Spowiedź tradera - Gary Stevenson

Reflow text when sidebars are open.
- Chcę ci opowiedzieć pewną historię.
Wielka twarz Caleba górowała nad stołem. Pod nią stały dwie miski na ramen. Jedna pusta, druga pełna. Nad nimi unosiły się wstęgi pary, leniwie snujące się na tle jego promiennego uśmiechu. Z miejsca, w którym siedziałem - nieco zgarbiony na krześle - naprzeciwko niego, dwie pałeczki wystające z mojej miski wydawały się sięgać niemalże do jego brody. Uśmiechnął się jeszcze szerzej, szczerząc garnitur białych zębów.
- Znałem kiedyś dobrego tradera. Naprawdę dobrego. Pracował dla Deutsche Banku. To był bystry facet. Młody. Tak jak ty.
Masywne przedramiona Caleba otaczały jego wciąż ciepłą, choć już pustą miskę i mocno naciskały na blat. Jego kurczowo zaciśnięte dłonie znajdowały się teraz blisko mojej twarzy. Nigdy nie zapomnę wyglądu tych palców. Grube, okrągłe i różowe, jak surowe kiełbaski. Wyglądały, jakby zaraz miały pęknąć.
- Wiesz, ten gość był naprawdę świetny. Zarobił mnóstwo forsy. Zgarnął kupę kasy dla siebie i dla Deutsche Banku. Miał przed sobą świetlaną karierę.
Hałas panujący w restauracji wypełniał przestrzeń wokół nas. Nie była to jedna z tych rustykalnych, niewielkich ramenowni, które tak często się otwierają w zaułkach wielkich japońskich miast. Była to wielka, urządzona z rozmachem restauracja korporacyjna mieszcząca się na szóstym piętrze wielkiego, imponującego wieżowca korporacyjnego. Biznesmeni w poluzowanych krawatach stukali się szklankami piwa ze swoimi szefami, śmiejąc się z ich żartów. Kilku amerykańskich bankierów zasiadało z japońskimi pracownikami biurowymi, dyskutując zbyt dużo i głośno. Ja w ogóle się nie odzywałem. Obserwowałem tylko tę wielką twarz wyłaniającą się z ciemności po drugiej stronie stołu, nachylającą się w moim kierunku.
- Ale wiesz, ten gość, ten młody trader. Mimo że był świetnym handlowcem, miał jeden poważny problem. Można powiedzieć, że fatalną wadę... Widzisz, myślał, że może odejść. Myślał, że może po prostu odejść. Rozumiesz, o co mi chodzi?
Caleb był dużym facetem. Prawdopodobnie już dałem to do zrozumienia: nie tylko jego twarz i palce były grube. Wszystko w nim wydawało się co najmniej o dwa rozmiary większe, niż powinno. Miał wydatne brwi, wyrazisty podbródek. Nawet jego czupryna była jakaś za duża, włosy na głowie zbyt gęste i ciemne. A ponadto szczerzył się w szerokim uśmiechu. Ogromnym i perłowym. W tamtej chwili zdawało mi się, że ten uśmiech rozciągał się szerzej niż jego twarz. Jakby był jakimś Kotem z Cheshire przesiadującym we wtorkowy wieczór w ramenowni. Ten uśmiech zdawał się jakoś rozpraszać ciemności całego pomieszczenia.
- Więc ten facet postanowił wziąć zarobione pieniądze i odejść. Opuścić branżę, rozumiesz? Niezgorszy pomysł. Założyć gdzieś rodzinę... Świetnie. Problem w tym, że on zwyczajnie nie rozumiał, jak działa ta branża. Deutsche Bank nie chciał, żeby odszedł. Rozumiesz?
Nie trzeba być geniuszem, żeby domyślić się, dokąd zmierzała ta rozmowa. Poczułem, jak żołądek zaczyna mi się kurczyć. Zrobiło mi się trochę niedobrze i poczułem w ustach jakiś smak albo może to był zapach. Czy to była krew? Zapadłem się głębiej na krześle i patrzyłem. Caleb nieprzerwanie się uśmiechał. Ten uśmiech wydawał się z każdą chwilą coraz szerszy.
- W każdym razie Deutsche Bank przejrzał wszystkie jego dawne transakcje, rozumiesz? Całą historię czatów, wszystkie e-maile. Facet pracował tam od dawna i przeprowadził wiele transakcji. Udało im się znaleźć kilka takich, które były niewłaściwe. Wiesz, o czym mówię? Zrobił parę rzeczy, których nie powinien był robić.
Poczułem ciepło w nogach. Żar w stopach. Gorące, narastające uczucie pieczenia. Swędzenie. Ale się nie poruszyłem.
- Wiesz, może to nie było słuszne postępowanie, ale Deutsche Bank faktycznie pozwał tego tradera do sądu za kilka takich akcji. Szczerze mówiąc, nie zrobił nic naprawdę karygodnego, ale udało im się wymyślić parę zarzutów. Sprawa toczyła się przez lata. Rozumiesz, o czym mówię? Do sądu i z sądu, tam i z powrotem. Prawdziwy koszmar. Ten trader, świetny młody trader, tak naprawdę nigdy nie zdołał odejść. Nigdy nie założył rodziny. Odwiedzał tylko sale sądowe. Stracił najlepsze lata życia. Wyobrażasz to sobie, Gary? Dasz wiarę? Sprawy nie udało się ostatecznie rozstrzygnąć, ale on i tak stracił wszystkie pieniądze. Poszły na honoraria adwokackie. Wszystkie pieniądze i wiele więcej. W końcu zbankrutował. Stracił wszystko.
Ogień był już teraz wszędzie, podobnie jak wszechobecny niesmak i zapach krwi. Nadal jednak się nie ruszałem. Spojrzałem na jego twarz.
- Gary, czy ty mnie słuchasz? Rozumiesz, co do ciebie mówię?
Wielka okrągła twarz przybliżyła się jeszcze bardziej.
- Gary. Lubię cię. Myślę, że jesteś dobrym człowiekiem. Ale czasami złe rzeczy przytrafiają się dobrym ludziom. Przekonasz się o tym. Możemy bardzo uprzykrzyć ci życie.
W tym momencie powróciło wiele wspomnień. Sceny z przeszłości, które przeniosły mnie w odległe o tysiące kilometrów miejsca. Zabrały z dala od Tokio, z powrotem do Ilford we wschodnim Londynie. Miałem osiemnaście lat i siedziałem na piłce do nogi w ślepej uliczce obok torów kolejowych, kiedy Harry powiedział mi, że jego mama ma raka. Nie wiedziałem wtedy, co powiedzieć... "Chcesz pograć w piłkę?" Przypomniałem sobie, jak stałem przy ścianie w ciasnej uliczce w ciemną noc, a Saravan zagroził, że mnie dźgnie. Trzymał ręce w kieszeniach. Czy miał nóż? Nie wiedziałem. Przypomniałem sobie, jak ścigano mnie przez kwartał szeregowych domów, jak przeskakiwałem ogrodzenia ogrodów i jak Brathapa potrącił samochód, a kiedy bezradnie leżał na jezdni, jego ciałem wstrząsały drgawki. Wciąż pamiętam całą tę głupią przemoc, krew i nonsens, tak wiele absurdów typowych dla dzieciaków z ulicy, wszystkie obietnice, które złożyłem, i ludzi, których znałem. Przypomniałem sobie, jak siedziałem z Jamiem na dachu wielopoziomowego parkingu w środku nocy, patrząc na nowe wieżowce powstające wokół nas w naszym mieście i mówiąc mu, że pewnego dnia będę kimś. Obiecałem mu, że tego dokonam. Śmiał się ze mnie, paląc papierosa w świetle księżyca. Ale wiedział, że mi się uda. Ja też to wiedziałem.
Nie, pomyślałem. To się nie może zakończyć w tym miejscu.
Nie tutaj, nie w tej zimnej, korporacyjnej restauracji. To nie może zostać pogrzebane pod ciężarem tego uśmiechu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
W pewnym sensie od urodzenia przeznaczone mi było zostać traderem.
Przy końcu ulicy, na której dorastałem, przed wysokim, wklęsłym murem punktu skupu surowców wtórnych, w odległości czterech metrów od siebie stoją latarnia i słup telegraficzny, tworząc idealny zestaw improwizowanych słupków bramki piłkarskiej.
Jeśli się stanie między nimi, zrobi dziesięć sporych kroków do tyłu i spojrzy w górę, to w dali widać mrugające światło najwyższego wieżowca Canary Wharf, którego sylwetka wystaje ponad wysoką ścianę.
Jako dziecko po szkole spędzałem długie wieczory na ulicy przy tej bramce, w zdezelowanych szkolnych butach i mundurku po starszym bracie, kopiąc zniszczone piłki z pianki. Kiedy mama przychodziła i wołała mnie do domu na kolację, oglądałem się za siebie i patrzyłem, jak ten wieżowiec mruga do mnie. Wydawało mi się, że to były znaki jakiegoś nowego życia.
Nie tylko ulice wschodniego Londynu dzieliłem z tymi lśniącymi, strzelistymi świątyniami kapitalizmu. Było coś jeszcze, jakiś rodzaj wspólnej wiary. Coś mającego związek z pieniędzmi. I z pragnieniem.
Od zawsze dobitnie zdawałem sobie sprawę ze znaczenia pieniędzy i jednocześnie byłem świadomy, że nie mamy ich zbyt wiele. Jedno z moich najwcześniejszych wspomnień dotyczy dnia, kiedy rodzice dali mi jednego funta i wysłali na stację benzynową Esso, żebym kupił lemoniadę. W pewnym momencie upuściłem i zgubiłem monetę. Wyryło mi się w pamięci, że szukałem jej z pewnością przez kilka godzin - czołgałem się pod samochodami, grzebałem w kanałach - zanim wróciłem do domu z pustymi rękami i zalany łzami. W rzeczywistości trwało to prawdopodobnie góra trzydzieści minut. Pół godziny to jednak dużo, kiedy jest się dzieckiem, a jeden funt to była dla mnie ogromna kwota.
Nie wiem, czy kiedykolwiek naprawdę zatraciłem tę miłość do pieniędzy. Chociaż teraz, kiedy patrzę wstecz i myślę o tym z dystansem, wcale nie mam pewności, czy miłość to właściwe słowo. Być może, zwłaszcza w dzieciństwie, było to raczej coś w rodzaju lęku. Ale niezależnie od tego, czy w istocie był to lęk, czy głód, czy miłość, wraz z dorastaniem uczucie to stawało się coraz silniejsze, a ja ciągle uganiałem się za funtami, których mi brakowało. W wieku dwunastu lat zacząłem sprzedawać cukierki w szkole, zarabiając marne pensy, a rok później zacząłem roznosić gazety przez 364 dni w roku za 13 funtów tygodniowo. W wieku szesnastu lat moja działalność handlowa w liceum stała się znacznie bardziej ryzykowna i bardziej nielegalna, a zarazem bardziej dochodowa. Ale akurat tamte skromne zyski nigdy nie były celem samym w sobie i każdego wieczoru, po zachodzie słońca, zwyczajowo wpatrywałem się w drapacze chmur, mrugające do mnie z końca ulicy.
Istniało jednak wiele innych powodów, dla których nie było mi przeznaczone zostać traderem, i te powody były i nadal są bardzo istotne.
Żyje bowiem tak wielu młodych, głodnych sukcesu, ambitnych chłopców kopiących zniszczone piłki i obijających je o latarnie i samochody w cieniu wieżowców londyńskiego East Endu. Wśród nich wielu jest inteligentnych i zaangażowanych, prawie każdy byłby gotowy poświęcić wszystko, aby móc założyć krawat i spinki do mankietów i wkroczyć do tych wysokich, lśniących wież mamony. Ale jeśli już dane ci będzie znaleźć się na parkietach giełdowych, zajmujących eksponowane miejsca w tych lśniących wieżowcach w samym sercu dawnych doków wschodniego Londynu, gdzie młodzi mężczyźni zarabiają miliony funtów rocznie, nie usłyszysz dumnego akcentu Millwall i Bow, Stepney i Mile End, Shadwell i Poplar. Wiem to, ponieważ pracowałem na jednym z tych parkietów. Ktoś pewnego razu zapytał mnie, skąd wziął się mój akcent. Okazało się, że był świeżo upieczonym absolwentem Oksfordu.
Citibank Tower w kompleksie Canary Wharf ma czterdzieści dwa piętra. W 2006 roku, kiedy po raz pierwszy do niego wszedłem, był drugim pod względem wysokości budynkiem w Wielkiej Brytanii. Pewnego dnia w 2007 roku postanowiłem wjechać na najwyższe piętro, żeby zobaczyć, jaki stamtąd roztacza się widok i czy uda mi się dostrzec mój dom.
Najwyższa kondygnacja Citibank Centre była wykorzystywana wyłącznie do organizacji specjalnych imprez i konferencji. Oznaczało to, że kiedy jej nie używano, przestrzeń pozostawała całkowicie opustoszała. Rozległa, niczym niezakłócona powierzchnia pokryta miękkim niebieskim dywanem, otoczona ze wszystkich stron grubymi szklanymi oknami. Przeszedłem bezgłośnie po dywanowej wykładzinie do jednej z szyb, ale nie potrafiłem dostrzec miejsca, w którym mieszkałem. Z czterdziestego drugiego piętra Citibank Centre nie widać wschodniej części Londynu. Można zobaczyć tylko czterdzieste drugie piętro wieżowca HSBC Tower. Ambitne dzieci z londyńskiego East Endu spoglądają w górę na drapacze chmur, które rzucają cień na ich domy, ale drapacze chmur nie spoglądają w dół. Patrzą na siebie nawzajem.
Oto opowieść o tym, jak ja, spośród wszystkich dzieciaków grających w piłkę nożną i sprzedających słodycze w cieniu tych gmachów, dostałem pracę na parkiecie giełdowym w Citibanku. Jest to historia o tym, jak stałem się najbardziej dochodowym traderem Citibanku na świecie, jak również o tym, dlaczego ostatecznie zrezygnowałem z tej posady.
Wszystko to działo się w latach, kiedy światowa gospodarka zaczęła staczać się w przepaść, w którą wciąż się osuwa. Czasami wraz z nią podupadało moje zdrowie psychiczne. I nadal to się zdarza. Bóg jeden jest mi świadkiem, że nie wszystkich traktowałem najlepiej. Jak Harry'ego, Czarodziejkę, JB, siebie samego. I wszystkich innych, których imiona powinienem wymienić. Mam nadzieję, że mi wybaczycie to opowiadanie waszych historii za was. Ale wiecie co? One wszystkie są też częścią mojej osobistej historii.
Poświęcę ją jednak dziadkowi Anisha, który - kiedy my jeszcze byliśmy nastolatkami niestroniącymi od alkoholu, a on był wiecznie pijanym starcem - raz po raz mamrotał do nas jedną jedyną sentencję, której dobrze się nauczył po angielsku:
- Życie to życie. Gra to gra.
Nigdy tak naprawdę nie rozumieliśmy, co to znaczy. I wciąż mam nadzieję, że pewnego dnia to pojmiemy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki