Proces pierwszyWładza to posiadanie
"Do uwagi wszystkich, którzy chcą przekazać przesyłkę Michaiłowi Chodorkowskiemu!
Przyjaciele! Mamy do was wielką prośbę: nie wysyłajcie Michaiłowi Borysowiczowi paczek ani przesyłek pocztowych!
Zgodnie z Kodeksem Karno-Wykonawczym FR, osobom 'skazanym na pozbawienie wolności w koloniach karnych zezwala się na otrzymywanie sześciu paczek i sześciu przesyłek pocztowych w ciągu roku' (art. 121, p. 1). Liczba przedmiotów, które można przekazać, jest tym samym mocno ograniczona wagowo. Każda wasza przesyłka, jaką odbierze, może pozbawić go paczki od bliskich, w której będzie znajdować się na przykład tak niezbędna w warunkach syberyjskich ciepła odzież (już pod koniec listopada temperatura w Krasnokamieńsku wynosi minus 31 stopni Celsjusza).
Gdybyście chcieli przekazać jakieś produkty spożywcze, lepiej nie wysyłajcie ich bezpośrednio do Michaiła Chodorkowskiego, lecz na adres kolonii z adnotacją 'pomoc humanitarna'. Natomiast, jeśli chcecie przesłać Michaiłowi Borysowiczowi książkę, prosimy, adresujcie ją do biblioteki tej kolonii. Ponieważ M. Chodorkowski, jak mówią adwokaci, jest jej jedynym bywalcem, na pewno nową książkę dostrzeże. Prosimy przy tym nie zamieszczać żadnych dedykacji, bo wtedy zostanie ona potraktowana jako osobista paczka, a jej waga wliczona do ogólnego limitu dozwolonych przesyłek.
Bardzo prosimy o potraktowanie ze zrozumieniem naszego apelu".
Taka odezwa znalazła się na ostatniej stronie broszury Michaiła Chodorkowskiego "Zwrot w lewo-2".
"Zwrot w lewo" - zaskakujące kredo dla oligarchy i miliardera, nieoczekiwany zwrot w światopoglądzie najbogatszego człowieka Rosji.
Autor "Zwrotu w lewo" nie jest już zresztą oligarchą ani miliarderem, lecz więźniem kolonii krasnokamieńskiej na dalekiej Syberii. Bardziej radykalnej odmiany losu trudno sobie wyobrazić. Co ona oznacza? Triumf sprawiedliwości czy skrajne bezprawie? Kim naprawdę jest Michaił Chodorkowski? Represjonowanym geniuszem ekonomicznym czy niebezpiecznym przestępcą?
Rosyjskie społeczeństwo podzieliło się niemal dokładnie na pół, jeżeli chodzi o ocenę spektakularnego aresztowania właściciela Jukosu i odbywający się w równie spektakularnym stylu proces w jego sprawie. Można powiedzieć: istny renesans manicheizmu.
Co prawda, logikę manichejską wyróżnia nie tylko kontrastowość - czarne lub białe, anioł albo diabeł - lecz i godna pozazdroszczenia prostota. Natomiast nasza rzeczywistość jest dużo bardziej złożona.
Mamy już nie jeden, lecz dwa procesy. W pierwszym moskiewski Mieszczański Sąd skazał Chodorkowskiego na 9 lat pozbawienia wolności. 22 września 2005 roku kasacyjnym wyrokiem Moskiewski Sąd Miejski obniżył karę do 8 lat. Zgodnie z prawem Chodorkowskiego można byłoby przedterminowo zwolnić warunkowo po ponad pięciu latach więzienia. Tak się jednak nie stało, ponieważ podczas pobytu w kolonii karnej skazany podobno nie opanował w stopniu wystarczającym tajników warsztatu operatora maszyn szwalniczych. Zresztą wkrótce wszczęto nowy proces, z nowego oskarżenia, grożący Chodorkowskiemu jeszcze dwudziestoma latami więzienia.
Werdykt Mieszczańskiego Sądu brzmiał: Jukos jest winien niezapłacenia państwu podatków w niewyobrażalnej wysokości, czyli 30 miliardów dolarów.
Zarzuty wysunięte w drugim procesie, który odbywał się w Chamownickim Sądzie, były jeszcze bardziej horrendalne. Zgodnie z nimi - Chodorkowski i Lebiediew, wraz ze zorganizowaną grupą przestępczą, ukradli całą wydobytą przez związane z Jukosem spółki ropę o wartości 45 miliardów dolarów.
Tak przedstawiał się przebieg procesu karnego, który odbywał się - nazwijmy to - w dwóch aktach.
Tymczasem równolegle trwał jeszcze inny proces - osąd opinii publicznej, a w nim zarówno argumenty obrońców, jak i zarzuty oskarżenia, brzmią całkiem inaczej. Wyroki osądu także są co najmniej dwa. Mają różną, żeby nie powiedzieć przeciwstawną, wokandę, nie mówiąc już o składzie "ław przysięgłych". Jeden trzyma stronę sprawiedliwej, karzącej ręki państwa. Był zapewne inspirowany odgórnie, ale zdobył popularność również na dole.
Drugi - to proces protestu, który ma charakter rozrachunkowy. Swoimi działaniami państwo zniszczyło najlepszą firmę o wartości giełdowej wynoszącej czterdzieści miliardów dolarów, drugiego co do wielkości płatnika podatków w kraju. Tak brzmi werdykt społeczności opozycyjnej.
Tu określenie "basmańska praworządność" pochodzące od nazwy sądu, który pokornie usankcjonował prokuratorskie bezprawie, weszło do obiegowego języka, jak nie przymierzając "szemiakiński sąd"5.
Te same wydarzenia i fakty prowadzą do zgoła różnych wniosków. Posłuchajmy argumentów każdej ze stron. Jako wyrazisty przykład rozdwojenia opinii społecznej mogą posłużyć dwa dziennikarskie śledztwa: Władimira Pieriekriesta ("Izwiestija") - "Za co siedzi Michaił Chodorkowski" (tekst o charakterze demaskatorskim) i Walerija Paniuszkina - "Michaił Chodorkowski. Więzień ciszy" (tekst apologetyczny). Będę tu czasem przytaczać cytaty z obu tych książek.
Formalne oskarżenie nr 1 to podatki. Faktu, że Jukos uchylał się od płacenia podatków, nikt nie kwestionuje. Różnica polega na tym, że oskarżenie nazywa to kradzieżą, natomiast obrona - zminimalizowaniem płatności, a w skrajnym przypadku - wykorzystaniem luk w prawie, co nie podlega karze.
W książce Paniuszkina jest to opisane w sposób następujący:
"...Jukos tworzył spółki pośredniczące w zamkniętych miastach6, gdzie istniały ulgi podatkowe. Miasta te nazywały się zamkniętymi administracyjno-terytorialnymi strukturami (ZATS)7. Jukos sprzedawał ropę spółkom pośredniczącym po cenie rynkowej. W ten sposób uwalniał od podatków 20 procent swoich zysków...
Tak twierdzi prokuratura i sąd się z nią zgadza. Obrona uważa, że ten sposób obchodzenia podatków był wówczas całkowicie legalny. Cały przemysł wydobywczy tak sprzedawał swoją ropę - za pośrednictwem firm zwolnionych z podatków".
ZATS - jak podkreśla autor - były całkowicie legalną drogą minimalizacji podatków.
Drugim sposobem było wykorzystanie inwalidów. Jeśli w firmie są zatrudnieni inwalidzi, podatki można obniżyć jeszcze o 10 procent. Chodorkowski - w odróżnieniu od konkurencji - tego tricku nie stosował. Jukos zachowywał się - można by powiedzieć - w miarę "po bożemu".
Jeszcze jeden istotny argument przytacza apologetyczny autor: "Pod koniec lat dziewięćdziesiątych nie było możliwości zapłacenia podatków w całości, bez narażania firmy na bankructwo. Nie miało znaczenia, czy spółka była prywatna, czy państwowa. Podatki odprowadzane w pełnym wymiarze stanowiłyby sto procent obrotów...".
