Rozdział 2
Samotna od urodzenia
#porzucona przez matkę, #zagadka ojcostwa Marilyn Monroe, #smutne
dzieciństwo Marilyn, #jedenaście rodzin adopcyjnych, #przyjaciel Tippy i jego tragiczna śmierć, #matka Marilyn ląduje w szpitalu psychiatrycznym, #pobyt Marilyn w sierocińcu, #jak zaczęła się miłość Monroe do wielkiego
ekranu, #Norma jąkała!
Marilyn obudziła się dzisiaj w wyjątkowo
dobrym nastroju. Była uśmiechnięta, a kiedy mnie zobaczyła, puściła do
mnie oczko. Zjadła porządne śniadanie, była miła dla swojej gosposi. Nie
mówiła nic o zwolnieniu w studiu, którym ostatnio żyła. Jakby nic się
nie stało. Zaczęłam zastanawiać się, czy może zażyła coś, by polepszyć
sobie nastrój, albo czy piła o świcie szampana... A może... Czyżby to była
moja zasługa? Czyżby moja kochana Marilyn po prostu tak cieszyła się z tego, że ją odwiedziłam?
Moja obecność przy jej boku jest dla niej z pewnością bardzo ważna,
szczególnie teraz, gdy przechodzi złe chwile, a na jej twarzy można
zwykle dostrzec jeszcze więcej smutku niż dotychczas. Marilyn jest
bardzo wrażliwa, lecz często udaje twardą. Trudno ją rozgryźć, nigdy nie
mam pewności, czy na pewno jest dobrze, czy tylko chce mi to wmówić.
Martwię się o nią, dlatego ucieszyłam się, kiedy zaproponowała mi
spacer. Kazała mi zabrać dyktafon. Zdziwiłam się, zatem Marilyn nie
żartowała poprzedniego dnia...
- O, tu jesteś! Mario, pośpiesz się! Zaraz ucieknie nam ta piękna
pogoda!
Przyjaciółka wołała do mnie, machając ręką na powitanie.
- Już pędzę! Ależ ty jesteś niecierpliwa!
Marilyn objęła mnie w pasie, chichocząc. Szybko wsiadłyśmy do forda i pojechałyśmy za miasto w jedno z ulubionych miejsc Marilyn. Bliskość
jeziora, lasy, to wszystko było tak urokliwe, że nie dziwię się, że lubi
ona wypady właśnie tutaj. Zapatrzona w krajobraz aż podskoczyłam, kiedy
moja przyjaciółka zwróciła się do mnie:
- Ładnie tu, prawda? Pomyślałam, że to idealne miejsce na to, by zacząć.
- Zacząć?
- Oj, już daj spokój. Niektórzy uważają, że jestem infantylna, ale
widzę, że ty też jesteś niezła! Nie udawaj, że nie wiesz, o co chodzi,
tylko włączaj ten cholerny dyktafon.
- Ale mi tak niezręcznie. Mam cię przepytywać jak policjant?
- Albo jak najlepsza dziennikarka. Nie rób mi tego, błagam cię. Wiesz,
jak mnie to dręczy? Wiesz, jak bardzo mnie to dotyka, gdy słyszę kolejne
plotki na mój temat?! Ludzie tak łatwo oceniają, nie znając, ba, nawet
nie chcąc znać prawdy. Sensacyjne, negatywne ploteczki są takie
chodliwe... A ja zaraz oszaleję! Muszę sama opowiedzieć, jak było. Mam
dość tych historii wyssanych z palca!
- Dobrze. Masz rację. Pamiętaj, jestem tu i będę zawsze. Będę cię
wspierać. Jeśli więc taka twoja decyzja, to zrobię to najlepiej jak
umiem, Marilyn.
- Dzisiaj nie jestem Marilyn. Dziś rozmawiasz z Normą.
- Normo, zatem o co powinnam cię najpierw zapytać? Od czego chcesz
zacząć?
- Od początku, kochanie. Tam wszystko się zaczęło. Zacznijmy od
początku...
Marilyn miała łzy w oczach. Natychmiast objęłam ją, włączyłam dyktafon
i powolnym krokiem zaczęłyśmy iść przed siebie. Ścisnęłam ją mocniej,
dając znak, że jestem gotowa i Marilyn może w końcu to wszystko z siebie
wyrzucić. Zauważyłam, że wzięła ukradkiem tabletkę, którą miała w kieszeni. Pewnie to był lek na uspokojenie. Przez te wszystkie lata
nosiła ogromny ciężar w sobie, czas, by zdjęła ten balast. Jeśli ma jej
to pomóc, zrobię wszystko co w mojej mocy, by tak się stało.
- Pierwszego czerwca 1926 roku...
Marilyn wyszepnęła, wypuszczając z płuc ciężki oddech.
- To dzień twoich urodzin.
- I wtedy to się wszystko zaczęło. Moja matka Gladys urodziła mnie tego
dnia w szpitalu w Los Angeles, na oddziale dla biednych osób. Kiedy
wydała mnie na świat, miała już dwójkę dzieci z pierwszego małżeństwa z panem Bakerem. Ale nie zajmowała się nimi. Dzieci mieszkały z rodziną
byłego męża.
Norma Jeane Mortenson jako roczne dziecko, 1927 rok
- Twoja matka miała z nimi dobry kontakt?
- Tak szczerze to nie wiem, ale mogę się domyślać, że niezbyt. Trochę
mnie to zawsze dziwiło, w końcu je urodziła i wydawałoby się, że powinna
dążyć do nawiązania z nimi dobrych relacji. Matka jednak była chwilami
dość... beztroska.
- Ile miała lat, kiedy cię urodziła?
- Dwadzieścia cztery. Miała wtedy na koncie jedno małżeństwo, dwójkę
dzieci, rozwód, drugie małżeństwo i drugi rozwód. Nie wiem, czy wiesz,
ale nie miała pieniędzy na mój poród. Koledzy z pracy musieli złożyć
się, by mogła mnie urodzić. To jeszcze nic. Oddała mnie do adopcji. Dwa
tygodnie po porodzie. I to chyba najlepiej pokazuje, jaki matka miała
stosunek do życia, do mnie, do dzieci...
- Masz do niej żal?
- A dziwisz się? Zostawiła mnie, kiedy najbardziej jej potrzebowałam.
Kiedy jako maleńkie dziecko chciałam poczuć jej zapach, usłyszeć bicie
serca... A ona była niewzruszona.
- Byłaś samotna od narodzin...
- I tak pozostało w dużej mierze do dziś...
- A co z twoim ojcem?
- Tu też sprawa jest pogmatwana. Do szesnastego roku życia myślałam, że
moim ojcem jest pierwszy mąż mojej matki o nazwisku Baker. Tak miałam
napisane w metryce chrztu. Ale nagle okazało się, że mój ojciec to inny
mężczyzna o nazwisku Mortensen. Takie nazwisko widniało w moim akcie
urodzenia.
- Jak to?!
- Zapytaj mojej matki. Ona nie chciała w ogóle rozmawiać ze mną na ten
temat, ale w moich dokumentach jest napisane, że moim ojcem jest Martin
Edward Mortensen, z którym przez parę miesięcy miała romans zakończony
ślubem i szybkim rozwodem w 1928 roku. Mortensen był piekarzem i zostawił ją rok przed moimi narodzinami. Ja z kolei długo byłam
przekonana, że moim ojcem jest jej pierwszy mąż. Ale dokumenty pokazują
co innego.
- Co Gladys mówiła na temat twojego ojca?
- Właściwie nic. Kiedyś powiedziała, że kochanków miała wielu, więc nie
wie, kto jest moim ojcem. Na tym temat urwała i nie chciała do niego
wracać.
Urzędowy odpis aktu urodzenia Normy Jeane Mortenson wydany przez administrację hrabstwa Los Angeles. Aktorka przyszła na świat 1 czerwca 1926 roku w Los Angeles, a jej rodzicami byli Gladys Pearl Baker (z domu Monroe - jak tu podano) i Charles Stanley Gifford. W dokumencie jako ojciec figuruje jednak ówczesny mąż Gladys - Martin Edward Mortensen (tu wpisany jako Mortenson), który rozstał się z nią tuż przed narodzinami Normy
- Spotkaliście się kiedyś z ojcem, to znaczy z tym, którego uważałaś
za ojca?
- Ale kto miał się spotkać?
- Ty z tym Mortensenem!
- A coś ty! Nawet gdybym chciała, to nie miałam jak... W dokumentach nie
ma jego adresu. Wyobrażasz to sobie? Moja matka nie podała go. Myślę, że
po prostu nie wiedziała, gdzie go szukać..., sama widzisz. Tak, moja matka
nie była zainteresowana tym, jak się wychowam bez ojca. Nie dała mi
szansy go poznać. Czasami mam wrażenie, że mogła tam wpisać nazwisko
znanego aktora i wyszłoby na to samo. Nie wiem, dlaczego tak zrobiła...
Zdradzę ci coś jeszcze.
- Co takiego?
- Jakiś czas temu miałam nawet pewne podejrzenia, że moim ojcem nie jest
ani Mortensen, ani Baker, tylko Stanley Gifford, czyli kolega z pracy
mamy.
- Dlaczego?
- Bo dowiedziałam się, że mieszkał on z moją matką po drugim rozwodzie i zostawił ją przed moimi narodzinami. Matka też kiedyś pokazała mi jego
zdjęcie i powiedziała, że to jest mój ojciec. Pamiętam, że był on
przystojny i wyglądał jak Clark Gable2. Powiem tak, nie wiem, kto
jest moim ojcem i nie mam pewności, czy moja matka wie... Ale ta wersja z Gable'em mi pasowała, dlatego niekiedy żartowałam, że moim ojcem jest
Clark Gable. Ale przyjmijmy w tej rozmowie, że moim ojcem jest Martin
Edward Mortensen, skoro tak wynika z mojego aktu urodzenia.
- Czym zajmowali się twoi rodzice?
- Moja matka pracowała w laboratorium filmowym i zajmowała się montażem,
a ojciec... sama nie wiem. Jak mówiłam, nie poznałam go nigdy. Z tego, co
wiem, to Mortensen zginął, gdy miałam trzy lata3 w jakimś wypadku
motocyklowym.
- A rodzeństwo?
- Niestety nie poznałam też mojego przyrodniego rodzeństwa. Wiem, że je
mam i to tyle. Nie widzieliśmy się nigdy.
- Skąd to rodzeństwo? To dzieci ze związku Gladys z panem Bakerem?
- Dokładnie. Wiem, że mieli dwójkę dzieci. Wiem też, że moja matka po
rozwodzie nie bardzo o nie zabiegała i kiedy sąd przyznał opiekę nad
nimi Bakerowi, to była zadowolona. Mogła dalej się bawić i żyć swoim
życiem. Znalazła pracę w Hollywood, w laboratorium filmowym. Poznała też
tam ciotkę Grace, z którą zamieszkała i z którą odnalazła wspólny język
- obie lubiły tak samo zabawę i randkowanie.
- Marilyn, tak mi ciebie żal. Miałaś rodzinę, a jednocześnie jej nie
miałaś...
- Mówiłam ci, byłam skazana na samotność od początku. Nie mam szans z takim przeznaczeniem...
Marilyn głęboko westchnęła.
- Masz mnie!
- Całe szczęście! Wiesz, strasznie trudno się żyje, nie wiedząc nawet,
jak wyglądał twój ojciec...
Charles Stanley Gifford, biologiczny ojciec Normy Jeane, na fotografii z początku lat dwudziestych
- Wyobrażam sobie, od zawsze mówiłaś mi, że od urodzenia byłaś
samotna...
- Tak czuję.
Marilyn Monroe o swojej matce i swoich narodzinach
Przypuszczalnie byłam pomyłką. Moja matka nie chciała mnie.
Prawdopodobnie stanęłam jej na drodze, i to, że w ogóle istniałam, było
dla niej hańbą.
Christa Maerker, Marilyn Monroe i Arthur Miller, Kraków 1998, s. 86.
- A co z dziadkami?
- Moi dziadkowie to Otis Elmer Monroe i Della May Hogan. Mówię tylko o dziadkach ze strony matki, bo wiesz, jak to z ojcem jest... Wracając do
tematu. Otis Monroe zmarł młodo, chorował na kiłę i przed śmiercią nie
było z nim kontaktu. Della po jego śmierci szukała miłości, jednak nie
znalazła jej. Miała kochanków, często pijaków. Moja matka Gladys podobno
była do niej bardzo podobna. Na pewno z babką miała wspólne to, że miała
wielu kochanków. Lubiły się zabawić, korzystać z życia. Wiele osób
twierdziło, że były lekkomyślne i beztroskie.
- Ta beztroska nie pomagała w wychowywaniu dziecka...
- Jak już wspomniałam, matka oddała mnie do adopcji, kiedy miałam dwa
tygodnie. Oddała mnie, bo musiała wrócić do pracy, do wytwórni. Moja
babka Della popierała ten pomysł. Nie byłam im chyba potrzebna w życiu...
Trzyletnia Norma Jeane (na dole, po prawej) z matką Gladys (powyżej) w towarzystwie innego dziecka i jego rodzicielki, 1929 rok
- A do tego na jednej rodzinie adopcyjnej się nie skończyło...
- To prawda. Wychowywało mnie jedenaście rodzin adopcyjnych. Byłam też w sierocińcu... Ale od początku. Moja pierwsza rodzina zastępcza mieszkała
poza Los Angeles. Mieszkałam u nich dość długo, bo około siedem lat. To
znaczy pamiętam, że miałam siedem lat, gdy opuściłam ich dom. Szmat
czasu...
- I jak wspominasz ten czas u pierwszej rodziny zastępczej?
- Niezbyt dobrze...
Marilyn posmutniała, widać było, że ten temat wciąż jest dla niej
żywy.
- Nie mogłam u nich zachowywać się jak dziecko i bawić się beztrosko,
śpiewać, tańczyć. Mogłam jedynie nucić psalmy. Życie u Bolenderów
toczyło się przewidywalnie, według powtarzającego się schematu dnia, a więc nudno, wszystko było podporządkowane życiu religijnemu. Miałam dużo
obowiązków w domu, na szczęście polubiłam w miarę mycie naczyń i zabawę
z pianą. Rodzice byli bardzo surowi, stanowczy. Byli też bardzo pobożni.
Nawet chodzenie do kina uznawali za coś grzesznego, według nich cały ten
show-biznes był jaskinią lwa, sodomą i gomorą, uosobieniem zła.
Straszyli mnie, że jak pójdę do kina, to zginę w grzechu.
- Powiedziałaś, że byli surowi? Co to znaczy? Co robili?
- Pewnie się domyślasz... Na naganach słownych się nie kończyło.
Bolenderowie bili mnie pasem, kiedy ich zdaniem zasłużyłam na karę.
Byłam wtedy bardzo nieszczęśliwa. W tych chwilach płakałam w poduszkę i przeklinałam dzień swoich narodzin. Do tego nikt nie nazywał mnie córką,
czułam się w tym domu jak obca. Nie przytulali mnie. Nie mogłam do pani
Bolender mówić mamo, musiałam ją nazywać ciotką Idą, co udowadniało mi w każdej sekundzie życia, że jestem sama jak palec i nie mam nawet mamy.
Każde dziecko powinno mieć mamę...Usłyszałam, że nie jesteśmy krewnymi,
a ja tylko mieszkam z nimi. To jeszcze nie wszystko! Nie dostawałam
prezentów przy różnych okazjach, mimo że dzieci biologiczne moich
adopcyjnych rodziców takowe dostawały... Jako dziecko byłam taka samotna i nieszczęśliwa. Nie miałam ani trochę radości. Czułam żal do matki, że
mnie oddała w takie ręce. Żal do ojca, że mnie zostawił. Chciałam uciec,
ale nie miałam gdzie.
Marilyn Monroe o swoim dzieciństwie
Kiedy byłam małą dziewczynką, nikt nigdy nie powiedział mi, że jestem
ładna. Wszystkim małym dziewczynkom powinno się mówić, że są ładne,
nawet gdyby nie były. (...)
Nikt nigdy nie nazwał mnie córką. Nikt nie całował. Oni mieli własne
dzieci i na Boże Narodzenie była tam wielka choinka i wszystkie dzieci w domu dostawały prezenty, tylko nie ja. Jedno z tych dzieci dało mi
pomarańczę. Pamiętam to Boże Narodzenie, jadłam tę pomarańczę zupełnie
sama.
Krzysztof Żywczak, Marilyn Monroe. Życie bez happy endu, Warszawa
2014, s. 6 i 8.
- Jak sobie radziłaś w domu Bolenderów?
- Najprościej jak się da, czyli w głowie wymyśliłam sobie świat, w którym chciałabym żyć. Tworzyłam różne scenariusze, w których jestem
szczęśliwa i kochana, a potem udawałam, że to nie jest fikcja. Żyłam w swoim świecie. Do dziś czasami wymyślam różne historie i mówię komuś, że
tak było, takie kłamstwo pozwala mi zatuszować to, co na przykład jest
bolesne. Niestety czasami w nocy budziłam się z płaczem, albo nie mogłam
wcale spać. Już od wczesnego dzieciństwa miałam problem z bezsennością...
- Od wieku dziecięcego żyłaś światem filmu, takiego filmu, który jako
mała dziewczynka, sama sobie wymyśliłaś...
- Dobrze powiedziane, Mario. Musiałam gdzieś uciec, gdzieś, gdzie byłam
sobą. Tylko to mi przyszło do głowy. A, zapomniałabym! Przez moment
miałam jednak przyjaciela o imieniu Tippy. Byłam już starsza, miałam
około sześciu, siedmiu lat.
- Kto to taki?
- Kiedyś znalazłam na ulicy małego pieska. Nazwałam go Tippy. Bałam się,
że Bolenderowie zabronią mi go przynieść do domu, ale na szczęście - co
mnie zdziwiło - zgodzili się, jeśli oni nie będą mieli tego psa na
głowie. Obiecałam im, że to ja będę się nim opiekować. Postanowiłam, że
zostaniemy przyjaciółmi. Tippy był szczęśliwy, bo naprawdę pokochał mnie
z wzajemnością. Jak gdzieś szłam, to szedł za mną i czekał na mnie, aż
wrócę. Szybko się do mnie przywiązał. Jednak pewnego dnia Tippy
strasznie szczekał. Ku mojej rozpaczy sąsiad zastrzelił4 go
wtedy, bo mu przeszkadzał. Nie pytaj, ale byłam wtedy tak załamana, że
myślałam, że świat się skończy. To była wielka trauma dla małej
dziewczynki.
- Czy w czasie, kiedy mieszkałaś u Bolenderów, miałaś kontakt ze swoją
rodziną?
- Matka odwiedzała mnie. Nieczęsto, ale czasami to robiła.
Marilyn zamilkła na moment, zwiesiła głowę i kontynuowała.
- Dobrze, prawdę mówiąc, matka bardzo rzadko mnie odwiedzała. Myślę, że
byłam jej obojętna, nie interesowała się mną i moim życiem, problemami.
Ja zaś wyczekiwałam tych momentów, ale były one niezręczne. W sumie nie
miałam z matką żadnej więzi. Chwilami czułam, że jest obcym człowiekiem.
Jako dziecko byłam wystraszona, zachowywałam dystans. Ale pamiętam, że
ona też. Nigdy nie uśmiechnęła się do mnie, nie przytuliła mnie... A ja o tym marzyłam... Matka nie okazała mi czułości. Znowu czułam się odtrącona,
a może i nawet niechciana? Zastanawiałam się, czy Gladys odwiedzała
mnie, bo tak wypadało, bo nie mogłam dostrzec na jej twarzy żadnej
ekscytacji moją osobą.
- Ale rozmawiała z tobą? Była ciekawa tego, jak żyjesz, jak się
czujesz?
- Nasze kontakty były marne. Rozmowa nie kleiła się.
- Gladys chciała cię odzyskać?
- Nie wiem, czy chciała. Domyślam się, że chyba wolała, bym nie
mieszkała z nią. Takie odniosłam wrażenie również kiedy przez krótki
czas zamieszkałam z nią w Hollywood, gdy miałam siedem lat. To było
zaraz po śmierci Tippiego. Wiem, że pani Bolender wtedy sprowadziła moją
matkę, by zabrała mnie od nich. Matka nie miała wyjścia i wzięła mnie od
nich.
- I jaka była wtedy matka? Jak ją zapamiętałaś?
- Była dalej lekkomyślna, ale nie znałam jej dobrze, bo przecież nie
miałyśmy kontaktu... Ona już wtedy zachowywała się dość dziwnie. Jako
dziecko tego nie rozumiałam, momentami się jej bałam.
- Mówisz jej o chorobie?
- Nie wiem, czy już wtedy miała schizofrenię. Ale wiem, że długo przed
tym, gdy trafiła do szpitala psychiatrycznego, miała ataki agresji. Były
momenty, kiedy była nieszczęśliwa, płakała całymi dniami, miała
depresję. Potem budziła się pewnego dnia i jak gdyby nigdy nic skakała z radości z byle powodu. Łatwo się także denerwowała. Była też bardzo
religijna, uznawała, że Bóg ją ciągle karze.
- Jak to się stało, że trafiła do szpitala psychiatrycznego?
- Zaatakowała swoją koleżankę nożem. W styczniu 1934 roku, a więc gdy
miałam siedem lat, uznano ją za niepoczytalną. Została umieszczona w szpitalu psychiatrycznym w Los Angeles. Powiedzieli mi, że jest chora na
schizofrenię paranoidalną. To straszna choroba. Od tego czasu nasz
kontakt był sporadyczny. Prawdę mówiąc, bałam się, że choroba mojej
matki jest dziedziczna, że to samo przytrafi się i mnie. Tym bardziej,
że nie tylko w mojej rodzinie matka była chora.
- Co masz na myśli?
- Moja babka w chwili śmierci znajdowała się w ośrodku dla obłąkanych,
miała psychozę. Kiedyś babka nawet próbowała mnie udusić poduszką...
- Kiedy?!
- Miałam wtedy coś około roku.
- Niemożliwe, że to pamiętasz...
- Oj, Mario. Nie musisz mi wierzyć, ale takie wspomnienie mam w głowie.
Pamiętam, że babka mówiła, że uśpi mnie, ale na wieki. Że nie będę już
płakać ani nikomu przeszkadzać.
- To straszne. Lepiej wróćmy więc do czasów, kiedy miałaś siedem lat i zamieszkałaś z matką. I jak ci się żyło z Gladys?
- Muszę przyznać, że na początku odczułam ulgę, czując zmianę w wychowaniu. Bolenderowie trzymali mnie krótko. A u matki? W sumie
robiłam, co chciałam, więc często zwiedzałam na przykład Hollywood. Na
szczęście matka uwielbiała kino, pracowała w tej branży, dlatego mogłam
oglądać filmy. Z chęcią chodziłam do kina, kiedy mogłam. Jednakże nie
zawsze było kolorowo. Widziałam, jak matka się bawi z ciotką Grace, z którą nadal mieszkała. Piły alkohol, rozmawiały o romansach. W domu
często były potańcówki, na które przychodzili obcy ludzie, mężczyźni.
Wtedy bałam się, że coś się stanie. Było głośno, czasami słyszałam
jakieś tłuczenia, dziwne odgłosy, krzyki... Bolenderowie tak mnie kiedyś
nastraszyli, że myślałam, że to jakieś odgłosy niemal jak z piekła, więc
w tych chwilach modliłam się, płacząc ze strachu.
- Ile mieszkałaś u matki?
- Trwało to krótko, bo kilka miesięcy. Potem, jak już wiesz, matkę
umieszczono w szpitalu.
- Co się stało z tobą, kiedy Gladys umieszczono w szpitalu
psychiatrycznym?
- Jak mówiłam, miałam siedem lat. Zaopiekowała się mną przyjaciółka
mamy, Grace McKee. Pamiętasz, to ta kobieta, z którą matka mieszkała w Hollywood. Grace, tak samo jak matka, uwielbiała kino, ale też i zabawę.
Dużo opowiadała mi o aktorach, którzy byli dla niej wzorami,
autorytetami. Zaraziła mnie miłością do aktorki Jean Harlow, która
szybko stała się również moją idolką. Chciałam być jak ona. Poza tym
Grace ciągle mówiła mi, że też mogę być aktorką i ciągle namawiała mnie
do tego, bym nią została! Grace często zabierała mnie swojej do pracy w Hollywood, przedstawiała mnie tam jako przyszłą gwiazdę kina.
Grace McKee namawia małą Marilyn do zostania aktorką
Normo Jeane, odwróć się i pokaż temu miłemu panu, jaką masz dużą kokardę
z tyłu na sukience. A teraz przejdź tędy i odwróć się dookoła. Świetnie,
teraz wróć tutaj... Och, a oto Ella, Normo Jeane! Poznałaś Ellę w zeszłym
miesiącu. Powiedz jej jeszcze raz... ona pewnie już zapomniała, ale ty nie
zapomniałaś! Powiedz Elli, kim chcesz być, kiedy dorośniesz. Powiedz
"gwiazdą filmową", kochanie! Powiedz jej, że będziesz gwiazdą filmową!.
Agata Łysakowska, Damy wielkiego ekranu. Gwiazdy Hollywood od Audrey
Hepburn do Elizabeth Taylor, e-book, Promohistoria
- Ciotka Grace zaraziła cię miłością do kina już w dzieciństwie.
- Można tak powiedzieć, ona miała obsesję na punkcie filmu i właśnie
Jean Harlow. W pewnym momencie Grace podjęła nawet kroki, by mnie
zaadoptować. Do czasu dopełnienia formalności musiałam się przenieść do
sierocińca. Niestety w tym czasie Grace zmieniła zdanie i plany co do
mnie, bo się zakochała. Jej serce zaczęło bić dla kogoś innego. Dlatego
we wrześniu 1935 roku, kiedy miałam dziewięć lat, trafiłam do sierocińca
w Los Angeles, który opuściłam w wieku jedenastu lat.
Grace McKee (później Goddard po mężu), przyjaciółka matki, która pomagała w opiece nad dziewczynką i zaraziła ją miłością do filmu
- Pamiętasz ten dzień, kiedy dowiedziałaś się, że tam trafisz?
- Oczywiście. To się stało nagle, to nie było tak, że ja o tym
wiedziałam z wyprzedzeniem. Pewnego dnia przyjechał samochód z logo
placówki, a ja od razu wiedziałam, co się stanie. Domyśliłam się, że
przyjechali po mnie. Wpadłam w histerię i panikę, zapomniałam, jak się
oddycha. Pamiętam, że ze łzami w oczach przekonywałam się na głos, że
nie jestem sierotą, że mam matkę, mam Grace. Za wszelką cenę nie
chciałam tam się znaleźć.
- Dlaczego nagle musiałaś znaleźć się w sierocińcu?
- Jeden powód znasz. To kwestia Grace i tego, że nie była skłonna, by
mnie zaadoptować. Poza tym nikt inny się do tego też nie kwapił -
Bolenderowie czy jakaś dalsza moja rodzina. Nikt mnie nie chciał, byłam
jak kula u nogi. Drugi powód dotyczył finansów. Moja matka, kiedy
trafiła do szpitala psychiatrycznego, nie mogła pracować, więc nie
zarabiała już i z biegiem czasu nie mogła opłacać mi pobytu u rodzin
adopcyjnych. Poza tym miała długi. To wszystko spowodowało, że we
wrześniu 1935 roku przeniesiono mnie do sierocińca - Children's Aid
Society Orphanage, mieszczącego się w Los Angeles, w pobliżu wytwórni
filmowej, którą można było widzieć z okien.
Norma Jeane (po lewej) z koleżanką w drugiej połowie lat trzydziestych
- W sierocińcu spędziłaś trochę czasu. Jak tam było?
- Z jednej strony warunki były dobre, bo to był prywatny ośrodek.
Pamiętam wielką salę, bibliotekę, pola gier, boiska. W środku, w jednym
z salonów, znajdował się fortepian, na którym czasami grałam. Zostałam
członkiem drużyny softballu i całkiem nieźle tam sobie radziłam.
Szczególnie wspominam plac zabaw, który znajdował się na terenie
sierocińca. Szczęśliwe chwile, beztroskie dziecięce śmiechy...
Marilyn zamyśliła się na moment.
- Nadal mam w głowie te odgłosy, udawaliśmy, że wiedziemy życie typowych
dzieciaków. Ale tak nie było. Poza tym inne dzieci często śmiały się ze
mnie, nazywały mnie wariatką. Wszyscy wiedzieli, że moja matka i babka
były chore psychicznie oraz to, że moja rodzina mnie nie odwiedza.
Wypominając to, inne dzieci pastwiły się nade mną. Byłam tam nowa, więc
często starsze dzieci kazały mi sprzątać i przy tym mnie obrażały.
Pewnie myślały, że nikt mnie nie obroni, że jestem sama, słaba i można
nade mną mieć władzę. Nie nawiązałam w sierocińcu przyjaźni, wspominam
ten czas jako walkę, pasmo smutku i łez. Już bez tych wyzwisk czułam się
wystarczająco nieszczęśliwa - samotna i opuszczona.
- Wtedy zaczęłaś się jąkać?
- Myślę, że mogło to być już przed sierocińcem, ale owszem, w sierocińcu
jąkałam się z nerwów i dzieci też krzyczały za mną "Norma jąkała,
wariatka!". Nie znosiłam także świąt, bo wtedy dzieci wyjeżdżały do
krewnych, dostawały prezenty. A ja? Nawet nie chciałam na to
liczyć...Pamiętam, że po takim trudnym dniu, kiedy zasypiałam już w łóżku,
to pytałam się w modlitwie, dlaczego akurat mnie to spotyka i dlaczego
jestem niekochana i opuszczona przez rodziców. Dzieci powinny być
szczęśliwe. A ja nie byłam.
- Czy ktoś z sierocińca zauważył, że jesteś nieszczęśliwa?
- W 1936 roku, więc rok po tym jak tam się zjawiłam, wiem, że było
jakieś zamieszanie w związku z moim samopoczuciem psychicznym.
Wychowawcy widzieli, że płaczę zbyt często, nie radzę sobie, trzymam się
na uboczu i jestem jakby cały czas zdenerwowana.
- I co? Otrzymałaś jakąś pomoc psychologiczną?
- Nie, wówczas psycholog dla dziecka to chyba było coś zbyt kosztownego
lub zarezerwowanego do skrajnych przypadków. Wiem, że pojawił się też
problem z pieniędzmi, że nie było środków na opłacenie jakiejś pomocy
dla mnie. Matka w końcu nie zostawiła mi wiele... Ostatecznie zostałam ze
swoimi problemami sama, mimo że stało się jasne, iż coś się dzieje ze
mną nie tak...
Marilyn Monroe o pobycie w sierocińcu
Rodzice wszystkich dzieci w sierocińcu umarli. Ja miałam co najmniej
jednego rodzica - matkę, ale ona mnie nie chciała. Zbyt się wstydziłam,
aby próbować wyjaśnić to innym dzieciom. Szczęśliwa byłam tylko wtedy,
gdy zabierano nas do kina.
Zuzanna Ducka-Lubas, Jak narodziła się Marilyn Monroe, "Nowy
Dziennik", 23.05.2014.
- Grace McKee odwiedzała cię w sierocińcu? Albo matka?
- Grace czasami mnie odwiedzała i nawet zabierała do kina. Temat Jean
Harlow był dla niej wciąż żywy. Jednak Grace nie nosiła już nazwiska
McKee, bo wyszła za mąż i przyjęła nazwisko Goddard. Jej wizyty były dla
mnie zbawienne, czekałam na nie każdego dnia. Czas spędzony razem z nią
spowodował, że stała się mi bliska. Doceniałam to, że nie zostawiła
mnie, kiedy trafiłam do sierocińca. Przynosiła mi różne rzeczy,
widziałam, że zależy jej, bym była zadowolona.
- Opuściłaś sierociniec w wieku jedenastu lat, czyli spędziłaś w nim
dwa lata. Co się działo dalej?
- Opuściłam sierociniec w czerwcu 1937 roku. Każde dziecko w sierocińcu
czeka na ten moment. To jeden z najważniejszych dni w życiu, oznaczający
zmianę, nadzieję, ale też zazdrość i tragedię pozostałych, którzy
pozostają w tym miejscu. Kiedy nastał mój szczęśliwy dzień, to skakałam
z radości na myśl, że niedługo pożegnam się z tym, co było dla mnie
tutaj bolesne. Byłam wtedy niepełnoletnia, więc musiałam być pod opieką
rodziny zastępczej. Na początku miałam zamieszkać z Grace i jej nową
rodziną. Pamiętam te chwile. Byłam pełna nadziei, bardzo podekscytowana.
Czułam się wyjątkowo, jakbym dostała od życia nową szansę, nowy
początek. Wmawiałam sobie, że najgorsze chwile mojego dzieciństwa mam za
sobą.
- Długo mieszkałaś u Grace po opuszczeniu sierocińca?
- Mieszkałam u niej krótko. Miałam nieprzyjemne doświadczenia z jej
mężem, Ervinem Sillimanem Goddardem. On był mną zainteresowany, chwilami
chyba aż za bardzo...
- Co masz na myśli?
- Ech, nic konkretnego!
Marilyn speszyła się i zawstydziła.
- W każdym razie stało się jasne, że muszę zmienić dom. Najpierw Grace
próbowała mnie ulokować gdzieś u krewnych. Na pierwszy ogień Grace
zawiozła mnie do krewnych matki koło Los Angeles. Tam jednak nie byłam
zbyt długo, gdyż miałam problemy z kuzynem.
- Jakie problemy?
- On mnie chyba za bardzo polubił i jego rodzina postanowiła, że lepiej
będzie, jak wyjadę. Więc Grace znowu szukała mi innej rodziny... I tak to
się zaczęło. Miałam może dwanaście lat i nie mogłam znaleźć miejsca na
świecie. Kolejne miesiące i lata spędzałam u wielu rodzin adopcyjnych,
łącznie było ich chyba jedenaście. Byłam nieszczęśliwa. Często mnie
bito, nie miałam prawdziwych przyjaciół. Za zabawki często służyły mi
śmieci, na przykład jakieś zużyte butelki, kartony. Starałam się być
dzieckiem, ale los znacznie mi to utrudnił. Do tego często surowo mnie
karano. U jednej z rodzin musiałam nawet obiecać, że nigdy nie będę pić
alkoholu, palić czy przeklinać.
- Dla dziecka takie ciągłe przeprowadzki nie są zbyt dobre...
- To prawda. Teraz wiem, że w takiej sytuacji dziecko nie ma poczucia
bezpieczeństwa, stałości, boi się odrzucenia, samotności. Ja jestem tego
najlepszym przykładem. Codziennie budziłam się i myślałam, czy dziś
pożegnam się z tym domem. Nie miałam siły do kogoś się mocno
przywiązywać, bo wiedziałam, że to chwilowe, ale z drugiej strony
pragnęłam miłości i rodziny. To się kłóciło, w moim sercu trwała wieczna
walka: strach i tęsknota z ciepłem rodzinnym. Marzyłam o tym, że znajdę
kiedyś prawdziwy dom na dłużej, że ktoś mnie pokocha. Ale życie pisało
inny scenariusz... Nieustannie przenosiłam się do innego domu, zmieniałam
pokoje, koleżanki, szkoły, nauczycieli... To było takie trudne! Ciągle
jesteś nowa w otoczeniu, ludzie patrzą na ciebie jak na odludka, nie
masz nikogo, komu ufasz. Jako dziecko byłam taka zagubiona, a strach, że
ktoś mnie zrani, odrzuci czy opuści był ogromny.
- Czy wszystkie rodziny adopcyjne wspominasz tak samo smutno?
- Jedna rodzina Atkinsonów, para aktorów z Hollywood, zapadła mi w pamięci bardziej pozytywnie. To chyba u nich rozwinęła się moja
ciekawość świata filmu. Pasjonowały mnie rozmowy o aktorach, uwielbiałam
z nimi śpiewać, tańczyć. U nich oglądałam wiele filmów, chodziłam do
kina. Poza tym dobrze też wspominam ciotkę Annę.
- Kto to taki?
- To była ciotka Grace, mieszkała w Los Angeles. Dokładnie to nazywała
się Ana Lower. Zgodziła się mną zaopiekować przez jakiś czas. Ciotka
Anna była już starszą, siwą panią i nie doczekała się własnych dzieci.
Miała za to ogromny wpływ na moje życie. To było chodzące dobro.
Kochałam ciotkę Annę bardzo i wiem, że ona mnie też. Wiele jej
zawdzięczam. Ona wyprowadziła mnie z myślenia, że nie zasługuję na
dobro. Wpoiła mi, ile jestem warta, podnosiła mnie na duchu. Dzięki niej
jestem dzisiaj tu, gdzie jestem. Ona nauczyła mnie ciężkiej pracy i motywowała do spełniania swoich celów, marzeń. Przy niej rozwinęłam
skrzydła i byłam sobą. Nie wstydziłam się przy niej płakać, śmiać się.
Ciotka Anna była dla mnie wszystkim, a ja dla niej. Niestety, gdy miałam
czternaście lat, ciotka zachorowała i Grace znowu musiała mi szukać
nowego domu.
Norma Jeane z Aną Lower, u której przebywała w rodzinie zastępczej, 1939 rok
- Jak znosiłaś te wszystkie zmiany w swoim życiu? Jak znosiłaś to, że
chyba z nikim nie miałaś wtedy szansy zbudować więzi, głębokiej relacji
rodzice-dziecko?
- Wiesz, jaka jestem. W środku wrażliwa, na zewnątrz umiem udawać, że
jest dobrze. I tak też robiłam jako dziecko. Nie narzekałam, nie
chciałam pokazywać, że płaczę. Uśmiechałam się, kiedy trzeba. Ale
rodziców mi brakowało. Trudno jest iść przez życie w pojedynkę,
szczególnie jako dziecko. Wtedy uważałam, że tak musi być, bo nie
zasługuję na miłość. Jakoś musiałam sobie wyjaśnić to, jak potoczyło się
moje dzieciństwo.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki