.
PRAWIE WSZYSTKO, CZEGO NIE WIECIE O DETEKTYWACH
Historia pierwsza
- Dzień dobry, jestem już na miejscu, gdzie pan jest? - dopytuje Elżbieta (imię zmienione). Jest lekko zaniepokojona, ale przede wszystkim zmartwiona. Niepokoi się i bardzo dziwi, że detektyw X, który miał tak prestiżowo i profesjonalnie wyglądającą stronę, na spotkanie w sprawie jej zaginionego wnuka proponuje pobliskiego McDonalda. O tej porze jest tutaj tłum ludzi, bo bar leży przy ruchliwej arterii. Elżbieta zamawia kawę z mlekiem, zostaje niechcący popchnięta przez grupę nastolatków wybiegających z łazienki ku wyjściu. Dzieje się to w momencie, kiedy próbuje upić łyk kawy, więc natychmiast gorący płyn wylewa się na jej płaszcz Max Mary (ostatni zakup, 12 tys. zł). Zmartwiona jest już od kilku tygodni, właściwie przerażona. Były zięć, który rozwiódł się z jej jedyną córką, uprowadził synka. Córka szaleje z niepokoju, policja niewiele może poradzić. Babcia Elżbieta na szczęście ma pieniądze, więc wpada na pomysł, aby skorzystać z usług detektywa. Przez wyszukiwarkę internetową wybiera, jak sądzi, specjalistę. Na stronie detektywa znajduje wszystko, co kojarzy się z profesjonalnymi usługami na poziomie Jamesa Bonda - piękny i rzeczowy opis, zdjęcia superszybkich aut i helikopterów sugerujące, że to wszystko znajduje się na wyposażeniu agencji.
Kiedy Elżbieta pierwszy raz tam dzwoni, odbiera mężczyzna, którego głos brzmi znajomo. Ale nie ma złych przeczuć. Te pojawiają się dopiero wtedy, gdy detektyw proponuje jej spotkanie w McDonaldzie. To tam ma omawiać szczegóły porwania dziecka? Dlaczego nie w siedzibie tej wyglądającej na wielką i znaną kancelarii detektywistycznej?
- Ja też już jestem, stoję po prawej stronie przy ladzie z zamówieniami. Mam ze sobą czarną teczkę, po tym pani mnie pozna - mówi detektyw.
Elżbieta przytrzymuje kubek z kawą, który parzy ją w dłonie, nie zwraca już uwagi na plamę na płaszczu, przeciska się przez tłum. Kiedy zbliża się do lady, rzeczywiście dostrzega mężczyznę z teczką, który patrzy na nią lękliwie, cały skulony.
W detektywie Elżbieta rozpoznaje niespełna trzydziestoletniego ogrodnika, który pracował w ogrodzie przy jej domu przez kilka miesięcy, a potem odszedł, bo "założył własną firmę".
Okazuje się, że na wyposażeniu nie ma niczego, co obiecywał na stronie. Nie dysponuje nawet własną siedzibą jako "detektyw", który ukończył 50-godzinny kurs online. O helikopterze nie wspominając.
Elżbieta natychmiast zrywa kontakt z samozwańczym detektywem, na szczęście nie podpisała żadnej umowy. Miała szczęście, bo jej kolejnym krokiem było zgłoszenie się do Dariusza Korganowskiego. Po dwóch tygodniach jej córka odzyskała syna, a ona wnuka. Był przetrzymywany w Budapeszcie, w pokoju bez okien, przez swojego biologicznego ojca, który chciał ukarać w ten sposób eksżonę. Za to, że ośmieliła się z nim rozwieść.
Historia druga
Łódź, koniec lata 2025 roku. Siedziba kancelarii detektywistycznej Top Detektyw. Kilka gabinetów, w których specjaliści pracują od rana do wieczora. Czasem robi się tu pusto, gdy trzeba jechać na obserwację lub na akcję do miasta - gdzieś w Polsce albo do innego kraju.
Detektywi, którzy pracują dla Darka, wpadają na pomysł pewnej taktyki. Chodzi o to, abym lepiej zrozumiała sposób ich działania, ale też to, jak łatwo można manipulować dowodami, faktami i dokumentacją. Niestety, wielu samozwańczych detektywów dopuszcza się takich działań. Sprawdzam.
Dariusz zaprasza mnie na krótki spacer po niewielkiej uliczce na przedmieściach Łodzi. Uprzedza:
- Będziesz śledzona. Twoim zadaniem jest spróbować dowiedzieć się, kto lub co to robi, bo to nie musi być człowiek. Spróbuj zgadnąć, co się dzieje. Potem przekonasz się osobiście.
Nie wiedziałam do tej pory, jak czuje się człowiek, który ma świadomość, że ktoś go śledzi. To nie jest przyjemne wrażenie. Mimo że nic złego nie zrobiłam, towarzyszy mi dyskomfort. Ktoś śledzi moje gesty, ruchy, ktoś może coś z tym zrobić, tylko co? Już zaczynam podejrzewać, co się dzieje w głowach gwiazd, które są ścigane przez paparazzi i nie mają prywatności. Ale też już wiem, jak czują się klienci czy osoby, na które ktoś wydał zlecenie. Oczywiście, nie każdy tzw. figurant wie, że jest śledzony. Większość nie wie. Ale część podejrzewa - i już powoli rozumiem, o co chodzi.
Idziemy więc powoli. Rozmawiamy. Ja rozglądam się co kilkanaście sekund, próbując zgadnąć, kto może robić mi zdjęcia lub mnie nagrywać. Na pierwszym piętrze niewysokiego budynku stoi starszy mężczyzna i pali papierosa. Chyba mi się przygląda. A może nie, może mi się wydaje? Przejeżdżają dwa samochody. To tam ktoś się na mnie czai? Mijamy też zaparkowane auta, jest ich wiele przy uliczce, dzień roboczy, pewnie w pobliżu są biura. W autach nikogo nie widzę, więc odpada? Mija nas teraz rowerzysta, ale jest zapatrzony przed siebie, a na uszach ma słuchawki. Chyba że to dla niepoznaki, może ma aparat przymocowany do kasku albo plecaka? Teraz mijamy staruszkę z wielką siatą pełną warzyw na zupę. Jest zgarbiona, wpatrzona w ziemię, powoli i z trudem stawia kroki. To nie ona... Chyba? Zaraz, zaraz, tu łatwo popaść w paranoję. Mam dość spaceru. Chcę wracać do biura.
- OK, wystarczy. Za 15 minut dostaniemy materiał dowodowy - oznajmia Dariusz.
Wracamy do jego gabinetu. Po kwadransie przekazuje mi smartfon. Na ekranie nasze zdjęcia, klatka po klatce, idziemy. Widać każdą zmarszczkę, każdy grymas, każdy uśmiech, bardzo wyraźnie. Na kilku zdjęciach Darek dłonią dotyka mojego przedramienia i ramienia, jest blisko mnie. Wiemy, po co to zrobił.
W ten sposób pokazuje mi, że wystarczy kilka niewinnych, zwykłych gestów przyjacielskich czy koleżeńskich, ludzkich, aby doszyć historię. Na przykład stworzyć opowieść o nieistniejącym romansie. Albo o jakiejś zażyłości. Albo o czymś, na co akurat jest zamówienie.
To mnie zdumiewa. Zdjęć jest prawie 100, a spacer był krótki, po prostu przeszliśmy się wąską uliczką w tę i we w tę.
Ale kto i gdzie, do cholery, robił te zdjęcia?
Korganowski uśmiecha się tajemniczo.
Samochód. Wśród tych licznie zaparkowanych, które mijaliśmy, stał zwyczajnie wyglądający samochód osobowy, zwykły i wcale nie nowy. Jak się okazuje, nafaszerowany elektroniką i sprzętem. Nie poznam szczegółów tej operacji, bo to ich know-how. Ale dziś, w dobie wysokiej technologii, już nie zawsze trzeba mieć na miejscu człowieka. Jasne, ktoś musi tym sterować, lecz nie zawsze musi siedzieć w aucie, jak kiedyś, po wiele godzin. Choć są sprawy, które tego wymagają i o nich tutaj też będzie można przeczytać.
Fałszywi albo nieetyczni detektywi dorabiają do takich zdjęć historię: Widzi pani, mąż chodzi z jakąś obcą kobietą po ulicach, prawie się przytulali, pewnie nie mogli już wytrzymać. Tak, to na pewno romans, a może i długi związek alternatywny.
Obie opisane wyżej historie łączy to, że detektywistyka to broń obosieczna i zawód, który wymaga etyki. A etyki nikt właściwie nie uczy i nie weryfikuje, stąd wiele spraw zostaje nakręconych, sztucznie zbudowanych albo zmanipulowanych. Cóż, obecnie detektywem w Polsce może zostać niemal każdy, nawet były przestępca (i nieraz ma to miejsce). Nikt tego nie weryfikuje, istnieją luki prawne. Prawdziwych etycznych i doświadczonych detektywów jest w Polsce niewielu.
Dlatego ta książka musiała powstać.
Poznajcie kulisy prawdziwej pracy detektywa. Nie tego z social mediów czy z paradokumentów, które czasem bardziej mijają się z prawdą niż bajki Disneya.
Magdalena i Dariusz
(Nie)każdy może zostać detektywem
Jak odróżnić fejkowego detektywa, detektywa-celebrytę od specjalisty? Wybór jest kluczowy, bo detektywom powierzamy intymne tajemnice, sekrety, wiadomości i fakty. Czasem takie, o których nie wie nikt, czasem takie, które zdradziliśmy księdzu na spowiedzi. Notabene, księża stanowią coraz liczniejszą grupę klientów, bo sporo grzeszą. Przeczytacie o tym w części poświęconej szantażom.
Od czasów deregulacji zawodu detektywa, branża "złapała" mnóstwo zupełnie świeżych, nowych osób, które chcą uprawiać ten zawód. Coraz częściej spotykamy się z tym, że ktoś będący kiedyś w zupełnie innej branży, czy to ogrodnik, czy budowlaniec, czy muzyk, naogląda się filmów, nasłucha opowieści i nagle chce zostać detektywem. I tutaj musimy bardzo uważać, bo w tej branży największą rolę odgrywa bardzo istotny element, czyli doświadczenie. Doświadczenie można zdobywać również na rynku cywilnym. Jednak brak praktyki w organach ścigania - zwłaszcza w policji czy służbach specjalnych - oznacza niepełną znajomość zasad poruszania się w obszarze pracy z obiektem i figurantem.