Spowiedź Göringa. Szczera rozmowa z zastępcą Hitlera - Christopher Macht

Kup ebooka

28.00 zł
21.56 zł (23,24 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Skąd mam te tajemnicze zapiski?

To był wyjąt­kowo mgli­sty dzień w alpej­skiej doli­nie. Na szczę­ście nie prze­szko­dziło mi to jed­nak w w reali­za­cji pla­nów. Posta­no­wi­łem wybrać się na gór­ską wycieczkę, na jeden z pobli­skich szla­ków. I nie byłoby w tym nic sen­sa­cyj­nego, gdyby nie zaska­ku­jące zda­rze­nie. Spra­gniony pod­sze­dłem do potoku, by zaczerp­nąć orzeź­wia­ją­cej wody. Gdy wzią­łem dwa solidne łyki, nagle ktoś dotknął moich ple­ców i zła­pał mnie tak, że musia­łem się pod­nieść, czy tego chcia­łem, czy nie. Jego sile nie dało się oprzeć. Pod­nio­słem się i zoba­czy­łem nie­zna­jo­mego. Na gło­wie miał czarny kape­lusz, spod któ­rego wysta­wały... pejsy, był ubrany w rów­nież czarny płaszcz, w ręce trzy­mał zaś solid­nie wypchaną kopertę w for­ma­cie A4. Nie wcho­dził ze mną w żadną dys­ku­sję. Wyszep­tał jedy­nie: "Wszyst­kiego naj­lep­szego w rocz­nicę uro­dzin pań­skiego nowego roz­mówcy!".

Her­mann Göring jako mar­sza­łek Rze­szy i naczelny dowódca Luft­waffe pozuje w swym cha­rak­te­ry­stycz­nym jasnym mun­du­rze z buławą mar­szał­kow­ską

Nie mia­łem wtedy poję­cia, o co mu cho­dzi. Dopiero póź­niej zrozumia­łem, że w dniu, w któ­rym go spo­tka­łem - 12 stycz­nia - przy­pa­dała rocz­nica uro­dzin nie kogo innego, jak Her­manna Göringa. Zasko­czony chcia­łem o coś zapy­tać, jed­nak było już za późno. Tajem­ni­czy jego­mość znik­nął w oddali, wta­pia­jąc się w gór­ski kra­jo­braz. Gdy minęło zasko­cze­nie, zaj­rza­łem do środka koperty.

Spo­dzie­wa­łem się cze­goś zło­wiesz­czego. I mia­łem rację. W środku znaj­do­wały się nie­pu­bli­ko­wane dotąd zapi­ski roz­mów z drugą, naj­waż­niej­szą po Hitle­rze osobą w Trze­ciej Rze­szy. Mowa o Her­man­nie Göringu. Gdy zaczą­łem je prze­glą­dać, włos z prze­ra­że­nia zje­żył mi się na gło­wie. Z per­spek­tywy czasu uwa­żam, że zupeł­nie słusz­nie. Zresztą sami prze­czy­taj­cie i oceń­cie. Ostrze­gam! To będzie bru­talna i miej­scami dra­ma­tyczna lek­tura!

Chri­sto­pher Macht con­tact@chri­sto­pher­macht.com

Narkotyki i miłość do przepychu

#o włos od śmierci, #nar­ko­man, #tysiące table­tek, #droga od wiel­kiej nędzy do nie­by­wa­łego luk­susu, #nie­sa­mo­wity dwór Carin­hall, #hodowla lwów, #wła­sny pociąg, #dzieła sztuki, #kil­ku­set­me­trowa kolejka, #ukryte skarby Göringa

Göringa wybu­dziło lek­kie puka­nie do drzwi celi numer pięć, w któ­rej prze­trzy­my­wano go od kilku dni. W środku poza sede­sem i łóż­kiem (bez poduszki!) znaj­do­wały się jedy­nie miska do mycia, stół i krze­sło. Cela miała powierzch­nię dzie­więć1 na trzy­na­ście stóp2.

Kalen­darz wska­zy­wał na listo­pad 1945 roku. Wów­czas cały świat z zapar­tym tchem śle­dził począ­tek pro­cesu norym­ber­skiego zbrod­nia­rzy nie­miec­kich, w któ­rym jedną z głów­nych ról odgry­wał wła­śnie Göring. Ten otyły nazi­sta, dosko­nale znany z zami­ło­wa­nia do wystaw­nego życia i prze­py­chu, sie­dział teraz w cia­snej celi pozba­wiony swo­ich medali i wyj­ścio­wego mun­duru.

Göring wstał z meta­lo­wej pry­czy, a puka­nie ustało. Jed­nak chwilę póź­niej w celi roz­legł się dźwięk klu­cza wkła­da­nego do zamka. Jedno prze­krę­ce­nie, dru­gie... Klamka lekko opa­dła, a zza drzwi wychy­lił się straż­nik. Nazi­sta koja­rzył go już dosko­nale. To jeden z tych Ame­ry­ka­nów, któ­rzy pil­nują go dzień i noc.

Były już zastępca Hitlera w mil­cze­niu usiadł na łóżku i cze­kał na dal­szy roz­wój sytu­acji. Göring był prze­ko­nany, że jego pobyt w tej celi jest jedy­nie tym­cza­sowy i już nie­długo będzie mu dane udo­wod­nić światu, że był - ba, że jest - nie­miec­kim boha­te­rem!

Straż­nik przy­ło­żył do ust palec, dając wyraźny znak Göringowi, by mil­czał. Wszedł do celi i z naj­więk­szą ostroż­no­ścią zamknął za sobą drzwi. Zro­bił to tak pre­cy­zyj­nie, że meta­lowe skrzy­dło nie wydało nawet mini­mal­nego skrzyp­nię­cia.

- Piękne, gwiaź­dzi­ste dziś mamy niebo, nie­praw­daż? - zaczął Ame­ry­ka­nin.

- Nie wiem. Nie mam tu okien.

Straż­nik zaśmiał się ner­wowo.

- Wiem... Sły­sza­łem, że ma pan poczu­cie humoru, Göring. Dla­tego pomy­śla­łem, że na początku naszej zna­jo­mo­ści powi­tam pana żar­tem. I chyba mi on nawet wyszedł.

Straż­nik nie był w sta­nie ukryć swego zde­ner­wo­wa­nia, choć sta­rał się zacho­wać spo­kój. W Göringu zaś coraz bar­dziej nara­stało znie­cier­pli­wie­nie. Straż­nik przy­szedł do niego z "czymś", nie wia­domo było tylko jesz­cze, co kon­kret­nie go spro­wa­dziło do więź­nia.

Göring w wię­zien­nej celi pod­czas pro­cesu norym­ber­skiego nie­miec­kich zbrod­nia­rzy wojen­nych przed Mię­dzy­na­ro­do­wym Try­bu­na­łem Woj­sko­wym, gru­dzień 1945 roku

- Jestem Jack! - Ame­ry­ka­nin wycią­gnął rękę na powi­ta­nie.

- Ja jestem... - Göring prze­rwał sam sobie, zaśmiał się pod nosem i kon­ty­nu­ował. - Göring jestem. Her­mann. Zresztą to wiesz, Jack.

Straż­nik wycią­gnął drew­niane pudełko. W środku znaj­do­wało się sześć ide­al­nie uło­żo­nych wzglę­dem sie­bie cygar.

- Göring, niech się pan poczę­stuje.

Nazi­sta bez zasta­no­wie­nia się­gnął po jedno z nich. W celi roz­legł się odgłos zapałki pocie­ra­nej o dra­skę. Ame­ry­ka­nin odpa­lił cygaro Göringa, po czym wziął kolejne dla sie­bie i zamknął drew­nianą kasetkę. W celi zapa­no­wała cisza. Sły­chać było jedy­nie mini­malny cichy szum wypusz­cza­nego przez obu męż­czyzn powie­trza prze­peł­nio­nego obło­kami tyto­nio­wego dymu.

- Göring, mam nadzieję, że nie ma pan mi tego za złe, iż nie powie­dzia­łem od razu, z czym przy­cho­dzę?

Nazi­sta prze­cząco pokrę­cił głową.

- Sam Pan rozu­mie... Jestem w pracy, ni­gdzie mi się nie spie­szy...

Göring lekko się zaśmiał. Ostat­nie dni nie dawały mu wielu powo­dów do rado­ści.

- No dobrze. Już wystar­czy. Spro­wa­dzają mnie tu nasze wspólne inte­resy... - zaczął nie­śmiało ame­ry­kań­ski straż­nik.

- Nie rozu­miem, co masz na myśli, Jack - odparł nazi­sta.

- Potrze­buję pie­nię­dzy. Dużo kasy. I z pań­ską pomocą mogę je zaro­bić. Musi mi pan jedy­nie co nieco poopo­wia­dać o swoim życiu. Ja zro­bię z tego książkę i zaro­bię na niej nie­złe kokosy.

Göring wyraź­nie się roz­bu­dził. Nie spo­dzie­wał się, że tej nocy otrzyma tak nie­ty­pową pro­po­zy­cję, a już na pewno nie od ame­ry­kań­skiego straż­nika.

- Jack... Miło, że o mnie pamię­tasz. Tylko nie­śmiało zapy­tam: a co ja z tego będę miał?

Ame­ry­ka­nin ner­wowo zachi­cho­tał.

- Dobrze pan wie, że pań­skie sprawy zmie­rzają w nie­zbyt dobrym kie­runku. Wszyst­kie znaki na nie­bie i ziemi mówią, że zawi­śnie pan na szu­bie­nicy.

- Jack, nawet tak nie mów­cie! - mimo póź­nej nocy Jack dostrzegł, jak gwał­tow­nie Göring pobladł na twa­rzy.

- Panie Göring. Rze­czy­wi­sto­ści nie da się zakrzy­czeć. A prawda jest taka, że będziesz musiał poże­gnać się z tym świa­tem. A ja przy oka­zji chciał­bym na tym zaro­bić.

- A co to ma ze mną wspól­nego? Skoro mam zawi­snąć, to po śmierci bogac­twa już mi się nie przy­da­dzą...

- "Śmierć". Słowo klucz, panie Göring. Ja mogę na tobie zaro­bić, a przy oka­zji wyświad­czyć ci przy­sługę.

- Żad­nej przy­sługi nie potrze­buję. Nie pozwolę, by powie­szono mnie na szu­bie­nicy! - gło­śne sapa­nie oty­łego Göringa nio­sło się po celi.

- No wła­śnie o tym mówię. Ale wię­cej dowiesz się w sto­sow­nym cza­sie... Cygaro mi się skoń­czyło. To znak, że muszę już ucie­kać. Jutro wrócę, spo­koj­nie.

Göring nie miał poję­cia, czego chciał od niego ten cho­lerny straż­nik. Naj­pierw pogro­ził mu śmier­cią, a chwilę póź­niej obie­cał, że mu pomoże. Niby jak? Powiesi za niego sobo­wtóra czy co?! Poza tym Göringa nikt nie będzie chciał wie­szać. Jesz­cze wróci blask Trze­ciej Rze­szy, już się o to posta­ram! - pomy­ślał.

***

Kolej­nego dnia w środku nocy puka­nie się powtó­rzyło. Jack z gra­cją otwo­rzył drzwi, wszedł do środka, by chwilę póź­niej razem z Göringiem roz­ko­szo­wać się sma­kiem naprawdę dobrych cygar.

- Myśli pan, że śmierć na szu­bie­nicy byłaby plamą na hono­rze, Herr Göring?

- Nie sądzę, że do tego doj­dzie, ale gdy­bym miał zawi­snąć, to rze­czy­wi­ście wiele dał­bym, by tego unik­nąć. A wła­ści­wie, do jasnej cho­lery, czego chcesz ode mnie, Jack?! - Göring od pew­nego czasu mie­wał roz­stro­je­nie ner­wów. Teraz wyszło to na jaw z całą mocą.

- Chcę tylko usły­szeć waszą opo­wieść. O Adol­fie Hitle­rze, legen­dar­nych bogac­twach i o tym, jak to wła­ści­wie było w tej Trze­ciej Rze­szy. A póź­niej to spi­szę i wydam. Obło­wię się wtedy. A ty będziesz miał jedyną oka­zję w życiu, by opo­wie­dzieć to wła­snymi sło­wami.

- Prawdę powie­dziaw­szy - przy­znał zre­zy­gno­wa­nym gło­sem Göring - nie mam teraz nic lep­szego do roboty... Może nawet to i dobrze, bym mógł opo­wie­dzieć o histo­rii świata z wła­snej per­spek­tywy?

Wię­zień zamy­ślił się. Mil­czał, mówił sam do sie­bie, znowu mil­czał, aż w końcu, jak gdyby tocząc dys­ku­sję ze sobą, przy­tak­nął i stwier­dził:

- Możemy nieco pomó­wić. Od czego chcie­li­by­ście zacząć, mister Jack?

- Od plotki, która krąży w wię­zie­niu... Czy to prawda - Jack zaczął nieco nie­śmiało - że zanim pana tutaj przy­wieźli, w trak­cie rewi­zji zna­leźli przy panu kilka tysięcy table­tek? Wybacz­cie, że o to pytam, ale wydaje mi się to nie­moż­liwe i muszę zapy­tać u źró­dła...

Nazi­sta wziął głę­boki oddech. Następ­nie chwy­cił za cygaro i z pre­cy­zją zaczął je obra­cać, przy­glą­da­jąc się z każ­dej strony. Ame­ry­kań­ski straż­nik nie bar­dzo wie­dział, do czego zmie­rza Göring. Ten jed­nak dość szybko roz­wią­zał zagadkę...

- Muszę coś wyznać. Ciężko mi się roz­ma­wia, gdy jestem... że tak powiem... na gło­dzie. Nim roz­pocznę moją opo­wieść, możemy to jakoś popra­wić? - Göring puścił oko do Jacka.

- Co masz na myśli, Herr Göring? Jakieś kanapki?

- Nie! Ostat­nio strasz­nie mi tutaj ogra­ni­czono dostęp do mor­finy i para­ko­de­iny. Czy byli­by­ście tak mili i byście nieco ich zor­ga­ni­zo­wali? Zapew­niam, że z jej pomocą opo­wieść będzie zde­cy­do­wa­nie bar­dziej soczy­sta. A jeśli jesz­cze posta­rałby się pan o co nieco koniaku, to już pra­wie czuł­bym się jak u sie­bie w Trze­ciej Rze­szy!

- Zoba­czę, co da się zro­bić. Nie­długo wrócę.

Ame­ry­ka­nin dys­kret­nie wyszedł z celi Göringa. Nie minął kwa­drans, gdy był z powro­tem. Miał ze sobą dzie­sięć pigu­łek z pochodną mor­finy - dewy­hy­dro­ko­de­iną, kawę roz­pusz­czalną, butelkę whi­sky i nie­na­po­częte opa­ko­wa­nie cygar z Wir­gi­nii. Göringowi na ten widok wyraź­nie zaświe­ciły się oczy! Zatarł ręce, a w jego ciało jakby na nowo wstą­piło życie. W myślach powró­cił do cza­sów, gdy takie rary­tasy były u niego na porządku dzien­nym! Lada moment miał ponow­nie poczuć namiastkę luk­su­so­wej prze­szło­ści, która ode­szła w zapo­mnie­nie, choć jego zda­niem tylko na moment...

Göring zacią­gał się wir­gi­nij­skim cyga­rem, niczym spra­gniony wędro­wiec roz­ko­szuje się każ­dym kolej­nym łykiem wody. Następ­nie zre­lak­so­wany spy­tał:

- No to od czego chciałby pan zacząć naszą roz­mowę?

- Szcze­rze? - Ame­ry­ka­nin odsta­wił żarzace się cygaro na meta­lowy sto­lik. - Naj­chęt­niej usły­szał­bym coś bole­snego. Naj­le­piej naj­bar­dziej bole­sne wspo­mnie­nie, które sie­dzi w pań­skiej gło­wie.

- Widzę, że cie­ka­wie się to zaczyna! - Göring wal­nął pię­ścią w ten sam sto­lik, na który chwilę wcze­śniej Ame­ry­ka­nin odło­żył swoje cygaro.

- Skoro mam zaro­bić, to musi zaczy­nać się cie­ka­wie. Zgod­nie z naszą jan­ke­ską zasadą "win-win", czyli każdy wygrywa. Ja pomogę, a ty mi opo­wiesz coś cho­ler­nie cie­ka­wego! Zatem jakie wspo­mnie­nie wywo­łuje u pana naj­więk­szy skręt kiszek i już na samą myśl o tym wspo­mnie­niu czuje pan szcze­gól­nie dokucz­liwy ból żołądka?

- Musisz wie­dzieć jedno. Moje życie było prze­peł­nione wzlo­tami, ale także i licz­nymi upad­kami. Jed­nak spo­śród wszyst­kich bole­snych zda­rzeń jedno utkwiło mi szcze­gól­nie głę­boko w mojej pamięci. W trak­cie nie­uda­nego zama­chu stanu zor­ga­ni­zo­wa­nego przez Adolfa Hitlera, czyli tak zwa­nego puczu mona­chij­skiego w 1923 roku, zosta­łem postrze­lony w pachwinę. My, nazi­ści, chcie­li­śmy wtedy prze­jąć wła­dzę w Niem­czech, ale się nie udało. Ja zosta­łem ranny, a Hitler tra­fił do wię­zie­nia. Będzie pew­nie jesz­cze oka­zja, by o tym pomó­wić. W każ­dym razie moje obra­że­nia były na tyle poważne, że trzeba mnie było szybko opa­trzyć. I tak się stało. Co cie­kawe, działo się to w domu nale­żą­cym do Żydów.

- Co za chi­chot histo­rii...

- Ow­szem... Za udział w tym nie­uda­nym zama­chu stanu wła­dze Bawa­rii wysta­wiły nakaz aresz­to­wa­nia mnie. Musia­łem więc ucie­kać. Nie wyobra­ża­łem sobie, że będę tkwił za kra­tami. Razem z moją uko­chaną, ówcze­sną żoną Carin, ucie­kli­śmy w oko­lice austriac­kiej gra­nicy, w pobliże Gar­misch i Par­ten­kir­chen w Alpach. Stam­tąd pró­bo­wa­li­śmy zbiec do Austrii. Nie­stety wpa­dli­śmy. Tym spo­so­bem wylą­do­wa­łem w szpi­talu w towa­rzy­stwie straż­ni­ków.

- W szpi­talu?

- Tak. Rana cią­gle się babrała i nie było widać nadziei na poprawę. Dla­tego dałem poli­cjan­tom słowo honoru, że jeśli pozwolą mi jechać do szpi­tala, to stam­tąd nie ucieknę. Stan mojego zdro­wia był naprawdę mocno nad­wą­tlony. Gdy­bym wylą­do­wał w aresz­cie, moje dni byłyby pew­nie poli­czone. W tam­tym momen­cie nie oby­łoby się bez pomocy medycz­nej.

- I to jest to bole­sne wspo­mnie­nie? Straszna nu-da - "boring", jak mawiamy my, Ame­ry­ka­nie! Boring - Göring, he he!

- Pro­szę pocze­kać, prze­cież to nie koniec histo­rii. Coś taki nie­cier­pliwy?

- Herr Göring... Gdy­bym chciał być zło­śliwy, to bym powie­dział, że się spie­szę, bo zaraz mogą pana ska­zać na powie­sze­nie i nie zdą­żymy za wiele poga­dać. Ale... Darujmy sobie te zło­śli­wo­ści. Ląduje pan wtedy w szpi­talu. Co się dzieje się dalej?

- Tam odnaj­duję ludzi, któ­rzy chcą mi pomóc. Pamię­tajmy, że byłem wów­czas zna­nym boha­te­rem wojen­nym. Niemcy wie­dzą, jak dosko­nale wal­czy­łem w trak­cie pierw­szej wojny świa­to­wej, roz­po­znają mnie na uli­cach. Do tego odnaj­duję w szpi­talu sym­pa­ty­ków rodzą­cego się ruchu nazi­stow­skiego.

- Par­don. W tę roz­po­zna­wal­ność nie bar­dzo wie­rzę. W tam­tym cza­sie nie było jesz­cze tele­wi­zji. Nie sądzę rów­nież, by świe­cił pan swoją facjatą na co dru­giej okładce nie­miec­kich gazet. No i ta pań­ska niby skrom­ność... Sły­sza­łem wiele o waszej aro­gan­cji.

- Cie­szę się, że spro­sta­łem pań­skim ocze­ki­wa­niom!

- No! O pań­skim poczu­ciu humoru też sporo sły­sza­łem. I tu rów­nież się nie pomy­li­łem.

- Już darujmy sobie te zło­śli­wo­ści. Daj mi pan skoń­czyć. Jestem w tym cho­ler­nym szpi­talu. W pew­nym momen­cie poja­wiają się ludzie, któ­rzy chcą mi pomóc z niego uciec. Prze­bie­rańcy w stro­jach poli­cjan­tów zja­wiają się w szpi­talu i ogła­szają, że dostali roz­kaz wywie­zie­nia mnie. Szpi­talni stróże pozwa­lają mi wyje­chać. A ci prze­bie­rańcy pędem dowożą mnie do austriac­kiej gra­nicy. Tutaj rów­nież dopi­suje mi szczę­ście. Dzięki fał­szy­wym doku­men­tom udaje mi się wje­chać na teren Austrii.

- Skąd te fał­szywe doku­menty? Hitler był Austria­kiem. Czyżby to była jego sprawka?

- Tego nie mogę zdra­dzić... Mogę panu jedy­nie powie­dzieć, że ucieczka w tam­tym momen­cie wyda­wała się wręcz nie­moż­liwa. Mia­no­wi­cie cała oko­lica była okle­jona pla­ka­tami z moją podo­bi­zną. Napis widoczny z dala infor­mo­wał prze­chod­niów, że jestem pil­nie poszu­ki­wany.

- Rze­czy­wi­ście, sytu­acja nie do pozaz­drosz­cze­nia...

- Jed­nak prze­kra­czam gra­nicę i zaczy­nam leczyć ranę w austriac­kim Inns­brucku. Mimo to jest ze mną źle. Ból jest nie do znie­sie­nia. Każ­dego dnia przyj­muję solidne por­cje mor­finy. Bez niej nie był­bym w sta­nie funk­cjo­no­wać. A przy oka­zji uza­leż­niam się od niej. Od tam­tych chwil każ­dego dnia zaży­wam mor­finę i inne proszki dające ulgę i uko­je­nie.

- I zga­duję, że docho­dzimy to sedna tych bole­snych wspo­mnień.

- Zga­dza się. Wła­dze Bawa­rii kon­fi­skują mój mają­tek. Nagle zostaję bez gro­sza przy duszy. Na szczę­ście jest ze mną żona Carin. Żyjemy z jej oszczęd­no­ści. Jed­nak nie star­cza ich na długo. To wła­śnie wtedy docho­dzi do sytu­acji, która do dzi­siaj wywo­łuje we mnie nie­sa­mo­wite pokłady emo­cji - tych nega­tyw­nych, z naj­wyż­szej półki.

Göring ze swą pierw­szą żoną Carin, poślu­bioną w 1923 roku szwedzką ary­sto­kratką, lata 20. XX wieku

- Co się takiego dzieje?

- Strasz­nie pod­upa­dam na zdro­wiu. Rana dalej boli jak cho­lera. Do tego dowia­duję się, że podobno przez to postrze­le­nie jestem bez­płodny. I codzien­nie wstrzy­kuję sobie mor­finę, choć aku­rat to jest wtedy sekre­tem, o któ­rym wie jedy­nie Carin. Jeste­śmy tak bar­dzo zde­spe­ro­wani w kwe­stiach finan­so­wych, że moja Carin posta­na­wia sprze­dać wszystko, co ma jaką­kol­wiek war­tość. Ja leżę w jed­nym pomiesz­cze­niu i sły­szę, jak za ścianą trwają licy­ta­cje. Carin sprze­daje przed­miot po przed­mio­cie: swoje futra z lisa i z norek, bogato wysa­dzane pier­ścionki, nawet jakieś drob­nostki. Sło­wem wszystko, co można spie­nię­żyć, aby zdo­być jakie­kol­wiek fun­du­sze. Czuję się wów­czas jak śmieć. Jak osoba, która jesz­cze nie tak dawno, w cza­sie wojny, była boha­te­rem naro­do­wym, a teraz nie ma przy sobie nawet mar­nego gro­sza. I nie wia­domo, czy to się zmieni. Jeśli moje zdro­wie się pogor­szy, to kto wie...

Göringowi zaczyna się łamać głos. Miał rację. To wspo­mnie­nie do teraz uru­cha­mia w nim strasz­nie silne emo­cje. Ame­ry­ka­nin nie zamie­rza go jed­nak pocie­szać. Wręcz prze­ciw­nie. Posta­na­wia go dopro­wa­dzić do pła­czu, by przy­wo­łane wspo­mnie­nia były jesz­cze peł­niej­sze.

- Nazwijmy rzecz po imie­niu, panie Göring. Gdyby się pogor­szyło, nie dość, że żona stra­ci­łaby swoje cenne rze­czy, ale jesz­cze stra­ci­łaby męża. Pra­wie żeś pan umarł!

- Do teraz mam w gło­wie ten cho­lerny mło­tek. I te licy­ta­cje: - Kto da wię­cej? Sprze­dane! To straszne, ale owe słowa do dzi­siaj pobrzmie­wają mi w gło­wie. I ta bez­sil­ność. Leżysz w łóżku ledwo żywy ze świa­do­mo­ścią, że za ścianą obcy ludzie kupują wszystko, co masz. Nikomu nie życzę podob­nej sytu­acji, nawet swoim naj­więk­szym wro­gom.

- Co pan myślał, gdy zza ściany docho­dziły odgłosy licy­ta­cji?

- Poprzy­sią­głem sobie, że jeśli uda nam się wyjść z tego bagna, to zro­bię wszystko, by mojej żonie Carin ni­gdy niczego nie bra­ko­wało.

- I nie­źle to panu wyszło. Aż za bar­dzo.

- Rze­czy­wi­ście mój mają­tek roz­rósł się niczym cia­sto droż­dżowe scho­wane w misce pod koł­drą. Doro­bi­łem się milio­nów, pięk­nych rezy­den­cji i genial­nej kolek­cji dzieł sztuki. Nie boję się tego powie­dzieć gło­śno - moje ostat­nie lata życia upły­nęły pod zna­kiem nie­by­wa­łego dobro­bytu. Opły­wa­łem w luk­susy.

- A to draż­niło pań­skich par­tyj­nych kole­gów...

- No tak. Zazdrość ludzka nie zna gra­nic. Pod­pusz­czali Hitlera w tej spra­wie. Mówili mu: - "Jak to moż­liwe, że trwa wojna, każemy ludziom zaci­skać pasa, a ten cho­lerny Göring pławi się w luk­su­sach? Tak prze­cież nie może być!". Hitler wie­dział jed­nak swoje. A ja sta­ra­łem się nawet, by mój wize­ru­nek budził więk­szy podziw niż Hitlera. On sobie uda­wał skrom­nego, ja - wręcz prze­ciw­nie.

- W przy­padku bogactw nie znał pan chyba gra­nic roz­sądku. Sły­sza­łem, że hodo­wał pan nawet lwy.

- Ow­szem. Mia­łem lwy. Ich hodowla spra­wiała mi dużą radość. Łącz­nie mia­łem ich aż sie­dem. Jak to mawiają zło­śliwi, kto boga­temu zabroni? Naj­go­rzej było z kąpa­niem. Począt­kowo nie chciały wcho­dzić do basenu i dać się umyć. Na szczę­ście kąpa­li­śmy je raz na tydzień i już wkrótce zorien­to­wały, o co cho­dzi. Polu­biły kąpiele. Co do bogactw i blich­tru, które kocham, musi pan wie­dzieć, że podob­nie jak Hitler mia­łem swój wła­sny pociąg. Jego Führersonderzug3 nazy­wał się "Ame­rika", mój z kolei to była "Azja". Wykoń­cze­nie wago­nów to był luk­sus w każ­dym calu. Wszę­dzie były naj­droż­sze mate­riały - drewno, tka­niny, skóry.

- A co pan miał w swoim dworku Carin­hall? O tym też sły­sza­łem wiele plo­tek.

- To był dwór na tere­nie wiel­ko­ści jakichś stu tysięcy akrów w pobliżu Ber­lina. Zbu­do­wany około 1933 roku, dokład­nie nie pamię­tam. Mówili na niego złota willa - nie bez powodu... Drogą wjaz­dową do rezy­den­cji była aleja kasz­ta­nowa. Przed wjaz­dem gości witała służba, ocze­ku­jąca przy dwóch wie­żach, na któ­rych kaza­łem powie­sić mój herb rodowy. Carin­hall to rów­nież nic innego jak dosko­nałe miej­sce na polo­wa­nie. Do tego same luk­susy. Mnó­stwo poko­jów i sypialni, łącz­nie jede­na­ście tysięcy metrów kwa­dra­to­wych powierzchni miesz­kal­nej. Mia­łem tam jedną z pierw­szych na świe­cie zmy­wa­rek do naczyń, krę­giel­nię, strzel­nicę, kort teni­sowy, przy­sta­nie dla łodzi na pobli­skim jezio­rze, a nawet basen z pod­grze­waną wodą. A na dokładkę wszę­dzie mnó­stwo dzieł sztuki i wypcha­nej zwie­rzyny, którą sam upo­lo­wa­łem. Czu­łem się tam chwi­lami jak w jakimś pre­sti­żo­wym muzeum.

- Strasz­nie tego dużo. Rze­czy­wi­ście pan ubó­stwiał bogac­two, wręcz prze­pych!

- Ten dwór był uzna­wany za nie­sa­mo­wity z jesz­cze jed­nego powodu. Wła­ści­wie to powi­nie­nem był od tego zacząć opo­wieść o Carin­hall. Nie­przy­pad­kowo został on nazwany na cześć mojej świę­tej pamięci żony. I w podzięce za to, co wtedy zro­biła.

Dzie­dzi­niec i wej­ście do Carin­hall, leśnej rezy­den­cji Göringa poło­żo­nej ok. 65 kilo­me­trów na pół­nocny wschód od Ber­lina. Nazwa pocho­dzi od imie­nia jego żony Carin, zmar­łej w 1931 roku

- Ma pan ma myśli tę licy­ta­cję?

- Tak. Do końca życia będę to wspo­mi­nał.

- Upo­rząd­kujmy fakty. Sam już się nieco w tym pogu­bi­łem. To pań­ska żona zmarła?

- Tak. Carin zmarła dość wcze­śnie, bo w 1931 roku w Sztok­hol­mie. To był dra­ma­tyczny okres w moim życiu. Hitler wzy­wał mnie do sie­bie, gdy tym­cza­sem moja uko­chana odcho­dziła z tego świata. Wspól­nie, a wła­ści­wie to za jej namową, opu­ści­łem ją na łożu śmierci i poje­cha­łem do Hitlera. Jed­nak, gdy tylko dowie­dzia­łem się o jej odej­ściu, natych­miast wró­ci­łem do Sztok­holmu. Trzy lata póź­niej udało mi się prze­nieść jej szczątki do Carin­hall. Budo­wa­łem ten dwór już po jej śmierci, ale jakby dla niej. Cały czas mia­łem ją w pamięci... To wła­śnie tam wybu­do­wa­łem spe­cjalne pod­ziemne mau­zo­leum, by Carin była cią­gle ze mną obecna. 19 czerwca 1934 roku, w obec­no­ści Hitlera, odbyła się uro­czy­stość poże­gnalna. Koniecz­nie pomówmy jesz­cze póź­niej bar­dziej szcze­gó­łowo na ten temat. Carin zde­cy­do­wa­nie na to zasłu­guje.

- Ma pan moje słowo. Póź­niej jesz­cze do tego wró­cimy. Mówi Pan, że Carin­hall peł­niło funk­cję swo­istego mau­zo­leum. A czy rów­nież repre­zen­ta­cyjną?

- Ależ natu­ral­nie. Gości­łem w nim cho­ciażby wło­skiego przy­wódcę Benito Mus­so­li­niego, byli też japoń­ski mini­ster spraw zagra­nicz­nych Y?suke Mat­su­oka czy jego pol­ski odpo­wied­nik Józef Beck. Wszy­scy wymie­nieni, odwie­dza­jąc mnie w mej rezy­den­cji, byli w ogrom­nym szoku.

- Kto pła­cił za utrzy­ma­nie Carin­hall?

- Pan, pani. W sen­sie... każdy Nie­miec!

- Domy­ślam się, że to były ogromne koszty, skoro miał pan tam sztab ludzi. Słu­żą­cych, war­tow­ni­ków, ogrod­ni­ków. A do tego ta powierzch­nia!

- Byli tam nawet leśnicy!

- Tym bar­dziej kosz­to­wało to pew­nie mają­tek...

- A kto boga­temu zabroni? Mia­łem wtedy już naprawdę pokaźny mają­tek. Poza tym skoro innych, w tym Żydów, było stać na posia­da­nie zam­ków, to dla­czego nie mógłby sobie na to pozwo­lić taki przy­kładny Nie­miec jak ja? W końcu sta­łem się jedną z naj­waż­niej­szych osób w pań­stwie?

- Ale ten przy­wo­łany przez pana Żyd nie utrzy­my­wał zamku na koszt pań­stwa...

- To są drobne niu­anse... Bez naj­mniej­szego pro­blemu możemy je sobie daro­wać.

- Kie­dyś sły­sza­łem, jak pewien pań­ski rodak zło­śli­wie pana scha­rak­te­ry­zo­wał, mówiąc, że ten cały Göring to "nie tylko ćpun, ale i wieczne dziecko". Jeśli cho­dzi o ćpuna, to już rozu­miem, o co mogło mu cho­dzić, ale skąd to "wieczne dziecko"?

- Ha, ha, ha! Co za bez­czelny idiota to powie­dział?!

- A skąd ja to mogę pamię­tać? Jakiś Nie­miec, który był na ame­ry­kań­skiej smy­czy i nam dono­sił.

- Gdy­bym tylko wie­dział, który to, zro­bił­bym z nim porzą­dek. Nie­miecka świ­nia jedna!

- Mnie jed­nak od tej nie­miec­kiej świni bar­dziej cie­kawi, o co cho­dzi z tym "wiecz­nym dziec­kiem".

- Ech... Naprawdę chce pan o tym roz­ma­wiać? Nie ma już cie­kaw­szych tema­tów?

- Skoro pan nie chce roz­ma­wiać, panie Göring, to tym bar­dziej jestem chętny!

- Zatem opo­wiem, choć pro­szę się nie nasta­wiać na jakieś szcze­gólne sen­sa­cje. Po pro­stu to taki szcze­gół, któ­rym wolał­bym się zbyt­nio nie chwa­lić. Roz­po­wia­da­nie o tym godzi w mój wize­ru­nek. Co ludzie sobie pomy­ślą? As lot­nic­twa, poważny czło­wiek, a czyni takie rze­czy?!

- Co ma pan na myśli?

- W Carin­hall mia­łem wielką zaj­mu­jącą kil­ka­set metrów, powtó­rzę - kil­ka­set, makietę z minia­tu­ro­wymi kolej­kami elek­trycz­nymi. To była dosko­nała makieta z mostami, górami, tune­lami, a nawet dom­kami. Po torach jeź­dziły pociągi z mnó­stwem wago­nów, były nawet pod­wie­szone samo­loty zrzu­ca­jące bomby. Coś pięk­nego! Do tego stop­nia, że czę­sto poka­zy­wa­łem to cudo moim gościom. A gdy mia­łem nieco wię­cej wol­nego czasu, to pochy­la­łem się nad makietą i się nią bawi­łem. Stąd te zło­śli­wo­ści o "wiecz­nym dziecku".

- Gdy tylko będę miał czas wolny od służby, chęt­nie udam się do Carin­hall, aby zoba­czyć to, o czym pan opo­wiada.

- Sta­now­czo odra­dzam reali­za­cji tego pomy­słu! - Na twa­rzy nazi­sty poja­wił się prze­bie­gły uśmiech.

- Dla­czego?

- Nic cie­ka­wego już pan tam nie znaj­dzie!

- Jak to?!

- Tak jak Hitler naka­zał po spa­lić swe ciało po samo­bój­czej śmierci, by nie wpa­dło w ręce Armii Czer­wo­nej4, tak ja zade­cy­do­wa­łem, że nie pozwolę, by Rosja­nie pano­szyli się w Carin­hall. 20 kwiet­nia 1945 roku ostatni raz byłem w swej uko­cha­nej rezy­den­cji, by poże­gnać się z Carin. Już wcze­śniej naka­za­łem, że gdy czer­wo­no­ar­mi­ści będą się zbli­żać, należy wysa­dzić dwór w powie­trze. Bum! - Göring krzyk­nął, ude­rzył pię­ścią w stół, aż straż­nik się wzdry­gnął. - 28 kwiet­nia znisz­czyło ją aż osiem­dzie­siąt ładun­ków.

Wystrój Carin­hall, pełen prze­py­chu, świad­czył o pozy­cji poli­tycz­nej i zamoż­no­ści gospo­da­rza, czło­wieka nr 2 w Trze­ciej Rze­szy. Göring umie­ścił tam swą oka­załą kolek­cję dzieł sztuki i księ­go­zbiór, które w cza­sie wojny powięk­szały się dzięki rabun­kom i wyku­powi (czę­sto pod przy­mu­sem) od wła­ści­cieli z oku­po­wa­nych kra­jów Europy. Na górze gabi­net mar­szałka Rze­szy, poni­żej biblio­teka

- Naka­zał pan wysa­dzić w powie­trze rezy­den­cję i szczątki wła­snej żony?

- No nie. Czy pan osza­lał?! Jej szczątki moi ludzie mieli ukryć w lesie, by uchro­nić je przed zbez­czesz­cze­niem przez Rosjan.

- A co z dzie­łami sztuki?

- Tego pyta­nia wolał­bym unik­nąć.

- No tak. Boi się pan, że ktoś odnaj­dzie te skarby i je zra­buje!

- Bingo!

- Pro­szę uchy­lić choć mały rąbek tajem­nicy. Zresztą ta roz­mowa ukaże się długo po Pań­skiej śmierci. Mam nadzieję, że ja tego dożyję.

- Musi­cie wie­dzieć, że jesz­cze w trak­cie trwa­nia dru­giej wojny świa­to­wej mie­wa­łem chwile zwąt­pie­nia. I prze­czu­wa­łem, że ta wojna jest już prze­grana.

- Prze­czu­wa­łem? Prze­cież był pan mini­strem lot­nic­twa, a do tego dowódcą sił powietrz­nych - Luft­waffe, mar­szał­kiem Rze­szy! Pan tego nie prze­czu­wał, pan to wie­dział! Tylko pew­nie nie dono­sił pan o tym Hitle­rowi...

- To już temat na osobną roz­mowę! W każ­dym razie już w 1943 roku część swo­jej pry­wat­nej kolek­cji dzieł sztuki naka­za­łem wywieźć pod osłoną nocy. Nie mogę zdra­dzić, dokąd5. Inne dzieła wywio­złem do mojej willi w Berch­tes­ga­den, poło­żo­nej w pobliżu Ber­ghofu, alpej­skiej willi Hitlera.

- Jak?

- Wywio­złem je już w 1945 roku spe­cjal­nymi pocią­gami. I ukry­łem w schro­nach prze­ciw­lot­ni­czych. Zna­jąc życie, alianci tam dotarli i pew­nie wszystko roz­kra­dli. A jeśli nie oni, to lokalna lud­ność. Do tego jesz­cze Rosja­nie, któ­rzy zajęli Carin­hall, dorwali się do pozo­sta­ło­ści mego majątku niczym hiena do padliny.

- Zapy­tam banal­nie. Co naj­bar­dziej lubił pan w Carin­hall?

- Z pew­no­ścią poza bogac­twami i wystaw­nymi ucztami kocha­łem się tam prze­bie­rać. Gdy rezy­den­cja była wypeł­niona gośćmi, uwiel­bia­łem na moment zni­kać i prze­bie­rać się w zupeł­nie inny strój. Do tego kocha­łem obwie­szać się dro­gimi kamie­niami w for­mie biżu­te­rii. Naj­le­piej dużymi, świe­cą­cymi, przy­ku­wa­ją­cymi wzrok.

- Po co?

- Lubi­łem to! A co, tylko kobiety mogą się prze­bie­rać i nosić efek­towne ozdoby? No nie. Ja to lubi­łem. Koniec, kropka!

CO SIĘ STAŁO Z CARIN­HALL?

Dzi­siaj po daw­nej rezy­den­cji Göringa Carin­hall pra­wie nie ma śladu. Zacho­wało się jedy­nie kilka kamieni, resztki betonu i dwie wieże war­tow­ni­cze przy wjeź­dzie. Można także zoba­czyć głaz infor­mu­jący o histo­rii tego miej­sca. Co cie­kawe, w cza­sach NRD na tym tere­nie polo­wał mię­dzy innymi komu­ni­styczny przy­wódca Erich Honec­ker, a obszar był strefą zastrze­żoną.

- Carin­hall to zapewne nie­je­dyna pań­ska willa.

- Ależ oczy­wi­ście, że nie. Spa­lił­bym się ze wstydu, gdy­bym miał tylko jedno takie miej­sce. Prawdę powie­dziaw­szy, mia­łem tych swo­ich pała­cy­ków naprawdę wiele. Jed­nym z nich był pała­cyk w Ber­li­nie. Mia­łem też leśni­czówkę w Pru­sach Wschod­nich.

- Które z miejsc było dla pana naj­waż­niej­sze?

- Mia­łem dwa takie miej­sca. Jedno to oczy­wi­ście Carin­hall. A dru­gie to wspo­mniana willa poło­żona w Alpach. Wybu­do­wana tuż obok rezy­den­cji Hitlera. To w tej dru­giej zosta­wi­łem cząstkę sie­bie.

- Wróćmy jesz­cze do pań­skiego nałogu. Prze­pra­szam, że tak wprost, ale... Myśli pan, że pań­ska dość solidna tusza ma zwią­zek z zaży­wa­niem mor­finy?

- He, he. Nie sądzi­łem, że będzie pan tutaj pro­wa­dził taką psy­cho­te­ra­pię. No pro­szę, pro­szę! Z wagą wal­czę od dawna. Jedni mówią, że mam jakieś pro­blemy z gru­czo­łami. Inni leka­rze z kolei plotą jakieś głup­stwa o tym, że za bar­dzo się obże­ram. Swoją drogą trudno, by było ina­czej!

- Mówiąc krótko, ma pan gruby pro­blem, z któ­rym ciężko sobie pora­dzić.

- Ech... Żeby pan wie­dział, ile bym dał, żeby pozbyć się tego ciel­ska! To pokaźne brzu­szy­sko mocno mnie uwiera. Ow­szem, dosko­nale spraw­dza się jako pod­stawka do kufla z piwem. Jed­nak gdy­bym mógł wybie­rać, wolał­bym tra­dy­cyjną pod­stawkę i pła­ski brzuch.

Göring teatral­nym ruchem spoj­rzał na swój świe­cący się zega­rek...

- Jest strasz­nie późno. Wła­śnie wybiła czwarta nad ranem. Pan pozwoli, że dzi­siaj zakoń­czymy już nasze spo­tka­nie. Chciał­bym się chwilę zdrzem­nąć, nim pań­scy kole­dzy urzą­dzą mi poranną pobudkę...

- Zatem do zoba­cze­nia jutro. Widzimy się, gdy tylko nieco się ściemni, a ja przyjdę na nocną zmianę...

- Gut, sehr gut, Herr Jack!

Dzieciństwo spędzone na zamku

#Żyd auto­ry­te­tem nazi­sty, #pierw­sze ludo­bój­stwo XX wieku, #ojciec wyjeż­dża na Kara­iby, #kulisy słyn­nego Anschlussu, #Dla­czego Göring był prze­ciwny woj­nie

Kolejna noc. I znów histo­ria się powta­rza. Ame­ry­ka­nin lekko uchyla drzwi celi nazi­sty, po czym ostroż­nie wcho­dzi do środka. Aż dziw, że jego kole­dzy nic sobie z tego nie robią. A może tylko udają, że tego nie widzą? Czyżby Ame­ry­ka­nin solid­nie pod­sy­pał im dola­rów, byle tylko przy­my­kali na to oczy? Kto wie... Prze­cież wydaje się nie­moż­liwe, by co noc jeden czło­wiek bez­sze­lest­nie wcho­dził do celi zastępcy samego Adolfa Hitlera. I nie wzbu­dza­jąc żad­nych podej­rzeń pozo­sta­łych straż­ni­ków, prze­słu­chi­wał tego nazi­stę. Jest to dziwne. Aż nadto...

Tym­cza­sem Göring, sły­sząc dobrze mu znany odgłos prze­krę­ca­nego zamka w celi, uśmie­chał się pod nosem. Co prawda Ame­ry­ka­nina znał od nie­dawna, to jed­nak wystar­czyło, by Göring go polu­bił, a spo­tka­nia z nim wręcz wycze­ki­wał. Dzięki niemu mógł sobie przy­po­mnieć minione czasy świet­no­ści. Chwile trium­fów, eufo­rii, bogactw, bogactw i jesz­cze raz bogactw. I choć miało to być dopiero trze­cie spo­tka­nie z Ame­ry­ka­ni­nem, to jak widać wystar­czyło, by Göring, ku zasko­cze­niu swo­jego roz­mówcy, zaczął opo­wia­dać o sobie bez żad­nych opo­rów, a wręcz - można zary­zy­ko­wać - że z pewną dozą przy­jem­no­ści.

- No pro­szę, pro­szę! Kogo znowu me oczy widzą. Good eve­ning, mister Jack! - zawo­łał wyraź­nie roz­bu­dzony Göring.

- Good eve­ning, a wła­ści­wie Guten Abend, Herr Göring!

- Co dobrego pana dzi­siaj do mnie spro­wa­dza?

- Pyta pan, o czym chciał­bym dzi­siaj pomó­wić?

- No coś ty, chło­pie! Mam to w głę­bo­kim powa­ża­niu, jak na typo­wego aro­ganta przy­stało. Cho­dziło mi bar­dziej o to, czy przy­nie­śli­ście mi jakieś pre­zenty, towa­rzy­szu Jack.

Straż­nik się zaśmiał.

- Lata upły­wają, a u Göringa jedno się nie zmie­nia. Nawet gdy jest w wię­zie­niu, jedyne, o czym myśli, to jedze­nie!

- To źle?! Zresztą o czym ja mam teraz myśleć? Sądząc po mojej sytu­acji, to jedyne, co mi zostało.

Obaj wybuch­nęli śmie­chem. Choć zarówno jeden, jak i drugi dosko­nale zda­wali sobie sprawę z tego, że był to śmiech o gorz­kim zabar­wie­niu, bowiem gdy nadej­dzie "ten dzień", Göringowi zapewne do śmie­chu nie będzie. Teraz jed­nak mar­sza­łek Rze­szy o tym nie myślał. A jedyne, o czym marzył, to tłu­sta, dosko­nale przy­pie­czona kieł­basa. Taki typowy nie­miecki bra­twurst. Ame­ry­ka­nin poło­żył pach­nące zawi­niątko na stole.

Göring spo­żywa posi­łek w celi norym­ber­skiego wię­zie­nia, 1945 rok

- No nie wie­rzę! Pan chyba czyta w moich myślach. Ten cho­lerny, chru­piący bra­twurst śnił mi się od dawna. Ostat­nio czę­ściej śniła mi się ta kieł­basa niż ładne kobiety. Choć tego na głos mówić chyba nie powi­nie­nem! Ale jak pan na to wpadł, to nie wiem!

- Jak tak dalej pój­dzie, jesz­cze będzie pan tęsk­nił za naszymi spo­tka­niami.

- Tak. Aż żałuję, że nie jest pan kobietą. Mógł­bym wybu­do­wać dwo­rek na pań­ską cześć. I nazwać go Jac­khall!

- No i co jesz­cze? Może by mnie pan popro­sił o rękę?

Męż­czyźni znów się roze­śmiali. Göring łap­czy­wie ruchem się­gnął po papie­rowe zawi­niątko i zaczął jeść jesz­cze cie­płe bra­twur­sty. Do tego Ame­ry­ka­nin nalał mu pół lampki koniaku. Nie­miec był w siód­mym nie­bie.

- Teraz mogę umie­rać!

- Nie wąt­pię. Ale pro­szę się wstrzy­mać chwilę z tym umie­ra­niem. Na wszystko przyj­dzie czas. Nam zostało jesz­cze co nieco do pomó­wie­nia.

Göring z ustami peł­nymi kieł­basy wymam­ro­tał:

- Pytaj pan, o co chcesz!

- To może zaczniemy od początku? Gdzie i kiedy przy­szedł pan na świat?

- Keine pro­blem, już spie­szę z opo­wie­ścią. Mogę jed­nak wcze­śniej o coś pro­sić?

- Prosi to się świ­nia, he, he!

Ten żart, nader rubaszny, wyjąt­kowo roz­ba­wił nazi­stę.

- Czy byłaby szansa, by kolej­nym razem przy­niósł mi pan nieco gula­szu z dzika? On rów­nież cho­dzi za mną od dłuż­szego czasu. Jestem zapa­lo­nym myśli­wym, kocham zwie­rzynę, a jesz­cze bar­dziej lubię ją jeść.

- A co to ja jestem, jakiś bar szyb­kiej obsługi? Albo restau­ra­cja "U Jacka"?!

- Ja tylko zapy­ta­łem, panie Jack... - Göring nieco posmut­niał.

- Zgry­wam się! Zoba­czę, co da się zro­bić kolej­nym razem. Teraz pro­szę powie­dzieć, jak do tego doszło, że przy­szedł pan na świat?

- He, he. Pozwól, że pominę nudne infor­ma­cje o dacie i miej­scu moich naro­dzin. Opo­wiem o nich za moment. Wolał­bym jed­nak zacząć histo­rię mojego życia od cho­rego układu, w któ­rym przy­szło mi uczest­ni­czyć od naj­młod­szych lat. To było coś tak nie­mo­ral­nego i uwła­cza­ją­cego memu ojcu, że do dzi­siaj oblewa mnie pot, gdy tylko o tym myślę. Choć z per­spek­tywy małego chłopca warunki, w któ­rych przy­szło mi żyć, były naprawdę nie­złe. No bo mało kto może żyć i wycho­wać się na zamku!

- Pan wycho­wał się na zamku?! Co pan powiada!

- A i ow­szem. A wszystko zaczęło się od Żyda, Her­manna Epen­ste­ina!

- No pro­szę. Z wami, nazi­stami, już tak jest... Nie­mal zawsze, gdy jest pro­blem, łączy­cie go z Żydami!

- Co ja pora­dzę, że tak wła­śnie było? Nie zmy­ślam prze­cież.

- I jesz­cze może pan powie, że to na jego cześć dostał pan imię Her­mann?

- To bar­dzo moż­liwe. On był ojcem chrzest­nym zarówno moim, jak i mojego rodzeń­stwa.

- No i co takiego zro­bił wam ten Żyd, Epen­stein?

- Zacznę od rze­czy dobrych.

- No pro­szę! Pan, zago­rzały nazi­sta, będzie wychwa­lał Żydów?!

- Dzięki niemu mogłem żyć w murach zamku, pozna­wać teu­toń­skie6 legendy, czy­tać o histo­rii Ger­ma­nii. Mogłem po pro­stu tym żyć i w głębi duszy czuć się przy­szłym ryce­rzem.

- No to dobre rze­czy mamy odha­czone. A co ze złymi?

- Her­mann Epen­stein był przy­ja­cie­lem mego ojca.

- I to jest złe?! Nie rozu­miem...

- Pocze­kaj pan chwilę... Ach, ta jan­ke­ska nie­cier­pli­wość...

- To zapy­tam ina­czej. Skąd się pano­wie znali?

- Mój ojciec, Hein­rich Ernst Göring, był dyplo­matą. To mię­dzy innymi mój ojciec był odpo­wie­dzialny za nie­miec­kie sto­sunki z Afryką. Co wię­cej, w latach 1885-1890 był nawet pierw­szym guber­na­to­rem Nie­miec­kiej Afryki Połu­dniowo-Zachod­niej.

- Sły­sza­łem, że pań­ski ojciec był też na Haiti.

- Ow­szem. Był tam kon­su­lem gene­ral­nym. W każ­dym razie to wła­śnie z cza­sów afry­kań­skich znali się mój ojciec i Epen­stein. I gdy ojciec prze­szedł na eme­ry­turę, Epen­stein wziął naszą rodzinę pod swój dach. Zamiesz­ka­li­śmy w jego zamku.

Rodzice Her­manna Göringa: ojciec Hein­rich Ernst (po pra­wej), woj­skowy, urzęd­nik i dyplo­mata, oraz matka Fran­zi­ska z naj­star­szym synem Kar­lem Ern­stem na rękach, około 1890 roku

- To miłe z jego strony. Praw­dziwy przy­ja­ciel.

- Ch..., a nie przy­ja­ciel, za prze­pro­sze­niem oczy­wi­ście!

- Słu­cham?! Co to za słow­nic­two!

- Pro­szę wyba­czyć, ponio­sło mnie. Ale zaraz sam pan zro­zu­mie, że mia­łem do tego prawo. Otóż pro­szę sobie wyobra­zić, że gdy mój ojciec wró­cił do Nie­miec, finan­sowo nie wio­dło nam się naj­le­piej. Co innego panu Epen­ste­inowi. On był zamoż­nym czło­wie­kiem, a do tego był kawa­le­rem.

- I gdzie jest tutaj haczyk?

- Otóż kochanką Epen­ste­ina została moja matka. Ona razem z nami miesz­kała w zamku, a mój ojciec został ulo­ko­wany w jakiejś klitce. To było pomiesz­cze­nie gospo­dar­cze. I tak przez pięt­na­ście lat mój tata był roga­czem miesz­ka­ją­cym w przy­sło­wio­wym schowku na mio­tły. To było dla niego i całej rodziny wiel­kie upo­ko­rze­nie. Epen­stein posu­wał moją matkę. Wszy­scy o tym wie­dzieli i, o zgrozo, to akcep­to­wali. Ojciec musiał to zno­sić, został potrak­to­wany jak zużyta mio­tła!

- Pięt­na­ście lat to trwało? Długo...

- Pew­nie trwa­łoby to jesz­cze dłu­żej, gdyby nie to, że Epen­stein w końcu w 1913 roku zawarł mał­żeń­stwo. I wów­czas kazał nam wyp... ze swo­jego zamku!

- O losie! Pro­szę ważyć słowa. Po co od razu tak wul­gar­nie?!

- Mam do dzi­siaj silny sto­su­nek emo­cjo­nalny do tych wyda­rzeń. Jakim pod­łym czło­wie­kiem trzeba być, aby dopro­wa­dzić do takiej sytu­acji? Wyobraża pan sobie? Pań­ski przy­ja­ciel wie, że wie­dzie ci się źle. I co wów­czas robi? Przy­własz­cza sobie twoją żonę, przy two­ich dzie­ciach zgrywa dobrego wujka, a tobie każe miesz­kać w pie­przo­nej szo­pie z narzę­dziami. Nader tok­syczna sytu­acja.

- Ale chyba ją wszy­scy akcep­to­wali, skoro pań­ska matka była jego kochanką aż przez pięt­na­ście lat...

- Epen­stein po pro­stu posta­wił ich przed fak­tem doko­na­nym. A że rodzice nie mieli pie­nię­dzy, byli ska­zani na ten chory układ.

- Dosko­nale rozu­miem, do czego zmie­rza ta histo­ria...

- Chce pan powie­dzieć, że przez to zro­dziła się we mnie nie­na­wiść do Żydów? Być może tak. Być może zadzia­łała pod­świa­do­mość i gdy my, nazi­ści, doszli­śmy do wła­dzy, obu­dziły się we mnie demony minio­nych lat. Nie prze­czę.

- Prze­cież na taki pomysł mógł wpaść każdy, nie tylko Żyd...

- No to dla­czego w moim przy­padku aku­rat był to Żyd?

- Nie wiem, może to czy­sty przy­pa­dek...

- Nie­prawda. Życiem nie rzą­dzą przy­padki. Dla­tego jeśli zapyta pan za moment, jakie mam wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa, to odpo­wiem: straszne! Z jed­nej strony życie pośród cel­tyc­kich legend, a z dru­giej strony tok­syczny zwią­zek trojga ludzi - mej matki Fran­zi­ski, ojca Hein­ri­cha i boga­tego leka­rza Her­manna Epen­ste­ina.

- Był pan jedy­na­kiem?

- Nie. Poza mną było jesz­cze czworo rodzeń­stwa: bra­cia Karl i Albert oraz sio­stry Paula i Olga. Ciężko było nam zwią­zać koniec z koń­cem. Pamię­tam, że gdy Epen­stein wyrzu­cił nas na zbity pysk, zamiesz­ka­li­śmy w Mona­chium i żyli­śmy naprawdę skrom­nie. Nie­rzadko nie było czego do garnka wło­żyć.

- Myślę, że to kolejny powód, dla któ­rego w póź­niej­szych latach tak bar­dzo kochał pan pie­nią­dze i w ogóle bogac­twa.

- Zapewne. Nie mia­łem ni­gdy dość czasu, by się nad tym zasta­na­wiać. Wiem jedy­nie, że tamte wspo­mnie­nia wywo­łują we mnie traumę, a wręcz obrzy­dze­nie. Gdy tylko wra­cam myślami do tych momen­tów, zbiera się mi na wymioty.

- Jakie rela­cje łączą pana z rodzeń­stwem?

- Kiep­skie. Naj­go­rzej sprawy mają się z młod­szym bra­tem Alber­tem. Od dawna jest moim zago­rza­łym prze­ciw­ni­kiem. Uści­śla­jąc, jest anty­na­zi­stą. W 1933 roku, czyli w roku doj­ścia Adolfa Hitlera do wła­dzy, brat wyemi­gro­wał do Austrii. Krę­cił filmy, kochał życie. I robił mi wiele pro­ble­mów.

- Co to były za pro­blemy?

- Zacznijmy od tego, że do dzi­siaj nie jestem pewny, czy on jest naprawdę moim rodzo­nym bra­tem. Albert jest łudząco podobny do Her­manna Epen­ste­ina. Zde­cy­do­wa­nie bar­dziej przy­po­mina go z wyglądu niż naszego ojca. Choć przy­znam, że gdyby rze­czy­wi­ście tak było, to ozna­cza­łoby, że mój brat jest po czę­ści Żydem. Myśla­łem już kie­dyś o tym. I dosze­dłem do wnio­sku, że nie ma co zagłę­biać się w tę histo­rię. Byłoby wiel­kim skan­da­lem, gdyby oka­zało się, że brat zastępcy Adolfa Hitlera jest Żydem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki