Tu leży siostra Mary
Jakiś czas temu, w innym kraju, omal nie zabiłam kobiety.
Chęć popełnienia morderstwa to szczególne uczucie. Najpierw pojawia się
wściekłość, większa niż ta, którą kiedykolwiek sobie wyobrażałeś.
Opanowuje ciało tak kompletnie, że przypomina boską moc, ujarzmiającą
twoją wolę, kończyny, psychikę. Daje ci siłę, o której istnieniu nie
miałeś pojęcia. Twoje ręce, do tej pory niewinne, podnoszą się, aby
pozbawić życia inną osobę. Jest w tym pewna radość. Z perspektywy czasu
to przerażające, ale śmiem twierdzić, że w tej konkretnej chwili jest to
rozkoszne uczucie, tak jak rozkoszna jest sprawiedliwość.
Agatha Christie fascynowała się morderstwami. Ale była wrażliwa. Nigdy
nie chciała nikogo zabić. Ani przez chwilę. Nawet mnie.
- Mów mi Agatha - powtarzała zawsze, wyciągając szczupłą dłoń. Ja jednak
nigdy na to nie poszłam, nie wtedy na początku, bez względu na to, ile
weekendów spędziłam w jednym z jej domów, bez względu na to, jak wiele
prywatnych chwil dzieliłyśmy. Poufałość nie wydawała mi się właściwa,
choć w latach po Wielkiej Wojnie przyzwoitość zaczęła zanikać. Agatha
pochodziła z wyższych sfer i była elegancka, ale nie zwracała uwagi na
maniery i obyczaje. Ja z kolei zbyt ciężko pracowałam na opanowanie
owych manier i obyczajów, by teraz móc je porzucić.
Lubiłam ją. W tamtych czasach nie miałam zbyt dobrego zdania o jej
pisarstwie. Zawsze jednak przyznawałam, że podziwiam ją jako osobę.
Zresztą nadal tak jest. Ostatnio, kiedy zwierzyłam się z tego jednej z moich sióstr, zapytała mnie, czy nie żałuję tego, co zrobiłam, tego, ile
bólu spowodowałam.
- Oczywiście, że tak - odparłam bez wahania. Każdy, kto mówi, że niczego
nie żałuje, jest albo psychopatą, albo kłamcą. Nie jestem ani jednym,
ani drugim, po prostu umiem dochować tajemnicy. Pod tym względem
pierwsza i druga pani Christie są do siebie bardzo podobne. Obie wiemy,
że nie da się opowiedzieć własnej historii bez ujawnienia cudzej. Przez
całe życie Agatha odmawiała odpowiedzi na jakiekolwiek pytania dotyczące
jedenastu dni swojego zniknięcia i to nie tylko dlatego, że musiała
chronić siebie.
Gdyby ktoś wpadł na pomysł, by zapytać o to mnie, ja również odmówiłabym
odpowiedzi.
Zniknięcie
DZIEŃ WCZEŚNIEJ
Czwartek, 2 grudnia 1926 roku
Powiedziałam Archiemu, że to nieodpowiedni moment na odejście od żony,
ale nie to miałam na myśli. Moim zdaniem ta zabawa trwała już zbyt
długo. Nadszedł czas, abym rozegrała zwycięską partię. Ponieważ jednak
on lubił myśleć, że wszystko jest jego pomysłem, zaprotestowałam.
- Ona jest zbyt delikatna - powiedziałam. Nadal nie pozbierała się po
śmierci matki.
- Clarissa zmarła kilka miesięcy temu - odparł Archie. - A to, co powiem
Agacie, i tak będzie okropne, niezależnie od tego, kiedy to nastąpi. -
"Delikatny" było ostatnim słowem, jakiego ktokolwiek użyłby, opisując
Archiego. Siedział przy wielkim mahoniowym biurku w swoim pełnym
przepychu londyńskim gabinecie, biła od niego władza. - Nie da się
uszczęśliwić wszystkich - powiedział. - Ktoś musi być nieszczęśliwy, a ja mam już dość tego, że tą osobą zawsze jestem ja.
Siedziałam naprzeciw niego w skórzanym fotelu, zarezerwowanym zwykle dla
finansistów i biznesmenów.
- Kochanie - mój głos nigdy nie osiągnie tak dystyngowanego tonu jak
głos Agathy, ale przynajmniej zdążyłam już zmyć z siebie East End. - Ona
potrzebuje więcej czasu, żeby dojść do siebie.
- Jest dorosłą kobietą.
- Każdy człowiek zawsze potrzebuje swojej matki.
- Nan, jesteś zbyt pobłażliwa. Zbyt uprzejma.
Uśmiechnęłam się, jakby to była prawda. Najbardziej na świecie Archie
nienawidził choroby, słabości, smutku. Do rekonwalescencji podchodził z ogromnym zniecierpliwieniem. Jako jego kochanka zawsze zachowywałam
pogodne usposobienie. Byłam lekka i beztroska. Stanowiłam idealny
kontrast dla jego nie do końca dającej się omamić, pogrążonej w żałobie
żony.
Rysy jego twarzy złagodniały, kącik ust uniósł się w uśmiechu. Jak
mawiają Francuzi: "Szczęśliwi ludzie nie mają historii". Archie nigdy
nie pytał o moją przeszłość. Chciał mnie tylko teraz, promienną i chętną. Przejechał dłonią po włosach, układając je na nowo. Zauważyłam
odrobinę siwizny przy skroniach. Dzięki niej wyglądał dystyngowanie. Być
może mój związek z Archiem zawierał odrobinę wyrachowania, ale to nie
oznaczało, że nie mogłam się nim cieszyć. Mąż Agathy był wysoki,
przystojny i zakochany we mnie.
Wstał od biurka, przeszedł przez gabinet i uklęknął przed moim fotelem.
- Archie - powiedziałam, udając oburzoną. - A jeśli ktoś wejdzie?
- Nikt nie wejdzie - objął mnie w pasie i położył głowę na moich
kolanach. Miałam na sobie plisowaną spódnicę, bluzkę zapinaną na guziki,
luźny kardigan i pończochy, sztuczne perły i elegancki nowy kapelusz.
Pogłaskałam Archiego po głowie, ale delikatnie go odsunęłam, gdy zaczął
przyciskać twarz do moich ud.
- Nie tutaj - zauważyłam dość spokojnie. Wesoło, wesoło, wesoło.
Dziewczyna, która nigdy w życiu nie była chora ani smutna.
Pocałował mnie. Poczułam smak dymu z fajki. Zacisnęłam dłonie na klapie
jego marynarki i nie zaprotestowałam, gdy złapał mnie za pierś. Dziś
wieczorem powinien wrócić do domu, do żony. Jeśli plan, który tak
starannie ułożyłam, miał być kontynuowany, najlepiej było wysłać go do
niej pogrążonego w myślach o mnie. Znajdująca się we mnie gąbka
nasączona siarczanem chininy - zdobyta przez moją młodszą zamężną
siostrę - chroniła mnie przed ciążą. Przed spotkaniem z Archiem zawsze
przygotowywałam się w ten właśnie sposób, ale jak na razie moje środki
ostrożności okazywały się zbędne. Skromnym gestem poprawił moją spódnicę
i wygładził fałdy, po czym wstał i wrócił do swojego biurka.
Niemal w tej samej chwili weszła Agatha. Cicho zapukała do drzwi,
jednocześnie je otwierając. Jej niskie obcasy bardzo delikatnie
szeleściły na dywanie. Agatha miała trzydzieści sześć lat i jej
kasztanowe kiedyś włosy zmieniły kolor na brązowy. Była kilkanaście
centymetrów wyższa ode mnie i prawie dziesięć lat starsza.
- Agatho - powiedział ostro Archie - mogłaś zapukać.
- Och, Archie. Przecież to nie garderoba - odparła.
Następnie zwróciła się do mnie:
- Panno O'Dea, nie spodziewałam się pani tutaj.
Strategią Archiego zawsze było ukrywanie mnie na widoku. Regularnie
zapraszano mnie na przyjęcia, a nawet na weekendy do domu państwa
Christie. Pół roku temu próbowałby jeszcze wytłumaczyć jakoś moją
obecność w swoim gabinecie. "Stan pożyczył mi Nan do zrobienia
stenogramów" - mógł powiedzieć. Stan był moim pracodawcą w Imperial
British Rubber Company. Przyjaźnił się z Archiem, ale nigdy nikomu
niczego nie pożyczał.
Tym razem Archie nie odezwał się ani słowem, by wytłumaczyć moją
obecność w miejscu, w którym nie powinno mnie być. Agatha uniosła brwi,
gdy zdała sobie sprawę, że mąż nie ucieknie się do zwykłego wybiegu.
Wzięła się w garść i skupiła się na mnie.
- No proszę - wskazała na swój strój, a potem na mój - jesteśmy
bliźniaczkami.
Z trudem powstrzymałam się przed dotknięciem swojej twarzy. Poczułam na
niej gwałtowny rumieniec. A gdyby Agatha przyszła dwie minuty wcześniej?
Czy wbrew wszelkim dowodom udawałaby nieświadomą z takim samym uporem
jak teraz?
- Tak - powiedziałam. - Tak, to prawda. Jesteśmy.
W tym sezonie niemal wszystkie kobiety w Londynie wyglądały jak
bliźniaczki - takie same ubrania, takie same sięgające do ramion włosy.
Ale komplet Agathy to oryginalny Chanel, perły też były prawdziwe. Nie
okazała pogardy wywołanej tymi różnicami - o ile w ogóle zwróciła na nie
uwagę. Nie była taka i ta cecha obracała się przeciwko mnie. Nigdy nie
miała obiekcji, by córka urzędnika, zwykła sekretarka, dołączyła do jej
kręgu towarzyskiego.
- Przyjaźni się z córką Stana - powiedział jej Archie. - Doskonale gra w golfa - i takie wyjaśnienie jej wystarczyło.
Na fotografiach z tego okresu wyglądała na bardziej ponurą, mniej ładną
niż w rzeczywistości. Jej niebieskie oczy lśniły. Na nosie miała
dziewczęce piegi, wyraz jej twarzy szybko się zmieniał. W końcu Archie
wstał, żeby się z nią przywitać. Ujął jej dłoń, jakby była jego
wspólniczką w interesach. Tak jak ktoś, kto robi coś okrutnego, uznałam,
że to wszystko wyjdzie jej na dobre: ta ładna i ambitna kobieta
zasługiwała na kogoś lepszego niż Archie. Na kogoś, kto weźmie ją w ramiona z bezgranicznym uwielbieniem i będzie jej wierny. Zawsze, gdy
pojawiało się zniechęcające poczucie winy, przypominałam sobie, że
Agatha, jak kot, zawsze spadnie na cztery łapy
Prawdopodobnie po raz drugi lub trzeci powiedziała Archiemu, że miała
spotkanie z Donaldem Fraserem, nowym agentem literackim.
- Ponieważ jestem w mieście, pomyślałam, że moglibyśmy pójść na lunch.
Przed twoim wyjazdem na weekend.
- Dzisiaj nie mogę - Archie wykonał mało przekonujący gest w stronę
swojego pustego biurka. - Przede mną mnóstwo pracy.
- Ach. Na pewno? Zarezerwowałam stolik w Simpson's.
- Na pewno - odrzekł. - Obawiam się, że przyszłaś tu na próżno.
- Panno O'Dea, a może pani się ze mną wybierze? Na babski lunch?
Nie zniosłabym tego, że ktoś odmawia jej po raz drugi.
- Och, tak. Byłoby cudownie.
Poirytowany Archie zakasłał. Inny mężczyzna mógłby zdenerwować się na
myśl o spotkaniu żony z kochanką. Jednak jemu przestało już zależeć.
Chciał tylko zakończyć to małżeństwo, a jeśli miało się to stać wskutek
nakrycia nas przez Agathę, to trudno. Podczas naszego lunchu miał
umówioną wizytę w Garrard and Company, ponieważ chciał kupić mi
najpiękniejszy pierścionek, mój pierwszy prawdziwy brylant.
- Musi mi pani opowiedzieć o tym swoim nowym agencie literackim -
rzekłam, wstając z fotela. - Pani Christie, ma pani naprawdę ekscytującą
karierę. - Nie próbowałam jej się przypochlebić. Kariera Agathy
interesowała mnie o wiele bardziej niż praca Archiego w finansach, choć
pisarka nie była jeszcze wtedy aż tak popularna - nie tak jak później.
Wschodząca gwiazda, która jeszcze nie do końca wzeszła. Zazdrościłam
jej.
Wzięła mnie pod rękę. Z łatwością przyjęłam ten gest. Nic nie
przychodziło mi bardziej naturalnie niż intymność z innymi kobietami.
Miałam trzy siostry. Na twarzy Agathy pojawił się uśmiech, jednocześnie
rozmarzony i zdecydowany. Archie czasami narzekał na to, że odkąd
pojawiła się ich córka Teddy, Agatha znacznie przybrała na wadze, ale
jej ręka była chuda i delikatna. Pozwoliłam, by poprowadziła mnie przez
biuro, i wyszłyśmy na ruchliwą londyńską ulicę. Moje policzki od razu
zaróżowiły się z zimna. Agatha gwałtownie puściła moją rękę i przyłożyła
dłoń do czoła, jakby chciała się uspokoić.
- Pani Christie, wszystko w porządku?
- Agatho - powiedziała, a jej głos był ostrzejszy niż w gabinecie
Archiego. - Proszę mówić mi po imieniu.
Pokiwałam głową. A potem zrobiłam to, co robiłam za każdym razem, gdy
wypowiadała tę prośbę - przez większą część tego popołudnia unikałam
jakiegokolwiek oficjalnego zwracania się do niej.
***
Znałeś kiedyś kobietę, która stała się sławna? Gdy człowiek patrzy
wstecz, przypomina sobie różne rzeczy, prawda? Sposób, w jaki się
nosiła. Determinacja, z jaką mówiła. Do końca życia twierdziła, że nie
jest osobą ambitną. Myślała, że utrzymuje w tajemnicy intensywność swego
ducha, ale ja widziałam to w sposobie, w jaki omiatała pokój wzrokiem. W sposobie, w jaki przyglądała się każdemu, kto znalazł się w jej polu
widzenia, wyobrażając sobie historię, którą mogłaby streścić w jednym
zdaniu. W przeciwieństwie do Archiego ona zawsze chciała poznać twoją
przeszłość. Jeśli nie miałeś zamiaru jej ujawnić, wymyślała coś własnego
i wmawiała sobie, że to prawda.
W Simpson's zaprowadzono nas na górę, do sali dla kobiet. Kiedy
usiadłyśmy, zdjęła kapelusz, więc ja też to zrobiłam, choć wiele innych
pań siedziało w nakryciach głowy. Poprawiła piękne włosy. Gest ten wcale
nie był próżny, chodziło jej raczej o pocieszenie samej siebie. Mogła
mnie zapytać, co robiłam w gabinecie Archiego. Wiedziała jednak, że mam
pod ręką gotowe kłamstwo, którego nie chciała usłyszeć.
Zamiast tego spytała:
- Pani matka nadal żyje, prawda, panno O'Dea?
- Tak, oboje moi rodzice żyją.
Patrzyła na mnie szczerym wzrokiem. Oceniała mnie. Z perspektywy czasu
można mówić takie rzeczy. Byłam ładna. Szczupła, młoda, wysportowana.
Nie przypominałam jednak Heleny Trojańskiej. Gdyby tak było, mój związek
z Archiem mógłby być mniej niepokojący. Jednak skromność moich wdzięków
wskazywała na to, że być może się zakochał.
- Jak się ma Teddy? - zapytałam.
- W porządku.
- A pisanie?
- W porządku - machnęła ręką, jakby nic nie miało mniejszego znaczenia
niż to. - To wszystko to tylko magiczna sztuczka. Błyszczące przedmioty
i fałszywe tropy - widziałam, że na myśl o pracy z trudem powstrzymuje
się od uśmiechu, więc mimo wszystko była dumna ze swoich dzieł.
Gdy ubrany na biało kelner upuścił tacę pełną pustych naczyń, rozległ
się ogromny huk. Siłą rzeczy podskoczyłam. Kobieta jedząca posiłek przy
sąsiednim stoliku odruchowo zasłoniła głowę rękami. Jeszcze nie tak
dawno temu takie hałasy w Londynie oznaczały coś znacznie bardziej
złowieszczego niż potłuczone naczynia, wielu z nas widziało straszne
rzeczy.
Agatha napiła się herbaty.
- Jakże brakuje mi spokoju, jaki panował przed wojną. Panno O'Dea, myśli
pani, że kiedykolwiek dojdziemy do siebie po tym wszystkim?
- Nie wiem, czy to możliwe.
- Przypuszczam, że była pani zbyt młoda, by pełnić rolę pielęgniarki.
Pokiwałam głową. W czasie wojny żołnierzami opiekowały się głównie
stateczne kobiety, co z założenia miało zapobiegać rozwojowi
niewłaściwych romansów. Agatha została przydzielona do ambulatorium w Torquay. To właśnie tam posiadła całą swoją wiedzę o truciznach.
- Moja siostra Megs została pielęgniarką - powiedziałam. - Ale już po
wojnie, po prostu wybrała ten zawód. Pracuje teraz w szpitalu w Torquay.
Agatha nie drążyła tematu. Nie miała skąd znać kogoś takiego jak moja
siostra. Zamiast tego zapytała:
- Straciła pani na wojnie kogoś bliskiego?
- Chłopca, którego kiedyś znałam. W Irlandii.
- Zabito go?
- Powiedzmy, że nigdy nie wrócił do domu. Nie do końca.
- Archie był w Korpusie Lotniczym. Ale oczywiście pani o tym wie.
Podejrzewam, że osoby znajdujące się w powietrzu czuły się inaczej.
Czy to nie było podsumowanie całego świata? To zawsze biedni noszą jego
blizny. Agatha lubiła cytować Williama Blake'a: Jedni się rodzą dla
radości, inni dla nocy i ciemności1. Nawet wtedy, gdy jadłam
z nią lunch w Simpson's, w chwili, w której jej mąż kupował mi
pierścionek zaręczynowy, uważałam, że Agatha należy do pierwszej grupy,
a ja do tej drugiej.
Co jakiś czas robiła minę, jakby odsuwała od siebie jakąś myśl. Jakby
chciała coś powiedzieć, ale nie mogła się do tego zmusić. Jestem pewna,
że przyprowadziła mnie tu, by doprowadzić do konfrontacji. Być może, aby
poprosić o łaskę. Łatwo jest jednak odkładać nieprzyjemne rozmowy na
później, zwłaszcza jeśli konfrontacja nie leży w twojej naturze.
Aby po raz kolejny odsunąć to w czasie - ale również dlatego, że tak
uważała - powiedziała:
- Wojna jest beznadziejna. Jak każda wojna. To straszne, że trzeba ją
znosić. Gdybym miała syna, zrobiłabym wszystko, co w mojej mocy, aby go
przed tym uchronić. Nie obchodzą mnie przyczyny ani to, że stawką jest
Anglia.
- Chyba zrobię to samo. Jeśli kiedykolwiek będę miała syna.
Mięso było krojone przy naszym stole, wybrałam kawałek bardziej surowy,
niż lubiłam. Chyba chciałam zrobić wrażenie na Agacie. Im bogatsi
ludzie, tym bardziej krwiste steki lubili. Zaczęłam piłować mięso i na
widok krwistej wydzieliny poczułam gwałtowny skurcz w żołądku.
- Nadal myśli pani o tym irlandzkim chłopcu? - spytała.
- Codziennie.
- Czy to dlatego nigdy nie wyszła pani za mąż?
"Nigdy nie wyszła pani za mąż". Tak jakbym już nigdy miała nie wyjść.
- Chyba tak.
- No cóż. Jest pani jeszcze młoda. I kto wie? Może pewnego dnia dojdzie
pani do siebie.
- Wielce w to wątpię.
- W czasie wojny myślałam, że Archie i ja nigdy nie będziemy mogli się
pobrać. Ale udało nam się i byliśmy bardzo szczęśliwi. Wie pani,
byliśmy. Szczęśliwi.
- To z pewnością prawda - szorstka i nieugięta. Rozmowa o wojnie
pozwoliła mi przygotować się na resztę. Osoba, która nie ma nic, może
być usprawiedliwiona za odebranie jednej rzeczy - męża - osobie, która
ma wszystko.
Kelner wrócił i zapytał, czy chcemy deskę serów. Nie chciałyśmy. Agatha
odłożyła widelec, zjadła połowę mięsa. Gdyby miała mniej doskonałe
maniery, odsunęłaby talerz od siebie.
- Muszę zacząć mniej jeść. Archie mówi, że jestem za gruba.
- Wygląda pani dobrze - powiedziałam, żeby ją uspokoić i dlatego, że to
była prawda. - Wygląda pani pięknie.
Zaśmiała się, trochę złośliwie, drwiąc z siebie, nie ze mnie, a ja znowu
zmiękłam. Sprawianie komuś bólu nie przynosiło mi radości. Jej matka
zmarła w okropnym czasie, odejście Archiego nastąpi zbyt szybko. Nigdy
tego nie planowałam. Ojciec Agathy zmarł, gdy miała jedenaście lat, więc
nie dość, że straciła matkę, to teraz została najstarszym pokoleniem w swej rodzinie. O wiele za wcześnie.
Gdy opłaciła rachunek - bardzo na to nalegała - wyszłyśmy na zewnątrz.
Na ulicy odwróciła się do mnie, wyciągnęła rękę i złapała mnie pod
brodę.
- Panno O'Dea, czy ma pani jakieś plany na ten weekend? - jej ton
sugerował, że doskonale zna moje zamiary.
- Nie. Ale w przyszłym tygodniu biorę urlop. Jadę do hotelu Bellefort w Harrogate - natychmiast zaczęłam się zastanawiać, dlaczego jej o tym
mówię. Przecież nawet Archie o tym nie wie. Ale jeśli masz z jakąś
kobietą wspólnego mężczyznę, czujesz się jej bliska. Czasami nawet
bliższa niż jemu.
- Będzie pani miała odskocznię - powiedziała takim tonem, jakby ten
pomysł nie przemawiał do jej natury. - To wspaniale.
Byłam wdzięczna, że nie zapytała, skąd miałam pieniądze na taką
ekstrawagancję.
Puściła mój podbródek. W jej oczach pojawiło się coś, czego nie
potrafiłam odczytać.
- No cóż, w takim razie do zobaczenia. Miłego wypoczynku.
Odwróciła się i przeszła kilka kroków, zatrzymała się, po czym do mnie
wróciła.
- Pani go nie kocha - jej twarz całkowicie się zmieniła. Najpierw była
opanowana i nieruchoma, teraz jednak Agatha miała szeroko otwarte oczy i drżącą wargę. - Gdyby go pani kochała, byłoby dużo gorzej. Ale ponieważ
go pani nie kocha, proszę zostawić go osobie, która darzy go tym
uczuciem.
Cały mój gniew zniknął. Poczułam się upiornie, nie mogłam odpowiedzieć.
Miałam wrażenie, że zaraz rozpłynę się jak mgła, kawałki mnie uniosą się
w powietrzu i rozproszą. Już mnie nie dotknęła. Uważnie przyglądała się
mojej twarzy, sprawdzając moją reakcję - krew odpływającą z policzków,
poczucie winy, niemożność poruszenia się czy oddychania.
- Pani Christie - tylko tyle byłam w stanie z siebie wydusić. Żądała
wyznania, na które nie miałam pozwolenia.
- Panno O'Dea - szorstkie, końcowe słowa. Odzyskała nad sobą panowanie.
Jej nazwisko na moich ustach poprzedzało zaprzeczenie. Moje nazwisko na
jej oznaczało ostre zakończenie rozmowy.
Stałam przed restauracją i patrzyłam za nią. W mojej pamięci zniknęła w wielkiej chmurze mgły, ale to niemożliwe. Nie w biały dzień - rześki i jasny. Pewnie po prostu weszła za róg i wmieszała się w tłum.
***
Miałam wrócić do pracy, ale zamiast tego poszłam do Archiego. Moje
zajęcie przestawało mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie, ponieważ
Archie pokrywał coraz więcej moich wydatków. Wiedziałam, że będzie się
martwił lunchem z Agathą, a jeśli rzeczywiście powie jej dziś o swoim
odejściu, ona może wysunąć argument, że go nie kocham. Dlatego musiał
być pewny moich uczuć.
Po drodze minęłam księgarnię, w której na półkach leżały stosy różowych
książeczek dla dzieci, na okładce mały miś trzymający balonik na sznurku
i unoszący się w powietrzu. Kubuś Puchatek. Wyglądała tak dziwnie, że
kupiłam jeden egzemplarz dla Archiego, żeby dał ją Teddy. Przez chwilę
zastanawiałam się, czy nie powinnam osobiście podarować jej tej książki
na święta. Możliwe, że w tym czasie jej rodzice będą mieszkać już
osobno. Być może Teddy spędzi Boże Narodzenie ze swym ojcem i ze mną.
Będzie przytulnie i miło, usiądziemy pod choinką i wymienimy się
prezentami. Czasami słyszało się o dzieciach mieszkających z ojcem po
rozwodzie. A Archie zawsze twierdził, że Teddy kocha go bardziej niż
matkę. Ale to nie w stylu Archiego, prawda? Nie tylko powiedzieć coś
takiego, ale i w to uwierzyć.
Kiedy wróciłam do jego gabinetu, dałam mu książkę, aby sam przekazał ją
córce. Zamknął drzwi na klucz i posadził mnie sobie na kolanach, rozpiął
mi spódnicę i podciągnął ją do góry.
- Już długo tak nie będzie - szepnął mi do ucha, drżał, choć uważałam,
że ta sytuacja mu się podoba. Wszyscy mężczyźni tak lubili, prawda?
Zeszłam z jego kolan i wygładziłam spódnicę. Wciąż miałam na głowie
kapelusz, praktycznie nie drgnął.
- Jak się zachowywała? - zapytał, wracając do swojego biurka.
- Wyglądała na smutną - jeśli kiedykolwiek mu powie, że się ze mną
skonfrontowała, zaprzeczę. - I zmartwioną.
- Nie wolno być dla niej zbyt miękkim. Lepiej jest szybko wbić nóż.
- Na pewno masz rację.
Posłałam mu buziaka i ruszyłam w stronę drzwi z nadzieją, że moje
zachowanie nie wpłynęło na jego decyzję. Po rozmowie z Agathą nabrałam
przekonania, że on musi jak najszybciej od niej odejść. Otworzyłam
drzwi.
- Nan - powiedział Archie, zanim zdążyłam przekroczyć próg. - Kiedy
następnym razem mnie zobaczysz, będę wolnym człowiekiem.
- Wcale nie - odparłam. - Bo będziesz należał do mnie.
Gdy się uśmiechnął, zrozumiałam, że nie mam się czym martwić,
przynajmniej jeśli chodzi o informację o odejściu. Ten mężczyzna miał
misję. Gdy już coś postanowił, realizował swój plan ze spokojem
wymaganym od pilota, który wypuszcza bomby, by siać śmierć i spustoszenie na Ziemi, podczas gdy on cały czas szybuje po niebie.
Nietykalny.
Zniknięcie
DZIEŃ WCZEŚNIEJ
Czwartek, 2 grudnia 1926 roku
Od zarania dziejów mężczyzna zawsze opowiada kochance jedną historię.
Nie kocha żony, być może nigdy jej nie kochał. Od wielu lat nie ma
między nimi zbliżeń, nie ma o tym nawet mowy. W jego małżeństwie brakuje
namiętności, czułości, radości. Jest ono jałowe i nędzne. Mężczyzna jest
z tą kobietą ze względu na dzieci albo pieniądze, albo z przyzwoitości.
Albo to kwestia wygody. Kochanka jest dla niego jedynym wytchnieniem.
Ile razy ta opowieść okazała się prawdziwa? Sądzę, że niewiele. Wiem, że
w przypadku państwa Christie była kłamstwem.
Tego wieczoru Archie jak zwykle jechał z Londynu do Sunningdale.
Małżeństwo nazwało swój dom Styles na cześć dworku z pierwszej powieści
Agathy. Był to piękny wiktoriański budynek z rozległymi ogrodami. Kiedy
Archie wszedł przez drzwi wejściowe, Agatha już na niego czekała, ubrana
elegancko do kolacji. Nigdy nie powiedział mi, co na sobie miała, ja
jednak wiem, że była to szyfonowa sukienka w kolorze morskiej piany.
Wyobrażam sobie, że dekolt podkreślał jej biust, ale Archie powiedział
tylko, że wyglądała na tak rozkojarzoną, iż o swoim odejściu postanowił
poinformować ją dopiero rano.
- Wieczorem emocje zawsze są większe, prawda? - powiedział.
Agatha, która przeczuwała, co się święci, postanowiła rozpocząć walkę.
Jej mały terier Peter zwykle nie odstępował jej na krok, tego dnia
jednak posłała go do łóżka razem z Teddy, tak by nikomu nie
przeszkadzał. Starała się zrobić pogodną minę, jakiej wymagał od niej
mąż.
Czasami wydaje mi się, że Agatha wymyśliła Herkulesa Poirota jako
antidotum na Archiego. Poirot nigdy nie przegapił żadnej emocjonalnej
wskazówki, nie było też takiej emocji, która nie wywoływałaby
współczucia. Poirot potrafił wchłonąć i ocenić smutek człowieka, a następnie mu wybaczyć. Archie natomiast chciał, by rzucone przez niego
"rozchmurz się" załatwiło sprawę.
Postanowiwszy odłożyć w czasie nieuniknioną scenę, mój kochanek zasiadł
do spokojnej kolacji z żoną. Siedzieli po przeciwnych stronach długiego
stołu. Kiedy zapytałam, o czym rozmawiali, odparł:
- To była tylko pogawędka.
- Jaki Agatha miała nastrój?
- Ponury - wypowiedział to słowo tak, jakby doznał ogromnej osobistej
zniewagi. - Zachowywała się tak, jakby tą ponurością sobie pobłażała.
Po kolacji poprosiła go, aby razem z nią udał się do salonu na
szklaneczkę brandy. Odmówił i poszedł na górę do Teddy. Honoria, która
była jednocześnie osobistą sekretarką Agathy i nianią Teddy, właśnie
kładła dziewczynkę spać.
Gdy tylko Archie wszedł do pokoju, mały piesek wybiegł przez drzwi, a Teddy krzyknęła w proteście:
- Mama obiecała, że Peter zostanie ze mną na noc!
Na szczęście Archie miał dla niej na pocieszenie prezent ode mnie -
Kubusia Puchatka. Kiedy podekscytowana Teddy zerwała papierowe
opakowanie, przeczytał jej pierwszy rozdział. Ubłagała go, żeby czytał
dalej, kiedy więc wychodził z pokoju córki, Agatha - nieświadoma, że to
jej ostatnia szansa na odzyskanie męża - już spała.
- Jak zabita - powiedział mi Archie.
W następną sobotę przyjechałam do Styles, żeby odprowadzić samochód
Archiego z Godaiming, i zobaczyłam Kubusia Puchatka na stole w przedsionku, nadal owiniętego brązowym papierem. A w Simpson's Agatha
miała niewyraźne i nieprzytomne spojrzenie człowieka cierpiącego na
bezsenność, który po zbyt wielu nieprzespanych nocach próbuje po omacku
przetrwać kolejny dzień. Kochała męża. Po dwunastu latach małżeństwa
kochała go ślepo i z nadzieją, tak jakby w ciągu trzydziestu sześciu lat
życia nie nauczyła się niczego o świecie.
Wiem, że nie poszłaby spać przed Archiem. Oto, co moim zdaniem naprawdę
się wydarzyło.
***
Agatha przywitała się z mężem, gdy ten wrócił do domu. To raczej była
prawda. Miała zabarwione policzki, odczuwała determinację. Postanowiła
odzyskać go nie gniewem i groźbami, lecz siłą swego uwielbienia, dlatego
też starannie dobrała garderobę. Wiem dokładnie, co miała na sobie,
ponieważ w sobotę jej ubranie leżało jeszcze zmięte na podłodze ich
sypialni, bo służąca była zbyt zdenerwowana, by je zebrać i wyprać.
Kiedy je zobaczyłam, uklęknęłam, podniosłam je i przyłożyłam do siebie,
jakby próbując je przymierzyć. Suknia była o wiele za długa, szyfon w kolorze morskiej piany spływał mi po stopach. Pachniała perfumami
Yardley, Old English Lavender, zapach był lekki i przyjemny.
Strój ten nie za bardzo nadawał się do noszenia w środku zimy. Ale
podczas witania męża musiała wyglądać przepięknie. Miała widoczne piegi
na nosie i piersiach. Być może trzymała w ręku drinka, nie dla siebie
(prawie nigdy nie piła), ale dla Archiego, chciała wręczyć mu jego
ulubioną szkocką.
- AC - powiedziała, podchodząc do niego i kładąc jedną dłoń na jego
piersi, poczekała, aż zamieni zimowy płaszcz na drinka. Od czasu nocy
poślubnej tak właśnie się do siebie zwracali: AC.
- Proszę - Archie nie odwzajemnił tej czułostki. Wraz z płaszczem
wręczył jej opakowaną w papier książkę dla dzieci. - To dla Teddy - nie
powiedział jej, że to prezent ode mnie, ale pewnie się tego domyśliła.
Archie nie przepadał za książkami - od czasu wydania pierwszej powieści
Agathy nie czytał nawet tego, co napisała jego żona. Kobieta odłożyła
nieotwartą paczkę na stół.
W salonie nalała sobie wody. Umiała czekać. Przez lata czekała na ślub z Archiem, a potem przeczekała wojnę, żeby mogli razem zamieszkać. Wysłała
pierwszą książkę do wydawcy i czekała dwa lata, zanim ją przyjęto - gdy
otrzymała odpowiedź, prawie zapomniała już, że cokolwiek napisała.
Podpisała nędzny kontrakt z wydawnictwem Bodley Head na pięć pierwszych
powieści, niemal natychmiast zrozumiała swój błąd, po czym przeczekała
to, zamiast przyjąć jedną z licznych propozycji renegocjacji. Teraz była
wolna i przeszła do znacznie lepszego wydawcy. Należało być
zdeterminowanym i mieć nadzieję na lepsze. I umieć czekać.
W domu było zbyt zimno. Na jej nagich ramionach pojawiła się gęsia
skórka, co skłoniło ją do zbliżenia się do Archiego. Był krzepki i niedostępny, promieniował ciepłem, nie osobistym, lecz rzeczywistym.
- Gdzie Teddy? - zapytał.
- Na górze z Honorią. Kąpiel, a potem spać.
Kiwnął głową, wdychając zapach lawendy. Mężczyzna lubi, kiedy kobieta
się stara, zwłaszcza gdy jest dla niego obca. Taka właśnie stała się dla
niego żona w chwili, w której postanowił powiedzieć jej, że odchodzi.
Agatha poleciła kucharce przygotować jego ulubione danie, pieczeń
Wellington, odpowiednią kolację na zimę. Zapaliła świece. Tylko ich
dwoje i butelka dobrego francuskiego wina. Nalała sobie kieliszek, ale
nie upiła nawet łyka. Usiadła, nie po drugiej stronie stołu, jak
powiedział mi Archie, ale tuż obok niego. On leworęczny, ona
praworęczna, ich łokcie stykały się ze sobą z intymnością ludzi, którzy
spędzili razem tyle godzin, mieszkali w tym samym domu i spali w jednym
łóżku. Archie był tylko człowiekiem, a co gorsza - tylko mężczyzną.
Ogarnął go rodzaj melancholii. To nieprawda, że nigdy jej nie kochał. W rzeczywistości jego determinacja, by mnie poślubić, przypomniała mu,
kiedy ostatni raz odczuwał taką pilną potrzebę - wtedy, gdy chciał żenić
się z Agathą, mimo że trwała wojna, nie mieli pieniędzy, a obie ich
rodziny - zwłaszcza jego matka - nalegały, by zaczekali. W blasku świec
wyglądała tak samo jak w noc poślubną. Zbliżała się ich rocznica,
wigilia Bożego Narodzenia. O tej porze roku nie sposób nie wracać do
takich wspomnień.
Skończył posiłek i nawet nie zajrzał do pokoju dziecięcego, by życzyć
Teddy dobrej nocy. Ostatecznie było już późno i córka pewnie spała.
Wiem, że to Archie zdjął sukienkę żony i zostawił ją zmiętą na podłodze.
Lubił, jak kobieta jest naga, podczas gdy on jest w pełni ubrany. I to
była jego ostatnia szansa z tą konkretną kobietą. Gdy byli sami w sypialni, jego żona drżała z ulgi i radości w takim samym stopniu jak z zimna. Służąca rozpaliła ogień w kominku. W słabym i migoczącym świetle
Agatha wyglądała na bezbronną z uwielbienia.
Małżeństwo. Sposób, w jaki splatają się dwa życia. Jest to rzecz uparta
i trudna do porzucenia. Archie nie był nieczułym człowiekiem i tej
ostatniej nocy z żoną, po wielu miesiącach tłumienia uczuć do niej, po
raz ostatni dał się im ponieść.
- Agatho - powtarzał raz po raz. Podejrzewam, że powiedział również, iż
ją kocha. Ona z pewnością odwzajemniła te słowa, a po jej policzkach
spływały łzy szczęścia, jakby odzyskała go na dobre. Nie zdawała sobie
sprawy z tego, że podczas tej jednej nocy, kiedy nie spali do późna, a pościel była coraz bardziej splątana, kiedy kochali się raz po raz, to
ona była kochanką, która już nigdy nie miała być żoną.
Zniknięcie
OSTATNI DZIEŃ, KIEDY JĄ WIDZIANO
Piątek, 3 grudnia 1926 roku
Agatha otworzyła oczy i zobaczyła, że jest sama. Archie wstał przed
świtem, zostawiając za sobą ich noc, tak jak potrafi uczynić tylko
mężczyzna. Wykąpał się, zmył z siebie zapach żony, a wszelkie uczucia,
jakie do niej żywił, porzucił już w sypialni. Agatha poruszyła się, a gdy stopniowo zaczęła odkrywać swą nagość pod prześcieradłem,
natychmiast przypomniała sobie o wszystkim, co się wydarzyło.
Uśmiechnęła się zwycięsko i przeciągnęła. Archie znów był jej. Odzyskała
go.
Nucąc pod nosem, ubrała się w to, w czym normalnie by spała, czyli w długą jedwabną koszulę nocną. Zanim zeszła na dół, założyła flanelowy
szlafrok. Po szybkim spojrzeniu w lustro doszła do wniosku, że wystarczy
tylko szybkie przeczesanie palcami rudych włosów. Nawet ona, tak
krytycznie do siebie nastawiona, widziała, że wygląda pięknie.
Zarumieniona ze szczęścia. Szczęście. Archie zawsze najbardziej
zachwycał się tym aspektem. Dziś wystarczy, że na nią spojrzy, i znów
napełni się miłością, wyraźną i widoczną. Szybko zeszła na dół, by
złapać go, zanim wyjdzie do pracy.
Wyobraź sobie jej konsternację, kiedy na dole schodów zastała ubranego
Archiego, ze spakowaną walizką na weekend i nieprzejednaną miną.
- Chyba nie zaczynasz jeszcze weekendu? - Agatha pobladła, rumieniec
znikł. Cały zachwyt i radość ulotniły się, zanim Archie zdążył je
dostrzec.
- Agatho - w jego głosie pobrzmiewało ostrzeżenie. Połajanka. Jakby
zwracał się do niegrzecznego dziecka.
- Agatho - powtórzyła. Jej coraz wyższy głos wznosił się po schodach.
Być może przedostał się przez drzwi pokoju dziecinnego, gdzie leżała
śpiąca lub obudzona już Teddy; żadne z rodziców nie weszło do niej, by
sprawdzić, jak się ma. - Agatho - powtórzyła. - Powiedziałeś to tak,
jakbym to ja zrobiła coś złego. Jakbym to ja sprawiała kłopoty. A moim
zdaniem to twoja wina. Twoja. Archie. Archie. Archie.
Westchnął i spojrzał w stronę kuchni, gdzie kucharka przygotowywała
śniadanie. Honoria w każdej chwili mogła sprowadzić Teddy na dół. Nie
chciał, żeby ktokolwiek podsłuchał Agathę, której histeria mogłaby się
nasilić, kiedy powie jej to, czego nie dało się już uniknąć. Miał plan i nic nie mogło go pokrzyżować. W jego walizce znajdował się mój
pierścionek zaręczynowy, w pełni już opłacony.
- Chodź - wciąż mówił tonem ojca besztającego niesforne dziecko. -
Porozmawiamy w moim gabinecie - zrobił krok do przodu i złapał ją za
łokieć.
Agatha nie miała gabinetu. Pisała swoje książki, gdzie się dało,
wystarczyły jej byle stół i maszyna do pisania. Tak naprawdę nawet nie
myślała o sobie jak o pisarce. Jej główny zawód i tożsamość to żona.
Właśnie tym była. Żoną. Archiego. Jeśli przestanie nią być, to kim się
stanie?
Usiadła na obitej jedwabiem sofie w gabinecie męża. Peter dołączył do
nich, wskoczył na mebel i usiadł obok niej. Archie nie lubił psów na
sofach, ale teraz miał ważniejsze sprawy do załatwienia, więc zacisnął
zęby i trzasnął drzwiami.
Agatha opowiadała mi kiedyś, że gdy po raz pierwszy miała złamane serce,
bo rzucił ją chłopak, którego uwielbiała, poczuła, jak drży jej
podbródek, i pobiegła do matki. Clarissa Miller jedną ręką podała córce
chusteczkę, a drugą uniosła do góry i pogroziła jej palcem wskazującym
dla odpowiedniego podkreślenia wyrazów:
- Nie waż się płakać. Zakazuję ci - posłuszna z natury i pragnąca
zadowolić matkę, Agatha zadrżała raz i połknęła łzy, które zaraz miały
spłynąć jej po policzkach.
Ale nie chodziło tylko o zawody miłosne. W młodości była wesoła i pełna
życia, odrzucała jedne oświadczyny za drugimi. Kiedy Archie postanowił
podbić jej serce, była już zaręczona z innym młodym człowiekiem, Tommym,
nieśmiałym i miłym mężczyzną, który nigdy - była tego pewna - nie
doprowadziłby jej do tego stanu, kiedy to znowu próbowała posłuchać rady
matki.
Archie nie usiadł obok niej na sofie, ale zajął miejsce w fotelu na tyle
blisko, by mogła go dosięgnąć. Był to naturalny gest po spędzonej razem
nocy, więc go wykonała i wyciągnęła ręce.
- Agatho - powiedział twardym tonem, a potem słowa, których obawiała się
od miesięcy. - Nie ma prostego sposobu, by to powiedzieć.
- Więc nic nie mów - błagała, opuściła żałośnie wyciągnięte ręce, wzięła
Petera na kolana i zaczęła go głaskać, by się uspokoić. - Proszę, po
prostu nie mów tego wcale.
- Powiem ci tylko to, co pewnie już wiesz. Kocham Nan O'Dea i zamierzam
się z nią ożenić.
- Nie. Nie zgadzam się na to. To niemożliwe. Przecież kochasz mnie -
wspomnienia ostatniej nocy były tak żywe, tak bliskie, że to wszystko
było przecież jeszcze możliwe. W przeciwieństwie do Archiego ona nadal
była przed kąpielą. Jego zapach przylgnął do niej, przytłumił lawendę. -
Jestem twoją żoną.
- Rozwód - powiedział krótko. Łatwiej było po prostu wybuchnąć tym
słowem w ramach prostego stwierdzenia faktu. Cel końcowy tak oczywisty,
że nie wymagał żadnego kontekstu, nawet pełnego zdania. Cóż za triumf
nad emocjami. Archie nie czuł nic, nie martwił się nawet, że żona
zemdleje na jego oczach, skupił się tylko na tym jednym słowie.
"Rozwód".
Agatha siedziała w milczeniu. Jej dłoń coraz szybciej i szybciej
przesuwała się po miękkiej sierści teriera. Pisarka nie zmieniła wyrazu
twarzy. Archie, który w nierozważny sposób poczuł się ośmielony, zaczął
mówić. Przyznał, że nasz związek trwa już prawie dwa lata.
(- Nie trzeba było jej tego mówić - powiedziałam, choć miałam
świadomość, że nie znosił być karcony.
- Masz rację - odparł. - Dałem się zwieść jej milczeniu. Zupełnie się
tego nie spodziewałem. Zachowywała się tak, jakby w ogóle mnie nie
słyszała.).
Zbyt szybko przeszedł do konkretów i polecił Agacie złożyć pozew o rozwód.
- Argumentem będzie musiało być cudzołóstwo - w tamtych czasach był to
główny dopuszczany przez sądy powód rozwodów. - Rozmawiałem z Brunskillem...
- Brunskillem! - pan Brunskill był wąsatym i niezbyt trzeźwo myślącym
adwokatem Archiego. Poczuła kolejną falę oburzenia, że on wiedział o tym
wszystkim, co ją czekało.
- Tak. Brunskill twierdzi, że można po prostu powiedzieć: "Nienazwana
strona trzecia". Ważne jest, by nie mieszać do tego nazwiska Nan.
Agatha nagle przestała drapać Petera.
- To jest ważne?
Archie powinien był zrozumieć swój błąd, ale zamiast tego brnął dalej.
- Żeby nie pojawiło się w gazetach, przez te twoje książki. Twoje
nazwisko jest obecnie już trochę znane.
Wstała. Peter spadł na podłogę i wydał z siebie pełen oburzenia skowyt.
Zwykle troskliwie się nim opiekowała, teraz prawie nie zwróciła na niego
uwagi.
Archie cały czas siedział. Później wszystko mi opowiedział.
- Nie ma sensu próbować wywrzeć jakikolwiek wpływ na kobietę, która już
zdążyła się rozkręcić.
Mąż Agathy kochał inną. Sytuacja zmieniająca życie została nazwana tak
po prostu jak pora dnia. Teraz pisarka miała przyjąć tę informację ze
spokojem i godnością. Archie złamał zasady, jego wymówką była
namiętność, a ona miała racjonalnie podejść do sprawy. Podjąć działania
w celu ochrony reputacji rywalki. Nie była w stanie tego znieść.
Zacisnęła pięści i zaczęła wrzeszczeć, głośno i z wściekłością.
- Agatho. Proszę. Służba cię usłyszy. I dziecko.
- Dziecko. Dziecko! Nie wspominaj mi o dziecku! - ponieważ nie miał
zamiaru wstać, musiała się zgiąć w pasie, żeby go uderzyć. Kolejne ciosy
spadały na jego ukrytą za garniturem pierś. Archie nie czuł żadnego
bólu. Powiedział mi, że z trudem powstrzymywał śmiech.
- Aleś ty okrutny - powiedziałam, ale te słowa miały w sobie lekkość,
tak jakby okrucieństwo ani trochę mi nie przeszkadzało.
Biedna Agatha. Gdy obudziła się z najmilszego snu, zastał ją najgorszy
koszmar. A do tego nic, co mówiła lub robiła, nie mogło wydobyć z jej
męża żadnych emocji.
Wreszcie Archie wstał. Złapał ją za nadgarstki, żeby przestała w niego
walić.
- Dość tego. Wychodzę. Po pracy wybieram się na weekend do Owenów.
Resztę załatwimy w przyszłym tygodniu.
- Zakładam, że ona też tam będzie?
- Nie - odparł Archie, bo myślał, że taka odpowiedź wywoła spokojniejszą
reakcję, a odkąd związał się ze mną po raz pierwszy, kłamstwo stało się
jego drugą naturą.
- Będzie tam. Wiem o tym. Impreza w domu, weekend dla par. Tyle że ty
nie będziesz z żoną, tylko z tą... tą... ladacznicą. Tą małą, wstrętną
ladacznicą.
Gdy żony patrzą, jak ich mężowie odchodzą, często popełniają jeden błąd.
Droga powrotna do serca Archiego nie była wybrukowana obelgami pod moim
adresem. Był teraz jednym z najbardziej niedostępnych stworzeń -
zauroczonym mężczyzną. Na jego twarzy pojawił się groźny grymas i mocniej zacisnął palce na jej nadgarstkach.
- Nie wolno ci mówić w ten sposób o Nan.
- Ty. Ty mi mówisz, czego mi nie wolno? To tobie nie wolno wyjeżdżać z kobietą niebędącą twoją żoną! To tobie nie wolno mnie zostawiać, teraz,
gdy najbardziej cię potrzebuję! Będę mówić o Nan tak, jak mi się podoba.
- Agatho, uspokój się.
Kopnęła go w goleń. A ponieważ miała na stopach tylko pantofle, ledwo
się skrzywił. Jakże irytująca musiała być jej własna, nieskuteczna siła.
Szarpnęła się w jego uścisku tak mocno, że gdy ją puścił, przewróciła
się. Gdy zaczęła gładzić się po nadgarstkach, Archie zauważył, że
pojawiły się już na nich pręgi, ale nie miał wyrzutów sumienia, bo żywił
ogromne przekonanie, że sama jest sobie winna. Miał tylko jeden cel -
pozbyć się jej.
Poprzedniej nocy mój kochanek poddał się nostalgii i cielesnej
tęsknocie. Dziś jednak powrócił do swojej misji. Jak każdy zapaleniec
nie dał odwieść się od tego zamiaru. Długimi krokami przemierzył
gabinet, by wrócić na korytarz. Wziął walizkę i wyszedł do samochodu,
używanego delage'a, który Agatha kupiła mu za pieniądze z nowego
kontraktu. Był to dość okazały samochód i Archie się nim chwalił, tak
jakby sam na niego zarobił. Pojazd miał na wyposażeniu elektryczny
rozrusznik, nie wymagał korby, można więc było po prostu do niego
wskoczyć i odjechać. Jakże ogromny ból musiała odczuwać, gdy wybiegała
przez drzwi i zobaczyła go uciekającego w tym ekstrawaganckim prezencie!
- Archie! - krzyczała, biegnąc w dół długiej drogi. - Archie!
Opony wzbijały tumany kurzu, tworząc przed nią chmurę. Archie nawet nie
odwrócił się, żeby spojrzeć przez tylną szybę. Jego ramiona były
wyprostowane, mocne i zdecydowane. Już od niej odszedł, stał się
nieosiągalny pod każdym możliwym względem.
"Nieosiągalna" - tego samego słowa użyła później Honoria, opisując
Agathę. To właśnie Honoria miała za zadanie obudzić Teddy i przygotować
ją do szkoły. Kiedy niania wstała, usłyszała hałas dobiegający z gabinetu pana Christie. Była to kłótnia małżeńska, bardzo głośna. Poszła
więc do pokoju dziecinnego, gdzie w kąciku siedziała Teddy, która już
się obudziła i bawiła lalkami. Takim właśnie dzieckiem była
siedmioletnia Teddy - potrafiła wstać z łóżka i zacząć się bawić, nikogo
nie niepokojąc.
- Witaj, Teddy.
- Dzień dobry - Teddy odgarnęła ciemne włosy z oczu. Nie zdziwił jej
widok Honorii. Często zdarzało się, że gdy się budziła, rodzice już
wyszli. Kiedy nie miała jeszcze pięciu lat, rodzice zostawili ją na cały
rok i wybrali się w podróż dookoła świata. Sama Agatha została wychowana
w dużej mierze przez ukochaną służącą, którą nazywała Nursie. Z jej
doświadczenia wynikało, że był to doskonały sposób wychowywania dziecka.
- Chodź - powiedziała Honoria, wyciągając rękę. - Zrobimy ci jakieś
śniadanie. Potem się ubierzemy i pójdziemy do szkoły.
Teddy wstała i wsunęła rączkę w dłoń niani. Obie dotarły na szczyt
schodów w momencie, w którym Archie uciekał z gabinetu przed histerią
Agathy. Teddy wyciągnęła rękę, jakby chciała pomachać ojcu na powitanie,
ale ten w ogóle nie zwrócił na nią uwagi. Trzasnął za sobą drzwiami.
Były zamknięte tylko przez chwilę, bo zaraz wyszła z nich Agatha, a atmosfera wokół niej była tak gwałtowna, że z początku Honoria myślała,
iż jej pracodawczyni została zaatakowana. Służąca ruszyła do przodu, gdy
Agatha otworzyła drzwi i wybiegła na zewnątrz. Teddy złapała brzeg
kardiganu niani, żeby z nią została, a Honoria przytuliła dziecko do
pokaźnego biodra. Poklepała pocieszająco dziewczynkę, gdy Agatha wołała:
"Archie! Archie!".
Służąca czekała w środku i grzecznie udawała, że nic się nie dzieje.
Słyszała ryk odjeżdżającego samochodu, ale Agatha nie wróciła.
Zaprowadziła więc Teddy na dół do kuchni. Potem wróciła do przedsionka.
Majątek Styles miał wielkie okna wychodzące na front i tył domu. Honoria
widziała przez nie Agathę w szlafroku i kapciach z włosami rozwianymi na
lekkim wietrze, kurz wokół niej osiadał na wszystkim w świetle słońca.
Honoria jeszcze nigdy nie widziała osoby, która stałaby tak nieruchomo,
a jednocześnie emanowała tak kinetycznym poczuciem chaosu.
- Agatho? - powiedziała i wyszła na zewnątrz. Obie kobiety były zżyte ze
sobą na tyle, że odrzuciły formalności między pracownicą a wielką damą.
Honoria wyciągnęła rękę i dotknęła jej ramienia. - Agatho, wszystko w porządku?
Pisarka zachowywała się, jakby jej nie słyszała. Patrzyła z niedowierzaniem za samochodem, który już dawno odjechał. Nie zareagowała
również na kolejne słowa Honorii. Opiekunka miała wyrzuty sumienia, że
wraca do domu i zostawia ją samą, ale gdy stały razem na drodze, czuła
się bardzo dziwnie. Jedna z nich była w pełni ubrana i gotowa na kolejny
dzień, druga - nieruchoma jak posąg, ubrana jak osoba chora, przed którą
jeszcze długa droga do wyzdrowienia.
Zaklęcie nie trwało zbyt długo. Agatha doszła na chwilę do siebie,
poszła do gabinetu męża, gdzie usiadła i napisała do niego list. Być
może błagalny. Albo zawierający wypowiedzenie wojny. Nikt nigdy nie
dowie się, co zawierał, z wyjątkiem Archiego, który przeczytał go raz, a potem wrzucił do ognia.
Teraz zastanawiam się, czy Agatha miała jakiś plan. Jako pisarka
starannie rozważała przecież każdą linijkę napisanej prozy i każdą
możliwość, jaka wynikała z jej kolejnego ruchu. Kiedy wyobrażam ją sobie
za biurkiem, nie widzę kobiety w stanie fugi dysocjacyjnej ani osoby na
skraju amnezji. Widzę ten rodzaj determinacji, który można poznać tylko
wtedy, gdy samemu się go poczuje. Determinacja zrodzona z desperacji
przekształca się w cel. Gdy wkrótce potem dowiedziałam się o jej
zniknięciu, nie byłam w najmniejszym stopniu zaskoczona. Rozumiałam to.
Ja też kiedyś zniknęłam.
Tu leży siostra Mary
Być może trudno jest ci okazać życzliwość kobiecie, która rozbija
rodzinę, kobiecie takiej jak ja. Nie potrzebuję twojej sympatii. Proszę
cię tylko, abyś zobaczył mnie w zimowy dzień w Irlandii, jadącą
pożyczonym wozem do rozwożenia mleka. Miałam dziewiętnaście lat.
Smutny i stary - jak na moje ówczesne standardy - Irlandczyk trzymał
lejce dwóch potarganych koni, które ciągnęły wóz. Mój płaszcz był zbyt
cienki, wilgotny chłód przedzierał się przez materiał. Gdyby tylko wiózł
mnie Finbarr zamiast jego ojca! Mogłabym się do niego przytulić i zrobiłoby mi się cieplej. Ale Finbarr nigdy nie zawiózłby mnie tam,
dokąd zmierzaliśmy. Jednak pan Mahoney nie był całkowicie pozbawiony
życzliwości. Co jakiś czas puszczał jedną ręką lejce i poklepywał mnie
po ramieniu. Jemu może i poprawiało to samopoczucie, ale mnie nic nie
dawało. Gdy jechaliśmy po wyboistych drogach, puste butelki po mleku
nieustannie pobrzękiwały. Gdyby tylko butelki były pełne. Spodziewam
się, że zanim dotarlibyśmy do zakonu żeńskiego, mleko zdążyłoby
zamarznąć. Droga z Ballycotton do Sunday's Corner ciągnęła się w nieskończoność.
- Nie będę tu długo - powiedziałam, wpuszczając w rytm mych słów
ojcowski akcent, tak jakby mógł zjednać mi sympatię pana Mahoneya. -
Finbarr przyjedzie po mnie, gdy tylko wyzdrowieje.
- Jeśli wyzdrowieje - pan Mahoney patrzył ponuro wszędzie, tylko nie na
mnie. Co byłoby gorsze? Zaczęłam się zastanawiać. Śmierć jego jedynego
syna? Czy jego wyzdrowienie, odebranie mnie z zakonu i wstydu, jaki
przyniosłam? Dla pana Mahoneya najlepszym rozwiązaniem byłoby, gdyby
Finbarr wyzdrowiał, a potem o mnie zapomniał. Na razie pan Mahoney
chciał, żebym została zamknięta w bezpiecznym miejscu, tak by on mógł
spokojnie wrócić do domu i choć raz jeszcze zobaczyć syna żywego.
- Wyzdrowieje - powiedziałam, ogromnie wierząc w rzeczy niemożliwe, jak
to potrafią tylko bardzo młodzi ludzie. Na sukience, którą na sobie
miałam, widniała plamka krwi od kaszlu Finbarra.
- Mówisz jak Irlandka. Chyba powinnaś to kontynuować. Obecnie Anglicy
nie są tu zbyt popularni.
Kiwnęłam głową, ale zrozumiałam jego słowa dopiero z perspektywy czasu.
Gdyby powiedział na głos słowa Sinn Féin, nic by to dla mnie nie
znaczyło. Nie byłabym w stanie powiedzieć, za czym opowiada się IRA.
Moją Irlandią były ocean, ptaki na wybrzeżu, owce. Zielone wzgórza i Finbarr. Nie miało to nic wspólnego z żadnym rządem.
- Jesteś szczęściarą - powiedział pan Mahoney. - Jeszcze nie tak dawno
jedynym odpowiednim dla ciebie miejscem byłby przytułek. Ale te
zakonnice troszczą się o matki i niemowlęta.
Pomyślałam, że lepiej byłoby, gdybym mogła zostać odwieziona tylko do
przytułku. Pan Mahoney z pewnością nie miałby serca zawieźć mnie do
miejsca przeznaczonego dla kryminalistów, musiałby więc pozwolić mi
zostać ze swoją rodziną. Na podróż do jego drzwi wydałam ostatnie
pieniądze. Przypuszczam, że pojechałam z nim dobrowolnie, ale kiedy
człowiek nie ma dokąd pójść, nie jest to właściwe słowo.
Wreszcie dotarliśmy do zakonu w Sunday's Corner. Pan Mahoney zeskoczył z wozu i wyciągnął szeroką, pełną odcisków dłoń, by pomóc mi zejść.
Budynek był piękny. Z czerwonymi cegłami i wieżyczkami wyglądał jak
skrzyżowanie uniwersytetu z zamkiem - nigdy nie spodziewałam się
zobaczyć od środka żadnego z tych miejsc. Na trawie przed zakonem stała
rzeźba przedstawiająca uskrzydlonego anioła, z rękami zaciśniętymi po
bokach, a nie wzniesionymi do modlitwy. Nad drzwiami klasztoru, w sklepionym miejscu, w którym powinno być okno, stała inna rzeźba,
wykonana z gipsu - zakonnica w niebiesko-białym habicie, z dłońmi u boku
skierowanymi na zewnątrz, tak jakby oferowała schronienie wszystkim
wchodzącym.
Moi rodzice nigdy nie byli religijni.
- Niedziele są po to, żeby odpoczywać - mawiał ojciec, tłumacząc,
dlaczego nie chodzi na mszę. Moja matka była protestantką. Do kościoła
chodziłam przeważnie tylko z ciocią Rosie i wujkiem Jackiem.
- To musi być Matka Boska - mruknęłam.
Pan Mahoney zaśmiał się smutno. Miałam wrażenie, że ów dźwięk drwił z tego, jak mało wiem o świecie. Przyjechałam do Irlandii z nadzieją, iż
zamieszkam w jego skromnym domku z klepiskiem. Pan Mahoney miał ciemne
kręgi pod jasnymi oczami, ale widziałam, że kiedyś były takie same jak u Finbarra. Patrzyłam na niego, pragnęłam, by mnie dostrzegł i zmienił
zdanie.
- Siostry dobrze się tobą zaopiekują. - Być może wierzył, że to prawda.
Jego głos był łagodny, niemal pełen żalu. Może odjedzie kawałek, a potem
wróci po mnie, zanim zdążę się rozpakować. - Wyślemy ci wiadomość o Finbarze. Obiecuję.
Wysunął z tyłu wozu moją walizkę - walizkę mojej matki, którą ukradłam
jej przed wyjazdem. Gdybym o nią poprosiła, z pewnością by mi ją dała.
Jeszcze lepiej, błagałaby mnie, żebym została albo sama uciekłaby ze
mną.
- Jak mogłaś w ogóle pomyśleć, że byłoby inaczej? - na pewno by mnie
spytała, ale było już za późno. - Zrobiłabym wszystko, walczyłabym z każdym, także z twoim ojcem, byleby nie stracić kolejnej córki.
Gdybym wtedy wiedziała to, co wiem teraz, uciekłabym z zakonu na
piechotę. Poszłabym długą drogą, pokonałabym wzgórza i przepłynęłabym
przez mroźne Morze Irlandzkie z powrotem do Anglii.
W środku zakonnice wymieniły moje ubrania na burą, bezkształtną
sukienkę, której nie trzeba będzie wymieniać bez względu na to, jak duży
urośnie mi brzuch, oraz na parę niepasujących drewniaków. Moją walizkę
zabrała młoda zakonnica o uroczej twarzy. Uśmiechnęła się ciepło i obiecała:
- Zajmiemy się tym za ciebie - nigdy więcej nie zobaczyłam mojego
bagażu. Starsza zakonnica posadziła mnie i obcięła mi włosy tak, że
ledwo zakrywały uszy. Zawsze miałam długie i teraz martwiłam się, co
pomyśli Finbarr, gdy po mnie przyjedzie.
Nie posłuchałam rady pana Mahoneya i nie mówiłam z irlandzkim akcentem.
Kiedy siostry zakonne wyjaśniły mi zasady panujące w moim nowym domu, na
kilka tygodni praktycznie przestałam się odzywać.
***
Młoda osoba nie wie, jakie będzie wieść życie ani jak się ono potoczy. Z wiekiem nabiera się poczucia, że wszystkie trudy z czasem przemijają.
Ale kiedy jest się młodym, jedna chwila zdaje się całym światem. Tak
jakby była trwała na wieki. Po wielu latach miałam wieść wspanialsze
życie. Podróżować po całym świecie. Ale tamtej zimy byłam jeszcze
dzieckiem. Znałam tylko dwa miejsca: Londyn i hrabstwo Cork, i to tylko
niewielkie ich fragmenty. Wiedziałam, że jestem młoda, ale nie
rozumiałam, jak bardzo młoda ani że młodość jest stanem przemijającym.
Wiedziałam, że wojna się skończyła, ale jeszcze w to nie wierzyłam.
Wielka Wojna wydawała się nie tyle wydarzeniem, co miejscem, które było
nieruchome jak Anglia, ale z pewnością nie tak zniszczalne. Ulubiony pub
mojego ojca w Londynie został zrównany z ziemią, a gdy spadły kolejne
bomby, na ulice wytoczyły się beczki z ale. Do końca życia mój ojciec
powtarzał, że w czasie Wielkiej Wojny świat stracił swą niewinność.
Pierwszym zadaniem, jakie otrzymałam w klasztorze - z ostrzyżonymi
włosami i pozbawiona własnego ubrania - była opieka nad cmentarzem
zakonnic. Wraz z dwiema innymi dziewczynami - obie były w zaawansowanej
ciąży - chodziłam zamiatać, grabić i czyścić nagrobki z porostów. Zimne
powietrze mogłoby smakować wolnością, gdyby nie żelazne pręty ciągnące
się wokół nas aż po horyzont. Po prawej stronie znajdował się wysoki
kamienny mur. Niosły się po nim wysokie dźwięki. Przez jakiś czas nie
zdawałam sobie sprawy z tego, że to głosy małych dzieci, które wyszły
zaczerpnąć powietrza przed kolacją. Przez żelazne kraty widziałam
prowadzącą do zakonu drogę. Po panu Mahoneyu nie było śladu, co
oznaczało, że nie zmienił zdania. Żadna z dziewczyn nie odezwała się do
mnie ani słowem. Nie wolno nam było ze sobą rozmawiać - nie mogłyśmy
nawet znać swoich imion.
Nagrobki sióstr składały się z kamiennych krzyży, na każdym z nich
wyryto napis: "TU LEŻY SIOSTRA MARY". Jakby zmarła tylko jedna kobieta,
ale z jakiegoś względu potrzebowała pięćdziesięciu grobów. Przejechałam
szorstką szmatką po kamieniach, zanurzyłam opuszki palców w wyryte na
szarym kamieniu słowa. I w tej chwili to zrozumiałam. Świat nigdy nie
był niewinny.
***
Ale ja taka byłam.
Cofnijmy się nieco bardziej. Tym razem przed wojnę. Zobacz mnie w wieku
trzynastu lat - chudą i zwinną jak świerszcz - kiedy po raz pierwszy
rodzice wysłali mnie na lato na farmę cioci Rosie i wujka Jacka.
- Nan lubi biegać - powiedział ojciec, planując mój wyjazd. - Nie
została stworzona do życia w mieście, prawda?
Pracował jako urzędnik w Towarzystwie Ubezpieczeń od Ognia Porphyrion i często wypowiadał te same słowa: "niestworzony do życia w mieście" -
tyle że miał na myśli siebie. Bolało go, że całymi godzinami musi
ślęczeć przy biurku za niewielkie pieniądze. Zawsze podejrzewałam, że
żałowałby wyjazdu z Irlandii, ale to by wtedy oznaczało, że żałuje, iż
ma nas. Jego żona była Angielką, więc reszta jego rodziny również była
Anglikami. Najwyraźniej z wyjątkiem mnie.
Moje siostry, Megs (starsza) i Louisa (młodsza), były zwyczajnymi
dziewczynkami, interesowały się ubraniami, fryzurami i gotowaniem. Tak
przynajmniej udawały. Moja siostra Colleen (najstarsza) interesowała się
wyłącznie książkami i szkołą. Ja też lubiłam książki, ale chętnie
kopałam też piłkę z chłopakami z sąsiedztwa. Czasami po zmroku ojciec
znajdował mnie razem z nimi, spoconą i brudną, na pustym placu.
- Gdyby była chłopcem, mogłaby być mistrzynią - pęczniał z dumy.
- Jest już na to za stara - narzekała matka, ale ojciec się nade mną
litował.
- Pozostałe trzy są twoje - powtarzał mamie - ale ta jest moją irlandzką
dziewczynką.
Mój ojciec dorastał na farmie tuż obok wioski rybackiej Ballycotton.
Odkąd się urodziłam, był tam z wizytą raz czy dwa, gdy jego brat płacił
za podróż. Nigdy jednak nie mieliśmy dość pieniędzy, by pojechać tam
razem. Myśl o tym, że w ogóle miałabym gdzieś wyjechać, i to jeszcze na
całe lato, była niezwykle ekscytująca. Wiedziałam, iż wujostwo mają
skromny dom, ale i tak jest on o wiele bardziej przestronny niż nasze
londyńskie mieszkanie, w którym znajdowały się tylko dwie sypialnie -
jedna dla rodziców i jedna dla nas, czterech dziewczyn. Wujek Jack
dobrze sobie radził ze swoim gospodarstwem. Jego żona Rosie
odziedziczyła po śmierci ojca niewielką sumę pieniędzy, dzięki czemu w salonie pojawiła się podłoga z litego drewna i wstawiono regały na
książki. Wokół domu często kosili trawę, aby można było grać w tenisa.
("Tenis - prychał drwiąco mój ojciec, gdy nam o tym opowiadał. - To
pomysł zdecydowanie wykraczający poza jego pozycję".).
Wyobrażałam sobie ten krajobraz, pokryty najżywszą możliwą zielenią.
Pagórki i niskie kamienne murki - nieprzebrane kilometry łąk, na których
będę mogła kopać piłkę z moim małym kuzynem Seamusem. Zacisnęłam dłonie
i padłam na kolana obok matki, błagając ją, by mnie puściła, tylko
częściowo udając taki zapał.
Mama się roześmiała:
- Po prostu będzie mi ciebie brakowało.
Zerwałam się na równe nogi i rzuciłam jej na szyję. Miała kochaną,
piegowatą twarz i duże zielone oczy. Czasami żałuję, że straciłam swój
akcent z East Endu, bo to oznaczało utratę jej brzmienia.
- Ja też będę za wami tęsknić - odparłam.
- Pamiętaj, że to nie będą wakacje - ostrzegł ojciec. - Jack zapłaci za
twoją podróż, ale w zamian będziesz musiała wykonywać u nich wiele prac.
Ku mojej radości okazało się, że większość obowiązków będzie na
zewnątrz, przy owcach i koniach. Byłam wdzięczna wujowi, że zatrudnił do
nich dziewczynę.
***
I tak dochodzimy do irlandzkiego chłopca. Finbarr Mahoney był synem
rybaka. Dwa lata przed naszym spotkaniem natknął się w wiejskich dokach
na podstarzałego farmera, który zamierzał wrzucić szczeniaka - z miotu
border collie - do lodowatego morza.
- Masz - Finbarr podniósł do góry wiadro z makrelą. - Zamieńmy się.
Nikt by nie powiedział, że w tej transakcji jest jakaś nerwowość.
Finbarr miał niewiarygodnie swobodne usposobienie i był zawsze
uśmiechnięty. Tak jakby wszystko - nawet życie i śmierć - było łatwe.
Wsadził sobie szczeniaka pod brodę i podał starcowi wiadro ze
świadomością, że będzie musiał zapłacić ojcu za ryby.
- Ten człowiek już chciał wrzucić szczeniaka do wody - skarcił go
ojciec. - Naprawdę sądzisz, że oczekiwał za niego jakiejkolwiek zapłaty?
Finbarr nazwał psa Alby, najpierw karmił go butelką, a potem szkolił.
Wujek Jack chętnie zatrudniał Finbarra, aby w dni wolne od pracy
przyjeżdżał rowerem na farmę i pomagał w przeprowadzaniu owiec z jednego
pastwiska na drugie. Zdaniem Jacka Alby był najlepszym psem pasterskim w hrabstwie Cork.
- To dzięki temu chłopcu - zauważyła ciocia Rosie. - Ma rękę do tych
stworzeń, prawda? Potrafiłby zamienić w psa pasterskiego nawet kozę. Nie
powiesz mi, że inny treser osiągnąłby z tym psem takie same efekty.
Collie mojego wujka był niezłym psem pasterskim, ale nie dorównywał
Alby'emu. Uważałam, że ten pies - mały, drobny i pełen wdzięku - jest
najpiękniejszą istotą, jaką kiedykolwiek widziałam. Uważałam, że Finbarr
- o włosach czarnych i jedwabistych, o niemal granatowym blasku w letnim
słońcu - jest drugą najpiękniejszą istotą na świecie. Jak mawiała ciocia
Rosie, miał rękę do zwierząt, a kim byłam ja? Finbarr był o kilka lat
starszy ode mnie. Kiedy przejeżdżał na koniu obok mnie, udawał, że
uchyla kapelusza, którego przecież nie miał na głowie. Nigdy nie lubiłam
ludzi, którzy ciągle się uśmiechają, tak jakby uważali, że wszystko jest
zabawne. Ale Finbarr uśmiechał się inaczej, nie z rozbawieniem, lecz z radością. Jakby lubił świat i lubił na nim przebywać.
- Wydaje się, że to wspaniałe - powiedziałam wieczorem do cioci Rosie,
kiedy zmywałyśmy naczynia - być zawsze szczęśliwym.
Od razu wiedziała, kogo mam na myśli.
- Jest taki od samego początku - odparła z czułością w głosie. - Pełen
słońca. Moim zdaniem to dowód, że bogactwo czy bieda nie mają znaczenia.
Niektórzy ludzie po prostu rodzą się szczęśliwi. To chyba największe
szczęście, jakie może cię spotkać. Jeśli w środku masz słońce, nie
musisz martwić się o pogodę.
Pewnego wieczoru po kolacji Finbarr przyjechał na rowerze, gdy Seamus i ja graliśmy w tenisa. Nauczyłam się grać już w pierwszym tygodniu i teraz wygrywałam każdy mecz.
- Nie wiem, skąd macie tyle energii po całym dniu pracy - powiedział wuj
Jack, kręcąc głową z podziwem.
- Gdzie Alby? - krzyknął Seamus do Finbarra. Miał wtedy dziesięć lat i tak samo jak ja był zakochany w tym psie.
- Zostawiłem go w domu. Domyśliłem się, że będziecie grali w tenisa.
Ganiałby tylko za piłkami i zepsułby wam zabawę.
Collie mojego wuja, Brutus, leżał pod werandą, zmęczony po całym dniu
pilnowania owiec, niezainteresowany zabawą.
- Możesz zagrać z Nan - powiedział Seamus, podając Finbarrowi swoją
rakietę. - Wygraj jeden mecz za mnie, dobrze? - po nieudanej próbie
pokonania mnie jego rude loki oklapły.
Zaczęłam odbijać piłkę rakietą. Wiedziałam, że się popisuję, ale nie
potrafiłam się powstrzymać. Finbarr uśmiechał się jak zwykle, niebieskie
oczy poszarzały w blaknącym wieczornym słońcu.
- Gotowy? - zanim zdążył odpowiedzieć, uderzyłam piłkę i przebiłam ją
nad siatką. Trochę się wygłupialiśmy, posyłaliśmy piłkę do siebie tam i z powrotem. Potem zaczęliśmy grać na poważnie. Wygrałam dwa mecze, zanim
na wzgórzu pojawił się Alby. Biegł prosto do Finbarra, a potem zmienił
kurs, skoczył i złapał piłkę w powietrzu.
Rzuciliśmy rakiety i ruszyliśmy za nim w pogoń. Mieliśmy jeszcze inne
piłki, ale taka reakcja wydawała nam się naturalna. Nasz śmiech unosił
się ku niebu. Wujek Jack i ciocia Rosie wyszli na werandę i śmiali się
razem z nami. W końcu Finbarr przestał biec, stanął nieruchomo i krzyknął:
- Alby, stój!
Pies zatrzymał się tak gwałtownie, że było jasne, iż Finbarr mógł mu to
nakazać od samego początku.
- Oddaj - rozkazał chłopak i Alby wypluł piłkę na trawę. Finbarr zbliżył
się do niego miarowym krokiem i podniósł piłkę do góry. - Nan. Pomyśl
życzenie.
- Chciałabym móc zostać w Irlandii na zawsze.
Rzucił piłkę długim łukiem, a Alby rzucił się po nią i złapał ją wysoko
w powietrzu.
- Na pewno się spełni - powiedział Finbarr i odwrócił się do mnie. Było
w nim tyle magii, że mu uwierzyłam.
***
Kilka dni później przyszedł do nas, żeby pomóc wujowi. Skończyłam już
opróżniać stajnie, leżałam więc na porośniętym koniczyną wzgórzu, wciąż
cuchnąc obornikiem, i czytałam Pokój z widokiem. Brutus był ze mną,
położył łeb na moim brzuchu.
- Niedługo twój wujek będzie potrzebował nowego psa - powiedział
Finbarr. Alby stał u jego boku, miał nadstawione uszy. - Można poznać,
że się starzeją, po tym, iż pod koniec dnia są zmęczone.
- A Alby nigdy się nie męczy? - osłoniłam oczy, by na niego spojrzeć.
- Nigdy - Finbarr powiedział to z takim przekonaniem, że to na pewno
było pobożne życzenie.
- Cóż, Brutus nigdy się nie zestarzeje - odparłam, również bardziej jako
życzenie, i poklepałam wąski, płowy psi łeb. Gdzieś w pobliżu świergotał
skowronek, głośno i przeciągle się na coś uskarżał. Oczywiście w Londynie są ptaki, ale nigdy nie zwracałam na nie uwagi. Odkąd
przyjechałam do Irlandii, nauczyłam się, że niebo to osobny wszechświat,
tuż nad naszymi głowami, tętniący własnym śpiewającym życiem.
- Coś ci przyniosłem - Finbarr wyciągnął czterolistną koniczynę.
Sięgnęłam po nią, nie wstając, i czwarty listek od razu odfrunął.
Finbarr przytrzymywał go palcem.
- Fałszywe szczęście - odrzuciłam koniczynę ze śmiechem, i tak
zachwycona prezentem.
Finbarr padł obok mnie. Nigdy nie przeszkadzało mu, że się z nim nie
zgadzano, tak jak nie przeszkadzało mu, że wygrywałam każdy mecz w tenisa. Nic nigdy mu nie przeszkadzało.
- Mam nadzieję, że nie śmierdzę rybami - powiedział.
Zastanawiałam się, czy skłamać i powiedzieć: "nie". Zamiast tego
odparłam:
- Cóż, ja śmierdzę owczym i końskim gównem, więc do siebie pasujemy.
- Ja też tym śmierdzę - splótł palce i podłożył dłonie pod głowę. -
Lubisz czytać, prawda?
- Tak.
- Kiedy skończysz, chętnie przeczytam tę książkę - patrzył w niebo, nie
w moją książkę. - Wtedy będziemy mogli o niej porozmawiać.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki