Spowiedź wszech czasów, czyli życie na wariackich papierach - Gwiazda

-
Proszę czekać

? Copyright by Wydawnictwo Poligraf, 2017

? Copyright by Gwiazda, 2017

 

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden fragment tekstu nie może być publikowany ani reprodukowany bez pisemnej zgody wydawcy.

 

Projekt okładki: Aleksandra Mikołajko

Opieka redakcyjna: Klaudia Dróżdż

Korekta: Ada Szczepaniak

Skład: Aleksandra Mikołajko, Wojciech Ławski

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad

 

 

 

Książka wydana

w Systemie Wydawniczym Fortunet?

www.fortunet.eu

 

 

 

ISBN: 978-83-7856-938-1

 

Wydawnictwo Poligraf

ul. Młyńska 38

55-093 Brzezia Łąka

tel./fax (71) 344-56-35

www.WydawnictwoPoligraf.pl

PRZEDMOWA

W życiu każdy koniec to dopiero początek. I to właśnie dodaje mi otuchy.

Życie jest tylko chwilą, żyję więc tak, jakbym była wieczna.

Nie wiem, jak zacząć? Od końca, czyli od teraz, czy od początku, czyli od kiedyś?

 

Kiedyś miałam dużo, a jednak nic nie miałam.

Teraz nie mam nic, a jednak mam wszystko.

 

Kiedyś miałam wszystkich, ale byłam sama.

Teraz nie mam nikogo, ale nie jestem samotna.

 

Kiedyś wiedziałam wszystko.

Teraz nie wiem nic.

 

Kiedyś dokonywałam cudów.

Teraz już w nic nie wierzę.

 

Może jednak nie aż tak do końca, pozostał cień nadziei. Nadziei na lepsze, piękne i dobre. Sama nie wiem, może lepiej zignorować sny i marzenia. Chociaż mawiają: "Obrazy wielkich mistrzów malowały się powoli".

To znaczy, że może jeszcze nie wszystko stracone, może wszystko przede mną. Zabawne, nieraz już tak myślałam. Właściwie to jest śmieszne, mam przecież prawie sześćdziesiąt lat. Brakuje kilku latek, ale zaokrąglam. Teraz to już nieważne! I tak byłam i zawsze będę "Gwiazdą".

A czuję się i wyglądam tak, jakbym była, no może nie trzydziestką, ale powiedzmy taką dobrą czterdziestką. Na to trzeba było ciężko pracować i trochę wydać. Siłownia prawie całe życie, narty, łyżwy, pływanie, windsurfing, żeglarstwo, moja pasja – taniec, no i oczywiście te śmieszne ruchy, przy których na ogół, jak wszyscy wiemy, trzeba się nieźle napocić. No cóż, warto było.

Ale nie, nie myślcie, że robię z siebie panienkę, to znaczy chyba nie jestem śmieszna, no może trochę zabawna. Nie dziwi nic, lubię zabawę i humor.

Na disco mam wciąż takie branie, że sama się sobie dziwię. A chłopaki wysyłają mnie na rurę. Nie śmiejcie się, kocham taniec, zawsze mnie to kręciło. Moje ciało dosłownie wije się w rytm muzyki, zamykam oczy i jestem w siódmym niebie. To prawie jak seks, a właściwie o wiele lepsze, bo przynajmniej nie trzeba udawać orgazmów. Wtedy już nic więcej do szczęścia mi nie potrzeba.

Malując, czuję to samo, całkowicie się przy tym zatracam. Zapominam o świecie, nic nie jest ważne, kolory i kształty wirują, tworząc całość.

– Wow!!! To już piąta rano? O kurczę, nie zjadłam wczoraj nawet śniadania. Może dziś uda mi się zaliczyć chociaż lunch? Ha, ha, wieczorem, ma się rozumieć.

To nic takiego, normalka. Przynajmniej figurę zachowam.

Życie do góry nogami. Spróbuj, kto wie, może i tobie się spodoba...?

Moje życie to jeden wielki dzień świra, ale patrząc na innych, nigdy go nie zamienię. Wystarczy tylko trochę wiary, optymizmu i wytrwałości.

Myślicie teraz: coś mało tu humoru, pasji, seksu i miłości...

SPOOKO!... Usiądźcie wygodnie, ta opowieść dopiero się zaczyna.

ODMIENIEC

Początek jest zawsze trudny. Zacznę więc od końca, bo właśnie to najbardziej do mnie pasuje.

No cóż, nie da się ukryć, już wiecie, w jakim jestem wieku. W złotym i dwudziestym pierwszym – hi, hi... Ale to jeszcze nic nie znaczy. Mam sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu, ważę, jak zawsze, sześćdziesiąt kilogramów, w pasie mam siedemdziesiąt centymetrów, w biodrach i biuście – dziewięćdziesiąt pięć. Sylwetka szczupła, dziewczęca i wysportowana, bez opadających i pomarszczonych kolan; okrągła, umięśniona, ale nie kubańsko--murzyńska, tylko włoska pupa. No i ten seksapil, to powłóczyste spojrzenie i inteligentny wyraz twarzy zwalają ludzi z nóg. Ha, ha, ha. Trochę przeginam, ale jak na staruszkę, to i tak nieźle.

Pseudonim "Gwiazda". Nie, żebym to ja wymyśliła. Na początku byłam urażona, kiedy to moi przyjaciele za młodu zaczęli mnie tak nazywać. Podejrzewałam, że kpią ze mnie albo zazdroszczą. Kiedy po latach wyjechałam z kraju i na nowym miejscu, niespodziewanie, znów zostałam "Gwiazdą", pomyślałam – coś w tym chyba musi być! A kiedy po raz wtóry znów zmieniłam kraj i sytuacja się powtórzyła, to już byłam pewna – przesądzone, niech już tak pozostanie. Nie chodziło tylko o wygląd zewnętrzny. Nie należałam wcale do tych najpiękniejszych, no może byłam powiedzmy seksowna. Myślę, że głównie chodziło o całokształt, łącznie z charakterem, sposobem bycia, umiejętnością komunikacji z ludźmi, tudzież innymi atutami, które pozwalały mi błyszczeć na każdej scenie. Ujmowałam wszystkich humorem, bezpośredniością, otwartością, szaleństwem, a przede wszystkim odmiennością. Za każdym razem dodawało mi to pewności siebie. Byłam lubiana nie tylko przez mężczyzn. Potrafiłam zdobyć zaufanie, sympatię i przyjaźń wielu kobiet, które do dziś mogę nazwać przyjaciółkami. Chociaż nasze drogi się rozeszły, jesteśmy w stałym kontakcie i często się odwiedzamy. I jak miło usłyszeć:

– Przyjeżdżaj do nas częściej! Kiedy jesteś z nami, moja żona znów zaczyna żyć, śmiać się i ma ochotę na wszystko.

– Proszę, odwiedzaj mnie częściej – mówi druga koleżanka. – Jak jesteś, wszystko wydaje się piękne i takie proste.

Trzecia powtarza wciąż:

– Przyjeżdżaj, tu jest twój dom. Wreszcie znów będę miała z kim gdzieś pojechać, porozmawiać, pośmiać się, pójść na disco, poćwiczyć, wypić drinka i wyżalić się, jak mi źle.

Były również zazdrośnice. Zawistne, pełne goryczy, zakompleksione, fałszywe, które najchętniej od razu zabiłyby mnie wzrokiem. Niestety, ta cecha to nasza narodowa przywara. Mnie to nie dotyczy, dlatego nie zwracałam na nie uwagi, w ostateczności eliminowałam z listy znajomych.

Od dzieciństwa czułam się inna. Nie potrafiłam wtedy tego zrozumieć ani wytłumaczyć. Mama opowiadała mi różne rzeczy o mnie, które wprawiały wtedy moich rodziców w podziw, jednak najczęściej w zakłopotanie. Bo niby dlaczego mała trzyletnia dziewczynka nie bawi się w błocie razem z innymi ubrudzonymi dziećmi. Stoi obok, trzyma rączki z tyłu, ma kwaśną minę i wyraźnie widać, że nie ma ochoty się ubrudzić. Co najmniej dziwne, czyż nie?

Mama była nauczycielką. Okazało się, że chyba dość często zostawiała mnie samą w domu, powiedzmy na krótko, bo musiała iść na lekcje, a niania nie przyszła. Pewnego razu po powrocie zbladła, ujrzawszy mnie z obciętą do skóry grzywką. Prawdopodobnie nie były to nożyczki, tylko żyletka. Jak to dobrze, że trzy-, czteroletnie dziecko jest na tyle inteligentne, by nie zrobić sobie w tym momencie krzywdy. Ponoć długo wyglądałam dość zabawnie. Ale mnie to nie przeszkadzało i dumnie wszystkim opowiadałam, jak było u fryzjera. Zawsze miałam zdolności manualne i dlatego innym razem z wiszącej firanki uszyłam lalce śliczną suknię ślubną z welonem. Miałam wtedy pięć lat. Mama dziwiła się, skąd wiedziałam, jak się szyje. Odpowiedziałam, że to proste i że mogę ją nauczyć. W wieku dwunastu lat uszyłam sobie w nocy spodnie. Ręcznie i leżały ponoć jak ulał. Tej samej nocy zrobiłam sobie również golf na drutach. Mama podejrzewała mnie o jakieś czary. Do ósmego roku życia miałam długie, grube, gęste i proste włosy. Ciążyły mi, przeszkadzały. Zawsze były z nimi jakieś problemy. Wkurzało mnie to, więc zaraz po Pierwszej Komunii Świętej po prostu poszłam do fryzjera, obcięłam je do ramion i zrobiłam sobie trwałą. Marzyłam o krótkich, kręconych włosach. Wyobraźcie sobie miny rodziców, kiedy mnie zobaczyli z nową fryzurką. Zawsze, już od dziecka byłam samodzielna i potrafiłam podejmować decyzje. To były rzeczy, które zadziwiały moich rodziców, ale były też takie, których nie mogli zaakceptować.

Już jako kilkuletnie dziecko onanizowałam się. Tak po prostu, dotykając się tu i ówdzie, ściskając nogi i tym podobne... i co przy tym najważniejsze, teraz już wiem, że miałam wtedy orgazmy, bo majteczki były mokrawe. Nawet później w szkole, pamiętam, to było silniejsze i ważniejsze od wszystkiego innego. Sprawiało mi wiele przyjemności, chociaż sama nie zdawałam sobie sprawy, co robię i dlaczego. W końcu musieli iść ze mną do psychologa dziecięcego, który po wizycie postawił diagnozę – to taka niegroźna przypadłość, nadpobudliwość. Trzeba się z tym pogodzić, bo tak już chyba zostanie. Mama nie wierzyła, ale lekarz miał rację. Cóż było robić. Byłam odmieńcem. Częste ściskanie nóg, później dotykanie się, pozostało mi do dzisiaj. Z czasem, w dorosłym już wieku, do zabawy dołączyli moi przyszli partnerzy. Było zajebiście. I nadal jest. Strasznie mnie to rajcuje. Myślę, że leżąc w trumnie, zrobię sobie na koniec jeszcze taki mały orgaźmik, ale wcześniej poproszę o saksofonowy podkład muzyczny... Nie bądźcie tacy zbulwersowani. To nic takiego. Poczekajcie na pikantniejsze kawałki...

Gdy byłam malutkim dzieckiem, tatuś często sadzał mnie na kolankach. Było fajnie. A jak mnie bujał na nodze, to też było nieźle. Ale mamie to się chyba nie podobało ani jedno, ani drugie.

Mając dziewięć lat, przeżyłam już prawdziwą erotyczną noc, a właściwie to dwie. O wiele starszy kolega, kilkunastoletni syn przyjaciółki moich rodziców, w nocy cały czas dotykał mnie tu i tam, i pieścił moje ledwo co wyrastające guziczki, sapiąc przy tym troszeczkę... Bałam się ruszyć, udawałam, że śpię. Myślę, że sprawiało mi to przyjemność, dlatego nie reagowałam. Drugiej nocy sytuacja się powtórzyła. Nikt nigdy się o tym nie dowiedział.

Sorry! Zrobię teraz małą przerwę i też sobie troszkę posapię...

Mniej więcej w tym samym okresie mojego życia kilkakrotnie słyszałam i widziałam swoich rodziców w akcji nocnej, podczas aktu miłosnego. Myślałam, że tato robi mamie coś złego, bo tak krzyczy. Wracając do sprawy, jako młoda nastolatka nie bardzo przepadałam za kolegami z klasy, za to dwa lata kochałam platonicznie starszego ode mnie o trzy lata syna przyjaciół moich rodziców. Ale nie tego, który mnie w nocy dotykał. Często więc nocami, myśląc o nim, dawałam upust uczuciom, za każdym razem odkrywając nowe tajniki erotyzmu i mojego ciała. Czemu ludzie są tak pruderyjni, dlaczego nie potrafią przyznać, że tego typu zaspokajanie się daje dużo dobrego. Jesteśmy zadowoleni, czujemy się spełnieni, mamy ochotę do życia. Co w tym złego? I w ogóle, dlaczego masturbacja nazywa się samogwałtem? To chyba jakieś nieporozumienie. Gwałt kojarzy nam się z czymś okrutnym, z przemocą, wykorzystaniem czegoś lub kogoś. W przypadku onanizmu sami podejmujemy decyzje, robimy sobie dobrze, nie krzywdząc przy tym nikogo. Potrzebujemy wyładować zgromadzoną energię, a jednocześnie ładujemy akumulatory na nowo. To takie proste i przyjemne. Kto zrobi to lepiej? Kto lepiej cię zna, jak nie ty sama? Przy tym można dać upust fantazjom. Zamykam oczy, wyobrażam sobie to czy tamto. I jest wspaniale.

Cnotę straciłam, mając osiemnaście lat. Zostałam wykorzystana przez mojego ówczesnego chłopaka, z którym chodziłam od prawie roku, ale wiedziałam, że to nie jest mój ukochany. Byliśmy sami w namiocie, nieco dalej drugi namiot, koleżanka z kolegą. Nie chciałam tego, nie byłam gotowa i ufałam mu. Niestety, wziął mnie siłą. Pamiętam ten straszny ból i dużo krwi. Od razu go znienawidziłam i zerwałam z nim. Teraz, wracając myślami, nawet go podziwiam za niebywałą wstrzemięźliwość przez tak długi czas, jednocześnie żałuję, że nie dane mi było przeżyć tak ważnej i pięknej dla kobiety chwili z odpowiednim partnerem, w odpowiednim czasie.

Kilka miesięcy później stała się rzecz straszna, która mogła skończyć się dla mnie bardzo źle. Nigdy nie rozumiałam się z mamą, a z tatą nawet nie rozmawiałam o moich problemach. Nie byłam rozpieszczana, jak to bywa na ogół z jedynakami. Chcąc kupić sobie magnetofon lub kożuch na zimę, musiałam sobie sama na to zapracować. W wakacje jeździłam więc na Ochotnicze Hufce Pracy (OHP), a w ciągu roku kontynuowałam naukę w liceum i zrobiłam maturę. Później ukończyłam dwuletnie studium i otrzymałam dyplom ekonomisty. W trakcie mojej edukacji, dojrzewania i dorastania czułam się w domu niedoceniana, upokarzana, nierozumiana. Częste konflikty z matką stawały się nie do zniesienia. Wydawało mi się, że mam okropnych rodziców i muszą ponieść za to odpowiednią karę. Nastąpił ten moment. Postanowiłam – popełnię samobójstwo. Najlepsze jest to, że nie pamiętam, o co tak naprawdę poszło. Chyba nie pozwolili mi gdzieś jechać na sylwestra. I, najprawdopodobniej, o całokształt. W Wigilię Bożego Narodzenia połknęłam całą fiolkę leków nasennych mamy i poszłam na spacer, płacząc nad sobą. Była wyjątkowo kiepska pogoda i było mi strasznie zimno. Resztkami sił wróciłam więc do domu. Zastałam wściekłych rodziców, bo przecież trzeba zasiadać do stołu. Ale mieli Wigilię!!! Pogotowie, szpital. Uratowali mnie, zrobili sondę! Przespałam całe święta, a rodzice chyba zapamiętali je na długo. I o to właśnie chodziło. No może niezupełnie. Ja też nie miałam świąt i też o tym nie zapomniałam. Przez jakiś czas było znośnie w domu, potem znów wszystko wróciło na stare tory. Szkoda było fatygi.

Przez lata wciąż słuchałam od mamy, że jestem inna niż wszyscy, że robię wszystko na opak, że niby jestem wyrodną córką. Że odmieniec – mogę w ostateczności zrozumieć, chociaż w życiu poznałam tylu dziwaków, że ja przy nich to pikuś. Ale, żeby nazwać mnie wyrodną córką? A niby co ja takiego zrobiłam? Za młodu rodzice nie mieli ze mną problemów, a ciągle się czegoś czepiali. Uczyłam się dobrze, nie paliłam, nie upijałam się, nie ćpałam, nie kradłam. Nie miałam problemów z policją, wracałam na noc, sprzątałam dom. Później ciężko pracowałam, aby utrzymać moje dzieci, żeby niczego nam nie brakowało. Czego można więcej wymagać i oczekiwać od młodego człowieka. A może mieli na myśli to, że mając czterdzieści cztery lata wyjechałam z kraju i ich zostawiłam? Wiedzieli, jaką miałam sytuację finansową, nie było innego wyjścia. Zresztą sami to zaakceptowali. Nie zawsze mamy wpływ na swoje życie, a dokonane przez nas wybory zapisane są w gwiazdach. Tak więc, głupi zostanie głupcem, szczęściarz – szczęściarzem, geniusz – geniuszem, a wariat – wariatem. Patrząc na te porównania, myślę, że mam z każdego po trochu. Umyślnie nie poruszyłam mądrości, bo ta jakoś najmniej do mnie pasuje.

Dopiero teraz dochodzę do wniosku, że staję się odmieńcem. Widząc jacy są ludzie i co dzieje się na świecie, oddalam się od nich coraz bardziej. Najlepiej zaszyłabym się gdzieś w lesie, by nie mieć z nikim kontaktu. Przeżyłam dużo rozczarowań, ludzie mnie zawiedli, pomimo że starałam się być miła, dobra i nikomu nie wyrządzać krzywdy. Jednakże zawsze, przede wszystkim, miałam na uwadze swoje własne dobro. Nie urodziłam się po to, by cierpieć i być nieszczęśliwym człowiekiem. Kiedyś może i byłam odmieńcem, bo taka właśnie się urodziłam. Teraz jestem odmieńcem z wyboru. Jestem świadoma swoich czynów, mojego światopoglądu i nietuzinkowości. Zresztą, nie jest to moje odosobnione stwierdzenie. Dumna jestem, że potrafię głośno, bez skrępowania, lęków i obaw wyrażać opinie i poruszać niewygodne, drażliwe tematy, że mogę bez wstydu przyznać się do odmiennych poglądów obalających stereotypy.

PRIMA APRILIS

SYN

Dzieci zrobiłam sobie na prima aprilis. Te z wypadku przy pracy, ma się rozumieć. Dwoje – chłopiec i dziewczynka. Urodzili się z trzynastoletnią różnicą wieku właśnie dzień przed i dzień po tak ważnym dniu pierwszego kwietnia, kiedy to wszyscy robią sobie psikusy. O, przepraszam! Czy kogoś to śmieszy albo dziwi? Nieplanowane dzieci to chyba normalka, a że zbieg wydarzeń i okoliczności, no cóż – powtórka z rozrywki. Po prostu, moje życie.

To były czasy. Czasy oczekiwań i uniesień, w kilometrowych kolejkach na mrozie, za mlekiem, chlebem i mięsem, z kartkami w dłoni na kilogram cukru na miesiąc. I tak było za słodko!

Tak więc mama podjęła decyzję. Ciąża? Oczywiście trzeba wyjść za mąż i urodzić! Nie, żeby była z "moherowych beretów", czy chodziła do kościoła. Nie, nie. Chodziło chyba o moje szczęście. No i może humanitaryzm, moralność. A najbardziej o to, że nie wolno, bo co by ludzie powiedzieli.

Mam dwadzieścia lat i jestem w ciąży. Ślub był kościelny i to dwugodzinny, tak zwany rzymski. Jakżeby inaczej, kiedy to przyszła teściowa (świętej pamięci) była wówczas gospodynią księdza proboszcza. No i znów wszystko wiadomo. Tylko cicho sza! Udajemy, że nic nie wiemy, że jesteśmy wszyscy święci. Boże, dopomóż! To znaczy nie mnie, bo jestem w tej kwestii niezbyt wierząca. Pomóż zakłamańcom! Ale to inna bajka, w innym rozdziale.

Kontynuując – miałam syna. Tego z wypadku, w dodatku z całkowicie niewłaściwym, nieodpowiednim, nieodpowiedzialnym i niekochanym mężczyzną. Wiem, co teraz myślicie i dodam, wcale się nie mylicie. Ale wiecie również, że to nie takie proste rozwiązanie. Nadeszło ono po trzech latach. Rozwód, ale to też będzie później.

Synuś był śliczny, bardzo kochany, bezproblemowy, tak do piętnastego roku życia. Uratowałam syna przed śmiercią. Czy widzieliście trzy razy, raz za razem, w jednym dniu, śmierć kliniczną swojego, dopiero co narodzonego, dziecka? Widzę, jakby to było wczoraj. Zarejestrowane na wieki obrazy wciąż wracają. Później byłam w szoku, tydzień wyrwany z pamięci. Totalny blackout – zamroczenie, depresja, załamanie. Jakaś jednak siła wewnętrzna podpowiadała mi, co robić dalej. Zabrałam więc synka ze szpitala na własną odpowiedzialność. Chcieli go operować, a ja wiedziałam, że to go zabije. Nie miałam żadnych wątpliwości ani skrupułów. Nikt nie wierzył, nikt nie dawał żadnych szans, tylko ja wiedziałam, że przeżyje.

Teraz ma się dobrze. Ma trzydzieści sześć lat i nie chce mnie znać. Nie prosiłam o order chwały, ani też nie wymagałam dużo. Byłam sama. Chciałam, jak każda matka, najlepiej dla swojego dziecka. Starałam się wychować go według moich ideałów i zasad, chciałam być bardziej przyjaciółką, która go rozumie, niż wymagającą matką. Codzienne czytanie bajeczek przed snem było obowiązkowe. Zabierałam synka ze sobą na urodziny koleżanek, nie zostawał sam z niańką w domu. Nie był kulą u nogi. Dawałam z siebie wszystko, pracowałam ciężko, by pokazać mu świat, by mógł uprawiać wiele sportów, uczyć się języków, by później sam dokonał wyboru. Chciałam być zarazem dobrą matką, jak również zastąpić mu ojca, który się nim nie interesował, nie wychowywał i nie łożył na niego wcale. Chciałam, by czuł się tak ważny, jak ja.

Tymczasem z piętnastoletnim synem zaczęły się problemy. Nie wiadomo skąd i jak kupił auto, później motor, popalał i popijał trochę, podkradał pieniądze. Reagowałam jak każdy rodzic – nagrody, zakazy i tym podobne, czekając, aż wreszcie dorośnie, zmądrzeje. Obiecywał poprawę. Wierzyłam, ufałam, niestety bez zmian. Co gorsze, jako pełnoletni już człowiek, nieźle dał mi popalić. Kradzież mojego auta i spowodowanie wypadków drogowych, kradzież i sprzedaż mojej szkatułki z dużą ilością złota, problem z narkotykami, oszustwa, kłamstwa, tudzież podobne... I dalej podstępami wyciągał kasę po to, żeby zaszpanować, gdzieś wyjechać, wyjść na balety... Kupowałam synkowi drogie rzeczy, zarówno ciuchy, jak i sprzęt sportowy, perfumy z pewexu dla jego dziewczyny, spełniałam różne zachcianki. Jednego się obawiałam, i to właśnie wymusiła na mnie moja mama, czyli jego babcia, kupna auta. Podświadomie wiedziałam, że skończy się to wypadkiem, znałam swojego synka. Tak też się stało. Cudem wszyscy wyszli z tego cało...

– Oj, co jadam, że wierszem gadam?

Syn, jako już pełnoletni mężczyzna, wprowadził się do mojego pustego, komfortowego apartamentu, który przygotowany był pod wynajem. Oczywiście ja o niczym nie wiedziałam. Mieszkałam wówczas za granicą i dziwiłam się, że nici z wynajmu. Żył tam ze swoją dziewczyną pół roku, nie płacąc żadnych rachunków, pozostawiając mi brudne mieszkanie i całą masę długów do zapłaty.

Wybaczyłam oczywiście wszystko, a on niestety dalej bezczelnie mnie oszukiwał i żerował na moich uczuciach. Studiował, chciałam go bardziej zachęcić do nauki i za każdą dobrą ocenę obiecałam wsparcie finansowe. W ten sposób wyłudził ode mnie pieniądze, wpisując do indeksu dobre oceny, a zaraz potem okazało się, że już kilka miesięcy temu rzucił studia. To jeszcze nie wszystko.

Teraz zastanawiam się, jak mogłam być tak naiwna? Wynajęłam komuś ten sam apartament. Pieniądze były automatycznie przelewane na konto synka, gdyż ponoć miał trudną sytuację finansową. Wówczas była to dobra miesięczna pensja. Nie wiem, czy mam płakać nad sobą, czy śmiać się z własnej głupoty. Pieniądze przeznaczane były w dużej mierze na narkotyki, zabawy i alkohol. Wtedy byłam powtórną, młodą mężatką i miałam na wychowaniu moją trzynastoletnią córkę. Mąż cudzoziemiec nie mógł zrozumieć, jak to możliwe, by on utrzymywał mnie i moją nieletnią córkę, a ja, nie pracując, oddaję swoje pieniądze dwudziestosiedmioletniemu synowi. Miał rację.

Ta jednak historia jeszcze się ciągnie. Po roku syn przyjechał do nas w odwiedziny. Uradowana siostra cieszyła się ogromnie, chciała się pochwalić swoim starszym bratem, ale jemu tylko jedno było w głowie – jak wyłudzić od matki kasę na samochód? To przecież tylko pięć tysięcy euro. Tym razem się przeliczył, nic nie dostał. To był ostatni raz, kiedy go widziałam. Było to dziewięć lat temu i miał wtedy dwadzieścia osiem lat. Po powrocie do domu zaraz zmienił numer telefonu, rozstał się z dziewczyną i zabronił moim rodzicom przekazywać jakichkolwiek informacji o nim, spotykać się ze mną, a nawet kontaktować się telefonicznie.

Nie wiedziałam znów, o co w tym wszystkim chodzi, dlaczego tak się zachowuje i jakie ma do tego prawo? Niedawno dowiedziałam się od mojej kuzynki, że chodzi o spadek po moich rodzicach. Jeśli pogodzą się ze mną nawet tuż przed ich śmiercią, połowa majątku przypada mnie, jako jedynej córce, reszta podzielona jest na wnuki. Na samą myśl o tym, robi mi się niedobrze. W tym momencie dodam, że mój syn nigdy też nie interesował się i nie pomógł swojej przyrodniej, młodszej o trzynaście lat, siostrze i nigdy jej nie odwiedził. Wiem również, że cały czas buntował ją przeciwko mnie. Podejrzewam, że to właśnie wpłynęło na jej późniejsze zachowanie w stosunku do mnie.

Zawiść, SYNKU, wywodzi się z niskiego poczucia własnej wartości, z niewiary we własne możliwości. Jednym słowem – z poczucia niższości. Chciałeś mi dorównać we wszystkim, jednocześnie wiedziałeś, że nie dasz rady. A ja nie mogłam, nie potrafiłam ci pomóc i tego wytłumaczyć. Uknułeś więc plan, dążyłeś do zemsty. Wiedziałeś, czego najbardziej w życiu pragnęłam – rodziny – i pozbawiłeś mnie jej całej.

Czy teraz czujesz się lepiej? Czy śpisz spokojnie po nocach, czy jesteś przez to bogatszy, ważniejszy i dumny? Czy wiesz, że ludzie źle życzący innym, zawistni, dążący do zemsty, popadają w ciężkie choroby i żyją krócej, a ciągła myśl o niedostatku że jest on jeszcze większy.

Do tej pory nie wiem, gdzie popełniłam błąd? Odczuwam ogromny ból w sercu. Pomimo wszystko w ciągu tych kilku lat niejednokrotnie starałam się ponownie nawiązać kontakt z synem, bez skutku.

Wiem natomiast, że pogodził się i utrzymuje od lat stały kontakt z ojcem, tym samym, który go nie wychowywał, od którego nie dostał nic przedtem i który zerwał z nim więź rodzinną. Teraz to dla mnie oczywiste, dlaczego syn się z nim pogodził. Jest przecież jedynym spadkobiercą, a ojciec był i jest ciężko chory. I znów wszystko wiadomo.

Mam synową i kilkuletnią wnuczkę, których nie znam.

MIAŁAM KIEDYŚ WYMAGAJĄCEGO SYNA, KTÓREMU UFAŁAM.

 

CÓRKA

Jak już wiecie, mam też córkę. Znów z wypadku przy pracy, nieplanowaną. Tym razem sama zdecydowałam o jej narodzinach, chociaż miałam wątpliwości co do jej tatusia... Mam trzydzieści cztery lata i jestem w końcu bardzo szczęśliwa, że to dziewczynka. Syn ma trzynaście lat. Cieszę się, mam parkę i jestem z ojcem mojej córeczki. Zawsze chciałam mieć dużą rodzinę, ponieważ jestem jedynaczką... Niezbyt długo trwało moje szczęście. W miesiąc po narodzinach córki zostaję sama z dziećmi. Ojciec okazał się zwykłym oszustem. Ale o tym później...

Córeczka praktycznie od urodzenia często chorowała. Ciężka astma, atopowe zapalenie skóry, przy tym uczulenia dosłownie na wszystko. Dwa lata gotowałam dla niej oddzielne obiady, uważnie dobierając składniki. Ciągłe szpitale, lekarze w domu, nie dało się pracować. Ktoś mnie oszukał, ktoś okradł, ktoś nie oddał kasy. Nie było pieniędzy. Podjęłam decyzję – sprzedaję dom, by ratować życie córki. Tak też się stało.

Jest zima 1995 roku, ciężka, dużo śniegu, zawierucha... Muszę jechać po zakupy i coś załatwić. Sąsiadka, starsza kobieta, zajęła się trzyletnią córką. Nie wiedzieć czemu, wróciłam wcześniej do domu i zastałam przestraszoną sąsiadkę z córką na rękach. To, co wtedy zobaczyłam, pamiętam w kolorach do dzisiaj. Sina twarzyczka mojej córeczki z wybałuszonymi oczkami, tak jakby chciały wylecieć. Nie mogła oddychać. Nie słuchałam nawet tłumaczeń niańki, tylko szybko owinęłam dziecko w koc i pojechałam do szpitala na ostry dyżur. Przywiozłam ją w ostatniej chwili.

Historia lubi się powtarzać. Znów uratowałam życie swojemu dziecku. Sąsiadka pomyliła leki. Jak tu dalej żyć? Sama, znikąd pomocy. Jedno dziecko ciężko chore, z drugim zaczynają się problemy. Trzynaście lat różnicy pomiędzy nimi robi swoje. Szukam wyjścia, bo przecież zawsze jakieś jest. Oddaję syna do ojca, na jakiś czas, na cztery dni w tygodniu, na czas szkoły. Ojca, który nigdy nie łożył na synka, który nigdy nie podarował mu wartościowej zabawki i nie zabiegał o kontakty z nim. Myślę, że może teraz poświęcić trochę czasu swojemu synowi. Ale o tym tatusiu w innym rozdziale.

Córeczka dorasta. Jest nadal ciężko chora. Robię wszystko, staram się, żeby i ona żyła w godnych warunkach i pomimo choroby mogła rozwijać się jak inne dzieci. Jazda konna, gra na fortepianie, szkoła tańca. Niestety sytuacja gospodarcza kraju nie jest najlepsza, co powoduje moją całkowitą plajtę finansową i zmusza mnie do opuszczenia ojczyzny.

Wyjeżdżamy. Ciepełko i słoneczko. Totalna zmiana klimatu korzystnie wpływa na chorobę córki. Następuje znaczna poprawa. Córka ma dziesięć lat i jest doprawdy cudownym, kochanym dzieckiem. Nie jest zbyt pracowita i nauka nie sprawia jej za dużo przyjemności. Za to jest słodka, grzeczna i świetnie się rozumiemy. Przed nią ciężkie zadanie. Nauka trzech obcych języków i kontynuacja szkoły. Z pomocą domowego nauczyciela, daje radę. Ma trzynaście lat i już nie choruje. Wydawałoby się, że wszystko wreszcie zaczyna się układać w kostkę Rubika.

Niestety, przychodzi czas na kolejny etap w moim życiu. Zakochuję się i to z wzajemnością. Już od dawna nie przeżywałam takich uniesień. Jednym słowem – wariuję. Po roku nadchodzi moment podjęcia ważnej, życiowej decyzji. Znów wyjeżdżamy, przeprowadzka do innego kraju. No cóż, ja już przywykłam do wariackiego życia. Ale to również życie mojej córki. Zastanawiałam się, wiedziałam, że będzie ciężko. Obcy kraj, znów nauka nowego języka, zmiana otoczenia, nowi koledzy.

Miłość zwyciężyła, decyzja zapadła...

I tu zaczął się nowy rozdział, któremu nadam tytuł "Klęska i upadek". Czy mogło być gorzej? Tylko śmierć byłaby gorsza. Z dorastającą córką zaczynają się problemy. Wpadła w złe towarzystwo. Nie wiem, jak temu zaradzić. To dziwny kraj i dziwni ludzie. Jest mi tu źle, nie pasuję do nich i do tego miejsca. Kto to wiedział? Dochodzą nieporozumienia z mężem cudzoziemcem. Czuję się oszukana, osaczona. Sytuacja wydaje się bez wyjścia. Jestem sama ze swoimi strasznymi problemami. Co robić? Chcę uciec, ale nie ma gdzie, nie ma jak, ani dokąd.

Córka kradnie mężowi tysiąc euro. Nawet nie wiedziałam, gdzie były. Po dwóch dniach on pyta mnie, czy wzięłam pieniądze? Jakie pieniądze? Myślę, że może zgubił albo coś mu się pomyliło. Okazuje się, że to prawda. Rozmawiam więc z córką, ale się nie przyznaje. To jest znaczna suma, to nie jest pięć euro. Poza tym, jak ja wyglądam przed mężem. Może myśli, że jednak to ja je wzięłam. Siedzimy tak w trójkę, a córka wciąż stanowczo zaprzecza. Proszę na wszystkie świętości, żeby się przyznała, że nie poniesie żadnych konsekwencji, tylko ma powiedzieć, gdzie są pieniądze, co z nimi zrobiła. A tu dalej nic. Mało tego, córka zaczyna się stawiać. Teraz to już przestałam panować nad sobą. Nie cierpię złodziei, a moja własna córka, która ukradła, chce zwalić winę na mnie. Tego już za wiele. Nie myśląc wcale, w przypływie gniewu wpadłam w furię. Wyjęłam pasek ze swoich spodni i uderzyłam ją, nie mając kontroli nad tym, co robię. Sprzączka uderzyła ją w głowę, polała się krew. Cała się trzęsłam, nie panowałam nad sobą. Mąż zawiózł córkę do szpitala. Miała kilka szwów. W drodze do domu przyznała się do czynu. Chciała zaszpanować, zdobyć koleżanki i kolegów. Założyli się, że nie weźmie tych pieniędzy. Wydała je wraz z nimi, kupując im ubrania i inne rzeczy. Mąż odzyskał tylko połowę.

Innym razem córka nacisnęła guzik przeciwpożarowy w domu towarowym. Oczywiście wzywana byłam na policję. Kiedyś znów stała na czatach, a koleżanki kradły z półek alkohol i papierosy. Na policję wzywana byłam również kilka razy nocą, za rozboje, pobicie, chuligaństwo. Okazało się również, że córka często wagaruje, nie chce się uczyć, jest arogancka w stosunku do nauczycieli.

Co się stało z moją małą, grzeczną dziewczynką, gdzie popełniłam błąd? Zadawałam sobie te pytania i pozostawały bez odpowiedzi.

W tym samym czasie życie z mężem staje się nie do zniesienia. Sytuacja mnie przerasta. Rozwód! Wyprowadzamy się z domu męża, od którego byłyśmy zależne. Zachowanie córki właściwie się pogarsza. Częste zmiany szkół, interwencje policji, nieprzespane noce, drobne kradzieże, kłamstwa, oszustwa, papierosy, alkohol, przede wszystkim – nieodpowiednie towarzystwo. Skończyło się sprawą w sądzie dla nieletnich. Ma siedemnaście lat. Nie chce się uczyć, nie chce pracować ani pomagać w domu, grozi samobójstwem. W końcu ucieka z domu. Po tygodniu wraca nieco skruszona i mówi, że jest głodna. Nie wytrzymuję tej presji, jestem załamana, nie radzę sobie, nie wiem, co będzie dalej. Boję się własnych myśli. Przeżyłam już wiele: śmierć kliniczną mojego syna i późniejsze z nim kłopoty, rozwód z pierwszym mężem, nieudany w końcu sześcioletni związek z miłością mojego życia (o tym później), następnie dwuletni, kończący się fiaskiem, związek z ojcem mojej córki, depresje i samotność po jej urodzeniu, jej ciężką wieloletnią chorobę, która prawie ją zabiła, przeprowadzki do kilku krajów, rozwód z drugim mężem, nieustanny konflikt rodzinny z moimi rodzicami i z synem, a teraz straszne problemy wychowawcze z moją ukochaną córeczką.

Czy to koszmarny sen? Nie, to koszmarna rzeczywistość!

WYSTARCZY! JUŻ WIĘCEJ NIE MOGĘ! JUŻ WIĘCEJ NIE CHCĘ!

Nie mam odwagi tego zrobić! Trzeba żyć dalej! Trzeba wziąć się w garść, coś zaradzić!

Uciec, uciec jak najdalej... gdzieś, gdzie będzie dobrze, spokojnie i pięknie, gdzieś, gdzie policja nie zapuka już do drzwi.

I zdarzył się cud... Wiara czyni cuda... Cud, bo już wiedziałam, gdzie jechać, gorzej z wiarą. Zabrakło mi jej. Nie wierzyłam córce i miałam rację. Nie było mowy o wyjeździe ze mną, nie było mowy o opuszczeniu tego kraju, gdzie według prawa siedemnastoletnie dziecko może już o sobie stanowić i decydować, gdzie ma mieszkać. Prosiłam, tłumaczyłam. Nic. Miała prawo podjąć tę decyzję, była prawie pełnoletnia. Wiedziałam i do dziś twierdzę, że powodem tych zachowań mojej kiedyś grzecznej, kochanej córeczki był pobyt w tym chorym kraju, kraju nienagannej czystości i precyzji, reguł, norm, zasad i obowiązków, gdzie ludzie odkupują winy historycznych faktów i dlatego teraz udają takich grzecznych, wyrozumiałych i pokornych. Kraj, gdzie wszyscy śpią ze sobą, wymieniając się żonami i mężami, gdzie mąż z żoną żyją osobno, gdzie najlepszą rozrywką w samotności jest salon gier, a dzieci mające nawet piętnaście lat decydują o swojej przyszłości. Tam piwo sprzedaje się w beczkach, a narodową potrawą jest kiełbasa z ketchupem. Centa natomiast, zanim się go wyda, oglądają kilka razy.

Wyjeżdżam więc, też mam do tego prawo. Zresztą nie widzę innego rozwiązania, innego wyjścia. Opuszczam córkę, gdyż nie chcę jej stracić, nie chcę, by wydarzyło się coś złego. Nie mam wpływu na jej postępowanie, jestem bezradna.

Zamieszkała u kolegi wraz z jego rodziną. Pozałatwiałam wszystkie sprawy finansowe, córka musi skończyć szkołę. To było w marcu, a w maju skończyła edukację, przerwała szkołę na trzy miesiące przed jej zakończeniem. A ja niestety znów na nic nie miałam wpływu.

Wyjeżdżając, całą drogę płakałam. Serce rozrywało się, tak mi jej brakowało. Oczywiście, nie podejrzewałam, że nie skończy szkoły. To był jedyny warunek decydujący o mojej pomocy finansowej. Pomimo to, nadal wysyłałam pieniądze. Po kilku miesiącach, jak tylko mogłam, pojechałam pełna nadziei, że nie jest za późno, że zmieni decyzję. Oczywiście przytakiwała, zgadzała się na wszystko, byleby dostać kasę. A ja znów jej uwierzyłam. Wycisnęła mnie jak cytrynę, a obietnicy nie dotrzymała. Wiodło się jej nieźle, mieszkała ze swoim chłopakiem, uczył się i pracował, utrzymywał moją córkę. Ona nie pracowała i nie kontynuowała nauki. A ja jedynie czasami posyłałam jakąś kasę na meble, komputer czy inne potrzeby. W ciągu następnych dwóch lat widziałam się z nią dwa razy i rozmawiałyśmy telefonicznie. Później były już tylko od czasu do czasu krótkie wiadomości na Facebooku. Niechętnie mi odpowiadała. Tymczasem wydarzyło się w moim życiu znów coś strasznego – całkowita plajta. Straciłam wszystkie pieniądze. Nie miałam nawet na bilet donikąd. Oprócz tego zdrowotne problemy z kręgosłupem nie pozwalały na podjęcie jakiejkolwiek pracy. Wtedy z mojej strony nie było już żadnej mowy o pomocy finansowej dla córki, bo sama stawałam na głowie, żeby przeżyć. Nie mogłam liczyć na nikogo z mojej rodziny, zawsze musiałam sobie radzić sama. Nikt nigdy nie interesował się, czy mi czegoś brakuje, nie pytał, jak się czuję i czy mam pieniądze, nie odwiedzał mnie w szpitalach, nie pomagał w podjęciu jakichkolwiek decyzji.

Pisałam do córki, nie prosiłam o pomoc. Kochałam ją i chciałam wiedzieć, co u niej, chciałam wiedzieć wszystko. Jednak nie odpowiadała, praktycznie zerwała ze mną kontakt.

Po roku pomogła mi przyjaciółka, kupiła bilet. Myślałam, że porozmawiamy, wszystko sobie wytłumaczymy. Jak strasznie się myliłam. Nie chciała mnie widzieć. Nie wiedziałam i właściwie do tej pory nie wiem, kto lub co spowodowało podjęcie takiej decyzji. Żadnych wyjaśnień, żadnej rozmowy. Ot tak.

Do dziś prawie ze mną nie rozmawia. Rzadko odpowiada na moje wiadomości, prawie nigdy nie pytała i nie pyta, jak żyję i jak się mam? Ja natomiast zawsze pisałam, zapraszałam ją do siebie, nawet z kolegą czy koleżanką, chciałam też kupić bilet. I nic.

Tak minęły następne trzy lata. W tym roku wysłałam jej sto euro na dwudzieste trzecie urodziny. Odbiera je od mojej koleżanki, dziękuje mi w dwóch słowach i, cóż za miła niespodzianka, pyta, co u mnie. Myślę – no, wreszcie porozmawiamy, może dojrzała. Piszę obszernie i też zapytuję, co u niej. Bez odpowiedzi. Więc znów pytam i nadal czekam. Nic, nic, nic...

Czy ktoś to zrozumie? Czy ktoś potrafi mi to wytłumaczyć?

Mija rok, niespodziewanie znów otrzymuję od niej wiadomość, jest w ciąży. Jakże się cieszę z tej wiadomości. Łzy lecą ze szczęścia, że właśnie w tak ważnej chwili pomyślała o matce. Troszkę nawet porozmawiałyśmy, pisząc. Niestety po dwóch tygodniach otrzymuję wiadomość, że poroniła. Płaczę, tym razem nie ze szczęścia. Piszemy chwilkę i zapytuję o jej stan zdrowia, co i dlaczego? Po raz kolejny czekam na wiadomość, może nadejdzie, kiedy znów będzie w ciąży...

I faktycznie, po kilku miesiącach znów była w ciąży, jednak wiadomość otrzymuję dopiero wtedy, kiedy ponownie ją traci. Tym razem rozmawiamy wreszcie telefonicznie, później wymieniamy zdjęcia i, o dziwo, córka przyjmuje moje zaproszenie i decyduje się na odwiedziny. Ma przylecieć ze swoim chłopakiem, z którym mieszka już od prawie trzech lat. Cieszę się jak małe dziecko. Zapewniam córkę, że tutaj pokryję ich wszystkie koszty pobytu. Będę musiała się zapożyczyć, ale wreszcie ją zobaczę, uściskam, porozmawiam. Mają kupić tylko bilety. Niestety nagle córka zmienia zdanie. Bilety są za drogie, planowali kupić sobie nową sypialnię i na bilety nie wystarczy. Nie potrafię tego skomentować.

MIAŁAM KIEDYŚ CÓRKĘ, KTÓREJ BYŁAM POTRZEBNA.

Jaką krzywdę wyrządziłam swoim dzieciom, by teraz tak mnie traktowały? Byłam matką do czasu? Przecież dalej żyję. Ot tak, po prostu? I nie był to konflikt pokoleń. Jestem wyjątkowo młodą staruszką z innowacyjnym poglądem na świat i życie. Rozumiem młodych i świetnie czuję się w ich towarzystwie. I vice versa. Zatem czemu nie potrafię dotrzeć i porozumieć się z własnymi dziećmi? Wciąż zadaję sobie to samo pytanie... Gdzie popełniłam błąd? Myślę, że znam odpowiedź i chyba się nie mylę.

Dzieci trzeba nauczyć pływać, a nie rzucać koła ratunkowe. Jednakże niektóre, tak jak ja, same uczą się pływać. Materializm w dzisiejszych czasach bierze górę nad godnością, szacunkiem i miłością, nawet w rodzinie. Bo to zawsze ja musiałam mieć, powinnam dać, pomagać, wszystkich zrozumieć, wybaczać, posłusznie słuchać, nic nie wymagać i wszystko akceptować. A dlaczego mnie nikt nic nie dał, nie pomógł, nie rozumiał, nie wybaczył, nie słuchał i nie akceptował? Chciałam tylko kochać i być kochana, chciałam mieć rodzinę. Czy to aż tak wiele? Nie chciałam nic w zamian. Miłość powinna być bezinteresowna.

NIE BĘDĘ DŁUŻEJ O NIĄ BŁAGAĆ!