Horror w czterech ścianach
Zdążyła się już rozejść plotka, że od kilku
godzin Adolf Hitler nie żył. Chwilę wcześniej podobno wziął ślub ze
swoją partnerką, Ewą Braun, po czym oboje rozgryźli kapsułki z cyjankiem
i strzelili sobie prosto w skroń.
Śmierć Führera
Świta Hitlera z Goebbelsem na czele zastaje w pokoju dwa trupy na
czerwonym dywanie. Na podłodze leży pistolet kaliber 7,65 mm, z którego
Fu?hrer strzelił sobie w prawą skroń. Obok drugi - kaliber 6,35 mm -
który był przygotowany na wypadek gdyby pierwszy nie wystrzelił. Głowa
Hitlera jest lekko odchylona w stronę ściany. Niedaleko leży ciało Ewy
Braun. Ma nogi podciągnięte na kanapę. Dywan przy kanapie jest
zachlapany krwią. Na stole wazon.
Źródło: Christopher Macht, Spowiedź Hitlera. Szczera rozmowa z Żydem,
Bellona, Warszawa 2016.
Rodzina Goebbelsów z szóstką dzieci: Helmutem, Holde, Heide, Heddą,
Hilde i Helgą, 1942 rok. Po prawej siedzi Harald Quandt, syn Magdy
Goebbels z pierwszego małżeństwa, w mundurze podoficera Luftwaffe
Od tego momentu, zgodnie z życzeniem Führera, jego następcą został
dotychczasowy minister oświecenia narodowego i propagandy, herr Joseph
Goebbels.
W przeszłości Goebbels wielokrotnie podkreślał, że nie zostawi Hitlera i nie wyjedzie z Berlina, nawet jeśli sytuacja będzie tragiczna. I tak
właśnie się stało. Świeżo upieczony kanclerz Trzeciej Rzeszy doskonale
zdawał sobie sprawę z tego, że dzielą go jedynie godziny od momentu, w którym w berlińskim bunkrze zjawią się radzieccy żołnierze i tym samym -
zostanie on wzięty do niewoli. W związku z tym dalsza decyzja mogła być
tylko jedna...
Kalendarz wskazywał datę 1 maja 1945 roku, gdy do pokoiku w berlińskim
schronie wieczorem weszła żona Josepha Goebbelsa, Magda, w towarzystwie
lekarza. Na miejscu zastali oni sześcioro dzieci państwa Goebbelsów.
Wszystkie dzieci miały imiona zaczynające się na literę "H" na cześć
jedynie słusznego wodza - Adolfa Hitlera. Byli to: czteroletnia Heide,
sześcioletnia Hedda, ośmioletnia Holde, dziewięcioletni Helmut,
jedenastoletnia Hilde i dwunastoletnia Helga. Gdy w pokoju zjawiła się
ich matka, dzieci jeszcze nie spały, choć leżały już w łóżkach, ubrane w śnieżnobiałe piżamki. Na widok matki dzieci aż wzdrygnęły się ze
strachu, Magda Goebbels jednak uspokoiła je:
- Nie macie się czego bać. Pan doktor da wam teraz zastrzyk, który
dostaje każde dziecko.
Po tych słowach Magda Goebbels wyszła z pokoju, doktor zaś za pomocą
małej igły zaczął po kolei każdemu dziecku wstrzykiwać morfinę. Po
kilkudziesięciu minutach pociechy straciły przytomność. Wówczas lekarz
zawołał z powrotem do pokoju Magdę Goebbels. Ta weszła do pomieszczenia,
niosąc ze sobą kapsułki z trucizną, zawierające cyjanek. Po kilku
minutach dzieci były martwe1. Żona Goebbelsa wyszła z pomieszczenia, z płaczem uświadamiając sobie, że ma to już za sobą...
Zaraz potem miała oddać się przyjemności, którą tak bardzo lubiła, czyli
ułożyć ostatniego pasjansa w swoim życiu i wypić butelkę szampana.
Spalone zwłoki Goebbelsa, który popełnił samobójstwo 1 maja 1945 roku,
znaleźli żołnierze Armii Czerwonej po zajęciu terenu Kancelarii Rzeszy
To jednak nie koniec dramatycznych wydarzeń... Jeszcze tego samego dnia
Goebbels wzywa do siebie swojego adiutanta, Günthera Schwägermanna. W żołnierskich słowach informuje go o tym, że lada moment razem ze swoją
małżonką popełnią samobójstwo. W tym celu wyjdą na dwór, by nie trzeba
było wynosić na zewnątrz ich jeszcze nieostygłych ciał. Zaraz po tym,
gdy się zabiją, adiutant ma oddać dodatkowe strzały do zwłok, by mieć
pewność, że oboje nie żyją. Następnie zwłoki mają natychmiast zostać
spalone...
Około godziny 20.30 Joseph Goebbels razem ze swoją żoną zaczynają
przygotowania do ostatniej sceny w ich wspólnym życiu. Ona zakłada
przepiękny płaszcz, on przywdziewa eleganckie palto. Do tego minister
wkłada kapelusz i rękawiczki, po czym bierze swoją ukochaną pod ramię.
Małżeństwo wychodzi z bunkra Hitlera wprost do ogrodu. Tam Magda
Goebbels połyka tabletkę z cyjankiem, po czym dla zwiększenia
skuteczności mąż oddaje strzał w tył jej głowy. Następnie sam popełnia
samobójstwo. Umierając, Joseph Goebbels ma niecałe 48 lat, jego żona zaś
- 44 lata.
Ciała dzieci Goebbelsów znalezione w pobliżu wejścia do podziemnego
bunkra Hitlera. Zostały uśpione, a następnie otrute kapsułkami z cyjankiem przez matkę i towarzyszącego jej lekarza
Günther Schwägermann wykonuje ostatnią wolę swojego zwierzchnika.
Wychodzi do ogrodu, gdzie oddaje do obu ciał po kilka strzałów, po czym
polewa je benzyną i podpala. Sam jeszcze tego samego dnia postanawia
uciec z bunkra, przed którym rozgrywają się te dramatyczne sceny...
Do dzisiaj nie do końca jest jasne, kto podał im kapsułki z trucizną. Być może nie była to sama Magda Goebbels, a jeden z lekarzy, ale nie ten sam, który wstrzykiwał morfinę. [wróć]
Nasze pierwsze spotkanie
Przyjmijmy, że nazywam się Weissmann.
Richard Weissman. Służyłem wielu nazistom. Przez pewien czas byłem
osobistym asystentem Adolfa Hitlera. Przez długi okres mojego życia czas
upływał mi u jego boku. Ale nie tylko. Właściwie na mojej liście tych,
którym usługiwałem, byli wszyscy najważniejsi naziści. Pośród nich
szczególną uwagę zawsze zwracał Joseph Goebbels. Nawiasem mówiąc, mój
rówieśnik, rocznik 1897. Zdarzało się, że byłem budzony w środku nocy
tylko po to, by wyruszyć poza Berlin w towarzystwie przywołanego
Goebbelsa. Na szczęście działo się to niezwykle rzadko, o czym będzie za
chwilę... Tymczasem musicie wiedzieć, że ten facet strasznie lubił
błyszczeć wśród innych. Zwracanie na siebie uwagi było jego cechą
rozpoznawczą. Zdarzało się nawet, że pośród asystentów żartowaliśmy, iż
to nie Joseph Goebbels tylko Joseph Narziss, czyli Józef Narcyz. Nic
dziwnego. W końcu Joseph Goebbels jest ministrem oświecenia narodowego i propagandy od 30 stycznia 1933 roku. Kto inny, jeśli nie minister od
propagandy, mógłby rozkochiwać się w samym sobie i zarażać tą miłością
innych?
Z dobrze poinformowanych źródeł doskonale wiedziałem, czego najbardziej
nie cierpi we mnie minister Goebbels. Przy jego wzroście 165 centymetrów
moje prawie dwa metry czynią go chodzącą groteską w moim towarzystwie.
Doskonale wiem, że wielokrotnie drażniło go to kompletnie i rozsierdzało
do reszty. Dlatego tym bardziej zdziwiło mnie, gdy pewnego dnia wziął
mnie na bok i powiedział, że jeszcze tego samego dnia chce mnie widzieć
w swoim gabinecie.
- 13.00. O tej porze proszę się u mnie stawić - rzucił mi na odchodne
i odszedł w charakterystycznym kulejącym stylu.
Nie miałem pojęcia, o co może mu chodzić. Dotychczas moja posługa była
dobrze oceniana. W jego towarzystwie chwalił mnie sam Führer. Zresztą
nie słyszałem, by również Goebbels miał jakieś zastrzeżenia. Dlatego
zaproszenie do gabinetu Goebbelsa co najmniej mnie zaintrygowało.
Spojrzałem na zegarek. Mała wskazówka była nakierowana na jedenastą
rano. W ciągu kolejnych dwóch godzin miałem tysiąc myśli na temat tego,
po co wezwał mnie minister propagandy. Może usłyszał coś złego na mój
temat? A może chciał mnie wypytać o innych asystentów? A może to coś
zupełnie innego? Może znowu Hitler wywęszył zdrajcę w swoich szeregach i Goebbels postanowił subtelnie zweryfikować te informacje, nim na
wskazanej osobie zostanie wykonany wyrok? Tamtego dnia miałem tylko
nadzieję, że to nie o mnie chodzi i że to nie ja pożegnam się z życiem.
Bo nie ukrywam, że życie kocham od zawsze. Odkąd pamiętam, staram się
być niepoprawnym optymistą. Nawet gdy za oknem toczy się druga wojna
światowa, to staram się dostrzec jakiś pozytyw. Wiem, że to naiwne... Choć
z drugiej strony... Lepiej cieszyć się każdą chwilą i unikać zmartwień,
bo przecież za moment mogę nie żyć. Albo walnie w nas bomba i zginiemy,
albo zostanę rozstrzelany, bo ktoś wpadnie na pomysł, że jestem
alianckim agentem, albo po prostu mój organizm nie wytrzyma morderczej
pracy i odmówi posłuszeństwa. Powodów, które mogą doprowadzić do
śmierci, jest mnóstwo. Dlatego trzeba mieć nadzieję, że kiedyś będzie
lepiej i należy szukać pozytywów nawet tam, gdzie trudno je dostrzec.
Tymczasem powoli zbliżała się godzina trzynasta. Pięć minut przed
czasem czekałem pod gabinetem ministra Goebbelsa. Nie chciałem się
spóźnić. Doskonale wiedziałem, jakiego ma bzika na punkcie
punktualności. - "Zeit is Geld", czyli "czas to pieniądz" - zwykł mawiać
w każdym możliwym momencie.
Kolejne pięć minut upłynęło mi na bezmyślnym wpatrywaniu się we
wskazówki mojego skromnego zegarka, który od dobrych dziesięciu lat
codziennie był obecny na mojej lewej ręce. Stary, wysłużony, z mocno
sfatygowanym paskiem. Brązowy, z kremową tarczą, po której poruszały się
czarne wskazówki. Idealnie w momencie, gdy mniejsza z nich doszła do
cyfry "1", uchyliły się drzwi do gabinetu ministra.
- Bitte, kommen Sie rein!1 - usłyszałem dobrze znany mi nieco
chropowaty głos.
Słysząc to, z lekko opuszczoną głową wszedłem do gabinetu, zatrzymując
się tuż obok jego biurka.
- Proszę siadać. - Goebbels wskazał mi drewniane krzesło. Zaraz potem
przeszedł do sedna:
- Domyśla się pan, w jakiej sprawie pana wezwałem?
- Nie mam zielonego pojęcia - dopiero po wypowiedzeniu tych słów
uświadomiłem sobie, z jaką niepewnością w głosie wybrzmiała ta
wypowiedź.
- To zapytam inaczej. Ile jest prawdy w tym, że nie ma takiej
niemieckiej książki, której by pan nie przeczytał?
- *Ech... To pewna przesada. Choć rzeczywiście prawdą jest, że czytam
wszystko, co mi wpadnie w ręce. Teraz jednak z racji braku czasu robię
to rzadziej.
- Ale... - tutaj Goebbels zagrał pauzą, wpatrując się w moje oczy. -
Pokusiłby się pan o stwierdzenie, że jest pan osobą oczytaną?
Goebbels pisał dzienniki od 1923 roku aż do kwietnia 1945 roku. Tutaj
reprodukcja notatki z lipca 1926 roku
Doskonale wiedziałem, że moja twarz przypomina teraz zarumienione
jabłko. Właśnie uświadomiłem sobie, że minister kultury i propagandy
czyni mi komplement. Choć z drugiej strony, kto wie, czy to nie jest
jakaś prowokacja. Może ubzdurał sobie, że jestem tak oczytany, że
chciałbym go kiedyś wygryźć? Trudno odgadnąć, co może w takim momencie
kryć się w głowie Goebbelsa. To inteligentny człowiek, pytanie tylko -
jak bardzo nieobliczalny?
- No wie pan, panie ministrze... No... Sam nie wiem, co powiedzieć -
wyjąkałem, czując, jak stres dopada moje ciało, paraliżując sztywny już
kark, zaś kwas żołądkowy cofa się do przełyku.
- Widzę, herr Weissman, że cali jesteście zlani potem. Nie stresujcie
się, nie chcę wam zrobić nic złego. - Goebbels poklepał mnie po prawym
ramieniu, chcąc pokazać swoją serdeczność. - Oczekuję od was konkretnej
odpowiedzi. Jak w wojsku - "tak" lub "nie"! Jesteście oczytani czy nie?
- Tak, jestem! - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
- I to mi się podoba! W końcu jesteście konkretni, a nie jakieś tam
rozgotowane kluchy na mleku! - na jego twarzy dostrzegłem szarmancki
uśmiech.
Przez cały ten czas Goebbels siedział naprzeciwko mnie za biurkiem.
Jednak dopiero teraz nachylił się bliżej, chcąc mi wyraźnie powiedzieć
coś, co nigdy nie powinno opuścić tych czterech ścian.
- Prowadzę dzienniki. Od bardzo dawna...
Skinąłem potulnie głową i wydukałem z siebie coś w stylu: - Yhy...
- No i w związku z tym poszukuję kogoś oczytanego.
Raz jeszcze przytaknąłem.
- Chodzi o to - zaczął nieco enigmatycznie Goebbels - że jesteście mi
potrzebni. Otóż pośród tej wojskowej swołoczy nie ma prawie nikogo na
poziomie, z kim mógłbym porozmawiać. Poza Führerem mało kto ma pojęcie o twórczości Ryszarda Wagnera czy Friedricha Schillera.
Zamiast przytakiwać, wolałem jedynie stwierdzić, że przyjąłem to do
wiadomości. Kto wie, jaki byłby dalszy ciąg wydarzeń, gdybym przytaknął,
że pośród wojskowych nie da się z nikim porozmawiać o sztuce! Przecież
to byłoby istne samobójstwo!
- Herr Weissman. Ta rozmowa... - tutaj Goebbels przeszył mnie
wzrokiem. - Ta rozmowa musi zostać między nami.
- Ależ oczywiście! - mówiąc te słowa, odruchowo zerwałem się z krzesła, uderzyłem trzewikiem o trzewik i zameldowałem swoje
posłuszeństwo!
Zadowolony Goebbels kontynuował:
- Naszego wodza, Adolfa Hitlera, podziwiam nad życie! Ale ja teraz nie
o tym... Uważam, że powinienem coś zostawić potomnym, by mogli poznać mnie
bliżej, kiedy będę już gnił w chłodnej ziemi. Nie jestem imbecylem.
Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że taki moment nastąpi; prędzej czy
później. Oczywiście, oby stało się to jak najpóźniej!
Goebbels zachichotał pod nosem...
- No tak - powiedziałem w odruchu szczerości.
- Matko! Ale pan jest wystraszony! Pan tylko przytakuje, o nic nie pyta!
- Taka jest natura każdego porządnego asystenta, panie ministrze...
- Dobrze, już dobrze, herr Weissman. Ma pan rację. Ale przejdźmy do
sedna naszego spotkania, w porządku?
Poczułem, jak badawczy wzrok Josepha Goebbelsa spoczął na mojej twarzy.
Cóż innego w tej sytuacji mogłem zrobić, jeśli nie przytaknąć? Kochałem
swoje życie nade wszystko i nie chciałem, by właśnie ono się
zakończyło.
- W porządku! - machnąłem ręką od niechcenia, co zresztą
zaskoczyło nie tylko mnie, ale i samego Goebbelsa. Ja zaś niesiony
odwagą kontynuowałem: - Jakie zatem ma pan dla mnie zadanie?
- No! W końcu wrócił pan do żywych! Cieszę się, że zaczął pan
rozmawiać jak człowiek. I o takiego partnera właśnie mi chodziło!
Partnera?! - to były pierwsze słowa, które przyszły mi na myśl!
Nigdy nie słyszałem o jego homoseksualnych zapędach, w przeciwieństwie
do niektórych innych nazistów, jak chociażby znany wszystkim Ernst Röhm.
Co przyszło do głowy temu Goebbelsowi?! Oby nie to, o czym teraz myślę...
- Co ma pan na myśli? - zapytałem nieśmiało...
- Piszę dzienniki. Ale. To tylko subtelny dodatek. Czas jednak na to,
by ktoś porozmawiał ze mną jak równy z równym. Zadał mi pytania, które
mogłaby zadać tylko osoba posiadająca wielką dawkę animuszu. Doskonale
wiem, że pan kocha życie i niezbyt wiele od niego oczekuje. Nie ciągnie
pana do stanowisk ani nie chce pan awansu, czyż nie tak?
- Racja - przytaknąłem zgodnie z prawdą.
- A więc właśnie! I sęk w tym, że teraz będzie pan musiał wyjść z roli
asystenta i jak równy z równym ze mną porozmawiać. Wszystko po to, by
potomni mogli mnie poznać takim, jakim naprawdę jestem. No, wie pan! Bez
zbędnej, propagandowej otoczki!
- Oczywiście, rozumiem. Tylko jaką miałbym odgrywać rolę?
- No, jak to jaką? To pan miałby ze mną porozmawiać! I mógłby pan
pytać, o co tylko dusza zapragnie!
- Ja? - zapytałem z niedowierzaniem.
- No tak! Pan! I to bez żadnych konsekwencji.
- Prawdę mówiąc, panie ministrze, odebrało mi mowę... Nie mam pojęcia,
co w tej sytuacji powinienem powiedzieć...
- Szczerze? To nic! To moja decyzja, której nie mam zamiaru zmieniać.
A jeśli się pan nie zgodzi, to... Jak by to delikatnie powiedzieć? -
zaciśnięta dłoń Goebbelsa wylądowała pod jego brodą, tworząc posąg
oddany zamyśleniu... - Jak by to panu delikatnie powiedzieć? Hm. Wiem.
Powiem wprost i bez ogródek. Ja pana właściwie o to nie pytam, tylko
stwierdzam przyszłe fakty.
- Przepraszam bardzo - zacząłem dość nieśmiało - A co, jeśli
się naprawdę nie zgodzę?
- Dobrze, że pan o to pyta. Brawo!
- Dziękuję...
- Jeśli się pan nie zgodzi, to będę musiał kazać pana rozstrzelać za
zdradę Trzeciej Rzeszy!
- Słucham?! - przerażenie w moim głosie osiągnęło apogeum.
- Niech pan nie słucha, bo na słuchanie będzie jeszcze czas. Jutro
punktualnie o dziewiętnastej proszę stawić się w moim gabinecie. Ja już
o to zadbam, żeby miał pan wówczas wolne. Zrozumiano?
- Ja, ja, ja2 - zacząłem się jąkać...
Nadchodząca noc była dla mnie jedną z najdziwniejszych w życiu.
Kompletnie nie miałem pojęcia, co przyniesie jutro. I choć kochałem
życie, to mimo wewnętrznego optymizmu nie byłem w stanie znaleźć
pozytywów w spotkaniach z Goebbelsem. Tak między nami, to nie
przepadałem za nim, choć mocno fascynowała mnie ta postać. Ten facet był
mistrzem w szerzeniu propagandy. Potrafił on zrobić z każdego człowieka
na świecie polityka, którego pokochałyby tłumy. Nikt inny nie był w tym
tak świetny jak on. I to trzeba było mu przyznać... Goebbelsowska
propaganda. O tym w przyszłości młodzież będzie uczyła się w szkołach na
lekcjach historii!
Pol.: - Proszę, zapraszam do środka! [wróć]
Pol.: Tak, tak, tak. [wróć]
Prawa ręka Hitlera postanawia wyjawić prawdę
Chwilę po tym, jak zakończyła się kolacja,
razem z innymi asystentami wyjątkowo musieliśmy zastąpić kamerdynerów.
Dlatego też zaczęliśmy zbierać ze stołu brudne talerze. Nie ukrywam, że
zmęczenie dawało nam się we znaki. Bycie na nogach od wczesnych godzin
porannych bez większej chwili wytchnienia sprawiało, że zmęczenie nie
odstępowało nas na krok. Podobnie zresztą jak czołowi naziści, którym
przyszło nam służyć. Pięć minut przed dziewiętnastą jakiś jegomość
palcem wskazującym wezwał mnie do siebie.
- Twoja dalsza obecność w jadalni jest zbędna. Za chwilę masz się
stawić u ministra Goebbelsa. Nie spóźnij się! Czy to jest jasne?
- Ja, natürlich - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
Mężczyzna zdzielił mnie brudną szmatą po głowie.
- To na szczęście, mój młody przyjacielu!
Nadchodząca wizyta była dla mnie co najmniej dziwna. Już sama myśl o niej wywoływała we mnie specyficzne uczucia, jeszcze silniejsze niż w przypadku randki z nieznajomą. Za moment miałem spotkać guru propagandy,
jednego z najważniejszych nazistów, który będzie oczekiwał ode mnie
bolesnych pytań. A ja, biedny asystent, będę musiał chodzić na bardzo
cienkiej linie, starając się dociekać prawdy. Co gorsza, doskonale zdaję
sobie sprawę - oczywiście, niech zostanie to tylko między nami - że ten
cały Goebbels jest jednym wielkim narcyzem, zapatrzonym w siebie, jak
osoba, która widzi we wszystkim swoje piękno. A to tylko generuje
ryzyko. Bo jeśli moje pytanie okaże się zbyt bolesne, to wówczas
Goebbels niczym zraniony wilk będzie chciał jedynie zemsty, która nie
obejdzie się bez mojej osoby... A tego bym sobie nie życzył...
Führer i jego prawa ręka Goebbels podczas spaceru w Alpach
- Dzień dobry, Richardzie - te słowa wyrwały mnie z dalszych
rozważań. Głos był mi znajomy, podobnie jak kilkudziesięciu milionom
mieszkańców Trzeciej Rzeszy.
- Zapraszam do środka... - ręka Josepha Goebbelsa wychynęła się zza
drzwi, zachęcając mnie, bym wszedł do środka.
Spojrzałem na niego ze sztucznym uśmiechem na twarzy, po czym usiadłem
na wskazanym przez niego drewnianym krześle. Usadowiłem na nim swoje 83
kilo i czekałem, aż on coś powie. Goebbels jednak nic nie mówił,
rozkoszując się tą niezręczną ciszą. Ja jednak nie chciałem wychodzić
przed szereg i w związku z tym obydwaj milczeliśmy...
To trwało jakieś trzy, a może nawet pięć minut. Korzystając z okazji,
mimo dziwnych okoliczności zacząłem się relaksować. W pewnym momencie
niemalże zasnąłem. Doszło do tego, że już prawie odpłynąłem myślami od
całego świata, już niemal spocząłem w objęciach Morfeusza, gdy przy
skroni poczułem coś zimnego...
- Czujesz to? - rozbrzmiał wysokim tonem głos ministra Goebbelsa.
Z Dzienników Goebbelsa: refleksje ze spaceru po Berlinie
17 października 1923
Wczoraj Else podarowała mi tę księgę i zaraz chcę z jej imieniem
zaczynać. Cóż mógłbym także dzisiaj począć bez niej. Ty kochana, dobra!
[...] Jak beznadziejny jest dzisiejszy spacer ulicami miasta. Na
wszystkich rogach stoją grupy bezrobotnych, debatują i spekulują. To
czas do śmiechu i płaczu. Wygląda na to, że nowy kurs zmierza na prawo.
Sądzę też, że tak pozostanie przez pewien czas. Byłoby jednak błędne,
gdyby w tym zwrocie na prawo chciało się widzieć non plus ultra rozwoju
sytuacji. Nasze czasy dadzą się pod wieloma względami porównać do okresu
Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Podczas gdy wtedy emancypował się stan
mieszczański, dzisiaj emancypują się proletariusze. Ten ostatni proces
został sztucznie przyspieszony przez wojnę. To mu wiele zaszkodziło.
Może właśnie tylko dlatego możliwy jest zwrot na prawo. Sytuacja będzie
jednak rozwijać się dalej, musimy przecież dopełnić nasze przeznaczenie.
Historia świata nie realizuje się przecież przez lata czy też przez
dziesiątki lat. W krótkich odcinkach czasu spełniają się rzadko kiedy
jedynie spektakularne wydarzenia. Wielkie wydarzenia postępują jednak
swoją drogą przez stulecia w sposób jasny i dobitny, widzi je tylko ten,
kto ma oczy do patrzenia. Dlatego dzisiaj głos powinien zabrać poeta, a nie uczony, jako że ów patrzy, a ten tylko widzi. Ten [uczony] zna te
wszystkie małe środki nasenne na dolegliwości Europy, ale ów [poeta]
umie wskazać drogę, prowadzącą ku wielkiemu rozwojowi. Mówię o poecie,
ale nie umiem przecież nikogo wymienić z nazwiska. Nasi poeci nie są
niczym innym, jak tylko nieudacznikami, intelektualnymi snobami,
błyskającymi dowcipem estetami i kawiarnianymi bohaterami. Wszystko, co
przynosi nowa literatura, jest uładzone i mdłe. Nikt nie odnajduje
krzyku rozpaczy, który wypełnia pierś całej niemieckiej ludzkości.
Gdybyśmy tak mieli tego jednego, który jeszcze raz odnalazłby drogę
"przeciwko tyranom". Albowiem przeciwko tyranom zwraca się cała młoda
poezja, czy to przeciwko tyranom ciała, czy ducha, to prawie to samo.
Ale to "przeciwko tyranom" powoduje tarcie, walkę, prowadzi do
zwycięstwa albo porażki. A czym jest poezja, jeśli nie wyrazem tych
rzeczy?
Europa jest wielkim problemem duchowym. Sprawy gospodarcze unoszą się
jedynie na powierzchni. Wszystko to można by już dawno rozwiązać, ale
pod powierzchnią zwarły się ze sobą w walce potężne siły duchowe. Wygra
ten, kto jest młodszy, silniejszy i bardziej pewny zwycięstwa, nawet
jeśli jeszcze przegrywa dzisiaj i będzie przegrywał jutro. W tym całym
problemie Europy znajduje się stara, święta Rosja, kraj, dla którego,
chociaż go nie znam, żywię najgłębsze uwielbienie. Rosja to przeszłość i przyszłość, ale tylko nie współczesność. Rosyjska współczesność jest
jedynie bańką mydlaną, właściwa treść znajduje się pod spodem. W rosyjskiej ziemi wykluwa się rozwiązanie wielkiej zagadki Europy. Duch
olbrzyma, Dostojewskiego, unosi się nad cichą, śniącą Rosją. Kiedy Rosja
obudzi się, wtedy świat ujrzy nowy cud. Ex oriente lux. Dlaczego nasi
wielcy poeci milczą podczas tej ostatniej, najcięższej niedoli? Przecież
nasza niedola jest jeszcze bardziej męką duchową aniżeli ekonomiczną.
Czy żaden z nich nie znajdzie słowa pocieszenia i pokrzepienia dla
swojego narodu? Gerhart Hauptmann stał się starym, zmęczonym
człowiekiem. Nic już nie powie nam, ludziom młodym. I Thomas Mann
poszedł drogą intelektualisty z Europy Środkowej. Jego sztuka w ostatnich latach jest niczym więcej niż tylko przysmakiem dla
wydelikaconych podniebień. Jeśli zaczyna się od upadku, to jak ma się
znaleźć odwagę i siłę, aby się podźwignąć? Spengler i Thomas Mann są
duchowymi braćmi. Również Spengler złożył swoją krew serdeczną w ofierze
tego, co upada. To wielka męka stać przy grobie swojej kultury. [...]
Nie czuję się zadomowiony w tego rodzaju świecie. To, że jestem bez
ojczyzny, jest najgłębszą przyczyną mojej udręki. Jeszcze można
zrozumieć taki typ człowieka jak ja, lecz droga do śmieszności i karykatury nie jest już daleka [...].
Od razu oprzytomniałem. Skinąłem, chcąc zbytnio się nie ruszać, by na
wszelki wypadek nie wyrządzić sobie żadnej krzywdy.
- Bingo! Przy pańskiej skroni znajduje się przepiękny pistolet, który
jest naładowany. Nie muszę chyba dodawać, że wystarczy jeden ruch, by
załadowany nabój przeszedł przez pańską czaszkę na wylot?
- Nie... Zdecydowanie nie... - gdy mówiłem te słowa, w mojej duszy
zapanował nieco dziwny spokój.
- To dobrze! - Goebbels czuł się jak ryba w wodzie.
- No więc, panie Weissman. Teraz ma pan jedyną szansę, by zadać mi
pytanie. I to nie może być pytanie w stylu: - Dlaczego jestem taki
świetny?! - bo takich pytań słyszałem już tysiące! Ma pan zadać pytanie
prosto od serca. Takie, którego nie ośmieliłby się pan mi zadać nigdy w życiu. A teraz? No, no... Może mi je pan zadać. Bo jeśli okaże się ono
niezbyt szczere, to po prostu pana zabiję! Proste? Niech pan nawet nie
odpowiada. Wiadomo, że proste! No więc, gdyby chciał mnie pan o coś
zapytać i nie miałby pan nic do stracenia, to jak brzmiałoby pytanie?
Dotychczas byłem jedynie asystentem. Wykonywałem polecenia moich
przełożonych, wysoko postawionych nazistów. Teraz zaś miałem sam podjąć
decyzję, zadając durne pytanie, od którego miało zależeć moje dalsze
życie! Ludzie, gdzie w tym wszystkim odnaleźć optymizm? Nie mam pojęcia,
ale trudno, muszę spróbować!
Z rozmyślań wyrwały mnie słowa Goebbelsa:
- Pytam zatem po raz ostatni... O co chciałby mnie pan zapytać, gdyby
mógł pan zadać mi tylko jedno, jedyne pytanie!?
Wiedziałem, że nie mam nic do stracenia. Albo przywalę mu brutalnym
pytaniem, odwracając jego uwagę, albo niczym zraniona łania, wyląduję w rowie, czekając na chmarę myśliwych, którzy w jednej chwili będą chcieli
mnie zabić i jeszcze na miejscu wypatroszyć.
- No więc?! - Goebbels zaczął się dopominać o moje pytanie.
To było dla mnie za wiele. Stres znowu dał się we znaki. Czułem się
tak, jakby moje ciało było sparaliżowane. Kark był tak sztywny, jakby
ktoś mi go przyspawał. A do tego kręgosłup - ustawiony pod kątem
dziewięćdziesięciu stopni w stosunku do ziemi. No i mięśnie. Każdy po
kolei - napięty, wręcz usztywniony, niemający nic wspólnego z luzem...
Z moich wewnętrznych rozmyślań wyrwał mnie głos Goebbelsa:
- Liczę do trzech! Jeśli do tego czasu nie padnie pytanie z twoich
ust, to najzwyczajniej w świecie ciebie zabiję! Jeden, dwa...
- Dlaczego z pana taki narcyz?! - wypaliłem te słowa zupełnie
bezmyślnie.
- Co proszę?! - zdziwienie Goebbelsa nie miało granic! Podobnie zresztą
jak moje. Nie miałem pojęcia, że mój język jest aż tak bardzo
niewyparzony. W tamtej jednej chwili chciałem go jakoś zaskoczyć, ale...
Nie miałem pojęcia, że zrobię to aż tak dosadnie. No trudno. Skoro
powiedziało się a, to trzeba było to kontynuować...
- No... Wie pan, panie ministrze. Nieprzypadkowo nazywa się pana
"ministrem narcyzem". Jest pan przecież w sobie zakochany po uszy. Do
tego stopnia, że krąży nawet żart, że pan na myśl o masturbacji bierze
własne zdjęcie i właśnie przy nim oddaje się manualnym rozkoszom!
Goebbels z pewnością nie był przygotowany na taki rozwój sytuacji. Co
więcej, właśnie w tej chwili poczułem, że to ja po trochu przejąłem
kontrolę nad naszym spotkaniem, choć jeszcze chwilę wcześniej byłem
tylko małym żuczkiem, asystentem, który nie miał wiele do powiedzenia.
Sam zresztą byłem pod wrażeniem tego, co zrobiłem. Nie sądziłem, że mój
umysł jest zdolny do czegoś takiego! Goebbels był pewnie podobnego
zdania, skoro dotknęło go to tak bardzo. Zaraz potem zabrał z sąsiedztwa
mej skroni pistolet i usiadł na swoim skórzanym fotelu. Moja wypowiedź
musiała być dla niego gorzką lekcją prawdy. Zapewne nie spodziewał się
tak bolesnego pytania. Ja zresztą również nie miałem pojęcia, że mój
umysł pokaże takie "jaja" i tak brutalnie dokopie Goebbelsowi na wstępie
naszej rozmowy.
Dalsze chwile mijały w milczeniu. Minister propagandy miał nietęgą
minę. Moje słowa bez wątpienia sprawiły mu przykrość. Ale i również
chyba dały mu do myślenia, po jakichś pięciu minutach bowiem kazał mi
wyjść z gabinetu:
- Dzisiaj już nie chcę widzieć pana na oczy!
- Ale ja... Ale... Przepraszam! No, wie pan, panie ministrze. Niechcący
powiedziałem to, co ślina przyniosła mi na język!
- Milczcie, Weissman! Swoje już dzisiaj powiedzieliście! Więcej nie
potrzeba!
- Przepraszam, ale zapytam nieśmiało...
- Powtarzam, milczcie! Jutro o dziewiętnastej macie się ponownie
stawić w moim gabinecie. Jeśli was nie zastanę, to obiecuję, że w tej
sytuacji nie zastanie was już nigdy rodzona matka, żona i kochanka. O ile takiej się dorobiliście!
Opuściłem jego gabinet w milczeniu. Goebbels nie musiał mi dwa razy
powtarzać. Szybko zerwałem się z krzesła i niemal wybiegłem z pomieszczenia. Ta cała sytuacja była dziwna, zupełnie nieprzewidywalna.
Bałem się, że kiedy odwrócę się do niego plecami, zostanę w jakiś sposób
zaatakowany. Słownie, a może fizycznie... Może minister użyłby swojego
pistoletu, aby zadać mi ból...
Kompletnie nie miałem pojęcia, co wydarzy się kolejnej doby. Dopiero
teraz dotarło do mnie, że chyba zraniłem Goebbelsa i trafiłem w jego
najczulszy punkt. Cios był na tyle celny, że nie potrafił mnie ukarać, a jedynie zdecydował się odesłać mnie tam, skąd przyszedłem. Przed nim i przede mną jeszcze kilkadziesiąt godzin, nim spotkamy się po raz drugi.
Najwyżej Goebbels uzna, że byłem dzisiaj zbyt bezczelny i wyda na mnie
wyrok śmierci. W tej sytuacji pozostaje mi tylko myśleć optymistycznie!
Przecież już nic gorszego zdarzyć się nie może! Optymizm to podstawa!
Poza tym - co mnie nie zabije, to mnie wzmocni!
Goebbels zaczynał dzień pracy w Ministerstwie Oświecenia Narodowego i Propagandy od lektury gazet, którym jego resort nakazywał, o czym i jak
mają pisać, a o czym nie mogą
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki