Alojzy, syn Adolfa. Adolfa Hitlera...
Długo zastanawiałem się nad tym, od czego
powinienem zacząć naszą rozmowę... - mówiąc te słowa, ostrożnie badam
wzrokiem twarz starca, chcąc wyczytać z niej reakcję na to, co za chwilę
powiem. Tutaj stawiam krótką pauzę, po czym kontynuuję:
- Gdybym powiedział któremukolwiek z moich znajomych, że poznam
osobiście syna Adolfa Hitlera, a do tego będę mógł go pytać dosłownie o wszystko, to najpierw nikt by mi nie uwierzył, a gdybym już udowodnił,
że mówię prawdę..., to pewnie każdy miałby do pana tysiąc pytań.
Starzec ciągle milczy. Jedynie co chwila przytakuje lekkim skinieniem
głowy, chcąc potwierdzić, że przykuwam jego uwagę. Ja zaś łapię się na
tym, że wpatrując się w jego twarz, wyobrażam sobie w nim Adolfa
Hitlera. Zauważam podobieństwo w rysach twarzy. Okolice szczęki dość
chude. Do tego uszy - lekko odstające, podobnie jak w przypadku Führera.
Mężczyzna co prawda nie zapuścił charakterystycznego ojcowskiego wąsa,
za to ma włosy zaczesane na lewo... Podobnie ma się sprawa ze wzrostem.
Wyczytałem, że kanclerz Trzeciej Rzeszy miał około 1,75 metra wzrostu.
Na moje oko jego syn Alojzy ma blisko 1,80 metra. Znów widać
podobieństwo... Na moment zatracam się w tych rozmyślaniach.
Adolf Hitler z chłopcem nad jeziorem Hinter niedaleko Berchtesgaden. Czy
równie czule traktował syna Alojzego, owoc przygody seksualnej w Gdańsku?
- Panie Cezary... - głos syna Hitlera wyrywa mnie z zamyślenia...
- Tak, tak. Już jestem. Po prostu źle się poczułem...
- Ale już lepiej?
- Tak, tak... - na rozbudzenie klepię się teatralnie po twarzy. -
Wróćmy lepiej do początku rozmowy, to postawi mnie na nogi.
- Bardzo proszę.
- Zacznijmy od pańskiego imienia. Jest dość niespotykane... Dowiadywał
się pan kiedyś, co oznacza imię "Alojzy"?
- Owszem. Przede wszystkim to imię ma germańskie korzenie. I oznacza
kogoś mądrego, niemalże wszechwiedzącego. W imienniku wyczytałem kiedyś,
że osoby noszące to imię mają silną wolę i potrafią się sprzeciwić,
nawet jeśli trzeba się nie zgodzić z autorytetem. To ostatnie akurat w moim przypadku się sprawdza. Często miałem odmienne zdanie niż mój
ojciec.
- To Adolf Hitler zadecydował, że będzie pan nosił imię Alojzy?
- Pytałem o to ojca kilka razy. Niestety, zawsze mnie zbywał. Tak było
do momentu, w którym dowiedziałem się, jak na imię miał jego ojciec.
Zawsze jakoś to przede mną ukrywał i nie chciał w ogóle dłużej rozmawiać
na ten temat. Wie pan, jak miał na imię ojciec Adolfa Hitlera?
- Nie, nie mam pojęcia.
- Alois, czyli tak samo jak ja. Z tą różnicą, że nadano mi spolszczoną
wersję tego imienia.
- Nadal nie wiem, do czego pan dąży.
- Już spieszę z wytłumaczeniem. W momencie, w którym odkryłem, że mam na
imię tak samo jak ojciec mojego ojca, tata postanowił wreszcie mi
wyjaśnić, o co w tym wszystkim chodzi. Okazało się, że Adolf kochał
swoją matkę Klarę, natomiast z ojcem Aloisem już tak prosto nie było. W przeszłości dziadek miał pałać miłością do alkoholu i bić tatę pasem na
goły tyłek. Nic dziwnego, że ten za nim nie przepadał...
- Nie rozumiem. To po co dali panu imię po ojcu Adolfa?
- To moja matka podjęła taką decyzję. Na świat przyszedłem 11 listopada
1924 roku w Gdańsku. Ojca przy niej wtedy nie było, bowiem wcześniej
wylądował w więzieniu, gdzie miał spędzić aż pięć lat. To tam upływały
mu dni w towarzystwie Rudolfa Hessa i właśnie wtedy napisał pierwszą
część słynnej na cały świat księgi Mein Kampf. W tej sytuacji matka
nie miała więc kontaktu z ojcem. Nie było go przy porodzie, nie widywał
się też z matką w trakcie dziewięciomiesięcznego okresu ciąży,
poprzedzającego moje przyjście na świat. Matka postanowiła dać mi imię
po nieżyjącym dziadku Aloisie, aby w ten sposób uczynić sympatyczny gest
w kierunku Adolfa Hitlera. W tamtym momencie jednak jeszcze nie miała
pojęcia, że Hitler nie wspominał go dobrze. Trudno się dziwić. Z Adolfem
nie znała się tak dobrze, jak mogłoby się wszystkim wydawać...
- Jak zareagował Adolf Hitler, gdy dowiedział się, że jego syn będzie
nosił imię nielubianego przez niego ojca?
- Wywiązała się z tego jedna wielka awantura. Tamtego dnia ojciec Adolf
wpadł podobno w taką wściekłość, że ze złości walił pięścią w stół - tak
mocno, że kawałek drewnianego blatu pękł prawie na pół. Nie docierało do
niego, że jego syn będzie nosił imię człowieka, który wyrządził mu tak
wiele krzywdy.
- Uporządkujmy fakty... Urodził się pan w 1924 roku w Gdańsku...
- Zgadza się.
- Kiedy zatem Adolf Hitler zobaczył pana po raz pierwszy?
- Nieprędko... Prawdę mówiąc, w ogóle mną się nie interesował, bo nie
wiedział, że istnieję albo nie chciał tego wiedzieć... Matka pisała do
niego listy, niestety na żaden nie dostała odpowiedzi. W tym czasie
dorastałem, nie mając pojęcia, kto jest moim ojcem.
- Nie zastanawiał się pan, dlaczego inne dzieci mają mamę i tatę, a pan ma tylko mamę? Nie dopytywał pan o to swojej matki?
- Z opowieści babki wiem, że zapytałem o to raz czy drugi. Miałem wtedy
kilka lat. Matka podobno wówczas stwierdziła, że ojciec zginął w trakcie
wojny...
- Zaraz, zaraz. Pierwsza wojna światowa trwała w latach 1914-1918, a pan urodził się sześć lat po jej zakończeniu, i to w grudniu, co powinno
oznaczać, że został pan spłodzony w 1924 roku, czyli mniej więcej sześć
lat po rzekomej śmierci ojca na wojnie.
- No tak, no tak. Ale czy pan myśli, że kilkuletnie dziecko zastanawia
się nad takimi szczegółami? Od wielu lat wpaja się dzieciom bzdury, na
przykład że przynosi je bocian i wrzuca rodzicom przez komin, anioł z nieba pod ukrytą peleryną albo że noworodki znajduje się w kapuście.
Skoro tak, to nie powinien pan ode mnie wymagać, bym jako małe dziecko
prowadził tak zaawansowane rozmyślania na temat swojego ojca.
- Spokojnie, panie Alojzy... Ja tylko głośno myślałem...
- Rozumiem! A co do mnie, to dalsza historia jest taka, że dorastam na
przedmieściach Gdańska, nieświadomy tego, że mój ojciec żyje, tym
bardziej nie mając pojęcia, kim on jest. Matka zaś nie ustaje w działaniach, by Adolf Hitler dowiedział się o tym, że spłodził potomka.
W tym celu śle do niego kolejne listy i prosi, by wziął mnie pod opiekę.
Przełom następuje w 1932 roku. Wtedy właśnie, na początku kwietnia, mama
otrzymuje wiadomość, z której wynika, że Hitler spotka się z nią 9
kwietnia 1932 roku, bowiem tego dnia ma zawitać na chwilę do Gdańska, na
lotnisko we Wrzeszczu, gdzie będzie miał międzylądowanie. Dopiero
później dowiem się, że Hitler tego dnia nie chciał odwiedzić Wolnego
Miasta Gdańska, bo stwierdził, że zrobi to dopiero w momencie, gdy
Gdańsk stanie się niemiecki!
- W 1932 roku ma pan osiem lat...
- Tak. Ojciec Adolf widocznie uznał, że skoro ktoś pisze do niego listy,
nieustannie od ośmiu lat, to w końcu warto się spotkać i wyjaśnić
wątpliwości, porozmawiać. Z opowieści matki wiem, że doszło do tego
spotkania. Matka kilka dni wcześniej rozpoczęła przygotowania, chcąc
wypaść jak najlepiej. To strach przed tym, że zostanie uznana za
wariatkę czy oszustkę, popchnął ją do tego, by ważyć słowa i przekazać
Hitlerowi wieść o tym, że ma syna, w sposób, który nie wprawi go w furię. Już sama myśl o tym spotkaniu ją stresowała, ale też podniecała.
- "Podniecała"?
- No tak. W 1932 roku Hitler jest już przecież wziętym politykiem; 13
marca 1932 roku, w pierwszej turze niemieckich wyborów prezydenckich
zdobył 30 procent głosów poparcia. W drugiej turze, która odbyła się 10
kwietnia, czyli dzień po spotkaniu z moją matką, poprawił swój wynik,
zdobywając 37 procent, zajmując drugie miejsce po prezydencie
Hindenburgu. Poza tym spójrzmy tak po ludzku. U mojej matki musiały
wrócić dawne wspomnienia, bo przecież zostałem spłodzony w efekcie
spontanicznego przygodnego romansu. Ale o tym innym razem. Właśnie! A
propos wieczoru. Jest już późno. Wystarczy już na dzisiaj. Zobaczmy się
jutro o tej samej porze, w tym samym miejscu, zgoda?
Komisarz Cezary Broke przytaknął ruchem głowy, podobnie jak Alojzy, syn
jednego z największych zbrodniarzy w historii.
Zbrodnia doskonała
Musimy cofnąć się o kilka tygodni, by przed
dalszą rozmową wyjaśnić, jak do niej doszło... Wskazówki zegara wskazują
godzinę 14:25. To znak, że do odjazdu pociągu pozostało jeszcze równo
120 minut. Punktualnie o 16:25 z peronu czwartego ma ruszyć pociąg
Pendolino relacji Warszawa Centralna-Kołobrzeg. Pociąg produkcji
włoskiej o nazwie, która przetłumaczona na język polski oznacza
"wahadełko"...
Nie namyślając się długo, mężczyzna wrzuca do pobliskiego dworcowego
luku bagażowego pięć złotych. Zaraz potem otwierają się przed nimi
drzwiczki do schowka, w którym lokuje swoją torbę. Starzec przekręca
włożony w zamek klucz, wyciąga go i nieco anemicznym ruchem chowa go w lewej kieszeni spodni...
Tylko on wiedział, z czym kojarzy mu się Warszawa. Wszyscy ciągle gdzieś
się spieszą, jak nie na autobus, to na zielone światło. Każdy wgapiony w swój ekran, nikt nie ma czasu i ochoty na spokojny oddech. Do tego wokół
sami krawaciarze, nieustannie rozmawiający przez komórki, wierząc, że
tymi cudownymi rozmowami zmienią świat albo przynajmniej swoje życie.
Adolf Hitler lubił fotografować się z dziećmi, pozując na ojca wszystkich Niemców
Ale teraz, na szczęście, pozostało mu wypełnić kolejne dwie godziny
czynnością, która sprawi mu radość. Zresztą... Później wcale nie będzie
gorzej. Jakimś cudem udało mu się kupić bilet w przedziale zwanym Strefą
Ciszy. W końcu nie będzie musiał przez całą drogę słuchać ciągłych
rozmów przez telefon, których po kilkudniowej wizycie w stolicy miał
serdecznie dość.
Na zegarze wybiła 14:30. Spojrzał na plan rozkładu warszawskiego Dworca
Centralnego. Szczęśliwym trafem w pobliżu była zarówno jego ulubiona
kawiarnia, jak i dwa salony z książkami - Empik i Świat Książki.
Mężczyzna szybko dopił kawę i mimo solidnego wieku żwawym krokiem ruszył
w ich stronę.
W Empiku kłębił się tłum. Wszyscy w bawełnianych maseczkach. Kilka osób
tłoczyło się przy literaturze faktu, jakiś mocno przystrzyżony kark
przeglądał prasę dla "pakersów", a regał z historią był okupowany przed
dwie urodziwe kobiety. Ten widok dawał jasno do zrozumienia, w którą
stronę powinien był się udać. Jego dzisiejsza podróż miała trwać dobre
kilka godzin. To doskonały czas, by pochłonąć jedną lub - w sprzyjających okolicznościach - nawet dwie książki.
Na regale książkowym wybór był dość spory. Jednak jego szczególnie uwagę
przykuła pewna seria z człowiekiem, którego wąs znał cały świat.
Spokojnym ruchem starzec złapał pierwszą książkę. Spowiedź Hitlera.
Szczera rozmowa z Żydem - tytuł bił po oczach. Obok leżał inny
egzemplarz: Spowiedź Ewy Braun. W cieniu Hitlera. Mężczyzna zaczął
naprędce czytać na zmianę obie książki, łapczywie chłonąc kolejne
zdania. W tym momencie nikt nie musiał go już do niczego przekonywać.
Wziął pod pachę oba tytuły i ruszył w stronę nieco przydługiej kolejki
do kasy.
Chwilę później zajadał się czymś, co w stolicy jest nazywane "lunchem",
a w innych częściach kraju to po prostu obiad. Zresztą, mniejsza o to.
Facet z prędkością bolidu Formuły 1 pochłaniał ze swojego talerza zestaw
surówek, mocno przypieczonego schabowego i lekko podsmażone ziemniaki.
Zegarek jasno twierdził, że jest jeszcze czas na herbatę, z racji tego,
że do odjazdu pociągu zostało jakieś czterdzieści minut...
Trzydzieści osiem minut później starzec siedział we wskazanym wagonie,
na miejscu oznaczonym na bilecie. Kończył właśnie przeglądać katalog z nowościami książkowymi. Miał już go odłożyć, gdy na ostatniej stronie
zauważył dość zwięzłą adnotację. Krótki tekst nabazgrany niebieskim
piórem sprawił, że jego ciało przeszył zimny pot. Starzec miał nadzieję,
że coś mu się przewidziało. Spojrzał w zabrudzone okno z nadzieją, że
gdy jeszcze raz spojrzy na ostatnią stronę katalogu, wówczas napisu już
tam nie będzie. Mylił się. Ten cholerny tekst nadal tam był. "Wysiądź z pociągu. Inaczej stanie się coś złego". - słowa odbijały się w jego
głowie niczym echo w wielkiej studni, które powtarza każde
wypowiedziane słowo. "Wysiądź z pociągu. Inaczej stanie się coś złego".
Co to ma być?!
Do odjazdu pozostała minuta. W zasięgu wzroku starca pojawił się
czterdziestoletni konduktor. Starzec zaś musiał podjąć decyzję. Wysiąść
czy nie? Po co wysiadać? Pewnie to jakaś pomyłka. Przecież wziąłem
dowolny katalog, a to wszystko musiało być zbiegiem okoliczności,
prawda? A co, jeśli tu nic nie jest przypadkowe? Konduktor zagwizdał,
starzec zaś wrzucił katalog do śmietnika z nadzieją, że zapomni o nim
jak najszybciej.
Kolejne kilka godzin upłynęło mu pod znakiem lektury świeżo zakupionych
książek, przerywanej rytmicznym stukotem kół. Dopiero gdy pociąg
dojeżdżał do Koszalina, na wyświetlaczu jego telefonu pojawiło się
zdjęcie jego młodszej o 20 lat żony.
Czy ona zwariowała? Wie doskonale, że jadę w przedziale Strefa Ciszy i nie mogę rozmawiać przez telefon! - pomyślał rozwścieczony.
- "Napisz, na Boga!" - wysłał jej SMS-a.
Ledwo zdążył kliknąć przycisk "wyślij", a już przyszła odpowiedź:
"Odezwij się. To pilne!".
Serce starca zaczęło bić zdecydowanie szybciej. Dopiero teraz
przypomniał mu się ten przeklęty katalog książek. Zaczął się nawet
zastanawiać, czy dobrze zrobił, że nie posłuchał zawartej w nim rady...
Odłożył lekturę na bok i wyszedł z przedziału, by oddzwonić do żony.
Chwilę później wiadomość otrzymana od żony zmroziła go do cna.
- Nasz... Edward... Nasz kot Edward nie żyje... - głos małżonki mówił jasno,
że to nie są żarty.
- ...ktoś go zamordował. I jeszcze się podpisał... - kobieta wybuchła
płaczem.
- Spokojnie. Uspokój się! - Starzec próbował podtrzymać ją na duchu, po
czym dopytał: - Jak to się podpisał? O co chodzi? Wytłumacz mi, nic nie
rozumiem.
- Przyjedziesz, to sam zobaczysz... Dla mnie to jest chore!
- Ale poczekaj, co jest tam napisane? - mężczyzna nie dawał za wygraną.
- Niewiele. Liczba...
- Jaka?
- Osiemnaście...
- Szlag by to! - Takie słowa z jego ust padały bardzo rzadko. Tym razem
jednak starzec nie wytrzymał. Śmierć bliskiej istoty to była ostatnia
rzecz, o której chciał usłyszeć. I do tego ta cholerna zagadka, liczba
osiemnaście!
Jeszcze tego samego dnia mężczyzna stawił się na komisariacie policji.
Przyjął go wysoki blondyn z niebieskimi oczami, niejaki Cezary Broke. W odczuciu starca policjant niezbyt przejął się zamordowaniem kota.
Bardziej zaciekawiła go liczba osiemnaście.
Komisarz Broke w trakcie spotkania przekonywał, że nie ma się czym
martwić, a jedynie uzbroić w cierpliwość. Wspomniał nawet, by zapamiętał
inną liczbę - 95 procent - wskaźnik wykrywalności zabójstw w Polsce.
Dlatego trzeba być optymistą; cierpliwym optymistą.
- Na pewno złapiemy morderców kota Edwarda - przekonywał.
***
Tydzień później do starca dociera kolejna przerażająca informacja.
Telefon z Berlina informuje o tym, że jego wnuk został zamordowany.
Starzec świadomie nie chce łączyć tego zabójstwa ze śmiercią kota.
Jednak nie ma wyboru, gdy okazuje się, że w trakcie oględzin ciała w prosektorium niemieccy gliniarze wykryli na ciele zabitego wnuka symbol
w postaci wypalonych drobnych kropek. Łącznie jest ich osiemnaście...
***
Równo miesiąc po dniu, w którym nieznany sprawca zamordował kota
Edwarda, starzec nie zastaje w domu żony. Nie przejmuje się tym zbytnio,
bowiem przypuszcza, że kobieta wyszła na wieczorne zakupy. Pierwsze
objawy niepokoju pojawiają się około północy. Mężczyzna stara się
zachować spokój. Dopiero rano postanawia iść na policję. W komisariacie
zbudowanym z przepięknej czerwonej cegły ponownie wita go twarz
komisarza Brokego. Ten zaś po raz kolejny przekonuje, by starzec uzbroił
się w cierpliwość, bowiem zwykle zaginione osoby odnajdują się po
kilkudziesięciu godzinach. Cierpliwy optymista...
- Może gdzieś zabalowała, poszła w tango z koleżankami, no wie pan -
zagaduje gliniarz.
- Co powinienem teraz zrobić? - pyta zrezygnowany i zatroskany Alojzy.
- Niech pan wróci do domu, weźmie coś na ukojenie nerwów i po prostu
czeka. Dzisiaj mamy wtorek. Jeśli do wieczora się nie zjawi, proszę
podejść do mnie jeszcze raz. Spiszemy wtedy protokół i zrobię wszystko,
co w mojej mocy, by odnaleźć pańską żonę.
- Bardzo dziękuję panie komisarzu... - starzec starał się zachować
serdeczność w głosie, podczas gdy w myślach gotowało się: - Jak zwykle
każą czekać! Co to ma być? To jakaś kpina... Oszaleję!
Alojzy nie lubił kierować się w życiu nerwami i gniewem. Wiedział, że
zwykle nie przynoszą one dobrego rezultatu, że lepiej być miłym i wyrozumiałym dla innych. Przygnębiony mężczyzna wziął więc skórzaną
teczkę pod pachę i kulejąc wrócił do domu. Dotychczas intuicja zbytnio
go nie zawodziła. Niemalże zawsze czuł, gdy miało się dziać coś złego.
Tak było i tym razem. Ciągle przed oczami stawały mu dramatyczne wizje z żoną w roli głównej. Mężczyzna mieszkał w Kołobrzegu w starej kamienicy
przy ulicy Giełdowej; niedaleko kina Wybrzeże i firmowego sklepu
lokalnego producenta galaretek w czekoladzie. Tam też w jego wyobraźni
działy się sceny rodem prosto z thrillera. Jego dom nie był już dla
niego oazą bezpieczeństwa... Nie, kiedy ginęli jego najbliżsi...
W staroświeckiej windzie wybrał przycisk prowadzący na czwarte piętro,
po czym mocno zdezelowany mechanizm ruszył do góry. Ta podróż trwała
wieczność. Czuł, że z każdym kolejnym piętrem zbliża się do momentu,
którego nigdy nie chciałby dożyć. W końcu winda dojechała na czwarte
piętro. Pewnym krokiem opuścił ciasne pomieszczenie i udał się w głąb
korytarza. Zwinnym ruchem włożył długi klucz do górnego zamka drzwi
wejściowych, po czym wszedł do mieszkania. Serce biło mu jak oszalałe. W środku nie zauważył jednak nic szczególnego. Panował mrok. Dopiero
włącznik umieszczony na prawej ścianie oświecił pomieszczenie. Nadal
jednak nic się nie wydarzyło. Mężczyzna poczuł ulgę, choć nadal targał
nim wewnętrzny niepokój. Szybko zdał sobie sprawę, że nie słyszy, by
ktoś przebywał w domu. To oznaczało jedno...
- Czyli jednak nie wróciła. A niech to! - pomyślał.
Po pomarszczonych plecach od kilku chwil lał się pot. Alojzy stresował
się przez całą drogę do domu. Jego nerwy były aż tak nadwerężone, że
jego odświętną koszulę można było teraz dosłownie wykręcać z tej
nieprzyjemnie lepkiej cieczy. Dlatego też nadszedł czas na to, by
ochłonąć. Starzec postanowił wziąć szybką kąpiel, choć wiedział, że
nigdzie nie musi się spieszyć. Musi czekać, być może bardzo długo. Ten
dzień i tak będzie mu się niemiłosiernie dłużył. Co miał do roboty? Nic.
Poza byciem cierpliwym optymistą...
Alojzy Dawis urodził się w Wolnym Mieście Gdańsku, w którym również
aktywnie działali narodowi socjaliści - na fotografii przemarsz
gdańskich bojówek SA w marcu 1931 roku
Zmasakrowane ciało żony leżało w wannie, wypełnionej po brzegi czerwoną
cieczą. Kobieta musiała stracić sporo krwi, nim ostatecznie jej serce
przestało bić... Gdyby nie charakterystyczna obrączka na jej prawym
serdecznym palcu, identyfikacja ciała nie byłaby taka prosta. Z pięknej
twarzy żony nie zostało właściwie nic pięknego. To był widok, który na
długo zapadnie w jego pamięci.
***
- Imię i nazwisko?
- Alojzy Dawis.
- Rok i miejsce urodzenia?
- Gdańsk, 1924 rok.
- Imię matki i ojca?
- Matka: Janina; imię ojca nieznane.
- Dziękuję. Skończyłem pisać tę formalną część protokołu. Teraz
przejdziemy do rzeczy. - Głos komisarza brzmiał dzisiaj szczególnie
oschle.
Starzec jedynie skinął głową. Opowiedział następnie o tym, co się
zdarzyło, nie przynosząc policjantowi żadnego tropu czy domysłu,
dlaczego zamordowano jego żonę. Starzec też nie był w stanie wskazać,
kto mógł to zrobić i kiedy. Jego opowieść była dokładna i szczegółowa na
tyle, ile pamiętał. Jednak nic z tego... Na najważniejsze zagadnienia nie
było odpowiedzi i wyjaśnień. Gliniarz zaczął więc zadawać mu dodatkowe
pytania, licząc na to, że w rozmowie z mężczyzną uda mu się wpaść na
jakiś ślad. Niestety, pan w podeszłym wieku milczał niczym zamknięty
krąg...
Adolf Hitler podziwia panoramę Alp. Jego inicjały "AH", jako pierwsza i ósma litera alfabetu, składają się w liczbę 18
- Słuchajcie, obywatelu Dawis. Wiem, że to, co wydarzyło się w ostatnim czasie, mocno pana dotknęło. I ja to rozumiem, zgoda, jak swoją
matkę kocham! Ale jeśli nadal będzie pan milczał i nic więcej z siebie
pan nie wydusi, to nie zrobimy kroku naprzód w naszym śledztwie.
- Ale co wy możecie?! Zabito mi kota, wnuka, a teraz jeszcze żonę.
Mieliście trzy szanse, by zapobiec tym tragediom. Nie skorzystaliście z żadnej z nich. Dziwi się mi pan, że milczę? Straciłem wszystko!
- Postawmy sprawę jasno. Przed nami jest... - komisarz Broke zawiesił
na chwilę głos. - Przed nami jest czwarta szansa. Jeśli nie zacznie
pan z nami współpracować, to obawiam się, że za kilka dni może pan
dołączyć do grona swoich najbliższych.
- Słucham?! Pan mi grozi, panie komisarzu?
- Nie. Raczej, jak by to powiedzieć... dobrze radzę.
- A skąd pan wie, że te trzy morderstwa były ze sobą powiązane? Kot i wnuk co prawda mieli wypalone przesłanie, o czym panu już wspomniałem,
ale co z żoną?
- Właśnie do tego chciałem dojść... Otóż pańska żona na prawym obojczyku
miała wypalony znak w kształcie cyfr X V I I I. Niedawno dostałem
protokół z oględzin... Wie pan, co to może znaczyć?
- Ech... - westchnął podłamany starzec. - To może znaczyć tyle, że mamy
wspólny mianownik. Kot miał wypaloną liczbę osiemnaście, pisaną cyframi
arabskimi - "18". Wnuczek miał wypalone osiemnaście kropek, a symbol
"XVIII" to nic innego jak osiemnaście zapisane cyframi rzymskimi.
- Brawo! Ma pan tę samą wiedzę co ja.
- Super! Czyli powinienem się w zasadzie cieszyć, tak?! - rzekł
ironicznie starzec, nie mogąc opanować wewnętrznej goryczy.
- Tak między nami, panie Dawis... Albo zaczniemy współpracować, albo
efektów tej współpracy nie będzie. Chcę panu pomóc.
- Pomóc, powiada pan?! Tak samo, jak pomógł mi pan przy poprzednich
trzech ofiarach? Ani kot, ani wnuk, ani tym bardziej żona nie żyją. I to
się raczej nie zmieni, prawda?
Komisarz przecząco pokiwał głową.
Starzec przeszedł do ataku. Nie wytrzymał. Czuł się tak bezsilny, że
nerwy owładnęły go w mgnieniu oka, co rzadko mu się zdarzało...
- Nie widzę sensu, byśmy kontynuowali naszą rozmowę, panie komisarzu.
Jeśli nie ma pan do mnie więcej pytań, to chętnie już sobie pójdę. Jak
pan się domyśla, nie jestem teraz w nastroju ani na wspominki, ani na
rozmyślania.
- Panie Dawis, powiem bez ogródek. Jeśli nie chce pan współpracować,
to śmiem twierdzić, że to pan zabił te wszystkie osoby. Zatem w związku
z podejrzeniem popełnienia morderstwa będę musiał pana zamknąć w areszcie. Może wtedy, zupełnie przypadkiem, okaże się, że ma pan lepszą
pamięć, niż się tego spodziewa.
- Czy pan do reszty zwariował? Dziewięćdziesięciolatka chce pan
zamykać?! Na Boga!
- No, wie pan... Chyba nie będę miał innego wyjścia... - komisarz
czuł, że ryba powoli połknęła haczyk.
- No dobrze - starzec westchnął głęboko. - Zrobimy tak. Ja postaram
się odpowiedzieć na pana pytania, a pan puści mnie wolno, i to jeszcze
dziś. W porządku?!
Dalszego obrotu sprawy nikt się nie spodziewał. Ani starzec, ani
komisarz nie sądzili, że kolejne wydarzenia tak zmienią ich życie...
***
- Podsumowując. - Komisarz wyraźnie zbity z tonu, podrapał się po
resztce swoich włosów i kontynuował. - Zajmuje się pan ściganiem
rodzin zbiegłych nazistów, tak?
- Zgadza się.
- W trakcie wojny posiadał pan dokumenty na nazwisko Dawis, ale także
podawał, że nazywa się Hitler?
- To prawda.
- Pozwoli pan, że się upewnię. - Ton głosu komisarza znacznie się
zmienił. Pewność siebie i nuta arogancji zniknęły. Zamiast tego można
było wyczuć lekkie przerażenie i niedowierzanie. - Pańskie
wcześniejsze nazwisko to Hitler, choć nigdy nie miał pan go w papierach,
ponieważ pańska matka nie... - Tu komisarz postawił pauzę, bo miał
problem z wypowiedzeniem kolejnych słów... - Ponieważ pańska matka nie
sformalizowała tego związku?
- Owszem.
- Proszę wybaczyć, ale muszę o to zapytać. Czy pan ma coś wspólnego,
hm, jak by o to zapytać... Czy ma pan coś wspólnego z Adolfem Hitlerem?
Starzec wybuchł śmiechem.
- Mam - krótko odpowiedział Alojzy. - Ale o tym może innym razem...
Najpierw chciałbym, byśmy wyjaśnili, co wspólnego z moją rodziną ma
liczba osiemnaście, która znalazła się na ciałach wszystkich ofiar...
- Niech pan nie myśli, że nic w sprawie nie zrobiłem. Ta liczba nie
dawała mi spokoju. Dlatego już wcześniej pogrzebałem co nieco w Internecie. I chyba już wiem. Tym bardziej że pan miał na nazwisko
Hitler. Mianowicie liczba osiemnaście jest zaliczana do symboliki
nazistowskiej. Jeden oznacza pierwszą literę alfabetu, czyli...
- "A"!
- To prawda - odpowiedział dumny jak paw komisarz Broke.
- A ósma litera alfabetu to "H". Czyli osiemnastka oznacza "AH" -
inicjały Adolfa Hitlera... - wydedukował na głos starzec.
- Ma pan rację.
- Gorszej informacji otrzymać nie mogłem.
- Co chce pan przez to powiedzieć?
- To pewnie oznacza, że neonaziści powrócili. Wygląda na to, że zabijają
kolejne bliskie mi osoby, dając jasny sygnał, bym zaprzestał
działalności i przestał poszukiwać rodzin zbiegłych nazistów. Mam dać im
spokój. Widocznie został już na mnie wydany ostateczny wyrok śmierci...
- Że jak, przepraszam bardzo? - komisarz Broke zaczął się w tym
wszystkim gubić...
- Tak jak panu wcześniej mówiłem, na co dzień zajmuję się tropieniem
rodzin zbiegłych nazistów. Można powiedzieć, że poniekąd robię to w ramach wewnętrznego samooczyszczenia. Już kiedyś otrzymywałem sygnały,
by z tego zrezygnować. Jednak byłem uparty, a przestrogi czy nakazy w sprawie rezygnacji nie były tak dotkliwe jak ten. A teraz?
Starzec spojrzał na swoje zniszczone ręce i zaczął obgryzać paznokcie,
po czym kontynuował:
- Decyzja widocznie zapadła. W ciągu kilku dni może się pan
spodziewać, że znajdzie mnie pan martwego. Na czole będę miał pewnie
wypaloną osiemnastkę. Jedyne, czego nie jestem pewien, to forma. Może to
będzie osiemnaście swastyk, a może pójdą na łatwiznę i wybiorą dokładnie
tyle kropek. Jedno jest dla mnie pewne: moje dni najwyraźniej są
policzone.
Oczy policjanta były rozbiegane, a twarz stała się zupełnie blada,
wręcz przezroczysta. Mężczyzna nie miał w zwyczaju tracić opanowania.
Tym razem było jednak zupełnie inaczej. W swoim życiu zawodowym miał
wiele beznadziejnych przypadków, ale ten nawet się nie umywał do
wszystkich innych. Starzec o tym wszystkim mówił z taką pewnością
siebie, że nawet on, stary wyjadacz policyjnych sal przesłuchań, nie
miał większych wątpliwości co do tego, że przesłuchiwany mówi prawdę.
Pozostawało mu jedynie się domyślać, dlaczego po wojnie w ramach - jak
to sam określił - "samooczyszczenia" ścigał rodziny zbiegłych nazistów.
Co gorsza, komisarz niewiele mógł mu zaoferować. Opanował go wisielczy
humor. Miał już nawet zażartować, by nieco rozluźnić tę napiętą
atmosferę, że w tej sytuacji, cytując słowa piosenki Perfektu: "Niewiele
ci mogę dać". Ale to byłoby zbyt banalne, wręcz może prostackie...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki