ROZDZIAŁ 1
Bum! Niespodziewanie ląduję na dłoniach i kolanach na asfalcie obok
ławki stojącej w pobliżu pomnika Diderota na niewielkim placyku
przylegającym do bulwaru Saint-Germain, naprzeciwko kościoła
Saint-Germain-des-Prés.
Trzynaście bezcennych tubek z farbą leży porozrzucanych dookoła. Moje
wspaniałe sztalugi, sztalugi, które wytargowałem za trzysta franków na
Marché d'Aligre, leżą przewrócone z jedną nogą podgiętą pod siebie, a drugą wyciągniętą w bok, jak gdyby były kulawym wielbłądem, który
próbuje utrzymać się na nogach w czasie burzy.
Cholera! Tego tylko mi brakowało. Nadal trzymam w dłoni pędzel, ułamany
jakieś osiem centymetrów nad moimi knykciami. Na szczęście płótno upadło
pomalowaną stroną do góry, mogło więc być jeszcze gorzej.
Wtedy dopiero ją zauważam. Tuż obok mnie klęczy starsza pani ubrana na
czerwono. Wyglądamy teraz pewnie jak dwójka kloszardów bijących się o jeden rzucony na chodnik niedopałek. W pierwszej chwili uznaję, że
wszystko to jej wina, dlaczego, u diabła, nie patrzy, gdzie lezie?
Nie podnoszę się więc z kolan, staram się nie zwracać na nią żadnej
uwagi i zaczynam zgarniać ku sobie rozsypane tubki z farbą, zanim jakiś
idiota nadepnie na którąś z nich. To dopiero byłby bałagan, kolorowe
ślady rozbiegłyby się po całej Dzielnicy Łacińskiej, żółte, zielone,
karmazynowe. Przesuwam się, by podnieść płótno i oprzeć je o ławkę, nie
dostrzegam żadnych uszkodzeń. Następnym razem skryję się we wnęce za
ławką, tam nie będą mi już zagrażać zwariowane podstarzałe paniusie w czerwonych kostiumach.
Później wracam. Kobieta podniosła się i usiadła, pociera teraz kolano.
Padając na ziemię, podarła pończochy. Jedno kolano krwawi, kobieta liże
palec i pociera nim skaleczenie jak kotka. Nie patrzy jednak na swoje
kolano. Patrzy na mnie.
- Est-ce que vous ?tes peintre, monsieur, artiste peintre?1
A co ona sobie, do diabła, wyobraża? Że jestem geometrą, który dokonuje
pomiarów Saint-Germain-des-Prés, abyśmy mogli postawić jego kopię na
pustyni dla jakiegoś arabskiego księcia, który przerobi go później na
meczet? Może znalazłoby się tam miejsce dla mojego chevalet, konia
zmienionego w wielbłąda. Francuzi nie wiedzieć czemu nazywają sztalugi
chevalet, co dla mojego niedokształconego francusko-amerykańskiego
ucha brzmi podobnie do słowa cheval, koń.
Pochylam się i próbuję postawić sztalugi, wyciągam tylną nóżkę, potem
powoli przekręcam tę, która wygięła się w bok. Wygląda na to, że nic nie
jest połamane, dzięki Bogu. Mogłoby to zdusić w zarodku moją znakomicie
się zapowiadającą karierę artystyczną. Choć słowo "szczep" lepiej chyba
pasuje w tym kontekście niż "zarodek".
- Oui, madame, je suis peintre, artiste peintre2.
- Ach, zatem jest pan również Amerykaninem. To bardzo ciekawe.
Wtedy dopiero zauważam jej laskę. Białą. Czuję się jak prawdziwy kretyn.
Nieczułość, niewrażliwość, oto moje największe problemy. Opadam na
kolana obok starszej pani.
- Est-ce que je peux vous aider?3
Wydaje mi się, że przenika mnie wzrokiem na wylot. Dopiero teraz zdaję
sobie sprawę z tego, że odezwała się do mnie doskonałą, prawie
całkowicie pozbawioną obcego akcentu angielszczyzną.
- Ach tak, zauważył pan moją laskę. Poznaję to po zmianie pańskiego
głosu. Tak, może mi pan pomóc. Czy mógłby pan pomóc mi podnieść się na
nogi? Jeśli spróbuję to zrobić sama, będę musiała uklęknąć, a to byłoby
dość bolesne.
Wyciąga ku mnie drobne, gładkie dłonie. Łagodnie pomagam jej wstać.
Prawdę powiedziawszy, podnosi się sama, wykorzystując moje dłonie jako
oparcie. Jak na starszą paniusię ma wcale silne ramiona.
Pochylam się, podnoszę z ziemi białą laskę i wsuwam w jej dłoń.
Otrzepuje się ze starannością ślepca, który nie wie, gdzie naprawdę się
pobrudził. Zaczyna wykonywać swoją laską szybkie ruchy tuż nad ziemią,
jakby był to radar albo wykrywaczem metali poszukiwała skarbów na plaży.
Widzę, że szuka swojej torebki czy raczej torby, która leży dwa metry od
niej w stronę kościoła. Podchodzę i podnoszę torbę, potem wchodzę w zasięg jej laski i dotykam jej ręki, wsuwając skórzane paski w jej dłoń,
tak by mogła je uchwycić.
- Ach, proszę pana, czasami tak trudno jest być ślepą. Dziękuję za
pańską uprzejmość. Bardzo mi przykro, że na pana wpadłam. A może
powinnam powiedzieć, że zderzyłam się z panem? W każdym razie bardzo
przepraszam. Widzi pan, mam swoje ścieżki, na których mogę być pewna, że
na nikogo ani na nic nie wpadnę, a pan właśnie stanął na jednej z nich.
Nie spodziewałam się tu pana. Musi pan bardzo cicho pracować,
monsieur, w przeciwnym razie usłyszałabym pana. Oczywiście panuje tutaj
hałas ze względu na samochody. - Wskazuje laską bulwar Saint-Germain. -
Powinnam jednak była pana poczuć, a przynajmniej poczuć cudowny zapach
terpentyny. Tak, powinnam była go poczuć. Chyba już się starzeję,
czasami trudno jest zdać sobie z tego sprawę.
- Może stałem pod wiatr?
Prostuje się, uśmiecha, patrzy mi prosto w oczy, oczywiście jeżeli
niewidoma może spojrzeć komuś prosto w oczy.
- Więc jest pan amerykańskim malarzem obdarzonym poczuciem humoru.
Bardzo interesujące. Nie spodziewałam się tego, a to bardzo miła
niespodzianka. W moim życiu nieczęsto zdarzają się przyjemne
niespodzianki.
Zauważam, że nie jest ubrana wyłącznie na czerwono, już nie. Ma na
głowie toczek, podobny do tego, który miała w Dallas Jackie Kennedy,
tylko że ten jest czerwony, nie różowy, spódnicę czerwoną jak płaszcz
Świętego Mikołaja, sweterek i płaszcz. Płaszcz jest jednak teraz dość
mocno poplamiony farbami z mojej palety. Musiała otrzeć się o nią w czasie naszego zderzenia, kolizji, kataklizmu czy jak jeszcze można to
określić.
- Bardzo przepraszam, madame, ale ma pani farbę na płaszczu. Jeśli
zechce pani stanąć na chwilę nieruchomo, wywabię ją terpentyną. Jeśli
jej teraz nie usunę, zaschnie, a wtedy nie da się już jej sczyścić.
- Czy malunek na moim płaszczu jest ładny? Gdyby tak było, wolałabym,
aby tam pozostał. Cudownie byłoby mieć ręcznie malowany płaszcz,
pomalowany przez amerykańskiego malarza w Paryżu, n'est-ce pas?
Wprawdzie nie mogłabym go nigdy zobaczyć, ale byłoby to niezwykle
ekscytujące.
- Obawiam się, madame, że to tylko plama sjeny palonej, ochry i karmazynowej czerwieni z odrobiną ultramaryny. Nawet w Salon de Mai
nie uznano by tego za szczególnie interesującą kompozycję.
Zazwyczaj nie jestem tak bardzo wygadany. Może dzieje się tak dlatego,
że nieczęsto ostatnio miewam okazję, by mówić po angielsku, bawię się
zatem wolnością, jaką daje mi mój własny język, choć myślę, że wynika to
po części z charakteru tej kobiety, z całej sytuacji. Chcę dalej ciągnąć
te małe gry słów, naszą zabawę, prawie flirt. A może dzieje się tak
dlatego, że wyczuwam przez skórę, że i ona jest samotna, że i ona chce z kimś porozmawiać, poćwiczyć angielski.
- A zatem, monsieur, chyba najlepiej będzie, jeśli zdejmę płaszcz,
aby mógł pan usunąć, przekształcić lub zmazać pańskie dzieło sztuki
spontanicznej. Wtedy przynajmniej będzie mnie przez dzień czy dwa
otaczał zapach terpentyny, pamiątka naszego spotkania. Myślę, że to
będzie bardzo miłe. Jestem pewna, że będzie to o wiele lepsze od wizyt w galeriach. Zawsze czuję się w nich niepożądanym gościem. Wydaje mi się,
że niektórzy malarze czują się obrażeni, kiedy na ich obrazy patrzy
niewidomy, być może mają rację. Szukam tam jednak czegoś, co chciałabym
zobaczyć. Z tego, co mówiła mi moja siostra Rolande, niewiele zmieniłoby
się dla mnie, gdybym mogła widzieć, niewiele więc tracę. No cóż, ślepota
również miewa swoje dobre strony.
Zaczyna rozpinać guziki i zsuwa z ramion płaszcz. Jest szczupłą,
zgrabną, schludną kobietą. Podchodzę do niej od tyłu i biorę palto.
Przekłada torbę i laskę z jednej ręki do drugiej, by wysunąć ramię z rękawa.
- Czy nie będzie pani zbyt zimno, madame? Mógłbym pożyczyć pani swoją
marynarkę, ale jest prawie całkowicie pomazana farbą. Myślę, że
zostałaby bez problemu przyjęta do jakiejś galerii.
- Nie, nie obawiam się, by było mi zimno. Usiądę sobie na ławeczce u stóp monsieur Diderota. Tam właśnie szłam, kiedy spotkaliśmy się w tak
nieoczekiwany czy może raczej niespodziewany sposób, nie, to nie są
właściwe słowa. Jak najlepiej wyrazić to po amerykańsku, monsieur?
Przysiągłbym, że znowu spojrzała mi prosto w oczy. Może nie jest wcale
całkowicie niewidoma, a może udaje, gdyż z jej tylko znanych powodów
bawią ją spacery z białą laską. A może nie jest wcale Francuzką? Mówi po
angielsku lepiej niż większość znanych mi Anglików czy Amerykanów, jej
język jest tak precyzyjny, dobór słów tak bogaty i przemyślany.
- Czy zgodziłaby się pani na "fortunne", madame?
- Oczywiście, to wprost cudowne. Amerykanin z poczuciem humoru, a na
dodatek tak elegancki. Ależ tak!
Odchodzi szybkim krokiem, kierując się prosto w stronę pomnika, nie
stuka wcale swoją laską o chodnik, nie widać w ogóle, by była niewidoma.
Nie dziwię się teraz wcale, że na mnie wpadła. Jeśli szła w takim
tempie, aż dziw, że oboje przeżyliśmy to zderzenie. Gdybyśmy grali w piłkę, dostałaby czerwoną kartkę za faulowanie.
Zbieram z ziemi wszystkie swoje rzeczy. Jeśli nie liczyć rozmazanej
palety i złamanego pędzla, nie poniosłem specjalnych strat. Rozkładam
płaszcz na ławeczce i zaczynam wycierać go jedną z moich szmatek
zamoczoną w terpentynie.
Wczoraj w pobliżu mojej kryjówki w Bastylii znalazłem na śmietniku trzy
ręczniki. Wszystkie były mocno przetarte na środku, ale na szmatki do
farby nadawały się po prostu znakomicie. Podarłem je na mniej więcej
trzydziestocentymetrowe kwadraty. Teraz posługuję się najlepszą z nich.
Problem polega na tym, by nie rozcierać farby bardziej, niż jest to
absolutnie konieczne, a jednocześnie by usunąć ją z materiału. Praca
zajmuje mi około dziesięciu minut, inną częścią szmatki wycieram każdy
kolor. Kiedy kończę, na płaszczu widać tylko wilgotną plamę terpentyny.
W Paryżu zaczyna się już wiosna. Gałęzie kasztanowców wypuszczają
dopiero pierwsze listki, które wychylają się właśnie z pąków, nie ma
jeszcze nawet śladu kwiatów. Znana piosenka opowiada o kwietniu w Paryżu, gałęziach kasztanowców obsypanych kwiatami i tak dalej, ale
kwiaty tak naprawdę pojawiają się dopiero w maju. Dzisiaj mamy dziewiąty
kwietnia, ale choć słońce świeci jasno, temperatura zaledwie pozwala na
malowanie; chłód nie sprawia już przynajmniej, że palce sztywnieją, a farba zastyga na palecie, jednak starsza pani musiała nieźle zmarznąć
bez płaszcza. Przyglądam się swojemu dziełu po raz ostatni.
Rzucam okiem w jej stronę. Chryste, gołębie obsiadły ją od stóp do głów!
Siedzą na jej ramionach, na głowie, na kolanach, a jednego trzyma w dłoni. Jak ślepa kobieta mogła schwytać gołębia?
Podchodzę do niej. Kiedy się zbliżam, większość ptaków podrywa się w powietrze, kilka siada na ziemi u jej stóp, obserwują, co się teraz
wydarzy.
Nienawidzę gołębi. Jeśli zamierza pozwalać, by ją obsiadały, znaczy to,
że straciłem tylko czas i terpentynę, aby usunąć plamy. Za chwilę cała
będzie pokryta gołębimi kupkami, jaką więc różnicę może jej sprawić
kilka plam farby? Cholera, gołębie to latające szczury, nic więcej!
Zwraca się ku mnie, kiedy dzieli nas jeszcze około trzech metrów.
- Ach, to amerykański malarz przyszedł do nas z wizytą. Proszę się nie
przejmować, moi skrzydlaci towarzysze przylecą z powrotem, kiedy
przekonają się, że jest pan moim przyjacielem.
A zatem podniesiony zostałem do rangi przyjaciela. Czy może to tylko
dosłowny odpowiednik francuskiego ami? Jeśli zaś chodzi o gołębie, w zupełności wystarczy, że nie będą srać na mnie czy na mój obraz.
- Oczyściłem pani płaszcz z farby. Zapach powinien wkrótce się ulotnić.
Mam nadzieję, że nie będzie przeszkadzał gołębiom.
Cóż mi szkodzi przynajmniej spróbować zachowywać się uprzejmie? Starsza
pani podnosi się i wkłada płaszcz. Poprawia ramiona, sprawdza dłonią,
czy kołnierz jest właściwie ułożony, zapina guziki. Wszystko to robi
szybkimi, swobodnymi ruchami, bez pośpiechu, ale bardzo efektywnie.
Zwraca oczy w moją stronę. Wydają mi się zupełnie normalne, nie
dostrzegam katarakty czy bielma. Wyglądają na całkowicie zdrowe, wrota
prowadzące do duszy.
- Czy mógłby pan posiedzieć ze mną przez chwilę, monsieur le peintre?
Nieczęsto zdarza mi się z kimś porozmawiać, a zwłaszcza z malarzem,
amerykańskim malarzem. Dziwne, ale zdaje mi się ostatnio, że gram rolę w filmie, jednym z tych ruchomych obrazów, o których słyszałam.
Siada, a ja siadam obok niej. Kamienna ławka jest bardzo zimna,
zauważam, że ona siedzi na małej, dmuchanej poduszeczce. Sięga do swej
torby i wydobywa z niej drugą, identyczną, zwiniętą w paczuszkę
rozmiarów cygara.
- Proszę, może pan na niej usiąść, w przeciwnym razie może pan
zachorować na nerki.
Boże, jakbym słyszał moją matkę! Wydaje mi się, że potrafi czytać w moich myślach, nie tylko "widzieć", choć jest niewidoma. Czuję się dość
głupio, ale nadmuchuję poduszeczkę i wsuwam ją pod siedzenie. Jest
wygodna i nie przepuszcza zimna, a poza tym jest o wiele bardziej miękka
od twardego kamienia. Starsza pani naprawdę wie, jak radzić sobie z takimi sprawami.
W dzień taki jak dzisiejszy, kiedy świeci słońce, szybko robi się
ciepło. Jednak kiedy tylko zostanie zasłonięte przez nadciągające czarne
i białe chmury, podrywa się chłodny wietrzyk i natychmiast robi się
zimno. Teraz jednak słońce oświetla cudowne francuskie chmury takie jak
na obrazach impresjonistów, nigdzie indziej takich nie widziałem. Mam
nadzieję, że pewnego dnia zbiorę w sobie dość odwagi, by samemu
spróbować je namalować.
Przeklęte gołębie naprawdę wróciły. Wygląda na to, że nie zwracają na
mnie zbytniej uwagi, jak gdyby starsza pani była w stanie zapewnić im
czarodziejską opiekę. W tej chwili cała jej uwaga skupiona jest na
ptakach. Obserwuję ją, a nigdy w życiu nie widziałem czegoś równie
dziwnego.
Ma niewielki składany przybornik ze skóry, dobry mechanik mógłby nosić w podobnym swoje klucze, ten jest tylko odrobinę mniejszy. Otwarty
przybornik leży obok niej na ławce, w środku znajdują się niewielkie
nożyczki, dwie pincetki, duża i mała, różne metalowe dłutka, wykałaczki,
krótkie patyczki z watką na końcu, niewielkie buteleczki pachnące
alkoholem i kilka małych pilników. Widzę też butelkę ze środkiem
odkażającym.
Sam nie wiem, jak ona to robi, wysuwa przed siebie palec, nie kładzie na
nim nawet nic do jedzenia, i kilka z tych zwariowanych gołębi podlatuje
natychmiast, by na nim usiąść. Wybiera jednego z ptaków, powoli i delikatnie kładzie dłoń na jego grzbiecie. Kiedy gołąb kuli się, podnosi
go do góry. Delikatnie rozkłada jego skrzydła i przesuwa wzdłuż nich
palcem. Jeśli natrafi na uszkodzone pióro, próbuje je wyprostować, jeśli
pióro jest złamane, wyrywa je szybkim szarpnięciem, dotyka wrażliwymi
palcami pochewki i zakrapia ją odrobiną środka odkażającego.
Bada w ten sposób całe ciało ptaka, sprawdza, maca, poprawia. Wygląda na
to, że gołębiom bardzo się to podoba, traktują to jak szwedzki masaż.
Nie trzepocą skrzydłami, aby wyrwać się z jej rąk, żadnej paniki,
odprężają się i poddają jej woli. Później bada łapki, szukając łusek,
jak sądzę, wygładza lub spiłowuje stwardnienia, przycina pazurki, jeżeli
jest to konieczne, czyści ich okolice, myje całą łapkę. Gdybym był
gołębiem, chciałbym, by ktoś dbał tak o mnie. Nie srałbym wtedy na
pomniki.
Jeden z ptaków ma zainfekowany staw, w miejscu gdzie palec łączy się z łapką. Kobieta czyści go starannie, delikatnie, ale fachowo, szuka
opuchlizny i aplikuje na chore miejsce alkohol i środek odkażający.
Skończywszy opatrywać kolejnego gołębia, sięga pewnym ruchem do każdej z dziesięciu torebek, które ustawiła obok swego uda. Wybiera pojedyncze
ziarenka, jak gdyby były to witaminy w pigułkach, i karmi nimi ptaka,
którym się właśnie zajmuje. W tym czasie gołąb stroszy piórka, szybko
dotyka wszystkiego dziobem, sprawdzając, co z nim zrobiła.
Gołąb wybiera ziarna, później łagodnym ruchem kobieta wypuszcza go z dłoni. Kolejne ptaki podrywają się do lotu, wykonują kilka kółek w powietrzu, a potem lądują na posągu Diderota na szybką kupkę. Wygląda na
to, że ich ulubionym miejscem jest pióro w dłoni pisarza, sama dłoń i głowa. Obsiadły całą postać Diderota. Siedzi na nim o wiele więcej
gołębi niż na starszej pani, ale nic dziwnego, jest od niej dziesięć
razy większy. Posąg pokryty jest białą warstwą ptasiego kału,
zasłaniającego zieloną patynę.
Patrzę, jak kobieta opatruje w ten sposób pięć czy sześć gołębi. Jestem
nazbyt zafascynowany, by choćby pomyśleć o powrocie do pracy. Nigdy w życiu nie widziałem niczego podobnego. W liceum hodowałem kanarki,
kochałem wprost ich śpiew. Ale gołębie potrafią jedynie gulgotać bez
przerwy, sam ten dźwięk doprowadza mnie do wymiotów. Muszę jednak
przyznać, że nigdy nie widziałem, by ktoś zajmował się ptakami tak jak
ta starsza pani.
Wykonując te wszystkie czynności, nie przerywa rozmowy ze mną,
najczęściej to ona zadaje pytania. Jest skoncentrowana na ptaku, którym
się zajmuje, ale co pewien czas "spogląda" w moją stronę i uśmiecha się
do mnie. Zaczynam rozumieć, że poznaje, gdzie jestem, po głosie,
zapachu, Bóg wie czym jeszcze. Domyślam się, że robi to, aby nie
krępowała mnie jej ślepota. Udaje dla mnie, że widzi. Ja jednak czuję
się skrępowany, nic nie mogę na to poradzić. Nadal nie potrafię domyślić
się, jak to możliwe, że patrzy mi prosto w oczy. Dziwne.
- Od dawna mieszka pan w Paryżu, monsieur le peintre?
- Od prawie pięciu lat.
- A jednak ma pan nadal silny amerykański akcent. Skoro tak długo
mieszka pan w Paryżu, powinien pan mówić o wiele lepiej po francusku.
Wielki Boże, powiedziałem do niej może piętnaście słów po francusku. Nie
wiedziałem, że jest aż tak źle.
- Obawiam się, że nie mam ucha do języków, madame. Staram się nauczyć
francuskiego, ale to bardzo trudne. Mówię teraz o wiele lepiej niż rok
temu, a to już pewne osiągnięcie.
Moja rozmówczyni koncentruje się na lotce, którą należy usunąć. Byłaby
świetnym chirurgiem, jej dłonie są tak szybkie i pewne.
- Ma pan zatem dobre oczy, a ja dobre uszy. Razem wiele moglibyśmy
dowiedzieć się o świecie, gdybyśmy tylko potrafili się tym podzielić.
Prawie nikt nie wykorzystuje swoich talentów. Dopiero gdy utraci się
jeden z posiadanych darów, zaczyna się dostrzegać i doceniać pozostałe.
- Tu przerywa na długą chwilę, ostrożnie usuwa pióro i zakrapia
pochewkę środkiem odkażającym. - Teraz będziesz czuł się o wiele
lepiej, Orlando. Będziesz mógł latać szybciej od samochodów, a pióro
wkrótce ci odrośnie. - Ponownie odwraca się w moją stronę i uśmiecha. -
Mam nadzieję, że nie przeszkadza panu, że rozmawiam z moimi gołębiami.
Każdemu z nich nadałam imię, to moi jedyni przyjaciele, cała moja
rodzina. Stara niewidoma kobieta bywa czasami bardzo samotna.
- Ja sam mówię do gołębi, madame, czasami to jedyne stworzenia, z którymi mogę porozmawiać. - Nie mówię jednak, że najczęściej przeklinam
je, kiedy podrywają się nagle z furkotem skrzydeł za moimi plecami,
właśnie wtedy, kiedy próbuję skoncentrować się na malowaniu. Można
dostać ataku serca, kiedy całe stado gołębi podrywa się nagle do lotu. -
Nie znam ich jednak tak jak pani, madame. Kiedy do nich mówię, wydaje
się im pewnie, że mówię do siebie, nie są w stanie niczego się ode mnie
dowiedzieć. Nigdy nie byłem z nimi tak blisko jak pani.
- No cóż, przychodzę tutaj codziennie od trzydziestu lat. Od końca
wielkiej wojny siedzę tutaj od dziesiątej rano aż do czasu, gdy dzwony
wybiją południe. Gołębie w stadzie zmieniają się, ale stado pozostaje to
samo. Znają mnie pisklęta i ptaki, które przyłączają się z innych stad.
Widzi pan, gołębie to najłagodniejsze, najufniejsze, najmniej agresywne
stworzenia na ziemi. Jestem przekonana, że są w stanie się porozumiewać,
mają swoją mowę, ale choć słucham ich zawsze uważnie, nie zdołałam
poznać ich języka. Ludzie mogą jednak wiele się od nich nauczyć,
dowiedzieć się, jak powinni żyć.
Żyję na ulicach, zdarza mi się więc spotykać najróżniejszych wariatów,
ale tym razem trafiłem na okaz specjalny - niewidomą staruszkę, która
chce rozmawiać z gołębiami w nadziei, że nauczą ją, jak powinni żyć
ludzie.
Zaczynam obawiać się, że spotkałem następnego świra. Rozwinąłem w sobie
szósty zmysł, który pozwala mi na odróżnienie prawdziwych wariatów. Ta
kobieta zdaje się jednak inna. Oprócz tego, co mówi o gołębiach, wydaje
mi się normalniejsza, mądrzejsza, inteligentniejsza od wszystkich ludzi,
z którymi zdarzyło mi się od dłuższego czasu rozmawiać.
Czuję jednak też, że pora już wracać do mojego malowania. Postanowiłem
namalować tę kobietę u stóp pomnika. Zdecydowanie przyda mi się wyraźna
barwna plama w tle, czerwony świetnie by wyglądał na tle zieleni drzew w parku przy kościele. Naszkicuję jedynie sylwetkę Diderota, zarys brązu,
kilka gołębi i skłon w stronę kościoła po przeciwnej stronie ulicy.
- Pora wracać do pracy, madame. Światło się zmienia, a ja chciałbym
skończyć dzisiaj podmalówkę.
- Co pan maluje? Czy może kościół?
Nadal nie potrafię przyjąć do wiadomości, że jest niewidoma. Kiedy mówi
coś takiego, wydaje mi się, że żartuje, ale zdarzało mi się to już
przecież z ludźmi widzącymi. Siedzę sobie przed interesującym mnie
widokiem, starając się oddać go maksymalnie wiernie, a oni stają obok,
rozglądają się dokoła zaskoczeni i w końcu pytają, co właściwie maluję.
Takie pytania doprowadzają mnie do szaleństwa, nie najlepiej działa to
również na moją wiarę we własne możliwości.
Z początku wydawało mi się, że żartują, ale tak nie jest, po prostu nie
potrafią patrzeć, tak jak ja nie potrafię nauczyć się francuskiego. Ale
ta kobieta jest oczywiście naprawdę niewidoma. Wie tylko, że stoję obok
pomnika Diderota. Mogę przecież malować kawiarnię czy nawet Hôtel
Madison.
- Tak, madame. Maluję kościół, ale nie tylko. Po lewej stronie obrazu
znajdzie się posąg Diderota, dalej bulwar Saint-Germain i Le Drugstore,
po drugiej stronie ulicy Les Deux-Magots i rue Bonaparte. Na środku
obrazu znajdzie się wieża kościoła, nawa przetnie obraz na pół. W tle
umieściłem ogród, w którym bawią się dzieci, a na pierwszym planie
bulwar i przystanek autobusowy.
Przestaje zajmować się gołębiem i słucha mnie uważnie. Przymyka oczy,
jak osoba widząca, która stara się wyobrazić sobie jakiś obraz.
- Znakomicie pan to opisał, widzę to teraz w myślach. Chciałabym
zobaczyć pański obraz. Całe swoje życie przeżyłam w tej dzielnicy.
Domyślam się, że jest pan bardzo dobrym malarzem, ponieważ, jak sądzę,
jest pan dobrym człowiekiem. Dziękuję za oczyszczenie mojego płaszcza i za dotrzymanie mi towarzystwa. Mam nadzieję, że będzie pan zadowolony ze
swojego obrazu, gdy już pan go skończy.
Gdy to mówi, dzwony Saint-Germain-des-Prés zaczynają bić pięknym,
głuchym, pustym tonem. Najpierw kilka nut, potem crescendo, które w miarę jak tempo narasta, podnosi mnie na duchu. Właśnie w Paryżu
nauczyłem się kochać dzwony. Niezbyt daleko stąd niższy ton dzwonów
Saint-Sulpice wita południe, zaprasza na tak ważny dla Francuzów
déjeuner4.
Starsza niewidoma dama zaczyna składać swoje narzędzia, umieszcza je
kolejno w przyborniku. Zbiera woreczki z ziarnem, potem sięga do
większego i rzuca na ziemię przed siebie trochę ziarna. Zwraca się w moją stronę:
- W ten sposób nie zauważają, że odchodzę, łatwiej jest im się z tym
pogodzić. Proszę mi powiedzieć, czy są wśród nich jakieś mniejsze
ptaszki?
Patrzę na ptaki i dostrzegam wśród gołębi kilka wróbli, które wydziobują
nawet więcej, niż im się należy.
- Tak, wróble.
- Czy gołębie walczą z nimi o pożywienie?
Patrzę i pewien jestem, że nie, ptaki odpychają się, aby dotrzeć do
upatrzonego ziarenka, ale nie dziobią się, nie walczą pomiędzy sobą ani
z małymi wróblami.
- Nie, nie walczą. Pozwalają mniejszym ptaszkom brać to, na co mają
ochotę.
- Sam pan zatem widzi, monsieur, jak wiele możemy nauczyć się od
gołębi. - Po tych słowach bierze laskę i wyciąga dłoń w moją stronę.
Wymieniamy uścisk dłoni. - Czy będzie pan tu jutro pracował nad swoim
obrazem?
- Tak, pod warunkiem że nie będzie zbyt zimno albo nie będzie padał
deszcz.
Podnosi głowę, przechyla ją w lewo i w prawo jak pointer szukający
tropu.
- Nie, pogoda będzie taka jak dzisiaj. Mam zatem nadzieję, że zobaczymy
się jutro.
Obserwuję, jak odwraca się i odchodzi szybkim krokiem, z rzadka tylko
posługując się laską. Powiedziała, że się "zobaczymy". Dziwne, że
niewidoma mówi o widzeniu.
Wracam do mojego płótna. Zostawiam wolne miejsce tam, gdzie zamierzam ją
namalować. Będę musiał zapytać ją, czy nie ma nic przeciwko temu.
Oczywiście nigdy by się o tym nie dowiedziała, ale uznaję, że tak
właśnie należy postąpić. Uczę się podobnych rzeczy powoli, ale
niezawodnie. Coś, co jednemu człowiekowi wydaje się zupełnie oczywiste i logiczne, dla drugiego może okazać się potwornym gwałtem, każdy z nas
jest inny. Szkoda, że nie nauczyłem się tego wcześniej. Zapytam ją
jutro, zanim na poważnie zabiorę się do malowania.
Kilka godzin pracuję nad podmalówką. Zazwyczaj idzie mi to o wiele
szybciej, ale w kilku obrazach olejnych, które do tej pory namalowałem,
odkryłem błędy rysunku lub kompozycji możliwe do przyjęcia czy wręcz
niewidoczne na początku, które rzucają się w oczy po ukończeniu pracy.
Staram się usunąć wszelkie podobne usterki.
Mimo to czuję jednak, że czekają mnie problemy podobne do tych, które
miałem z poprzednimi płótnami. Nawet jeśli uda mi się wykonać poprawny
rysunek, nie tylko dokładny, ale odpowiednio zakomponowany, nawet jeśli
podmalówka wydaje się odpowiednia, właściwa, w moim obrazie brakuje
pasji. Czuję, że nie jestem w stanie zawrzeć, umieścić w moich obrazach
głębokich uczuć, jakie wywołuje we mnie przedmiot moich obrazów, Paryż,
życie. Czegoś w nich brakuje, pomiędzy mną a tym, co chcę powiedzieć,
wyrasta ściana strachu, niepewności. Pojawia się też arogancja. Wydaje
mi się, że nie potrafię rozluźnić się, wpaść w obraz, stać się jego
częścią. Może przyjdzie to w miarę praktyki, kiedy mniej już będą mnie
trapić problemy techniczne, mam przynajmniej taką nadzieję.
Około piątej po południu światło zaczyna przygasać. Czuję, że podmalówka
jest już prawie skończona, jeśli przeschnie przez noc, powierzchnia
powinna być jutro rano gotowa do impastu. Zacznę od nieba, spróbuję
uchwycić zmienne, czarodziejskie chmury na płynnym błękicie nieba.
Przyda mi się teraz mój błękit paryski.
Kiedyś spróbuję malować na mokro, przejść bezpośrednio z podmalówki do
impastu bez suszenia płótna. Tak malował Rembrandt i kilku innych
wielkich Holendrów, a także niektórzy Włosi.
Pakuję sztalugi, wieszam na nich płótno i ruszam do domu. Mógłbym
pojechać autobusem linii 86, który dowiózłby mnie prawie do samego domu,
ale lubię spacerować po Paryżu. To właśnie trzymało mnie przy życiu
przez najgorsze dni. Poza tym o tej porze dnia autobusy są zazwyczaj
pełne, a bardzo łatwo pobrudzić kogoś wilgotną farbą, nawet jeśli jest
to tylko podmalówka.
Idę bulwarem Saint-Germain, przechodzę na drugą stronę przez Pont Sully,
a potem ulicą Henri IV kieruję się w stronę Bastylii. Idę rue de la
Roquette, potem robię sobie skrót wąską uliczką o nazwie rue Keller.
Spacer ten zajmuje mi około czterdziestu pięciu minut. Sztalugi są tak
lekkie, że prawie nie zauważam ich ciężaru. Chodzenie pomaga mi również
zachować kondycję. Dzisiaj naprawdę będzie mi smakowała kolacja.
Wchodzę w passage des Taillandiers, ulicę, przy której mieszkam. Jest
wcześnie, więc domofon nie został jeszcze włączony. Prześlizguję się bez
kłopotu obok loge de concierge5. Znam nazwisko pewnego
malarza mieszkającego w tym budynku, gdyby zatem zdarzyło się, że
konsjerżka zapyta mnie, dokąd idę, odpowiem, że chcę go odwiedzić.
Prawdę powiedziawszy, nigdy nie widziałem tego malarza, mam nadzieję, że
nigdy go nie spotkam.
Wchodzę na górę klatką schodową C, najmniej używaną. O tej porze
większość rzemieślników poszła już do domu. Cicho, ale pewnym krokiem,
jak gdybym był u siebie w domu, pobrzękując w dłoni kółkiem z niepotrzebnymi kluczami, wchodzę na samą górę, mijam ostatnie drzwi
prowadzące do mieszkania, wchodzę wyżej i przez ciężkie przeciwpożarowe
drzwi dostaję się na ciemny strych, le grenier.
Nie ma tu żadnego oświetlenia. Wyciągam ze schowka latarkę, zapalam ją i wchodzę w wąski korytarzyk prowadzący do poszczególnych pomieszczeń na
strychu, kierując się do pokoju, który uznałem za własny, choć jestem tu
tylko dzikim lokatorem. Sięgam po klucz ukryty nad drzwiami i wchodzę do
środka.
Woń starego kurzu, suchego drewna pokrytego trocinami, stęchłe
powietrze, oto zapachy mojego domu. Ustawiam sztalugi i obraz w kącie
pokoju. W pochyłym suficie umieszczony jest świetlik z metalową
podpórką. Otwieram go, chcąc wpuścić trochę powietrza. Szpary w drzwiach
zasłaniam starą kotarą, aby nie przepuszczały światła na korytarz, i zapalam dwie świeczki. Zdejmuję płótno ze sztalug i ustawiam je pomiędzy
świeczkami. Rozglądam się dokoła, by sprawdzić, czy nikt tu nie grzebał.
Wydaje mi się, że minął co najmniej rok od chwili, gdy wszedł tu ktoś
oprócz mnie. Nie wiem nawet, który z mieszczących się na dole zakładów
rzemieślniczych wykorzystywał to pomieszczenie jako magazyn.
Wyciągam zza belki materac z pianki i śpiwór, które chowam tam za dnia.
Wyjmuję malutką kuchenkę gazową i litrowy słój z gotowanymi warzywami.
Do tego biorę butelkę wina i pół bagietki, którą kupiłem dwa dni temu.
Jem tylko raz dziennie, jestem więc naprawdę głodny. Miałem już prawie
ochotę podkraść gołębiom trochę ziarna.
Zapalam gaz na kuchence i w starym garnku podgrzewam mój bezmięsny
gulasz. Wyciągam łyżkę zza filaru i nalewam sobie szklaneczkę wina,
tylko na tyle pozwalam sobie każdego dnia. Butelka za sześć franków musi
starczyć mi na cały tydzień. Oprócz kosztów materiałów malarskich, wino,
gaz do kuchenki, bagietki i świece składają się na całość moich
wydatków.
Siedzę w świetle zapadającego zmierzchu i powoli jem porcję gulaszu.
Proszę, ja, człowiek, który całe życie żywił się mięsem i ziemniakami,
stałem się z przymusu wegetarianinem. Na początku strasznie narzekałem,
ale teraz, po kilku miesiącach, myślę czasami, że nie potrafiłbym
przełknąć steku czy nawet wypieczonego hamburgera. Czuję się przy tym o wiele lepiej. Ale możliwe, że to dlatego, iż ostatnio dużo biegam.
Przyglądam się obrazowi. W tym oświetleniu, kiedy nie mogę porównywać go
z rzeczywistością, wygląda o wiele lepiej. Prawdopodobnie dzisiaj nie
będę malował we śnie. Cały pomysł malowania obrazów olejnych, biorąc pod
uwagę koszty, to szaleństwo, ale nie potrafię go od siebie odepchnąć.
Nie mam pojęcia, jak kiedykolwiek zdołam sprzedać je dostatecznie drogo,
by zwróciły mi się przynajmniej koszty płótna i farb, nie wspomnę nawet
o zarobieniu kilku franków. Gdybym jednak musiał wrócić do rysunków i akwareli, poczułbym się tak, jak gdyby odrąbano mi obie nogi. Będę
jednak musiał to zrobić, by ochronić moją wolność.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Est-ce que vous ?tes peintre, monsieur, artiste peintre? (franc.) - Czy jest pan malarzem, artystą malarzem? [wróć]
Oui, madame, je suis peintre, artiste peintre (franc.) - Tak, proszę pani, jestem malarzem, artystą malarzem. [wróć]
Est-ce que je peux vous aider? (franc.) - Czy mogę pani pomóc? [wróć]
Déjeuner (franc.) - obiad. [wróć]
Loge de concierge (franc.) - pokój dozorczyni. [wróć]