DZIEJE GRZECHU, CZYLI PO CO (LUDZIOM) PŁEĆ
Do dzisiaj nie wiadomo, dlaczego około dwóch miliardów lat temu doszło
na Ziemi do podziału na samce i samice. Ewolucyjnie, z punktu widzenia
realizacji najważniejszego zadania, czyli przedłużenia gatunku i rozprzestrzenienia wyłącznie swoich genów, miało to wówczas same wady.
Prawdę mówiąc, było czymś zupełnie niedorzecznym. Rozmnażanie bowiem to
przecież - spoglądając na to logicznie - powielanie. Tak jak robią to
bakterie. Z jednej powstają dwie, potem z tej pary cztery i tak dalej. W każdym nowym pokoleniu bakterii jest ich dwa razy więcej i na dodatek
dokładnie klonują one materiał genetyczny (pojedynczego i bezpłciowego),
nazwijmy to, rodzica. W przypadku prokreacji płciowej, kiedy w akcie
poczęcia bierze udział samica i samiec, jest zupełnie na odwrót. Z więcej robi się mniej, z dwóch komórek tworzy się jedna, a na dodatek
wpuszczamy do niej cudze, obce geny, które mogą przecież zdominować
nasze. Towarzyszy temu także utrata energii, czasu i czujności, co można
było wówczas, ale także i dzisiaj, przypłacić życiem. Koncepcja, że w ten sposób wybieramy wprawdzie cudze, ale lepsze od naszych geny, także
upadła. Rodzice nigdy nie mają pewności, że to akurat te lepsze, od
samicy lub od samca, zostaną przekazane. Czy nie lepiej być samolubnym i pozostać przy swoich? Sprawdzonych?
Amerykański biolog ewolucyjny, George Christopher Williams, w latach
sześćdziesiątych dwudziestego wieku faktycznie wykazał, że nasze
samolubstwo byłoby uzasadnione, ponieważ ma derywatę genetyczną. Geny są
samolubne. Interesującą i bestsellerową, co jest nadzwyczaj rzadkie w przypadku literatury popularnonaukowej, książkę na ten temat napisał w 1976 roku skandalista Richard Dawkins1. Aby przetrwał dany
gatunek, geny jego osobników muszą podlegać zmienności, by bronić ich
przed wszechobecnymi patogenami, czyli wirusami, bakteriami, grzybami.
Muszą cały czas modyfikować ich system obronny przeciwko nowym wrogom.
Biec co sił, aby zostać w tym samym miejscu - tak jak to Czerwona
Królowa tłumaczy Alicji w książce Lewisa Carrolla Po drugiej stronie
lustra. Wszystko to jednak nie uzasadnia podziału na płcie sprzed około
dwóch miliardów lat. Wtedy patogenów jeszcze po prostu nie było...
Ten podział na płcie nie był wówczas jeszcze początkiem dziejów grzechu.
Samice i samce przez bardzo długi czas rozmnażały się bezkontaktowo.
Samice składały jaja, samce zapładniały ikrę, a zarodki rozwijały się w środowisku zewnętrznym. Był to bowiem czas, kiedy życie toczyło się
jedynie w wodach oceanu. Dopiero około 375 milionów lat temu, więc
bardzo długo po rozdzieleniu płci, w tak zwanym późnym dewonie, pojawiły
się pierwsze kręgowce, które kopulowały. Były to dawno wymarłe ryby
zwane plakodermami. Samolubne geny wytworzyły u samców narząd
kopulacyjny w postaci małego wyrostka na obręczy biodrowej, a u samicy
otwór, przez który nasienie dostawało się do jej ciała. Tak powstały
pierwsze genitalia. Skamieliny plakodermów pokazują, że samce oprócz
penisów miały wyjątkowo rozbudowane żuchwy, co mogłoby świadczyć, że
służyły one do chwytania samic i unieruchamiania ich w trakcie
kopulacji. Odkrycie paleontologów (w 2005 roku) dotyczące seksu
plakodermów było rodzajem naukowej sensacji, ponieważ to one są na samym
dole drabiny ewolucji: plakodermy, rekiny, ryby kościste, żaby,
dinozaury, ptaki, ssaki. Taka strategia rozrodcza to także wynik
samolubstwa genów: pozwalała przetrwać w dewonie, gdy morza roiły się od
drapieżników i żyworództwo dawało większe szanse na przetrwanie.
Mocna żuchwa samca plakodermy wskazywałaby na to, że od samego początku
ewolucji akt kopulacyjny nie był raczej czymś, o czym samica tej
prehistorycznej ryby marzyła. Jeśli ryby w ogóle marzą. Generalnie
kopulacja u prawie wszystkich gatunków jest dla samicy czymś
nieprzyjemnym. Gnana ewolucyjnym obowiązkiem poddaje się jej, ale raczej
nie czerpie z tego przyjemności. Trudno też stwierdzić, czy taką
przyjemność odczuwa samiec. Oglądając wyraz pyska kopulującego w zoo
goryla, można wywnioskować raczej coś wprost przeciwnego. Z bliskich
Homo sapiens prymatów jedynie Pan paniscus, czyli szympans
karłowaty, znany bardziej jako bonobo, wydaje się czerpać z seksu
przyjemność. Wykazuje wydłużony okres aktywności seksualnej oraz dużą
częstotliwość uprawiania seksu niereprodukcyjnego, co bardzo upodabnia
zachowania seksualne bonobo do zachowań ludzkich.
Druga płeć fascynuje gatunek Homo sapiens od dawna. I nie chodzi tutaj
o tak zwaną miłość dwóch heteroseksualnych osobników zaczynającą się tak
naprawdę od nieposkromionej ciekawości. Miłości w tym abstrakcyjnym
sensie nie stwierdzono nawet u bonobo. Tylko ludzie potrafią mówić i kochać. Ludziom chodzi o ciekawość jak najbardziej biologiczną. W odpowiedzi na pytanie w ankiecie firmy Durex z 2015 roku: "Czy
chciałabyś stać się mężczyzną, czy chciałbyś stać się kobietą i na jak
długo?" padły bardzo symptomatyczne odpowiedzi. Ponad 83 procent
mężczyzn (próba 3200 osób, wiek 25-49 lat) chciałoby "poczuć, jaka to
przyjemność mieć penisa w sobie". W podobnej próbie tylko niewiele ponad
42 procent kobiet pragnęłoby "doświadczyć, co czuje mężczyzna podczas
penetracji waginy".
Richard Dawkins, Samolubny gen, Wydawnictwo Prószyński i S-ka,
Warszawa 1996. [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki