Spowiedź heretyka. Sacrum Profanum - Adam Nergal Darski

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ I  JAM JEST LOS TWÓJ ŚLEPY, KTÓRY CIĘ WYPROWADZIŁ Z ZIEMI BLOKOWISK

Kiedy byłeś ostatnio u spowiedzi?

Nie wiem, nie pamiętam. Wieki temu.

Każde polskie dziecko chodziło do spowiedzi.

Mogłem mieć jakieś czternaście lat. Przygotowywałem się do sakramentu bierzmowania. Nigdy go nie otrzymałem. Na własne życzenie wykluczyłem się z tej całej szopki. Religia zaczęła mnie odrzucać. Coś w niej śmierdziało. Swąd pojawił się zresztą wcześniej, jak jeszcze uważałem się za katolika i wydawało mi się, że wierzę... Był taki okres. Naprawdę. Chociaż była to wiara z rozpędu. Nie towarzyszyło jej nic głębszego. Byłem dzieckiem, interesowała mnie zabawa, a nie roraty.

Skup się, może przypomnisz sobie, jak po raz ostatni wyznawałeś grzechy.

Nie. Pamiętam jedynie odczucia, jakie towarzyszyły podchodzeniu do konfesjonału. Stoisz, czekasz w kolejce, a dookoła zimno i smutno. Nienawidziłem tego. Do dziś mi pozostało. Kościoły mogą być piękne, ale zawsze są zimne i smutne.

Darski uciekł przed bierzmowaniem, a niebo nawet nie zapłakało... Może chociaż twoje narodziny były niezwykłe?

Niezwykłe było jedynie ich miejsce. Jestem "śledziem". Chociaż moja rodzina mieszkała w Gdańsku, urodziłem się w szpitalu w Gdyni. Poza tym było całkiem normalnie. Nie przyjechało trzech mędrców, nie zaświeciła żadna gwiazda. To był zwyczajny, przeciętny poród. Podobne było moje dzieciństwo. Tworzyliśmy typową peerelowską rodzinę.

Adam to takie ładne biblijne imię...

No ładne.

Tradycja była w domu ważna?

Jako dekoracja. Na ścianie wisiał krzyż, przyjmowaliśmy kolędę, ale czułem, że to tylko ozdoba. Był dysonans między tym, co na ścianach, a tym, co praktykowano. Mój ojciec należał do partii [PZPR]. Widziałem, że stoi w rozkroku i stara się znaleźć kompromis między swoim światopoglądem a tradycją. Wszystkie święta zaliczał, ale nigdy nie klękał - stawał z boku. Zachowywał pozory i lawirował...

A matka?

Przykładała większą wagę do religii, ale nie sądzę, by była głęboko wierząca. Może się obrazi, ale tak to widziałem... Chociaż był w jej życiu okres, kiedy szukała pomocy u Boga. Miałem osiem lat, a Paweł, mój brat, szesnaście. Przyniósł do domu niewybuch. Nie było komputerów, w telewizji dwa kanały, dzieciaki szukały innych zajęć. Brata zainteresowały stare pociski. Łatwo było je znaleźć. Wystarczyło przejść się do lasu. Przy jednym z nich Paweł zaczął majstrować. Doszło do wybuchu, a mój brat na dłuższy czas stracił wzrok. Na kilka miesięcy trafił do szpitala. Nie było wiadomo, czy będzie widzieć. Wtedy właśnie Irena zaczęła się modlić. Chodziła do kościoła, szukała pomocy w okolicy krzyża. Kiedy brat doszedł do zdrowia, odpuściła sobie. Nie została dewotką. Na moje i jej szczęście.

Wspomniałeś o Pawle. Było między wami osiem lat różnicy - to sporo. Jakie mieliście relacje?

Byliśmy z tej samej matki, ale - tak pół serio - nie wiem, czy z tego samego ojca. Byliśmy kompletnymi przeciwieństwami. Różniliśmy się wszystkim, poczynając od charakteru, a kończąc na tym, jak poprowadziliśmy swoje życie. Mój brat był rasowym chuliganem. Sprawiał ogromne kłopoty adaptacyjne, ledwo skończył podstawówkę. Nie chciał się dalej uczyć. Poszedł jeszcze do zawodówki, a po niej zaczął pracę. Jego ambicje dryfowały w innym kierunku niż edukacja. Interesowały go głównie imprezy, dziewczyny i siłownia. Urządził ją na strychu. Kiedyś znalazłem na szafie komplet strzykawek i jakieś dziwne fiolki. Nie miałem pojęcia, co to jest. Dopiero później, gdy Paweł w bardzo krótkim czasie zyskał imponującą muskulaturę, połączyłem fakty. Mnie to nie ruszało. Żyliśmy w jednym pokoju, ale obok siebie, nie razem. Chociaż dzięki niemu odkryłem muzykę, zmienił więc moje życie...

Młody Paweł był niesforny, a mały Adaś?

Adaś był grzeczny. Dobrze się uczyłem; ani w domu, ani w szkole nie sprawiałem większych kłopotów.

Na Wielkanoc biegałeś ze święconką do kościoła?

Nigdy! Nawet wtedy, gdy uważałem siebie za katolika, kościołów nie cierpiałem. Tak działał mój instynkt. Zacząłem okłamywać rodziców. Jako dzieciak musiałem meldować matce, że byłem na mszy. Przychodziła niedziela, brat oczywiście ewakuował się gdzieś z rana, ojciec jechał na działkę, a ja zostawałem z mamą. Gdy zbliżała się jedenasta, czyli godzina, o której odbywało się nabożeństwo dla młodzieży, grzecznie wychodziłem z domu.

I dokąd szedłeś?

Cała ekipa z podwórka omijała kościół. Z uśmiechem i ulgą. Szliśmy przeważ nie coś zjeść. Za PRL-u popularne były bary, w których serwowano bagietki z pieczarkami. Szliśmy więc na bagietkę i sok marchwiowy. Często odwiedzaliśmy też plażę. Była blisko. Mogliśmy dojść na miejsce, chwilę się powygłupiać, porzucać kamieniami w ptaki i wrócić na czas. Wszystko w ciągu godziny, tak by w domach być punktualnie na dwunastą.

Matka stała w drzwiach i odpytywała z kazania?

Nigdy nie bawiła się w takie gestapo. Owszem, część moich kolegów musiała czekać, aż z mszy będzie wracać ktoś znajomy i zrelacjonuje im kazanie. Mnie to nie dotyczyło. Nie czułem nad sobą bata, raczej cichą presję. Nawet nie pamiętam, jak się skończyły te niedzielne wycieczki. Po prostu pewnego dnia nie poszedłem na mszę i tyle. Nie było żadnych sankcji, nikt mi nie zabrał kieszonkowego.

TRAKTORZYSTA

Z czego żyli rodzice?

Ojciec był zatrudniony w stoczni imienia Lenina, jako technolog budowy okrętów. Przeważnie siedział w biurze. Kilka razy zabrał mnie do roboty. Wynudziłem się tylko. Matka z kolei całe życie pracowała w Bimecie, fabryce łożysk. Też miała stanowisko w biurze. Jako młoda dziewczyna chciała zostać pielęgniarką, ale jak na seminarium zobaczyła krew i zwaliło ją to z nóg, to dała sobie spokój. Miałem co jeść i w co się ubrać. Nie byliśmy bogaci, ale niczego nam nie brakowało, a nawet jak brakowało, to rodzice starali się, bym tego nie odczuł.

Rozpieszczali cię?

Do dziś mi głupio z jednego powodu... W latach osiemdziesiątych półki sklepowe świeciły pustkami. Był jednak rynek. Dało się tam upolować wiele ciekawych rzeczy. W Gdańsku mieścił się we Wrzeszczu. Lubiłem tam chodzić. Zarówno z rodzicami, jak i - później - ze znajomymi. Pewnego razu zobaczyłem na straganie komputer. ZX 81, chyba najbardziej prymitywną tego typu maszynę. Niby duży kalkulator, ale pozwalał grać w gry. To było zanim do sprzedaży weszły ZX Spectrum, Atari i Commodore. Mieć takie coś? Mokry sen każdego chłopaka. Nie obchodziła mnie cena. Uparłem się, że muszę go dostać. Rodzice początkowo odmawiali, bo było to naprawdę drogie urządzenie. Widzieli jednak ogień w moich oczach... Przywieźliśmy do domu sprzedawcę. Gość wytłumaczył mi, jak działa komputer i dobiliśmy targu. Nie uruchomiłem tej maszyny nigdy więcej. Stała i kurzyła się. To były trudne czasy i pieniądze można było lepiej spożytkować. Tacy właśnie byli i są moi rodzice. Spełniali każdą moją fanaberię. Brakowało im charakteru...

A tobie dyscypliny?

Każdy kij ma dwa końce.

Zdecyduj się.

Jestem wdzięczny rodzicom za to, jak mnie wychowali. Od małego mogłem brać życie w swoje ręce. Nauczyłem się odpowiedzialności i bycia samodzielnym. Nie musiałem uczyć się gry na pianinie, nie kazali mi chodzić na balet. Języków uczyłem się, bo chciałem, a nie dlatego, że ktoś to na mnie wymuszał. Mogłem uprawiać sztuki walki, grać na gitarze. Nikt mi tego nie zabraniał. Przeciwnie, rodzice wszystko mi ułatwiali.

Byłeś bity?

Nie. W przeciwieństwie do brata. On dostawał lanie. Jego wyskokom zawdzięczam, że nie garbowano mi skóry. Rodzice widzieli, że twarda ręka nie popłaca. Ze mną spróbowali innych metod wychowawczych.

Ani razu nie dostałeś lania?

Może dwa razy w życiu.

Zasłużone?

Raz na pewno. Miałem sześć lat, spędzaliśmy wakacje na wsi. Dom stał na wzgórzu. Była przy nim stroma droga. Prowadziła w kierunku kładki na rzece. Na skraju wzniesienia stał traktor. Wdrapałem się na siedzenie kierowcy, nacisnąłem sprzęgło i maszyna ruszyła. Prosto do wody. Próbowałem kierować, ale silnik nie był uruchomiony. Nie było szans, żeby mały chłopiec zapanował nad takim pojazdem. Na szczęście w pobliżu był wujek. Stał z ojcem. Zatrzymali traktor kilka metrów od rzeki. Dostałem porządnie w dupę. Dwa dni leżałem w łóżku, tak mnie bolało.

Masz pretensje do ojca?

Nie. Zasłużyłem. Przy drodze często bawiły się dzieci. Tylko traf chciał, że w pobliżu nie było żadnego z nich, gdy uruchomiłem traktor. Nawet teraz mam dreszcze, jak o tym myślę. Gdy jesteśmy młodzi, robimy naprawdę głupie rzeczy.

Traktorzystą nie zostałeś, a jak było ze sztukami walki?

Ojciec zabrał mnie na lekcję dżudo. Wpadłem w to po uszy. Sporty walki stały się częścią mojego życia, prawie tak ważną, jak muzyka. Miałem jeszcze jedną pasję. Rysowałem. Spędzałem godziny, zamalowując całe zeszyty. Tworzyłem własne komiksy. Rysowałem głównie sceny batalistyczne. Każdy chłopiec kocha wojnę.

Żołnierzykami też się bawiłeś?

Przychodził do mnie sąsiad z siódmego piętra, Piotrek. Rozgrywaliśmy wielkie bitwy, rzucając kulką w wojska przeciwnika. Był w tym kurewsko dobry, lepszy ode mnie. Przeważnie przegrywałem. Dostawałem białej gorączki.

Tupałeś nóżką i zrzucałeś żołnierzyki ze stołu?

Nie, ale zwycięstwa kolegi było dla mnie strasznie frustrujące. Nigdy nie umiałem przegrywać, nawet być drugi. Inne dzieciaki grały w piłkę. Wiedziałem, że nie dorównam najlepszym kopaczom, więc odpuszczałem. Lepsze wyniki miałem za to w dżudo. Byłem bardzo sumiennym uczniem. Nie opuszczałem żadnego treningu. Miałem też o co walczyć. Najlepsi zawodnicy w szkole, w nagrodę za swoje wyniki, dostawali wejściówki na basen. To naprawdę była ekskluzywna rozrywka. Dziś człowiek idzie, kupuje karnet i pływa. Wtedy basenów było kilka w całym Trójmieście i nie było łatwo się na nie zapisać. Ja pływałem co sobotę.

BOŻENKA

Interesowały cię w tym czasie dziewczyny?

Bardzo szybko odkryłem płeć piękną. Już w przedszkolu. Chodziłem aż do trzech...

Wyrzucili cię z któregoś?

Nie. Chociaż moje pierwsze przedszkolne doświadczenia były traumatyczne. Byłem bardzo przywiązany do rodziców. Nie rozumiałem, dlaczego matka zostawia mnie w jakimś obcym miejscu. Stawałem zapłakany przy oknie i patrzyłem, jak wychodzi z budynku. Później zamykałem się w toalecie i dalej ryczałem.

Taki był z ciebie maminsynek?

Trochę tak. Inne dzieci tak nie reagowały. Ale ja w ogóle nienawidziłem przedszkola. Najgorszy był tak zwany kotlet schabowy. Mówię "tak zwany", bo z prawdziwym schabowym nie miało to nic wspólnego. Wiązadła, chrząstki i ścięgna połączone maleńkimi kawałkami mięsa i trzymające się razem tylko dzięki panierce. Tym był przedszkolny kotlet. Nie dawało się tego jeść. Problem w tym, że nie pozwalali nam wstać od stołu, póki coś było na talerzu...

Zaciskałeś piąstki i jadłeś?

Próbowałem. Raz nie dałem rady. To chyba moja największa trauma z dzieciństwa. Żuję ten kotlet, zabieram się do niego z każdej strony i trzymam kawałki mięsa w gębie, jak chomik. W tym momencie czuję, że moje jelita mają coś ważnego do zakomunikowania. Pojawia się problem. Nie mogę przecież wstać do stołu i iść do toalety, bo talerz wciąż pełny. Przez chwilę walczę z naturą. Wiercę się i łudzę, że ktoś łaskawie puści mnie do łazienki. Nic się jednak nie dzieje. Kiedy nadchodzi naprawdę krytyczny moment, zrywam się i wybiegam do kibla. Słyszę, że ktoś na mnie krzyczy, ale zupełnie nie zwracam na to uwagi... Musicie wiedzieć o jeszcze jednej rzeczy. Do przedszkola, do równoległej grupy, chodziła wtedy krucha blondynka, Bożenka...

Pierwsza miłość?

Wszyscy chłopcy się w niej kochali, ja też. Czysto platonicznie, nie miałem z nią żadnego kontaktu. To była bardzo grzeczna dziewczynka. Spokojna, cicha i śliczna. Po prostu ideał. Uwielbiałem na nią patrzeć i na tym patrzeniu się kończyło.

I jaka była jej rola w historii z kotletem?

Wybiegłem z sali. Wpadłem jak burza do kibla. Było już jednak za późno. Nie zdążyłem nawet zamknąć kabiny i zdjąć spodni. Wszystko poleciało. Stoję taki ufajdany, próbuję wycierać papierem własne fekalia, w tym momencie uchylają się drzwi i staje w nich Bożenka. Patrzy się na mnie, ja patrzę na nią. Wszystko na wierzchu, dookoła moje gówno. Uśmiecham się głupio, otwieram usta i proszę, żeby tylko nic nie mówiła pani... Oczywiście od razu pobiegła po przedszkolankę. Skończyło się strasznym wstydem i kąpielą w brodziku. Opiekunka trzymała mnie za rękę jak szmatę i myła szlauchem. Dostałem reprymendę i dodatkowe leżakowanie jako bonus. No i poczucie, że moja wielka niespełniona miłość nakablowała, że obsrałem gacie.

To było twoje pierwsze doświadczenie damsko-męskie?

Nie. Wcześniej było przyjemniej. Coś przeskrobałem, nie pamiętam już co, ale dostałem karę. Oczywiście leżakowanie. Musiałem się przebrać w piżamę i położyć na jednym z karnych leżaków na środku sali. Minął czas, który mi zasądzono, podchodzi pani i mówi, że mogę wstać. Tymczasem czuję wyraźnie, że wstało coś innego. To pierwsza erekcja, jaką pamiętam.

A dziewczynę, taką prawdziwą, miałeś w przedszkolu?

Zaliczyłem nawet pierwszego loda! Pamiętam to dokładnie. Dziewczyna nazywała się Magda i była wybitnie nie w moim typie. Miała haczykowaty nos i nastroszone włosy, jak u jakiejś kury. Tak się jednak złożyło, że podczas leżakowania położono ją obok mnie. Zaczęliśmy ukradkiem szeptać. W pewnym momencie wyskoczyła z propozycją nie do odrzucenia. Stwierdziła, że poliże mnie na dole, jak ja poliżę ją. Byłem ciekawy i wszedłem w to. Kiedy wgramoliła się pod mój kocyk, nie poczułem jednak ognia... Wzruszyłem ramionami.

A druga część umowy? Też nic nie poczułeś?

Zdezerterowałem. Włożyłem głowę pod kocyk, ale w połowie drogi pomyślałem, że wcale tego nie chcę. Cofnąłem się i z poważną miną zakomunikowałem, że nie sięgnę. Odwróciłem się i poszedłem spać.

Złamałeś dziewczynie serce. Kiedy zrozumiałeś, po co ci to małe dyndające na dole?

Trudno powiedzieć. Raczej wcześnie. Pierwszą edukację seksualną odebrałem, gdy miałem osiem lat. Przewodnikiem był Cezar, kolega mojego brata. To był straszny baletmistrz, imprezowicz, taki lokalny zabijaka. Mnie jednak zawsze traktował dobrze. Brat zorganizował imprezę. Rodziców nie było, a ja miałem siedzieć cicho, zamknięty w pokoju. Leżałem więc w łóżku i czytałem. W drugim pokoju zabawa trwała w najlepsze: papierosy, alkohol i głośna muzyka. W pewnym momencie wszedł do mnie nawalony Cezar. Usiadł przy łóżku i rozpoczął pijacki monolog. Po chwili wyciągnął kasetę VHS. Powiedział, że mi ją pożycza i nie muszę się spieszyć z oddawaniem, tylko mam ją obejrzeć, gdy będę w domu sam. Zabrałem się do tego następnego dnia.

Nie były to bajki Disneya?

Kreskówki też na niej były, chociaż niezbyt przyzwoite. Bite trzy godziny ostrego porno. Przez kilka miesięcy nie oddawałem tej kasety. Była bardzo inspirująca. Gdyby nie Cezar, to na takie filmy natrafiłbym pewnie kilka lat później.

Wróćmy lepiej do przedszkola. Byłeś typem rozrabiaki?

Raczej buntownika. Snułem różne plany i wprowadzałem je w czyn. Raz nawet udało mi się uciec. Przyczyna była prozaiczna. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego muszę być w jakimś obcym miejscu, kiedy dom stoi pusty. Wymyśliłem więc plan. Nic skomplikowanego. Postanowiłem, że w momencie, gdy będziemy bawić się na świeżym powietrzu, ruszę w kierunku furtki, ominę wszystkie przeszkody i dalej jakoś to będzie. Tak też uczyniłem. Goniła mnie pani Jadzia. Była raczej nieruchawa, biegała dość pokracznie. Bez problemu udało mi się dotrzeć do furtki przed nią.

No tak, pierwsze wagary...

Na wagarach to był akurat mój brat. Spotkałem go, gdy biegłem do domu. Zauważył mnie, bardzo się zdziwił i zapytał: "Co ty tu robisz?". Odparłem, że uciekłem. Zaprowadził mnie do mieszkania. Tego dnia nie wróciłem już do przedszkola. Można powiedzieć, że plan zrealizowałem.

CHCEMY BIĆ ZOMO

Po przedszkolu przyszła szkoła.

Poszedłem do podstawówki numer 93 w Gdańsku. Jej budynek mieścił się tuż obok mojego domu. Miałem do szkoły trzysta metrów. Było to wygodne, bo nigdy nie lubiłem wcześnie wstawać.

Czułeś się inny niż koledzy?

Niespecjalnie. Na pewno nie w tamtym czasie. Wyróżniałem się jedynie tym, że ładnie rysowałem. Miało to zresztą konsekwencje - musiałem robić rysunki do szkolnej gazetki.

Świadectwo miałeś z paskiem?

Uczyłem się lepiej od brata, ale nie aż tak dobrze.

Z czego byłeś najlepszy?

Z wuefu. Zawsze bardzo lubiłem aktywność fizyczną. Była dla mnie odtrutką na przedmioty, które trawiłem gorzej. Byłem uczulony na te ścisłe, moim wrogiem numer jeden była matematyka. Do dziś mi tak zostało. Nigdzie się nie ruszam bez kalkulatora.

Artysta, muzyk, humanista...

Takie zdolności ujawniły się u mnie później, w liceum. W podstawówce książki nie kojarzyły mi się dobrze. Lektury trzeba było czytać, a jak coś trzeba, to rzadko jest to przyjemne. Minęło kilka lat, zanim odkryłem, że są też rzeczy, które czytać można z własnej woli i czerpać z tego radość.

To może chociaż oglądałeś filmy?

W domu był odtwarzacz VHS. Korzystałem z niego. Jak już wspominałem, mocno fascynowały mnie sporty walki, pasjami pochłaniałem więc filmy karate. Co sobotę chodziłem na rynek i przynosiłem po dwa. Były nagrane na jednej taśmie. Pierwszą kasetę się kupowało, a później, za drobną opłatą, wymieniało na kolejne. Oczywiście wszystko było to kino klasy Z. Fabuła o konstrukcji cepa, chamsko podkładany dubbing... No, ale akcja była, a nic mi więcej nie było potrzebne do szczęścia.

Rosyjskiego uczyłeś się z przyjemnością?

Niezły byłem. Chociaż dziś już niewiele pamiętam. A szkoda.

Ojciec w partii, ty sam żałujesz, że się do rosyjskiego nie przykładałeś... Dziwisz się, że cię dziś od bolszewików wyzywają? Nie buntowałeś się przeciw komunie?

Brat się buntował. Mnie interesowało podwórko, koledzy i dobra zabawa. Jedyną styczność z polityką miałem, gdy przeczesywałem czasem szuflady Pawła. Leżały w nich ulotki i broszury Solidarności. Przeglądałem je - nie mylić z czytaniem. W domu były dwa pokoje. W jednym mieszkali moi rodzice, w drugim ja z bratem. Zdarzało się, że ojciec oglądał u siebie w telewizji jakieś gadające głowy i ze starego neptuna dobywały się odgłosy ze spotkania KC PZPR, a w naszym pokoju brat puszczał Perfect i opowiadał mi, że "chcemy być sobą" tak naprawdę oznacza: "chcemy bić ZOMO".

Dochodziło między bratem i ojcem do politycznych scysji?

Raczej nie. Ojciec do domu polityki nie przynosił. Do partii się zapisał, ale w niej nie działał. Po prostu miał legitymację w kieszeni i tyle. Pawła nie gonił za poglądy. Dziś oczywiście wiem, że komuna oznaczała zniewolenie, ale wtedy miałem to zwyczajnie w dupie.

Opowieści brata nie budziły w tobie niczego?

On był bardzo zafascynowany Solidarnością, mnie w tym wszystkim jednak bardziej ruszały nie słowa, a muzyka Perfectu. Dźwięki, które dla niego były tylko nośnikiem treści.

No właśnie, jak to było z tą muzyką? Od czego się zaczęło?

Na początku zafascynował mnie po prostu wygląd gościa z gitarą. To działało na moją wyobraźnię. Mniejsze znaczenie miało to, czego słuchałem. Cieszyła mnie każda muzyka.

Coś musiało być pierwsze.

Nie jest wykluczone, że było to Kombi. Rządziło wtedy w telewizji. W sumie to zabawne, bo dziś koleguję się z Grześkiem Skawińskim. Ostatnio, po kilku kieliszkach wina, powiedziałem mu, że te stare nagrania Kombi wciąż uważam za doskonałe. Myślał, że sobie jaja robię... Nic nie poradzę, ale Słodkiego miłego życia czy Black and white strasznie mi się wbiły w głowę. Tak chyba działa sentyment.

Sentyment sentymentem, ale gdyby ci ktoś powiedział, że po latach będziesz popijać wino z Grześkiem, nie jako fan, ale jako równie popularny muzyk, to co byś sobie pomyślał? Kiełkowała ci w głowie taka myśl?

Nie żartujcie. Udawałem, że gram na kiju od miotły, ale nie myślałem, że zostanę muzykiem. To były raczej zwykłe dziecinne marzenia. Chociaż muzyka przyciągała mnie w sposób niespotykany. Dźwięki były jak magnes. Kiedy spędzaliśmy wakacje na wsi, to obok, za miedzą, mieszkała strasznie muzykalna rodzina. Prowadzili zespół weselny. Uwielbiałem do nich chodzić. Tylko po to, aby na chwilę usiąść za perkusją, chwycić pałeczki lub dotknąć gitary. Instrumenty były drogie i trudno dostępne. Dla mnie były jak relikwie.

Jak zdobyłeś pierwszą z nich?

To był rok 1983 lub 1984. Siedziałem w piżamie i czekałem, aż ojciec wróci z pracy. Wszedł do mieszkania, a w ręku trzymał gitarę. Stare akustyczne pudło. Była strasznie zniszczona, miała nalepione czarne pasy, które ukrywały zadrapania. Wyglądała, jakby zaraz miała się rozlecieć, ale dla mnie to nie miało żadnego znaczenia. Jak ją zobaczyłem, wpadłem w ekstazę.

Nie znudziła ci się równie szybko, jak pierwszy komputer?

W życiu! Siadałem na łóżku i bezsensownie uderzałem prawą ręką w struny. Wydawały wciąż jeden i ten sam dźwięk. Śpiewałem do tego akompaniamentu wszystkie piosenki, które znałem ze szkoły czy telewizji. Tak się wszystko zaczęło.

Brat podzielał twoją fascynację muzyką?

Słuchał jej, ale miałem wrażenie, że jest mu zupełnie obojętne, jaka to muzyka. Lubił polskiego rocka, ale na ścianach wieszał plakaty Sandry czy CC Catch.

A co zdobiło ścianę nad twoim łóżkiem?

Jako pierwsze powiesiłem plakaty ZZ Top i Ex Dance. Dość dobrze wpisały się w typowy peerelowski wygląd pokoju: dwa łóżka, biurko, nad nim tak zwana "słomka" z proporczykami. Obok stała meblościanka. Zdobiły ją stojące u góry puszki po piwie.

KAIN I ABEL

Często kłóciliście się z bratem?

Nie mieliśmy żadnego punktu zaczepienia, swoje robiła też różnica wieku. W jakiś sposób się go obawiałem. Był starszy, czasem wydawał się groźny. Raz sprał mnie tak, że przez kilka dni chodziłem obolały i posiniaczony.

Bez powodu?

Nie do końca. Dziś wspominam to jak zabawną, tragikomiczną sytuację. Mieliśmy w mieszkaniu lotki i tarczę. Rodziców nie było w domu, a mój brat siedział w samych slipkach i czytał program telewizyjny. Uznałem, że zabawne będzie rzucenie lotką w okolicę jego stopy. To miał być dowcip. Nie chciałem go trafić. Wydawało mi się, że dam radę wbić lotkę w parkiet. Oczywiście przeliczyłem się i trafiłem go w stopę. Zaczął wrzeszczeć jak odzierany ze skóry. Przez chwilę skakał na jednej nodze. Później spuścił mi wpierdol.

Często pokazywał ci miejsce w szeregu?

Nasze stosunki były złe, nawet bardzo złe. Traktował mnie z góry, praktycznie nie rozmawialiśmy ze sobą. Być może dlatego, że rodzice wychowywali mnie inaczej, do Adasia podchodzili łagodniej. Paweł mógł czuć żal. Zresztą jego stosunki z rodzicami też były napięte. Bardzo szybko je zerwał.

Wyprowadził się?

Wyjechał bez słowa.

Uciekł?

Pracował jako dostawca owoców. Pewnego dnia matka jak zwykle przyszykowała mu kanapki na drogę. Wziął mały tobołek i wyszedł z domu. Nie wrócił. Jego koledzy poinformowali nas, że wyjechał za granicę. Zobaczyliśmy go dopiero kilka lat później.

Denerwowałeś się?

W końcu miałem cały pokój dla siebie. Poczułem ulgę. Wszyscy poczuliśmy. Rodzice też. Wcześniej sytuacja była naprawdę napięta. Coś wisiało w powietrzu, ktoś musiał się zdecydować na radykalny krok. Z perspektywy czasu widzę, że Paweł zrobił to, co musiał. Szybciej przez to dojrzał. Dziś ma z rodzicami bardzo dobre stosunki.

Wiedzieliście, co się z nim dzieje?

Po roku przysłał nam kartkę z Hiszpanii. Wcześniej pojechał do Francji. Miał znajomego, który się tam przeprowadził. Wysłał nawet Pawłowi kartkę pocztową, na której długopisem zaznaczył zdjęcie domu, w którym rzekomo żył. Brat odnalazł ten dom i zaczął wołać znajomego. Niestety bez skutku. Koleś już tam nie mieszkał. Brat ruszył więc dalej i trafił na Półwysep Iberyjski.

Jak sobie tam radził?

Przez kilka lat mieszkał w prowizorycznych warunkach, często na skłotach. Pracował na czarno, na budowach i przy remontach mieszkań. Ale dawał radę. Nie szalał, a pieniądze odkładał. Z czasem wybił sobie drzwi do normalnego życia. Wynajął własne mieszkanie, poznał kobietę, ożenił się z nią, otworzył sklep. Był dobrze zbudowany, postawny, ludzie go szanowali, nazywali barbarzyńcą z Północy. W jakiś sposób go podziwiałem. Pokazał mi, na czym polega prawdziwa determinacja. Być może miał na moje życie większy wpływ, niż chciałbym to przyznać. Nie tylko miłość do muzyki mi zaszczepił...

Skoro o niej mowa... Długo musiałeś pogrywać na "starym akustycznym pudle"?

Swoją grą zamęczałem rodziców. Chodziłem po domu, uderzałem w struny i śpiewałem. Chyba czuli, że jest w tym jakiś potencjał. Namawiałem ich, żeby zapisali mnie do szkółki muzycznej. Zgodzili się. Już wtedy chciałem jednak grać rockowe, ciężkie rzeczy. To, co słyszałem w radiu. W szkole kazali mi się uczyć Pojedziemy na łów, a ja wracałem do domu i błagałem brata, żeby pokazał mi, jak zagrać Lokomotywę Perfectu. Pudło przestało mi wystarczać. Na szczęście zbliżała się pierwsza komunia.

Dostałeś gitarę elektryczną?

Pieniądze. Dwadzieścia dwa tysiące starych złotych. Gitarę sprawiłem sobie sam. Przeznaczyłem na nią trzynaście tysięcy. Dokładnie pamiętam. Mam ją do dziś. Przypominała fendera, ale była robiona chałupniczo. Odkupiłem ją od Jacka Doniewskiego, mojego pierwszego muzycznego mentora. Był samoukiem, ale miał "elektryka". Zlecił mojemu ojcu wykonanie deski i gryfu. Jak pracowałeś w stoczni, to nie było to trudne. Instrument wykończył jednak sam. Nauczył mnie grać riff z Bez podtekstów TSA.

Ktoś jeszcze miał wpływ na twoją muzyczną edukację?

Dziadek, Klemens Iwicki. Rodzina od strony mamy była bardzo muzykalna. Niemal wszyscy Iwiccy na czymś grali. Na akordeonach, skrzypcach, gitarach... Dziadek pokazał mi, jak grać walczyka. To był jedyny raz, kiedy basowe struny obsługiwałem kciukiem.

Gruba struna, gruby palec...

Dokładnie tak. Dzisiaj chyba już nikt tak nie gra prawą ręką. Żeby jednak uderzać, najpierw trzeba było nastroić gitarę. Nie potrafiłem, więc brałem ją na lekcje muzyki. Razem ze mną chodziła Celina, moja pierwsza prawdziwa dziewczyna. Oczywiście wtedy jeszcze nią nie była. Pomagała mi jednak. Nauka szła jej znacznie lepiej. Miała szczupłe, długie palce...

Stroiła ci gitarę?

Nigdy nie zapomnę jej reakcji, gdy o to poprosiłem. W sali nie było ani wzmacniacza, ani radia. Spojrzała na moją gitarę i zaproponowała: "Podłączmy ją do prądu".

Co chciałeś grać?

Ciarki przechodziły mi po plecach przy Perfect Strangers Deep Purple. Ponadczasowy numer. Takie rzeczy grano wtedy w telewizji. Oglądałem teledyski w czarno-białym neptunie. Puszczali to w dzień. Deep Purple, Iron Maiden... Nawet w takim programie jak Wideoteka zawsze emitowali jeden cięższy rockowy utwór. Tak poznałem WASP, Kiss, Marillion czy ZZ Top. Do telewizyjnego głośnika przystawialiśmy z bratem kasprzaka i nagrywaliśmy. Cała rodzina musiała siedzieć cicho. Nie mieliśmy kabla, żeby podłączyć magnetofon. Dopiero później udało nam się zdobyć tak zwaną "piątkę". O sprzęcie stereo nawet nie marzyliśmy. Takie rzeczy znajdowały się tylko w domach marynarzy i tych, którzy mogli wejść do Pewexu. To było jednak bez znaczenia. Liczyło się jedno: znalazłem swoje brzmienia.

Co ruszało cię w tej muzyce?

Energia i adrenalina. Po prostu. Jedno dziecko woli grać w piłkę, inne jeździć na łyżwach. Ja lubiłem ciężkie granie. Reszta to ewolucja. Wdrażanie się, wchodzenie do lasu, gdzie okazuje się, że dookoła jest coraz więcej różnych drzew.

Nie było ciężko o informacje z tego lasu?

Było radio. Dzięki koledze z klasy odkryłem Muzykę młodych. Ta audycja była dla mnie objawieniem. Raz w tygodniu puszczano całe płyty. Oszalałem! W każdy poniedziałek o piętnastej piętnaście, a w niedzielę o siódmej dziesięć siadałem przed radiem i nagrywałem wszystko jak leci. Nazwy zespołów zapisywałem fonetycznie. Krzysztof Brankowski oraz prowadzący audycję Metalowe tortury Roman Rogowiecki, tłumaczyli tytuły utworów: "Metallica, Kill'em All, czyli: zabić ich wszystkich". To było światło. Coś, na co czekało się cały tydzień. Raz puszczono płytę Kata 38 Minutes of Life [oryginalnie album ten wydano z błędem w tytule - przyp. red.]. Rozczarowałem się, bo już ją miałem w wersji winylowej. To był zmarnowany dzień! Właśnie w radiu usłyszałem po raz pierwszy thrash metal. Początkowo był dla mnie nie do zniesienia, zbyt ekstremalny. Musiałem się z nim oswajać. Przechodziłem klasyczną ewolucję. Od hard rocka po ekstremę. Żyłem muzyką.

Co na to starzy?

Byli wyrozumiali. Wracałem ze szkoły, rzucałem w kąt tornister i wkładałem "katanę". Ojciec namalował na niej, na moją prośbę oczywiście, czaszkę z napisem "Heavy metal". Był uniform, była i gitara. Grałem na niej godzinami. Odrabianie lekcji mnie nie interesowało. Komponowałem za to pierwsze utwory i pisałem prymitywne teksty. Jeden z nich nosił tytuł Kanalia. Pamiętam nawet słowa, ale umarłbym z zażenowania gdybym miał je wam zacytować. Radio, które traktowałem jak wzmacniacz, stało w dużym pokoju. To był model Amator 2. Rodzice musieli grzecznie siedzieć w kuchni, żebym mógł rzępolić. Syn musiał grać, więc udostępniali mu przestrzeń. Dopiero gdy kończyłem, wracali do pokoju. Siadali na kanapie i oglądali telewizję.

Nie chciałeś założyć zespołu?

Założyłem. Zwołałem kolegów. Perkusista grał na pufach, a jedynym w miarę normalnym instrumentem była moja gitara. Nie graliśmy cudzych utworów. Już wtedy chciałem pisać własne piosenki.

Kto z tobą grał?

Koledzy z klasy. Rozdawałem karty. Mówiłem: "Jesteście w moim zespole. Ty będziesz grał na tym, a ty na tym". Jednego razu perkusista źle zapukał. Uznałem, że wykazał się niesubordynacją i pobiłem go. Zrobił się czerwony i rozpłakał się.

W szkole też taki byłeś?

Należałem do paczki, która terroryzowała resztę. Samcem alfa stajesz się już jako dziecko. Ale nie przeginałem, nie sprawiałem problemów wychowawczych. Z wywiadówek rodzice nie wracali wkurwieni, nie trzymali mnie krótko.

Koledzy mieli podobną zajawkę na muzykę?

W szkole raczej nie. Kilku chłopaków z dzielnicy lubiło ciężkie granie, ale nikt nie wchodził w te klimaty równie mocno, jak ja. Raczej byłem sam. Jeżeli nie liczyć lokalnych załogantów. Był moment, kiedy się do nich zbliżyłem. Przesiąkłem punkiem pod koniec podstawówki. Nawet ubierałem się zgodnie z kanonem. Nosiłem krótkie włosy, a kurtkę zdobiła naszywka The Exploited. Od jakiegoś lumpa kupiłem zdezelowane glany, tak zwane "rumuny". Były strasznie dojebane. Pamiętam słynne hasło: "Punki z Żabianki nie piją maślanki".

Nie zostałeś jednak jednym z nich.

To był krótki, ale intensywny flirt. Pociągała mnie muzyka, po części też ideologia, to całe umiłowanie anarchii. Czuliśmy wolność. Chcieliśmy jej. Odkrywaliśmy pierwsze używki. Niektórzy poszli dalej; jabole im nie wystarczały i wąchali klej. Ja zachowałem zdrowy rozsądek. Punk traktowałem jako kontestację. Niektórzy szli zgodnie z programem: szkoła, studia, rodzina, dzieci, rozwód, kolejna żona... My chcieliśmy łamać ten schemat. Jednak na pierwszym miejscu pozostawał metal.

Jak zacząłeś słuchać prawdziwej ekstremy?

Mocno zainspirował mnie kumpel z osiedla, Daniel Gierszanow. Nakręcaliśmy się nawzajem. Pewnego lata, po wakacjach, wrócił kompletnie odmieniony. Baliśmy się wcześniej Slayera, tego ich satanistycznego image'u. Sądziłem, że nie potrafią grać, ich muzykę miałem za zwykły hałas. Daniel jednak powiedział po powrocie: "Wiesz co? Ten Slayer nie jest taki zły". Szybko przyznałem mu rację. W kółko słuchał płyty Reign in Blood. Miał ją zgraną na żółtej zdezelowanej "stilonce". Pierwszy złapał bakcyla na naprawdę ciężką muzę. Zaszczepiał mi to. Po Slayerze przyszedł czas na Death. On kochał Leprosy, a ja Scream Bloody Gore. Do dziś wracam do tej płyty. To klasyka gatunku. Znam wszystkie teksty na pamięć... Potem poszło jak domino. Na rynku na Przymorzu pojawili się goście, którzy na leżankach rozstawionych na ziemi sprzedawali kasety. Kupowałem je na kilogramy. Wydawałem całe kieszonkowe. Ty, Krzysiek, też tam handlowałeś. Tak się chyba poznaliśmy... Kupiłem od ciebie Hellhamera i Sepulturę. Wróciłem do domu. Włączyłem Hellhamera, a tu muzyka kończy się po dwudziestu minutach. Patrzę na taśmę - przecież to BASF, "dziewięćdziesiątka". Myślę sobie: "Oszukał mnie!". To były oczywiście minialbumy. Nie miałem o tym pojęcia i wtedy byłem bardzo rozczarowany. Dopiero później zdałem sobie sprawę, że chciałeś być w porządku i nagrywałeś te płyty na najlepszych dostępnych kasetach... Zresztą obu was poznałem w podobnych okolicznościach...

Łezka się kręci w oku.

Wiecie, jak było. Wymieniało się kasetami z kolegami. Żeby zaoszczędzić, każdy kupował inne płyty. Mieliśmy w ten sposób więcej muzyki. Tak właśnie postępowaliśmy z Danielem. Próbowaliśmy też grać razem. Z czasem jednak nasza znajomość zaczęła wygasać. Wtedy na horyzoncie pojawił się Baal, czyli Adam Muraszko.

BÓG ZŁA

Jak go poznałeś?

Tak naprawdę znaliśmy się od małego. Mieszkał klatkę obok. Jako dzieciaki bawiliśmy się w czarodziejów. Na podwórku mieliśmy drewnianą wieżyczkę, w której urządziliśmy nasze laboratorium. Zawsze był szalony. Lubił przełamywać tabu. W obecności kolegów zjadał na surowo ślimaki. To robiło wrażenie.

Też masz doświadczenie w tej materii?

Zjadałem koniki polne. Młodzieńczy empiryzm. Chcesz zobaczyć, czy owad przeżyje. Co jakiś czas włączał się we mnie młody naukowiec, ale eksperymentowałem tylko na robakach. Nigdy nie krzywdziłem większych zwierząt.

Zbliżyła was jednak muzyka, a nie eksperymenty.

W pewnym momencie okazało się, że ciągnie nas do podobnych dźwięków. Siedziałem na balkonie i grałem na gitarze. Krzyknął do mnie i pochwalił się, że jego ojciec ma oryginalnego gibsona. Poczułem zazdrość i ciekawość. Intrygowało mnie, że był na osiedlu ktoś, kto interesował się muzyką i miał w domu gitarę. Później dowiedziałem się, że miał też organy marki Casio. Posiadały programy z gotowymi rytmami perkusyjnymi. "Wow! Mamy sekcję rytmiczną!" - pomyślałem. Zaczęliśmy się spotykać. I grać.

Pamiętasz wasze pierwsze kompozycje?

Jeden z naszych numerów nosił tytuł Wielki Th ak. Wziąłem go z Conana z Cimerii R.E. Howarda. Strasznie mnie wtedy inspirowała taka wojownicza fantastyka. Ten utwór stał się podwórkowym hitem. Jakimś cudem usłyszały go okoliczne punki. Źle zrozumieli, myśleli, że śpiewam "wielki tank". Kojarzyło im się chyba z wielkim piciem. Gdy graliśmy próbę, goście potrafili stać pod oknem, pić piwo i słuchać naszej muzyki. Czułem dumę.

Gdzie graliście?

W moim mieszkaniu. Na drugim piętrze bloku. Spędzaliśmy ze sobą masę czasu. Wymyślaliśmy teksty, rysowaliśmy okładki... Tylko w zdjęcia się nie bawiliśmy, bo było z tym za dużo kłopotu. Baal był bardziej ekstremalny, odważny. Lubił też taką muzykę. Pamiętam jego szał, kiedy usłyszał pierwszą płytę Deicide. Mnie oswajanie się z tymi dźwiękami zajmowało trochę więcej czasu.

Łączyło was coś poza graniem?

Strasznie jaraliśmy się sztukami walki. Chcieliśmy się doskonalić.

Ćwiczyliście razem?

Ja miałem już żółty pas w dżudo, później zapisałem się do sekcji vo vi nam viet vo dao. To była wietnamska wojenna sztuka walki. Dość niebezpieczna. Przyciągnęły mnie do niej czarne uniformy. Praktykowało się z bronią. Baal ćwiczył bardziej medytacyjny styl tai chi. Łączyliśmy siły i próbowaliśmy opracować własną szkołę walki o nazwie bo da chi do. Szliśmy do lasu albo nad rzekę i wymyślaliśmy nowe techniki. Wszystko zapisywaliśmy w zeszytach. Rysowaliśmy tam postacie, dodawaliśmy dokładne opisy wszystkich form i ciosów. Cały czas trzymam te wspaniałe woluminy.

Coverów grać nie chciałeś, wymyślałeś własne sztuki walki...

Zawsze chciałem być twórcą.

A grać na żywo?

Raz zagraliśmy...

Już jako Behemoth?

Tak. Wcześniej nazwaliśmy się Baphomet, ale szybko odkryliśmy, że taki zespół już istnieje, zresztą niejeden. Zaczęliśmy więc szukać innego szyldu. Ojciec Baala miał w domu książkę Bóg zła. Napisał ją Hervé Rousseau. To była krótka, kilkudziesięciostronicowa rozprawa na temat gnozy. Nic z tego nie rozumieliśmy, był tam jednak fragment o Lewiatanie i Behemocie, dwóch potworach wymienionych w Biblii, w Księdze Hioba. Personifikowały zło, to nam wystarczało. Behemoth brzmiał prawie jak Baphomet... Zależało nam na nazwie na "B", chcieliśmy być jak nasi ulubieni barbarzyńcy z Beherit i Blasphemy. Długo się nie zastanawialiśmy...

Ludzie myślą, że nazwę wzięliście z Mistrza i Małgorzaty.

Powieść Bułhakowa przeczytałem dopiero lata później. To oczywiście znacznie lepsza książka niż Bóg zła, zresztą jedna z moich ulubionych. Nie będę jednak ściemniać, że to z niej wzięliśmy nazwę.

Gdzie zagraliście pierwszy koncert?

W naszej podstawówce. To był młodzieńczy zryw i straszne doświadczenie. Przerost ambicji. Nic nie było słychać. Zeszły się wszystkie okoliczne punki. Goście zaczęli pogować i napierdalać się między sobą. Przed nami grał zespół Herbapol, wykonywali same covery. Blues, hard rock, te rejony. Zaśpiewałem z nimi dwa numery Black Sabbath: Iron ManParanoid. Dzień wcześniej, na strychu naszego bloku, na wielkim białym płótnie namalowaliśmy logo Behemotha. Tuż przed występem Baal rozpostarł je i przemaszerował przed publicznością. Jak laski przed walką na ringu. Już wtedy miał prawie dwa metry wzrostu, robił wrażenie. Położył płachtę na bębnach i zaczęliśmy młócić. Inaczej się tego określić nie da. Byliśmy absolutnymi mistrzami chaosu i kakofonii. Miałem na sobie koszulkę Blasphemy, czarne "gumki" i białe adidasy. Dopiero co zacząłem zapuszczać włosy. Zresztą identycznie wyglądałem na naszej pierwszej sesji zdjęciowej w makijażach...

Po co ich używaliście?

Taka była konwencja. Fascynowała mnie fińska scena blackmetalowa z Beheritem na czele, a także greckie zespoły. Makijaże były niczym barwy wojenne. A my byliśmy przecież na wojnie. Z Bogiem.

Nie raził cię już satanistyczny image?

To poszło bardzo szybko. Do ekstremalnej muzyki długo się przekonywałem, ale jak już załapałem bakcyla, to wsiąkłem bez reszty.

Skąd braliście farby?

Na początku używaliśmy czarnych plakatówek.

A biały kolor?

Kombinowaliśmy. Używaliśmy pudru, który w ogóle nie trzymał się twarzy. Później załatwialiśmy już profesjonalne farby.

Kto wam robił zdjęcia?

Znajomi. To była totalna amatorka. Mieliśmy beznadziejne aparaty. Strzelaliśmy foty nocą w lesie, z użyciem lampy, która zalewała światłem pierwszy plan.

Malowaliście się po ciemku wśród drzew?

Czasem tak, a czasem w domu, a potem szliśmy dwa, trzy kilometry do lasu, często w środku zimy. Nieraz przygotowywaliśmy się w baraku nieopodal. Jeden świecił latarką, a reszta nakładała sobie farbę na ryje.

Zdarzyło wam się spotkać i wystraszyć kogoś?

Nie, ale podczas jednej z sesji, a używaliśmy nie tylko makijaży, ale i ognia, podpaliłem się. Płomienie też były w blackmetalowym kanonie. Brało się pochodnię, pluło ogniem i uwieczniało to na zdjęciach. Nie używaliśmy odpowiedniego oleju do lamp, tylko oczyszczonej i łatwopalnej benzyny. Wziąłem jej za dużo w usta i chmura ognia wróciła dwa razy szybciej, niż się tego spodziewałem. Zajęło mi całą twarz. Któryś z kolegów zarzucił na mnie kurtkę, próbował ugasić ogień. Poparzyłem się. Na szczęście były to powierzchowne rany, więc po kilku miesiącach nie było śladu. Ale włosy miałem spalone po sam czubek głowy. Wyglądałem jak Jimi Hendrix.

PERKUSJA ZA TRUSKAWKI

Wasze wczesne nagrania były proste, żeby nie powiedzieć prostackie...

Warsztat był nędzny, ale nie czuliśmy się ograniczeni. To było jak wartki nurt, który nas porywał. Graliśmy w nieludzkim tempie. Puszczaliśmy rytm typu swing, tylko że trzydzieści razy szybciej, i pod niego tworzyliśmy muzę. Prawdopodobnie nikt tak wtedy nie grał. Jako nieświadome dzieci spontanicznie osiągaliśmy granice ekstremy. Wizja była, ale naga. Tak jak dziecko jest nagim człowiekiem. Dopiero z czasem zdobywa doświadczenie. Każda rzecz, której się uczy, jest jak ubranie, które na siebie nakłada. Szlifuje w ten sposób swój charakter.

Jak szlifowałeś twój?

Chociażby zbierając pieniądze na zespół. Wiedziałem, że jak nie kupię perkusji, nikt tego nie zrobi. Baal miał zawsze inne wydatki i priorytety. Ja byłem strasznie zdeterminowany. W końcu te bębny kupiłem.

Z perkusją trudno chyba było grać w bloku?

Przenieśliśmy się do szkoły. Sprzęt rozstawialiśmy w holu. Nie było szans na jakąkolwiek porządną akustykę. Warunki były słabe, ale graliśmy. W szkole zarejestrowaliśmy pierwszą taśmę z próby, Endless Damantion. Przynieśliśmy magnetofon - tego samego starego kasprzaka, którego przystawialiśmy z bratem do telewizora. Przed każdym numerem wszyscy musieli milczeć, czekaliśmy na cztery uderzenia pałek Baala i włączaliśmy nagrywanie. Wcześniej ćwiczyliśmy jak szaleni. Wszystko musiało być idealnie odegrane. Byłem pierdolnięty na tym punkcie. Każde niepowodzenie powodowało u mnie wybuch furii.

Masz świadomość momentu, w którym Behemoth stał się prawdziwym zespołem?

Stało się to, gdy weszliśmy do studia. Zebraliśmy pieniądze na nagranie taśmy The Return of the Northern Moon. Nie byliśmy jednak gotowi. Baal uważał, że będzie falstart, że powinniśmy się lepiej ograć. Ja byłem w gorącej wodzie kąpany. Zależało mi, żeby usłyszeć porządnie nagrany efekt wielomiesięcznej pracy na próbach.

Kto miał rację?

Baal. Sesja była bardzo stresująca. Byliśmy kompletnie zieloni. Miałem szesnaście lat... Baal grał na padach, widział je pierwszy raz w życiu. Miał problemy z utrzymaniem odpowiedniego tempa. Pady odbijały zupełnie inaczej niż prawdziwe membrany. Nie do końca wiedzieliśmy, jak to wszystko ogarnąć. Czuliśmy jednak, że to nasze powołanie, że urodziliśmy się, aby grać. Ktoś kiedyś mądrze powiedział, że bohomaz nabazgrany przez kilkuletnie dziecko ma większą wartość artystyczną niż najdoskonalsza kopia Picassa. Liczy się autentyzm. Dlatego mam taki sentyment do wszystkiego, co zrobiłem. Także do pierwszych taśm Behemotha.

Jak wtedy odbierałeś te nagrania?

Ich słuchanie było celebracją. Towarzyszyły mu ogromne emocje. Słyszałem błędy, ale chłonąłem muzykę jako całość. Niedoskonałości nie stanowiły problemu. Żeby nagrać utwór Hellhammera, musiałem fonetycznie zapisać ze słuchu ich tekst. No bo skąd miałem go wziąć? Nie miałem oryginalnej płyty. Teraz jest internet, w ciągu minuty można ściągnąć dosłownie wszystko. Tak samo było z coverem Mayhem. Tak naprawdę w tych numerach nie ma słów. Chuj wie, co tam śpiewałem.

Taśmę wydał Tomasz Krajewski z Pagan Records.

Pierwszy profesjonalista na naszej drodze. Wydawał świetnego anglojęzycznego zina, Holocaust. Wysłałem mu Endless Damnation. Podobało mu się. Był jednak świadom, że dopiero raczkujemy. Na początku nie chciał podpisywać kontraktu. Zdesperowany, wysłałem mu jednak kolejny materiał.

Zdesperowany?

Tak, bo kasetę miała wydać gdańska firma Bestial Records. Koleś, który ją prowadził, zwodził nas długo. Jeździłem do niego do domu i za każdym razem całowałem klamkę. Nie było telefonów, przynajmniej komórkowych. Trzeba było wsiąść w pociąg i jechać. Taka dwugodzinna nieudana podróż przyprawiała o mdłości. Zostawiałem mu listy w drzwiach. Mijały tygodnie, potem miesiące... Wziąłem sprawy w swoje ręce i materiał wysłałem do Tomka. Był zachwycony. Zauważył, jak duży postęp zrobiliśmy, i wydał nam pierwszą profesjonalną taśmę.

Jako człowiek też zrobiłeś duży postęp? Szybko dojrzewałeś?

Zmieniłem się. Muzyka stała się dla mnie absolutnym priorytetem. Determinowała moje życie. Zapuściłem włosy, chodziłem ubrany w skórę i koszulki ulubionych zespołów. Na dobre stałem się członkiem metalowej subkultury. Wszedłem w podziemie.

RODZICE CHRZESTNI

Miałeś jakichś przewodników?

Mirę i Jeffa. To para, która przeżyła wszystkie możliwe burze i sztormy. W przenośni i dosłownie, bo od lat Mira pływa na promach do Szwecji, a Jacek jest oficerem na statku. Są małżeństwem. Byli już razem, gdy jako piętnastolatek zapukałem do ich drzwi. Wydawali anglojęzyczny magazyn Esoteric. To w ich domu odkryłem królestwo najczarniejszego metalu. Mieli setki, może tysiące kaset. Od nich dostałem demówki Beherit, Blasphemy i Mortuary Drape. Edukowali mnie. Po nagraniu Endless Damnation pobiegłem do nich dumny i wręczyłem swoje nagrania.

Spodobały się?

Mira sprytnie wymigała się od odpowiedzi. Zakomunikowała, że demówkami zajmuje się Jacek, którego akurat nie ma w domu... To byli moi metalowi rodzice chrzestni. Poznawałem dzięki nim muzykę. I życie. U nich zaliczyłem pierwsze poważne imprezy.

Nie dość, że cię diabelstwem karmili, to jeszcze podstawiali alkohol pod nos...

Mira miała urodziny. Postanowiłem ją odwiedzić. W jednym pokoju imprezowała ze swoją rodziną, a ja siedziałem w drugim i z Jackiem słuchaliśmy muzyki. Podawali mi niezwykle smaczne drinki. W końcu zebrałem się do domu. Drzwi otworzył ojciec. To wszystko, co pamiętam. Świadomość odzyskałem rano. Pod głową miałem ręcznik, a na podłodze obok stała miska. Ojciec zostawiał mi codziennie kartkę z domowymi zadaniami do wykonania. "Wyrzuć śmieci, umyj naczynia", takie historie. Tym razem dodał podpunkt: "Umyj parapet sąsiadki piętro niżej". Zszedłem, zapukałem, uśmiechnąłem się i przywitałem. Ona z uśmiechem odpowiedziała na pozdrowienie. Widząc szmatę w mojej ręce, wpuściła mnie do mieszkania. Posprzątałem rzygi. Pierwszy i nieostatni raz... Z Mirą i Jeff em do dziś się przyjaźnimy. Ostatniej wiosny graliśmy z Vaderem na sześćset sześćdziesiątą szóstą rocznicę powstania Bydgoszczy. Wpadli na koncert. Ich obecność wiele dla mnie znaczyła.

Podzielili się wrażeniami?

Tym razem Mira nie musiała się migać od odpowiedzi. "Było kurewsko zajebiście". Szczera i krótka opinia. Poczułem się jak uczniak, którego docenili nauczyciele. Mam ogromny szacunek do ludzi, którzy wskazywali mi drogę. Chłonąłem od nich wiedzę. Teraz stoją pod sceną i kibicują mi. To niesamowite, dokąd zaprowadziło mnie życie. Jako nastolatek wiedziałem, że chcę grać muzykę. Jednak nie marzyłem nawet o sukcesie, jaki stał się moim udziałem. Doceniają mnie ludzie, którzy w dzieciństwie zaludniali plakaty na ścianach mojego pokoju. W Bydgoszczy graliśmy przecież z Vaderem. Ich lider, Peter, to facet z pokolenia przed moim. Przecierał szlaki. Teraz dzielę z nim scenę. Cieszę się, że cały czas jest w dobrej kondycji i nie zapomina o korzeniach. Ostatnio spotkałem też Roba Caggiano, gitarzystę Anthrax. Podszedł do mnie i mówi: "Oglądałem wasz koncert na Bemowie. Byliście zajebiści". Taki koleś nikomu nie musi kadzić. Jest legendą. To wszystko pokazuje mi, że nie jesteśmy zespołem jednego pokolenia, jednej koniunktury i mody. Jesteśmy już ponad to. Takich historii jest więcej. Weźcie takiego Kinga Diamonda...

Poznałeś go?

Tak, chociaż bardziej zaprzyjaźniłem się z muzykami z jego zespołu. On sam trzymał się raczej z boku. Otwieraliśmy koncerty na jednej z jego amerykańskich tras. Przed samym występem podjeżdżał pod klub limuzyną... Pamiętam, jak poznałem jego muzykę. To było jeszcze zanim porządnie wszedłem w metal. Do brata przyszedł kolega, Jacek Doniewski. Spojrzał na mnie szelmowsko i wyciągnął zza pazuchy taśmę, strasznie dojebaną "stilonkę". Rzucił: "Adaś, to jest muzyka satanistów!". Zmroziło mnie... Usiadłem posłusznie i zrobiłem wielkie oczy. Z głośników dobiegły dźwięki dzwonów, deszczu i kościelnych organów. Po chwili pojawiła się kościelna modlitwa w obcym mi języku. Potem weszły gitary, perkusja i ten niesamowity falset. Zahipnotyzowało mnie. Trochę też się bałem. Jacek zabrał taśmę ze sobą, ale wrażenie zostało na długie miesiące. Dopiero kilka lat później trafiłem na płytę Don't Break the Oath kultowego duńskiego Mercyful Fate. Znalazłem ten utwór. A po dwudziestu latach dzieliłem scenę z właścicielem tego opętanego głosu.

Twoi rodzice też pojawiają się na koncertach?

Jasne. Po jednym z nich Irena podeszła podekscytowana i powiedziała: "Adaś, tam nawet melodia była". Nie łapią mojej muzyki, ale szczerze mi kibicują. Któregoś razu wpadłem do nich na chwilę. W telewizji leciał program z klipami. Rozpoczął się teledysk Nirvany, matka aż podskoczyła i rzuciła: "Adaś, to ty? To ty?".

Jako dzieciak mocno ich terroryzowałeś, może widzą, że nie nadaremnie?

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Książka, którą trzymasz w rękach, powstawała ponad pół roku. Tak naprawdę jest jednak wynikiem wieloletniej przyjaźni pomiędzy nami a jej głównym Bohaterem. W przeprowadzonych wywiadach staraliśmy się uchwycić Nergala w jego naturalnym środowisku, pokazać takim, jakim znamy go na co dzień. Na potrzeby niniejszej publikacji przeprowadziliśmy blisko sto rozmów. Odbywały się w różnych okolicznościach: w naszych domach, w trakcie spacerów nad Bałtykiem, na krakowskim Starym Mieście, w londyńskich restauracjach i podczas tras koncertowych Behemotha. Towarzyszyły im bardzo różne emocje. Czasem wywiady ciągnęły się leniwie godzinami i miały formę luźnych rozmów przy kawie. Czasem dyktafon włączaliśmy pod wpływem impulsu, tylko po to, aby zarejestrować dosłownie jedno-dwa zdania. Bywało i tak, że Nergal do pewnego momentu nie był świadom nagrywania rozmowy...

Przygotowując Spowiedź heretyka, staraliśmy się, aby nasze poglądy nie przysłaniały tego, co do powiedzenia ma jej główny Bohater. Wielokrotnie przyjmowaliśmy punkt widzenia przeciwstawny jego wizji świata, głównie po to, aby sprowokować go do wyrażania własnego zdania. Niejednokrotnie mieliśmy wrażenie, iż praca nad książką stanowi test dla naszej przyjaźni. Staraliśmy się również, by rozmowy były bezkompromisowe i szczere. Towarzyszyły im dowcipy, uśmiechy, gra na gitarze, ale też powaga w oczach, a nieraz nawet łzy. Mamy nadzieję, iż ów uczuciowy kalejdoskop zainspiruje Cię do własnych przemyśleń i ubarwi Twoje patrzenie na świat.

Ostateczny kształt Spowiedzi heretyka w dużej mierze jest zasługą pomocy, często bezinteresownej, ze strony Beaty Iwickiej, Jarka Szubrychta, Setha Siro Antona, Ivo Ledwożywa i Artura Mieczkowskiego. Chcielibyśmy w tym miejscu wyrazić szacunek dla naszych partnerek, Magdy i Ani, które dzielnie znosiły nasze zaangażowanie w ów projekt i związane z nim humory. Dziękujemy również Kubie Frołowowi oraz Renacie Bogiel-Mikołajczyk, Agnieszce Radzikowskiej, Idze Rembiszewskiej i Maciejowi Szymanowiczowi z wydawnictwa G+J Gruner + Jahr Polska za zaufanie i wolną rękę w pracy nad materiałem. To rzadkość w dzisiejszym świecie biznesu.

Życzymy inspirującej lektury.

KRZYSZTOF AZAREWICZ + PIOTR WELTROWSKI