Spowiedź Leonarda da Vinci - Christopher Macht

Kup ebooka

35.99 zł
29.87 zł (28,69 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Słowo wstępu

Słowo wstępu

eniusz - to jedno słowo wystar­czy, by opi­sać naj­słyn­niej­szego czło­wieka epoki rene­sansu, Leonarda da Vinci. Czło­wieka, któ­rego umysł nie zno­sił próżni. Jego nie­ustanny głód wie­dzy spo­wo­do­wał, że stał się sym­bo­lem kre­atyw­no­ści, miło­ści do nauki i cią­gle nie­za­spo­ko­jo­nej cie­ka­wo­ści. I choć od jego naro­dzin minęło ponad pięć­set lat, to życio­rys Leonarda da Vinci na­dal wzbu­dza ogromne zain­te­re­so­wa­nie. Nic dziw­nego, był to bowiem praw­do­po­dob­nie naj­bar­dziej kre­atywny czło­wiek, jaki stą­pał po Ziemi.

To spod jego pędzla wyszły obrazy Dama z gro­no­sta­jem, Ostat­nia Wie­cze­rza czy tajem­ni­cza Mona Lisa. Leonardo był nie tylko mala­rzem, ale rów­nież: rzeź­bia­rzem, archi­tek­tem, inży­nie­rem woj­sko­wym, medy­kiem, mate­ma­ty­kiem, filo­zo­fem, muzy­kiem, pisa­rzem. Wła­ści­wie można by było wymie­niać jesz­cze długo, bo tak naprawdę nie było dzie­dziny życia, która nie przy­ku­łaby jego uwagi. Leonardo da Vinci wymy­ślił i zapro­jek­to­wał wyna­lazki, o któ­rych wtedy jesz­cze nikt nawet nie śnił. Od czoł­gów, przez samo­loty, mosty, a koń­cząc na zmie­nia­niu biegu rzek.

Domnie­many auto­por­tret Leonarda da Vinci w wieku około 60 lat

Ale dotych­czas nikomu nie udało się odpo­wie­dzieć na pyta­nie, jaki ten czło­wiek był pry­wat­nie. Czy był opry­skli­wym geniu­szem, czy może sze­roko uśmiech­nię­tym mań­ku­tem, któ­rego cie­ka­wość musiała być co naj­mniej uciąż­liwa dla innych? Z pew­no­ścią bowiem trudno było cza­sami dzie­lić czas z czło­wiekiem, który na listę spraw do zała­twie­nia wpi­sy­wał opi­sa­nie języka sło­wi­ków czy wyko­na­nie szcze­gó­ło­wej sek­cji zwłok sarny.

Taki był wła­śnie Leonardo da Vinci. Geniusz, któ­rego dru­gim imie­niem powinna być cie­ka­wość. Jego kre­atyw­ność do dzi­siaj jest dla nas wzo­rem. I mimo upływu lat na­dal powi­nien być auto­ry­te­tem dla ludz­ko­ści. Pyta­nie tylko, jak wyzwa­lać w sobie podobne pokłady kre­atyw­no­ści i co czy­nić, by nie zdu­sić w sobie cie­ka­wo­ści świata, którą miał ten naj­słyn­niej­szy czło­wiek rene­sansu? Na szczę­ście odpo­wie­dzi na te pyta­nia znał sam zain­te­re­so­wany i po wielu latach zdra­dzi swoje sekrety oraz wskaże nam, co czy­nić, byśmy byli jego god­nymi naśla­dow­cami.

Przed dal­szą lek­turą warto sobie uświa­do­mić, w jakich cza­sach przy­szło Leonar­dowi żyć. Musi­cie bowiem wie­dzieć, że był to okres nie­usta­ją­cych kon­flik­tów i wojen, a Wło­chy, które znamy dzi­siaj, mają nie­wiele wspól­nego z tym tery­to­rium w okre­sie rene­sansu. Ist­niało wtedy wiele państw-miast, np.: Repu­blika Genui, Repu­blika Flo­rencka czy Księ­stwo Medio­lanu, które rywa­li­zo­wały ze sobą i toczyły wojny.

To ewi­dent­nie nie były czasy spo­koju, rów­nież dla Leonarda, bo gdy został objęty mece­na­tem przez jakie­goś władcę, rychło oka­zy­wało się, że jego pro­tek­tor został poko­nany przez kon­ku­renta do wła­dzy. To tro­chę tak jak z dzi­siej­szą poli­tyką. Możesz opo­wie­dzieć się za kon­kretną par­tią poli­tyczną, jed­no­cze­śnie licząc, że gdy będziesz ją solid­nie wspie­rał, to gdy doj­dzie ona do wła­dzy, odwdzię­czy ci się jakimś dobrze płat­nym sta­no­wi­skiem. Ale gdy ta par­tia straci wła­dzę, to i ty będziesz musiał się roz­glą­dać za inną intratną posadą. To jed­nak nie prze­szko­dziło Leonar­dowi zro­bić zawrot­nej kariery, o czym się prze­ko­namy na dal­szych kar­tach tej książki.

Zapi­ski odkryte po latach

Zapi­ski odkryte po latach

ozory mylą. Prze­ko­na­łem się o tym, gdy w mojej skrzynce pocz­to­wej poja­wiła się nie­po­zorna koperta. Wzią­łem ją razem z kil­koma innymi listami i poło­ży­łem na sto­liku kawo­wym. Lecz chwilę póź­niej cie­ka­wość wzięła górę. Się­gną­łem po ową nie­po­zorną kopertę. Na środku znaj­do­wał się odręcz­nie wyka­li­gra­fo­wany napis: "Sza­nowny Pan Chri­sto­pher Macht". Poza tym brak było jakich­kol­wiek infor­ma­cji, a w szcze­gól­no­ści o nadawcy niniej­szej prze­syłki. Nie ukry­wam, że w takich sytu­acjach z pewną obawą otwie­ram kore­spon­den­cję, nie wie­dząc, czego się spo­dzie­wać. Jed­nak w tym przy­padku ładny zna­czek z Moną Lisą i pie­częć świad­cząca o tym, że prze­syłka pocho­dzi z Flo­ren­cji, spra­wiły, że się­gną­łem po nóż do papieru i po wcze­śniej­szym zła­ma­niu wosku, który chro­nił ją przed otwar­ciem, roz­cią­łem kopertę.

W środku był tekst napi­sany na pięk­nej pape­te­rii. Ku mojemu zasko­cze­niu napi­sano tam kilka słów po wło­sku. Szczę­śli­wie moja żona bie­gle posłu­guje się tym języ­kiem, popro­si­łem ją więc o pomoc w tłu­ma­cze­niu. To, co usły­sza­łem, wpra­wiło mnie w olbrzy­mie zdu­mie­nie. Nadawca, pra­gnąc zacho­wać ano­ni­mo­wość, zarze­kał się, że jest w posia­da­niu jedy­nego egzem­pla­rza zapisu sekret­nej roz­mowy, która odby­wała się pomię­dzy Leonar­dem da Vinci i jed­nym z jego uczniów. Tym uczniem miał być Gia­como Caprotti, znany jako Salai, Sale albo jesz­cze bar­dziej jako Dia­be­łek. To chło­piec, który zamiesz­kał z Leonar­dem, w wieku dzie­się­ciu lat; póź­niej został jego uczniem i był bli­sko zwią­zany z Mistrzem.

Zapi­ski i rysunki Leonarda doty­czące zaćmie­nia Księ­życa

I to wła­śnie tego Dia­bełka wybrał Leonardo, by wysłu­chał on opo­wie­ści, w któ­rej Mistrz zdra­dzi wszyst­kie sekrety swo­jego życia. Co cie­kawe, gdy odbyła się ta roz­mowa, ręko­pis prze­padł jak kamień w wodę. Jak wyni­kało z listu, przez setki lat był on pie­czo­ło­wi­cie skry­wany przez jedną z wło­skich rodzin, która w swoim cza­sie była cichym mece­na­sem Leonarda. Teraz jed­nak w histo­rii rodziny nastą­pił jakiś prze­łom. To wła­śnie on spra­wił, że w kolej­nej paczce mia­łem otrzy­mać ten cenny ręko­pis. Tak też się stało. Sześć dni póź­niej trzy­ma­łem w rękach tajem­ni­czą prze­syłkę. W środku znaj­do­wały się pożół­kłe kartki. Wtedy jesz­cze nie mia­łem poję­cia, jak bar­dzo cenne są to zapi­ski. Dopiero ich szcze­gó­łowa lek­tura wpra­wiła mnie w zdu­mie­nie. Dla­czego świat wcze­śniej o nich nie sły­szał? To pyta­nie przez długi czas kłę­biło mi się w gło­wie. Ale zaraz przy­szła reflek­sja: na szczę­ście teraz się to zmieni. Wcze­śniej jed­nak tekst z wło­skiego musiała prze­tłu­ma­czyć moja zna­joma. Następ­nie przy­go­to­wa­łem go do publi­ka­cji. Dzięki temu trzy­mają Pań­stwo teraz w rękach jedyne zapi­ski roz­mów, które odbył Leonardo da Vinci ze swoim uczniem. Mam nadzieję, że dal­sze strony tej książki mocno Pań­stwa zasko­czą. Wła­ści­wie to jestem tego pewien!

Zapra­szam do lek­tury, Chri­sto­pher Macht con­tact@chri­sto­pher­macht.com

Oko w oko z Mistrzem

Oko w oko z Mistrzem

#nazy­wam się Gia­como Caprotti, #kto okradł Leonarda, #Dia­be­łek Leonarda, #Mistrz Leonardo da Vinci

azy­wam się Gia­como Caprotti, i choć jestem mala­rzem, to i tak wszy­scy zapa­mię­tają mnie jako ucznia Leonarda da Vinci. Zresztą wcale mnie to nie dziwi, bo tak rze­czy­wi­ście było i jest na­dal. Maestro Leonardo przy­jął mnie pod swój dach, gdy mia­łem led­wie dzie­sięć lat. To było dla mnie wyba­wie­nie. Dotych­czas żyłem w dość ubo­giej rodzi­nie i nic nie zwia­sto­wało, by miało się to zmie­nić i bym mógł udać się na nauki do jakie­goś mistrza. Tym­cza­sem nie­spo­dzie­wa­nie zna­la­złem się pod jed­nym dachem z samym Leonar­dem da Vinci. Przy­jął mnie bez żad­nej zapłaty. Jak sam powie­dział, urze­kły go me piękne krę­cone włosy i rysy twa­rzy. Przy­znaję, jesz­cze wtedy nie wie­dzia­łem, że dal­sze lata aż tak mocno zwiążą mnie z Mistrzem.

Gia­como Caprotti zwany Dia­beł­kiem, uczeń i kocha­nek Leonarda, na obra­zie nama­lo­wa­nym około 1502 roku

Wszystko to działo się w 1490 roku. Mistrz Leonardo miał wtedy trzy­dzie­ści osiem lat, a ja - jak już wcze­śniej wspo­mnia­łem - jedy­nie dzie­sięć. Rap­tem dwa dni po tym, jak zamiesz­ka­łem z nim pod jed­nym dachem, mój wyba­wi­ciel spo­strzegł, że zwi­ną­łem z jego torby tro­chę flo­re­nów, a nieco póź­niej nazwał mnie upar­ciu­chem, kłamcą, żar­ło­kiem, a do tego zło­dzie­jem. W ten spo­sób dość szybko docze­ka­łem się, by Mistrz zaczął mnie nazy­wać Sale, co można tłu­ma­czyć jako Dia­be­łek albo Mały Dia­beł.

Zaraz po zamiesz­ka­niu pod jed­nym dachem Mistrz, Leo - jak cza­sami go nazy­wa­łem - kupił mi odzie­nie, dzięki czemu mogłem pozbyć się moich łach­ma­nów. Spra­wił mi rów­nież parę pięk­nych trze­wi­ków i zaczął mnie kar­mić. A ja jadłem z takim zapa­łem, że szybko doro­bi­łem się okre­śle­nia "Obżar­tuch".

Pamię­tam, jak Leonardo obwie­ścił mi, że będę dosta­wał od niego kie­szon­kowe jako zapłatę za to, co robię. W jakąż wpa­dłem eufo­rię. Bły­ska­wicz­nie zapy­ta­łem, czy może mi pod­wyż­szyć to kie­szon­kowe, a kiedy mój Maestro prze­cząco pokrę­cił głową, popro­si­łem, by cho­ciaż na pocie­sze­nie dał mi frag­ment tego kie­szon­kowego już teraz, jako zaliczkę. Na to aku­rat się zgo­dził. Wtedy natych­miast pobie­głem do pobli­skiego stra­ganu z ubra­niami, obej­rza­łem towar i kupi­łem sobie piękne różowe spodnie. Pamię­tam, że miały ogromne fal­bany. To była naj­pięk­niej­sza para spodni, jaką mia­łem w życiu.

Tym­cza­sem lata upły­wały, a ja wciąż spę­dza­łem je u boku Leonarda. Wie­lo­krot­nie przy tym pozo­wa­łem Mistrzowi; a moje krę­cone włosy do dzi­siaj go fascy­nują. Doszło do tego, że łączyły nas różne sto­sunki, bar­dzo przy­jemne. To jed­nak, jak by to powie­dzieć, hm... To jed­nak jest temat na osobną roz­mowę.

Teraz jed­nak muszę się sku­pić na czymś innym. Otóż przed­sta­wi­ciel rodu, który obej­mo­wał mego Mistrza mece­na­tem, naka­zał mi, bym odbył z Leonar­dem roz­mowy, które będą, jak to okre­ślił, świa­dec­twem dla potom­nych, jakim był fan­ta­stycz­nym czło­wie­kiem. Mistrz przy­jął tę ini­cja­tywę z nie­zbyt wiel­kim entu­zja­zmem.

- Czy naprawdę, mój poczciwy Sale, uwa­żasz, że powi­nie­nem na to tra­cić czas? - pytał roz­go­ry­czony.

Dopiero gdy zdra­dzi­łem mu, kto o to prosi i jak to uza­sad­nia, lekko ski­nął głową, dając mi swój akcept. Na to cze­ka­łem; przy­szli czy­tel­nicy rów­nież.

Uśmiech, który znają wszy­scy

Uśmiech, który znają wszy­scy

#histo­ria Mony Lisy, #kim była Mona Lisa, #cała prawda o Monie Lisie, #co skrywa tajem­ni­czy uśmiech Mony Lisy, #tajemne kody i znaki zaszy­fro­wane w obra­zie, #Pablo Picasso podej­rzany o kra­dzież Mony Lisy, #teo­rie spi­skowe

dy wsze­dłem do pra­cowni Leonarda, jak zwy­kle poczu­łem zapach kwia­tów, które zawsze były w tym miej­scu. Na pod­ło­dze walało się mnó­stwo sko­ru­pek po jaj­kach, z któ­rych mój mistrz zwykł przy­go­to­wy­wać farby. Obok stało kilka szta­lug, a na nich nie­do­koń­czone szkice, będące czymś zupeł­nie nor­mal­nym w przy­padku Leonarda. Tak mię­dzy nami: jak głę­boko się­gam pamię­cią, to zawsze przy­cho­dzi mi do głowy wię­cej obra­zów, które Leonardo zaczął i nie skoń­czył, niż tych, które jego zda­niem były gotowe.

Mona Lisa (La Gio­conda) - naj­sław­niej­szy por­tret kobiecy w dzie­jach ludz­ko­ści, który wyszedł spod pędzla Leonarda da Vinci w latach 1503-1507; ozdoba zbio­rów pary­skiego Luwru

Nie­trudno było dostrzec, że Leonardo jest teraz w tran­sie. To były zawsze te chwile, gdy do reszty pochła­niało go jego zaję­cie. Tak było, gdy na przy­kład pro­jek­to­wał: czołg, maszynę lata­jącą, a nawet kiedy opi­sy­wał język sło­wi­ków. Tym razem jego umysł zaj­mo­wało coś innego. Na szta­lu­dze stała topo­lowa deska. Na niej zaś wła­ści­wie nie było jesz­cze nic.

- Mistrzu - zła­pa­łem go za ramię, licząc, że ten drobny gest na chwilę wyrwie go z objęć twór­czego transu.

To jed­nak nie pomo­gło. Mistrz stał przy szta­lu­gach, pogrą­żony w myślach, zapewne o tym, co powinno się poja­wić na obra­zie. Wie­dziony impul­sem, dałem mu sub­tel­nego całusa w jego kości­sty poli­czek oto­czony nieco siwą brodą. To pomo­gło.

- Kogo moje oczy widzą! Cóż cię tu spro­wa­dza, mój drogi Sale?

- Mamy nieco do pomó­wie­nia - odpo­wie­dzia­łem zgod­nie z prawdą, po czym kon­ty­nu­owa­łem: - Ale widzę, że chyba wybra­łem nie­wła­ściwy moment.

- Mój drogi Sale, dobrze wiesz, że w moim przy­padku ni­gdy nie ma dobrej chwili, bo każdą wyko­rzy­stuję na pozna­wa­nie świata.

- Zga­dza się, Mistrzu - przy­zna­łem z wdzię­kiem, który zawsze go roz­bra­jał.

- Co więc spra­wiło, że tu przy­by­łeś?

- Musimy odbyć roz­mowę. Nieco dłu­żej. Na życze­nie, sam wiesz Mistrzu, czyje.

Leonardo powoli wra­cał do żywych. Lekko ane­micz­nym ruchem odło­żył pędzel, po czym spoj­rzał mi w oczy i zaczął gła­skać moją dłoń.

- Kochany, bar­dzo chęt­nie z tobą pomó­wię, ale teraz muszę skoń­czyć kre­ślić szkic, bo dosta­łem dość pilne zamó­wie­nie.

Kopia Mony Lisy ze zbio­rów Muzeum Prado w Madry­cie. Praw­do­po­dob­nie została wyko­nana przez ucznia Leonarda w tym samym cza­sie co wer­sja ory­gi­nalna

Rozej­rza­łem się wokół. Oka­zało się, że obok szta­lugi rze­czy­wi­ście leżał szkic. Na nim zaś wid­niał por­tret kobiety o dłu­gich wło­sach. Ten jej uśmiech... Już wtedy wie­dzia­łem, że zapa­mię­tam go do końca życia. Jak się okaże, nie tylko mnie wryje się on w pamięć. A tym­cza­sem wró­ci­łem do roz­mowy z mym opie­ku­nem.

- Dość pilne? - nie byłem w sta­nie powstrzy­mać mojego zdzi­wie­nia. - Dotych­czas w przy­padku Mistrza słowo pilne nie miało zbyt­niego odzwier­cie­dle­nia w rze­czy­wi­sto­ści.

- Signore Caprotti1, waż słowa, mój drogi. Wiesz dobrze, że to nie jest tak, jak wszyst­kim się wydaje.

- Wiem, wiem. Jest jesz­cze tyle rze­czy do odkry­cia na tym świe­cie, że każdy ma prawo do spóź­nie­nia. To twoje słowa, mój drogi Mistrzu.

- Otóż to.

- No dobrze, a co Mistrz maluje w tej chwili?

- Maluję coś, co, jak pod­po­wiada mi moja nie­omylna intu­icja, sta­nie się jed­nym z naj­słyn­niej­szych dzieł w histo­rii sztuki.

- A to dzieło ma już jakiś tytuł?

- Tak. To będzie Mona Lisa.

- Bar­dzo ład­nie. A wła­ści­wie, dla­czego tak będzie ono zaty­tu­ło­wane?

- Pozwól, mój drogi Sale, że o tym pomó­wimy innym razem. Wiedz jedy­nie, że będziesz mi jesz­cze potrzebny pod­czas pracy przy tym obra­zie.

Ta roz­mowa odbyła się w 1503 roku. Dopiero cztery lata póź­niej Mistrz zde­cy­do­wał się w końcu szcze­rze ze mną pomó­wić. To miało być spo­tka­nie, pod­czas któ­rego nie byłoby tema­tów zaka­za­nych.

[...]

Jest rok 1507. Razem z Leonar­dem miesz­kam w Medio­la­nie, dokąd prze­pro­wa­dzi­li­śmy się z Flo­ren­cji. W końcu posta­na­wiamy, wspo­ma­ga­jąc się winem, odbyć pierw­szą z naszych roz­mów, pod­czas któ­rych Leo się otwo­rzy i co nieco o sobie opo­wie.

- Poczciwy Sale, od czego chciał­byś roz­po­cząć naszą roz­mowę? (zaczyna pro­wo­ka­cyj­nie Leonardo).

- Spo­glą­dam na piękną Monę Lisę i docho­dzę do wnio­sku, że warto byłoby zacząć naszą roz­mowę wła­śnie od niej.

- Ale cóż tu opo­wia­dać. Por­tret jak por­tret.

- No pro­szę, Mistrzu. Opo­wiedz mi o niej, by wszy­scy mogli poznać prawdę.

- Och Sale, odkąd cię pozna­łem, zawsze sta­rasz się dopiąć swego. Już gdy mia­łeś lat dzie­sięć, nie dawa­łeś za wygraną. Lubi­łem to w tobie, nie będę ukry­wał, że nie.

- Kom­ple­menty z ust Mistrza mnie zawsty­dzają. Wróćmy lepiej do naszej Mony Lisy.

- Dobrze już, dobrze. Zacznijmy od ofi­cjal­nej wer­sji histo­rii tego obrazu: pewien kupiec z Flo­ren­cji zamó­wił u mnie por­tret swo­jej żony - Lisy Ghe­rar­dini.

- Buhaha! Dobre!

- Sale, zacho­waj powagę. Wiesz, że musimy naj­pierw pomó­wić o ofi­cjal­nych powo­dach, a dopiero póź­niej zdra­dzić całą prawdę na temat tego obrazu. Ja nazy­wam to dozo­wa­niem napię­cia. I tego się trzy­majmy, dobrze?

- W porządku.

- Gdy por­tre­to­wa­łem tę kobietę, była w wieku około dwu­dzie­stu czte­rech lat. Miała córeczkę, która nie­stety szybko zmarła. W jej twa­rzy było coś fascy­nu­ją­cego. Biła z niej ener­gia, a zara­zem tajem­ni­czość. Szcze­gól­nie enig­ma­tyczny był jej uśmiech. Potrze­bo­wa­łem dużo czasu, by skoń­czyć ten por­tret.

- A do tego zapew­niał Mistrz tej damie i sobie spe­cjalne warunki do pracy.

- Ow­szem. W przy­padku tego obrazu, gdy dama pozo­wała, towa­rzy­szyli nam muzycy gry­wa­jący naj­pięk­niej­sze pie­śni. Co wię­cej, naj­lepsi kucha­rze przy­go­to­wy­wali jej posiłki, a lek­to­rzy czy­tali powie­ści, by czas jej się zbyt­nio nie dłu­żył.

- Malo­wał Mistrz ten obraz trzy lata?

- Trzy albo nawet cztery, bo prze­cież zaczą­łem bodajże w 1503 roku, a ostat­nie muśnię­cia pędz­lem wyko­na­łem w 1507 roku. W każ­dym razie obraz tak mi się spodo­bał, że nie odda­łem go kup­cowi, który go zamó­wił. I mam go od tam­tego momentu aż do dziś.

Mona Lisa - kra­dzież stu­le­cia

Leonardo jest zamie­szany w jedną z naj­więk­szych kra­dzieży wszech cza­sów!

Jest nie­dziela 20 sierp­nia 1911 roku. Dokład­nie tego dnia pra­cow­nik pary­skiego Luwru, Włoch Vin­cenzo Perug­gia, posta­na­wia doko­nać cze­goś nie­moż­li­wego. Po pracy ukrywa się na noc w muzeum. Wybrany dzień jest nie­przy­pad­kowy, w ponie­działki wiele obiek­tów muze­al­nych w Paryżu jest nie­czyn­nych. Tak jest rów­nież w Luw­rze.

Po spę­dzo­nej nocy w ukry­ciu Perug­gia przy­wdziewa biały far­tuch, noszony przez tam­tej­szych pra­cow­ni­ków, i wcho­dzi do sali, w któ­rej znaj­duje się naj­słyn­niej­sze dzieło Leonarda da Vinci Mona Lisa. Następ­nie zabiera obraz i udaje się do bocz­nej klatki scho­do­wej. Tam wyciąga go z ramy i wkłada pod far­tuch. Szczę­ście na­dal go nie opusz­cza. Gdy zauważa, że przy bra­mie wyj­ścio­wej nie ma ochro­nia­rza, szybko przez nią wycho­dzi i idzie do swo­jego miesz­ka­nia. Tam ukrywa obraz.

Począt­kowo Luwr pró­buje nie nagła­śniać sprawy, licząc, że obraz uda się szybko odna­leźć. Muzeum zostaje zamknięte (z powodu pro­ble­mów z kana­li­za­cją, co jest tylko ofi­cjalną wymówką), podob­nie jak gra­nice Fran­cji. W poszu­ki­wa­nia zostaje zaan­ga­żo­wa­nych sześć­dzie­się­ciu poli­cjan­tów. Jed­nak już kilka godzin póź­niej media ogła­szają zagi­nię­cie Mony Lisy, co spro­wa­dza do Luwru tłumy gapiów, któ­rzy chcą zoba­czyć miej­sce, gdzie wisiał obraz. Pośród nich znaj­duje się nie­znany wów­czas pisarz Franz Kafka. Poli­cja wyzna­cza nagrodę dla osoby, która wskaże zło­dzieja. A zroz­pa­czeni miło­śnicy sztuki roz­wie­szają nekro­logi z wize­run­kiem Mony Lisy. Mnożą się teo­rie na temat zło­dzieja tego dzieła. Poli­cja dostaje mnó­stwo dono­sów. Jeden z nich infor­muje, że obraz ukra­dło dwóch męż­czyzn. Mieli oni dzieło zawi­nięte w papier cho­wać do samo­chodu. Taką wer­sję przed­sta­wia młody chło­pak, który pod koniec prze­słu­cha­nia przy­znaje się, że wszystko to zmy­ślił tylko po to, by unik­nąć lek­cji geo­gra­fii.

Vin­cenzo Perug­gia, szklarz zatrud­niony w Luw­rze, który w 1911 roku ukradł Monę Lisę i wywiózł do Włoch. Wpadł w 1913 roku we Flo­ren­cji przy pró­bie sprze­daży dzieła, a jego foto­gra­fie i odci­ski pal­ców tra­fiły do kar­to­teki poli­cyj­nej

Grono podej­rza­nych się roz­sze­rza, a pośród nich znaj­duje się nawet malarz Pablo Picasso. Wszystko przez to, że jego przy­ja­ciel, poeta i pisarz pol­skiego pocho­dze­nia, Guil­laume Apol­li­na­ire, znał osobę, która kra­dła z Luwru sta­ro­żytne posążki i sprze­da­wała je Picas­sowi i Apol­li­na­ire'owi. Gdy o wszyst­kim dowia­dują się stróże prawa, prze­ra­żeni przy­ja­ciele (inna wer­sja mówi, że robi to tylko Picasso) zwra­cają posążki do Luwru. Nie­stety, Apol­li­na­ire nie ma wystar­cza­jąco dużo szczę­ścia i zostaje aresz­to­wany pod zarzu­tem współ­udziału w kra­dzieży Mony Lisy. W ten spo­sób tra­fia do wię­zie­nia, skąd jed­nak po pię­ciu dniach zostaje wypusz­czony.

Przez kolejne dwa lata trwają gorącz­kowe poszu­ki­wa­nia dzieła da Vinci. Nie­stety, bez­sku­teczne. Śled­czy nie mają poję­cia, że obraz przez pewien czas był ukry­wany w Paryżu, a dopiero póź­niej Perug­gia prze­wiózł go do Flo­ren­cji.

Mona Lisa ode­brana zło­dzie­jowi była krótko eks­po­no­wana w Rzy­mie, po czym wró­ciła do Paryża

Punkt zwrotny nastę­puje w momen­cie, gdy Włoch pisze list do Alfredo Geriego, wła­ści­ciela jed­nej z flo­renc­kich gale­rii sztuki. Perug­gia pro­po­nuje mu bowiem zakup Mony Lisy, pod­pi­su­jąc się jako "Leonardo". Geri razem z dyrek­to­rem flo­renc­kiej gale­rii sztuki posta­na­wiają spraw­dzić auten­tycz­ność obrazu. Gdy mają już pew­ność co do tego, wów­czas o wszyst­kim zawia­da­miają poli­cję. Perug­gia zostaje aresz­to­wany. Jak sam stwier­dził, ukradł obraz z Luwru, bo chciał go zwró­cić swo­jemu kra­jowi, gdyż obraz tra­fił z Włoch do Fran­cji zra­bo­wany przez Napo­le­ona Bona­par­tego. Po wyja­śnie­niu sprawy Mona Lisa przed dwa tygo­dnie podró­żo­wała po Wło­szech, gdzie mogli ją oglą­dać miesz­kańcy. Po tym cza­sie wró­ciła do fran­cu­skiego Luwru. I jest tam aż do dziś, choć na­dal sze­rzą się plotki, że w Luw­rze znaj­duje się jedy­nie kopia.

- To teraz pomówmy nieco o nie­zna­nej histo­rii tego obrazu.

- Naprawdę chcesz o tym roz­ma­wiać? Wiesz dobrze, że to miał być sekret.

- Mistrzu! Warto co nieco opo­wie­dzieć. W końcu nie ma sensu, byśmy zabie­rali te tajem­nice ze sobą do grobu.

- No dobrze.

- To zacznijmy od tego tajem­ni­czego uśmie­chu. Co on ozna­cza?

- Wiesz dobrze, że w naszych cza­sach nie two­rzy się por­tre­tów przed­sta­wia­ją­cych osoby uśmiech­nięte. Ja chcia­łem to jakoś omi­nąć. Dla­tego stwo­rzyłem ten tajem­ni­czy uśmiech. Poma­gał mi w tym mię­dzy innymi biały kot, który swoją obec­no­ścią zaba­wiał damę przed­sta­wioną na obra­zie. Wię­cej na ten temat nie chcę zdra­dzać.

- Z uśmie­chem jest zwią­zane coś jesz­cze?

- To prawda. Gdy spo­glą­dasz na obraz i patrzysz kobie­cie pro­sto w oczy, jej uśmiech staje się jesz­cze bar­dziej wyraźny. Efekt ten udało mi się osią­gnąć dzięki kilku sekret­nym sztucz­kom.

- Pamięta Mistrz malo­wa­nie tego obrazu?

- Długo, bez wąt­pie­nia. Ze trzy albo i cztery lata mi to zajęło. Wzią­łem topo­lową deskę i po pro­stu zaczą­łem malo­wać.

- To wiem. Cho­dzi mi o samą tech­nikę.

- No, to trzeba było tak od razu. Łącz­nie na obra­zie jest około trzy­dzie­stu warstw farby. Sporo. Wszystko na obra­zie mają­cym wymiary jakieś sie­dem­dzie­siąt sie­dem cen­ty­me­trów na pięć­dzie­siąt pięć, może nawet pięć­dzie­siąt trzy. Wyko­rzy­sta­łem tech­nikę zwaną sfu­mato. Dzięki temu, patrząc na kra­jo­braz w tle widzimy sub­telne przej­ście barw ciem­nych w jasne i tym samym poja­wia się efekt mgły.

- To wszystko spra­wia, że boha­terka twego obrazu wygląda na nim jak żywa. Podob­nie zresztą cały kra­jo­braz.

MONA LISA. SEKRETY I TEO­RIE SPI­SKOWE

Według nie­któ­rych uczo­nych kobieta pod­czas pozo­wa­nia do por­tretu była tuż po poro­dzie lub w ciąży. Jed­nak nie to, ale uśmiech boha­terki obrazu Leonarda da Vinci rodzi naj­wię­cej spe­ku­la­cji. Jest uzna­wany za jeden z naj­bar­dziej tajem­ni­czych w histo­rii. Jedni twier­dzą, że wyraża iro­nię, inni dostrze­gają enig­ma­tycz­ność. W 2019 roku naukowcy prze­pro­wa­dzili bada­nia, pod­da­jąc uśmiech szcze­gó­ło­wej ana­li­zie pod kątem neu­ro­lo­gii, z któ­rych wyni­kło, że ten naj­słyn­niej­szy uśmiech jest nie­szczery. Wycią­gnęli takie wnio­ski na pod­sta­wie faktu, że jest w poło­wie ucięty. To może ozna­czać wła­śnie brak szcze­ro­ści lub po pro­stu uśmiech uda­wany. Ten ostatni mógł wyni­kać z tego, że modelka była zaba­wiana przez bła­znów zamó­wio­nych przez da Vinci. Widocz­nie nie byli oni w sta­nie dosta­tecz­nie roz­ba­wić pozu­ją­cej, a ta z grzecz­no­ści uśmie­chała się, tyle że sztucz­nie.

Co wię­cej, teo­rię o nie­szcze­rym uśmie­chu ma rów­nież potwier­dzać brak pod­nie­sio­nych mię­śni wokół oczu. Poza tym kilka lat temu pewna neu­ro­bio­log z Harvardu doszła do wnio­sku, że patrząc bez­po­śred­nio na usta, dostrzega się, że uśmiech słab­nie. Z kolei gdy patrzymy jej w oczy, wyraź­nie się inten­sy­fi­kuje.

W przy­padku tego obrazu poja­wia się jesz­cze jeden wątek. Zwo­len­nicy teo­rii spi­sko­wych upar­cie powta­rzają, że można się w nim dopa­trzeć obcego. Trzeba tylko nieco się potru­dzić i wyko­nać lustrzane odbi­cie Mony Lisy. Następ­nie, łącząc z nim ory­gi­nał, na środku obrazu baczni obser­wa­to­rzy mogą dostrzec kształty, które przy uru­cho­mie­niu wyobraźni mogą uka­zać tajem­ni­czą postać.

- A zechce Mistrz powie­dzieć, kto w rze­czy­wi­sto­ści jest na obra­zie?

- Młoda dama, córka kupca. Już to mówi­łem.

- Leo, Mistrzu, może jed­nak nie będzie Mistrz kar­mił naszych czy­tel­ni­ków nie­do­po­wie­dze­niami.

- Widzę, że ktoś tu jest żądny sławy, czyż nie?

- Bar­dziej cho­dzi mi o rze­telną roz­mowę na temat Mony Lisy.

- Chciał­byś, bym powie­dział na głos, że na obra­zie czoło, nos i uśmiech nie jest tej mło­dej damy, tylko tego, kto rów­nież pozo­wał do tego por­tretu, prawda? I znam go bar­dzo dobrze.

- Nie zawsty­dzaj mnie, Mistrzu.

- Co wię­cej, pew­nie byś chciał, bym opo­wie­dział o lite­rach "L" i "S" ukry­tych w jed­nej z tęczó­wek. I o zama­sko­wa­nych cyfrach?

Gdzie się podziała Mona Lisa

Mistrz Leonardo nie roz­stał się z tym obra­zem aż do śmierci, czyli do 1519 roku. Dopiero gdy odszedł z tego świata, obraz, zgod­nie z testa­men­tem, tra­fił w ręce Salego. A gdy i on zmarł w 1524 roku, dzieło prze­cho­wy­wały praw­do­po­dob­nie jego sio­stry. Następ­nie w 1547 roku obraz kupił król Fran­cji, Fran­ci­szek I. Ten sam, który zapro­sił mala­rza w swe progi, dzięki czemu ostat­nie lata życia Leonardo da Vinci spę­dził we Fran­cji.

Fran­ci­szek I zarzą­dził powie­sze­nie obrazu w łazience. Pięć­dzie­siąt lat póź­niej obraz został pod­dany reno­wa­cji przez pew­nego holen­der­skiego arty­stę. Nie­stety, ten zro­bił to nie­udol­nie, zama­lo­wu­jąc obraz grubą war­stwą lakieru, co spra­wiło, że dzieło stra­ciło na inten­syw­no­ści barw.

Ciąg dal­szy histo­rii obrazu jest dość mętny. Na kar­tach histo­rii poja­wia się o nim wzmianka w bio­gra­fii "króla Słońce", autora zna­nych słów: "Pań­stwo to ja", czyli Ludwika XIV. Ten władca posta­na­wia prze­nieść obraz do Wer­salu, do swo­jej sypialni.

W 1793 roku Luwr staje się muzeum. To wła­śnie tam chwilę póź­niej zostaje prze­nie­siona Mona Lisa. Po kilku latach Napo­leon Bona­parte posta­na­wia zawie­sić obraz w swo­jej sypialni. Dopiero w 1815 roku, gdy Bona­parte został zesłany na Wyspę Świę­tej Heleny, Mona Lisa wraca do Luwru, i znaj­duje się tam do dzi­siaj.

Zwie­dza­jący muzeum Luwru nie­zmien­nie oble­gają obraz Leonarda

Co cie­kawe, obraz ma w Luw­rze wła­sną, kli­ma­ty­zo­waną salę ze stałą tem­pe­ra­turą dwu­dzie­stu stopni Cel­sju­sza. Panuje tam spe­cjalny mikro­kli­mat, a obraz chroni kulo­od­porna szyba. Wszystko to kosz­to­wało podobno około ośmiu milio­nów dola­rów.

Pyta­nie tylko, jak to moż­liwe, że dzi­siaj obraz znaj­duje się we fran­cu­skim muzeum, a nie w ojczyź­nie Leonarda, we Wło­szech? Tak naprawdę spór pomię­dzy Fran­cu­zami i Wło­chami o Monę Lisę trwa od dawna. Doszło nawet do tego, że Fran­cuzi nie zgo­dzili się na wypo­ży­cze­nie obrazu Flo­rent­czy­kom z oka­zji set­nej rocz­nicy odna­le­zie­nia por­tretu po kra­dzieży z Luwru.

- Dobrze już, nie będę naci­skał.

- Może też byś chciał, bym odniósł się do plo­tek, że na obra­zie jest oboj­nak, skoro oso­bami pozu­ją­cymi do obrazu byli nie­wia­sta i pewien mło­dzie­niec? (Leonardo puścił do mnie zalot­nie oko). Muszę dodać jedno: poza tym, o czym już wspo­mnia­łem, w obra­zie ukry­łem kilka zna­ków. I tylko ci, któ­rzy znają mój kod, będą w sta­nie je odszy­fro­wać. Ale o tym już nie chcę mówić.

- Nie dzi­wię się. Też bym wolał publicz­nie nie tłu­ma­czyć, dla­czego zawsze Mistrz ma obraz przy sobie i jaki ma to zwią­zek z tym, że za homo­sek­su­alizm się solid­nie karze.

- Sale, nic już lepiej nie mów.

- Ty, Mistrzu, też.

- Dobrze, wystar­czy już tych roz­mów na dzi­siaj. Chodźmy lepiej na spa­cer, by roz­ru­szać kości.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki