Oko w oko z Mistrzem
Oko w oko z Mistrzem
#nazywam się Giacomo Caprotti, #kto okradł Leonarda, #Diabełek Leonarda, #Mistrz Leonardo da Vinci
azywam się Giacomo Caprotti, i choć jestem malarzem, to i tak wszyscy
zapamiętają mnie jako ucznia Leonarda da Vinci. Zresztą wcale mnie to
nie dziwi, bo tak rzeczywiście było i jest nadal. Maestro Leonardo
przyjął mnie pod swój dach, gdy miałem ledwie dziesięć lat. To było dla
mnie wybawienie. Dotychczas żyłem w dość ubogiej rodzinie i nic nie
zwiastowało, by miało się to zmienić i bym mógł udać się na nauki do
jakiegoś mistrza. Tymczasem niespodziewanie znalazłem się pod jednym
dachem z samym Leonardem da Vinci. Przyjął mnie bez żadnej zapłaty. Jak
sam powiedział, urzekły go me piękne kręcone włosy i rysy twarzy.
Przyznaję, jeszcze wtedy nie wiedziałem, że dalsze lata aż tak mocno
zwiążą mnie z Mistrzem.
Giacomo Caprotti zwany Diabełkiem, uczeń i kochanek Leonarda, na obrazie
namalowanym około 1502 roku
Wszystko to działo się w 1490 roku. Mistrz Leonardo miał wtedy
trzydzieści osiem lat, a ja - jak już wcześniej wspomniałem - jedynie
dziesięć. Raptem dwa dni po tym, jak zamieszkałem z nim pod jednym
dachem, mój wybawiciel spostrzegł, że zwinąłem z jego torby trochę
florenów, a nieco później nazwał mnie uparciuchem, kłamcą, żarłokiem, a do tego złodziejem. W ten sposób dość szybko doczekałem się, by Mistrz
zaczął mnie nazywać Sale, co można tłumaczyć jako Diabełek albo Mały
Diabeł.
Zaraz po zamieszkaniu pod jednym dachem Mistrz, Leo - jak czasami go
nazywałem - kupił mi odzienie, dzięki czemu mogłem pozbyć się moich
łachmanów. Sprawił mi również parę pięknych trzewików i zaczął mnie
karmić. A ja jadłem z takim zapałem, że szybko dorobiłem się określenia
"Obżartuch".
Pamiętam, jak Leonardo obwieścił mi, że będę dostawał od niego
kieszonkowe jako zapłatę za to, co robię. W jakąż wpadłem euforię.
Błyskawicznie zapytałem, czy może mi podwyższyć to kieszonkowe, a kiedy
mój Maestro przecząco pokręcił głową, poprosiłem, by chociaż na
pocieszenie dał mi fragment tego kieszonkowego już teraz, jako zaliczkę.
Na to akurat się zgodził. Wtedy natychmiast pobiegłem do pobliskiego
straganu z ubraniami, obejrzałem towar i kupiłem sobie piękne różowe
spodnie. Pamiętam, że miały ogromne falbany. To była najpiękniejsza para
spodni, jaką miałem w życiu.
Tymczasem lata upływały, a ja wciąż spędzałem je u boku Leonarda.
Wielokrotnie przy tym pozowałem Mistrzowi; a moje kręcone włosy do
dzisiaj go fascynują. Doszło do tego, że łączyły nas różne stosunki,
bardzo przyjemne. To jednak, jak by to powiedzieć, hm... To jednak jest
temat na osobną rozmowę.
Teraz jednak muszę się skupić na czymś innym. Otóż przedstawiciel rodu,
który obejmował mego Mistrza mecenatem, nakazał mi, bym odbył z Leonardem rozmowy, które będą, jak to określił, świadectwem dla
potomnych, jakim był fantastycznym człowiekiem. Mistrz przyjął tę
inicjatywę z niezbyt wielkim entuzjazmem.
- Czy naprawdę, mój poczciwy Sale, uważasz, że powinienem na to tracić
czas? - pytał rozgoryczony.
Dopiero gdy zdradziłem mu, kto o to prosi i jak to uzasadnia, lekko
skinął głową, dając mi swój akcept. Na to czekałem; przyszli czytelnicy
również.
Uśmiech, który znają wszyscy
Uśmiech, który znają wszyscy
#historia Mony Lisy, #kim była Mona Lisa, #cała prawda o Monie Lisie,
#co skrywa tajemniczy uśmiech Mony Lisy, #tajemne kody i znaki
zaszyfrowane w obrazie, #Pablo Picasso podejrzany o kradzież Mony Lisy,
#teorie spiskowe
dy wszedłem do pracowni Leonarda, jak zwykle poczułem zapach kwiatów,
które zawsze były w tym miejscu. Na podłodze walało się mnóstwo skorupek
po jajkach, z których mój mistrz zwykł przygotowywać farby. Obok stało
kilka sztalug, a na nich niedokończone szkice, będące czymś zupełnie
normalnym w przypadku Leonarda. Tak między nami: jak głęboko sięgam
pamięcią, to zawsze przychodzi mi do głowy więcej obrazów, które
Leonardo zaczął i nie skończył, niż tych, które jego zdaniem były
gotowe.
Mona Lisa (La Gioconda) - najsławniejszy portret kobiecy w dziejach
ludzkości, który wyszedł spod pędzla Leonarda da Vinci w latach
1503-1507; ozdoba zbiorów paryskiego Luwru
Nietrudno było dostrzec, że Leonardo jest teraz w transie. To były
zawsze te chwile, gdy do reszty pochłaniało go jego zajęcie. Tak było,
gdy na przykład projektował: czołg, maszynę latającą, a nawet kiedy
opisywał język słowików. Tym razem jego umysł zajmowało coś innego. Na
sztaludze stała topolowa deska. Na niej zaś właściwie nie było jeszcze
nic.
- Mistrzu - złapałem go za ramię, licząc, że ten drobny gest na chwilę
wyrwie go z objęć twórczego transu.
To jednak nie pomogło. Mistrz stał przy sztalugach, pogrążony w myślach,
zapewne o tym, co powinno się pojawić na obrazie. Wiedziony impulsem,
dałem mu subtelnego całusa w jego kościsty policzek otoczony nieco siwą
brodą. To pomogło.
- Kogo moje oczy widzą! Cóż cię tu sprowadza, mój drogi Sale?
- Mamy nieco do pomówienia - odpowiedziałem zgodnie z prawdą, po czym
kontynuowałem: - Ale widzę, że chyba wybrałem niewłaściwy moment.
- Mój drogi Sale, dobrze wiesz, że w moim przypadku nigdy nie ma dobrej
chwili, bo każdą wykorzystuję na poznawanie świata.
- Zgadza się, Mistrzu - przyznałem z wdziękiem, który zawsze go
rozbrajał.
- Co więc sprawiło, że tu przybyłeś?
- Musimy odbyć rozmowę. Nieco dłużej. Na życzenie, sam wiesz Mistrzu,
czyje.
Leonardo powoli wracał do żywych. Lekko anemicznym ruchem odłożył
pędzel, po czym spojrzał mi w oczy i zaczął głaskać moją dłoń.
- Kochany, bardzo chętnie z tobą pomówię, ale teraz muszę skończyć
kreślić szkic, bo dostałem dość pilne zamówienie.
Kopia Mony Lisy ze zbiorów Muzeum Prado w Madrycie. Prawdopodobnie
została wykonana przez ucznia Leonarda w tym samym czasie co wersja
oryginalna
Rozejrzałem się wokół. Okazało się, że obok sztalugi rzeczywiście leżał
szkic. Na nim zaś widniał portret kobiety o długich włosach. Ten jej
uśmiech... Już wtedy wiedziałem, że zapamiętam go do końca życia. Jak się
okaże, nie tylko mnie wryje się on w pamięć. A tymczasem wróciłem do
rozmowy z mym opiekunem.
- Dość pilne? - nie byłem w stanie powstrzymać mojego zdziwienia. -
Dotychczas w przypadku Mistrza słowo pilne nie miało zbytniego
odzwierciedlenia w rzeczywistości.
- Signore Caprotti1, waż słowa, mój drogi. Wiesz dobrze, że
to nie jest tak, jak wszystkim się wydaje.
- Wiem, wiem. Jest jeszcze tyle rzeczy do odkrycia na tym świecie, że
każdy ma prawo do spóźnienia. To twoje słowa, mój drogi Mistrzu.
- Otóż to.
- No dobrze, a co Mistrz maluje w tej chwili?
- Maluję coś, co, jak podpowiada mi moja nieomylna intuicja, stanie się
jednym z najsłynniejszych dzieł w historii sztuki.
- A to dzieło ma już jakiś tytuł?
- Tak. To będzie Mona Lisa.
- Bardzo ładnie. A właściwie, dlaczego tak będzie ono zatytułowane?
- Pozwól, mój drogi Sale, że o tym pomówimy innym razem. Wiedz jedynie,
że będziesz mi jeszcze potrzebny podczas pracy przy tym obrazie.
Ta rozmowa odbyła się w 1503 roku. Dopiero cztery lata później Mistrz
zdecydował się w końcu szczerze ze mną pomówić. To miało być spotkanie,
podczas którego nie byłoby tematów zakazanych.
[...]
Jest rok 1507. Razem z Leonardem mieszkam w Mediolanie, dokąd
przeprowadziliśmy się z Florencji. W końcu postanawiamy, wspomagając się
winem, odbyć pierwszą z naszych rozmów, podczas których Leo się otworzy
i co nieco o sobie opowie.
- Poczciwy Sale, od czego chciałbyś rozpocząć naszą rozmowę? (zaczyna
prowokacyjnie Leonardo).
- Spoglądam na piękną Monę Lisę i dochodzę do wniosku, że warto byłoby
zacząć naszą rozmowę właśnie od niej.
- Ale cóż tu opowiadać. Portret jak portret.
- No proszę, Mistrzu. Opowiedz mi o niej, by wszyscy mogli poznać
prawdę.
- Och Sale, odkąd cię poznałem, zawsze starasz się dopiąć swego. Już gdy
miałeś lat dziesięć, nie dawałeś za wygraną. Lubiłem to w tobie, nie
będę ukrywał, że nie.
- Komplementy z ust Mistrza mnie zawstydzają. Wróćmy lepiej do naszej
Mony Lisy.
- Dobrze już, dobrze. Zacznijmy od oficjalnej wersji historii tego
obrazu: pewien kupiec z Florencji zamówił u mnie portret swojej żony -
Lisy Gherardini.
- Buhaha! Dobre!
- Sale, zachowaj powagę. Wiesz, że musimy najpierw pomówić o oficjalnych
powodach, a dopiero później zdradzić całą prawdę na temat tego obrazu.
Ja nazywam to dozowaniem napięcia. I tego się trzymajmy, dobrze?
- W porządku.
- Gdy portretowałem tę kobietę, była w wieku około dwudziestu czterech
lat. Miała córeczkę, która niestety szybko zmarła. W jej twarzy było coś
fascynującego. Biła z niej energia, a zarazem tajemniczość. Szczególnie
enigmatyczny był jej uśmiech. Potrzebowałem dużo czasu, by skończyć ten
portret.
- A do tego zapewniał Mistrz tej damie i sobie specjalne warunki do
pracy.
- Owszem. W przypadku tego obrazu, gdy dama pozowała, towarzyszyli nam
muzycy grywający najpiękniejsze pieśni. Co więcej, najlepsi kucharze
przygotowywali jej posiłki, a lektorzy czytali powieści, by czas jej się
zbytnio nie dłużył.
- Malował Mistrz ten obraz trzy lata?
- Trzy albo nawet cztery, bo przecież zacząłem bodajże w 1503 roku, a ostatnie muśnięcia pędzlem wykonałem w 1507 roku. W każdym razie obraz
tak mi się spodobał, że nie oddałem go kupcowi, który go zamówił. I mam
go od tamtego momentu aż do dziś.
Mona Lisa - kradzież stulecia
Leonardo jest zamieszany w jedną z największych kradzieży wszech czasów!
Jest niedziela 20 sierpnia 1911 roku. Dokładnie tego dnia pracownik
paryskiego Luwru, Włoch Vincenzo Peruggia, postanawia dokonać czegoś
niemożliwego. Po pracy ukrywa się na noc w muzeum. Wybrany dzień jest
nieprzypadkowy, w poniedziałki wiele obiektów muzealnych w Paryżu jest
nieczynnych. Tak jest również w Luwrze.
Po spędzonej nocy w ukryciu Peruggia przywdziewa biały fartuch, noszony
przez tamtejszych pracowników, i wchodzi do sali, w której znajduje się
najsłynniejsze dzieło Leonarda da Vinci Mona Lisa. Następnie zabiera
obraz i udaje się do bocznej klatki schodowej. Tam wyciąga go z ramy i wkłada pod fartuch. Szczęście nadal go nie opuszcza. Gdy zauważa, że
przy bramie wyjściowej nie ma ochroniarza, szybko przez nią wychodzi i idzie do swojego mieszkania. Tam ukrywa obraz.
Początkowo Luwr próbuje nie nagłaśniać sprawy, licząc, że obraz uda się
szybko odnaleźć. Muzeum zostaje zamknięte (z powodu problemów z kanalizacją, co jest tylko oficjalną wymówką), podobnie jak granice
Francji. W poszukiwania zostaje zaangażowanych sześćdziesięciu
policjantów. Jednak już kilka godzin później media ogłaszają zaginięcie
Mony Lisy, co sprowadza do Luwru tłumy gapiów, którzy chcą zobaczyć
miejsce, gdzie wisiał obraz. Pośród nich znajduje się nieznany wówczas
pisarz Franz Kafka. Policja wyznacza nagrodę dla osoby, która wskaże
złodzieja. A zrozpaczeni miłośnicy sztuki rozwieszają nekrologi z wizerunkiem Mony Lisy. Mnożą się teorie na temat złodzieja tego
dzieła. Policja dostaje mnóstwo donosów. Jeden z nich informuje, że
obraz ukradło dwóch mężczyzn. Mieli oni dzieło zawinięte w papier chować
do samochodu. Taką wersję przedstawia młody chłopak, który pod koniec
przesłuchania przyznaje się, że wszystko to zmyślił tylko po to, by
uniknąć lekcji geografii.
Vincenzo Peruggia, szklarz zatrudniony w Luwrze, który w 1911 roku
ukradł Monę Lisę i wywiózł do Włoch. Wpadł w 1913 roku we Florencji
przy próbie sprzedaży dzieła, a jego fotografie i odciski palców trafiły
do kartoteki policyjnej
Grono podejrzanych się rozszerza, a pośród nich znajduje się nawet
malarz Pablo Picasso. Wszystko przez to, że jego przyjaciel, poeta i pisarz polskiego pochodzenia, Guillaume Apollinaire, znał osobę, która
kradła z Luwru starożytne posążki i sprzedawała je Picassowi i Apollinaire'owi. Gdy o wszystkim dowiadują się stróże prawa, przerażeni
przyjaciele (inna wersja mówi, że robi to tylko Picasso) zwracają
posążki do Luwru. Niestety, Apollinaire nie ma wystarczająco dużo
szczęścia i zostaje aresztowany pod zarzutem współudziału w kradzieży
Mony Lisy. W ten sposób trafia do więzienia, skąd jednak po pięciu
dniach zostaje wypuszczony.
Przez kolejne dwa lata trwają gorączkowe poszukiwania dzieła da Vinci.
Niestety, bezskuteczne. Śledczy nie mają pojęcia, że obraz przez pewien
czas był ukrywany w Paryżu, a dopiero później Peruggia przewiózł go do
Florencji.
Mona Lisa odebrana złodziejowi była krótko eksponowana w Rzymie, po
czym wróciła do Paryża
Punkt zwrotny następuje w momencie, gdy Włoch pisze list do Alfredo
Geriego, właściciela jednej z florenckich galerii sztuki. Peruggia
proponuje mu bowiem zakup Mony Lisy, podpisując się jako "Leonardo".
Geri razem z dyrektorem florenckiej galerii sztuki postanawiają
sprawdzić autentyczność obrazu. Gdy mają już pewność co do tego, wówczas
o wszystkim zawiadamiają policję. Peruggia zostaje aresztowany. Jak sam
stwierdził, ukradł obraz z Luwru, bo chciał go zwrócić swojemu krajowi,
gdyż obraz trafił z Włoch do Francji zrabowany przez Napoleona
Bonapartego. Po wyjaśnieniu sprawy Mona Lisa przed dwa tygodnie
podróżowała po Włoszech, gdzie mogli ją oglądać mieszkańcy. Po tym
czasie wróciła do francuskiego Luwru. I jest tam aż do dziś, choć nadal
szerzą się plotki, że w Luwrze znajduje się jedynie kopia.
- To teraz pomówmy nieco o nieznanej historii tego obrazu.
- Naprawdę chcesz o tym rozmawiać? Wiesz dobrze, że to miał być sekret.
- Mistrzu! Warto co nieco opowiedzieć. W końcu nie ma sensu, byśmy
zabierali te tajemnice ze sobą do grobu.
- No dobrze.
- To zacznijmy od tego tajemniczego uśmiechu. Co on oznacza?
- Wiesz dobrze, że w naszych czasach nie tworzy się portretów
przedstawiających osoby uśmiechnięte. Ja chciałem to jakoś ominąć.
Dlatego stworzyłem ten tajemniczy uśmiech. Pomagał mi w tym między
innymi biały kot, który swoją obecnością zabawiał damę przedstawioną na
obrazie. Więcej na ten temat nie chcę zdradzać.
- Z uśmiechem jest związane coś jeszcze?
- To prawda. Gdy spoglądasz na obraz i patrzysz kobiecie prosto w oczy,
jej uśmiech staje się jeszcze bardziej wyraźny. Efekt ten udało mi się
osiągnąć dzięki kilku sekretnym sztuczkom.
- Pamięta Mistrz malowanie tego obrazu?
- Długo, bez wątpienia. Ze trzy albo i cztery lata mi to zajęło. Wziąłem
topolową deskę i po prostu zacząłem malować.
- To wiem. Chodzi mi o samą technikę.
- No, to trzeba było tak od razu. Łącznie na obrazie jest około
trzydziestu warstw farby. Sporo. Wszystko na obrazie mającym wymiary
jakieś siedemdziesiąt siedem centymetrów na pięćdziesiąt pięć, może
nawet pięćdziesiąt trzy. Wykorzystałem technikę zwaną sfumato. Dzięki
temu, patrząc na krajobraz w tle widzimy subtelne przejście barw
ciemnych w jasne i tym samym pojawia się efekt mgły.
- To wszystko sprawia, że bohaterka twego obrazu wygląda na nim jak
żywa. Podobnie zresztą cały krajobraz.
MONA LISA. SEKRETY I TEORIE SPISKOWE
Według niektórych uczonych kobieta podczas pozowania do portretu była
tuż po porodzie lub w ciąży. Jednak nie to, ale uśmiech bohaterki obrazu
Leonarda da Vinci rodzi najwięcej spekulacji. Jest uznawany za jeden z najbardziej tajemniczych w historii. Jedni twierdzą, że wyraża ironię,
inni dostrzegają enigmatyczność. W 2019 roku naukowcy przeprowadzili
badania, poddając uśmiech szczegółowej analizie pod kątem neurologii, z których wynikło, że ten najsłynniejszy uśmiech jest nieszczery.
Wyciągnęli takie wnioski na podstawie faktu, że jest w połowie ucięty.
To może oznaczać właśnie brak szczerości lub po prostu uśmiech udawany.
Ten ostatni mógł wynikać z tego, że modelka była zabawiana przez błaznów
zamówionych przez da Vinci. Widocznie nie byli oni w stanie dostatecznie
rozbawić pozującej, a ta z grzeczności uśmiechała się, tyle że
sztucznie.
Co więcej, teorię o nieszczerym uśmiechu ma również potwierdzać brak
podniesionych mięśni wokół oczu. Poza tym kilka lat temu pewna
neurobiolog z Harvardu doszła do wniosku, że patrząc bezpośrednio na
usta, dostrzega się, że uśmiech słabnie. Z kolei gdy patrzymy jej w oczy, wyraźnie się intensyfikuje.
W przypadku tego obrazu pojawia się jeszcze jeden wątek. Zwolennicy
teorii spiskowych uparcie powtarzają, że można się w nim dopatrzeć
obcego. Trzeba tylko nieco się potrudzić i wykonać lustrzane odbicie
Mony Lisy. Następnie, łącząc z nim oryginał, na środku obrazu baczni
obserwatorzy mogą dostrzec kształty, które przy uruchomieniu wyobraźni
mogą ukazać tajemniczą postać.
- A zechce Mistrz powiedzieć, kto w rzeczywistości jest na obrazie?
- Młoda dama, córka kupca. Już to mówiłem.
- Leo, Mistrzu, może jednak nie będzie Mistrz karmił naszych
czytelników niedopowiedzeniami.
- Widzę, że ktoś tu jest żądny sławy, czyż nie?
- Bardziej chodzi mi o rzetelną rozmowę na temat Mony Lisy.
- Chciałbyś, bym powiedział na głos, że na obrazie czoło, nos i uśmiech
nie jest tej młodej damy, tylko tego, kto również pozował do tego
portretu, prawda? I znam go bardzo dobrze.
- Nie zawstydzaj mnie, Mistrzu.
- Co więcej, pewnie byś chciał, bym opowiedział o literach "L" i "S"
ukrytych w jednej z tęczówek. I o zamaskowanych cyfrach?
Gdzie się podziała Mona Lisa
Mistrz Leonardo nie rozstał się z tym obrazem aż do śmierci, czyli do
1519 roku. Dopiero gdy odszedł z tego świata, obraz, zgodnie z testamentem, trafił w ręce Salego. A gdy i on zmarł w 1524 roku, dzieło
przechowywały prawdopodobnie jego siostry. Następnie w 1547 roku obraz
kupił król Francji, Franciszek I. Ten sam, który zaprosił malarza w swe
progi, dzięki czemu ostatnie lata życia Leonardo da Vinci spędził we
Francji.
Franciszek I zarządził powieszenie obrazu w łazience. Pięćdziesiąt lat
później obraz został poddany renowacji przez pewnego holenderskiego
artystę. Niestety, ten zrobił to nieudolnie, zamalowując obraz grubą
warstwą lakieru, co sprawiło, że dzieło straciło na intensywności barw.
Ciąg dalszy historii obrazu jest dość mętny. Na kartach historii pojawia
się o nim wzmianka w biografii "króla Słońce", autora znanych słów:
"Państwo to ja", czyli Ludwika XIV. Ten władca postanawia przenieść
obraz do Wersalu, do swojej sypialni.
W 1793 roku Luwr staje się muzeum. To właśnie tam chwilę później zostaje
przeniesiona Mona Lisa. Po kilku latach Napoleon Bonaparte postanawia
zawiesić obraz w swojej sypialni. Dopiero w 1815 roku, gdy Bonaparte
został zesłany na Wyspę Świętej Heleny, Mona Lisa wraca do Luwru, i znajduje się tam do dzisiaj.
Zwiedzający muzeum Luwru niezmiennie oblegają obraz Leonarda
Co ciekawe, obraz ma w Luwrze własną, klimatyzowaną salę ze stałą
temperaturą dwudziestu stopni Celsjusza. Panuje tam specjalny
mikroklimat, a obraz chroni kuloodporna szyba. Wszystko to kosztowało
podobno około ośmiu milionów dolarów.
Pytanie tylko, jak to możliwe, że dzisiaj obraz znajduje się we
francuskim muzeum, a nie w ojczyźnie Leonarda, we Włoszech? Tak naprawdę
spór pomiędzy Francuzami i Włochami o Monę Lisę trwa od dawna.
Doszło nawet do tego, że Francuzi nie zgodzili się na wypożyczenie
obrazu Florentczykom z okazji setnej rocznicy odnalezienia portretu po
kradzieży z Luwru.
- Dobrze już, nie będę naciskał.
- Może też byś chciał, bym odniósł się do plotek, że na obrazie jest
obojnak, skoro osobami pozującymi do obrazu byli niewiasta i pewien
młodzieniec? (Leonardo puścił do mnie zalotnie oko). Muszę dodać
jedno: poza tym, o czym już wspomniałem, w obrazie ukryłem kilka znaków.
I tylko ci, którzy znają mój kod, będą w stanie je odszyfrować. Ale o tym już nie chcę mówić.
- Nie dziwię się. Też bym wolał publicznie nie tłumaczyć, dlaczego
zawsze Mistrz ma obraz przy sobie i jaki ma to związek z tym, że za
homoseksualizm się solidnie karze.
- Sale, nic już lepiej nie mów.
- Ty, Mistrzu, też.
- Dobrze, wystarczy już tych rozmów na dzisiaj. Chodźmy lepiej na
spacer, by rozruszać kości.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki