Zamiast wstępu
Wielkanoc 2020, Wielki Piątek
To wielkie święto, w istocie niezwykły dzień. I wówczas, i teraz
najbardziej dramatyczny. Zadziwiające. Żyjemy w jednym z najbardziej
katolickich krajów na świecie, a jednak śmiem podejrzewać, że tylko
znikomy procent społeczeństwa zdaje sobie sprawę, co to za dzień. Tu u nas, w Polsce, normalny dzień pracy, zwykle mocno zabiegany, bo przecież
zawsze jest coś do zrobienia w ramach ostatnich przygotowań do świąt. A teraz jeszcze bardziej niezwykły, dziwny, nieznany, bo w czasach
pandemii i tego cholernego koronawirusa.
W Nowej Zelandii nauczyłem się, że to wielkie święto. Big Friday -
Wielki Piątek! Dzień ukrzyżowania, droga krzyżowa uświęcona krwią
przelaną za nas wszystkich. Dzień wolny od pracy, dzień zadumy,
rodzinnych spotkań, modlitw i czuwania - po prostu znaczące święto.
W związku z tym właśnie dopadało mnie głębokie uczucie podświadomego
strachu. Dziś szczególnie. Myślałem, że będę szczęściarzem do końca, ale
miało tak nie być. Zwykle myślimy, że całe życie jest jeszcze przed
nami. Trwamy w przekonaniu, że jest go wciąż dużo, więc wybiegamy w przyszłość. Szczególnie wtedy, gdy człowiek jest zapracowany. Nie ma
czasu na myśli ostateczne, o śmiertelnych okolicznościach, które nas
przecież dotyczą - idziemy po prostu do przodu.
Aż nagle przychodzi nieprzewidziany moment, dostajesz wiadomość i czas
się zmienia. Nie ma myślenia do przodu, jest tylko teraz. Okazuje się,
że zaczynasz świadomie odkrywać, co cię czeka w najbliższej przyszłości.
Jest ona wyznaczana wizytami lekarskimi, pobytami w szpitalach, a przede
wszystkim badaniami. Czy mam pisać jakimi? Chyba nie, to można
przeczytać wszędzie.
Dlaczego właśnie dzisiaj to mnie dopadło, nie wiem. Może dlatego, że
wytworzyła się niespotykana energia, że to jakiś niesamowity dzień,
splot wielu okoliczności i zdarzeń, tych dawnych i tych dzisiejszych.
Dzień pełen myśli, które się cisną do głowy, kiedy nie wychodzimy z domu, a ja miałem w tej kwestii podwójny zakaz. Bo dotyczyło mnie
podwójne zagrożenie. Czas nabrał niezwykłego znaczenia.
Kilka dni wcześniej zadzwonił telefon i lekarz dyżurny Luxmedu
poinformował mnie, że w związku z nieoczywistym odczytem wyniku
histopatologii w ciągu najbliższych dni jestem proszony o wizytę u chirurga onkologa. Chwilę potem zadzwoniła sekretarka i potwierdziła
wizytę za trzy dni. Trochę się zaniepokoiłem, bo koronawirus był już
dosłownie wszędzie. Obostrzenia, szczególnie dla seniorów, stawały się
coraz poważniejsze, a tu nagle wizyta. Nie zważałem na to jednak, bo
było parę ważniejszych spraw, jak choćby projekt stowarzyszenia i niezwykłego festiwalu klimatycznego, który chcieliśmy powołać do życia.
W przeddzień wizyty ponownie zadzwonił telefon z Luxmedu, by mnie
poinformować, że ze względu na koronawirusa wizyta jest odwołana, ale
konsultacja lekarska odbędzie się telefonicznie. O godzinie wyznaczonej
na teleporadę zadzwonił ktoś z moich znajomych, więc pojawiła się obawa,
czy lekarzowi uda się ze mną skontaktować. Dodzwonił się jednak i zaczął
od pytania:
- Czy pan zna wynik histopatologii narośli na plecach wyciętej kilka
tygodni temu?
- Nie - odpowiedziałem.
- Bardzo mi przykro - kontynuował - ale według rozpoznania ma pan
czerniaka.
W pierwszej chwili mnie zatkało. Pamiętałem, jak mniej więcej
trzydzieści lat wcześniej taką wiadomość usłyszała moja teściowa Klara.
Wtedy był to wyrok. Oblał mnie zimny pot.
- Napiszę panu skierowanie do ursynowskiego Instytutu Onkologii. Są tam
specjaliści i z pewnością będzie pan pod dobrą opieką. Proszę odebrać
skierowanie osobiście jutro rano z recepcji. Życzę powodzenia.
Dzisiaj myślę, że był to nieprzypadkowy, niezwykły splot zdarzeń.
Covid, który praktycznie paraliżował nasze życie, a już z całą
pewnością zbliżające się święta, Wielki Piątek - symbol najwyższej
ofiary z życia, zepchnięty na dalszy plan w imię świątecznych
przygotowań, a także dziesiąta rocznica katastrofy smoleńskiej, symbol
narodowej tragedii obchodzony teraz samotnie. I wreszcie mój czerniak.
Nieźle. Ten splot był śmiertelny, widziałem go jako dzień umierania.
Pamięć przywołała natychmiast Modlitwę umierania, która towarzyszyła
odchodzeniu mojej mamy:
Kiedy jestem przy Tobie,
Dotykam Twojego ciała,
A Ty odchodzisz i zamierasz na moich oczach.
Wstrząsa mną rozpacz, że to nieuniknione.
Kiedy jestem przy Tobie,
A Ciebie już przy mnie nie ma,
Wypełnia mnie drżeniem całego serca
Wielka Modlitwa Umierania.
Ona jest dla Ciebie:
Moja modlitwa pożegnania,
Moja modlitwa pamiętania,
Moja modlitwa milczenia,
Moja modlitwa skupienia,
Moja modlitwa rozliczenia,
Moja modlitwa wybaczenia,
Moja modlitwa pocieszenia.
Ale wiem, że to jest teraz:
Twoja modlitwa uniesienia,
Twoja modlitwa uwielbienia,
Twoja modlitwa dziękczynienia,
Twoja modlitwa zjednoczenia,
Twoja modlitwa spełnienia,
Twoja modlitwa przemijania.
Nasza modlitwa wiecznego życia,
Wiecznego kochania.
Wielka Sobota - zawieszenie w próżni
Nie da się od niego oderwać, mimo wszelkich wysiłków. Ten podświadomy
niepokój jest obecny wszędzie, ale przede wszystkim w rozmowach
rodzinnych, a także telefonicznych i esemesowych z przyjaciółmi. Co
chwilę pytania o koronawirusa, o to i owo, ale zawsze zmierzające do
kwestii onkologicznych. Wynika z tych słów, że czerniak jest wyleczalny.
Rady różnego typu, serdeczne, z najlepszymi intencjami, a choć nie
zawsze przydatne, z pewnością podnoszące na duchu. Dramatyczne
okoliczności sprzyjają celnym uwagom, odważnym ocenom i ciekawym
spostrzeżeniom. Czujesz, że są niezwykle życzliwe i ciepłe, jak
prawdziwa przyjaźń. Wrogowie raczej nie dzwonią.
W tamtym momencie nabrałem niezwykłego dystansu do wszystkiego wokół. Ku
swojemu zaskoczeniu odczułem też pewnego rodzaju ulgę, bo objawiło się
konkretne odniesienie. Dotąd było czymś abstrakcyjnym, idealistycznym i ulotnym, ale z dnia na dzień stało się konkretne i niezwykle
rzeczywiste. Zakończyłem gonitwę. Czas dla mnie nabrał nowego wymiaru.
Wyrównał się, skoncentrował na tu i teraz, na każdej chwili. Ale
jednocześnie stał się czasem podsumowania, które cofało do przeszłości,
przypominając ważne chwile. Nie zawsze te piękne, ale z jakiegoś powodu
pamiętne.
Wielka Niedziela - Dzień Zmartwychwstania
Uwięzieni w radości odrodzonego życia.
Takich Świąt Wielkanocnych nigdy nie było. Jako istoty stadne i pragnące
wolności w izolacji społecznej cierpimy, bo nie lubimy zamknięcia i klatek. Ratuje nas technologia, ale spróbujmy sobie wyobrazić, że
jesteśmy jej pozbawieni. Przypomina mi się natychmiast stan wojenny. Tam
technologii nie było. Za to w krótkim czasie przyszło na świat dużo
dzieci. A więc nawet w ciężkich chwilach może być radośnie. Nie
poddajemy się, działamy, modlimy się, łączymy, żyjemy.
- Godzina dziennie, panie Jacku - tak namawiał mnie Wiesław Myśliwski do
pisania.
- Postaram się, mistrzu - odpowiadałem.
Okazało się, że to nie takie proste. Zaczynałem kilkukrotnie i tak
naprawdę pisałem te swoje wspomnienia już od kilku lat, choć oczywiście
głównie w głowie. Nadszedł czas, by zacząć je przelewać na papier i zapewne w internetową chmurę. Nie przypuszczałem, że w takich
okolicznościach, że tak późno, po tylu latach. Choć z drugiej strony
drzewo genealogiczne moich rodów sięga z ojcowskiej strony do
siedemnastowiecznej Hiszpanii, a ze strony matki do dziewiętnastego
stulecia we Lwowie. Co zatem znaczy ten czas?
Do rzeczy jednak. Przede wszystkim pragnę teraz wyznać miłość.
Miłość do rocka wywodzącego się z bluesa i soulu, miłość do jazzu i muzyki boskich geniuszy, klasycznej i współczesnej, ponadczasowej,
harmoniczno-kosmicznej; miłość do moich przyjaciół, muzyków i fanów
prawdziwej sztuki.
Walter Chełstowski, czujny kreator i stary cynik, zawsze powtarzał, że
jestem niepoprawnym optymistą i wizjonerem. Cóż, urodziłem się w domu
pełnym muzyki, wychowałem w atmosferze nieskrępowanej artystycznej
wolności i nieposkromionego patriotycznego ducha. To moja perspektywa.
Neil Finn, wspaniały muzyk i kompozytor z zespołu Crowded House,
powiedział mi i moim podopiecznym na pokazowej sesji w studiu OMAC w nowozelandzkim Auckland, że muzykę należy tworzyć z miłością, a zadawać
się tylko z tymi, którzy ją kochają.
I to jest prawie cała historia. Prawie, bo jest coś jednak do dodania...
Początek lat sześćdziesiątych związany był z okresem moich muzycznych
narodzin. Załapałem się, jak większość moich rówieśników, na powiew
nowej fali z Wysp Brytyjskich: The Beatles, The Rolling Stones,
Yardbirds, John Mayall, Animals, Kinks, Hollies i inni. Ale wiedzieliśmy
też, że za oceanem są: Elvis Presley, Chubby Checker, Ottis Redding,
James Brown czy Ray Charles.
Rockowy chrzest przeszedłem na koncertach w Sali Kongresowej, słuchając
na żywo między innymi London Beats - pierwszej angielskiej
rockandrollowej kapeli w Warszawie - Helen Shapiro, która zaśpiewała
wówczas Twist and Shout The Beatles, oraz jednego z pierwszych
wielkich koncertów Czesława Niemena.
Urodziłem się na Śląsku w Zabrzu, w rodzinie o silnych i głębokich
muzycznych korzeniach. Prababka Helena Ottawowa była wspaniałą
pianistką, twórczynią szkoły muzycznej i profesor lwowskiego
konserwatorium. Jej córka, a moja babka Zofia Rogalska, również
ukończyła konserwatorium. Matka była śpiewaczką Filharmonii Narodowej, a ojciec, choć z zawodu architekt, był wielkim melomanem i znawcą muzyki
klasycznej. Cała rodzina w taki czy inny sposób była lub jest związana z muzyką poważną, a także tą mniej poważną.
O atmosferze naszego rodzinnego domu, w którym wychowałem się wraz z dwiema siostrami, Zosią - z legendarnej Trójki - i Niną, skrzypaczką,
panią profesor w Meksyku, niech świadczy cytat z artykułu o mojej mamie
pióra Magdaleny Bajer: "Z akademickiego wątku rodzinnej tradycji zostało
poczucie powinności pedagogicznych oraz świadomość, że takie dziedzictwo
zobowiązuje do pielęgnowania podstawowych cnót, jak uczciwość,
pracowitość, odwaga, mądrość pomnażana upartym trudem".
Jeszcze więcej mówią fragmenty listu napisanego do mojej mamy przez
naszego kuzyna Ryszarda Jańca, mieszkającego na stałe we Włoszech.
Nawet sobie Ciocia nie wyobraża, ile razy wracam pamięcią do spotkań,
najczęściej imieninowych, na Kazimierza, które odbywały się u Cioci w domu. Byłem jednym z młodszych uczestników tych wspaniałych "zebrań",
ale jaka to była frajda. Nina i Jacek dla "nieletniego" mieli zawsze to
minimum zainteresowania i serdeczności, które zacierały wszelką granicę
wieku. Zresztą reszta towarzystwa też. Te wszystkie wspomnienia
przychodzą do mnie, gdy będąc poza Polską przewracam kartki kalendarza,
patrząc na solenizantów. [...] Znajdzie się data, imię i pamięć
wywołuje obrazy. Przepisowe, wspaniałe towarzycho. Gówniane czasy
siermiężnego dodupizmu, który przywleczono ze wschodu. U Cioci, albo u Was, malutkie mieszkanko, postawione na załzawionym skrawku rozwalonej
Warszawy, skrawku gdzie fundamenty Waszego domu stanęły w zagruzowanym
krzyku getta. Dom zbudowany przez budowniczych, jeśli dobrze pamiętam,
Pałacu Kultury. Pod spodem więc tragedia getta, u góry nowa "świetlana
przyszłość" [...] i nawet pamiętam jakiś kacapski telewizor o maleńkim
ekranie. Na tamte czasy i mieszkanie było nadzwyczajnością, i kacapski
telewizor rarytasem. I na tym tle z Ciocią, jako Fenomenalną Panią Domu,
to niezwykłe towarzycho! Niedobitki kresowe, lwowskie, warszawskie,
krakowskie, gettowe. Więksi i mniejsi. Niektórzy karierowicze nowej
ludowej rzeczywistości, inni przeżywający tę rzeczywistość z braku innej
możliwej. Jedna wódka, druga, trzecia i towarzycho się rozgrzewało.
Przystawki, risotto, wspaniały tort orzechowy. Smakołyki! I leciał z kąta w kąt dowcip inteligentnych ludzi z biglem, rozbrzmiewał zdrowy
śmiech. Małość mieszkania i mnogość gości sprawiały, że kontakt był
naskórkowy. Nie było można uciec w podgrupy. I był to chyba jedyny
"kolektyw" od Berlina Wschodniego do Władywostoku, który naprawdę
akceptowali wszyscy uczestnicy. Po piątej czy dziesiątej wódce -
zależało od głowy i ideologicznej wytrwałości pijącego - za oknem i drzwiami zostawała ludowa rzeczywistość i w tym gronie wszyscy byliśmy
sobą i "u siebie", bo u Cioci. Nawet piosenka Grzesiuka U Cioci na
imieninach nie oddaje tego, czym było spotkanie nas wszystkich u Cioci.
Grzesiuk to folklor mętów. A u Cioci byli ludzie nie z dołów, ale z górnej warstwy. [...] Ale Gwiazdą bezsporną była Ciocia, reszta była w tle. A wszystko razem, w lodowatym oceanie objęć socjalizmu stanowiło
wyspę szczęścia dla zebranych u Cioci. Gdyby kto, siedząc w Polsce owych
czasów, szukał na mapie takiej drugiej wyspy, to ze względu na
szerokość, z jaką nastąpiło rozlanie się najlepszego z ustrojów, jako
jedyną szansę miałby Japonię. Tak więc, mimo że dla Cioci reszta dni
roku niekoniecznie była wyspą łatwego szczęścia, to sama Ciocia dając
nam wszystkim możliwość spotkania się u niej darowała nam "lepszy czas"
pośród reszty dni, które były produktem kolejnych pięciolatek. Ja, gdy
się zadumam na świętego Kaźmierza, to myślę sobie o Cioci, o Was i o nas...
Pragnę przytoczyć też coś bardzo cennego i wzruszającego o mojej mamie
autorstwa Katarzyny Kryńskiej, jednej z naszych najmłodszych kuzynek,
urodzonej i mieszkającej w Anglii. To szkolne wypracowanie jest perełką
w naszym rodzinnym archiwum.
Jakie skarby kultury polskiej zabiorę w dorosłe życie i dlaczego?
Cała moja rodzina pochodzi z Polski. Rodzice oraz dziadkowie nie zawsze
jednak tam mieszkali. Wszyscy jednak, nawet Ci, którzy urodzili się już
w Anglii są Polakami i czują się Polakami.
Są różne powody osiedlenia poza Polską, na przykład studia zagraniczne
lub wojenna emigracja, i właśnie mój pradziadek należał do tej wojennej
emigracji. Moja rodzina walczyła zawsze w sprawach patriotycznych,
walczyli z wrogiem, który chciał odebrać polskie ziemie, kulturę oraz
narodowość polską.
Historia pamiątki mojej rodziny, która jest dla mnie największym skarbem
kultury polskiej i którą zabiorę w moje dorosłe życie, jest związana z ciocią mojej babci - to znaczy moją cioteczną prababcią. Nazywamy ją
Babcią Kazią.
Kazimiera Rogalska, gdy wybuchła druga wojna światowa, walczyła z okupantem. Należała do Armii Krajowej, była więziona, torturowana,
uciekła z transportu więźniów i ukrywała się. W 1944 roku walczyła w powstaniu warszawskim na Starym Mieście. Jej pseudonim był Kasia i walczyła na placu Teatralnym. Miała wtedy dwadzieścia trzy lata. Pod
koniec walk powstańcy już schodzili do kanałów, a Warszawa płonęła.
Wtedy Babcia Kazia zauważyła błysk w oknie jednego z palących się
budynków. Podbiegła do ruin domu, z którego została tylko jedna ściana i na parapecie zobaczyła figurkę Jezusa wyrzeźbioną w szkle. Błysk
wydawały płomienie, którymi był otoczony. Babcia Kazia złapała tę
figurkę, wrzuciła za bluzę przed zejściem do kanałów. Na szczęście udało
jej się uciec z płonącej Warszawy i chora na szkarlatynę dotarła do
rodziny w Krakowie. I dotarł z nią Chrystus z płonącej Warszawy.
Historia Chrystusa z płonącej Warszawy towarzyszy mojej rodzinie. Dla
mojej Babci Kazi była szczególnie ważna - była to jedyna rzecz, którą
wyniosła z płonącej Warszawy. Wszystko inne się zniszczyło. Babcia Kazia
nigdy się z figurką nie rozstawała. Gdy moja Babcia wyjeżdżała do Anglii
podarowała ją właśnie jej. Jest to nasz skarb kultury polskiej, skarb
rodzinny.
To był dom, w którym przeszedłem wszystkie stopnie muzycznego
wykształcenia, począwszy od podstawowej szkoły muzycznej na Miodowej.
Idąc do niej, przechodziłem koło Arsenału ulicą Długą, która w tamtych
czasach była jeszcze kompletnie zrujnowana. Bałem się tych ruin,
podobnie jak meneli, którzy wśród nich mieszkali. Potem ukończyłem
konserwatorium na Okólniku w Warszawie, wówczas Państwową Wyższą Szkołę
Muzyczną. Początkowo instrumentem, który pokochałem, był fortepian, ale
ten, z którym wiązałem nadzieje i przyszłość, była perkusja. Studiowałem
ją w średniej szkole muzycznej na Bonifraterskiej pod czujnym okiem
najlepszego pedagoga, jakim był profesor Mikołaj Stasiniewicz. To dzięki
niemu na trzecim roku grałem już dyplomowy repertuar. Czułem naturalny
puls, rytmiczne brzmienia, nieograniczone możliwości instrumentów
perkusyjnych - melodyjno-rytmicznego ksylofonu czy szlachetnego
wibrafonu, nie wspominając o talerzach, całym zestawie perkusyjnym i niesamowitych potężnych kotłach - i oczywiście lubiłem ćwiczyć i grać.
Niestety, w wyniku odmy prawego płuca moja kariera perkusisty musiała
się skończyć. Żałuję tego bardzo.
Postanowiłem zostać dziennikarzem muzycznym. Znając już doskonale
warszawskie środowisko, pisałem artykuły z koncertów i imprez
muzycznych. Terminowanie w radiu zaczynałem w Trójce, gdzie za
ówczesnymi gwiazdami stacji - Andrzejem Kormanem, Mateuszem Święcickim i Andrzejem Stankiewiczem - nosiłem taśmy, ucząc się radiowego warsztatu,
obycia z mikrofonem i profesjonalnego podejścia do redakcyjnych zadań. Z czasem zacząłem kreować i prowadzić własne audycje, ale to dopiero po
kilku latach i skończonych studiach.
W tamtych czasach wszyscy młodzi ludzie kochający muzykę doskonale
wiedzieli, że aby posłuchać dobrego jazzu, trzeba włączyć The Voice of
America i audycje Willisa Conovera, a fani rocka muszą wyszukać na
falach średnich Radio Luksemburg. Żyliśmy w kraju i rzeczywistości
politycznej, w których dostęp do tego rodzaju muzyki był właściwie
niemożliwy. Dopiero powstanie w 1962 roku radiowej Trójki, a nieco
wcześniej Rozgłośni Harcerskiej z legendarną i prekursorską audycją
Marka Gaszyńskiego i Witolda Pogranicznego 30 minut rytmu, uchyliły
nieco okno na muzyczny świat. Nie za bardzo wiedzieliśmy, co to dolar,
wolny rynek, demokracja. To był czas zamordyzmu i czapy, ostry czas
gomułkowski, który rozpoczął swoją agonię w marcu 1968, po krwawo
stłumionej demonstracji zorganizowanej przez studentów w obronie zdjętej
z afisza inscenizacji Dziadów Mickiewicza w reżyserii Kazimierza
Dejmka. Na Zachodzie do głosu dochodziła studencka rewolucja we Francji,
w całej Europie było niespokojnie.
W tym czasie u nas słowo "rock" było zakazane. Stanowiło synonim
zgniłego kapitalizmu. Etykietka "muzyki rockowej" oznaczała dla zespołów
zagrożenie i najczęściej skazywała na artystyczną banicję. Dopiero czasy
wczesnego Gierka, czyli szersze otwarcie na Zachód na początku lat
siedemdziesiątych, umożliwiły nam nieco dostęp do płyt i muzyki oraz
lepszego sprzętu, który zaczął pojawiać się w sklepach. Oczywiście nie w oryginalnych wydaniach, tylko poprzez czeskie czy węgierskie licencje i reedycje. Płyty na przykład kupowało się w Instytucie Kultury
Węgierskiej lub Czeskiej na Marszałkowskiej. Sam pamiętam, że nabyłem
wydane przez czeski "Supraphon" płyty naszych idoli: Jimiego Hendrixa i Deep Purple.
Mając szerokie kontakty w środowisku muzycznym, a głównie radiowym i jazzowym, doskonale znając muzyków i ludzi obracających się w tym
gronie, siłą rzeczy zacząłem w pewnej chwili organizować życie muzyczne
i artystyczne. Mocno związałem się ze wspaniałą grupą jazz-rockową
Laboratorium z Krakowa. Po pewnym czasie po prostu sami muzycy zaczęli
zgłaszać się do mnie z różnymi problemami, a ja starałem się, na ile to
było możliwe, pomagać w ich rozwiązywaniu. Głównie poprzez promocję w radiu, rekomendowanie nagrań, pomoc w realizacji płyt, pisanie artykułów
czy recenzji w prasie. Wyprodukowałem sporo nagrań i płyt, przez moje
ręce przeszło wielu artystów, a jednak moje nazwisko - z różnych
przyczyn, często prozaicznych - nie zawsze mogło znaleźć się na okładce.
Co innego jednak było istotne. Miałem wielkie szczęście, przywilej i przyjemność stykać się, pracować i współtworzyć wydarzenia z wielkimi i prawdziwymi artystami. Od samego początku.
Teatr mój wielki
Moje artystyczne życie zaczęło się wcześniej niż szkoła. Zaczęło się od
teatru u boku, a właściwie u stóp, wielkich polskich aktorów. Jak już
wspomniałem, moja mama była śpiewaczką. Po konserwatorium krakowskim
związała się z chórem Filharmonii Narodowej w Warszawie od początku jego
istnienia, czyli od lat pięćdziesiątych. Namówił ją i zaproponował pracę
profesor Zbigniew Soja. To wtedy przeprowadziliśmy się z Zabrza do
Warszawy. Właśnie powstawał Muranów, na którym wprowadziliśmy się do
nowego mieszkania przydzielonego służbowo mojemu ojcu. Ciekawe, że
rodzice wybrali do życia miejsce na ruinach getta warszawskiego. Czy
miało to znaczenie? Okazuje się, że tak. Całe życie będę pamiętać te
przerażające noce, gdy wysadzano resztki kamienic i fundamenty pod nowe
budynki, a złowrogi pomruk i echo wybuchów nie dawały spać. Obezwładniał
mnie strach, że zaraz wybuchnie również nasz blok. Tak jakby wojna
trwała nadal. A poza tym dość szybko dały znać o sobie pluskwy, których
były tam potworne ilości. Nie mogąc spać, obserwowałem ścieżki ich
wędrówek na ścianach.
Z młodszą siostrą chodziliśmy do pobliskiego przedszkola, ale zdarzało
się, że mama brała nas ze sobą na próby do filharmonii. Mama Kazimiera
miała niemal absolutny słuch, piękny mezzosopran i niezwykłą
muzykalność. Nie powinno zatem dziwić, że oprócz partii chóralnych
śpiewała także solowe, a ponadto brała udział w koncertach i nagraniach
poza filharmonią.
W ten sposób prowadzony za rączkę wylądowałem pewnego pięknego
wiosennego dnia w Teatrze Polskim na ulicy Karasia, gdzie mama brała
udział w spektaklu Polacy nie gęsi, swój język mają według Mikołaja
Reja. Byłem zaskoczony tą niezapowiedzianą wycieczką, ale też uradowany,
bo nagle dostałem szansę odkrywania magii prawdziwego teatru, jego
niezwykłych ludzi, aktorów, ale przede wszystkim kolorowych dekoracji,
zakamarków i tajemnic. Miałem sześć lat. To był inny i przede wszystkim
wielki tajemniczy świat, szczególnie biorąc pod uwagę mój wzrost -
wówczas jakieś sto piętnaście centymetrów. Wszystko to musiało na mnie
zadziałać. Bardzo lubiłem chodzić z mamą do teatru, ale nie zdarzało się
to niestety zbyt często.
Pewnego dnia, kiedy odbywała się kolejna próba z udziałem mamy, pan
Henryk - niezwykła postać, inspektor teatru, który przypominał mi swoją
posturą lalkarza Dżepetta, twórcę Pinokia - posadził mnie na swoich
wielkich kolanach. Czułem się jak na tronie. Miał gęstą siwiejącą
czuprynę i długą brodę, wielkie czarne i gęste brwi, sumiaste wąsy i czerwone policzki. Darzył mnie wielką sympatią i był dla mnie bardzo
dobry, ale przede wszystkim opowiadał mi historie o teatrze. Uwielbiałem
podczas tych opowieści bawić się jego brwiami. Owego dnia, ku mojemu
zaskoczeniu, patrząc na mnie z góry spod tych krzaczastych brwi, zapytał
mnie, czy chcę zostać aktorem i grać w teatrze. Jak myślicie, co mogłem
na to odpowiedzieć? Spodobało mi się! Oczywiście skinąłem głową i nawet
nie zastanawiałem się, co na to mama. A ona, kiedy stanęła w progu
garderoby, usłyszała od pana Henia:
- Kaziu, właśnie twój syn został zaangażowany w teatrze.
Rzecz jasna potraktowała to jako dobry żart - Jacuś, jej ukochany
sześcioletni synek aktorem w teatrze? Dobre sobie.
Szybko się jednak okazało, że pan Henio nie rzuca słów na wiatr.
Kolejnego dnia wylądowałem na próbie w Teatrze Kameralnym przy ulicy
Foksal - czyli tak zwanej małej scenie Teatru Polskiego - i stanąłem
przed Aleksandrem Bardinim, który był reżyserem przygotowywanego
premierowego spektaklu Juliusz i Ethel według dramatu Leona
Kruczkowskiego. Po krótkiej rozmowie Bardini zaakceptował mnie z zadowoleniem i przydzielił mi rolę młodszego syna Rosenbergów, Roberta,
bo byłem w tym samym wieku.
Dziś niewiele osób pamięta, że tytułowe małżeństwo Rosenbergów zostało
skazane w Stanach Zjednoczonych na krzesło elektryczne za szpiegostwo na
rzecz Związku Radzieckiego i zdradę tajemnic dotyczących bomby atomowej.
Niektórzy do dziś sądzą, że to wydarzenie zmieniło losy powojennego
świata, który stanął wobec zagrożenia atomowej zagłady.
Kruczkowski napisał o tym sztukę. Dramat rozgrywa się głównie w celi
więziennej i gabinecie prokuratora generalnego w ostatnich miesiącach
przed wykonaniem wyroku. Pamiętam prostą scenografię złożoną z samych
ścian i krat, czyli więzienie, i gabinet prokuratora - w kolorze
brązowym, z wielkim biurkiem, skórzanymi fotelami oraz kanapą i biblioteczną szafą w amerykańskim stylu na przeciwległej ścianie. Ale
oczywiście nie kojarzyłem za bardzo, o co naprawdę chodziło, wiedziałem
jedynie, że bodaj w drugim akcie mam razem z moim przyszywanym starszym
bratem Michaelem - grał go dwunastoletni Wojtek, którego przedtem nie
znałem - wejść do gabinetu i poprosić prokuratora o zgodę na widzenie z uwięzionymi rodzicami. Jeszcze bardziej nie miałem pojęcia, z jakimi
aktorami się stykałem na scenie i poza nią. Moją matkę, Ethel, grała
Halina Mikołajska, Juliusza Rosenberga Tadeusz Kondrat (ojciec Marka
Kondrata), a prokuratora - Aleksander Żabczyński. Ponadto na scenie
pojawiali się Tadeusz Surowa, Bronisław Pawlik i inni. Mistrzowie
aktorstwa, wielkie nazwiska w historii polskiego teatru i filmu.
Szybko stałem się ich ulubieńcem, dzięki czemu w każdej chwili mogłem
odwiedzać aktorskie garderoby i przypatrywać się godzinami sztuce
charakteryzacji. Przy okazji często bywając świadkiem wznoszenia toastów
z najróżniejszych powodów. A ile przy tym było zabawy. Szczególnie z Wujkiem Żabą, który nie mając własnych dzieci, obdarzył mnie szczególnym
uczuciem i często nosił na barana. Cudowne wspomnienia. Nawet dziś, gdy
już mam świadomość, ile znaczył dla polskiego kina Aleksander
Żabczyński, żołnierz II Korpusu i uczestnik bitwy o Monte Cassino. Na
jego uroczystym pogrzebie na cmentarzu Wojskowym w Warszawie, gdzie
żegnały go tłumy, szedłem dumny w pierwszym szeregu, niosąc aksamitną
poduszkę z Krzyżem Walecznych.
Z tą teatralną przygodą kojarzy mi się sporo dość nietypowych sytuacji,
po których nabierałem większej pewności siebie, odczuwając jakiś rodzaj
szacunku ze strony starszych. Wszystkiego się wtedy uczyłem.
Pamiętam, że każda próba zgodnie z życzeniem Bardiniego zaczynała się
ode mnie. Gdy wszystko było już gotowe, podchodziłem do niego blisko, by
się przywitać, a on z uśmiechem naciskał mój nos. Wtedy ja, jakby
naśladując dźwięk dzwonka, wydobywałem z siebie cienkim głosem coś w stylu przeciągłego "trrrrrrrrrrrrrrrrr". Robiłem to na tyle głośno, żeby
wszyscy na scenie i sali mnie słyszeli. To był znak, że zaczynamy próbę.
Zgodnie ze scenopisem i zaleceniami reżysera konwersację z prokuratorem
prowadził Michael, czyli Wojtek, a ja kręciłem się po gabinecie. Na
jednej z prób generalnych, kiedy znając już rolę, powoli przemierzałem
gabinet, asystentka prokuratora miała mnie zagadnąć i odwrócić uwagę od
głównej rozmowy. Miałem, nic nie mówiąc, odwrócić się w stronę brata.
Ale to mi nie odpowiadało i w sposób trochę niekontrolowany, po swojemu
zastopowałem ją, szarpnąłem się i odsuwając od niej, krzyknąłem z całą
powagą: "Proszę mi nie przeszkadzać!". Nastąpiła konsternacja. Tego nie
było w scenariuszu. Przerwano próbę, a wszyscy ze zdziwieniem patrzyli
na mnie. Zapadła cisza, a ja nie wiedziałem, jak mam zareagować. I nagle
z głębi sali usłyszeliśmy głos: "Zostawcie to, podoba mi się. Wpiszcie
to do scenariusza". To był głos samego Kruczkowskiego, który schowany w cieniu na widowni z uwagą obserwował próbę.
Ku uciesze mojej mamy poszła fama, że miałem swój udział w scenariuszu
Kruczkowskiego. Spektakl stał się wielkim wydarzeniem teatralnym i został uznany za sukces. Nazwiska i postaci Bardiniego, Kruczkowskiego,
Żabczyńskiego, Mikołajskiej, Kondrata zrobiły swoje. Ja wiedziałem i czułem jedynie niezwykłą serdeczność i opiekę ze strony wszystkich
aktorów i pracowników teatru, ale szczególnie podobało mi się, kiedy
czasami po specjalnym spektaklu i bankiecie odwożono mnie - niczym
wielką osobistość - samochodem służbowym, a niekiedy wręcz limuzyną do
domu na Muranowie.
Po paru tygodniach od premiery Juliusza i Ethel nadeszła kolejna
propozycja. Oczywiście na ręce mojej mamy. I tak pewnego dnia znalazłem
się deskach Teatru Polskiego przy ulicy Karasia. Odbywały się już próby
do wznowienia klasyki francuskiego teatru, czyli Cyda Pierre'a Corneille'a w przekładzie Stanisława Wyspiańskiego i w reżyserii Edmunda
Wiercińskiego, w gwiazdorskiej obsadzie z Niną Andrycz w roli Chimeny
oraz Jana Kreczmara, Czesława Kalinowskiego i Elżbiety Barszczewskiej.
Pamiętam reżysera Wiercińskiego jako bardzo surowego pana, którego
wszyscy się bali i musieli bezwarunkowo słuchać. Ale kiedy stanąłem
przed nim, po badawczym spojrzeniu i zadaniu kilku pytań - a ja już
przecież byłem doświadczonym aktorem i nie bałem się takich rozmów - z uśmiechem przyjął mnie do zespołu i powierzył rolę pazia Chimeny. Ta
rola była zupełnie inna niż wcześniejsza. To były kompletnie inne
przedstawienia. Inne epoki, a więc i stroje, zupełnie różne historie.
Tam byłem synem amerykańskiego małżeństwa, teraz stałem się paziem
wielkiej hiszpańskiej se?ory granej przez prawdziwą damę, jaką w codziennym życiu była Nina Andrycz. Bo trzeba wiedzieć, że była także
żoną Józefa Cyrankiewicza, ówczesnego premiera, postaci pierwszoplanowej
w życiu publicznym. Oczywiście nie zdawałem sobie kompletnie sprawy, że
otaczają mnie elity artystyczne i polityczne, czyli jak to się dzisiaj
mówi, ludzie z najwyższej półki. Dla mnie była to przede wszystkim
pewnego rodzaju zabawa, przygoda, a już na pewno odskocznia od domowej
dyscypliny i podwórkowego życia, w którym zresztą dość szybko okazałem
się małym królem. Wszyscy mi zazdrościli. Przyznaję, że wspaniale się
czułem w niezwykłym, pięknie skrojonym i dopasowanym hiszpańskim stroju
pazia z trójkątnym kapeluszem ozdobionym pióropuszem, pomponami na końcu
pantofli i lampasami, szczególnie kiedy widzowie klaskali na mój widok.
Najbardziej jednak lubiłem, kiedy limuzyna premiera Cyrankiewicza
przeznaczona do dyspozycji Niny Andrycz na jej prośbę odwoziła mnie po
spektaklu nocą do domu. Moja radość nie miała wtedy granic.
Tu - chronologicznie rzecz biorąc - należy się małe wyjaśnienie. Po
drodze zdałem wymagający egzamin wstępny i dostałem się do Podstawowej
Szkoły Muzycznej nr 1 przy ulicy Miodowej w klasie fortepianu profesora
Jana Wobożila. Miałem już status ucznia, a to ważne.
Pewnego dnia mama przyniosła niezwykłą wiadomość: Teatry Polski,
Kameralny i Narodowy mają zgodnie z decyzją władz w ramach
międzynarodowej wymiany wyruszyć na tournée po Związku Radzieckim.
Ponure i krwawe czasy stalinowskie skończyły się, nastąpiła odwilż i to
miał być pierwszy akt wymiany kulturalnej między naszymi krajami.
Tournée miało trwać dwa miesiące i siedem polskich spektakli
teatralnych z plejadą najwybitniejszych aktorów miało zagościć na
deskach teatrów w Moskwie, Leningradzie i Kijowie, w tym oczywiście
Juliusz i Ethel oraz Cyd. Niezwykła sprawa, niezwykła podróż. I kilka zasadniczych pytań typu: co z moją szkołą, co z filharmonią - bo
mama musiała jechać ze mną jako opiekunka i czuwać również nad Wojtkiem
- co z domem i moją młodszą siostrą Niną? Ale rodzicom udało się
wszystko załatwić. Ta podróż pozostawiła wyraźny ślad i wspominam ją
dość często, bo była dla mnie niezwykłą przygodą, ale też doświadczeniem
innego świata, do którego dzieci w moim wieku, szczególnie w tamtych
czasach, na pewno nie miały dostępu.
Na Dworcu Głównym przy ulicy Towarowej na tor przy reprezentacyjnym,
jedynym zadaszonym peronie podstawiono specjalny pociąg. Składał się
wyłącznie z wagonów sypialnych i restauracyjnych. Przez dwa miesiące
miał być naszym domem. Byłem niezwykle podekscytowany, latałem radośnie
po korytarzu, zaglądając do wszystkich przedziałów. Takim wagonem z przestronnymi przedziałami sypialnymi, na dodatek sąsiadującym z wagonem
restauracyjnym, w tak długą podróż nie jechałem nigdy. Na peronie
żegnały nas tłumy: rodziny, oficjele z Cyrankiewiczem na czele i oczywiście widzowie teatralni i fani ulubionych aktorów. Wszyscy machali
na pożegnanie. Okrzykom i wiwatom nie było końca. Moje szczęście było
bezgraniczne, tym bardziej że wyglądając przez okno, czułem, że tuż obok
jest mama, która przygotowywała już nasze łóżka do snu. Wyruszyliśmy w nocy.
Cała ta podróż była dla mnie od samego początku jedną wielką niewiadomą.
Otóż na przykład nurtowało mnie pytanie: jak to jest, że gdy pociąg
rusza z Dworca Głównego, to następnie zatrzymuje się na stacji Warszawa
Zachodnia i tam zmienia kierunek jazdy na przeciwny, czyli na wschodni?
Najbardziej jednak nie mogłem pojąć, że jedziemy przez tunel kolejowy,
który jest pod miastem.
Nagle zbudziłem się, spojrzałem przez okno i w świetle wielkich lamp ze
zdziwieniem zobaczyłem, że nad torami wisi wagon pasażerski podobny do
naszego. Nie wiedziałem, że radzieckie tory są szersze od naszych i europejskich. Wobec tego, by nie zmieniać wagonu, trzeba było wymienić
podwozia, aby rozstaw kół zgadzał się z szerokością torów. Po długim
przestawianiu wagonów w końcu i my zawiśliśmy w powietrzu, by usadowić
się na nowych elementach podwozia. Patrzyłem przez okno jak zaczarowany.
To wszystko działo się na granicy w Brześciu.
Niebawem ruszyliśmy dalej i po jakimś czasie znaleźliśmy się w Rosji -
nikt inaczej nie nazywał tego kraju. Czasami słyszałem, że to Sowieci,
ale nie wiedziałem dlaczego.
W pociągu spędzaliśmy całe dnie, ponieważ nie jechał zbyt szybko i dość
często się zatrzymywał na bocznicach. Jechał poza rozkładem i miał
status pociągu specjalnego. Dla mnie jednak takie życie nie było nudne.
Przede wszystkim rozrywką były posiłki w wagonie restauracyjnym. Każdy
miał swój stolik, na którym trzy razy dziennie lądowały bardzo dobrze
przyrządzone dania. Wszyscy po posiłku dostawali na deser owoce - to
wtedy polubiłem winogrona - a ja jeszcze dodatkowo czekoladę. Pamiętam
też, że całe życie towarzyskie było mocno zakrapiane i podróżni w świetnych nastrojach spotykali się głównie w wagonach restauracyjnych,
których było trzy albo cztery.
Ale ten jakby raj na kółkach i dobry nastrój zakłócały czasami
przesuwające się za oknem krajobrazy. To były lata pięćdziesiąte. Rosja
leczyła wojenne rany, ale ślady ruin i biedy były widoczne gołym okiem.
Miałem zwyczaj siedzieć przy oknie na korytarzu na schodkach, które w przedziale służyły do wdrapywania się na piętrowe łóżka. Godzinami
obserwowałem obrazki za oknem, a na postojach moją uwagę przykuwały
przemykające szybko pociągi osobowe i niezliczone towarowe, wciąż
przetaczane i podłączane.
Na jednej z bocznic zobaczyłem coś, co mną wstrząsnęło i zapamiętałem to
na całe życie. Między nami a sąsiednim pociągiem towarowym szedł
kilkunastoletni chłopak. Co mnie zdziwiło, boso, chociaż była jesień, a poza tym miał na sobie jakieś łachmany przepasane sznurkiem. Zmierzał w stronę dworca, który znajdował się za nami. Zrobił na mnie wrażenie, bo
szybko uświadomiłem sobie, że na pewno był biedny i głodny. Minął nasz
wagon i nie zauważył, że go obserwowałem. Zacząłem się zastanawiać, czy
mogę mu jakoś pomóc i dać trochę jedzenia. Przecież tyle go było w naszym pociągu. Kiedy się nad tym zastanawiałem, patrząc wciąż przez
okno, nagle zobaczyłem tego samego biednego chłopaka, jak idzie w naszym
kierunku. Kiedy się zbliżył, zauważyłem, że w dłoniach trzyma dużą
kromkę suchego chleba. Trzymał ją przed sobą i patrzył tak, jakby się do
niej modlił. Okna się nie otwierały, więc zacząłem walić pięściami w szybę, żeby zwrócić jego uwagę. Nie usłyszał mnie. Pobiegłem korytarzem
do przodu, by go wyprzedzić i jeszcze raz spróbować go zatrzymać. Chyba
usłyszał moje tłuczenie w szybę i okrzyki, bo spojrzał na mnie, ale się
nie zatrzymał. Tylko się do mnie uśmiechnął i poszedł dalej. To było już
na końcu wagonu, więc znalazłem się blisko drzwi. Chciałem je otworzyć,
krzyknąć, zatrzymać go i dać coś do jedzenia. Ale drzwi były
zaryglowane, a on zniknął między wagonami. Chciało mi się płakać,
pobiegłem do mamy, ale nic nie można było zrobić. Do dzisiaj nie mogę
tego zapomnieć.
Po każdym z etapów podróży pociągiem byliśmy odbierani z dworca przez
radziecką delegację i specjalnymi autobusami, tak zwanymi harmonijkami -
ponieważ miały wszystkie drzwi rozsuwane w harmonijkę, które zresztą
często się blokowały - dowożeni do hoteli. Były to hotele międzynarodowe
dla "inostrańców", zapewne lepiej wyposażone i wygodniejsze niż
przeciętne. Nasze życie w tamtym czasie toczyło się głównie w pociągu
albo w hotelach. Wieczorem odbywały się spektakle, potem były późne
powroty po zakrapianych bankietach czy kolacjach, więc na nic innego
oprócz chwili odpoczynku nie było czasu. Czasami jednak w wolne dni
organizowano nam wycieczki do specjalnie wybranych miejsc, pilotowane
przez gospodarzy. Zdarzało się też, że wychodziliśmy z mamą na spacer,
by zwiedzić okolice hotelu. I wtedy miały miejsce zaskakujące sytuacje.
Ilekroć wychodziliśmy w miasto, dokądkolwiek się ruszyliśmy, zawsze
wzbudzaliśmy zainteresowanie. I nie dlatego, że byliśmy popularni. Po
prostu wyglądaliśmy zupełnie inaczej. Pamiętam, że zdecydowana większość
przechodniów była ubrana w tak zwane waciaki i filcowe kamasze, czyli
walonki. I pośród tego pojawiała się nasza trójka ubrana w ładne,
kolorowe płaszczyki i śliczne skórzane buty, a mama na dodatek w pięknym
kapeluszu. Nic dziwnego, że się wyróżnialiśmy i stanowiliśmy obrazek z kompletnie innego świata. Pokazywali nas palcami, a ja się tego
wstydziłem. Kompletnie nie rozumiałem, dlaczego wzbudzamy taką sensację.
Radzieckie cyrki należały pod każdym względem do najlepszych na świecie.
Słynęły z tresury zwierząt, wspaniałych komików, a także gimnastyków i akrobatów. Wtedy tego jednak jeszcze nie wiedziałem. Aż do dnia, kiedy -
chyba to było w Moskwie - zostaliśmy zaproszeni z Wojtkiem i mamą do
cyrku. Od początku było wyjątkowo. Prowadzeni przez portiera ubranego w niezwykle bogaty i kolorowy mundur czy raczej uniform, dotarliśmy do
loży honorowej. Pod dachem wielkiego namiotu zawieszonego na
charakterystycznych przekątnych filarach był komplet publiczności i oczywiście wszystkie spojrzenia spoczęły na nas. Byliśmy gośćmi z zagranicy, zatem przeznaczono dla nas specjalne miejsca. Przeżyłem
wyjątkowe chwile. Przede wszystkim zanosiłem się od śmiechu podczas
gagów i ekwilibrystycznych wyczynów klaunów, których było kilku. Byli
fantastycznie, kolorowo i zabawnie ubrani, i wyczyniali naprawdę
niesamowite rzeczy. Wiele ich reakcji i zachowań było skierowanych w naszą stronę, ponieważ razem z mamą śmialiśmy się chyba najgłośniej.
Pokazy akrobatów na wielkich huśtawkach wysoko pod kopułą namiotu, gdzie
po kilku saltach łapali się w powietrzu, zapierały dech, a tresura
zabawnych piesków, małpek, a także koni, tygrysów, wielbłądów i słoni
zafascynowała mnie całkowicie. W życiu nie widziałem lepszego cyrku.
To były czasy, kiedy rewolucja październikowa była symbolem wielkiego
zwycięstwa komunizmu i radzieckiego społeczeństwa. Lenin był wszędzie. W Leningradzie pewnego dnia zorganizowano nam wycieczkę nad Newę, abyśmy
obejrzeli i zwiedzili słynny krążownik "Aurora". Podejrzewam, że dziś
niewielu młodych ludzi wie, jaką rolę odegrał ten okręt i jego armatnie
salwy. Na mnie wówczas zrobił ogromne wrażenie przede wszystkim swoim
rozmiarem i ogromną siłą, którą zobaczyłem w wielkich kominach,
nadbudówkach i armatach. To mnie przytłoczyło i praktycznie do dzisiaj
mam w głowie obraz tej stalowej potęgi, stojącej na betonowej podstawie
zanurzonej głęboko w rzece Newie. To miał być symbol rewolucji
październikowej "po wsze czasy". I stoi do dziś.
Pojechaliśmy także do Ermitażu. Bogactwo i piękno, którego w życiu nie
widziałem, pozostawiło niezatarte wspomnienia tamtych chwil. Bez
wątpienia są miejsca na świecie, które bez względu na wydarzenia
historyczne i systemy polityczne posiadają ponadczasową wartość
artystyczną i kulturową. A te wartości Rosjanie kultywowali wtedy
szczególnie.
Pochodziłem z bardzo muzycznego domu, dlatego szczególnie wrażliwy byłem
na muzykę. W Moskwie mieszkaliśmy w ogromnym hotelu, w którym okna
naszego apartamentu wychodziły na wielkie podwórze, które było w budowie. Stały tam baraki robotników, różnego typu maszyny budowlane i co kilka metrów koksowniki do ogrzania. W wolnych chwilach siadałem na
szerokim parapecie i obserwowałem, co tam się dzieje na dole. Zauważyłem
ciekawą rzecz, że ci robotnicy to w zdecydowanej większości kobiety.
Byłem tym zdziwiony, ale wówczas nie wiedziałem, że większość pracy i zawodów wykonywały kobiety, ponieważ mężczyźni albo zginęli podczas
wojny, albo służyli w wojsku. To był kraj, który żył w powojennym
reżimie wojskowym. A mnie dziwiło, że rzeczywiście wszędzie dookoła
widziałem głównie kobiety, w hotelu, na ulicach, w autobusach, w metrze,
w taksówkach. Gdy zapadał zmrok, robotnice skupiały się wokół
koksowników, siadały dookoła, wyciągały coś do jedzenia i picia, i oprócz rozmów zaczynały swoje śpiewy. Od tamtej pory pokochałem
rosyjskie dumki, pieśni cerkiewne i melodyjne piosenki. Wtedy usłyszałem
je po raz pierwszy i słyszę do dzisiaj. Podczas tych wieczorów
rozjaśnianych żarem koksowników na budowlanym dziedzińcu rozbrzmiewał
przepiękny żeński chór, który w nienaganny sposób wykonywał wielogłosowe
harmonijnie urzekające utwory. Siedziałem i słuchałem jak zaczarowany.
Cała ta radziecka podróż była dla mnie i naszej rodziny wielkim
sukcesem, głównie ekonomicznym. Wspomniałem już, że podczas podróży
pociągiem czy w hotelach byliśmy traktowani niezwykle gościnnie i wręcz
z przepychem. Myślę tu o posiłkach, do których szczególnie przy naszym
stole dodawano regularnie czekolady i papierosy. Większość była tym
usatysfakcjonowana, ponieważ to byli głównie palacze, choć do dziś nie
wiem, czy te radzieckie papierosy, wypełnione do połowy tytoniem z długim pustym ustnikiem, były dobre. Jednakże najbardziej zadowolona
była moja mama. My dwaj mali nie paliliśmy oczywiście papierosów, ale
paczki regularnie leżały na naszych stołach. Podobnie czekolady. Zapasy
jednego i drugiego rosły w naszych walizkach. Po dwumiesięcznej podróży
nazbierało się tego bardzo dużo, a ponieważ prezenty nie podlegały
kontroli celnej, wobec tego mama przywiozła do domu ogromny zapas
papierosów i czekolady. Pamiętam, że już w taksówce po serdecznym
przywitaniu na dworcu chwaliła się tym ojcu. Nam się nie przelewało, a papierosów i czekolady brakowało wszystkim, więc okazało się, że na
najbliższe miesiące te "prezenty" poważnie zasiliły domowy budżet.
Po powrocie do Warszawy wszystko wróciło do normalnego rytmu, a ja do
szkoły. Przy każdej okazji jednak, czy to w szkole, czy w domu, czy
podczas wizyt u przyjaciół, opowieściom o tej podróży nie było końca.
I ostatni akt mojej aktorskiej kariery - miałem być Królem Maciusiem
Pierwszym.
Jak to się stało, że wybitna reżyserka filmowa Wanda Jakubowska
zaprosiła mnie na spotkanie do swojego mieszkania na MDM-ie, dzisiejszym
placu Konstytucji, nie wiem. Prawdopodobnie nastąpiło to dzięki
rekomendacji Aleksandra Bardiniego. Faktem jest, że w słoneczny wiosenny
dzień znalazłem się w niedużym, pełnym książek mieszkaniu pani reżyser.
Poczęstowała mnie herbatą i ciasteczkami, a potem spytała, czy czytałem
książkę Janusza Korczaka Król Maciuś Pierwszy. Odpowiedziałem, że nie
czytałem. Pani Wanda, bo tak kazała się do siebie zwracać, opowiedziała
mi krótko o królu i jego dziecięcych rządach, a następnie dodała, że
właśnie na podstawie książki przygotowuje film. I przyszedłem do niej,
ponieważ szuka małego aktora, który by zagrał rolę Maciusia. Byłem
zdziwiony, ale też mile zaskoczony, ponieważ dobrze mówiła o moich
występach teatralnych i liczyła na to, że propozycja mi się spodoba.
Zrobiła też próbę moich możliwości aktorskich, zadając kilka scen do
zagrania. Wykonałem wszystko jak najlepiej i to bez większego napięcia.
Miałem już doświadczenie, jak by nie było. Czułem, że wszystko poszło
dobrze. Pani Wanda uśmiechnęła się i na pożegnanie powiedziała, że
byłbym bardzo dobrym Królem Maciusiem Pierwszym.
Okazało się, że ani ona, ani ja o tym nie decydowaliśmy. Ostatecznie po
wielu burzliwych naradach rodzinnych i szkolnych - rola wiązała się z rocznym pobytem w Łodzi, gdzie kręcono film - decyzję podjęły moja mama
i dyrektorka szkoły muzycznej na Miodowej Weronika Długoborska.
Postawiono na moje zdolności muzyczne, a nie aktorskie, i zdecydowano,
że pozostanę w szkole muzycznej. Królem Maciusiem został Julek
Wyrzykowski, syn słynnego małżeństwa aktorskiego Elżbiety Barszczewskiej
i Mariana Wyrzykowskiego.
Październik 2020 - agroturystyka "Leśne Jezioro", Mazury
Parę dni temu zobaczyłem siebie leżącego na ziemi w śmiertelnych
konwulsjach. To był obraz, który miałem przed sobą, kiedy się poważnie
zakrztusiłem podczas obiadu. Przez dłuższą chwilę się dusiłem.
Przestraszyłem się, energia ostatnich tygodni okazała się zbyt
negatywna. Wyjechałem, uciekłem przed nią, zbiegłem na łono natury do
gospodarstwa "Leśne Jezioro" na Mazurach, by zatrzymać się, wyhamować i zastanowić. Złapać oddech, zaczerpnąć powietrza, wstrzyknąć więcej
optymizmu i świeżej energii. Balon codzienności, w którym żyjemy,
czasami nie wytrzymuje ciśnienia. Wtedy tak właśnie było.
A mazurskie gospodarstwo agroturystyczne i piękne jezioro otoczone
jeszcze wciąż zielonym lasem sprzyjały izolacji. Jak się okazało,
niezwykle wskazanej.
Przychodziły różne myśli. Na naszych oczach, głównie za pomocą
telewizora i smartfona, w naszych profesjach, biurach, także w domach i rodzinach zmienia się rzeczywistość. Rozpada się dotychczasowy obraz
rozumienia świata. Nie zmieniają się tylko wspomnienia.
Preludium
Droga została obrana. Klamka zapadła. Niemal prosto z podróży poszedłem
do szkoły, która była już na pełnych obrotach. To był chyba listopad.
Wybrałem fortepian. Od małego ten instrument podobał mi się najbardziej,
przekonywał mnie i docierał do moich małych uszu swoim pięknym i bogatym
brzmieniem. Może dlatego, że w domu przez radio często słychać było
muzykę klasyczną z fortepianem na czele, a koncerty chopinowskie
nadawane przez radio w każdą środę i sobotę były obowiązkowe.
Na egzaminie wstępnym, który składał się z kilku ćwiczeń, pamiętam
przede wszystkim ćwiczenie rytmiczne, które nie było łatwe, ale mi się
podobało i przeszedłem je bezbłędnie. A polegało na tym, że pani z komisji na kancie parapetu okna wystukała drewnianą pałeczką dość
skomplikowany rytm, który trzeba było powtórzyć. Zrobiłem to za
pierwszym razem.
W szkole bardzo mi się spodobało, ponieważ z kolegami i koleżankami
rozmawiałem głównie o swojej podróży, a profesorowie na indywidualnych
lekcjach traktowali mnie bardzo życzliwie. Szybko nadrobiłem zaległości.
Fakt, że występowałem w teatrze, dość szybko został wykorzystany.
Pewnego dnia moja wychowawczyni pani Melnik - świetny pedagog, o bardzo
umiejętnym podejściu do nas dzieciaków, szalenie lubiana Melnica -
powiedziała mi, że na uroczystość w ambasadzie Indii wybiera się
artystyczna delegacja z naszej szkoły i zostałem wybrany, by zarecytować
wiersz Rabindranatha Tagorego. To była niełatwa poezja, którą oczywiście
musiałem przyswoić na pamięć. Gadałem do siebie przez kilka dni, ale
kiedy wystąpiłem stremowany przed dyplomatycznym gremium, poszło mi
całkiem dobrze.
Pierwszy muzyczny głębszy ślad pojawił się we mnie nieco później.
Bodajże w drugiej lub trzeciej klasie na lekcji umuzykalnienia
nauczycielka przedstawiła nam postać Fryderyka Chopina. Chopin brzmiał w moich uszach od najwcześniejszych lat, ponieważ w rodzinnym domu był
kompozytorem numer jeden i przy każdej nadarzającej się okazji
słuchaliśmy go z namaszczeniem.
Te lekcje były o tyle interesujące, że składały się z części
teoretycznej i praktycznej. Opowieść o jego życiu i kompozycjach
nauczycielka przeplatała krótkimi utworami wykonywanymi na pianinie
stojącym w kącie klasy przy drzwiach wejściowych. W pewnym momencie
zagrała Preludium c-moll op. 28 nr 20 oparte na sekwencji akordów o przepięknej harmonii i melodyce oraz wyciszającej dynamice. Kończyło się
bardzo cicho. Ten utwór, pięknie zagrany właśnie w tamtej chwili na
żywo, zrobił na mnie ogromne, trudne do określenia wrażenie. Dotknął
mnie i wzruszył swoją magią. Rozpłakałem się. Siedziałem w jednej z ostatnich ławek, słuchałem i szlochałem, zakrywając twarz rękami, żeby
nikt nie widział. Chopin zapadł w moje serce i świadomość, a od tego
momentu obdarzyłem go miłością pierwszą. W przyszłości wielokrotnie
jeszcze poruszał mnie do głębi i praktycznie nie opuszczał przez całe
życie.
W czwartej czy piątej klasie zakochałem się w pięknej wiolonczelistce -
ale nie w tej z piosenki Skaldów, choć też chodziła do naszej szkoły -
Ewie Gizińskiej. To była miłość młodzieńcza, która nostalgicznie i przede wszystkim platonicznie przetrwała do balu maturalnego. Kiedy
trzymałem ją za rękę, co zdarzało się przede wszystkim na wycieczkach
szkolnych, na które oczywiście czekałem z utęsknieniem, lub na
imieninowych prywatkach, tak zwanych kinderbalach, serce drżało mi ze
szczęścia i z ekscytacji.
Z podstawówki jeszcze dwie rzeczy zapadły mi w pamięci. Zajęcia z chóru
i egzaminy komisyjne, które musieliśmy zdawać po każdym półroczu i szczególnie na końcu roku. Profesor Tadeusz Miazga, legendarny szef
młodzieżowych chórów, który zaczął swoją pedagogiczną karierę chyba
właśnie od nas i naszej szkoły, był niesamowity. Był całkowicie oddany
chórowi i mimo że kochał wszystkie dzieci, które chodziły na chór, i namawiał wszystkie inne, to był bardzo wymagający, a momentami
wybuchowy. Miał niespożytą energię, którą podczas zajęć i ćwiczeń
przekazywał nam często w sposób kompletnie niekonwencjonalny,
pokrzykując, wymachując, a to krzesłem, a to taboretem czy pulpitem.
Ponieważ się go baliśmy, ale też szanowaliśmy i docenialiśmy jego trud,
osiągał rezultaty. Śpiewaliśmy jak najpiękniejsze słowiki, czyściutko i równiutko. Po prostu nie lubił strasznie fałszowania i miał ambicję, by
nasz chór był najlepszy. I taki właśnie był. A Miodowa była numerem
jeden.
Egzaminy półroczne i końcowe były największym wyzwaniem. Odbywały się w dużej auli, gdzie na jednym końcu, z lewej strony za długim stołem,
siedziała komisja profesorska z panią dyrektor Długoborską na czele, a na drugim końcu stał fortepian koncertowy, na którym wykonywaliśmy swój
program. Składał się on zawsze z gam i pasaży, etiud i menuetów, a także
z większych form, czyli sonatin lub wręcz sonat, natomiast na końcu
grało się utwór dowolny. W końcowych klasach można było wybrać i wykonać
inne, bardziej wyrafinowane formy muzyki fortepianowej.
Te egzaminy miały zasadniczy wpływ na ogólną ocenę postawy każdego
ucznia. Poza tym przede wszystkim ujawniały prawdziwy talent i możliwości rozwoju każdego z nas przez całą podstawówkę. Dlatego były
tak ważne i wzbudzały zawsze wielką tremę, a głównie zmuszały do
intensywnego ćwiczenia. Na drzwiach wejściowych do auli była wywieszona
lista wszystkich delikwentów, a przed drzwiami, obok zjadających z nerwów paznokcie uczniów, gromadziły się jeszcze bardziej zdenerwowane
całą sytuacją towarzyszące mamy. Jednak kiedy wchodziliśmy do auli,
kłaniając się na wstępie, wszystko działo się już oko w oko z komisją -
grono pedagogiczne, fortepian, ja i moje ręce.
Dość szybko zorientowałem się, że w klasie wybitnych kolegów i koleżanek
mam raczej małe szanse, by być lepszym pianistą niż oni. To
przeświadczenie towarzyszyło mi szczególnie w końcowych latach szkoły,
kiedy okazało się jeszcze na dodatek, że moja młodsza siostra Nina,
która też zaczęła chodzić na Miodową, przejawia wybitny talent
skrzypcowy i muzyczny, między innymi dzięki swojemu słuchowi
absolutnemu, który odziedziczyła po mamie. Ja takowego nie posiadam, mam
słuch relatywny. Ta świadomość miała decydujące znaczenie w moim życiu.
Czas szkolnego dzieciństwa miał też jeszcze inny wymiar. Warszawa w drugiej połowie lat pięćdziesiątych nadal była miastem zrujnowanym.
Stare Miasto było w większości gruzowiskiem. Stolica się podnosiła, ale
bardzo powoli. Nas, małych chłopców, ruiny szalenie intrygowały. Czasami
więc w małych grupkach po zajęciach lub najczęściej między nimi - rano
odbywały się lekcje w klasach, a po południu zajęcia indywidualne, na
które trzeba było czekać - zamiast coś grzecznie robić w świetlicy,
wybieraliśmy się na zwiedzanie ruin. To dla nas było może zabawne, ale
na pewno niezbyt bezpieczne. Ruiny miały swoje zakamarki, skrywały
tajemnice, czasami jakieś znaleziska, jednak czyhały tam też przykre
niespodzianki i zasadzki, które mogły skończyć się tragicznie.
Niejednokrotnie wpadaliśmy do jakichś dołów, przewracaliśmy się na
zwałach gruzu, gubiliśmy się w piwnicach, uciekając przed szczurami.
Często wracaliśmy podrapani i zakurzeni. Kiedyś byliśmy świadkami, jak
nieopodal szkoły znaleziono niewypał i saperzy ewakuowali wszystkich z okolicy. Innym razem dosłownie na naszych oczach w przyległym do szkoły
zrujnowanym budynku zawaliła się ściana i przysypała jednego z robotników, innych ciężko raniąc. W szkole przez następnych kilka dni w grobowej atmosferze nie mówiło się o niczym innym. Uzmysławiało nam to
grozę wojny.
Ostatni egzamin w siódmej klasie zdałem na czwórkę. Inni na piątkę z wyróżnieniem, grając już pięknie Chopina i Beethovena. Zrezygnowałem ze
szkoły muzycznej i wybrałem liceum ogólnokształcące, kierując się raczej
w stronę sportu niż muzyki. Talent Niny był w rodzinie wystarczający.
Moja muzyczna edukacja została zawieszona i zeszła na dalszy plan.
Liceum Ogólnokształcące nr 45 im. Romualda Traugutta przy ulicy Smoczej
na Muranowie - najbliższe domu - to był już zupełnie inny i nowy świat.
Ogromny zwrot w życiu, pierwszy z wielu, jak się później miało okazać.
Muzyka i sztuka, by nie powiedzieć, że kultura bycia, w wielu aspektach
pozostały za moimi plecami. Życie z wyżyn artystycznych i sal
koncertowych przeniosło się do miejskiego muranowskiego zgiełku i na
boiska sportowe. Dość szybko zyskałem przyjaciół, ale także śmieszną
ksywkę Kacluś lub rzadziej Chloruś, ponieważ na lekcji chemii pewnego
dnia dowiedzieliśmy się, że "sylwin" to KCl, czyli chlorek potasu. Tak
zostało do matury.
Oprócz nauki, zdecydowanie w oszczędnym wymiarze, i sportu - w znacznie
poważniejszym - coraz bardziej dawało o sobie znać zainteresowanie
muzyką, ale tą, której wokół było coraz więcej. Czyli nowym nieznanym
rock and rollem w efekcie poszukiwania Radia Luxembourg - jak je
znaleźć, dowiedziałem się od starszego brata i podwórkowego sąsiada
Jasia Kosińskiego - na prywatkach z dziewiczymi winylami i pocztówkami
oraz na pobliskich koncertach, na które nie można było się dostać. W tym
czasie sprawiłem sobie pierwszy sprzęt, to znaczy adapter w pudełku z tektury. Praktycznie był to tylko goły mechanizm bez obudowy, z talerzem
i ramieniem z igłą, włożony do tekturowego opakowania. Takie rzeczy
wtedy sprzedawali. Szybko sprawiłem sobie drewnianą obudowę i wszystko
grało, choć nieco skrzekliwie. Siłą rzeczy zacząłem szukać płyt oraz
nagrań premierowo pojawiających się na pocztówkach - nabywało się je w słynnym punkcie na Marszałkowskiej w Warszawie, musząc odstać swoje w długiej kolejce - kupować je i wymieniać się zdobytymi okazami. Z Jasiem
Kosińskim, późniejszym popularnym dziennikarzem muzycznym, Pawłem
Karpińskim - znanym reżyserem filmowym i telewizyjnym, między innymi
serialu Klan - a także Andrzejem Mogielnickim, wtedy jeszcze nie
nadwornym tekściarzem zespołu Lady Pank, mieszkając blisko siebie na
Muranowie, często pożyczaliśmy sobie nawzajem nasze perełki, wśród
których byli: The Beatles, Kinks, Hollies, Procol Harum, Deep Purple,
Jimi Hendrix, Pink Floyd, Jerry and The Pacemakers. Można by tutaj
wymienić całą generację ówczesnego rock and rolla. Byliśmy
podekscytowani i była to z pewnością główna nauka, która wytyczała nasze
nowe szlaki. Życie nabierało kolorów.
Były oczywiście pierwsze miłości i rozróby. Dziewczyny to przede
wszystkim Małgosia i nieco później Ela. Małgosia mi się bardzo podobała,
ale pech chciał, że się zakochała w moim przyjacielu Andrzeju i raczej
nie miałem szans. Aczkolwiek bardzo przypadliśmy sobie do gustu,
dyskutując o sprawach marności tego bardzo szarego i ograniczonego
świata wokół nas. Była bardzo inteligentna i inspirująca, nie
wspominając, że na dodatek bardzo ładna i niezwykle zgrabna. Pamiętam,
że jako jedna z prymusek siedziała przed nami w pierwszej ławce w środkowym rzędzie. Skreśliłem w związku z tym faktem nieprzyzwoity
dwuwiersz, który mnie nie opuszcza od tamtego czasu:
Siedzi Małgosia w pierwszej ławeczce,
Na czym siedzi - na ładnej dupeczce.
Rozróby były oczywiście różne wraz z czasem. Papierosy, tak zwane
sporty, paliliśmy pokątnie w toaletach lub na boisku, gdzie nas czasami
dopadano i natychmiast była draka. A palenia nauczyłem się podczas
wakacji na dukatach z dużym ustnikiem. Oczywiście nie obywało się też
bez bójek w różnych konstelacjach i miejscach w szkole lub poza nią. Ale
to wszystko zbladło wobec numeru, który zaplanowaliśmy i próbowaliśmy
zrealizować tuż przed maturą. Do naszej klasy od początku liceum chodził
syn pani dyrektor, który miał na imię Leszek. Wielokrotnie ratował naszą
reputację i bronił uczniowskich interesów. Z pewnością ze względu na
niego w niektórych sytuacjach traktowano nas bardziej ulgowo. W naszej
paczce, do której należał, wpadliśmy na pomysł, żeby to wykorzystać.
Było nas pięciu: Andrzej, Staszek, Wojtek, ja i właśnie Leszek. Myślę,
że to był pomysł grupowy, w każdym razie wszyscy się na niego zgodzili.
Chodziło o tematy maturalne, które przy pomocy Leszkowego dostępu do
gabinetu mamy dyrektorki chcieliśmy wykraść. Zamierzaliśmy je
wykorzystać w odpowiedni sposób, przy okazji nie wykluczając sprzedaży
zaufanym kumplom z innych szkół. Plan przewidywał jedynie skopiowanie
tematów maturalnych i odłożenie na miejsce w gabinecie pani dyrektor. To
wszystko miało udać się głównie dzięki Staszkowi, który mieszkał w bloku
przylegającym do szkoły i to okno w okno z dyrektorskim gabinetem.
Leszek miał po prostu wziąć koperty i zanieść je do Staszka, a ten razem
z nami za pomocą pary wodnej i środków chemicznych miał otworzyć
koperty, spisać tematy, bez śladu je zakleić i zanieść z powrotem do
gabinetu dyrektorki. Prawie się udało, ale mama Leszka chyba się
zorientowała, że niebezpieczeństwo czyha nieopodal, i ukryła tematy w taki sposób, że Leszek przez długi czas nie mógł ich znaleźć ani w gabinecie, ani w sekretariacie. Musieliśmy zrezygnować. Ktoś nad nami
czuwał na całe nasze szczęście.
Po pewnym czasie dowiedzieliśmy się, że kopert w szkole po prostu nie
było. Oczywiście wszyscy bez wyjątku i to całkiem nieźle zdaliśmy matury
i ruszyliśmy dalej.
Bal maturalny, który jak zawsze wieńczy licealne dzieło, był bardzo
udany, wesoły i mocno alkoholowy. Skrywane żądze i pragnienia znalazły
swój upust. A ja dałem podwójną plamę. Oczywiście każdy z naszej paczki
przyniósł alkohol i papierosy. Wolno było wreszcie korzystać z tych
dobrodziejstw legalnie. Byliśmy już dojrzali, może jeszcze niezbyt
dorośli, ale na pewno dojrzali. Każdy z każdym więc musiał wypić toast
za zdaną maturę i przyszłe sukcesy. Na bal zaprosiłem swoją wcześniejszą
miłość, Ewę. Przyjęła zaproszenie z pewnym zdziwieniem, ale też
radością. Bawiliśmy się i piliśmy. I pojawił się problem. Alkoholu było
dużo i co najgorsze, w różnym wyborze i smakach. Po prostu każdy
przyniósł coś swojego, chwalił się tym i trudno wobec tego było nie
skorzystać. A były i wino, i czysta, i koniak, i cytrynówka domowej
roboty, i likier, i nawet bimber, bo czasy były ku temu sprzyjające. Nie
ma nic gorszego niż pomieszanie trunków. Szaleństwo bez umiaru. Tempo
było szybkie, zabawa się rozkręciła, coraz bardziej kręciło się w głowie
i film powoli zaczął się urywać. W resztkach przyzwoitej świadomości
przeprosiłem Ewę i oddałem ją pod opiekuńcze skrzydła dobrego kumpla
Marka. To był niefortunny wybór, jak się wkrótce okazało. Głęboka noc
była jeszcze przed nami, kiedy Andrzej, bliski przyjaciel, zorientował
się w kwestii mojego coraz bardziej rozchwianego i niekontrolowanego
stanu i zdecydował się na odstawienie mnie do domu. Pamiętam jedynie, że
bardziej mnie niósł, niż prowadził, ja coś bredziłem, a kiedy wreszcie
po wszystkich trudach znalazłem się w swoim pokoju, najpierw sufit,
szafa i okno zwaliły się na mnie, a potem ja w pijackim zwidzie runąłem
na podłogę. Kac następnego dnia był gigantyczny i dochodziłem do siebie
przez kolejne trzy dni. Kiedy zadzwoniłem do Ewy z przeprosinami, nie
miała żadnych pretensji i żalu, wręcz przeciwnie. Zaczęła chodzić z Markiem.
Listopad/grudzień 2020 - Chyliczki
Dojść do swojego kręgosłupa. Jak mawiał Andrzej Żuławski: "dojść do
własnych trzewi i poczuć". Myślę, że przejście raka, jakikolwiek by był,
pozwala przybliżyć się do własnego jestestwa, ponieważ uruchamia
wnętrze, serducho i właśnie trzewia. Zatrzymuje czas, uprzytamnia jego
znaczenie, jego abstrakcyjną płynność. Zmusza do pochylenia się nad
życiem. Ale przede wszystkim zmienia perspektywę widzenia, odniesienie.
A w życiu musimy mieć odniesienie. Bez niego gubimy się, nie rozróżniamy
kierunków. Ale nawet gdy je tracimy, sprawa czasami kończy się dobrze.
Mówiłem, że głupi ma szczęście. Pokonałem go, a właściwie nie ja, tylko
lekarze, a głównie doktor Andrzej Pieńkowski z Instytutu Onkologii. Po
ostatnim zabiegu operacyjnym pod koniec października i konsultacji parę
tygodni później wyniki okazały się bardzo dobre. Nie ma śladu czerniaka.
Wielka ulga na pewno. Głęboki oddech. I jeszcze jeden.
Radość mogłaby być znacznie większa, a przede wszystkim odpowiednio
celebrowana. Przytłacza ją jednak rzeczywistość pandemii. Sytuacja jest
niespotykana i szalenie niepokojąca. Dla mnie najbardziej tragiczny i zaskakujący jest fakt, że mimo wszystko relatywizujemy, generalizujemy,
a nawet lekceważymy i gubimy realne oraz emocjonalne poczucie
rzeczywistości. Nie do pojęcia. Zmieniamy się. Uodporniamy na tę
nieprzyjazną rzeczywistość.
Nadeszła druga fala zarażeń, znacznie większa od przewidywanej, która w porównaniu do początkowej fazy, której się przestraszyliśmy, pozostawia
gigantyczny śmiertelny ślad. Od pewnego czasu liczba zmarłych waha się
wokół pięciuset osób na dobę. Szokuje mnie jedno zjawisko. Otóż jeśli
czas byłby w miarę normalny i nagle usłyszelibyśmy, że nastąpiła
katastrofa i zginęło w niej w ciągu kilku godzin ponad pięćset osób, to
szok, żal i rozpacz, jakie by nas ogarnęły, byłyby z pewnością
niebywałe. A tymczasem codziennej liczbie zgonów towarzyszy jakiś rodzaj
zobojętnienia, które bez większych reakcji przyjmuje kolejne porcje
suchych komunikatów. Zmarło tyle... Zakażonych tyle... Wyzdrowiało
tyle... A przecież w tym wszystkim, w każdym przypadku rozgrywa się
tragedia, niewyobrażalny dramat samotności, izolacji i przede wszystkim
bezradności. Czy już nie czujemy? Czy jest tego za dużo i przekracza
nasze pojmowanie? Przecież katastrofa takiego rozmiaru każdego dnia
powinna stawiać nas do pionu i scalać, wspólnie i bezwarunkowo, budzić
chęć ratowania innych, pomagania sobie nawzajem, tymczasem my podzieleni
kłócimy się i opowiadamy kompletnie nieodpowiedzialne głupoty. Jesteśmy
niestety coraz bardziej zamknięci na współczucie i zrozumienie. Oddalamy
się od podstawowych ludzkich wartości. Buddyści nazywają taki stan
"pomieszaniem umysłów".
Przełom listopada i grudnia to dla mnie i moich najbliższych smutny
czas. Rocznice śmierci mojej mamy, także teściowej Klary i mojego
przyjaciela Jurka Brizego. Całun śmierci zawisł nad nami i stał się
wszechobecny. Chciałbym się cieszyć, bo czas mam wciąż darowany, ale
przecież trudno oderwać się od rzeczywistości. Pomyślałem, że może to
moment, a już na pewno nastrój, by przytoczyć kilka słów dedykowanych
wszystkim bliskim, którzy odeszli, a odczytanych podczas pogrzebu Jurka
Brizego dwudziestego ósmego listopada 2019 roku.
Człowiek wymyślił granice,
A ja pytam, gdzie one są?
Gdzie są granice bólu,
Gdy jego grymas wykrzywia ci twarz?
Gdzie są granice cierpienia,
Gdy jego smak wciąż czujesz wśród łez?
Gdzie są granice piękna,
Gdy jego widok pozbawia cię tchu?
Gdzie są granice miłości,
Gdy jej cudowność wypełnia twą myśl?
Gdzie są granice ludzi,
Gdy ich historia wyznacza twój los?
Gdzie są granice świata,
Gdy jego bezmiar ginie wśród gwiazd?
Jest tylko jedna granica:
Granica życia,
Której się boisz, bo nazywa się śmierć.
Granica życia,
Której nie czujesz, bo istnieje, jak cień.
Granica życia,
O której marzysz, by przyszła jak sen.
Po maturze
Z Andrzejem i Markiem, który chodził już z Ewą wiolonczelistką,
wybraliśmy się na Wojskową Akademię Techniczną, która mieści się na
Bemowie. To były wyższe studia, które gwarantowały pracę i wysokie
apanaże. Do tego dawały tytuł magistra, co dla nas było ważne. To nic,
że wojsko i dość popularne wówczas przysłowie, że "matura i chęć szczera
zrobi z ciebie oficera". Rzeczywistość była szara, bez większych
perspektyw, a ja byłem zapatrzony w mojego wuja, który był świetnym
wojskowym lekarzem w randze pułkownika, któremu z ciocią Halą,
bliźniaczką mamy, i trzema moimi braćmi powodziło się bardzo dobrze w przestronnym pięciopokojowym poniemieckim mieszkaniu we Wrocławiu. Cała
nasza rodzina korzystała z tego mieszkaniowego dobrodziejstwa, przede
wszystkim jednak z najlepszej w tamtych czasach opieki medycznej, dzięki
której babcia przeżyła pięć zawałów. Przez lata rodzinne święta
spędzaliśmy właśnie we Wrocławiu, a ja w konsekwencji wylądowałem w tym
pięknym mieście dość niespodziewanie i nader poważnie, ale o tym
później.
Powinienem z moimi kumplami zająć się przygotowaniem do egzaminów
wstępnych na studia, bo czasu było niewiele. Traf jednak chciał, że
spotkałem Barbarę Burską - późniejszą bardzo dobrą aktorkę i żonę Karola
Strasburgera. Moja babcia mawiała o niej "dziewczyna krew z mlekiem
płynąca". Była uosobieniem urody, wigoru, poczucia humoru i oczywiście
seksapilu. Nie powinno więc nikogo dziwić, że wypełniała cały mój czas
przeznaczony na naukę. Efekt był do przewidzenia. Oczywiście oblałem
wstępny i zakończyłem zmagania na pierwszym etapie. Andrzej podobnie,
ale Marek się dostał, bo był lepszy z matematyki. Wieść się rozniosła po
rodzinie i wici rzucono w stronę Wrocławia. Tam był przecież wujek
wojskowy. Tam były też wyższe techniczne szkoły wojskowe, tak zwane
podchorążówki. Dawały tytuł inżyniera i można było ubiegać się o magistra. Wybór padł na Wyższą Szkołę Wojsk Inżynieryjnych, czyli
saperów, a były jeszcze wojska zmechanizowane, czyli piechota. Niedaleko
Wrocławia w Oleśnicy była też Szkoła Wojsk Lotniczych - tam trafił dla
odmiany Andrzej.
W pewnym sensie zrealizowaliśmy swoje cele. Kiedy jednak myślę o tym
dzisiaj, było to w istocie kuriozalne przedsięwzięcie, które nie mogło
się dla mnie dobrze skończyć. Podczas przygotowań do egzaminów wstępnych
jednak nie myślałem o tym. Mieszkałem u wujków razem z babcią w pięknym
mieszkaniu, trwało prawdziwe pogodne lato, a ja byłem zakochanym
maturzystą. Uczyłem się, ćwiczyłem fizycznie - bo było to ważnym
elementem egzaminów i służby - pisałem listy do ukochanej, a w wolnych
chwilach słuchałem drugiego koncertu fortepianowego Rachmaninowa i The
Young Once Cliffa Richarda, jedynych płyt, które miałem ze sobą.
Zdałem bez problemu, tym bardziej że rodzinne wpływy jednak działały. Po
krótkim okresie wakacyjnych szczęśliwości zgłosiłem się regulaminowo do
szkolnych koszar. Nie musiałem długo czekać, by się przekonać, że to
pomyłka, a z ust starszego ciotecznego brata Maćka pewnego dnia
usłyszałem: "Taki z ciebie podchorąży czy oficer wojska polskiego, jak z koziej dupy trąba".
W szkolnej jednostce obowiązywała ścisła żołnierska dyscyplina, zakazy i nakazy. Były ostre treningi, alarmy i poligonowe ćwiczenia, w których
można było stracić nawet życie, czego dowodem był przyszkolny cmentarz,
oraz nudne i mechanicznie prowadzone wykłady dotyczące podstawowych
dziedzin sztuki wojennej. A wszystko to w otoczeniu wysokiego muru i zamkniętych strażnicami koszar. Na przepustkę w wybrane święta trzeba
było zasłużyć. Ja zasługiwałem rzadko, czasami z pomocą wujka. Wówczas
po powrocie płaciłem frycowe, czyszcząc sracze i wykonując czarną robotę
w plutonie, na przykład szorując szczoteczką do zębów jasne kafelki
posadzki na kompanijnym korytarzu długości osiemdziesięciu metrów. Każdy
miał swoje miejsce wyznaczane przez prymitywnego plutonowego oraz
ostrego kapitana kompanii, który kiedy wykrzykiwał komendę "baczność",
to jakby trzasnął biczem po gołych łydkach. Ciarki szły czasem po
plecach, kiedy nas musztrował. W jego kompanii nie było patyczkowania
się. Przyszedł czas, że za to zapłaciłem.
Kiedy lądowałem na przepustce w domu, natychmiast się przebierałem w swoje wygodne i modne cywilne ciuchy. Czasami się zdarzało, że tak
ubrany wychodziłem rozerwać się do centrum Wrocławia. Pewnego
niedzielnego popołudnia, czekając na czerwonym świetle na głównym
skrzyżowaniu Świerczewskiego (obecnie Piłsudskiego) ze Świdnicką,
zobaczyłem stojącego po drugiej stronie, dokładnie naprzeciwko mnie,
pana kapitana, mojego dowódcę kompanii. Zdrętwiałem. Chciałem
natychmiast się wycofać i schować w tłumie przechodniów, ale było za
późno. Zobaczył mnie. Zapaliło się zielone światło i nie miałem wyjścia.
Ruszyłem do przodu. Byłem w cywilu, więc nie miałem, jak zasalutować.
Surrealistyczna sytuacja. Kiedy mijaliśmy się blisko siebie na pasach,
usłyszałem jedynie świst bicza wydobywający się przez zaciśnięte zęby:
"Jutro rano u mnie do raportu!". Przypomnę tylko, że to była połowa lat
sześćdziesiątych i szeregowy podchorąży nie mógł chodzić po cywilnemu.
To zakrawało na dezercję i groziło sądem wojskowym.
Rano z duszą na ramieniu stawiłem się do raportu. Nie miałem nic do
powiedzenia i usłyszałem krótko, że jestem zwolniony ze szkoły i tylko
ze względu na zasługi i pozycje wuja ominie mnie kara dyscyplinarna, a w ciągu najbliższych dni mam podać ewentualnie jednostkę wojskową, w której muszę do końca zaliczyć całą służbę, czyli dwadzieścia cztery
miesiące. Tak zakończyła się moja kariera wojskowa. Przyznam, że byłem
tym faktem bardzo usatysfakcjonowany, by nie powiedzieć uszczęśliwiony.
Po wyjściu od kapitana aż podskoczyłem z radości.
Wybrałem jednostkę kwatermistrzowską w Rembertowie, która była najbliżej
Warszawy. Cała jednostka składała się z plutonu funkcyjnych żołnierzy
obsługujących wszystkie magazyny i biura, w których pracowali też
cywile. Byli odpowiedzialni za ówczesną prostą logistykę jednostki.
Trafiłem na wyrozumiałego sierżanta (nazywał się chyba Mrzygłód), który
usadowił mnie jako byłego podchorążego i niedoszłego oficera w tak
zwanej kancelarii jawnej. Mieliśmy też unikalnego starej daty chorążego,
który na każdym kroku miał swoje powiedzonka i często mawiał: "Są ludzie
i ludziska - mają nazwy i nazwiska".
Od samego rana siedziałem w kancelarii, przyjmowałem i wysyłałem pocztę,
obsługiwałem korespondencję, wypisywałem rozkazy dzienne dowódcy
jednostki, którym był łysy generał rosyjskiego pochodzenia. Wyznaczano
mnie też do zadań specjalnych, na przykład kontroli sprzętu wojskowego
stacjonującego w jednostce i czasami poza nią. Tu dosłużyłem końca
wojska w znacznie łagodniejszych, bo sekretaryjnych warunkach, a na
dodatek blisko domu, co nie było bez znaczenia. Dzięki temu niektóre
uroczystości i święta mogłem spędzać z rodziną, bo jako szef kancelarii
jawnej samodzielnie wypisywałem sobie przepustki, a pan sierżant patrzył
na to przez palce. Lubiła go za to moja mama, a ja przynosiłem mu jej
konfitury.
Służbę w Rembertowie zwieńczyłem awansem na starszego szeregowego za
udział w ćwiczeniach Układu Warszawskiego na poligonie przy zachodniej
granicy, gdzie pełniłem rolę dowódcy tak zwanej polowej kancelarii
jawnej, która mieściła się jeżdżącej tam i z powrotem wojskowej
ciężarówce. Pod sobą miałem kilku rezerwistów, a jednym z nich, jak się
okazało, był szef kadr Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych. Nie
będę już więcej opowiadał, co się działo podczas tych ćwiczeń przy
granicy z Niemcami. Były tak realne, że w pewnym momencie uwierzyliśmy,
że naprawdę wybuchła wojna z zachodnim imperializmem i musimy bronić
ojczyzny.
Efekt ćwiczeń był taki, że oprócz awansu dostałem też pierwszą pracę,
właśnie w Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych.
Powinienem wspomnieć, a właściwie wyjawić, że w wojsku pojawił się we
mnie zwierzęcy instynkt muzyka. Odezwały się i zadrgały korzenie. W innym wymiarze, bo tranzystorowym i rockandrollowym. Za zaoszczędzone
pieniądze nabyłem podręczne radio tranzystorowe, które stało się moim
oknem na świat. W każdej wolnej chwili, głównie nocami jeszcze w jednostce we Wrocławiu, nasłuchiwałem audycji muzycznych w stacjach
radiowych, które nadawały zachodnie popularne kapele. W Rembertowie w kancelarii było je słychać nawet w ciągu dnia. Muzyka wyzwoliła
nostalgię, poczucie wolności i uzmysłowiła błędy. Trzeba było je
naprawić.
Nastąpił ponowny poważny zwrot akcji. Kiedy po służbie wróciłem do domu,
decyzja w zasadzie była już prosta, choć niełatwa do zrealizowania.
Żadne wojsko, żaden sport - muzyka. Chciałem wrócić całkowicie do
muzyki, czyli kontynuować studia. Ale tak naprawdę to trzeba było zacząć
wszystko od początku. Na liceum za późno, byłem za stary, pozostała więc
średnia szkoła muzyczna. Koleżeństwo z podstawówki w dużej części
zaczęło już wyższe studia na Okólniku. A ja? Za błędy się płaci.
Z pomocą, jak zawsze, przyszła mama. Kiedy zdradziłem jej swoje plany,
dość szybko przyniosła dobrą wiadomość, że jej przełożony, kierownik
chóru profesor Roman Kuklewicz jest równocześnie dyrektorem szkoły
muzycznej na Świętojerskiej, która - żeby było ciekawiej - znajdowała
się bardzo blisko naszego domu. Znając muzyczne korzenie naszej rodziny,
nie mówiąc o walorach mamy, zgodził się na przyjęcie mnie do szkoły.
Zadziałało idealnie. Byłem uradowany, tym bardziej że mogłem wybrać
główny instrument i spełniło się moje marzenie, którym była perkusja.
Palcami i rękoma bębniłem od zawsze, gdy tylko usłyszałem lub poczułem
dobry, inspirujący rytm. Wspomniałem już nieco wcześniej, że wylądowałem
w klasie profesora Mikołaja Stasiniewicza, który był przede wszystkim
wspaniałym perkusistą orkiestry Filharmonii Narodowej, ale też świetnym
i cenionym pedagogiem. Intensywnie przystąpiłem do zajęć. Wstawałem o szóstej rano i na woreczku z piaskiem ćwiczyłem perkusyjne tremolo i technikę pracy rąk. Na początku nie było to łatwe, ale szybko
nadrabiałem muzyczne zaległości.
Musiałem jedna też zarabiać. Nie mogłem wrócić i tylko się uczyć,
pozostając na wikcie mamy. Zresztą nie było jej na to stać. Była sama po
rozwodzie z ojcem i w domu naprawdę się nie przelewało. Obie siostry
wciąż się uczyły, choć Nina wyprowadziła się już do ojca. Na szczęście
pojawiła się szybko Państwowa Wytwórnia Papierów Wartościowych.
Kazimierz - szef kadr, mój podopieczny z wojskowych ćwiczeń, uznał w rozmowie u niego w gabinecie na ulicy Sanguszki, że pomimo młodego wieku
nadaję się idealnie na kontrolera w jednym z działów wytwórni.
I w ten sposób stałem się podobno najmłodszym kontrolerem w historii
firmy, który został wysłany na szkolenia z procesu produkcji pieniędzy i znaczków pocztowych, podczas których poznawałem tajniki działania
papierni i tworzenia znaków wodnych, tajemnice offsetu i poligrafii, a także sekrety dotyczące pakowalni. Trafiłem na wyjadaczy drukarzy,
wybitnych specjalistów w swojej dziedzinie, którzy nie bez oporu
zdradzali mi swoje tajemnice. Ale zbliżyły nas zainteresowania sportowe,
a także muzyczne. Podczas zmian słuchaliśmy transmisji sportowych z Wyścigu Pokoju, meczów piłkarskich i zawodów i lekkoatletycznych
komentowanych przez Bohdana Tomaszewskiego, a także dobrych audycji
muzycznych.
Tam jednak cała energia i wysiłek umysłowy skupione były na pieniądzach
i poszczególnych etapach ich tworzenia. To działało na wyobraźnię.
Myślę, że nie ma pracownika, który w tym całym procesie nie pomyślałby,
jak miło by było mieć dla siebie choćby małą część tych drukowanych
banknotów. W wielu rozmowach dowiedziałem się, że byli tacy, co
próbowali pójść dalej niż myślenie na ten temat. Jeden z pracowników
podrobił klucze do głównego skarbca, ale został złapany, bo klucz utknął
w zamku, inny natomiast owinął się arkuszami banknotów i nawet udało mu
się ominąć kontrolę, ale okazało się, że ukradł półfabrykaty, więc gdy
zaczął je wydawać, dość szybko go namierzono. Jeszcze inny zamknął się w skarbcu, by przeczekać zmianę, wziąć swoje i w odpowiednim momencie
urwać się kontroli, ale zasnął w środku i nie mogli go dobudzić, zanim
został odprowadzony na przesłuchanie.
Ja w sferze swoich marzeń doszedłem do wniosku, że były dwa sposoby na
załatwienie odpowiedniej ilości kasy. Jeden to wyniesienie pieniędzy tuż
po ostatniej zmianie przed niedzielą (wówczas soboty były pracujące),
wymianę na twardą walutę w dolarach i wyjazd w formie szybkiej ucieczki
za granicę. Koniecznie przed poniedziałkiem, bo wtedy odkryto by
kradzież. Trzeba wiedzieć, że zewnętrzna kontrola przy bramie wyjściowej
była bardzo skrupulatna. Każdy był podejrzany, a wewnętrzny system
rozliczania poszczególnych zmian był w zasadzie bezbłędny i tak zapisany
w specjalnych raportowych księgach, że po odkryciu jakichkolwiek braków
dosłownie w ciągu kilku minut można było dokładnie określić listę
podejrzanych, czyli kto, na jakiej zmianie pracował i kiedy opuścił
wytwórnię.
Drugi sposób to zmowa wszystkich odpowiedzialnych pracowników w poszczególnych działach i równoległa do oryginalnej produkcja całej
serii banknotów ze znakiem wodnym w takiej ilości, by dla wszystkich
sprawiedliwie wystarczyło. Byłoby to możliwe w wyniku zafałszowania
danych wagowych w papierni i wyprodukowania nadwyżki papieru wodnego w pierwszym etapie produkcji. Wyliczyłem, że musiałaby to być grupa
złożona z siedemnastu osób, działająca solidarnie w pełnej konspiracji
przez kilka tygodni. Mało realne, ale wyobraźnia pracowała. Oczywiście
nikomu nic się nie udało wynieść, a w każdym razie nic o tym nie
słyszałem. Muszę się jeszcze przyznać, że zdarzyło się kilkakrotnie, iż
wykorzystując swoje możliwości jako kontroler, czyli fakt, że posiadałem
klucze do skarbca, w przerwach między zmianami wchodziłem do niego,
kładłem się na ogromnych ryzach drukowanego papieru i oddawałem
relaksowi. Uczucie było komfortowe i niezapomniane - leżałem na
miliardach.
Muzyka i nauka przeważyły i po roku zakończyłem swoją przygodę
kontrolera produkcji nowego, dziewiczo drukowanego pieniądza. Niestety
niczego mnie to nie nauczyło, ponieważ nie dotarło do mojej świadomości,
że właśnie ten pieniądz w postaci banknotów o różnym nominale, który
codziennie liczyłem, rządzi ludźmi i światem. Byłem idealistą.
W szkole szło mi naprawdę bardzo dobrze. Tata zafundował mi zestaw
bębnów do ćwiczenia i każdą wolną chwilę poświęcałem na granie i muzykę.
Profesor był zadowolony, a ja próbowałem swoich sił w pierwszych
szkolnych i klubowych kapelach. Inspirowały nas brytyjskie i amerykańskie gwiazdy rocka, ale chcieliśmy też grać swoje numery. Z Tomkiem Pilewskim, znakomitym perkusistą na stałe mieszkającym w Chicago, Markiem Wyrwasem, od lat producentem filmowym w Los Angeles,
Winicjuszem Chróstem, świetnym gitarzystą i producentem, czy Tomkiem
Rostkowskim, genialnym muzykiem grającym w HAGAW-ie Andrzeja Rosiewicza,
planowaliśmy własne kapele. Towarzyszyła nam i dopingowała Grażyna
Michalik, obecnie Strzałkowska, świetnie zapowiadająca się niezwykłej
urody pianistka, która była atrakcją naszego towarzystwa. Prób i ćwiczeń
w różnych miejscach i konstelacjach było co niemiara. Zdarzały się już
także pierwsze chałtury w knajpach. Jedna skończyła się niezbyt
szczęśliwie, kiedy weselny gość w pijackim amoku z wyrazem wielkiej
dezaprobaty kopnął w mój bęben taktowy, rozwalając kompletnie skórzaną
membranę. Dla mnie ten wieczór się skończył i tego typu chałtury też.
Ale nic mnie nie zrażało, byłem pełen twórczego wigoru i życia.
Zdarzył się traf, który wytyczył szlak na lata, a z dzisiejszej
perspektywy mogę powiedzieć, że chyba na całe życie. Jeden z przyjaciół
rodziny zatrudniony w Komitecie do spraw Radia i Telewizji, śledząc moje
perypetie, zaproponował pracę w zarządzie budowy centrum
radiowo-telewizyjnego na Woronicza. To było czysto administracyjne
stanowisko ekonomisty, który nadzorował dostawy sprzętu do magazynu i na
budowę. Zostałem przyjęty z dobrą rekomendacją Państwowej Wytwórni
Papierów Wartościowych, dostałem etat, biurko, trafiłem na bardzo
przyjazny zespół ludzi - wyrozumiały szef Edek, pani Jadwiga, czyli
opiekuńcza Ciocia Jadzia, Ninka sekretarka i Ludwik, specjalista od
inżynierii budowlanej, a także robienia bimbru - i co najważniejsze,
otrzymałem skórzaną legitymację pracownika Polskiego Radia i Telewizji!
Służyła mi przez lata, nawet gdy nie byłem już ekonomistą, bo
przeszedłem na stanowisko redaktora. Obowiązki w zarządzie stały się
zawodową katapultą, która w niedalekiej przyszłości okazała się mieć
zasadnicze znaczenie. Poznawałem radio i telewizję od podszewki,
wyposażając studia w skomplikowany sprzęt i ucząc się jego działania.
Zostawałem po godzinach do późnej nocy, by własnoręcznie sprawdzić w montowanych studiach i reżyserkach możliwości stołów mikserskich,
magnetofonów i kamer telewizyjnych. Niebawem ta wiedza niezwykle się
przydała. Na korytarzach spotykałem i poznawałem dziennikarzy z redakcji
muzycznych. Centrum na Woronicza stało się wytyczną mojego życia.
Okres mojego dynamicznego rozwoju dotknął też spraw sercowych.
Zakochałem się w Grażynie, którą znałem z okresu wakacji w Garbatce.
Była z Radomia i dzięki życzliwości mojej mamy zamieszkała u nas w domu
w ramach pomocy w jej medycznych studiach. Rozedrgane uczucie wzięło
górę, sprawa okazała się nader rozwojowa i po wielu rodzinnych naciskach
z obu stron zakończyła się ślubem i hucznym weselem. Zdecydowanie
przedwczesnym, ale mamy tak chciały.
Wszystko szło bardzo dobrze. Szkoła i bębny po świetnie zdanym trzecim
roku, praca z dobrą pensją, szczęśliwe małżeństwo, pierwsze radiowe
doświadczenia - aż tu nagle pewnego pięknego letniego popołudnia
nastąpiła katastrofa. Wyszedłem z moim ulubionym psem Slimem na spacer.
Na podwórku spotkałem dobrego kumpla Krzyśka, zatrzymałem się i zaczęliśmy gadać. Slim latał dookoła na długiej smyczy. W pewnym
momencie pies zauważył kota wybiegającego ze śmietnika i ruszył za nim w pogoń. Szarpnął mnie tak mocno, że fiknąłem kozła na plecy. Wstałem,
otrzepałem się, skląłem Slima, Krzysiek się zaśmiał i niby nic się nie
stało. W nocy poczułem ból po prawej stronie klatki piersiowej. Rano
wstałem i pojechałem na Woronicza. Czułem się coraz gorzej, więc Ciocia
Jadzia wygoniła mnie do lekarza. Telewizyjna przychodnia była nieopodal.
Doktor mnie opukał, wysłuchał i stwierdził, że to początek półpaśca.
Przepisał jakieś lekarstwa i kazał pojechać do domu. Kiedy leżałem, ból
nie był tak silny, ale następnego ranka miałem kłopoty ze wstaniem,
ciężko mi się oddychało i nie mogłem się ubrać. Pomogła mi Grażyna. Z trudem wsiadłem do taksówki i pojechałem do tego samego lekarza. Ledwo
mnie posłuchał, jego twarz zbladła i nieco nerwowo oznajmił, że muszę
natychmiast jechać na rentgen klatki piersiowej na Waryńskiego i koniecznie zadzwonić po żonę. Tuż po prześwietleniu drzwi jednej z kabin
otworzyły się i usłyszałem głośno swoje nazwisko.
Po chwili przechodzący obok lekarz krzyknął:
- Panie Sylwin, proszę się nie ruszać, zaraz przyjedzie karetka i zawiezie pana na ostry dyżur na Lindleya. Tu jest prześwietlenie, które
musi mieć pan przy sobie. Czy z panem ktoś jest?
Zanim odpowiedziałem, co sprawiało mi już trudność, pojawiła się
Grażyna. Coraz gorzej oddychałem i powoli przestawałem kontaktować.
Miałem plamy przed oczami. Karetka zawiozła nas na Lindleya, a tam
bardzo szybko lekarz dyżurny stwierdził, że doznałem samoistnej odmy
prawego płuca i natychmiast muszą mnie przewieźć na operację do szpitala
na Wolską. Nie za bardzo wiedziałem, o co chodzi. Obraz się zacierał. W pewnym momencie nad głową usłyszałem damski głos:
- Ma pan dużo szczęścia, panie Jacku, że teraz pana do nas przywieźli,
bo mogło być za późno. Zamiast prawego płuca ma pan wielką dziurę
powietrza, która przesunęła też serce i musimy to wypompować. Będą dalej
kłopoty z oddychaniem. Wie pan, dawniej bywało tak, jeśli pan czytał w starych powieściach, że jeśli pan hrabia lub pan generał nagle dostali
duszności, a dwa dni później zmarli - to właśnie odma płucna. Czasami
nie wiadomo, skąd się bierze.
Ja jednak wiedziałem, że to była sprawka mojego ukochanego Slima. W szpitalu leżałem bez ruchu na prawym boku przez trzy tygodnie.
Sukcesywnie wielką igłą wyssano ze mnie ponad cztery i pół litra
powietrza, liczba prześwietleń rentgenowskich przekroczyła normę, a mama
na przemian z Grażyną walczyły z moimi odleżynami. Po raz pierwszy
wyrosła mi broda i wąsy. Nie czułem jednak jeszcze katastrofy. Nadeszła
w momencie wypisu ze szpitala, kiedy dowiedziałem się, że czeka mnie
minimum półroczna rekonwalescencja z zakazem jakiegokolwiek wysiłku
fizycznego, ale przede wszystkim otrzymałem całkowity zakaz gry na
perkusji. Ogarnęła mnie rozpacz. W środku usłyszałem krzyk: Co teraz,
co dalej?!
Z Grażyną, która dźwigała bagaże, bo zgodnie z zaleceniami wzięła na
siebie dzielnie wszystkie wysiłki fizyczne, wyjechaliśmy na miesiąc w góry do Krynicy. Góry dobrze robią na płuca, poza tym byłem załamany i musiałem odreagować. Ta wielka dziura płucna rozlała się na życie, balon
powietrza pękł i nastąpiła niekontrolowana przerwa, coś na kształt
zawieszenia w próżni. Życie jednak nie znosi pustej przestrzeni. W każdym razie nie u mnie.
Po powrocie do domu odezwał się do mnie Janusz "Kosa" Kosiński. Mieszkał
w tym samym bloku na Muranowie i podobnie jak inni był podwórkowym
przyjacielem. Razem się wychowywaliśmy, razem graliśmy w piłkę w tej
samej drużynie, nasi rodzice zapraszali się nawzajem, wspólnie
dorastaliśmy. Jak to się ładnie mówi, "byliśmy z tej samej piaskownicy"
- dosłownie. Takie dziecięce przyjaźnie okazują się najważniejsze i na
ogół trwają całe życie.
Kosa okazał się moim pierwszym i przez to najważniejszym promotorem.
Byłem jeszcze w wojsku, gdy kiedyś spotkany przed domem pochwalił się,
że załapał się do Rozgłośni Harcerskiej. Był bardzo dumny i podekscytowany. Rozpoczął wówczas swoją karierę jako redaktor i dziennikarz muzyczny. Niewątpliwie miał czuja, a nasze młodzieńcze
doświadczenia w poszukiwaniu dobrych płyt, podsłuchiwaniu audycji Radia
Luxembourg i licytowaniu się w kwestii ulubionych numerów i kapel dawały
rezultaty. Kosa był bezpośredni, rubaszny i miał kota na punkcie list
przebojów i ówczesnych gwiazd. P.J. Proby i jego słynne Hold me, Del
Shannon, Van Morrison, Roy Orbison, Moody Blues, The Yardbirds, Kinks,
King Crimson, Deep Purple, Stonesi - to były jego typy.
Pewnego dnia Janusz przyniósł mi wiadomość, że w Rozgłośni Harcerskiej,
a może nawet w Polskim Radiu, mógłbym znaleźć swoje miejsce, a mając
wykształcenie muzyczne, przydam się w redakcji. Zarekomendował mnie
Andrzejowi Stankiewiczowi, ówczesnemu zastępcy redaktora naczelnego
Programu Trzeciego. Tak rozpoczęła się moja kariera radiowca.
Kiedy Stankiewicz dostał awans na szefa redakcji muzycznej Programu
Pierwszego i przeniósł się z Myśliwieckiej do budynku "D" na Woronicza,
moja radość była wielka, ponieważ znalazłem się na swoim podwórku.
Znałem już centrum, budowałem je przecież. Czułem się tam znakomicie,
ale do tego wrócę nieco później.
Byłem głęboko zraniony i podłamany faktem, że musiałem przerwać szkołę i zarzucić perkusję. Rozważałem różne warianty dalszego kształcenia
muzycznego, bo bez muzyki nie widziałem żadnych innych perspektyw. Tym
bardziej że coraz głębiej wchodziłem już w branżę radiową i muzyczną na
Woronicza. Ale przedziwne szczęście mnie jednak nie opuszczało. Któregoś
dnia dotarła do mnie ekscytująca wiadomość, że w ramach reformy oświaty
Państwowa Wyższa Szkoła Muzyczna na Okólniku, czyli warszawskie
konserwatorium, w nowym roku akademickim na IV Wydział Wychowania
Muzycznego oprócz matury nie wymaga od kandydatów dyplomu liceum czy
średniej muzycznej. To była dla mnie wielka szansa. Niejednokrotnie w życiu miałem odczucie, jakby jakaś Wyższa Siła załatwia coś z myślą o mnie. Oczywiście wykorzystałem tę sposobność.
Jako członek kolegium redakcyjnego poprosiłem Stankiewicza o zgodę na
podjęcie studiów i otrzymałem ją razem z odpowiednim listem
rekomendacyjnym. Kiedy zdałem pozytywnie egzamin wstępny, okazało się,
że przekroczyłem limit wieku, który wynosił wtedy dwadzieścia pięć lat,
i władze szkoły musiały wystąpić indywidualnie do Ministerstwa Kultury o zgodę na moje studia. Przez parę tygodni czekałem z niecierpliwością na
odpowiedź. Była pozytywna. Stałem się studentem Państwowej Wyższej
Szkoły Muzycznej, wprawdzie najstarszym na roku, ale pełnoprawnym.
Równocześnie dopadły mnie niezbyt optymistyczne myśli o błędnych
wyborach i straconym czasie w moim życiu. O tym, że to kosztuje zbyt
wiele energii, a nie wszystko da się nadrobić. Ale też zauważyłem, że w tym przemijającym dynamicznym życiorysie spotyka mnie też coś
wyjątkowego. Niezależnie od wszystkiego mam bardzo dużo szczęścia.
Okazuje się, że jest potrzebne i tym bardziej nie można go lekceważyć.
Wszystko ruszyło jeszcze bardziej z kopyta, a czas był wypełniony po
brzegi. Wykłady, zajęcia indywidualne, nagrania i kolegia w radiu,
wreszcie rodzina, na którą było coraz mniej czasu.
Z Grażyną doszliśmy do wniosku, że aby mieć więcej czasu dla siebie,
musimy poszukać własnego lokum. Po krótkich poszukiwaniach
wyprowadziliśmy się od mamy z Muranowa. To był dla mnie ważny życiowy
krok. Uczył samodzielności i przeciwstawiał się matczynej
nadopiekuńczości, tak nagminnej i charakterystycznej dla tamtych czasów,
mentalnie wciąż powojennych. Po raz pierwszy poczułem powiew
artystycznej wolności. Studiowałem kochaną muzykę, jako jeden z niewielu, wręcz wybraniec losu, należałem do świetnej redakcji muzycznej
Polskiego Radia, w audycjach nadawałem i przemycałem najlepszego rocka,
poznając przy okazji wybitnych artystów. Byłem w swoim żywiole.
W konserwatorium w ramach głównego przedmiotu, czyli dyrygentury,
trafiłem do klasy bez wątpienia jednego z najlepszych wykładowców w tej
specjalności, czyli profesora Henryka Wojnarowskiego. Był znakomity, ale
przede wszystkim bardzo wymagający, co dość szybko odczułem. Dyrygentura
to głęboki i wszechstronny przedmiot, obejmujący w istocie całą wiedzę o muzyce - w moim przekonaniu to jej kwintesencja. To także czysty ruch
wyrażający wszystkie muzyczne niuanse, który w sposób najbardziej
szlachetny musi wydobyć od wykonawców wszelkie zapisane walory dzieła
kompozytora. Trzeba spędzać mnóstwo czasu nad partyturą, by to wszystko
opanować.
Ja nie poświęcałem tyle, ile powinienem, co zaskutkowało poprawką po
pierwszym roku. Musiałem się przyłożyć.
Święta Bożego Narodzenia 2020 / Nowy Rok 2021
W Święta Wielkanocne wydawało nam się, że na święta Bożego Narodzenia
będzie już po wszystkim. W czerwcu premier pokrzykiwał, że koronawirus
jest w odwrocie. Wszystko okazało się spekulacją bez pokrycia. Jesteśmy
uwięzieni w domach bardziej niż poprzednio, a ogłaszane obostrzenia
wzmagają strach i niewiadomą oraz przywołują skojarzenia ze stanem
wojennym. Jedyną nadzieją pozostaje szczepionka. Teorie spiskowe mają
jednak wielu zwolenników, więc politycy, lekarze i inni łączą siły w akcji szczepionkowej, jak na razie dość chaotycznie organizowanej i z aferami w tle. Co z tego wyniknie? Oto pytanie, które w istocie zaprząta
nasz świąteczny i rodzinny czas.
Drugi stycznia 2021 - Chyliczki
Dokładnie czterdzieści lat temu w Sopocie odbył się hucznie nasz ślub z Ewą. Jesteśmy do dzisiaj, a jej bohaterstwo polega na tym, że wytrzymała
te lata ze mną i moimi ambitnymi, ale nie zawsze udanymi projektami.
Przeżywamy z pewnością bardzo barwne, nietuzinkowe życie, pełne naprawdę
wysokich wzlotów i nie mniej bolesnych rodzinnych oraz zawodowych
upadków. Dowodem na to jest tradycyjne powitanie lekarza terapeuty, u którego Ewa czasami gości: "Witam, pani Ewo, i co tam nowego słychać w tym pani awanturniczym życiu?". To, że jest ono "awanturnicze", to
oczywiście moja, nie zawsze pozytywna zasługa. Powiedziałbym nawet, że
bardzo obciążająca, ponieważ dynamika działania powoduje dużą
niestabilność. A to nie służy małżeństwu.
Planowaliśmy zupełnie inaczej. Dwa lata temu spędziliśmy przepiękne
wakacje i naszą rocznicę w Tajlandii na wyspie Koh Chang. Teraz też
mieliśmy być w zupełnie innym i na pewno cieplejszym, pełnym słońca i czystego powietrza miejscu. Oczywiście z wodą do pluskania i pływania.
Ewa jest sopocianką, o naturze wakacyjnej dziewczyny, więc miejsce i wypoczynek muszą spełniać pewne warunki.
Ale tak się nie dzieje. Możemy jedynie powspominać i pomarzyć. Nowa
Zelandia, Australia, Hiszpania, Turcja, Kreta, El Gouna, Tunezja, Włochy
i Chorwacja wielokrotnie... Covid blokuje nas i nasze życie. Ale na
szczęście nie blokuje pamięci i ta odkrywa swoje kolejne pokłady.
Wejście do laboratorium
To był czas, kiedy kursowałem głównie między Okólnikiem i Woronicza,
wstępując również na Myśliwiecką. W domu, a właściwie wynajętym pokoiku
przy Mokotowskiej, pisałem audycje radiowe, słuchałem muzyki, czytałem
partytury, ćwiczyłem i uczyłem się do egzaminów.
Moją sztandarową audycją w Programie Pierwszym była wówczas Muzyka
prosto spod igły ze znakomitą czołówką w wykonaniu Wishbone Ash i aktualnymi płytami ze świata popu i rocka. W pokoju numer sto
trzydzieści cztery bloku "D" na Woronicza znalazłem się z Markiem
Skolarskim, kumplem i świetnym redaktorem muzycznym, ale przede
wszystkim cenionym autorem tekstów, współtwórcą wraz z Markiem
Ałaszewskim legendarnej grupy Klan i nowatorskiego kultowego musicalu
Mrowisko, a także gwiazdorskiej grupy VOX z Ryszardem Rynkowskim.
Z Markiem zbliżyliśmy się szybko, dzieliliśmy się swoimi gustami
muzycznymi i razem stanowiliśmy redakcyjny front forsujący nowoczesną
muzykę. Stankiewicz miał do nas zaufanie, dzięki czemu w Jedynce można
było posłuchać naprawdę dobrej i aktualnej muzy, oczywiście obok tej
"słusznej" w wykonaniu wiernych artystów.
To był początek lat siedemdziesiątych, czyli mija już pięćdziesiąt pięć
lat od czasu, kiedy rozpocząłem formalnie współpracę z Polskim Radiem.
Jak już wspomniałem, ściągnął mnie tam, a właściwie pociągnął, Andrzej
Stankiewicz. Niezwykle utalentowany, błyskotliwy dziennikarz, obdarzony
charakterystycznym lekko zachrypniętym głosem, był również znakomitym
improwizatorem. Od niego uczyłem się radiowego warsztatu, tym bardziej
że dość szybko zaczął mnie wrzucać na głęboką wodę. W jego cotygodniowym
sobotnim magazynie muzycznym byłem pierwszym z odpowiednio spreparowanym
głosem "automatycznym" DJ-em na antenie radiowej. Stankiewicz był
prekursorem dobrych nowoczesnych programów i przede wszystkim niezwykle
twórczym i inspirującym szefem całej naszej redakcji muzycznej. Równie
ważną postacią był jego zastępca, Andrzej Jaroszewski, do którego
przylgnąłem, ponieważ otoczył mnie szczególną opieką. Był szalenie
kulturalny, urokliwie błyskotliwy i niezwykle inteligentny. Szczerze
mówiąc, inteligencji akurat wszystkim ówczesnym radiowcom nie brakowało,
od redaktorów wymagano wyższych studiów muzycznych i wysokiego poziomu
każdej audycji poddawanej bezlitośnie polonistycznej korekcie i surowej
akceptacji szefa. Andrzej był lubianym i cenionym dziennikarzem, a także
prezenterem, który prowadził koncerty i festiwale jazzowe, parokrotnie
również opolskie festiwale piosenki.
To on pewnego razu na kolegium zaproponował, abym wybrał się z nim w ramach dziennikarskiego doświadczenia na organizowane przez Polskie
Stowarzyszenie Jazzowe "Warsztaty Jazzowe" do Chodzieży. Stankiewicz
zaakceptował ten pomysł i pojechaliśmy. To wtedy złapałem ksywkę Mały
Jaroszewski, co mi oczywiście schlebiało, a to z powodu, że nosiłem
bardzo podobny do Andrzeja zarost, a poza tym w Chodzieży nie
odstępowałem go na krok. Wprowadzał mnie w towarzystwo i całe środowisko
jazzowe. A było tam nie byle jakie. W 1972 roku zjechał się tam
krakowski kwiat polskiego jazzu. To było moje wejście.
Laborka - tak Laboratorium nazywa cała branża - była moim pierwszym
poważnym sukcesem menadżerskim i poniekąd producenckim.
A wszystko zaczęło się właśnie w Chodzieży, niewielkim mieście niedaleko
Poznania, którego dom kultury znajduje się w parku położonym nad pięknym
jeziorem. Idealne warunki sprzyjające twórczej atmosferze wakacyjnego
spotkania. Przyjemne położenie, piękna przyroda, woda i możliwość
pełnego relaksu. Wydaje się, że dla młodych, zdolnych muzyków amatorów,
pragnących się czegoś nauczyć od swoich znakomitych kolegów, trudno o korzystniejsze miejsce. Była piękna, słoneczna pierwsza połowa sierpnia.
Sukcesywnie poznawałem wszystkich uczestników, a było ich sporo, bo
około sześćdziesięciu.
Dyrektorem artystycznym i wykładowcą teorii muzyki był nieoceniony i lubiany Lucjan Kaszycki, z którym godzinami gadaliśmy o muzycznych
bogactwach. Funkcję komendanta obozu pełnił Tomek Tłuczkiewicz,
późniejszy wieloletni prezes Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego, a w kadrze znaleźli się już wówczas wybitni muzycy, członkowie Tomasz Stańko
Quintet.
Muszę też wspomnieć Jana Poprawę z Krakowa, który scalał to całe
krakowskie towarzystwo. Z każdym z nich nawiązałem niezwykłe, bo
przyjacielskie, ale siłą rzeczy też profesjonalne relacje. Zbratałem się
szczególnie ze studentami-słuchaczami, ponieważ sam w jakimś sensie
odgrywałem taką rolę, a byli tam przede wszystkim członkowie zespołu
Laboratorium oraz Piotr Prońko i zespół Refleks, a także Krzysztof
Medyna i Zbigniew Czarniecki.
Stamtąd też nadałem swoją pierwszą pisaną korespondencję do rubryki
Dariusza Michalskiego w "Sztandarze Młodych".
Po dwóch tygodniach wspólnej pracy, zabawy i wypoczynku - jako że
Warsztaty były też obozem rekreacyjnym - wspólnego muzykowania i kontaktów, słuchacze-amatorzy i wykładowcy-profesjonaliści wyjeżdżali
bogaci w muzyczne przeżycia. Ci pierwsi otrzymali niebagatelną porcję
wiedzy i umiejętności, ci ostatni przekonali się, że to, co przekazali
słuchaczom, zostanie celnie wykorzystane i przyczyni się z czasem do
wzmocnienia szeregów polskich jazzmanów.
Zorganizowane przez Komisję do Spraw Amatorskiego Ruchu Muzycznego przy
Polskim Stowarzyszeniu Jazzowym, Centralny Ośrodek Metodyki
Upowszechniania Kultury oraz Klub "Astry", działający przy Powiatowym
Domu Kultury w Chodzieży, Warsztaty skupiły znakomitą kadrę, pod wodzą
Lucjana Kaszyckiego. W poszczególnych klasach zajęcia prowadzili: Tomasz
Stańko (trąbka), Zbigniew Seifert (saksofon, skrzypce), Janusz Stefański
(perkusja), Bronisław Suchanek (kontrabas), Jan Jarczyk (fortepian) i Marek Podkanowicz (gitara). Głównym celem ich wszystkich było
"znalezienie wspólnej płaszczyzny z amatorami, z której można by
spojrzeć na niektóre z podstawowych zagadnień pracy współczesnego
muzyka".
Trzeba przyznać, że ta płaszczyzna została znaleziona szybko, a program
szkolenia, niezwykle bogaty i wszechstronny, poszerzał ją konsekwentnie.
Poranne zajęcia teoretyczne w klasach, fachowe konsultacje czy też
indywidualne lekcje konfrontowane były wieczorem na wspólnych jam
sessions. Stałymi punktami programu były też prelekcje muzyczne,
zaznajamiające wszystkich z najnowszymi osiągnięciami światowego jazzu,
ilustrowane znakomitymi płytami. Były też filmy muzyczne, cieszące się
ogromnym powodzeniem nie tylko wśród uczestników obozu. Atmosfera
bezpośredniości sprawiła, że wszyscy poczuli się członkami wielkiej
jazzowej rodziny. Zresztą - wiele można pisać na ten temat. A więc
najważniejsze: stworzyliśmy pewną tradycję, której nie można
zaprzepaścić, której słuszność i celowość potwierdził chociażby
tegoroczny Jazz nad Odrą.
Codzienne wykłady i dyskusje nad jeziorem, a przede wszystkim wieczorne
jam sessions były fantastyczne, a mnie szczególnie zafascynowały, co
dość zrozumiałe, zajęcia Janusza Stefańskiego i jego perkusyjna
wirtuozeria. W zbliżeniu z Januszem pomogła wydatnie jego siostra Kuka,
czyli Krystyna, z którą obdarzyliśmy się gorącą sympatią. Stańko i jego
kompani tworzyli absolutnie niezwykłą konstelację, która między innymi
poprzez Chodzież miała ogromny wpływ na rozwój polskiego jazzu i chlubnie zapisała się na kartach historii. To wtedy o nich usłyszałem
anegdotycznie brzmiącą historyjkę. Tomek z kwintetem przed zaplanowanymi
koncertami wyjechał poćwiczyć na wieś niedaleko Krakowa. Wynajęli
stodołę i tam spędzali całe dnie. Trzeba podkreślić, że to był okres
grania bardzo nowatorskiego free jazzu. Kiedy po mniej więcej miesiącu
prób byli gotowi do wyjazdu, Tomek z wójtem Góralem uzgodnili, że w ramach podziękowania za gościnę dadzą pożegnalny koncert w tamtejszej
remizie. Wieś przybyła tłumnie i Kwintet Stańki z pełnym poświęceniem
zagrał swój freejazzowy program.
Oklasków było co niemiara, a wójt zapytany o wrażenia odpowiedział: "Ja
tam, panocku, tej muzyki nie kumom, ale podobało nam się ino, bo widać
było, że spoceni cięsko się napracowali".
W takiej atmosferze zetknąłem się z Laborką i przede wszystkim z dwiema
wielkimi indywidualnościami, szkolnymi przyjaciółmi i filarami grupy,
Januszem Grzywaczem i Markiem Stryszowskim. Zaprzyjaźniłem się także z Mieczysławem Górką, który u boku Stefańskiego objawiał unikalny talent
perkusyjny.
- Nie wystukuj rytmu, po prostu graj i improwizuj na bębnach! -
pokrzykiwał Janusz.
Każdy muzyk Laborki był indywidualnością i chłonął wiedzę od swych
profesorów. Właśnie w Chodzieży nastąpiły podwaliny ich wspaniałej,
wieloletniej kariery, a także naszej długiej komitywy.
Spotkaliśmy się ponownie we Wrocławiu na Jazzie Nad Odrą. Wygrali go w cuglach i stali się błyskotliwą nadzieją nowego formatu w polskim
jazzie. Odnieśli niewątpliwy sukces, który miałem przyjemność obserwować
i towarzysko w nim uczestniczyć - Chodzież nas połączyła. Niewiele
pamiętam z tego festiwalu oprócz lejącej się strumieniami wódki w szerokiej kompanii muzyków i dziennikarzy w festiwalowym klubie
wrocławskiego Pałacyku. To wówczas towarzysząc Jaroszewskiemu, poznałem
bliżej Krzysztofa Maternę, Marka Karewicza, Wojciecha Siwka, Teresę
Poprawę, Andrzeja Kossowicza czy Macieja Partykę. Podobnie jak inni, nie
wylewałem za kołnierz, co już po pierwszym dniu pobytu skutkowało
permanentnym kacem. Tak zwany klin zaczynał nasz dzień już przy
śniadaniu, składającym się na ogół z jajecznicy, kefiru i piwa. Nastroje
zatem były radosne, momentami euforyczne i z sukcesem przyćmiewały
otaczającą nas szarą rzeczywistość. Wrocław jeszcze wciąż się
odbudowywał i miejscami straszył ruinami i ruderami.
Na tamte czasy festiwale muzyczne działały jak antidotum. Były
oczekiwanymi wydarzeniami, trwały zwykle trzy-cztery dni i oprócz często
dyskusyjnych czy wręcz kontrowersyjnych doznań artystycznych obfitowały
w bogate doświadczenia intelektualne, alkoholowe i damsko-męskie. Bez
wątpienia stanowiły tak zwany drugi obieg kulturowy, dawały posmak
wolności i niezależności oraz były platformą wymiany poglądów
zdecydowanie społecznie nieakceptowalnych i sprzecznych z obowiązującym
systemem.
Wyrazem tych wszystkich nastrojów był zwykle koncert finałowy z udziałem
laureatów. Tamtego roku odbył się - podobnie jak w innych latach - w Hali Ludowej, pamiętnej niestety z czasów hitlerowskiego reżimu i wojny.
Tam odbywały się, co trudno sobie uzmysłowić, nazistowskie wiece z udziałem Führera. Po wyzwoleniu i odbudowie miejsce przybrało nazwę
Hali Ludowej - okropnej akustycznie, ogromnej betonowej kopuły. Ale to
też miejsce artystycznych wydarzeń i spotkań, czasami także bardzo
prestiżowych w tamtych głęboko PRL-owskich czasach. Laborka oczywiście
wówczas wystąpiła, a cały finał potrafił zmobilizować i skupić ponad
cztery tysiące wielbicieli jazzu, ale też świadomych zwolenników
wolnościowej kontestacji. Niezwykłe, prawda? Nawet dzisiaj niełatwo jest
wypełnić całą Halę. Wtedy była tłumnie nabita. Jazz zawsze kojarzył się
z wolnością i niósł jej powiew, a to na ludzi działało.
Laborka się rozwijała, ja studiowałem w konserwatorium i nagrywałem
audycje. Jakoś sobie radziłem, ale natłok zajęć, kolokwiów i egzaminów
przy czasochłonnym radiowym, a także towarzyskim zaangażowaniu
spowodował zadyszkę. Podchodząc do sesji egzaminacyjnej na trzecim roku,
poddałem się i poprosiłem o dziekankę, czyli roczną przerwę - jakkolwiek
to nazwiemy. To była karkołomna i trochę bezczelna w stosunku do uczelni
decyzja, granicząca z niebezpieczeństwem wylania mnie ze szkoły, tym
bardziej że cały czas ze względu na wiek i swoją działalność byłem na
cenzurowanym. Ale znowu miałem dużo szczęścia i dziekan po moim długim
tłumaczeniu zawiłości życia oraz ukłonie wobec mojej mamy wyraził zgodę.
Ta przerwa jedynie zdynamizowała moją aktywność. Na prośbę Andrzeja
Tylczyńskiego i Romana Waschki zostałem szefem działu krajowego
miesięcznika "Non Stop", który był dodatkiem "Tygodnika
Demokratycznego". To było znaczące branżowe, bo chyba jedyne obok "Jazz
Forum", pismo na gazetowym papierze, szeroko prezentujące wydarzenia
polskiej i międzynarodowej sceny muzycznej. Redagowałem artykuły,
planowałem rubryki, pisałem newsy, opracowywałem listę przebojów, co
wtedy polegało na liczeniu głosów przychodzących na kartkach pocztowych.
Tam zetknąłem się wkrótce z Romanem Rogowieckim, Korneliuszem Pacudą,
specjalistą od muzyki country i Nashville, Wojciechem Soporkiem i innymi
branżowymi kolegami. Poszerzałem kontakty, a one przynosiły nowe
propozycje.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki