Sekretny rękopis. Światło dzienne ujrzy dopiero teraz
Sekretny rękopis. Światło dzienne ujrzy dopiero teraz
Na swoim koncie mam kilka książek z cyklu
"Spowiedzi". Dotychczas w moje ręce wpadły rękopisy niepublikowanych
dotąd rozmów między innymi z Adolfem Hitlerem1 i Józefem
Stalinem2. Nie sądziłem jednak, jak bardzo publikacja tych
tytułów wpłynie na moje życie...
Otóż od Czytelników otrzymywałem mnóstwo listów i e-maili. Było ich tak
wiele, że w lekturze wspierała mnie moja żona Paula. Jednak moją
szczególną uwagę przykuła gruba koperta, którą przekazano na ręce mojego
Wydawcy. Sądząc po grubości, spodziewałem się w niej kolejnych dowodów
potwierdzających zbrodnie nazistów. Tymczasem w środku znalazł się
rękopis rozmowy, którą za moment Państwo będą mogli przeczytać po raz
pierwszy.
Jak wynikało z listu, nadawcą był młody człowiek, syn pewnej Polki o niezbyt polsko brzmiącym nazwisku, dajmy na to Cristiny Drohy. Mężczyzna
nie chciał ujawnić swojej prawdziwej tożsamości, co naturalnie
uszanowałem. Poza tym przyznał w liście, że po lekturze moich książek
postanowił przekazać mi to, co było dla niego dotychczas najcenniejsze.
Jest to zapis rozmów, które jego matka odbyła z Josefem Mengelem,
"Aniołem Śmierci", najsłynniejszym lekarzem z Auschwitz. Te notatki do
tej pory ukrywał w rodzinnym sejfie. Dopiero po lekturze moich książek
syn pani Cristiny postanowił przekazać mi rękopisy, bym mógł je
opublikować.
Zdaję sobie sprawę, jak wielka odpowiedzialność na mnie ciąży, lecz mimo
wszystko razem z Wydawcą wierzymy, że ta książka również nie zawiedzie
Czytelników; przede wszystkim jednak skłoni Państwa do refleksji i przy
okazji pozwoli poznać czasy, w których większości z nas na szczęście nie
przyszło żyć.
Z wyrazami szacunku,
Christopher Macht,
contact@christophermacht.com
Chodzi o książkę: Spowiedź Hitlera. Szczera rozmowa z Żydem, Warszawa 2016. [wróć]
Spowiedź Stalina. Szczera rozmowa ze starym bolszewikiem, Warszawa 2017; poza tym polecam również książkę autorstwa Anny Lerke, Spowiedź Ewy Braun. W cieniu Hitlera, Warszawa 2018. [wróć]
Żywioł, który może zabić
Żywioł, który może zabić
Za kilkanaście dni skończyłby sześćdziesiąt
osiem lat. Tymczasem jego ciało leżało w bezruchu na brazylijskiej
plaży, gdy zegar wybił godzinę piątą po południu. Tłumek gapiów powoli
zaczął się rozchodzić, gdy skończyła się dramatyczna scena. Jeszcze
kilkadziesiąt minut temu Josef Mengele kąpał się w wodach Atlantyku.
Teraz jednak nie ma go już pośród żywych...
Kalendarz wskazuje siódmego lutego 1979 roku. Właśnie tego dnia Josef
Mengele za namową swoich znajomych decyduje się wybrać na lokalną plażę,
by zaczerpnąć świeżego powietrza i napawać się widokiem przyrody. A ta
ostatnia od zawsze budziła zachwyt wśród przebywających tu turystów,
którzy licznie podejmują wyprawy nad rzekę Amazonkę, by móc podziwiać
jej piękno. Zresztą cała Brazylia ma jedną z najbogatszych flor i faun
na świecie.
Josef Mengele pod koniec życia. Pod powierzchownością dobrotliwego
starszego pana krył się zbrodniarz wojenny
Tymczasem Mengele podupada na zdrowiu. Mierzy się z powiększoną
prostatą, doskwierają mu bóle kręgosłupa, nadciśnienie, reumatyzm, a na
domiar złego co najmniej od kilku miesięcy miewa stany depresji.
Nietrudno się domyślić, że "Anioł Śmierci", jak zdarzało się go nazywać,
niegdyś człowiek pełen energii, obecnie ma problem, aby czerpać radość z życia. I nic w tym dziwnego. Nie jest łatwo żyć, gdy trzeba być czujnym
na każdym kroku, by nie dać się złapać przez wymiar sprawiedliwości. Do
tego dochodzi jeszcze mocno ograniczony kontakt z rodziną. Krótko
mówiąc, idealny przepis na to, by doprowadzić człowieka do depresji.
Kto wie, może dzisiejsza wyprawa na plażę poprawi nieco humor tego
sześćdziesięciosiedmioletniego człowieka. Tym bardziej że termometry
wskazują solidne 29 stopni Celsjusza. Jak wspominał jego znajomy, tego
dnia Mengele wrócił myślami do Niemiec:
Jestem przekonany, że chciał wrócić do Niemiec. Ostatniego dnia
wyraźnie to powiedział. Nie wiem, czy zdawał sobie sprawę z rychłej
śmierci; siedział jednak samotnie na wielkim głazie i patrzył na wschód.
Mówił: "Tam jest mój kraj. [...] Chciałbym spędzić ostatnie dni w rodzinnym miasteczku Günzburg, gdzieś na szczycie góry, na małym kucyku.
Chcę spisać historię mojego miasteczka1.
Kilka chwil później, gdy Mengelemu zaczyna doskwierać skwar, postanawia
zażyć kąpieli. Pozostawia na brzegu ubranie i wchodzi do wody. Ocean
jest bardzo spokojny, lustro wody właściwie zupełnie gładkie. Zresztą
nic nie zapowiada dalszych wydarzeń. Mengele, przed momentem oddany
sentymentalnym wspomnieniom i rozmyślaniom dotyczącym Niemiec,
niespodziewanie odczuwa napływ energii. Poza tym kontakt z chłodną wodą
przynosi mu dodatkowe ukojenie. Nareszcie ponownie czuje, że żyje. I chce mu się dalej żyć! O tak! Niesiony stanem euforii, oddala się kilka
metrów od brzegu. Dopiero wtedy zaczyna rozumieć, że coś złego dzieje
się z jego ciałem. Prawdopodobnie w tym momencie doznał udaru mózgu,
spowodowanego nieoczekiwanym wylewem krwi. Mengele wie, że to jego
koniec. Jest za daleko od brzegu, by o własnych siłach wrócić na ląd. W oddali słyszy jedynie, jak ktoś krzyczy, by szybko wracał, bo tam, gdzie
się znalazł, są silne prądy. Na jego nieszczęście już jest za późno.
Ciało sześćdziesięciosiedmiolatka odmawia posłuszeństwa, rozum traci
kontrolę nad otoczeniem. Walka o życie właściwie jest już zakończona.
Doskonale obrazuje to wykrzywiona twarz Mengelego, wyrażająca ból. Do
starca podpływa Andreas Bossert, jedna z osób, która towarzyszy mu tego
dnia.
Jedną ręką musiałem go powstrzymywać, a drugą wykonywać ruchy
pływackie. Walczyłem, próbując utrzymać jego głowę na powierzchni, lecz
brak gruntu pod stopami oznaczał, że nie zbliżamy się do brzegu. W końcu
byłem tak wyczerpany, że nie mogłem dłużej opierać się żywiołowi. Wtedy
jednak wpadłem na pomysł, by wykorzystać siłę fal: zanurkowałem,
zakopując stopy w piasku i trzymając jego ciało nad swoją głową - wtedy
jeszcze żył2.
Szanse na uratowanie Mengelego są bliskie zeru. Teraz pozostała jedynie
odpowiedź na pytanie, czy uda się wydostać ciało z wody, czy będzie
musiała się tego podjąć za kilka godzin grupa lokalnych nurków? Bossert
jednak się nie poddaje. Walczy z oporem wody i bezwładnym ciałem starca,
który nie daje już oznak życia. Ku jego radości udaje mu się dopłynąć do
brzegu, ciągnąc ze sobą zwłoki. Błyskawicznie podbiega do nich kilku
ratowników, którzy pomagają mu wyciągnąć Mengelego na brzeg.
Chwilę później znajdujący się przypadkiem w pobliżu doktor zaczyna
wykonywać sztuczne oddychanie na przemian z masażem serca. Przez moment
błyska iskra nadziei, bo na twarzy Mengelego zagościł ślad życia, jednak
nie na długo, trwa to dosłownie ułamek sekundy. Medyk mimo to nie
odpuszcza. Walka o życie trwa. Wciąż próbuje rozruszać serce, wdmuchując
do płuc starca kolejne porcje powietrza. W tym czasie w pobliżu
Mengelego gęstnieje tłum gapiów, chcących przyjrzeć się całemu zajściu.
Ostatecznie zawiedziony lekarz pokręcił głową, dając znak, że tym razem
próba reanimacji zakończyła się niepowodzeniem, na co zgromadzeni
zareagowali błyskawicznie, wydając jęk rozczarowania. Ewidentnie nie
takiego zakończenia się spodziewali. Jak widać, życie pisze różne
scenariusze, nie zawsze kończące się happy endem...
W tym momencie znajomi Mengelego zamarli. Nie chcieli dopuścić myśli, że
nie żyje. Owszem, miewał ostatnio problemy ze zdrowiem, ale dlaczego
miało to od razu znaczyć, że śmierć nadejdzie tak szybko?!
O godzinie osiemnastej na plaży nie było śladów po dramatycznym zajściu.
Tłum gapiów już dawno się rozszedł, pozostało jedynie ciało Mengelego,
które leżało na plaży przez kilka godzin, czekając, aż zjawi się
policjant. W tym czasie zwłoki "wędrowały", przesuwane przez znajomych
Mengelego, bo przypływ z godziny na godzinę pochłaniał kolejny fragment
plaży. Drobne fale dawały ukojenie duszy i ciału. Spokojna tafla wody
towarzyszyła Mengelemu aż do przybycia mundurowego. Ten zaś stwierdził
później, że gdy dotarł na miejsce, zastał dziewczynkę trzymającą
zapaloną świecę, która powtarzała: "Wujek nie żyje, wujek nie
żyje"3.
Źródło cytatu: J. Ware, G. Posner, Mengele. Polowanie na Anioła Śmierci z Auschwitz, Wydawnictwo Znak, Kraków 2019, s. 361. [wróć]
Źródło cytatu: J. Ware, G. Posner, op. cit., s. 361. [wróć]
G. Posner, J. Ware, M. Berenbaum, Mengele: The Complete Story, Maryland, s. 289. [wróć]
Rampa, której nie da się zapomnieć
Rampa, której nie da się zapomnieć
Po wielu godzinach prawdopodobnie
dojeżdżamy na miejsce. Stłoczeni w wagonie służącym do przewożenia bydła
jesteśmy skrajnie wyczerpani. Tutaj zdaje się być pięćdziesiąt, a może
nawet sto osób. Panuje mrok do tego stopnia, że gdy wysiadamy z wagonu,
część osób nie jest w stanie otworzyć oczu, gdyż razi ich światło
dzienne. Pośród nas leżą ludzie, którzy w trakcie podróży zmarli z wycieńczenia.
Esesmani drą się wniebogłosy: Raus! Raus!
Wychodzimy z wagonu kompletnie osłabieni. Jedni wymiotują, inni mdleją,
reszta idzie, ciężko ciągnąc nogi po ziemi. W tym wszystkim "motywują"
nas esesmani, waląc po plecach kolbami karabinów, a tych, którzy chcą
dyskutować, uderzają w twarz.
Oryginalny wagon kolejowy z czasów drugiej wojny światowej. W takich
"bydlęcych" wagonach Niemcy przywozili do obozu Auschwitz-Birkenau
tysiące więźniów
Na rampie stoi elegancki mężczyzna. Na oko ma jakieś trzydzieści lat.
Chwilę wcześniej spędził dobre pół godziny przed lustrem. Ewidentnie
przykłada dużą wagę do swego wyglądu. Ciemne, gęste włosy robią
wrażenie. Na wstępie krzyczy: "Lekarze i aptekarze, wystąp!".
To on decyduje o dalszym życiu lub śmierci. Każdy musi do niego podejść.
On zaś ogłosi swój wyrok. Nie używa do tego pałki jak inni lekarze. Jemu
wystarczą ręka albo znaczące spojrzenie. Wskazuje kciukiem prawą albo
lewą stronę.
Tak, to był właśnie Josef Mengele. I to jest ten raz, jeden z blisko
osiemdziesięciu, gdy to właśnie on przyjmował transport nowych więźniów.
Jak się później dowiedzą, nierzadko człowiek ten chodził sfrustrowany.
Gdy kroczył po obozie, należało na wszelki wypadek ukryć się jak
najdalej, poza obszar jego wzroku. Ci, którzy nie zdążyli tego zrobić,
często ginęli z jego rąk. Mengele, w białych rękawiczkach, wyciągał
pistolet zza paska i bez żadnych emocji zabijał więźnia. Później spluwał
na ziemię, komentując całe zajście typowym dla niego słownictwem, czyli
wiązką obelg w stylu: "Co za cholerny idiota!".
Na lewą stronę idzie zdecydowanie więcej osób. Może nawet siedemdziesiąt
procent. Reszta na prawą stronę. Ci, którzy lądują po prawej stronie,
mają jeszcze przed sobą życie. Tylko, co to za życie? - można by
zapytać, choć wówczas nikt nie ma o tym pojęcia... Pozostała grupa idzie w kierunku budynków, na których jest napisane "Dezynfekcja". Widząc to,
więźniowie nieco się uspokajają. Wchodzą do środka, gdzie strażnicy każą
im ściągnąć ubrania i powiesić je na hakach. Następnie wszyscy są
kierowani w stronę pomieszczenia z napisem "Łaźnia". "Zapewne tutaj
odbywa się dezynfekcja", myśli większość z nich. Na suficie widać coś na
kształt pryszniców, z których prawdopodobnie za moment zacznie lecieć
woda. Kiedy w pomieszczeniu są już wszyscy więźniowie, drzwi do "łaźni"
zostają zatrzaśnięte. Po chwili oczekiwania z "pryszniców" zaczyna
wydobywać się para. Więźniowie myślą, że za moment prawdopodobnie
zacznie się z nich wydobywać ciepła woda. To, niestety, tylko złudzenie.
Pół godziny później jest już po wszystkim. W pseudołaźni na podłodze
leży nawet tysiąc, a czasem i więcej ciał.
Wentylatory chodzą bez przerwy. Kiedy esesmani mają już pewność, że
"łaźnia" została wywietrzona, wpuszczają do środka ludzi, którzy ładują
ciała do windy. Ta zaś wiezie do specjalnych pieców.
Ale najpierw trzeba przejrzeć zęby ofiar. Jeśli mają złote, to
koniecznie trzeba je usunąć. Dopiero po tym zabiegu można wkładać ciała
do pieca. Maksymalnie do jednego pieca wchodzi troje zwłok. Dwadzieścia
minut później z ciał został już tylko popiół. Po człowieku ani śladu.
Inaczej sprawy się miały, gdy do wymordowania była mała grupa więźniów,
dajmy na to trzydzieści osób. Wówczas brano je na bok i zabijano
strzałem w głowę. Nikt nie bawił się w żadne "dezynfekcje".
Spotkanie niezbyt przypadkowe
Spotkanie niezbyt przypadkowe
Moim oczom ukazał się człowiek w podeszłym
wieku. Zadbany, z daleka widoczne były jego siwe włosy. Nie namyślając
się długo, postanowiłam zagaić rozmowę:
- Przepraszam, czy my się znamy?
- Nie sądzę - odburknął, naciągając głębiej kapelusz.
- No tak...
W niezbyt zatłoczonym pomieszczeniu rozbrzmiało skromne echo, które
przerodziło się w kilkusekundową pauzę.
- No tak... - powtórzyłam. - Ma pan rację. W takim miejscu jak to
dyskrecja jest najważniejsza.
Jego cierpliwość osiągnęła szczyt możliwości.
- Czego, do cholery, pani chce?! - jego krzyk pobrzmiewał mieszanką
złości i stresu.
- Spokojnie... Nie ma się pan czego obawiać. W końcu jest pan klientem
mojego zakładu - mówiąc te słowa, spojrzałam na niego zalotnie.
- Zakładu? Toż to zwykły burdel połączony z salą do jogi i medytacji!
Josef Mengele w mundurze SS, 1942 rok
W tym momencie mężczyzna nieco zbliżył się do kobiety, chcąc jej
wyszeptać prosto do ucha słowa, które miały odpowiednio wybrzmieć:
- I nie sądzę, by poza tym łączyło nas cokolwiek innego.
- Skoro tak, to może przejdę do meritum, panie Helmucie Gregor...
Te słowa uderzyły w niego niczym grom z jasnego nieba. Skąd, do
cholery, ta kobieta zna jedno z jego fałszywych nazwisk? I to takie,
którego używał jakieś dziesięć, a może nawet piętnaście lat temu?!
Zapewne takie myśli zaprzątały jego głowę w tej chwili... To zresztą
musiało wywołać tylko jedną reakcję. Poczuł, jak całe ciało oblewa zimny
pot. Tak długo udawało mu się ukrywać przed sprawiedliwością, a teraz,
będąc w jakiejś brazylijskiej kwaterze, gdzie chciał nieco pomedytować i być może nawiązać jakąś znajomość, zaczepia go nieznajoma kobieta, która
czegoś od niego chce, choć jeszcze nie wiadomo dokładnie, co to miałoby
być? A może to agentka Mosadu, mająca wymierzyć sprawiedliwość? Albo
kobieta, która ma go uwieść, by w odpowiednim momencie obezwładnić i przekazać w ręce izraelskich agentów? W tej chwili w głowie Mengelego
kłębią się tysiące myśli. I żadna z nich nie daje mu nadziei na
jakikolwiek spokój. W związku z tym postanowił brnąć dalej w wersję
niefortunnej pomyłki.
- Słucham? Helmut Gregor? Chyba mnie pani z kimś pomyliła. Jestem...
Przyłożyłam mu palec do ust, by darował sobie dalszy wywód.
- Doskonale wiem, kim pan jest, Herr Josefie. Porozmawiamy na
osobności, czy woli pan robić sceny w recepcji mojego skromnego
lokalu?
Mężczyzna lekko skinął głową, ze zrezygnowaniem potwierdzając, że
zgadza się na moją propozycję. Widząc to, wskazałam drzwi po jego prawej
stronie.
- Te uchylone, na których wiszą dwa pióropusze - wyjaśniłam.
Starzec potulnie wstał z sofy, poprawił kapelusz i ruszył we wskazanym
kierunku. W pomieszczeniu tliła się świeca, dająca skromne światło. Przy
ścianie stało wielkie łóżko z dwiema poduszkami i kołdrą. Wszystko
okrywała czerwona kapa. Obok ulokowana była niewielka komoda, a na niej
olejki, służące zapewne do podgrzewania atmosfery wśród klientów. Były
też okrągły dywan, ozdobiony frędzlami, jakaś replika obrazu Da Vinci i czerwona róża, nieco już zwiędnięta. Spośród tych wszystkich przedmiotów
wzrok starca ciągle skupiał się na wielkim łóżku, wpatrywał się w nie
bez przerwy, co zresztą dało się zauważyć.
- Proszę się tak nie wpatrywać w łóżko, nic z tego nie będzie, Herr
Josefie - mówiąc to, zalotnie puściłam oko, poprawiając przy tym
bluzkę, która odsłaniała sporą część wydatnych piersi.
- Usiądźmy tutaj - zadecydowałam, wskazując skromne biurko i dwa
drewniane krzesła, które mężczyzna zauważył dopiero teraz.
Z obrzydzeniem i wielką niechęcią podałam mu rękę na powitanie.
- Cristina Droha, Polka o dziwnie brzmiącym nazwisku, dzień dobry.
- Ekhm... Ja się przedstawiać chyba nie muszę...
- Polowałam na pana od dawna, zresztą nie tylko ja, prawda?
Mężczyzna zareagował nerwowym śmiechem, co nie umknęło mojej uwadze.
- Na pana miejscu też bym się stresowała. Polowania na nazistów to
ostatnio dość modny sport. I do tego można na tym nieźle zarobić...
Po czole Mengelego spłynął strumień potu. Czuł się gorzej, niż mógłby
sobie to wyobrazić. Niepewność tego, co go za chwilę spotka, potęgowała
strach. A przecież był świadkiem wielu zdecydowanie straszniejszych
sytuacji. Jednak wówczas żadna z nich go nie dotyczyła - dopiero teraz
dotknął tego bezpośrednio. Mimo to milczał, licząc, że rozwój sytuacji
będzie lepszy, niż podpowiadał mu instynkt.
Długo nie zwlekając, kontynuowałam:
- Pewnie zastanawia się pan teraz, czego od pana chcę, prawda?
- Jakże mogłoby być inaczej, droga pani. Owszem... -ostatnie słowa
wybrzmiały z tak wielkim przekąsem, że nie sposób było tego nie
zauważyć.
- Przejdę do sedna, by nie trzymać pana w niepewności. Mieliśmy już
okazję się spotkać. Choć nie były to tak przyjemne okoliczności jak
dzisiaj... Zapewne domyśla się pan, co mam na myśli.
- Niekoniecznie. Mam grubo ponad sześćdziesiąt lat. Mogliśmy się spotkać
w wielu różnych miejscach - odpowiedział Mengele, badawczo spoglądając
na kobietę.
- Miejsce, z którego jest pan znany, jest właściwie tylko jedno...
- To znaczy?
- Zdaję sobie sprawę z tego, że czuje się pan teraz jak czytelnik
kryminału, który jak najszybciej chce poznać zakończenie, pomijając przy
tym zbędne ozdobniki.
Mężczyzna przyglądał mi się wnikliwie. Przypuszczał, że na oko mam
ponad pięćdziesiątkę, choć trzeba przyznać, że poza dojrzałymi rysami
twarzy takiej figury nie powstydziłaby się żadna dwudziestoparolatka.
Poza tym byłam zdecydowanie inna niż tutejsze kobiety. Mam białą
karnację, niepodobną do brazylijskich mulatek. Wyrwałam go z zamyślenia:
- Halo!? Czy pan mnie słucha? Chyba odpłynął pan myślami.
- Tak. Nieco tak...
- Dobrze. Niechaj będzie. A skoro tak, to powiem panu, jaki jest plan.
Oficjalnie nazywam się Cristina Droha, jednak prawda jest zupełnie inna.
Jestem Polką, która szczęśliwie ocalała w obozie w Auschwitz.
Mengele słysząc słowo "Auschwitz", mocno się wzdrygnął. Jak to możliwe,
że po tylu latach przeszłość zatoczyła koło i będąc na drugim końcu
globu, dziesięć tysięcy kilometrów od Auschwitz, musiał spotkać swoją
niedoszłą ofiarę? Nieprzypadkowo w Niemczech mawiało się, że "Gott kommt
langsam, aber gewiss"1. Mengelemu zaczęły się pocić ręce.
Czego może chcieć kobieta z obozu śmierci, w którym decydował o tym, kto
przeżyje, jeśli nie zemsty? Odpowiedź była tak oczywista, że dalsze
oczekiwanie w niepewności było zdecydowanie zbędne. Trzeba było sobie
również darować bajki, że kobieta pomyliła go z kimś innym. Skoro znała
jego starą przykrywkę, to pewnie wiedziała o nim zdecydowanie więcej.
Widocznie na razie nie chciała odkrywać kart. Matka powtarzała mu, by
zawsze milczał i słuchał uważnie, kiedy mówi do niego kobieta. Tak też
właśnie zrobił.
- Nawet nie ma pan pojęcia, jak wiele razy po tym, jak ocalałam z Auschwitz, zastanawiałam się, w jaki sposób bym pana zabiła, gdybym
tylko miała okazję! Proszę mi wierzyć, że tych pomysłów nie powstydziłby
się żaden seryjny morderca. I proszę, po tylu latach Josef Mengele
zjawia wprost w moim domu rozkoszy. Cóż za ironia losu!
Mengele jedynie odchrząknął, aby potwierdzić, że wciąż uważnie słucha,
a przy tym zachowywał się, tak by nie musieć wtrącać się w ten monolog.
- Na pańskie szczęście czas leczy rany. Albo przynajmniej po części je
goi, pozwalając zapomnieć chociaż na chwilę o tym, co boli. I tak było w moim przypadku. W pewnym momencie zaczęła we mnie słabnąć chęć zemsty,
którą zaczęła wypierała ciekawość. Zaczęłam się zastanawiać, jak to
możliwe, że człowiek może stać się takim potworem jak pan.
Cierpliwość starca sięgnęła zenitu. Miał już tego dość. W przeszłości
mistrzem w wygłaszaniu monologów był Hitler. Jego przemówienia czasem
trwały kilka godzin. Tyczyło się to zresztą nie tylko oficjalnych
wieców, ale i mniejszych narad partyjnych. Wówczas Mengele wsłuchiwał
się w każde słowo swojego przywódcy. Teraz jednak nie był w stanie
wykrzesać z siebie więcej cierpliwości. Tym bardziej że nadal nie
wiedział, o co chodzi tej kobiecie. Czas, by przejąć inicjatywę.
- Szanowna pani...
Mengele zaczął się zastanawiać, jak mam na imię.
- Jestem Cristina Droha.
- No właśnie. Pani Cristino... Czego konkretnie pani ode mnie chce,
skoro nie zemsty?
- Chcę prawdy, szanowny panie!
- Phi! No to nie mamy o czym gadać. Wszystko, co miałem do powiedzenia,
już dawno powiedziałem. Zresztą to, czego pani ode mnie oczekuje, jest
dość dziwne. Na pani miejscu najmocniej na świecie pragnąłbym zemsty.
Szczególnie teraz, gdy ma mnie pani na widelcu.
Kobieta pokiwała głową, dając wyraźny znak aprobaty, co jeszcze
bardziej nakręciło Mengelego:
- W związku z tym proponuję, by pani jak najszybciej postarała się o broń i palnęła mi prosto w łeb. Zapewniam, że nie będę stawiał żadnego
oporu. Przed tą egzekucją, jeśli to możliwe, prosiłbym jedynie o szklankę wody. Chciałbym odpowiednio nawodnić moje ciało.
W pokoju rozległ się głośny śmiech. To zaśmiała się Cristina, która tym
samym dała wyraźnie do zrozumienia, co sądzi na temat pomysłu
Mengelego.
- Szanowny panie Mengele! Proszę nie mierzyć wszystkich swoją miarą!
Owszem, w obozie koncentracyjnym w Auschwitz zginęły miliony niewinnych
ludzi. Nie znaczy to jednak, że to wyraźny znak, by pana natychmiast
skazać i zabić.
- Nalegam jednak, by rozważyła pani tę propozycję.
- Herr Mengele. Czasy, kiedy pan nalegał, na szczęście już minęły.
Teraz to nie pan wydaje dyspozycje. Proszę spojrzeć w tamto miejsce.
Kobieta wskazała róg sufitu. Mengele posłusznie wykonał polecenie, ale
nic ciekawego tam nie było. Ot, sufit. Kiedy jednak wrócił wzrokiem do
wnętrza pokoju, dostrzegł, że na stoliku pojawiła się skórzana, brązowa
kabura. Kobieta bez słowa wyciągnęła jej zawartość. Dopiero wtedy jego
oczom ukazał się pistolet, niemiecki glock.
Widząc to, zaśmiał się nerwowo.
- Trzeba przyznać, że działa pani błyskawicznie. Przed momentem prosiłem
o śmierć i tu nagle znalazł się pistolet. No proszę...
Sztuczności śmiechu Mengelego nie da się opisać. W przeszłości udawało
mu się wielokrotnie zbiec przed sprawiedliwością. Zapewne nie sądził, że
może zginąć właśnie teraz. I to z rąk jakiejś Polki, której sam
podrzucił pomysł o zabiciu!
- Proszę wziąć - kobieta podała Mengelemu broń - Chciał pan
szybkiego rozliczenia ze swoją przeszłością, to będzie pan je miał.
Zdezorientowany starzec nieśmiało sięgnął po glocka. Za moment jego
wieloletnie ucieczki przed wymiarem sprawiedliwości, życie w ukryciu,
brak codziennego kontaktu z rodziną, to wszystko pójdzie na marne. Od
końca życia dzieli go już tylko jeden nabój. No, chyba że...
- Niech pan się nawet nie waży celować we mnie! Taki pomysł może pan
sobie od razu wybić z głowy. Jeden zły ruch i wypruję z pana flaki!
Jednak nic z tego. Kobieta jest zbyt pewna siebie, by ten numer
przeszedł. Tym bardziej że trudno uciec od jej spojrzenia. Jej zielone
oczy przeszywają na wylot. Wystarczy, by wzrok spotkał się z jej... W tym
momencie w wąsach Josefa Mengelego pojawiają się pierwsze krople potu, a po chwili jest nim oblepione całe ciało. Sześćdziesięcioparoletni
Mengele wie, że nie ma już ucieczki.
- No to jak, strzela pan czy nie? Męska decyzja!
Na twarzy starca zarysowało się zwątpienie. Chwilę temu dałby wiele, by
móc jak najszybciej się zabić. Jednak gdy doszło do takiej możliwości,
jego wewnętrzną odwagę osłabiły różne wątpliwości. Czy byłaby roztropna
śmierć z własnych rąk? Przecież dotychczas tyle razy uciekał przed
wymiarem sprawiedliwości. Zapewne i teraz będzie dobrze. Żal byłoby się
zabić, gdy na horyzoncie widać szansę przetrwania.
- Pasuję. Nie zabiję się...
Dźwięk odkładanego na stół glocka odbił się w pokoju solidnym echem.
Mengele wiedział, że przed nim jeszcze długa droga. Ściągnął kapelusz,
położył go na brzegu biurka i oparł się o drewniane oparcie krzesła,
czekając na dalszy rozwój wydarzeń.
Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy. [wróć]
Przystojniak, który został "Aniołem Śmierci"
Przystojniak, który został "Aniołem Śmierci"
Los sponiewierał nas oboje. Ja zostałam
burdelmamą, pan zaś samotnym zgredem, który szuka towarzystwa w takich
przytułkach, zapewne pod przykrywką uprawiania jogi i chęci
medytacji.... Zresztą, nie ma się co dziwić, że chce pan medytować. Na
pana miejscu też próbowałabym zagłuszyć swoje myśli. Ale to nieważne! Co
istotniejsze... Kto by pomyślał, że przetrwam piekło zgotowane przez
nazistów w Auschwitz i lata później spotkam na swojej drodze jednego z architektów tego, co działo się w obozie, w którym przyszło mi
przebywać.
- Czy to jest pytanie, czy co?
- A co pan taki nerwowy?! W Auschwitz był pan zdecydowanie bardziej
opanowany! A teraz widzę, że na starość pojawiły się humorki.
Josef Mengele na fotografii z drugiej połowy lat 30.
- Nadal nie wiem, czego chce się pani dowiedzieć. Przejdźmy do o sedna,
jeśli możemy. Chciałbym zdążyć na wieczorny seans telewizyjny Walta
Disneya.
- Może pan sobie to wybić ze swojego nazistowskiego łba. Nie puszczę
pana, póki nie zadam pytań, które chciałaby zadać każda pana ofiara.
- No to słucham! - odparł Josef Mengele wyraźnie zdenerwowany.
Chcąc go wyprowadzić z równowagi, jeszcze bardziej wytrzeszczyłam oczy
i w skupieniu zaczęłam się przyglądać jego twarzy. Była już nieco
podstarzała. Sporo było na niej zmarszczek. Jednak wąs nadal był w dobrej kondycji. Podobnie zresztą jak włosy. Siwe, ale zdrowe,
nieprzetłuszczone. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że usiadłam
naprzeciwko "Anioła Śmierci". Nie chcąc dłużej trzymać go w niepewności,
zaczęłam wreszcie mówić:
- Zachowałam w pamięci wspomnienia z czasów Auschwitz, między innymi
pamiętam pana jako przystojnego mężczyznę, ubranego w perfekcyjny
mundur, błyszczące buty, piękną koszulę; elegancja w każdym calu. To
właśnie pan stał na rampie, gdy przyjechałam w transporcie do obozu. Na
początku widziałam w panu zbawcę, gdyż wskazał mi pan drogę, która nie
prowadziła do krematorium. Dopiero później dowiedziałam się, jakie czyny
stoją za panem. I wie pan co? Do dzisiaj nie mogę pojąć, jak tak
przystojny, a do tego, jak przypuszczam, inteligentny człowiek mógł się
ich dopuścić?
- Każdy do czegoś dąży. Marzyła mi się sława, uwielbienie przez
środowisko naukowe. I nadarzyła się ku temu okazja. Wtedy nie myślałem
zbytnio o tym, że działam w myśl zasady: "Po trupach do celu". Robiłem
to, co wydawało mi się słuszne.
Jego odpowiedź była nad wyraz chłodna. Powiedział to wszystko w sposób
pozbawiony jakichkolwiek emocji. Niczym żołnierz, który odpowiada na
pytanie swojego dowódcy. Czyżby nie miał żadnych wyrzutów sumienia?
- Nie miał pan chwili zawahania?
- Arystoteles twierdził, że wszyscy ludzie z natury pragną wiedzy. I ja
doskonale to czułem. To również Arystoteles przekonywał, że należy
rozpocząć poznawanie od zapoznania się z ludzkim ciałem. I to chciałem
czynić.
- Poza tymi dwoma cytatami za wiele o Arystotelesie pan chyba nie
wie.
- Czytałem o nim, i to sporo.
- To chyba nie doczytał pan do końca. To Arystoteles stwierdził, że
najniegodziwszym i najdzikszym stworzeniem jest człowiek bez poczucia
moralności. To chyba o nazistach i o panu?
- Złośliwość jest oznaką inteligencji, dlatego zaczynam panią lubić.
Choć znamy się zaledwie od pięciu minut.
- A jak inaczej nazwać to, co robiliście?
- No tak, owszem, moralność w działaniach nazistów odjechała na boczny
tor. Zgoda.
- To zapytam inaczej. Gdyby miał pan wskazać moment, w którym stał się
pan człowiekiem pozbawionym sumienia, to kiedy by to było?
- Wypraszam sobie! To pytanie z jasną tezą. Dlaczego z góry zakładamy,
że byłem złym człowiekiem?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki