Wstęp
Nie muszę klękać w konfesjonale, aby się wyspowiadać.
Nie bardzo też pamiętam formułę, którą się wygłasza wprost do ucha duchownego.
Zresztą, z perspektywy tego z czego chcę się wyspowiadać, nie wystarczyłoby czasu.
Człowiek przede mną. Ludzie za mną. Tam i tutaj widoczny pośpiech.
Moje wyznanie potrzebuje jednak czasu.
Po sakramencie spowiedzi otrzymam do wypełnienia pokutę. Zapewne kilka zdrowasiek lub "Ojcze nasz".
I co dalej?
Będzie mi lżej? Duchowo na moment i owszem.
Ale co dalej?
Nie potrzebuję chyba pokuty.
Pokutuję przez całe swoje życie.
Pokutuję za swoje czyny i za czyny innych.
Więc, czego oczekuję? Może zrozumienia?
Tak. Zrozumienia oczekuję.
Może ktoś pochyli się nade mną i po prostu wykaże się empatią?
Bo empatia to przede wszystkim zrozumienie.
Zrozumienie emocji, które podyktowały takie, a nie inne życiowe decyzje.
Emocje, które nie zawsze były dobre. Zarówno dla innych, jak i dla mnie.
To prawda, że przez całe swoje życie krzyczałam.
To prawda, że ekstrawertyzm w moim wydaniu mógł być dla większości zbyt dziwny.
Dziwny? Mało powiedziane.
Dobiegam siedemdziesiątki, jestem introwertyczką. Życie mnie do tego zmusiło.
Życie innych mnie do tego zmusiło.
Poddałam się z chwilą wypowiedzenia słów "zostawcie mnie wszyscy w końcu w spokoju".
I zostawili, a ja odnalazłam spokój.
Czy Ty, Drogi Czytelniku / Droga Czytelniczko, również doszukasz się w moich słowach zapisanych na kartach tej książki, spokoju?
Wątpię.
Jest dużo niedopowiedzeń.
Zapytasz, dlaczego nie weszłam we wszystkie aspekty głębiej?
Dlaczego wprost nie jestem w stanie powiedzieć, co mi leży na sercu?
Bo jestem tchórzem.
A poza tym "więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie jednak żałuję...".