Spowiedź Śmigłego - Sławomir Koper

Reflow text when sidebars are open.
Od Autora
Podczas jednego ze spotkań autorskich na Dolnym Śląsku podszedł do mnie sędziwy mężczyzna i bez żadnego wstępu powiedział:
- Mam przy sobie pewne dokumenty, które powinny pana zainteresować.
Niespecjalnie entuzjastycznie zgodziłem się na spotkanie w pobliskiej kawiarni. Dość często spotykałem się z podobnymi sytuacjami, a "ważne" dokumenty, które rozmówcy koniecznie chcieli mi pokazać, okazywały się najczęściej rodzinnymi pamiątkami o nikłej (delikatnie mówiąc) wartości historycznej.
Tym razem jednak błyskawicznie zmieniłem swoje nastawienie. Bowiem gdy usiedliśmy przy stoliku, mężczyzna poinformował mnie:
- Jestem w posiadaniu pamiętnika Juliana Piaseckiego.
Doskonale znałem to nazwisko. Julian Piasecki był przed wojną wiceministrem komunikacji w kilku gabinetach rządowych (łącznie z ostatnim pod prezesurą generała Sławoja Składkowskiego), a podczas wojny współzałożycielem konspiracyjnego Obozu Polski Walczącej. Zginął w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego, a jego organizacja nie odegrała większej roli w dziejach polskiego podziemia, jednak początkowo miała stanowić zaplecze polityczne dla marszałka Śmigłego-Rydza po jego powrocie z internowania.
Rozmówca zauważył zmianę wyrazu mojej twarzy i wyjął z teczki brulion. Przez chwilę myślałem, że zapiski Piaseckiego dotyczyły okresu sprzed wybuchu wojny, ale po przejrzeniu pierwszych stron dosłownie osłupiałem. Dotyczyły one bowiem pobytu marszałka Śmigłego w Warszawie tuż przed jego śmiercią. Co więcej, nie był to właściwie pamiętnik, ale, jakbyśmy to dzisiaj określili - rodzaj wywiadu-rzeki ze Śmigłym. Patrzyłem na staranne kaligraficzne pismo Piaseckiego, na wyblakłe strony zapisane ołówkiem kopiowym i pomyślałem, że to właśnie jest ta chwila, o jakiej zawsze marzą historycy. Kapitalny materiał źródłowy dotychczas nieznany badaczom, relacja z pierwszej ręki o wydarzeniach, które do dzisiaj wzbudzają gwałtowne spory wśród naukowców.
- Mogę zadać niedyskretne pytanie? - Starałem się zachować spokój.
- Proszę bardzo.
- Jeżeli mogę oczywiście... - Czułem lekkie skrępowanie. - W jaki sposób pan wszedł w posiadanie tego dokumentu?
- Żadna tajemnica - odparł. - Znalazł go mój brat podczas odbudowy Warszawy. Był znacznie starszy ode mnie i trafił do Służby Polsce. Jednych wysyłali do Nowej Huty, innych na Śląsk, a jego do Warszawy...
- Mojego ojca wysłali do Nowej Huty - mruknąłem.
- ...i podczas odgruzowywania Śródmieścia - kontynuował niezrażony - znalazł zalutowaną puszkę. Myślał, że będą w niej dolary albo kosztowności, ale były tylko dwa bruliony.
- Mówi pan o dwóch brulionach? - zapytałem podekscytowany.
- Tak - potwierdził. - Proszę, oto drugi.
Nerwowo chwyciłem zeszyt. Otworzył się na ostatnich stronach. Opisywano tam wydarzenia, które zaszły już po śmierci Śmigłego.
- Czy pan wie - zawołałem - jak ważne są te dokumenty?!
- Wiem - odparł mój rozmówca ze spokojem. - Mój brat wprawdzie nie zdawał sobie sprawy z ich wagi historycznej, ale gdy wyczytał nazwisko Śmigłego, to postanowił zabrać je do domu. Potem przekazał je mnie, gdyż byłem znacznie lepiej od niego wykształcony. Po ich przeczytaniu postanowiłem, że jak zmieni się sytuacja polityczna, to zrobię z nich użytek.
- I tyle lat pan milczał? - zapytałem. - PRL upadł przecież ponad ćwierć wieku temu, a Śmigły ponownie powraca na należne sobie miejsce w historii.
Mój rozmówca chwilę milczał, po czym westchnął i rzekł:
- Panie Sławomirze, ja nie zamierzałem tego nikomu sprzedawać. Zapewne na jakiejś aukcji dostałbym za te bruliony sporą kwotę, ale po co? Emeryturę na szczęście mam w miarę godną, więc głodem nie przymieram. Żony już nie ma na tym świecie, a dzieciom dobrze się powodzi. Brat od dawna nie żyje, rodziny nie założył. Czekałem na historyka, któremu mógłbym powierzyć te materiały z czystym sumieniem. Jestem pańskim wiernym czytelnikiem. Od czasu lektury Życia prywatnego elit II Rzeczypospolitej, a już szczególnie Polskiego piekiełka, wiedziałem, że to pan jest tym człowiekiem. Dzisiejsze spotkanie jeszcze mnie w tym utwierdziło. Poza tym...
- Poza tym? - podjąłem.
- Poza tym pan tak pięknie pisał o Kresach i Lwowie, skąd pochodzili moi rodzice. Inaczej niż większość historyków, spokojnie, bez emocji, ale szczerze. To by się spodobało moim rodzicom. Dlatego właśnie panu postanowiłem przekazać te dokumenty.
Nie wierzyłem własnym uszom. Czyżby to miała być najważniejsza chwila mojego zawodowego życia?
- Pozwoli mi pan je sfotografować? - zapytałem.
- Nie - odparł. - Daję je panu. Wiem, że zrobi pan z nich dobry użytek. Ja i tak znam ich treść niemal na pamięć.
Położył mi rękę na ramieniu, wręczył oba bruliony, po czym uśmiechnął się i zapytał:
- Na spotkaniu powiedział pan, że na dzisiejszy wieczór ma pan pilną pracę do dokończenia?
- Tak - odparłem. - Ale wydawca będzie musiał poczekać. Są sprawy ważne i ważniejsze. Nie zasnę, dopóki tego nie przeczytam.
- Tak przypuszczałem. - Uśmiechnął się. - Czyli jest pan właściwym człowiekiem na właściwym miejscu.
Wstał i podał mi rękę. Najwyraźniej zamierzał zostawić mnie samego. Wiedział, że wręcz paliłem się do czytania.
- Proszę pana - zapytałem - czy będę mógł je opublikować?
- Po to panu je dałem. Niech pan zrobi z nimi to, co uważa za stosowne. Ostatecznie to pan jest historykiem.
Uśmiechnął się jeszcze raz i zostawił mnie z moim skarbem.
Całą noc czytałem rozmowy Piaseckiego ze Śmigłym. Były tam rewelacyjne informacje, zresztą nie tylko o ostatnich tygodniach życia marszałka. Nad ranem zapaliłem lampę nocną na stoliku, dodałem jeszcze światło z drugiej, którą zawsze wożę ze sobą, oraz górne oświetlenie. Następnie strona po stronie dwukrotnie sfotografowałem tekst. Nie mogłem sobie pozwolić na jego utratę w efekcie jakiegoś przypadkowego zbiegu okoliczności. Zdjęcia zapisałem na laptopie, a następnie na przenośnym twardym dysku.
Nieco później, przygotowując się do wydania rozmów Piaseckiego ze Śmigłym, wykonałem kilka ważnych zabiegów redakcyjnych. Unowocześniłem język i pisownię, przystosowując tekst do współczesnej polszczyzny. Uznałem, że być może straci nieco na autentyzmie, ale za to będzie bardziej zrozumiały dla dzisiejszego czytelnika. Nie tylko bowiem składnia czy interpunkcja uległy zmianom, ale także niektóre słowa nabrały innego znaczenia.
Zdecydowałem się również dodać na koniec relację generałowej Maxymowicz-Raczyńskiej o ostatnich dniach Śmigłego, a także dwa fragmenty z jednej z moich wcześniejszych książek. Tekst generałowej jest bowiem zgodny z ogólnie przyjętą wiedzą o ostatnich dniach marszałka i stanowi ciekawy kontrapunkt z zapiskami Piaseckiego. Natomiast fragmenty moich książek omawiają sprawy, o których nie wiedział Piasecki.
Przez chwilę zastanawiałem się, czy tych fragmentów nie napisać na nowo, ale uznałem to za marny pomysł. Po co przerabiać własny tekst? Lepiej dodać oryginalne fragmenty z zaznaczeniem, z jakiej pozycji pochodziły.
Wynik tych wszystkich zabiegów macie Państwo przed sobą.
Sławomir Koper
Prolog
Wtorek, 4 listopada 1941 roku
Pierwsza narada u marszałka w mieszkaniu generałowej Jadwigi Maxymowicz-Raczyńskiej zakończyła się około godziny osiemnastej. Jej uczestnicy w pewnych odstępach czasu opuszczali lokal przy ulicy Sandomierskiej 18, a konspiracji sprzyjał rozkład mieszkania naszej gospodyni. Śmigły zajmował dwa z czterech pokoi, miały one oddzielne wyjście na klatkę schodową. Dzięki temu nikt z domowników czy przypadkowych gości generałowej nie wiedział, kto odwiedzał Śmigłego. Osobiście też nie znałem czterech uczestników dzisiejszej narady, chociaż bez wątpienia byli oni zawodowymi oficerami. Widać to było w ich ruchach i zachowaniu, do tego ewidentnie źle czuli się w cywilnych ubraniach.
Śmigły zaproponował, bym opuścił mieszkanie jako ostatni, chciał ze mną jeszcze chwilę porozmawiać. Gdy zostaliśmy sami, poprosił generałową o dwie herbaty z sacharyną, po czym spojrzał na mnie swoim opanowanym wzrokiem. Odezwał się, dopiero gdy za służącą zamknęły się drzwi:
- Mam do pana bardzo nietypową prośbę.
- Tak, panie marszałku...?
- Chciałbym, by pan zarezerwował dla mnie kilkanaście najbliższych wieczorów, konkretne terminy będziemy ustalać z dnia na dzień.
- Co mam robić? - zapytałem.
- Pojawiać się u mnie o umówionej porze. I mieć ze sobą przybory do pisania, będzie pan bowiem dużo notował.
Nie ukrywałem zaskoczenia, Śmigły nie uchodził za specjalnego gawędziarza, a swoje rozkazy wydawał krótko i zwięźle. W konspiracji nigdy nie nadawał im formy pisemnej. Zawsze powtarzał, że w czasach wielkiej wojny dowództwo Polskiej Organizacji Wojskowej tak postępowało i dobrze na tym wyszło.
- To osobista prośba - przerwał moje rozmyślania marszałek. - Niemająca wiele wspólnego z naszą organizacją.
Tym razem wręcz osłupiałem. Od chwili powrotu Śmigłego do Warszawy żył on właściwie wyłącznie konspiracją, poza chwilami, gdy rysował lub malował. Ale nawet wówczas wydawało się, że myśli o sprawach dość odległych od ołówka czy farb.
- Nie rozumiem, panie marszałku...
- Chciałbym, by pan spisał moje wspomnienia. Pomyślałem, że co wieczór będziemy sobie tutaj siadali i będę panu opowiadał o swoim życiu. Szczerze, bez ukrywania niczego. Od chwili urodzin do dziś.
- Ale dlaczego? Skąd taki pomysł?
- Przed panem nie będę ukrywać. Nosiłem się z tym zamiarem już podczas internowania w Rumunii i potem, gdy przebywałem na Węgrzech. Łącznie było to ponad dwa lata, miałem zatem czas, by spokojnie wiele spraw przemyśleć.
- Fakt - przerwałem - internowany pan został pod koniec września 1939 roku, a do kraju ruszył z Węgier 25 października 1941 roku.
- No właśnie, widzę, że doskonale się pan do tej roli nadaje.
- Panie marszałku, ale skąd pomysł na takie rozmowy?
- Może pan to określić jako spowiedź życia. - Uśmiechnął się blado. - Mam swoje powody, by zrobić coś takiego.
- To znaczy?
- Jak pan wie, chociaż byłem jedną z najważniejszych osób w państwie, tak naprawdę to niewiele o mnie wiadomo. Z pewnych względów o wielu rzeczach nie wspominałem, nie chciałem też, by inni o tym mówili.
Faktycznie tak było, oficjalna biografia Śmigłego zaczynała się od czasów I Brygady.
- Ale to drobiazg w porównaniu z innymi sprawami - kontynuował marszałek. - Inne tematy są ważniejsze.
Właściwie wiedziałem, co mój rozmówca miał na myśli. Trudno było się nie domyślać.
- Jeszcze w Rumunii i na Węgrzech - tłumaczył Śmigły - pisałem trochę na ten temat. Chciałem wyjaśnić moim wrogom, a także społeczeństwu, swój punkt widzenia na ostatnie lata przed wojną, a potem moje postępowanie we wrześniu.
- Rozumiem, że uznał pan, że wreszcie nadeszła pora, by odpowiedzieć na ataki przeciwników politycznych?
- Nie myślałem, by się bronić - sprostował Śmigły - chciałem tylko przedstawić swój punkt widzenia. Nawet w najbardziej stronniczym sądzie oskarżony ma prawo przedstawić swoje racje. Jak pan doskonale wie, klęska wrześniowa spowodowała ogromny wybuch nienawiści do całego obozu rządzącego, a szczególnie do mnie. Zarzucano nam najrozmaitsze rzeczy, z nieudolnością i zdradą na czele.
- Nie powinien pan tym tak bardzo się przejmować - odparłem. - Wiadomo że każda przegrana wojna kończy się w ten sposób. Poszukiwaniem winnych klęski.
- Doskonale to rozumiem - przytaknął marszałek. - Wiem również, że szok dlatego okazał się tak wielki, gdyż wcześniej nasza propaganda twierdziła, że jesteśmy znakomicie przygotowani do wojny. Praktycznie niezwyciężeni. Do znudzenia przypominano moje wyrwane z kontekstu słowa o nieoddawaniu guzika do munduru czy hasło, że jesteśmy silni, zwarci i gotowi. Ale tego wymagał interes państwa. Przecież nie mogliśmy powiedzieć wprost, że nie mamy z Niemcami szans i wojnę możemy wygrać tylko w koalicji z Francją i Anglią.
- Rzeczywiście - przyznałem. - Byłaby to katastrofa wizerunkowa, która oznaczałaby upadek ducha nie tylko w społeczeństwie, ale także w armii.
- A morale i chęć do walki to podstawa. Bez tego nie można nawet zaczynać wojny.
- Ale kreowany był pan na zbawcę Ojczyzny. Z perspektywy czasu obróciło się to przeciwko panu.
- Ktoś musiał zastąpić Piłsudskiego. - Wzruszył ramionami. - Nie można było tylko opłakiwać zmarłego Komendanta i zastanawiać się, co dalej będzie. Wysunięto zatem mnie jako jego następcę w armii. Ale do tego jeszcze wrócę.
- Jaki byłby cel dyktowania wspomnień?
- Chcę przedstawić swój punkt widzenia na to, co się wydarzyło w ostatnich latach. Ale żeby to zrobić, muszę opowiedzieć właściwie wszystko o swoim życiu.
Doskonale rozumiałem Śmigłego. Po klęsce wrześniowej spłynęła na niego fala nienawiści, był chyba bardziej znienawidzony niż Mościcki, Beck i Składkowski razem wzięci. Uosabiał wielkie nadzieje i ambicje, które nagle prysły. Wiedziałem też, że Sikorski i jego ludzie planowali postawienie marszałka przed sądem jako jednego z głównych winowajców klęski. Nikt z obozu sanacyjnego ze Śmigłym na czele nie miał dotychczas szans na obronę, zatem jego rozmowy ze mną miały odegrać taką rolę. A na pewno pomóc marszałkowi uporać się z własnymi demonami.
- Ale dlaczego - zapytałem - nie poczeka pan, by samemu wszystko wyjaśnić? Przecież wojna kiedyś się skończy.
- A czy pan wie, ile będzie trwała? - odpowiedział marszałek pytaniem na pytanie. - I co się jeszcze zdarzy? Jaki los nas czeka? Jak będzie wyglądała Polska i Europa po jej zakończeniu? Nie jestem już młodzieniaszkiem, obecnie żyję w okupowanej przez Niemców Warszawie, a ludzie Sikorskiego chętnie by się mnie pozbyli. Nie brakuje też innych organizacji, czy to ze skrajnej prawicy, czy z lewicy, które nie pałają do mnie miłością. Zatem niewykluczone, że te rozmowy z panem będą także rodzajem mojego testamentu politycznego.
Brzmiało to wszystko bardzo poważnie, ale Śmigły miał rację. Przyszłość była nieodgadniona, a Warszawa - jednym z najniebezpieczniejszych miejsc na świecie. Ale miałem jeszcze jedno pytanie. O podstawowym znaczeniu.
- Nie wiem, co będzie jutro, za tydzień, za miesiąc - dodał Śmigły. - Jeżeli wojna się skończy, a mnie już nie będzie, proszę te nasze zapiski ogłosić.
Skinąłem głową, mój rozmówca mógł na mnie liczyć.
- Panie marszałku, ale dlaczego wybrał pan mnie?
Śmigły patrzył na mnie przez dłuższą chwilę w milczeniu, potem westchnął i rozłożył ręce:
- A kogo miałem wybrać? Pochodzi pan z tego samego obozu politycznego. Był pan w Legionach i POW, był pan członkiem kolejnych gabinetów rządowych i pełnił odpowiedzialną funkcję w Obozie Zjednoczenia Narodowego. Poza tym poznałem pana jako człowieka inteligentnego i dociekliwego, a do tego potrafi pan zadawać pytania i pisać. Wybór jest zatem oczywisty.
Pokiwałem głową, być może faktycznie najlepiej nadawałem się do tej roboty. Moje związki z kołami rządowymi poza lojalnością gwarantowały także, że będę wiedział, co Śmigły chciał powiedzieć, gdy użyje jakiegoś skrótu myślowego. Ale miałem jeszcze jedną wątpliwość.
- Panie marszałku - zacząłem - ja z armią rozstałem się osiem lat temu. Poza tym byłem saperem. Czy nie lepiej, by przynajmniej o sprawach militarnych rozmawiał pan z zawodowym wojskowym?
- Nic z tego. - Śmigły się roześmiał. - Chociaż faktycznie od lat jest pan cywilem, to jednak nie zapomniał pan słownictwa wojskowego. Poza tym pańska osoba daje gwarancję, że nasza rozmowa nie będzie przypominała pogawędki dwóch zawodowych oficerów. To ma być zrozumiałe dla laika. A poza tym...
- Poza tym?
- To polecenie służbowe, panie majorze. I na tym możemy skończyć tę dyskusję. Jutro proszę być około osiemnastej i startujemy.
Skinąłem głową, sprawa już zaczynała mnie pasjonować...
Rozdział 1
Brzeżany i Kraków
Środa, 5 listopada 1941 roku
Wszedłem do pokoju marszałka chwilę po wyjściu gości. Siedział na fotelu, czekając na mnie, nie wyglądał na specjalnie zmęczonego. Do godziny policyjnej było jeszcze blisko cztery godziny, rozpoczynała się o dwudziestej trzeciej, dlatego wcześniej umówiłem się z generałową Maxymowicz-Raczyńską, że da mi znać odpowiednio wcześniej, bym mógł bezpiecznie dotrzeć do swojego mieszkania.
Marszałek ożywił się na mój widok, a bardziej jeszcze na widok ołówka kopiowego i brulionu, które przyniosłem ze sobą. Wskazał mi miejsce na drugim fotelu i zapytał:
- Możemy zaczynać?
- Tak - odparłem. - O co mogę pytać?
- O wszystko. - Uśmiechnął się. - W razie czego po prostu dłużej się zastanowię, zanim odpowiem. Nie mam nic do ukrycia.
Rozłożyłem brulion na kolanach, zwilżyłem ołówek i zaproponowałem:
- To w takim wypadku zaczniemy zgodnie z datami. Od młodości w Brzeżanach.
- Nie ma problemu - odpowiedział Śmigły. - Proszę pytać.
- Panie marszałku. - Nabrałem tchu. - Kiedyś pan powiedział, że najważniejsze są czyny człowieka, a nie jego przodkowie.
- I potwierdzam to też dzisiaj. - Pokiwał głową w zamyśleniu. - Ale domyśla się pan, dlaczego tak powiedziałem?
- Na swój sposób tak - przyznałem. - Nigdy nie chciał pan mówić o swoim pochodzeniu, ale krążyły na ten temat najróżniejsze pogłoski.
Na chwilę przerwaliśmy, gdyż rozległo się pukanie, po czym do pokoju weszła służąca generałowej. Postawiła na stoliku dwie filiżanki z herbatą i zniknęła.
Brzeżany w czasach młodości Śmigłego
- Pogłoski. - Mój rozmówca się zamyślił. - Często bywa w nich sporo prawdy, ale w moim przypadku - niekoniecznie. Mówiono, że pochodzę z zubożałej szlachty galicyjskiej, inni twierdzili, iż mam chłopski rodowód. Byli też tacy, którzy przysięgali, że jestem synem czeskiego czy ukraińskiego żandarma i Ukrainki. W wymyślaniu takich historii szczególnie celowali moi wrogowie.
Zapadła chwila milczenia. Śmigły w zamyśleniu popijał herbatę.
- A zatem jaka jest prawda? - odważyłem się zapytać.
- Sprawa jest prosta - wyjaśnił marszałek. - Jestem nieślubnym dzieckiem. Dotychczas to ukrywałem, może nawet nie tyle ukrywałem, co uważałem, że nie ma potrzeby się do tego przyznawać. Dlatego gdy kilka lat przed wojną w Brzeżanach pojawił się kapitan Librewski, który zbierał informacje do mojej biografii, uznałem, że muszę interweniować.
- Dlaczego, panie marszałku?
- Cóż, po śmierci Komendanta Piłsudskiego uznano, że to ja mam być nową legendą dla narodu. Postanowiono napisać moją wspaniałą biografię. Z punktu widzenia propagandy pomysł całkiem niezły, ale podjęty za moimi plecami. Librewski wydobył moją metrykę urodzenia, zażądałem więc, by mi ją oddał. Obiecał pod oficerskim słowem honoru, że nie powie nikomu, co tam wyczytał.
Milczałem. Faktycznie, o pochodzeniu Śmigłego krążyły różne opinie. Im kto miał gorszy do niego stosunek, tym bardziej był zajadły. Twierdzono nawet, że próbowano odmłodzić marszałka o kilkanaście miesięcy, by wykazać, że jego rodzice pobrali się dopiero po jego urodzeniu.
- To wszystko wyglądało inaczej - przerwał mi rozmyślania Śmigły. - Zgadza się tylko fakt, że moją matką była Maria Babiak urodzona w Brzeżanach, córka listonosza. A nazwiska prawdziwego ojca nigdy nie poznałem.
- Ale przecież Tomasz Rydz, podoficer 4. Pułku Ułanów, poślubił pana matkę i uznał pana za swojego syna.
- Tak - potwierdził Śmigły. - Gdy brali ślub, był już ciężko chory na gruźlicę i zaraz potem zmarł. Dlatego kilka lat temu rozpuszczano plotki, że kochał moją matkę wcześniej i ja byłem owocem tej miłości. A nie mogli się pobrać z powodów finansowych i dopiero jego awans na plutonowego umożliwił im ślub. To wszystko nieprawda.
Nie przerywałem marszałkowi, widziałem, że nie było mu łatwo o tym opowiadać. Ale skoro wybrał mnie na swojego powiernika i chciał, by jego wyznania przetrwały, widocznie był zdecydowany mówić wszystko.
- Matka obiecała mi - kontynuował Śmigły - że poznam prawdę, gdy będę starszy. Nie doczekałem tego, zmarła na gruźlicę, gdy miałem dziesięć lat. Wychowywali mnie jej rodzice, dziadek nie chciał w ogóle o tych sprawach rozmawiać, natomiast babka czasami wracała do tematu, szczególnie jak sobie wypiła. To była dobra kobieta, ale czasami alkohol brał nad nią górę. Wtedy nazywała matkę ladacznicą, a ja nie chciałem tego słuchać i uciekałem z domu.
Marszałek zamilkł, by po chwili podjąć na nowo:
- Ważne jest to, co sam ustaliłem. Ochrzczono mnie jedenaście miesięcy po urodzeniu, a jak pan wie, było to raczej niespotykane. Zapisano: "ojciec nieznany". Prawdopodobnie katolik, bo ochrzczono mnie w kościele, chociaż rodzina matki była greckokatolicka. Potem trafił się ciężko chory Tomasz Rydz i zgodził się poślubić moją mamę, a mnie uznać za syna. Nie wiem, czy dziadek mu zapłacił, czy może - wiedząc, że długo już nie pożyje - chciał pomóc matce. A była ona piękną dziewczyną, może to Rydzowi imponowało. I tak zacząłem nosić jego nazwisko.
- Nigdy nie kontaktował się pan z jego rodziną?
- A po co? - Śmigły westchnął. - Poza nazwiskiem nic nas nie łączyło. Nawet go nie pamiętałem. Ani ja, ani matka nigdy nie byliśmy na jego grobie. Zmarł na gruźlicę we Lwowie, a pochowano go w Chodaczkowie pod Tarnopolem. Tam przeniosła się jego rodzina z tarnowskiego.
- A potem? Pierwsze wspomnienia z dzieciństwa?
Śmigły tak długo milczał, że zastanawiałem się, czy w ogóle dzisiaj już nie zakończy rozmowy. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby nawet zrezygnował z pomysłu, żebym notował jego wyznania. Ale wreszcie się odezwał:
- Matka ciągle chorowała, gruźlica zbierała wówczas obfite żniwo. Mimo to starała mi się zapewnić utrzymanie, sprzątała w zamożnych domach, dostawała też symboliczną rentę. Często w nocy płakała, pewnie nieraz dawano jej do zrozumienia, że jej przeszłość i nieślubne dziecko to obciążenie. Długo się nie męczyła, odeszła w wieku dwudziestu dziewięciu lat.
- Chodził pan już wówczas do szkoły?
- Tak. I śmierć matki była dla mnie tak ciężkim przeżyciem, że powtarzałem pierwszą klasę gimnazjum. Wzięli mnie na wychowanie dziadkowie, ale oboje często się kłócili. Babka w gniewie nazywała mnie bękartem, dziadek jej za to urządzał awantury. To był bardzo dobry człowiek. Chociaż miał już swoje lata, pracował jako stróż, by zapewnić rodzinie jak najlepszy byt. Kiedy zmarł, zostałem sam z babką. Ale nie chcę o niej mówić. Było, minęło.
Marszałek nagle się uśmiechnął, oczy mu zabłysły.
- Potem okazało się, że jednak Bóg ma wobec mnie inne plany i nie skończę jako robotnik rolny gdzieś we wschodniej Galicji. Zadecydowali o tym profesorowie z gimnazjum w Brzeżanach, a jeszcze bardziej rodzina mojego kolegi z klasy, Edmunda Uranowicza.
- Pomogli panu?
- Tadeusz Uranowicz, ojciec mojego kolegi z klasy, był zamożnym lekarzem. Potrzebował korepetytora dla syna, a ja, mimo że zimowałem w pierwszej klasie, to jednak uczyłem się dobrze. Niebawem staliśmy się nierozłączni z jego synem. Przeprowadziłem się do niego od babki i tylko czasami ją odwiedzałem. Doktor wystarał mi się nawet o stypendium od rady miejskiej.
- Dzięki Uranowiczom skończył pan szkołę?
Śmigły dalej się uśmiechał. Pokręcił głową, ale to, co powiedział, wcale nie było zaprzeczeniem.
- Tutaj chodziło o coś więcej. Trafiłem do inteligenckiego domu, miałem codzienny kontakt z ludźmi wykształconymi. Korzystałem z ich księgozbioru, a jak pan wie, w Galicji wtedy można było wydawać wszystko po polsku. Poznałem Mickiewicza i Słowackiego, ale także Sienkiewicza. O, to było dla mnie prawdziwe odkrycie. Gdyby nie Trylogia, pewnie nie zostałbym zawodowym żołnierzem.
Edward Rydz - zdjęcie z pierwszych lat nauki w gimnazjum
Marszałek na chwilę się zamyślił, potem powiedział całkiem spokojnie:
- Doktor Uranowicz okazywał mi tyle serca, że czasami zastanawiałem się, czy to nie on jest moim naturalnym ojcem. Ale to już bez znaczenia... Ważne, że dzięki niemu i jego żonie pojawiła się moja kolejna pasja.
- Malarstwo?
Marszałek spojrzał w kąt pokoju, gdzie leżały blok rysunkowy, ołówki i kredki.
- Tak. - Uśmiechnął się. - Obaj z Edmundem dostaliśmy w prezencie ekwipunek początkujących malarzy. Tylko że on nie miał zamiłowania, a ja od tej pory prawie nie rozstawałem się z ołówkami. A potem z farbami. Portretowałem Edmunda wiele razy, cierpliwie pozował, lubiłem też szkicować krajobrazy znad Złotej Lipy, przepływającej przez Brzeżany. A na lekcjach rysowałem karykatury kolegów. Podobały im się.
- A przyozdobienie kościoła ormiańskiego w Brzeżanach? - zaryzykowałem.
- O, to była głośna sprawa. Już jako student Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie dostałem pierwsze zlecenie. Wizerunek Matki Boskiej na fronton cerkwi. Nie chciałem wykonać czegoś zwyczajnego, tym bardziej że moją modelką była dziewczyna, w której się wówczas kochałem, Wanda Wiechmanówna. Faktycznie, może poniosło mnie wówczas uczucie i moja Matka Boska bardzo odbiegała od oczekiwań władz kościelnych. Honorarium mi wypłacono, ale fronton zamalowano i później ktoś namalował nowy wizerunek. Szkoda.
- Nie tylko Uranowicze wpłynęli na pańską przyszłość. Także pani Widmanowa.
- Widzę, że przygotował się pan do naszej rozmowy. - Śmigły się roześmiał. - To była kobieta o złotym sercu, choć bardzo oryginalna, nie wszyscy ją lubili. To ona uparła się, że po maturze powinienem studiować malarstwo w Krakowie. I postawiła na swoim. Finansowała mi studia razem z Uranowiczami, poza tym dostałem po raz kolejny stypendium od władz Brzeżan.
- Chodziło mi raczej o proroctwo Widmanowej.
- O, to faktycznie dziwna sprawa. Pani Michalina zawsze twierdziła, że potrafi zobaczyć przyszłość. Wiele osób w Brzeżanach wierzyło w jej zdolności do prorokowania. Pewnego razu na śniadaniu wielkanocnym u państwa Borzykowskich pani Widmanowa, nie zwracając uwagi na otoczenie, wpadła w trans. Zaczęła przepowiadać przyszłość, powiedziała, że widzi wielką wojnę, bardzo krwawą, a potem odrodzone Wojsko Polskie. A na jego czele miał jechać wielki generał i dowódca Edward Rydz.
- Nie wspomniała o pana przydomku legionowym?
- Nie. - Marszałek się roześmiał. - Tak daleko jej zdolności nie sięgały.
- Jak na to proroctwo zareagowali obecni?
- Raczej bez entuzjazmu. - Śmigły pokiwał głową. - Polska jeszcze nie istniała, a ja zapowiadałem się raczej na malarza niż generała. Zachowanie Widmanowej uznano za atak histerii, a także za poważny nietakt. Atmosfera zrobiła się ciężka, a sama pani Michalina nie pamiętała później, co wieszczyła.
Edward Rydz w młodości
Były Wódz Naczelny polskiej armii odchylił się do tyłu i w zamyśleniu patrzył w kierunku swoich przyborów malarskich.
- Pewnie gdybym nie pojechał na studia do Krakowa - zauważył - całe moje życie wyglądałoby inaczej.
Zamyślił się na dłuższą chwilę, po czym zaczął wolno mówić, uśmiechając się, najwyraźniej wspominał najpiękniejsze lata swojego życia.
- Kraków w tamtych czasach miał swoją atmosferę - rozpoczął. - Dla mnie, przybysza z małych Brzeżan, to było coś nieprawdopodobnego. Premiery teatralne dwa razy w miesiącu, czasami nawet co tydzień. Dyskusje w kawiarniach, "Zielony Balonik", o którym opowiadano na mieście niestworzone historie. Nie miałem zbyt wiele pieniędzy, ale starałem się zobaczyć i przeżyć jak najwięcej.
- Jak pana przyjęto w Akademii?
- Normalnie, zresztą nie tylko ja przyjechałem na studia z prowincji. Miałem też szczęście do profesorów. Na pierwszym roku studiowałem pod kierunkiem Leona Wyczółkowskiego, na drugim u Teodora Axentowicza. Ale najważniejsza dla mnie okazała się podróż na zachód Europy. Każdy początkujący malarz powinien taką odbyć.
- Poszukać własnej drogi artystycznej?
- Tak. - Śmigły skinął głową. - Pojechałem tam bodajże w 1907 roku, zwiedzałem muzea i galerie, chłonąłem wielką sztukę, zadawałem sobie pytanie, co chcę osiągnąć. Większość czasu spędziłem w Monachium, Norymberdze i Wiedniu, wtedy też odszedłem od bezkrytycznego uwielbienia dla Cézanne'a i zaczął mi się podobać naturalizm. Dlatego też poświęciłem się tematyce polskiej, malowałem sceny z powstania styczniowego oraz pejzaże z Kresów.
- W Krakowie zetknął się pan z komendantem Piłsudskim?
- Początkowo z jego podwładnymi. Nie miałem takiego szczęścia jak Walery Sławek, który niemal od początku znalazł się pod skrzydłami Komendanta. Piłsudski był już legendą, opowiadano o nim wielkie rzeczy.
- Przystąpił pan do Związku Walki Czynnej...
- Była to nowo założona tajna grupa. Przy niej powołano legalne organizacje strzeleckie, to one miały stać się oczkiem w głowie Piłsudskiego. Komendant planował, że będą kadrą dla przyszłej armii polskiej. A ja, student malarstwa, nagle odnalazłem swe powołanie wśród karabinów i komend wojskowych. Poczułem, że to jest to, o czym zawsze marzyłem. Walczyć z bronią w ręku o wolną Polskę...
Śmigły wstał nagle z fotela i wyprostował się. Pomimo swoich pięćdziesięciu pięciu lat cały czas zachowywał sylwetkę zawodowego oficera. Nawet stojąc obok fotela, był prosty jak struna.
- Nie, żebym specjalnie uwielbiał musztrę. - Uśmiechnął się. - Ale rozumiałem, że w każdej armii świata musi panować dyscyplina. Szczególnie, gdy nadchodzi wojna.
Marszałek zrobił kilka kroków po pokoju, po czym ponownie usiadł. Spojrzał na mnie spokojnym wzrokiem i znów zaczął wspominać:
- Przerwałem studia, by odbyć obowiązkową roczną służbę wojskową. Przeczucie nie myliło mnie, dobrze się czułem w armii. Wprawdzie było to wojsko austriackie, ale wiedziałem, że niebawem włożę polski mundur.
Autoportret z czasów studenckich
- Słyszałem, że zaproponowano panu, by został pan zawodowym oficerem?
- Tak. Ale zawodowym oficerem mógłbym zostać tylko w wolnej Polsce. Wysłano mnie zatem do rezerwy w stopniu sierżanta-podchorążego. Jednak wojsko tak mi zawróciło w głowie, że postanowiłem zmienić kierunek studiów. Malarstwo wydawało mi się zbyt pięknoduchowskie w momencie, gdy wszyscy spodziewali się wojny. Przeniosłem się na wydział filozoficzny, jednak po roku sztuka zwyciężyła. Jak miało się zresztą wkrótce okazać, w Legionach znalazło się wielu malarzy.
- Studia nie przeszkadzały panu w działalności u boku Komendanta?
- Nie, wiedziałem już, że zawsze będę uwielbiał malować, ale moim powołaniem stała się armia. A od pierwszego spotkania z Piłsudskim poczułem się jego żołnierzem.
- Jaki był wtedy Piłsudski?
- Był człowiekiem, za którego każdy z jego podwładnych dałby się tysiąc razy zabić. Miał niezwykły wzrok, wydawało się, że widział myśli człowieka, na którego patrzył. Mówił niewiele i zawsze tylko ważne rzeczy. Przez długi czas nie widziałem, by w ogóle się uśmiechał. Wszyscy go kochaliśmy i jednocześnie baliśmy się go. Inaczej było z Kazimierzem Sosnkowskim. On był "szefem", człowiekiem, który wypełniał polecenia Komendanta i miał z nami większy kontakt. Bardzo był zresztą lubiany.
- Pan też nie uchodził za specjalnie rozmownego.
- A teraz mówię i mówię. - Śmigły się roześmiał. - Może muszę odreagować wiele lat małomówności? Zresztą Piłsudski wyżej cenił czyny niż słowa i wpajał nam te cechy.
Pokiwałem głową, właściwie wszyscy tak mówili o Komendancie. Patrzyłem na mojego rozmówcę i czekałem, by powiedział coś więcej o latach przed wybuchem wielkiej wojny. Wiedziałem, że w tym kierunku zmierza i nie pomyliłem się.
Student malarstwa Edward Rydz przy sztalugach
- Zorganizowałem oddział Związku Strzeleckiego w Brzeżanach - odezwał się marszałek. - Zostałem jego komendantem, a potem szefem kursu strzeleckiego w Krakowie. Potem było stanowisko komendanta Związku Strzeleckiego we Lwowie. Ukończyłem niższy i wyższy kurs oficerski, a z rąk Piłsudskiego dostałem słynny Parasol1. Dobrze się czułem wśród ludzi ze Związku Strzeleckiego. Więc choć gdy szliśmy czy wracaliśmy z ćwiczeń, na ulicach Lwowa trochę się z nas śmiano, to my wiedzieliśmy, że niebawem staniemy się prawdziwymi żołnierzami. I mieliśmy rację.
Elitarna odznaka absolwentów oficerskich kursów strzeleckich. [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki