podobno zdradziła takie wzruszenie na widok skazanego emigranta, że należy przypuszczać, iż to jej kochanek...

    SUZON

/ jak młody kogut /

Co?!!

    KOMISARZ I

... lub krewny.

/ Tłum patrzy po sobie; nagle wybucha śmiechem. /

    GŁOSY

Powiedziała, że ładny, to wszystko! - Żal jej było przystojnego chłopca, przecie to jeszcze głupiutkie! - Dla niej chłopiec to chłopiec!

    SUZON

O, tu karta... A teraz mnie za to zabiją!

/ Zdwojona wesołość. Komisarz III wychodzi z sklepu i patrzy. /

    KOMISARZ I

Nie zabiją, nie - chyba żeście chciała objąć dyktaturę nad krajem. - Czy ją kto z was zna?

    GOSPODYNI

Naturalnie! To Suzanne Ferrus, córka fryzjera spod dwunastego!

    GŁOSY

/ ubawione /

A puśćcież ją! - Ona myśli, że teraz to już prosto na szafot!

    KOMISARZ I

/ porównał z kartą /

Tak... do III Jak sądzisz: co począć z tym ptaszkiem? Wziąć do sekcji i przepytać, czy od razu puścić?

    KOMISARZ III

Puść ją. Nie mamy czasu na nonsensy. - A trzeba być idiotą, żeby myśleć, że arystokratka zacznie w głos żałować swego wspólnika, na ulicy.

    KOMISARZ I

No, obywatelko - ruszajcie zatem.

/ zadowolenie tłumu /

    SUZON

/ śmieje się wśród gorących łez; wykonuje dyg /

Dziękuję wam, obywatele!

/ ucieka /

    KOMISARZ I

Hej! Wasz chleb! Macie tu wasz chleb! śmiech powszechny.Suzon wraca i bierze chleb; po drodze zaczepiają ją przyjaźnie. Do kolegi Więc cóż? Znalazłeś co?

    KOMISARZ III

Nic zupełnie. Wiedziałem z góry, że to nie spekulant.

    KOMISARZ I

/ przejmująco zimnym tonem /

Hej, kolego! Strzeż no ty się przed zbytnią ufnością do ludzi! Teraz musimy podejrzewać wszystkich!...

ODSŁONA 2

    Skromny pokój Robespierre'a. Trybun siedzi cierpliwie, czekając, aż fryzjer skończy pracą z jego włosami, i cieszy się życiem w przedwiosenny dzień. Fryzjer posypuje gotową fryzurę pudrem; pacjent podnosi lustro ręczne - trochę nieufnie - a ujrzawszy się, szczerzy w uśmiechu kredowe zęby.

    ROBESPIERRE

To już przesada. Wyglądam jak gigantyczny przekwitły ostromlecz.

    FRYZJER

To pańska zwykła fryzura. Tylko twarz panu wychudła i dlatego zapewne wydaje się...

    ROBESPIERRE

Może być. - Poradźcież co na to; nie można zachować powagi na mój widok.

    FRYZJER

Dziś już za późno. Jutro znów przytnę panu włosy. - Swoją drogą nikt wśród moich klientów nie ma tak gęstych. Grzebień w nich tonie.

    ROBESPIERRE

/ po kilku sekundach /

A propos klientów - macie mnóstwo źródeł informacji. Podobno Wielki Sędzia znów kusi po nocach? Czyście co słyszeli?

    FRYZJER

/ zakłopotany /

Słyszy się takie nonsensy...

    ROBESPIERRE

No cóż takiego? Może to ja mam być tą tajemniczą istotą obecnie?

    FRYZJER

Na Boga! - Nie, do tego jeszcze nie doszło...

    ROBESPIERRE

/ już troszkę energicznie /

No więc?

    FRYZJER

Powiadają, ż-że... że Danton.

/ Robespierre zastygł. Dotkliwa cisza. /

    ROBESPIERRE

/ naturalnie, lecz zbyt monotonnie /

Skąd to macie...

    FRYZJER

/ coraz bardziej nieswój /

Wybaczcie, obywatelu... nie mogę... to jest wo-wolałbym... nie...

    ROBESPIERRE

/ obojętnie /

Mniejsza o to. lekkie pukanie Proszę!

/ Wchodzi Eléonore Duplay , 25 lat. Zatrzymuje się w drzwiach. /

    ROBESPIERRE

Dzień dobry! Proszę wybaczyć, że nie wstaję. Niechże pani wejdzie...

    ELÉONORE

/ podaje mu rękę i siada /

Wstał pan już? - Czy nie za wcześnie jednak?...

    ROBESPIERRE

/ szczerzy zęby /

Za wcześnie... po pięciu tygodniach! - Zresztą, w taki dzień jak dziś trup by wstał.

    ELÉONORE

Ale podłoga chwieje się jeszcze... prawda?

    ROBESPIERRE

Troszkę - lecz to jej dodaje uroku. - Nie mogę się nasycić rozkoszą swobodnego ruchu. Mięśnie zmartwychwstają... Życie jest rzeczą nad wyraz przyjemną, proszę pani.

/ Fryzjer cofnął się o krok i mierzy swoje dzieło. /

    FRYZJER

No - sądzę, że pan gotów.

/ Podaje mu lustro, które Robespierre lękliwie odpycha. /

    ROBESPIERRE

Nie... wolę się nie widzieć. Dziękuję wam. - Jutro proszę już przyjść o zwykłej porze! Fryzjer kłania się i wychodzi. Robespierre obraca się w krześle, ręce do łokci opiera o poręcz i patrzy z nieokreślonym uśmiechem w oczy równie nieruchomej kochanki. Nagle wstaje i podaje jej dłonie Przywitajmy się, lwico. Eléonore wstaje spokojnie; obejmują się i całują. Lecz to jej nie wystarcza; opuszcza się z wolna na kolana, łasząc się twarzą i torsem o ramię, pierś, bok, biodro i udo przyjaciela. On stoi oparty o dość odległy stół - by nie stracić równowagi, gdy mu ramionami otoczyła kolana - i przegięty wstecz w postawie rozkosznie niewygodnej. Broni się - bez przekonania - lewą ręką. Dopiero gdy mu się uścisk osuwa poniżej biódr, chwyta powietrze trochę gwałtownie i prosi poważniej - Och, Léo... przestań. ona udaje oczywiście, że nie słyszy. Ciszej a intensywniej Przestań... przestań.

/ Odpycha ją prawie. Gdy wstała, przeciąga się niespokojnie całym ciałem. Potrząsa głową, jakby chciał coś z włosów strzepnąć. Końcem stopy zakreśla linie na podłodze. /

    ELÉONORE

/ siada. Wesoło, lecz z ukrytą goryczą /

Prawda. Wykroczyłam przeciw twoim zasadom.

    ROBESPIERRE

/ zdziwiony podnosi głowę /

Moim zasadom... ty?!

    ELÉONORE

Jedną z nich w każdym razie umiejętnie wbiłeś mi w pamięć: "Wszelki objaw miłości przy świetle dziennym jest nietaktem w najgorszym guście".

    ROBESPIERRE

/ siada /

To agresywne zasady człowieka pracy - mnie, zmokłej kurze, tak dzisiaj obce!

    ELÉONORE

Chwała Bogu. Już sobie i pazury ostrzyć zaczynamy. .. dla próby na sobie samym, przypatruje mu się Tak: jesteś zdrów. - Szkoda.

    ROBESPIERRE

No wiesz...

    ELÉONORE

/ delikatnie wzrusza ramionami /

Trudno, najdroższy: byłam szczęśliwa dzięki twemu cierpieniu. Tyś się skręcał w szponach malarii - za to ja miałam cię przez całe godziny, ba - przez dni i noce. Choroba nie szpeci cię nawet: z tym wyrazem tragicznej bierności było ci niezmiernie do twarzy. Siedziałam i uczyłam się twych rysów na pamięć. Nie pielęgnowałam cię: nie jestem żoną. Ładnie byś zresztą na tym wyszedł! W rękach mojej matki byłeś bezpieczny.

    ROBESPIERRE

/ przypatruje się jej zamyślony /

Gdybym tylko mógł uwierzyć w ten twój metaliczny egoizm, lwico...

    ELÉONORE

Przyjacielu: miłość to nie miłosierdzie.

    ROBESPIERRE

/ podstępnie, po kilku sekundach /

A dzieci, dearest?...

    ELÉONORE

/ zdumiona /

Dzieci? z podgiętymi kątami ust Człowieku: a na cóż mi nędzna karykatura, gdy mam oryginał? - Niech sobie natura zakłada wylęgarnie w innych ciałach - niezdolnych do szczęścia.

    ROBESPIERRE

/ naiwnie zdziwiony /

Szczęścia?... - Ach, dwa lata temu chyba! z niesymetrycznie przeciągniętymi ustami Zapewne... nasze ówczesne wieczory... i noce... Nasze idylliczne plany - Great God! - Gdym myślał, że się spełnia swoją porcję rewolucyjnej roboty za rok lub dwa, a potem wraca do domu! - Léo: te czasy minęły!

    ELÉONORE

W porównaniu do dziś byłam wówczas uboga

    ROBESPIERRE

Kochałem cię wtedy. - Dziś jesteś mi środkiem nasennym.

    ELÉONORE

Wiem.

    ROBESPIERRE

Dziecko, ty kłamiesz! Tym gorzej, jeśli też i wobec siebie samej! Natura w tobie uczepiła się płonnej nadziei - i dla tego kłamstwa marnujesz swe cenne życie w sposób wręcz ohydny!

Léo: rewolucja potrwa z dwa stulecia. Nigdy nie będę wolny, rozumiesz? Nigdy. Rząd dwudziestogodzinnych dni coraz cięższej pracy aż do samej śmierci. Dziś mam trzydzieści pięć lat... nim dobrnę do czterdziestki będę ruiną - niczym najrozrzuitniejszy pięćdziesięcioletni rozpustnik!

    ELÉONORE

I cóż stąd, jedyny? Póki mogę cię widzieć choćby w przelocie - póty przesycasz mi życie niewypowiedzianą radością. Gdy mnie rzucisz - będę cię przecież widzieć co dzień z galerii Konwencji i klubu.

    ROBESPIERRE

Kobieto: czy ty nie czujesz, jak cię taka niewola poniża?! Posłuchaj: rewolucja wchłania nie tylko mój czas - lecz całą moją istotę. Dziś już nie posiadam osobistego życia. Przestaję być człowiekiem: ludzka wrażliwość, ludzkie uczucia, pragnienia - wszystko to zsycha stopniowo i odpada w tej piekielnej temperaturze ześrodkowanego wysiłku. Staję się bezosobowym, potwornie rozszerzonym, rozognionym mózgiem. Dziś widzę, co się ze mną dzieje, bo mam czas... i aż mi nieswojo. - Dziecko: ja cię już nie kocham. Jesteś mi dosłownie obojętna! - Zważ: jedyna obecnie sposobność, by spędzić parę minut razem - to gorączkowe spazmy żądzy u mnie; spazmy, które są podłą męczarnią, a wynikają z bestialnego wyczerpania. Czy ty wiesz, Léo, że mi jest absolutnie wszystko jedno, kto mnie od tej udręki uwolni? - Czy wiesz, że cię nieraz pierwsza lepsza dziewka zastępuje... i że mi to nie sprawia różnicy? Że jeśli się do ciebie zbliżam - to tylko dlatego, że brak mi sił, by przejść kilka ulic i oszczędzić ci przynajmniej tego poniżenia?...

Léo - człowieku - przecież to hańba! Szarpnij się, chociaż ci trudno - i uwolńże się nareszcie!

    ELÉONORE

/ z lekkim westchnieniem /

Nie wysilaj się, carino. Czyż twoja w tym wina, że los przeznaczył mnie do twego użytku? Robespierre marszczy brwi. Ona uśmiecha się wąsko O co ty się trapisz? Przecie po to tu właśnie jestem, by ci oszczędzić wędrówek po mieście, gdyś zmęczony, i uchronić cię od zakażenia. - Gorszę cię? Nie, nie, chéri : choćbyś dobierał słów jeszcze zjadliwszych - nie zmienisz naturalnego faktu, że jestem twoją własnością. Cokolwiek od ciebie pochodzi - jest mi sensem istnienia, nie hańbą.

    ROBESPIERRE

/ po krótkiej chwili /

Wstyd mi za ciebie.

    ELÉONORE

Przesadzasz.

/ Znienacka chwyta mu rękę i całuje. W odpowiedzi Robespierre nachyla się nagle, ujmuje ją za głową i oddaje pocałunek w usta z intensywnością drapieżną. /

    ROBESPIERRE

/ z głęboką szczerością /

Tak, przyjacielu - wstyd mi za ciebie: to fakt. - Ale równocześnie mogę odczuć twą wspaniałość... dziś, gdy po pięciu tygodniach wypoczynku - człowiek we mnie nieśmiało próbuje się ocknąć. - Za dwa tygodnie... będziesz mi znów już tylko ciałem kobiecym... pod ręką. - Och, jacyście wy szczęśliwi - ludzie prywatni!... I jakże ciebie straszliwie szkoda, Léo!

    ELÉONORE

Ale te dwa tygodnie, Maxime - darujesz mi! - Powiedziałeś wyraźnie!

    ROBESPIERRE

/ patrzy przez okno /

/ Wyjmuje pilnik, siodełko etc. i zaczyna umiejętnie piłować paznokcie. /

    ELÉONORE

/ prawie przestraszona /

Jak to... sądzisz, że się wyliżesz za cztery dni?

    ROBESPIERRE

Przecie już mi nic nie jest. Za to - jestem maniakalnie spragniony waszego życia. Chorobliwie: jak pijak, gdy mu odmówią alkoholu...

/ Pukanie. Wstaje i podchodzi do drzwi. /

    GŁOS

/ podrostka, który podaje korespondencją przez drzwi /

Listy dla pana. Tu depesza z Komitetu Bezpieczeństwa.

/ Całkowicie zaabsorbowany Robespierre niecierpliwie przerzuca listy stojąc przy stole. Na końcu rozdziera depeszą. /

    ELÉONORE

/ zaniepokojona, nieśmiało /

Maxime, pow...

    ROBESPIERRE

Psssst, poczekaj...

    ELÉONORE

/ półszeptem /

Żmijo!...

    ROBESPIERRE

/ muzykalnym świstem zbiega gamę chromatyczną. Czyta parą słów dalej; podnosi raźno głowę /

Już po moich wakacjach, Léo.

/ Eléonore opuszcza powieki. Odwraca się spokojnie twarzą do okna. /

    ROBESPIERRE

/ mówi i czyta równocześnie /

Za pół godziny... muszę... być w Ko-mitecie... odrywa na chwilę oczy Więc proszę cię o filiżankę kawy. Jeśli chleba nie ma, to nic nie szkodzi.

    ELÉONORE

Natychmiast.

/ Robespierre podnosi oczy i śledzi ją z uśmiechem trochę smutnym, aż znika za drzwiami. Wtedy siada i zamyśla się, wpatrzony w ścianę przeciwległą. Twarz mu się ścina. - Pukanie ułożone w rytm. Na monosylabiczną odpowiedź wkracza do pokoju Saint-Just. /

    SAINT-JUST

Jesteś przytomny - wstałeś nawet. To całe szczęście, zasiada, nie czekając na zaproszenie. Robespierre podejmuje pilnik na nowo Czy dostałeś zeznanie Haindla?

    ROBESPIERRE

/ znad swej pracy wskazuje depeszę skinieniem w bok /

A jakże. Dopiero co.

    SAINT-JUST

Widzisz, że miałem rację? - Gdybyś mi był dał wolną rękę tydzień temu, mielibyśmy dziś spokój. A Bóg wie, co z tego teraz będzie.

    ROBESPIERRE

Nic się nie stało ani nie stanie. To tylko hebertyści.

    SAINT-JUST

/ opiera się wstecz /

Tylko!...

    ROBESPIERRE

Tylko. Puste pałki są nieszkodliwe, nawet gdy chcą wysadzać Paryż w powietrze. Rozwiążemy Armię Rewolucyjną, a Vincenta osadzimy w więzieniu. Voila tout .

/ Milczenie. Saint-Just przypatruje mu się krytycznie. /

    SAINT-JUST

Maxime - wstrzymywałem się dotąd od indagacji - ale zaczynasz mnie niepokoić. Skąd ta podejrzana skłonność do pół- i ćwierćśrodków - u ciebie?!

    ROBESPIERRE

Moja niechęć do przelewu krwi, chciałeś powiedzieć? - Synu, bo stoimy na samej granicy terroru. Jesteśmy zmuszeni tępić fałszerzy, skupywaczy, zdrajców. A jeśli się tego straszliwego środka nie opanuje - nie zdoła pohamować jego tendencji do potęgowania się - to każdy nowy krok jest krokiem ku katastrofie.

    SAINT-JUST

Lecz skoro nie ma innego środka wewnętrznej obrony?

    ROBESPIERRE

Gdy nie ma - to trudno. Ale uczniak Vincent, raz, nie jest niebezpieczny - po wtóre, jest, lub był, działaczem rewolucyjnym. To znaczy, że dla pewnego procentu ludności - jest wodzem. A piętnować i tracić wodzów, przyjacielu - to niszczyć rewolucję w samym rdzeniu jej życia: w duszach ludzkich. Bo wtedy ludzie tracą wiarę.

Radzę ci pomedytować nad tymi dwoma słowami.

    SAINT-JUST

/ po chwili /

Gdyby szło o Collota, powiedzmy... ale Vincent! Za nim idzie kilkudziesięciu zatraceńców w najgorszym razie.

    ROBESPIERRE

Wystarczy, gdy zwątpienie zgasi kilkadziesiąt dusz. Bo zwątpienie szerzy się jak dżuma. Wiara - przebudzenie się ludzkiej duszy w zwierzęciu roboczym - to słaby płomyk. Jeśli jej nie będziemy strzec jak Ciała Pańskiego - możemy dożyć dnia, gdy zniechęcona Francja jednogłośnie zażąda powrotu do chlebodajnej niewoli. A co wtedy, Saint-Just? odkłada pilnik i wpatruje się w przyjaciela z skośnym, asymetrycznym uśmiechem Wyobrażasz sobie naród francuski zmuszony być wolnym pod presją armat rewolucyjnego rządu?...

    SAINT-JUST

/ po chwili pustego milczenia /

To dedukcje bez miary, uwieszone na włosku. Dla przyszłego stulecia - nie można poświęcać jutra.

    ROBESPIERRE

/ podpiera nagle głowę na obu dłoniach, jakby mu przybrała na wadze /

Komunały są czasem... oślepiające. Eléonore wchodzi, przynosząc śniadanie. Witają się przyjaźnie z Saint-Justem, Robespierre wstaje i pomaga jej nakryć Dziękuję ci serdecznie... co, prawdziwy chleb?! Ulubienico bogów, bądź błogosławiona! Antoine, cukru oczywiście nie ma - czy mam cię gościć tą smołą?

    SAINT-JUST

Będę ci wdzięczny. Nie spałem; jestem zmęczony i zły.

/ Eléonore exit. /

    ROBESPIERRE

/ nalewając kawę /

Wszystko jedno, Saint-Just. W tym wypadku - dobro Republiki nie wymaga ofiar ludzkich. Nie traćmy proporcji z oczu.

    SAINT-JUST

/ podczas gdy tamten zabiera się do krajania chleba - pije łyk w zamyśleniu, po czym opiera się o poręcz /

Pozwól zatem, że uzupełnię informacje Haindla dwoma drobnymi faktami:

Po pierwsze: chodzą wiarygodne pogłoski, że Desmoulins napisał nowy numer - to by był siódmy - w którym otwarcie wzywa ogół do buntu przeciw Komitetom; po drugie: od trzech dni Paryż szepce o bliskim przewrocie i o dyktaturze Wielkiego Sędziego jako o rzeczy... prawdopodobnej.

A pamiętasz, prawda, że pierwotny Wielki Sędzia - którym miał być Pache - został uroczyście wyśmiany przez całe miasto.

Sapienti sat.

    ROBESPIERRE

/ już przy pierwszej rewelacji odłożył nagle bochenek i nóż. Stoi wyprostowany z rękami na stole; zmarszczył nieco brwi. Gwałtownie /

Tym razem kto?...

    SAINT-JUST

Nikt nie wymawia nazwiska. Czyli że...

/ Pije, bierze sobie ukrajaną kromkę, ale obserwuje przyjaciela bezustannie. /

    ROBESPIERRE

/ odrywa się szarpnięciem od stołu, odchodzi ku oknu. Z głębi serca, po krótkiej chwili /

Przeklęta banda!! wraca z wolna Tak. To samo mówił mi fryzjer - wykrztusił nawet nazwisko, zatrzymuje się Nie uwierzyłem... półgłosem, w którym tętni krzyk Czy ten cham oszalał?! Ratować własną skórę za cenę katastrofy państwowej... pada na krzesło. Szeptem Wielki Boże!...

    SAINT-JUST

Pij, bo wystygnie.

    ROBESPIERRE

/ przyjrzał się kawie dokładnie, ale jej nie rusza. Spokojnie /

Skoro hebertyści są na żołdzie Dantona - to rzeczywiście nie ma rady. Trzeba będzie poświęcić czterech wodzów, żeby go rozbroić. Zabiera się do śniadania z determinacją, bo bez apetytu.

    SAINT-JUST

Maxime - mówię do dawnego, nieugiętego Robespierre'a: oszczędzimy społeczeństwu wiele, jeśli poślemy Dantona razem z Vincentem. Od razu.

    ROBESPIERRE

/ obraca się sztywnie /

Danton jest nietykalny, Saint-Just.

    SAINT-JUST

Człowiek, co sprowadził na Paryż te trzy tygodnie głodu - musi zginąć na szafocie już za to jedno, jeśli sprawiedliwość rewolucyjna istnieje.

    ROBESPIERRE

/ przeciąga kurczowo usta, podnosi jedną brew - bardzo cicho, a tonem jak kwas siarkowy /

Sprawiedliwość rewolucyjna!!... patrzy wprost przed siebie, pochylony jakby pod uciskiem na karku. Naraz uprzytomnił sobie, że daje zgorszenie i opanowuje się Danton jest nietykalny, bo Danton - to Człowiek Dziesiątego Sierpnia. Idiotyczny jak zawsze przypadek jego właśnie - obrał za symbol. Nie dla jakiegoś procentu ludności: dla całej Francji. Stracić go, to wyprzeć się samych podstaw Rewolucji. zrywa się w niepokoju graniczącym z popłochem. Krąży nerwowo Ale na tym nawet nie koniec... stracenie Dantona sprowadziłoby sytuację bez wyjścia... szereg logicznie koniecznych klęsk... dosłownie samobójstwo Republiki!... przystaje nagle. Ściska dłonie; powieki mu drgają Całe szczęście, że Danton nie jest - w gruncie rzeczy - niebezpieczny.

/ siada /

    SAINT-JUST

/ literalnie uszom nie wierzy /

Coś ty powiedział?...

    ROBESPIERRE

/ jedząc i pijąc /

Danton nie jest niebezpieczny, bo jako umysł - jest zerem. Sam czyn, choćby nie wiem jak krwiożerczy, a nie ożywiony ideą - jest tak groźny jak pięść rozsierdzonego dziecka, co bije w stalową ścianę. Ani pucze Vincenta, ani tchórzliwe okropności Dantona nie zachwieją Republiki. Niebezpieczna jest dopiero przewrotna myśl w ponętnych słowach.

    SAINT-JUST

Mój drogi: a więc... Desmoulins?...

    ROBESPIERRE

/ definitywnie traci apetyt /

Tak... Desmoulins. pauza Ten ci umiał dorobić Dantonowi ideę, aż miło... akurat taki sentymentalny a sensacyjny absurd, jakiego potrzeba, żeby masy całe zaślepić... Ten osioł, Chryste Panie! - Utalentowane niemowlę!...

    SAINT-JUST

/ ostrzej /

Regaliści nie kryją się już ze swym uwielbieniem dla tego renegata Rewolucji. Urządzają mu publiczne owacje... naraz groźnie Desmoulins pójdzie pod nóż, za twoją zgodą... lub bez.

    ROBESPIERRE

/ z wolna obraca głowę. Parę sekund zmagania się dwu woli /

- Nie. znów zaciekła przerwa Nie urządzimy bezmyślnej jatki, póki istnieje prostszy sposób.

    SAINT-JUST

/ zdławionym głosem /

Wiesz, chciałbym go poznać, ten twój prostszy sposób.

    ROBESPIERRE

/ wstaje coraz silniej podniecony. Zaczyna drżeć co parę sekund. Obejmuje napiętymi dłońmi ramiona na wysokości deltoidów, chcąc je ogrzać /

Chodzi tylko o to, prawda, żeby zamknąć Camille'owi buzię. - Każemy zatem aresztować jego wydawcę, Desenne'a. Numer siódmy nie wyjdzie, a fakt aresztowania napędzi gorliwym czytelnikom "Vieux Cordeliera" nieco zbawiennego strachu. Równocześnie hebertyści pójdą przed sąd; więc jeśli się Danton teraz nie opamięta - to znaczy, że jest niepoczytalny. ścina zęby, trzęsąc się Zachowajmy my przynajmniej głowę na karku, Antoine, gdy histeria strachu ogarnia jednego po drugim. I na miłość boską, nie dajmy zamienić placu Rewolucji - w szlachtuz. Bo to symptom paniki rządu, przyjacielu!

    SAINT-JUST

/ po głębokim namyśle /

Wiesz, Maxime... ja znowu radzę ci pomedytować nad dwoma wierszami, które Camille w tym nowym numerze podobno tobie poświęca: "Jeśli nie wiesz, czego czasy żądają, i nie słyszysz głosu wołających faktów... ineptus esse diceris".

    ROBESPIERRE

/ rozweselony /

To on - do mnie powiedział? Właśnie on! Bezczelność tego cudownego dziecka nie zna granic. - Wwww! Czy się naprawdę tak zimno nagle zrobiło? Podaj mi surdut z łaski swojej!

    SAINT-JUST

/ podaje /

Co, zimno?! stoi tak blisko, że czuje anormalnie gorącą atmosferą ciała To znaczy, że znów masz gorączkę. Niech cię anieli...

    ROBESPIERRE

To nic. Przejdzie.

    SAINT-JUST

Przejdzie! - Trudno. Dam radę sam. Collot nie waży się chyba oponować.

    ROBESPIERRE

/ wciąga płaszcz i rękawiczki /

Nie. Mój powrót może nam zapewnić przewagę. opiera się miękko o futrynę drzwi Cztery dni!!...

    SAINT-JUST

/ posępnie /

Majaczysz?

    ROBESPIERRE

/ wybucha śmiechem, co niekoniecznie uspokaja przyjaciela /

Teraz już nie, najmilszy... właśnie wytrzeźwiałem.

    SAINT-JUST

/ wychodząc za nim /

No... daj Boże.

ODSŁONA 3

U Dantona. Śpi na szezlongu przy świetle lampki. Nieznajomy - ubranie podróżne, cylinder nasunięty na oczy, twarz po nos ukryta w kołnierzu - wchodzi bez szmeru i przystaje u stóp śpiącego.

    DANTON

/ budzi się; półgłosem /

To ty, Westermann ? - Więc cóż?... Nieznajomy trwa bez ruchu. Danton unosi się na łokciu, zaniepokojony Kto to?!... znów mija parę sekund. Głośno Kto tu jest?!!

    NIEZNAJOMY

Ciszej, C Three. Danton skoczył na równe nogi. Podnosi lampkę ku zasłoniętej twarzy gościa, lecz ten wstrzymuje mu rękę Wybaczy pan: nie przedstawię się.

/ Siada. Danton stoi przez chwilę oszołomiony; budzi się nagle i stwierdza, czy oboje drzwi zamknięte i czy się naprzeciw nie świeci. /

    DANTON

/ zasłoniwszy okno, siada na brzegu szezlongu /

No?

    NIEZNAJOMY

/ wyciąga płaską paczkę i kartkę /

Pi Two alias Twelve przesyła panu to za dekret 18 nivôse'a. Proszę o pokwitowanie.

    DANTON

/ raz jeszcze obejrzał się ku oknu; otwiera paczkę przy lampce /

Co... angielskie funty?! A któż mi je zmieni?

    NIEZNAJOMY

To już pańska rzecz. Trzeba było przeszkodzić aresztowaniu Perrégaux.

    DANTON

/ ignoruje docinek, bo zajęty /

I kwit w dodatku! Po drodze mogą pana sto razy aresztować. Moje pismo zna cała Francja. - Kwitu nie dam.

    NIEZNAJOMY

Jak pan woli. - W takim razie muszę oddać dziesięć tysięcy funtów temu, kto mi je powierzył. - Bo ja, wie pan - jestem nieco wrażliwy na punkcie buchalterii.

    DANTON

/ ignorując wyciągniętą rękę, rzuca mu paczkę pod nogi. Wstaje sztywno /

Żegnam.

/ Nieznajomy podniósł i schował paczkę. Nie rusza się. /

    NIEZNAJOMY

To nie wszystko. - C Three: Minister zna obecną pańską sytuację. Nie chcąc jej pogorszyć, zwalnia pana od zobowiązań. Central Office nie będzie nadal przyjmować raportów ani projektów od pana.

/ Podczas tej przemowy Danton z wolna pochylał się ku niemu. Opanowuje się z trudem. Prostuje się i wstaje. /

    DANTON

/ odwraca się i zaczyna chodzić. Ręce za plecami. Po krótkiej pauzie /

Mówiąc prościej: Pitt ostrzegawczy syk Nieznajomego dziękuje mi za służbę.

    NIEZNAJOMY

Nie ja określam rzecz w ten sposób...

    DANTON

/ zatrzymuje się. .. /

Bo Pitt gdzieś coś posłyszał, że moje akcje spadają; więc drży, że Danton mógłby go teraz poprosić o jakąś wzajemną przysługę... oddawszy mu ich tyle!

Uspokój pan Pitta: Danton nie zamierza jeszcze żebrać cudzej pomocy. Zapamiętaj pan sobie te słowa: Pitt przeleje łzy gorzkiego żalu za swą łatwowierność, nim trzy dni upłyną. odchodzi; przerwa

Nie tak to bezpiecznie wypowiedzieć Dantonowi służbę. Pitt nauczy się odróżniać Dantona od swoich lokajów i szpicli. Pitt dowie się, że umowy zawarte z Dantonem obowiązują dwie strony.

/ siada napuszony /

    NIEZNAJOMY

O to właśnie chodzi, C. Three, że umowa obowiązuje dwie strony. Więc gdy jedna strona pieniądze bierze, a warunków nie spełnia...

    DANTON

/ zrywa się /

Ja... ja nie spełniam!!! Ja nie wiodę od pół roku Komitetu Ocalenia za nos, że walczy z wiatrakami, kroku naprzód zrobić nie może, a waszych manewrów nie widzi?! Ja nie stworzyłem, nie podszeptuję, nie rozsiewam "Vieux Cordeliera"?!

    NIEZNAJOMY

Wszystko to poza umową; a pozostaje pytanie, dla kogo? Czy na pewno dla nas? - Czy też dla domu d'Orléans, naszego wroga - któremu Danton obiecał koronę?...;

    DANTON

/ rzuca się ku niemu /

Bezecna pot...

/ Gość wywinął się z niesamowitą zręcznością. Nagle stoi na środku pokoju. /

    NIEZNAJOMY

/ zbliża się z powrotem, mówiąc głośno /

Czy też może dla sprzy...

    DANTON

/ syczy /

Ciszej, psie przeklęty!

    NIEZNAJOMY

/ stoi przy stole, kantem od Dantona przedzielony /

Aha!... znów półgłosem ...dla tajemniczego sprzymierzeńca na Wschodzie, z którym się pertraktuje przez Szwajcarię o wydanie dzieci Ludwika?

/ krótka pauza /

Czy też po prostu dla siebie... bo Republika jakoś przestaje wam służyć? odchodzi; zatrzymuje się o krok dalej Ci właśnie, Danton, muszą najściślej przestrzegać zasad lojalności - co sobie za zawód - obierają - zdradę. Danton odpowiada piorunującym policzkiem. Nieznajomy pada bokiem o stół; szalonym wysiłkiem zapobiega runięciu na podłogę. Kapelusz mu spadł; Danton świeci mu chciwie w twarz. Nieznajomy prostuje się spokojnie Niezgrabne bydlę, jak zawsze - gdyby nie moja zręczność, huk by się rozległ na cały dom - sąsiedzi by się zbiegli... odchodzi; od drzwi Słowem, C Three: nie liczcie na pomoc Ministra, gdy wam przyjdzie nocą uciekać za granicę sztuczny nieco śmiech Dantona - dla Central Office przestaliście dziś istnieć.

/ otwiera sobie i wychodzi, cicho zamykając drzwi /

/ Danton walczy przez chwilę z wzburzeniem, dysząc. Wreszcie udaje wybuch ciężkiego śmiechu - wzrusza ramionami, obraca się na obcasie i zaczyna szukać świecznika. Nie znalazłszy go, idzie do drzwi na prawo. /

    DANTON

/ otwiera je i woła /

Louise! - Lou-ise!!

/ szybkie, ciche kroki /

    LOUISE

/ niewyraźna drobna postać w bieli /

Czego chcesz?

    DANTON

Czemuś mi znowu świecznik zabrała? Potrzeba mi światła. Louise idzie po światło; stawia je na stole i chce odejść. Danton chwyta ją niespodziewanie za obie ręce i przyciąga ku sobie Louison... przepraszam cię. obejmuje ją ramieniem Widzisz, jedyna... mam tyle zgryzot w ostatnich dniach, tyle niepokoju - że czasem wybuchnę; a potem mi żal. Nie gniewaj się na mnie.

/ chce ją pocałować /

    LOUISE

/ odpycha się od niego /

Nie gniewam się, tylko daj mi spokój.

    DANTON

A to co znowu? Przepraszam cię za bagatelę niby za Bóg wie jaką krzywdę, a ty mnie odpychasz jak zarażonego?! Dość już raz tej wiecznej komedii!

/ przyciska ją ciasno do siebie /

    LOUISE

/ patrzy mu w oczy od dołu /

Może mnie uderzysz? To jedno z twoich praw.

    DANTON

/ mięknie nagle; z smutnym śmiechem /

Należałoby ci się, Bogiem a prawdą... przyciska ją do siebie mniej ostro a czulej Cudu mój kolczasty: wiem, że jestem paskudny jak sam diabeł... z pewnym trudem, nienaturalnie pobieżnie i wiem, że mnie nie kochasz... ale wstydu ci nie przynoszę, jedyna. Być żoną Dantona, dziecko, to nie byle co - poczekaj trzy dni jeszcze, a przekonasz się... ile wart ten twój poczwarny mąż... ujmuje twarz jej w obie ręce; cicho, intensywnie Louise... chcę cię widzieć panią całej Francji.

    LOUISE

/ drgnęła przerażona; nuta plebejskiego rozsądku w jej okrzyku /

Czyś ty oszalał?!!

    DANTON

Co, boisz się? Boisz się przy mnie?! Miej odwagę oszaleć i ty też! całuje ją avec fougue Cóż - przebaczyłaś mi? ona wzrusza ramionami z rezygnacją. Danton wyciąga lewą rękę po lichtarz No to chodź... zgasimy światło, żebyś mnie nie widziała...

    LOUISE

/ stygnie i bezwładnieje mu w rękach /

Georges... jestem tak zmęczona... czuję się coraz gorzej od kilku dni... Georges, proszę cię, z... przerywa jej spazm gardła. Kończy, odwracając głowę zlituj się nade mną!...

    DANTON

/ trzyma ją bardzo delikatnie, zaniepokojony /

Dziecko jedyne, czemużeś mi nie powiedziała wcześnie mniej? - A rzeczywiście wyglądasz gorzej... Louison, najdroższa moja, co tobie jest? Louise wzrusza ramionami na znak, że nie wie. Twarz Dantona rozjaśnia się naglą radością Ach... więc to może?!!... namiętnie, trzęsie nią Louison! Mów!!

    LOUISE

/ bliska pasji /

Nie szarp mnie! Nie wiem!

    DANTON

/ zmrożony, bardzo łagodnie /

Wybacz, kochanie - idź, śpij spokojnie.

/ Puszcza ją, całując we włosy tak delikatnie, że ona nie czuje dotknięcia. Stojąc zamyślony przy stole, poprawia krawat wśród grymasów. Słychać czyjeś skrzeczące buty na schodach. Danton prostuje się w nowym napięciu. /

    WESTERMANN

/ wchodzi bez pukania, niezgrabny, jakby lekko oszołomiony /

Dobry wieczór.

/ pada na fotel, ale dźwiga się na widok karafki na stole /

    DANTON

/ czeka chwilę, podczas gdy gość nalewa sobie - wreszcie zły /

No więc?

    WESTERMANN

/ z kieliszkiem w ręce /

To ty jeszcze nie wiesz? pije Spałeś znowu, jak dziesiątego sierpnia?

    DANTON

Będziesz gadał?...

    WESTERMANN

/ nalewa sobie drugi /

Klapa na całej linii. odstawia i siada Tfu, babskie wino.

    DANTON

/ miał czas przemóc wstrząs; spokojnie /

Cóż to znaczy?

    WESTERMANN

Co ma znaczyć? Komitet wywęszył, bestia. - Już trzy sekcje były rozruszane; szkoda. - Ale co zrobić,

/ wzdycha, rozkłada się wygodniej /

    DANTON

/ stoi zamyślony /

Hm... choć teraz to by się i tak na nic już nie zdało... zaczyna spacerować Kto wie... może tak nawet lepiej, zwraca się do gościa Co się właściwie stało? Mówże nareszcie!

    WESTERMANN

Godzinę temu aresztowano ich tam coś piętnastu - Vincent, Danton przystaje i opiera się o stół Ronsin, Hébert - czy ja wiem? Całe towarzystwo. Danton siada i podpiera głowę Słuchaj, Wielki Sędzio: nie masz ty czego lepszego? Danton wyjmuje mu bez słowa inną flaszkę z szafki, stawia na stole, siada z powrotem i bębni palcami po płycie. - Westermann skosztowawszy O wiesz - to rozumiem, pije z uznaniem. Ocierając usta Robespierre wrócił dziś. Danton przestaje bębnić Widziałem go w parku zamkowym chwilę temu - bo Konwencja ma teraz posiedzenie.

    DANTON

/ wstaje /

Spodziewam się, że ma... przechadza się przez chwilę. Naraz stwierdza To znaczy, że rozwiążą Armię Rewolucyjną.

    WESTERMANN

/ zdziwiony /

Skądże ty wiesz? opryskliwy śmiech Dantona Bo rzeczywiście tak powiadają... ja się tam na tym nie znam.

/ nalewa sobie /

    DANTON

/ przystaje przed nim znienacka /

Wiesz, West... to cud, żeś ty jeszcze wolny, pauza; na wpół do siebie Podejrzany cud. zamyśla się, patrząc w podłogę. Nagle wybucha jasnym śmiechem Pah! Przecież to jasne! - Skądże by mieli się ważyć!

/ Siada, w dobrym humorze. Westermann uderzony pewną myślą nagle odstawia kieliszek. /

    WESTERMANN

/ po chwili /

A może po prostu... nie wiedzą?! Danton wzrusza obojętnie ramionami. Znów mija chwila Konwencja właśnie zebrana w komplecie... naprężona przerwa. Zrywa się sprężyście; opiera się, stojąc, łokciami o płytę i zaczyna przemawiać poprzez stół cicho a szybko Człowieku... czyż ty nie widzisz, że fiasko Vincenta, to dla nas istna Opatrzność?! Zważ tylko: cały Paryż, przygotowany do puczu, jak beczka prochu; Konwencja aresztowała Vincenta i już się cieszy, że wszystko w porządku - tymczasem ja zostałem, a ja też umiem podpalić lont!...

Wiesz, co trzeba zrobić? Zadzwonić na trwogę teraz, o, w środku nocy. Insurekcja jak piorun z jasnego nieba - nie będzie nawet próby oporu. Nie dam im czasu. Spędzę na gwałt zaspane sekcje - bractwo z sociétés wypuści kontrrewolucję z więzień na ulice - zrobi się galimatias, jakiego świat nie widział. Rozjuszony motłoch przypadkowo zaleje Konwencję i uśpi na wieki wszystkie grubsze ryby z Komitetami na czele.

Nazajutrz, Danton - Paryż przyjdzie cię błagać, byś raczył objąć władzę. Wiesz, jak to jest... w tobie ujrzą jedyny ratunek. Dasz się uprosić; ale prędzej niż za pięć dni nie uporasz się przecie z chaosem - a przez pięć dni York zdąży otoczyć Paryż, aż miło. wyczekująca pauza; Danton milczy Wiemy przecież, że Jourdan na północy chętnie przepuści Anglika. - My, generałowe Republiki, mamy też już serdecznie dość tego rządu adwokatów, co nami pomiata jak szeregowcami... Danton, ja ci ręczę, że mi się uda! A taka sposobność zdarza się tylko raz!

    DANTON

/ przychyla się wstecz ku poręczy, wsuwa ręce w kieszenie, mierzy Westermanna przez zmrużone oczy /

Wzywać Anglika!... Odwiecznego wroga wpuszczać w samo serce Francji! - Płatnym satelitom takiego Pitta na łup wydawać Miasto Dziesiątego Sierpnia! - Ty Judaszu!!

    WESTERMANN

/ patrzy na niego z lekko rozchylonymi ustami. Gdy nieco ochłonął /

Dan-ton... przecie nie dawniej jak tydzień temu rozważałeś, jak by Yorka sprowadzić po puczu...

    DANTON

Głupcze! Tydzień temu zbawienie ojczyzny zależało od natychmiastowego porozumienia z najpotężniejszym jej wrogiem! - Dziś... sytuacja doszczętnie zmieniona. Teraz Francja może i musi dążyć nieubłaganie do całkowitego unicestwienia tego narodu żmij. - Ani słowa więcej! Powiedziałem.

/ Wstaje wzburzony i chodzi. Westermann oniemiały siada z powrotem. /

    WESTERMANN

/ nieśmiało /

Widzisz, Danton... ja wiem dobrze, żem dureń skończony, gdy chodzi o politykę... i żeś ty bez porównania mądrzejszy. O, wiem... Ale... gdy się ma na sumieniu tyle, co ty, a już zaczy...

    DANTON

/ obraca się majestatycznie /

Co na przykład?...

    WESTERMANN

/ czym prędzej /

Ależ... oczywiście, że nic złego... nic we właściwym sensie... tylko przy tych zwariowanych rewolucyjnych prawach... gwałtownie a cicho No niechże się chociażby dowiedzą, żeś to ty nawiązał u Batza całą tę hecę z Kompanią Indyjską! - Ale to jeszcze nic... pomyśl za to, jak łatwo może się teraz wydać, żeś właśnie ty miał zostać Wielkim Sędzią!! - Przecie dążenie do dyktatury to dla nich najstraszniejsza z wszystkich zbrodni - zdrada stanu to żart w porównaniu! - Jeśli to wyjdzie na jaw... to po tobie.

    DANTON

/ siada w dobrym humorze /

Co ty mówisz? No a któż by mnie to miał zgładzić?

    WESTERMANN

Jak to kto? - Komitet przecie! Robespierre wrócił, Danton!...

    DANTON

/ wpada w gniew /

Ten ich śmieszny Komitet mnie by miał tknąć?! Albo Robespierre! A niechże sobie wraca, niech przesiaduje w Komitecie dniem i nocą, niech się sam stanie Komitetem! To anemiczne chuchro nie przedstawia dla mnie najdrobniejszej przeszkody.

    WESTERMANN

/ zamyślony /

No... skoro tak uważasz... tyś mądrzejszy...

    DANTON

West, miejże rozum: za mną stoi przecie kapitał; za mną, Człowiekiem Dziesiątego Sierpnia, stoi ludność stolicy! - A Robespierre? Cóż on ma za poparcie? Swoich jakobinów. Kropka. W Konwencji musi uważać, żeby ze mną nie zadzierać, bo wie, że Centrum - olbrzymia większość - zawsze i wszędzie stanie po mojej stronie! - Wiesz, czemuś ty jeszcze wolny? - Bo Komitet nie śmie aresztować mojego przyjaciela!

    WESTERMANN

/ z wahaniem /

Tylko... Ale proszę, nie gniewaj się, Danton... widzisz, Robespierre umie zastraszyć jak nikt inny. Jeśli zastraszy Konwencję... to cię nikt nie poprze. Nikt. - Ponadto - jeśli ty masz Paryż, to on ma prowincję, a...

    DANTON

/ podnosi się z tryumfalnym śmiechem /

Ha ha! Niechby spróbował! - Niechżeby spróbował zmobilizować społeczeństwo przeciwko mnie!

Westermann: ja stworzyłem sobie talizman, wobec którego mesmeryczna technika Robespierre'a traci wszelkie znaczenie: to "Vieux Cordelier". Dzięki niemu ja zapanowałem nad mózgiem Francji. Przez niego wywieram wpływ sto razy silniejszy niż ten szarlatan. Dziś już kilka milionów ludzi myśli, jak ja myślę, i chce, czego ja chcę: bo kilka milionów ludzi czyta "Vieux Cordeliera". West: gdyby Robespierre dziś ważył się mnie wyzwać - to znaczy, że jest niepoczytalny.

/ Wpada wzburzony Desmoulins. /

DESMOULINS

/ przeszywającym głosem /

Georges!!... trochę ochłodzony Och, masz gościa...

    WESTERMANN

/ nie rusza się /

To tylko ja, Camille - przeszkadzam ci?

    DANTON

Zostań. - Więc cóż, Camille? - Masz, napij się. - No? Cóżeś znów zbroił?

    CAMILLE

/ chciwie wypił kieliszek wina. Odstawia; półgłosem /

Desenne aresztowany, Georges.

    DANTON

/ po kilku sekundach. /

.. co ty pleciesz, chłopcze?...

/ zawieszenie /

    WESTERMANN

/ podnosi się, żeby nalać nowy kieliszek /

I tak "Vieux Cordeliera" diabli wzięli. Razem z Wielkim Sędzią.

    CAMILLE

/ histerycznie /

Danton: co ja mam teraz począć?

    DANTON

/ wciąż nieruchomy /

Wstydzić się przede wszystkim. Zachowujesz się jak panienka.

    CAMILLE

Pomyśl: ten przeklęty siódmy numer leży u Desenne'a! - No, jak go Komitet przeczyta - to po mnie. pada na krzesło, kryje twarz w rękach O Georges, Georges! I po coś ty mi kazał pisać takie okropne rzeczy!...

    DANTON

/ rad, że ma się na kim rozpędzić /

Bom nie wiedział, że mam do czynienia z rozlazłym tchórzem! - Proszę bardzo: idź do Robespierre'a, rzuć mu się do nóg, przysięgaj, żem cię batem zmuszał do...

    CAMILLE

/ zrywa się /

Georges! Jakże możesz obrażać mnie w ten sposób!... ochłonął Wiesz doskonale, że ci jestem bezwzględnie oddany - a że Robespierre'owi ręki nie podam, póki żyję. - Ale poradźże mi!...

    WESTERMANN

/ wstaje /

Danton: osioł ze mnie, zgoda - ale teraz to już i ostatni kretyn zrozumie, że trzeba skończyć z Komitetem. Widzisz... nie znałeś jednak Robespierre'a. - Idę prosto do sekcji; dobrze?...

    CAMILLE

/ zaciekawiony /

Co?

    DANTON

Nie. Twój plan jest dziecinny. Ani jednej szansy powodzenia. Sekcje drapnęłyby ci spod palców, a my byśmy osiągnęli tyle, że by nas wyjęto spod prawa jako buntowników i stracono bez sądu. - Nie. Dziękuję.

    WESTERMANN

Danton, taka sposob...

    DANTON

/ out of all patience /

Stul pysk nareszcie! - Więc taka to wasza karność?! I cóż się takiego stało właściwie? Desenne aresztowany! - Czyż wy, idioci, nie widzicie, że Robespierre próbuje ocalić sobie w ten sposób jakąś resztkę powagi?! Pojutrze wypuszczą Desenne'a i na tym się skończy. A ty, Camille, wydasz nowe pismo u kogo innego.

/ U Camille'a odruch protestu; lecz energiczne pukanie przerywa mu. Nie czekając na odpowiedź, wchodzi Delacroix. /

    DELACROIX

Nic z twojej dyktatury, przyjacielu... pogardliwy znak Dantona Już wiesz - tym lepiej. A teraz, na Boga, bądźcie ostrożni! - Szczególnie ty, poeto! - Przyprowadziłem ci czystego głupca, Danton. Jeśli go sobie złowić potrafisz - zyskasz nieocenioną broń przeciw Konwencji. Bo zapamiętały jest jak furiat; a czułego punktu nie ma na nim w ogóle. Najmniejszej defraudacji, nadużycia, spekulacji - dosłownie nic! - Zaraz go Bourdon przyprowadzi.

/ Wchodzą Bourdon i Philippeaux. Ten wita wszystkich ryczałtowym, niemym ukłonem. /

    CAMILLE

/ wstaje i podchodzi /

Witamy pana, Philippeaux! Chwali się, że pan nareszcie do nas przyszedł!

    PHILIPPEAUX

/ zimno /

Jeszcze do was nie należę, panowie.

    DELACROIX

Przyprowadziłem go, bo przecież sprawę mamy wspólną; on uparł się chodzić własnymi drogami...

    DANTON

/ podaje gościowi rękę; serdecznie /

A w polityce to wielkie ryzyko i jeszcze większy błąd. - Czemuż by się pan nie miał do nas przyłączyć?

    PHILIPPEAUX

/ cicho i sucho /

Bo nie znam waszych celów.

    DANTON

Jak to?! Zwalczamy bezprawną dyktaturę Komitetów...

    CAMILLE

Jak to?! Dążymy do zniesienia terroru, co kraj torturuje...

    PHILIPPEAUX

/ rzeczowo /

Tak twierdzicie publicznie. - Przyłączę się, jeśli się przekonam o rzetelności waszych zamiarów.

    DANTON

A jakiż jest w takim razie pański cel?

    PHILIPPEAUX

/ z naciskiem /

Unieszkodliwić Komitet Ocalenia. Aresztując Desenne'a - naruszając wolność prasy - dopełnił zaiste miary swych nadużyć.

    CAMILLE

/ tryumfalnie /

A widzi pan, że mamy wspólną sprawę!

    WESTERMANN

W jaki sposób zamierza pan unieszkodliwić Komitet?

    PHILIPPEAUX

To kwestia wymagająca wielkiego taktu i przezorności. Komitet stał się sercem państwa: nie można go zatem tknąć. Trzeba mu odjąć - bez najmniejszego wstrząsu - zasób władzy przerastający jego kompetencje; rozdzielić tę władzę z powrotem między właściwe organy - i zostawić go przy pierwotnym, legalnym zakresie funkcji.

    WESTERMANN

/ w napięciu /

No dobrze, ale w jaki sposób chce pan to osiągnąć?

    PHILIPPEAUX

/ z pewnym wahaniem /

W razie ostateczności... nawet przy pomocy sekcji zbrojnych. Bo wobec woli ogółu wyrażonej bezpośrednio - Komitet nie może stawiać oporu. - Ale w tym celu sekcje musiałyby przejść gruntowne przygotowanie moralne i dać gwarancję, że powaga rządu nie dozna ujmy.

    WESTERMANN

/ podniecony /

Akurat ten sam plan przedłożyłem Dantonowi. Słowo w słowo ten sam. A właśnie mam środki pod ręką: Vincent przygotował kilka sekcji dla swoich celów - wystarczy schylić się i podnieść!

    CAMILLE

Co za okazja! Trzeba natychmiast...

    PHILIPPEAUX

/ ściąga brwi /

Ależ generale! Przecie w takim razie brak wszelkiego moralnego przygotowania! Wbrew woli przeprowadziłby pan... zamach stanu.

    DELACROIX

Bynajmniej! Za zachowanie oddziałów odpowiada wódz. Więc...

    PHILIPPEAUX

/ zamyślony /

N-no tak... jeśli wodzowi można zaufać, że nie dopuści do nadużycia sytuacji...

    DELACROIX

Sposobność jedyna! Byle śmiało!

BOURDON

/ cicho /

A czas doprawdy najwyższy...

    CAMILLE

Trzeba od razu! Jeszcze dziś!

    PHILIPPEAUX

/ przekonany /

Tak. Macie rację.

    WESTERMANN

No widzicie: tymczasem Danton nie chce.

/ powszechne zdumienie /

    CAMILLE

Zmiłuj się, Georges! A to czemu?

    DELACROIX

Wiesz... zdumiewasz mnie.

BOURDON

No... Danton musi mieć dobre powody...

    DANTON

Powiedziałem: nie.

/ chwila pauzy /

    PHILIPPEAUX

A zatem tchórzysz pan.

    DANTON

/ poderwany /

Coś ty powiedział?...

    PHILIPPEAUX

Że tchórzysz.

/ Danton rusza ku niemu. Philippeaux czeka bez ruchu. Rozdzielają ich. /

    DANTON

/ opanowuje się /

Podobna insynuacja nie może mnie dotknąć: jest zbyt zabawna. - Philippeaux jest zacnym uczonym, ale z masą nie stykał się nigdy. Nie wie zatem, że insurekcji nikt opanować nie może. Sekcje, raz wysłane na Tuileries - mogłyby znienacka zalać Konwencję, roznieść Komitety - a wódz patrzyłby na to bezsilny.

    PHILIPPEAUX

Rzuca pan potwarz na świetną dyscyplinę i świadomość obywatelską sekcji paryskich!

    DANTON

/ łagodnie /

Nie: znam masę. - Słowem, towarzysze: nie godzę się na zamach stanu, jak to słusznie określił Philippeaux. Musimy natomiast skoncentrować siły w ofensywę czysto parlamentarną. Musimy otworzyć oczy ogółu i Konwencji na wykroczenia Komitetów. Musimy powracać do ataku dzień w dzień - aż osiągniemy jeden krzyk oburzenia ze stu tysięcy piersi, aż przebudzony przez nas naród powali nowego tyrana.

    DELACROIX

/ ostrzegawczo /

Oj, Danton... ostrożnie! Jeden fałszywy krok wystarczy, żeby przegrać przewagę nad Centrum! Przecież to nasz główny atut! Jak go stracimy... co wtedy?

    WESTERMANN

/ gorączkowo /

Właśnie to samo mówiłem!...

/ Danton piorunuje ich obu zaciekłym spojrzeniem. /

    DANTON

Tak jest! Philippeaux ma rację: Comsalu naruszać nie można... na razie. Dlatego, przyjaciele, nie będziemy go atakować wprost - lecz pośrednio poprzez Komitet Bezpieczeństwa. Plan kampanii mam gotowy. Bourdon: jutro otworzysz ogień. Żądaj ścisłej rewizji personelu w Comsurze. Musisz osiągnąć aresztowanie ich głównego agenta, Hérona.

O, przyjaciele - nie tak łatwo despotyzm zdławi nasz głos. Lud nas popiera - bo wie, że w nas Wolność znalazła ostatnich obrońców. - Odwagi, towarzysze!

BOURDON

/ mruczy /

Tak, odwagi... my mamy się narażać, atakować Komitety w oczy... a on sam, jak się raz kiedyś odezwie w Konwencji... to stale w myśl tychże Komitetów.

    DANTON

/ mruży oczy /

Tyś coś powiedział, Bourdon?... Nie dosłyszałem?...

BOURDON

/ zmieszany /

Nie... Ja nic...

    DANTON

Chciałbyś, żeby każde dziecko przejrzało naszą akcję? zmienia ton; do wszystkich Gdy tylko Konwencja się ocknie i zrzuci sromotne jarzmo kilku samozwańców - Republika będzie ocalona. Wówczas wolno nam będzie powrócić w cień bezimiennej, skromnej egzystencji. Cisza i spokój wśród powszechnego szczęścia będą nam jedyną, lecz słodką, nagrodą.

/ Podczas peroracji mrugnął znacząco ku Westermannowi. Goście gotują się do wyjścia. /

    PHILIPPEAUX

/ bierze kapelusz, podaje Dantonowi ręką /

Może się pomyliłem. Gdyby tak było - odwołuję, com powiedział.

    DANTON

/ mocno wstrząsa podaną dłoń /

Szanuję was i cieszę się, żeśmy zyskali tak dzielnego towarzysza.

/ Odprowadza go do drzwi. Za nimi wychodzi Camille; na końcu Delacroix i Bourdon. /

    DELACROIX

/ cicho /

Oj... coś mi się nasz Wielki Sędzia zaczyna nie podobać...

BOURDON

Daj pokój. Już on tam lepiej od nas wie, czego mu trzeba.

    DELACROIX

/ potrząsa głową /

Ale narażać swoje stanowisko w Konwencji!... naraz podejrzliwie Aach... chyba że...

/ Wychodzi z nieufnym spojrzeniem na Dantona. /

    WESTERMANN

/ gorliwie podbiega do wracającego Dantona /

No?... Rozmyśliłeś się?!...

    DANTON

Nie. - Słuchaj za to: zapoznaj się bliżej ze zdolniejszymi oficerami Armii Rewolucyjnej, choć ją rozwiążą. Z byłych żołnierzy tej Armii zorganizujecie powolutku garstkę ludzi pewnych - posiadających pewien trening wojskowy. Mogę opłacać kilku agentów... I nie trać kontaktu ze stowarzyszeniami ludowymi, choć je też pewno skreślą...

    WESTERMANN

Aha, więc jednak nie rezygnujesz z...

    DANTON

Z dyktatury? Owszem. Tego mam dość. Znudziło mi się. pauza Ale dobrze jest mieć garstkę zbrojną pod ręką... na wszelki wypadek.

    WESTERMANN

/ po chwili, zamyślony, z wolna /

Na wszelki... wypadek...

ODSŁONA 1

/ Sala posiedzeń w Comité de Salut Public. Prezyduje Collot d'Herbois. Bar?re, Billaud-Varenne, Carnot, Lindet, Robespierre, Saint-Just i sekretarz /

    COLLOT

/ w odpowiedzi na żądanie Billauda /

Mówcie.

    BILLAUD

/ nie wstaje, nie natęża się. Mówi najpowszedniejszym tonem do swej ręki, bawiącej się piórem na stole /

Koledzy: od trzech miesięcy pewne stronnictwo systematycznie dąży do obalenia rządu. Coraz częstsze, coraz zuchwalsze napaści podkopują nasz autorytet. Wiecie, że u Desenne'a znaleziono numer pewnego pisma, w którym autor wręcz wzywa do broni przeciw nam, Komitetowi Ocalenia. - A wczoraj posunięto bezczelność do tego stopnia, że usiłowano wyłudzić dekret paraliżujący Komitet Bezpieczeństwa.

Czas położyć temu koniec.

/ pauza. Nagle przestaje się bawić /

Koledzy: oskarżam Dantona i jego fakcję jako punkt zborny kontrrewolucyjnego żywiołu we Francji. Musimy ich unieszkodliwić.

/ cisza bez tchu /

    ROBESPIERRE

/ natychmiast /

Co?! Chciałbyś pozbawić Rewolucję jej najważniejszych działaczy?!

/ Czar prysnął. Zamieszanie po podwójnej sensacji. /

    LINDET

/ contra /

Istotnie, to szaleństwo!

    COLLOT

/ pro /

Ależ Danton nie jest dzia...

    BAR?RE

/ niezdecydowany /

Billaud jak się rozpędzi, to miary...

    CARNOT

/ pro, z sarkazmem /

Najwyższy czas pozba...

    BILLAUD

Koledzy!!! czeka aż się fale ułożą Robespierre, zdumiewasz mnie. Danton - działaczem rewolucyjnym! - Majaczysz chyba?

/ szmer protestu z strony Lindeta, Bar?re'a, Collota /

    ROBESPIERRE

Nie, Billaud. Tylko ja pamiętam, a tyś widocznie zapomniał.

    SAINT-JUST

O, Robespierre, my też pamiętamy!

    ROBESPIERRE

Przypomnijcie sobie działalność człowieka, któregoście dziś gotowi potępić...

    COLLOT

Otóż to, dalej!

    LINDET

Mów, Robespierre! Mów!

    BILLAUD

/ wprost przestraszony /

Kpisz z nas, czy co?

    BAR?RE

No, ciekaw jestem...

    ROBESPIERRE

Koledzy: Danton stworzył ognisko rewolucyjne z klubu kordelierów w dziewięćdziesiątym i. dziewięćdziesiątym pierwszym, gdy rewolucja ust otworzyć nie śmiała pod presją monarchicznej przemocy. Pamiętacie, jak tośmy, jakobini, dali się wtedy prześcignąć?

    COLLOT

/ z ogromnym gestem /

Ho-ho!! Pamiętamy, pamiętamy rzeź na Polu Marsowym, na którą Danton spędził Paryż niby trzodę - za czym drapnął na wieś!

    BILLAUD

/ zaciekle /

I pamiętamy list z szafy żelaznej, w którym Mirabeau żali się na sumy, jakie pochłania prowokator Danton... sensacja, niedowierzanie, ciche oburzenie że można by doprowadzić rewolucję do absurdu o połowę taniej. - Lepiej nam nie przypominaj, Robespierre.

/ szmer /

    LINDET

To potwarz!

    ROBESPIERRE

Cóż znaczy świadectwo zdrajcy Mirabeau? - Koledzy! nie myśmy powstrzymali paniczną ucieczkę rządu ze stolicy na wieść o zdobyciu Longwy...

    BILLAUD

I nie myśmy sprowadzili na Paryż - rzeź wrześniową.

    COLLOT

Nie myśmy zdefraudowali osiemset tysięcy podczas urzędowania w gabinecie...

    CARNOT

Nie myśmy prowadzili zbrodnicze konszachty z wrogiem. Nie myśmy stracili rozmyślanie korzyść dwu zwycięstw...

    ROBESPIERRE

/ rzuca się na to /

To Dumouriez, nie Danton!

    SAINT-JUST

To nie on, to tylko jego ręka!

    BAR?RE

Nie myśmy przyrzekali koronę każdemu interesantowi w Europie...

    BILLAUD

Nie myśmy doprowadzili Republikę do brzegu bankructwa nieudolną taktyką pierwszego Komitetu Ocalenia...

    SAINT-JUST

I nie my wreszcie, Robespierre, staramy się teraz strzaskać Rewolucję - żeby ujść bezkarnie po tym wszystkim.

/ chwila ciszy /

    BILLAUD

No cóż, Robespierre? Czy minął już atak maligny?

    ROBESPIERRE

/ zaczerpnął powietrza /

Ani jedno z tych potwornych oskarżeń nie jest oparte na jurystycznie ważnym dowodzie.

/ protest i poparcie /

    BILLAUD

Adwokacki wykręt, Robespierre! Oto czego musisz się czepiać!

    CARNOT

Każde z nich jest niezaprzeczonym faktem!

    COLLOT

/ okrzykiem reminiscencji przerywa spór /

Ach!... A propos dowodów. dzwoni miarowo. Wchodzi woźny Proszę zawezwać do nas obywatela Amar z Komitetu Bezpieczeństwa. zwraca się do kolegi Sądzę jednak, że już przestałeś się upierać przy swej... fantazji, Robespierre? Robespierre siedzi zamyślony; może faktycznie nie słyszy pytania Z drugiej strony, Billaud... unieszkodliwić Dantona to nie tak prosta rzecz. Nie możemy go aresztować z dnia na dzień.

/ poparcie, szczególnie Bar?re'a /

    BILLAUD

Rozumie się, że nie. Zorganizujemy kampanię. Trzeba go naprzód szczelnie otoczyć i zniechęcić mu opinię...

    ROBESPIERRE

/ prostuje się /

Koledzy: na stawienie Dantona przed Trybunał - żadną miarą nie mogę się zgodzić.

    BILLAUD

/ drgnął tknięty strasznym podejrzeniem /

Robespierre... ty się boisz!

    ROBESPIERRE

/ wśród napiętej ciszy odpowiada przyjaźnie kpiącym uśmiechem /

Koledzy: Danton - to jednostka. My - to Rewolucja. Zamiast pożerać się wzajemnie ku radości wrogów, chwyćmy go za łapy i zmuśmy, aby nam służył.

    COLLOT

Oj, Robespierre! To poemat rycerski, nie plan taktyczny!

    ROBESPIERRE

Przyznaję, że ściąć - łatwiej. Słuchajcie: jestem przekonany, że Danton działał zawsze w dobrej wierze, wybuch śmiechu; oburzenie; poklask Fatalne jego pomysły dowodzą tylko braku zdolności taktycznych - nie zbrodniczej woli. - A teraz widzi z przerażeniem, że każdej z tych pomyłek można podsunąć sens potworny. Danton to natura pierwotna, moralnie słabo rozwinięta. Zagrożony - traci głowę i gotów życie okupić nawet zbrodnią. Dziś szaleje z strachu: stąd wszystkie jego wybryki. Koledzy: czymże on jest wobec nas? Przecież on tonie! - Ścinać go - teraz, gdy jest prawie bezbronny - to barbarzyński nonsens.

    BILLAUD

/ nienawistnie /

Piękną masz duszę, kolego.

    SAINT-JUST

/ leniwie, jakby do siebie /

Bezbronny jest... nieocenione.

    ROBESPIERRE

Tak jest! Jedyną poważną jego bronią był "Vieux Cordelier". Tym podbijał sobie umysł mas. - Skasowaliśmy pismo ruchem pióra. Danton jest bezbronny.

    COLLOT

Zapewne. Jutro Camille zacznie wydawać "Młodego Jakobina". Bezbronny!

    ROBESPIERRE

To nic! Danton sam nie umie ani myśleć, ani pisać; więc wystarczy...

    COLLOT

/ ściszonym głosem, mrużąc oczy /

... usunąć Camille'a.

/ napięcie. Cisza /

    ROBESPIERRE

/ któremu serce stanęło na tercję /

. .. zdobyć Camille'a, Collot. - To niemowlę chwyta za każdy połyskliwy strzępek myśli. Stanie się fanatykiem naszych idei, jeśli mu je tylko potrafimy efektownie udramatyzować. A Camille jest bezcenny jako propagator! - Ale nie o tym cielęciu mowa.

    COLLOT

Jak ty sobie wyobrażasz przeprowadzenie tych poetyckich zamiarów?

    ROBESPIERRE

Aresztować pod błahym pozorem - jak niedawno Héraulta - wszystkich naczelników dantonistycznej opozycji w Konwencji: Delacroix, Bourdon, Merlin de Thionville etc. Camille sterroryzowany skutkiem swej swawoli nie odezwie się tak prędko; wobec czego Danton znajdzie się znienacka dosłownie sam. Uciec nie może, więc z konieczności przyjdzie do nas. Przyjmiemy go; a wiedząc, że całość jego bezcennej osoby zależy od dobrego sprawowania - będzie się wytężać na usługach rządu, aż schudnie.

    SAINT-JUST

Przy czym skorzysta ze stanowiska, by sprzedawać Anglikom nasze tajne plany.

    ROBESPIERRE

Już my go upilnujemy...

    LINDET

/ wybucha /

Stawiając Człowieka Dziesiątego Sierpnia na poziomie szpiclów i fałszerzy asygnatów, poniżacie samą rewolucję!

/ szmer wzburzenia /

    ROBESPIERRE

/ przecina go okrzykiem przeszywającym /

O!!... Słyszysz, Antoine?!

    WOŹNY

/ wśród zdumionego milczenia otwiera drzwi /

Obywatel Amar.

    COLLOT

Witaj, Amar. - Toczymy zaciekły spór o Dantona; Robespierre uparł się go bronić. Proszę, powtórz mu to, coś mi wczoraj wieczorem powierzył.

    AMAR

/ zasiada. Uderzająco miły glos; typowe zachowanie wyższego urzędnika policji /

A zatem, koledzy - jako kierownik śledztwa w sprawie szantażu Kompanii Indyjskiej komunikuję wam, że to właśnie Danton pośredniczył między deputowanymi a bankierami, co się podjęli szerzyć korupcję w Konwencji. Nie ulega już wątpliwości, że jeśli Fabre sfałszował dekret likwidacyjny na korzyść szantażowanej Kompanii - to nie kto inny jak Danton nawiązał apetyczną kabałę. Mamy dziś dowody.

    ROBESPIERRE

/ zbyt gwałtownie /

Znam twoje dowody. Trzy zdania wśród bredni Basire'a ! Cudowny dowód!

    AMAR

/ niewzruszony w swej łagodności /

Otóż te trzy zdania, Robespierre, znalazły nadspodziewane potwierdzenie. - Mowa była, prawda, o podejrzeniu wśród bandy, że się Danton osobno z finansjerą umówił? uprzejmym spojrzeniem prosi o skorygowanie Dzięki przesłuchom służby okazało się, że Danton zaczął bywać u Batza z końcem sierpnia. Potem sprowadził Fabre'a - wreszcie przysłano drobne rybki, między które rozdzielono grubszą a ryzykowną robotę: Chabot, Basire, Delaunay etc.

    BILLAUD

Z końcem sierpnia!...

    AMAR

Tak jest; to znaczy, Robespierre, bezpośrednio po dzikim szturmie na Kompanię. Gdy już była wygotowana na miękko. Bezradna. Gdy się aż prosiła o tłusty szantaż.

Protokołami zeznań służę ci w każdej chwili.

/ Długa cisza. Robespierre podparł szczękę na pięści; nie rusza się. /

    BILLAUD

/ cichy, zmęczony, smutny - to u niego objawy tryumfu /

Och, Robespierre! Twoja nieomylna niegdyś intuicja!...

/ Zawieszenie. Patrzą na Robespierre'a. /

    BAR?RE

Cóż to panu? Modli się pan?

    ROBESPIERRE

/ prostuje się i przechyla ku poręczy. Opuszczona na stół ręka chwyta jakąś kartkę i zaczyna ją torturować. Odzywa się do sekretarza, głową delikatnie wskazując drzwi /

To, co teraz powiem, nie należy do protokołu.

/ sekretarz znika momentalnie. Coś w jego twarzy i ruchach zwraca uwagę Robespierre'a nawet w tej chwili. - Gdy się drzwi zamknęły /

Kładę karty na stół, koledzy: w rzetelność Dantona - nie wierzę sam.

/ szmer agresywnego zdziwienia /

    GŁOSY

No więc?... O cóż ci zatem chodzi?! - Więc jak mogłeś...

    ROBESPIERRE

Lecz choćby nawet był fałszerzem i zdrajcą... nie godzę się na jego stracenie.

/ wstaje. Odzywa się po raz pierwszy tonem i głosem mówcy /

Masz słuszność, Collot: polityka to nie poemat rycerski. Sprawiedliwość, panowie - jest cnotą wszechmocnego Boga. Nam niedostępna; my musimy walczyć.

Trybunał Rewolucyjny nie jest sprawiedliwy dźwięki protestu i zdumienia z strony Collota, Carnota i Bar?re'a. To nie sąd: to broń. Ma tępić wrogów, a nie karać winnych. Trzeba znieść świadomość tego faktu, panowie - i poświęcić sumienie, jak poświęcamy życie. Fabre, Danton i Chabot popełnili zbrodnię. Za tę zbrodnię zgładzimy Fabre'a i spólników; Dantona, który najciężej zawinił - nie tkniemy.

/ pomruk /

Stracenie Dantona pchnęłoby zamożnych w szeregi kontrrewolucji. A póki Europie praw nie dyktujemy - póty neutralność pieniądza jest nam kwestią życia.

Tracąc Dantona, jednoczymy przeciw sobie większość Konwencji. Wstrząsamy do podstaw niezachwianą dotąd wiarę ludu. A przede wszystkim wzniecamy pożar strachu - i skazujemy się na rządzenie terrorem.

Panowie: terrorem rządzi tylko rozpacz.

Wiecie, co to znaczy.

/ krótka pauza. Cisza doskonała /

Tak jest, Billaud: boję się. Boję się terroru. Tak dalece, że jestem gotów na kompromisy, upokorzenia, bezprawia - byle go Francji oszczędzić.

Dobro kraju wymaga od nas - nikczemności. Łotr i zdrajca Danton musi korzystać z przywileju wyjątkowej amnestii. Nie wolno nam być sprawiedliwymi.

/ siada /

    BAR?RE

/ po długiej, pustej chwili /

Co... Robespierre wyznawcą Machiavella? Chyba cię nie zrozumiałem...

/ słaby szmer zdziwionego ocknienia /

    ROBESPIERRE

/ szczerzy zęby /

Machiavelli czeka was wszystkich, fanatycy wolności, towarzysze - jeden po drugim pójdzie tą drogą.

/ znów długa cisza /

    CARNOT

/ zrazu chwiejnie /

Tak, ale, Robespierre... przecie otwieramy kampanię na trzech frontach! Tej wiosny musimy rozbić koalicję. Pomyśl, jakiej zwartości wysiłku nam trzeba! - A defetysta Danton poruszy niebo i ziemię, żeby sprowadzić pospieszny pokój za wszelką cenę!

    SAINT-JUST

Maxime: rozstrzygająca ofensywa - rządy wewnętrzne - tworzenie nowych instytucji w każdym dziale społecznego życia. I mielibyśmy przy tym tolerować tego wściekłego buldoga u łydek? Skąd czas, skąd siły na odpieranie codziennych napadów?

    ROBESPIERRE

Koledzy: jeśli Danton jest przy zdrowych zmysłach, to musiał pojąć, że Komitet obalić się nie da. Kapitulacja Dantona jest kwestią kilku dni.

    BILLAUD

/ z wolna /

A jeśli... nie, Robespierre?

    ROBESPIERRE

/ po krótkiej przerwie bez tchu /

To pójdzie pod topór. Ale wtedy... głosem trochę zmienionym Koledzy, tej ostateczności musimy zapobiec.

    WOŹNY

/ pospiesznie /

Obywatel Vadier w bardzo pilnej...

    COLLOT

Prosić!

/ Nie czekając na odpowiedź, Vadier odtrąca Woźnego i wbiega. Czerwony z irytacji przystaje u stołu. /

    VADIER

Znów zaczynają! Tego już doprawdy za wiele! - Godzinę temu był nowy atak na Comsur...

    BILLAUD

Gdzie?!

    VADIER

No w Konwencji przecie! Moi drodzy, ale to już pachnie zamachem stanu! Dziś postawili na swoim: aresztowano nam Hérona!

/ Robespierre zastygł, blednąc śmiertelnie. Okrzyki oburzenia i zaskoczenia. /

    LINDET

Kto to taki?

    AMAR

Héron?! Ależ kierownik policji politycznej, jedyny pewny agent, jakiego mamy. Bez niego jesteśmy bezsilni. Tracimy kontrolę nad Paryżem.

    VADIER

To tak, jakby Konwencja rozwiązała nasz Komitet.

    SAINT-JUST

Kto zaczął?

    VADIER

A któż by, jeśli nie Bourdon de l'Oise?

/ Cisza. Patrzą na siebie. /

    COLLOT

Twój bezbronny Danton, Robespierre.

    BILLAUD

Oto jego kapitulacja.

    ROBESPIERRE

/ zerwał się. Wypieki pod oczami. Cicho /

Chodź, Saint-Just.

    COLLOT

A wy dokąd?

    ROBESPIERRE

/ w pasji /

Pogadać z Konwencją! Każę im odszczekać każde słowo tego idiotycznego dekretu. Odstawię ci twojego Hérona, Vadier, never fear .

/ wybiegają /

    VADIER

Co? On broni Dantona?

    BAR?RE

H-hoj, ale to jak! - Jeszcze mi gorąco.

    AMAR

Jeśli nie oszalał - to chyba płonie grzeszną miłością do tej nieprzystojnej mordy.

    COLLOT

/ zamyślony, z opuszczonymi oczami /

Hm... Moi drodzy: w gruncie rzeczy nikt z nas nie zna Robespierre'a. Bóg jeden wie, co się kryje za tymi zawsze agresywnymi oczami...

    BAR?RE

Nie, panowie. Zapomnieliście, że zguba Dantona - jest zgubą Camille'a Desmoulinsa. Zapomnieliście, z jakim uporem Nieskazitelny kompromitował u jakobinów swą popularność w obronie tego małego wariata. - Dla mnie - zagadki nie ma.

    BILLAUD

Podobne brednie mógłbyś pozostawić historykom. - A Robesipierre ma rację, panowie; to fatalna sprawa. Jeśli strącimy Dantona - trzeba się będzie potem trzymać terrorem, to fakt.

    COLLOT

Trzeba być histerykiem, żeby się terroru obawiać.

    BILLAUD

/ znużony /

Trzeba być durniem, żeby go lekkomyślnie sprowadzać. Stworzymy sobie ponadto straszliwy precedens. - Ale... nie mamy wyboru.

    BAR?RE

Swoją drogą... ten, co wymusi na Konwencji dekret oskarżenia - weźmie na siebie odpowiedzialność potworną...

    LINDET

Ponad ludzkie siły.

    BILLAUD

Od tego nas właśnie wybrano.

    COLLOT

No - kontynuujmy obrady, panowie. Korespondencja Barthélémyego z Genewy na porządku dziennym. - Za pół godziny dwu z was zechce przejść do hali. Może delegatom trzeba będzie pomocy.

/ dzwoni. Ukazuje się woźny /

Zawołaj pan którego z sekretarzy.

 

Koniec wersji demonstracyjnej.