Dziennikarz opisuje dosyć paradoksalną scenę:
"Opowiadano, że w roku bodaj 1998 Chodorkowski udał się nawet do ministerstwa na naradę dotyczącą podatków i składek i pokazał ówczesnemu szefowi służby podatkowej Bukajewowi, w jaki sposób i na jaką kwotę jego firma uchyla się od podatków".
Tak potem miał mówić o tej naradzie:
"Pokazaliśmy mu (Bukajewowi), że tych pieniędzy nie upychamy po kieszeniach, tylko inwestujemy w modernizację rafinerii i że modernizacja to kwestia trzech do pięciu lat i kilku milionów dolarów, a modernizować trzeba, bo pod względem jakości benzyny jesteśmy w tyle za Europą o jakieś dwadzieścia lat".
Drugi punkt oskarżenia to historia murmańskiego przedsiębiorstwa "Apatyt", największego producenta surowców do produkcji nawozów fosforowych. Według prokuratury i sądu, podczas przetargu na 20 procent akcji spółki "Apatyt", Menatep8 nieuczciwie wszedł w ich posiadanie, a potem przywłaszczył je na drodze przestępstwa zamiast przekazać na rzecz państwa. (Właśnie za sprawę prywatyzacji "Apatytu" trafił do więzienia partner Chodorkowskiego Płaton Lebiediew9.)
I rzeczywiście, w tej historii jest wiele szokujących szczegółów. Na przykład, zgodnie z warunkami przetargu, nabywca powinien był wpłacić znaczną kwotę pieniędzy na rachunek przedsiębiorstwa. W odpowiednim momencie z Menatepu przelew wyszedł i stosowny dowód wpłaty przedstawiono. Jednak, gdy wszystkie formalności zostały zakończone, ta sama wpłata wykonała drogę powrotną - z rachunku przedsiębiorstwa do banku... Tyle tylko, że jak twierdzi strona oskarżona, przetargowe zobowiązania inwestycyjne zostały dotrzymane nie tyle formalnie, co realnie. Przy udziale Menatepu przedsiębiorstwo wznowiło pracę po przestoju i zaczęło z powodzeniem funkcjonować. Wszystkie niezbędne programy, włącznie z socjalnym, otrzymały realne finansowanie i zostały zrealizowane.
Historia "Apatytu" ma dwa przeciwstawne oblicza i między innymi dlatego jest historią modelową.
Po długich waśniach zawarto porozumienie, zatwierdzone orzeczeniem sądu. Jukos zapłacił skarbowi państwa 15 mln dolarów odstępnego. Czy koniec wieńczy dzieło? Bynajmniej. Kilka lat później wszczęte przeciw Chodorkowskiemu postępowanie stwierdziło, że suma ta została zaniżona... za sprawą rzekomej zmowy menatepowskiego kierownictwa z ówczesnym szefem Rosyjskiego Funduszu Majątku Federalnego Władimirem Malinem. Nieco później, już po ogłoszeniu wyroków na Chodorkowskiego i Lebiediewa, również Malin trafił pod sąd i został skazany na 4 lata w zawieszeniu.
W tej historii można różnie rozkładać akcenty. Jedyny wniosek, który nie budzi wątpliwości, to ten, że na każdym etapie decydujący był tzw. "czynnik administracyjny". Sprawa jest o tyle przykładowa, że w niej "czynniki administracyjne" harcują raz po jednej, raz po drugiej stronie.
Dopóki ktoś ma je za sobą, ten ktoś - czy to Chodorkowski, czy ktokolwiek inny - jest niezwyciężony, a jego działania w pełni usankcjonowane prawem. Biada mu jednak, jeśli "czynniki administracyjne" staną przeciwko niemu.
W zasadzie zarzut przywłaszczenia 20 procent akcji spółki "Apatyt", przedstawiony Chodorkowskiemu przed konkretnym Mieszczańskim Sądem, jest dosyć łagodny.
Osąd publiczny zarzuca oligarsze znacznie poważniejsze winy. Oskarża go o przywłaszczenie roponośnych zasobów całego kraju. Właśnie to zainspirowało prokuraturę, by podczas drugiego procesu forsować kuriozalną tezę o zagrabieniu przez Chodorkowskiego i partnerów (fizyczne, osobiście) całej wydobytej przez ich firmy ropy.
Demaskatorskie śledztwo dziennikarza Pieriekriesta opisuje przejęcie przez Chodorkowskiego Jukosu w ten sposób:
"Ostatecznie 45 procent akcji Jukosu trafiło w ręce reprezentującej Menatep podstawionej firmy za 159 mln dolarów, to jest tylko o 9 mln drożej niż opiewała cena wywoławcza. Następnie Menatep postąpił z Jukosem jak pyton, który powoli wchłania swoją ofiarę. Do początkowych 45 procent akcji poprzez oferty inwestycyjne doszło jeszcze 33 procent. Potem nastąpiła dodatkowa emisja akcji, która jeszcze zmniejszyła udziały państwa w spółce. Jesienią 1996 roku Menatep posiadał już 90 procent akcji Jukosu".
Nie mam pewności, czy porównanie z pytonem pomaga w zrozumieniu rzeczywistego społeczno-ekonomicznego sensu prywatyzacji przemysłu naftowego? Tym bardziej nie wiem, dlaczego "pyton" działał "powoli". Wchłonięcie Jukosu odbyło się w tempie błyskawicznym.
W apologetycznym utworze Paniuszkina pojawiają się inne liczby. "W postępowaniu przetargowym Chodorkowski nabył 45 procent firmy Jukos za 250 mln dolarów. Do tego wypłacił 3,5 miliarda dolarów na rzecz samej spółki. To znaczy, że faktycznie wykupił mniej niż jej połowę za blisko 4 miliardy".
Czy to dużo, czy mało? Jaka była wówczas realna wartość naftowego przedsiębiorstwa? Co sobą reprezentowało w tamtym krytycznym momencie?
"Przed nastaniem Chodorkowskiego Jukos nie wypłacał pracownikom pensji przez pół roku, przeterminowane wierzytelności wynosiły 3 miliardy dolarów. Firma pracowała tylko w 9 regionach, wydobycie wynosiło 40 milionów ton ropy rocznie i sukcesywnie się zmniejszało". Koszt własny wydobycia baryłki wynosił około 13 dolarów...
Tak podaje w apologetycznym utworze Paniuszkin, ale i demaskatorski Pieriekriest przyznaje:
"Spółka miała, co oczywiste, ogromny potencjał... Jednak w momencie jej nabycia mogła generować co najwyżej ból głowy, a nie zyski".
Tak było wtedy. Logiczne będzie zatem sprawdzenie tego, co stało się później.
"Jukos zredukował do 2003 roku koszty własne wydobycia baryłki ropy do 1,57 dolara, czyli ośmiokrotnie... Pracownicy regularnie otrzymywali pobory rzędu 7 tys. rubli miesięcznie w europejskiej części Rosji i 30 tys. na Syberii. Wtedy były to spore pieniądze. Spółka funkcjonowała w 50 rosyjskich regionach... Wydobywała 86 milionów ton ropy rocznie i stała się drugim po Gazpromie rosyjskim płatnikiem podatków... Wydobycie wzrastało tu dwa razy szybciej niż w całej branży".
Tak pisze Paniuszkin.
Znany ekonomista Jewgienij Jasin również przytacza argumenty na korzyść Chodorkowskiego, choć podaje "dowody nie wprost". Twierdzi bowiem, że po tym, jak Jukos został połknięty przez Rosnieft, spadły jego wskaźniki produkcyjne.
W Sądzie Mieszczańskim odbył się tymczasem dziwny proces. Prokuratura skrupulatnie podliczała podatki, które można byłoby przypisać Jukosowi, dostosowując ją do przyjętej z góry sumy dochodów. Ekipa bardzo dobrych adwokatów punkt po punkcie odpierała zarzuty, powołując się na sprzeczności w prawie i powszechnie stosowaną praktykę. Sąd puszczał mimo uszu argumenty adwokatów i zgadzał się z prokuratorami. Kraj w napięciu obserwował proces i nie wierzył w ani jedno słowo. Nikt nie wierzył, że chodzi o jakieś podatki i nieprawidłowości. (Chociaż oczywiście część obywateli z satysfakcją patrzyła, jak znany oligarcha dostaje w kość.)
Sprawa była polityczna, a nie gospodarcza, co do tego zgadzali się wszyscy - i eksperci, i szarzy obywatele, jakkolwiek by nie pojmowali słowa "polityczny".
Ostatecznie, mimo że nie od razu, polityczny rachunek Chodorkowskiemu wystawiono. Najpierw półszeptem, w zaufaniu i tylko "między swoimi", potem pełnym głosem, w prasie, pod publiczkę. W dużym skrócie brzmiał on mniej więcej tak: oligarcha zaczął pchać się do polityki.
Spróbujmy wymienić poszczególne punkty tego pchania się.
- Subsydiował partie polityczne, przede wszystkim prawicowe, ale nie tylko. W ostatecznym rozrachunku siedzący w kieszeni Jukosu posłowie różnych ugrupowań mogliby stworzyć w Dumie nawet frakcję. To znaczy, że Chodorkowski chciał zapanować nad Dumą!
- Zajmował się działalnością charytatywną z dalekosiężnymi perspektywami. Na przykład otworzył pod Moskwą i zlecił swojemu ojcu prowadzenie internatu "Koralowo" dla sierot, dzieci żołnierzy poległych w Afganistanie, Czeczenii i na innych wojnach. Założył charytatywną fundację Otwarta Rosja, która zajmowała się wprowadzaniem internetu do szkół, urządzaniem wielofunkcyjnych ośrodków bibliotecznych, szkoleniem nauczycieli do pracy na komputerach... To znaczy, że Chodorkowski chciał mieć wpływ na młode pokolenie dla własnych celów!
W mojej narracji brzmi to niewątpliwie gorzko. Zacytuję więc demaskatorskie teksty Pieriekriesta:
"Otwarta Rosja - to nic innego jak 'przedszkole' partii Chodorkowskiego [...]
O ile w Dumie w 1999 roku było, według niektórych ocen, około 100 kontrolowanych przez Jukos deputowanych, o tyle już w 2003 roku ich liczba miała znacząco wzrosnąć. W każdym razie, jak podawały zbliżone do Kremla źródła, prezydent otrzymał informację, że 226 posłów 'przysięgało lojalność' Jukosowi. To liczba wystarczająca dla zapewnienia sobie zwykłej większości głosów...
Biorąc pod uwagę, że kandydaci popierani przez Jukos przymierzali się do objęcia kluczowych stanowisk w parlamentarnych komisjach i frakcjach, a tym samym do zdobycia narzędzi wpływu na poselską trzodę, Chodorkowski mógł mieć w kieszeni nie tylko zwykłą, ale i bezwzględną większość (300 głosów), potrzebną do zainicjowania zmian w konstytucji".
Toż to co najmniej zamach stanu! Właśnie o to chodzi! Pieriekriest barwnie opisuje konkretny scenariusz "spisku Chodorkowskiego".
"Przypomnijmy: Chodorkowski zapowiadał, że w wieku 45 lat wycofa się z biznesu i wyraźnie dawał do zrozumienia, że zajmie się polityką.
Czterdziestopięciolecie miał obchodzić 26 lipca 2008 roku i właśnie na ten czas zaplanował swoją nową odsłonę. W wyborach 2008 roku dwunastolatkowie, dla których stworzono program Otwarta Rosja, mieliby już prawo wyborcze. Nie trzeba być prymusem klasy matematycznej, żeby skojarzyć te dane i domyślić się, na kogo konkretnie było obliczone kształtowanie 'demokratycznego' światopoglądu młodzieży. Jednak bieg zdarzeń, jak wiadomo, obrał całkiem inny kierunek".
Nie trzeba być prymusem klasy matematycznej, by policzyć tych rozwiniętych nastolatków i zobaczyć, jaką mizerną cząstkę rosyjskiego elektoratu mogliby stanowić.
Nieodpowiedzialne dziennikarstwo? Znacznie gorzej. Zanim powstała cytowana książka, jej tekst, kawałek po kawałku, publikowała gazeta "Izwiestija", która od pewnego czasu wyspecjalizowała się w dostarczaniu społeczeństwu ze szkolną prostotą przekazów miłych uszom prezydenckiej administracji.
W maju 2003 roku Rada Strategii Narodowej - think thank obsługujący resorty siłowe - podsunęła rozognionej opinii publicznej swoistą wrzutkę w postaci raportu pod złowieszczym tytułem: "W Rosji szykuje się przewrót oligarchiczny" - "Ostatnio wielu obserwatorów wyraża wspólny pogląd na temat przyszłej politycznej kariery Chodorkowskiego" - stwierdzali autorzy. Schemat przewrotu przedstawiali w podobny sposób: w najbliższych wyborach Chodorkowski wprowadza do Dumy swoich ludzi z list Jabłoka, Sojuszu Sił Prawicy, komunistów i Jedynej Rosji, a potem wierni Chodorkowskiemu deputowani zmieniają konstytucję i ogłaszają Chodorkowskiego premierem.
Pewne drobne różnice nie zacierają obrazu. W Sądzie Mieszczańskim Chodorkowskiego sądzono za niepłacenie podatków, ale na użytek osądu opinii publicznej stworzono jeszcze wizerunek spiskowca i politycznego wroga narodu.
W pewnym momencie jeden z doradców prezydenta (był to chyba postrzegany jako przedstawiciel inteligencji Igor Szuwałow) publicznie "przyznał", że "owszem, w procesie Chodorkowskiego istnieje pewien polityczny element. Surowy wyrok został wydany ku przestrodze wszystkich przedsiębiorców: płaćcie uczciwie podatki...".
Znamienne jest, że to "wyznanie" zostało wygłoszone do zagranicznych korespondentów. Była to wersja dla Zachodu. Ten argument miał tam zadziałać. Dla rodzimej opinii publicznej taki wywód się jednak nie nadawał, był zanadto subtelny. Tu bardziej pożyteczny jest "znany autor", który wali między oczy:
"Niebezpieczeństwo kupowania władzy państwowej za pieniądze, do niedawna uważane za czysto hipotetyczne, zaczęło przybierać całkiem realne kształty [...] Powołując fundację Otwarta Rosja, Chodorkowski uczynił to, czego nikt wcześniej nie próbował: starał się złamać państwowy monopol w kształtowaniu masowej ideologii".
Zdawałoby się, że monopol na kształtowanie masowej ideologii jest cechą totalitarnego państwa - faszystowskiego lub komunistycznego. Kto by się jednak przejmował takimi szczegółami, gdy Ojczyzna w niebezpieczeństwie! Oto jak brzmi w interpretacji Pieriekriesta pełne polityczne oskarżenie wobec Chodorkowskiego:
"Skupowanie mandatów poselskich, próby kształtowania mentalności oraz ideologii, oczywisty, jak się zdaje, zamiar przejęcia kontroli nad rządem i - zapewne - w perspektywie zmiana istniejącego ładu konstytucyjnego. Może nie od razu, ale za kilka lat. To wszystko było niczym innym, jak wyzwaniem rzuconym przez Chodorkowskiego Putinowi, wyzwaniem magnata wątpliwego autoramentu, prezydentowi wybranemu w powszechnych wyborach".
Teorię spiskową uzupełnia grzech pierworodny nowego rosyjskiego kapitalizmu. Zabójczy koktajl, który rzuca publicznością o ścianę. Zastanówmy się zatem nad nim, wszak Michaił Chodorkowski do jego "wyprodukowania" przyczynił się z całą pewnością.