Gdy mówimy, że Jezus wziął na siebie nasze grzechy, straty, długi, wskazujemy na porządek sprawiedliwości. Śmierć za grzech, rana rodzi ranę. Wydaje mi się, że tak często traktujemy spowiedź - jako spotkanie z Bożą sprawiedliwością.
Na szczęście ratuje nas miłosierdzie. Najlepiej tłumaczy je Ewangelia o ojcu miłosiernym, inaczej nazywana Ewangelią o synu marnotrawnym. Opowiada ona o tajemnicy stworzenia człowieka i o jego godności. Syn otrzymuje od ojca przypadającą na niego część majątku. Relacja do ojca to relacja dziecięctwa. Tak jest i z nami: jesteśmy synami i córkami Boga, mamy prawo do Niego i do części, a wręcz do całości dziedzictwa. W Jezusowej przypowieści zostały zastosowane ludzkie kategorie: mówi się w niej o części zgodnie z obyczajami panującymi wśród Żydów. Myśląc teologicznie, trzeba powiedzieć, że każdy ma prawo do całego Pana Boga. Człowiek ma prawo do dziedzictwa, czyli do misterium Ojca. Dziedzictwo nie jest przez niego wypracowane, ale może je wziąć, bo na niego przypada. Na tym polega tajemnica wolności - Ojciec na prośbę syna daje mu dziedzictwo i syn może zrobić z nim, co chce. Jeśli przeniesiemy tę sytuację na relację rodzice - dziecko, to dobrzy rodzice dają dzieciom dary i obdarzają je wolnością, czyli biorą na siebie ryzyko, że dziecko podejmie złe decyzje. Dziecka nie da się zaprogramować, żeby zawsze czyniło dobrze. Gdy się nim manipuluje, nie ma szans stać się w pełni dojrzałym mężczyzną czy kobietą. Tylko miłość może sprawić, że będzie podejmowało dobre wybory w wolności.
W przypowieści dziecko bierze to, co na nie przypada, i w wyniku błędnych decyzji trwoni majątek, przestaje być dziedzicem, synem. Kiedy orientuje się, co się stało, stwierdza: "Niewolnicy u mojego ojca mają lepiej. Nie dzieci, nie synowie, ale niewolnicy u ojca mają lepiej, niż ja mam teraz. Pójdę do ojca i poproszę, aby uczynił mnie jednym z nich. Zmarnowałem dziedzictwo, więc nie mam prawa być dzieckiem. Nie mam już w rękach nic, co byłoby znakiem mojego synostwa" (por. Łk 15,17-21).
Ów człowiek konsekwentnie posługuje się tu logiką wynikającą ze sprawiedliwości.
Można się zastanawiać, czy pomyślał, że odpracuje to, co stracił. Chyba tak, choć kiedy przychodzi do ojca, to nie zwraca się do niego "Panie", tylko "Ojcze". W swojej logice sprawiedliwości jest niekonsekwentny. Ma świadomość, kim jest ojciec. Mówi "Ojcze", choć zaraz dodaje: "zgrzeszyłem przeciwko Bogu i względem Ciebie i nie jestem godzien, nie mam żadnego tytułu, żeby się nazywać twoim synem, twoim dzieckiem". Taka jest sytuacja człowieka w momencie, w którym roztrwonił skarb. Z punktu widzenia prawa respektującego sprawiedliwość nie ma nic, co dawałoby mu możliwość nazywania się synem, i on o tym wie.
Myślał zapewne, że będzie przez pięćdziesiąt lat pracował, ale odbuduje tę część skarbu, która była mu przeznaczona.
W tej Ewangelii syn wygłasza formułę, którą przygotował. Ona jest prawdziwa, ale ojciec na nią nie odpowiada. Nie podejmuje dyskusji na poziomie zaproponowanym przez syna. Przed synem stoi najtrudniejsze zadanie - musi zaakceptować to, co zaproponuje ojciec. Ten woła do sług: "dajcie mu sandały, szatę, pierścień" (por. Łk 15,22). Daje synowi insygnia synostwa i władzy. Mało tego, każe zabić tuczone cielę, chce ucztować i cieszyć się. To jest miłosierdzie - moment, w którym ojciec decyduje, że syn wraca do domu za darmo. Miłosierdzie to uznanie, że ważniejszy jest człowiek, który wrócił, niż to, co stracił po drodze.
Czy sprawiedliwość nie byłaby łatwiejsza? Marnotrawny wolałby pewnie ponieść konsekwencje swego wyboru. Skoro stracił godność, chciałby na nią na nowo zasłużyć. To byłoby godne człowieka dorosłego. Tymczasem widać, że wszystko zależy od ojca, który traktuje wracającego jak małe dziecko. Syn przyszedł z propozycją rozwiązania problemu, a ojciec nie słucha...
Rzeczywiście wydaje się, że nic nie zależy od syna, że wszystko jest za darmo, a ojciec nie podejmuje z nim rozmowy. Jednak, prosząc, by dano mu insygnia władzy, insygnia dziedzictwa i przygotowano ucztę, mówi mu: "teraz wszystko zależy od ciebie". Prosi syna, by zaakceptował ojcowską miłość, złożył ofiarę z własnego postrzegania świata, żeby zrezygnował ze sprawiedliwości i z logiki. Syn myślał dotąd, że wszystko odpracuje. Tymczasem ojciec wiedział, że gdy tak się stanie, to będzie się czuł samowystarczalny, dojdzie do wniosku, że zdoła rozliczyć się z ojcem. To uwięziłoby go na zawsze na płaszczyźnie sprawiedliwości. Ojcu chodziło o coś zupełnie innego. Syn przychodzi z pustymi rękoma, nie ma nic. Jedyne, co może zrobić, to przyjść. Ojciec pokazuje mu coś, z czego on nie zdaje sobie sprawy. Syn nie musi niczego odpracowywać, bo wszystko już ma. Dramat grzechu, roztrwonionego dziedzictwa polega na tym, że patrzy się wtedy z bardzo egocentrycznej perspektywy. Człowiek jest tak mocno skupiony na sobie, że widzi tylko siebie i to, co zmarnował, dlatego chce odpracować, odbudować swoje życie, nadrobić stracony czas. Ojciec z tej Ewangelii mówi, że tego nie da się zrobić. Nie da się cofnąć czasu, ale można żyć od nowa. Wszystko zależy od ciebie, bo jeżeli nawet masz wrażenie, że dostajesz za darmo nową szansę, to nie jest ona darmowa, gdyż teraz musisz przyjąć dar miłosierdzia. Mam często wrażenie, że najtrudniejsza rzecz, którą człowiekowi przychodzi zrobić w życiu, to przyjąć dar, uznać, że ktoś mi pomaga, a ja nie będę w stanie mu się wystarczająco odwdzięczyć. Jeżeli przyjmuję taki dar, to zostawiam siebie, myśli, które ciągle napominają, że powinienem coś sobą w życiu prezentować, coś zrobić, coś umieć, coś wypracowywać. Sprawiedliwość wewnątrz miłosierdzia polega na tym, że człowiek musi dokonać ofiary z siebie. W przypowieści syn musi zrezygnować z koncepcji bycia jednym z najemników. Jeśli człowiek wie, ile kosztuje rezygnowanie z koncepcji, którą sobie wymyślił, nie będzie mówił, że jest to łatwe.
Czy starszy syn nie miał jednak racji, że się buntował? Młodszy syn odszedł, sponiewierał swoją godność, wie, że nie jest godzien nazywać się synem, a ojciec zachowuje się tak, jakby nic się nie stało.
Starszy syn nie zdaje sobie sprawy z tego, jaki ma dar. Człowiek, który nie zgrzeszył, który dobrze żyje, bardzo się różni od kogoś, kto się pogubił w życiu, komu wszystko się rozsypało. Starszemu synowi brakowało uświadomienia sobie, jak wielkim szczęściem jest życie bez grzechu, bez klęski. Brakowało mu także współczucia, nie był w stanie wyobrazić sobie, jaką tragedią jest powracanie wspomnień, nieustanna świadomość zmarnowania życia. Osoby prowadzące terapię dla kobiet, które dokonały aborcji, zwracają uwagę, że doświadczenie to tkwi w ich sercach tak silnie, iż nie mogą się od niego uwolnić. Jeżeli starszy syn mówi: "Przyjąłeś go tak, jakby nic się nie stało" (por. Łk 15,29-30), to znaczy, że nie jest w stanie sobie wyobrazić, że jego młodszy brat będzie teraz żył ze świadomością zmarnowanego czasu, zmarnowanych talentów, że może to wracać jako zaczyn następnej klęski. Takie wspomnienia przynoszą pokusę powrotu do chlewa. Tak jest na przykład z człowiekiem, który wychodzi z alkoholizmu. Pamięta, ile zniszczył w jego życiu alkohol, ale zawsze grozi mu też, że spróbuje uciec przed tymi myślami w alkohol. To ciężar, z którym człowiek musi żyć. Jeśli starszy syn mówi, że nic się nie stało, to znaczy, że nic nie rozumie...
On mówi trochę inaczej. "Stało się coś bardzo złego, wymaga to naprawy, a ty, tato, przyjmujesz go, jakby przyszedł ze spaceru".
Ojciec współczuje młodszemu synowi; wie, że w tym momencie sam sobie odmawia prawa do życia. Powiedzieć, że jest się niewolnikiem, to znaczy zdefiniować siebie jako kogoś, kto nie ma prawa żyć, nie ma godności, jest nikim, przekreśla siebie. Ojciec pięknie wsłuchuje się w to, co się dzieje w synu, wie, ile go to kosztuje. Ojciec musi mu powiedzieć: "Rodzisz się na nowo, zaczynasz jeszcze raz" (por. Łk 15,24). Ten, który przychodzi, musi się wyzwolić z negatywnego odczuwania samego siebie i uwierzyć, że może jeszcze raz spróbować, że jeszcze raz wyruszy w drogę. Podobnie jest, gdy ktoś doświadczy traumatycznego przeżycia, np. spowoduje wypadek samochodowy. Kiedy będzie musiał ponownie usiąść za kierownicą, to obecność w pamięci tamtego przeżycia będzie go blokowała, odbierała wiarę we własne umiejętności. Syn marnotrawny za każdym razem, kiedy usiądzie przy ojcu, może przypominać sobie to, co zrobił. Jeżeli więc ojciec postępuje w taki, a nie inny sposób, to doskonale wie, co robi, a starszy syn go nie rozumie.
Gdyby młodszy brat przyszedł do starszego i powiedział: "Nie jestem godzien", to usłyszałby: "Nie jesteś godzien, więc powinieneś zrobić to i to, przez ileś lat być niewolnikiem". Ojciec nie podejmuje dyskursu z młodszym synem, ale starszy chętnie by przyjął tę zaproponowaną płaszczyznę rozmowy.
Można powiedzieć, że starszy syn jest głosem, który spodziewał się usłyszeć młodszy od ojca. To znaczy, że młodszy dźwiga w sobie starszego brata jako sposób przeżywania rzeczywistości. Pewnie sam na siebie nieraz krzyczał. Jeśli człowiekowi się nie powodzi w życiu, coś mu nie wychodzi, popełnia błędy, to nieraz beszta siebie. To równocześnie oznacza, że starszy brat ma w sobie młodszego, ma możliwość zostawienia wszystkiego i wyruszenia w dalekie kraje. Sam przed sobą się do tego nie przyznaje, boi się tego, dlatego tak łatwo odrzuca młodszego brata. Każdy z nas nosi w sobie coś takiego, że gdyby zaistniały inne okoliczności, to wszystko mogłoby się stać. W innej sytuacji bracia mogliby się zamienić miejscami. Chcę przez to pokazać, że każdy ma w sobie młodszego i starszego brata, a za rzadko ma w sobie ojca miłosiernego.
Dlaczego ojciec jest tak miłosierny, a jego syn tak sprawiedliwy?
Starszy brat właściwie nie jest sprawiedliwy. Czyniąc ojcu wyrzuty, nie potrafi wyobrazić sobie, co to znaczy, gdy odchodzi ktoś ukochany. Ciekawe zresztą, jak on przeżywał odejście brata? Doświadczał bólu podobnego do cierpień ojca? Chyba najbliższe doświadczeniu ojca są przeżycia osoby zdradzanej w małżeństwie czy w przyjaźni. Dla tego, kto zostaje z zawiedzioną miłością, oznacza to śmierć. Ten człowiek już nie żyje. W odniesieniu do Pana Boga używanie takich słów to przesada, ale chodzi o obszar doświadczenia, który zbliża do tajemnicy. Postawa ojca wypływa z miłości, ze współczucia. I to jest, notabene, właściwie pojęta sprawiedliwość - miłość, która rozumie. On musi wiedzieć, co znaczy powrót dla jego syna, zna jego przeżycia, wsłuchuje się w niego cały czas. Powrót syna oznacza też dla ojca powrót do życia. To jest najważniejsze.
Gdyby syn nie wrócił, bo wykombinowałby sobie, że najpierw odpracuje stracone pieniądze, a ojciec wiedziałby, że on gdzieś ciuła grosze, żeby oddać, to cały czas oczekiwałby, miałby może nadzieję, ale dopóki fizycznie syn by się nie pojawił, nie zaznałby pełni życia...
Wskazałeś na możliwość odpracowania straconych pieniędzy. Tylko że w przypowieści mowa jest o tym, iż syn marnotrawny najął się do wypasania świń. Gdy mimo to był głodny, zrozumiał swoje położenie. Ta przypowieść traktuje o tym, że on nie jest w stanie odpracować, choć próbuje to robić...
To prawda! Syn marnotrawny nie jest w stanie odpracować. Gdy małżeństwo doznaje śmierci przez zdradę, to też niemożliwy jest powrót do tego, co było. Można powiedzieć, że w jakimś sensie tego małżeństwa już nie ma. Po powrocie marnotrawnego małżonka musi powstać jakby na nowo. Nie jest możliwe odpracowanie, nie da się cofnąć czasu, nie ma niczego, co zrównoważyłoby zdradę, śmierć jedności. Ten, kto zdradził, nie jest w stanie wynagrodzić małżonkowi krzywdy, nawet gdyby obsypał go górami złota. Wtedy los małżeństwa jest w rękach strony zdradzonej, od tego, czy ona pozostanie wierna miłości i przebaczy, zależy, czy to małżeństwo będzie miało szanse trwać, czy możliwa będzie praca nad odbudowaniem zaufania.
Zdradzony może być miłosiernym ojcem z Ewangelii. Równocześnie los małżeństwa zależy też od tego, kto jest w roli syna marnotrawnego, bo człowiek zdaje sobie sprawę, że nie jest w stanie zasłużyć na to, co zostało mu przebaczone, musi żyć ze świadomością krzywdy, którą wyrządził. Tu pojawia się pytanie, co było dalej po weselu z powrotu syna. Pewnie zaczęła się praca wychowawcza. Kto wie, czy dopiero w takim momencie nie zaczynają się problemy. Może dlatego praktyka spowiedzi Kościoła odzwierciedla dokładnie tę sytuację, bo zadośćuczynienie, czyli pokuta, jest po rozgrzeszeniu... a nie przed. Dla syna marnotrawnego prawdziwą pokutą, odpracowaniem strat będzie codzienność - próba normalnego życia, mimo że pamięta o roztrwonionym dobru. To czas, gdy uczy się miłości - wzrastania.
Druga intuicja, która mi się nasunęła, gdy mówiłeś, że ojciec ma świadomość tego, co się dzieje w synu, jest taka: Bóg bardzo dobrze wie, co się dzieje w powracającym grzeszniku, bo Pan Jezus we wcieleniu wchodzi w rolę marnotrawnego syna.
Tak, ta Ewangelia mówi o wcieleniu... Używając metaforyki św. Ireneusza, można powiedzieć, że Słowo Boże, druga osoba Trójcy Świętej, staje się synem marnotrawnym, żeby przyjść do Ojca - nikt inny nie wykonałby takiego ruchu. I podobnie, jeżeli podejmujemy decyzję o nawróceniu, to właściwie podejmuje ją w nas Boży Syn. Co więcej ta Ewangelia opowiada też o chrzcie świętym, kiedy dokonuje się wyrwanie z niewoli. Wszystko dzięki Chrystusowi.
Wyczytałem gdzieś, że w tej przypowieści jest trzech synów - marnotrawny, starszy i ten, który relacjonuje przypowieść. Ten ostatni jest jednocześnie tym, który wyruszył na poszukiwanie młodszego brata, czego nie zrobił starszy syn. Pan Jezus wyruszył na poszukiwanie syna marnotrawnego, by go przyprowadzić do domu ojca.
To genialna obserwacja. Starszy syn narzeka, ale nie rusza szukać młodszego. Tu na marginesie pojawia się pytanie, co robić, kiedy ktoś się zgubił... Spotykam niekiedy wychowanków prowadzonego przeze mnie duszpasterstwa akademickiego. Dwoje z nich zdeklarowało się ostatnio jako osoby niewierzące. Ludzie, z którymi byłem blisko, powiedzieli mi, że nie wierzą. Co robić w dobie political correctness, kiedy się mówi o respektowaniu odmienności, o dialogu? Przyznam się, że tłumaczyłem sobie, iż człowiek ma prawo do błędów, że trzeba mu dać wolność. Niedawno stwierdziłem, że niesłusznie podczas takich spotkań nie podejmuję żadnej inicjatywy. Być może ojciec liczył, że starszy brat ruszy, że pójdzie... Rzeczywiście, nagle uświadomiłem sobie, że trzeba ruszyć. Trzeba być przy marnotrawnych braciach, wiedzieć, w jakich odległych krainach tkwią, co się z nimi dzieje, jak wyglądają... Bóg jest tym, który to czyni w osobie Syna Człowieczego. W przypowieści ojciec dokładniej słyszy to, co przeżywa syn, niż to, co dzieje się w nim samym. Dla kochającego ojca ból syna jest ważniejszy niż jego własny. On też cierpi, ale przez współczucie. W wypadku zdrady człowiek z reguły - to naturalne, ludzkie - lepiej widzi swoje cierpienia. Ojciec miłosierdzia zaprasza, żeby dotknąć cierpień tego, który zdradził, cierpień, z których on często nie zdaje sobie sprawy. Jeśli pójdziemy w tym kierunku, zobaczymy, że dopiero tam zaczyna się ogrom cierpienia.
Gdy mówiłeś o niewierzących wychowankach z duszpasterstwa, przypomniałem sobie, że przypowieść o dobrym pasterzu, który idzie za jedną zgubioną owcą, jest tuż obok przypowieści o synu marnotrawnym.
Ona jest dopowiedzeniem. To znów genialnie pokazuje, jak jedna przypowieść nie wyczerpuje tajemnicy, tylko pokazuje pewien jej aspekt. Gdyby zatrzymać się na jednej przypowieści i nie opowiedzieć drugiej, brakowałoby jakiegoś elementu. Tu jest odpowiedź dla starszego syna. Dobry pasterz zostawia 99 owiec, które dobrze się mają, i idzie na poszukiwanie tej, która się zgubiła. Dobrze to rozumieją rodzice - bardziej skupiają się na dziecku, które jest chore, chociażby dlatego że potrzebuje ono więcej czasu. Dziecko zdrowe da sobie radę, nie potrzebuje tyle troski.
Wróciłbym jeszcze do wątpliwości starszego brata. Jeśli to nie jest tania łaska, łatwe miłosierdzie, to co się dzieje z grzechem w momencie miłosierdzia, inaczej w momencie spowiedzi?
Jeżeli zaistniał grzech, to Pismo mówi, że zapłatą za niego jest śmierć. Jeżeli człowiek zgrzeszył, to w jakimś aspekcie życia przestał istnieć. Na przykład, jeżeli oszukałem, nadużyłem zaufania, to ono już nie będzie takie samo, czasem przemienia się w nieufność. Kiedy popełniam grzech, to pozbawiam się jakichś możliwości, tracę wrażliwość. Teologia mówi, że zapłatą za grzech pierwszych rodziców jest śmierć jako fakt fizyczny, który wszedł w życie ludzkie.
Można postawić pytanie, co zrobić, żeby odwrócić logikę śmierci. Jak już mówiliśmy, nie da się tego zrobić tak, jak chciał syn marnotrawny, próbując coś odpracowywać, by przywrócić dawne możliwości. Można to zrobić w wymiarze fizycznym: przez trening, hantle, biegi przywraca się kondycję zniszczoną przez bezruch. Co się zatem dzieje z grzechem, śmiercią? Jeśli mają być przezwyciężone, ktoś musi je wziąć na siebie, ktoś musi przyjąć konsekwencje braku życia. Wiara nam mówi, że uczynił to w Wielki Piątek Pan Jezus. Okazało się wtedy, że zło, które Go zabiło, jest bezskuteczne, że śmierć, która dotąd królowała, ma wybite zęby, bo zabiła Kogoś, a Ten znowu żyje, okazał się silniejszy od grzechu, od zła, pokonał je siłą swojej słabości.
Czy można powiedzieć, że Syn Człowieczy opowiadający tę przypowieść poszedł do chlewu, w którym pracował marnotrawny syn, i powiedział: "Biorę na siebie konsekwencje Twoich decyzji, wchodzę na twoje miejsce, a ty wracaj do domu"?
Powiedziałbym, że śmierć i krzyż oznaczają "uczyń mnie jednym z niewolników", bo to jest sytuacja niewolnika. Krzyż i śmierć należą do logiki sprawiedliwości. W momencie śmierci Jezusa wypełniona zostaje sprawiedliwość, bo Jezus żyje tą sprawiedliwością, ale nie daje się zamknąć w jej logice. Kiedy Jezus umiera śmiercią niewolnika, mówi równocześnie jak człowiek wolny, jak syn umiłowany: "w ręce Twoje powierzam ducha mego" (Łk 23,46) i wyraża tym zaufanie do końca. Jeśli człowiek zgrzeszył, to konsekwencją jest śmierć, ale zaufanie i posłuszeństwo Jezusa przywracają życie, sprawiają, że każdy marnotrawny ma szansę przyjąć sandały, pierścień i płaszcz, czyli atrybuty bycia synem, a nie niewolnikiem.
W Wielki Piątek Ojciec doczekał się odpowiedzi. Do tej pory nie dał mu jej żaden z jego synów, każdy zrobił zły użytek z wolności. Pan Jezus był do końca posłuszny, pojawił się człowiek, który całym swoim życiem, całym swoim istnieniem odpowiedział na miłość Ojca.
Wewnątrz tej logiki, która była logiką sprawiedliwości. Chciał nas obdarzyć miłosierdziem. Przyjął na siebie śmierć - brak życia, w posłuszeństwie sprawiedliwości i przekroczył tę logikę sprawiedliwości. Zmartwychwstanie odpowiada w Ewangelii o miłosiernym ojcu chwili ofiarowania szat...
Pan Jezus, zmartwychwstając, wchodzi na ucztę weselną.
Odpowiedź, której udzielił Pan Jezus jako Syn, a której wcześniej nikt nie udzielił, umożliwia nowe spojrzenie na całość życia z chwilami śmierci, które się przytrafiły człowiekowi. To jest moment, w którym św. Augustyn zaczyna pisać Wyznania. Człowiek oglądający swoje życie nie chce opowiadać o jego ciemnych stronach. Chyba tylko wtedy, gdy pragnie się użalić nad sobą, uzyskać współczucie. Augustyn - to jest przedziwne w Wyznaniach - opowiada o upadkach i zaplątaniach, ale nie po to, żeby się użalać, tylko by błogosławić Pana Boga. Konsekwencją przyjęcia miłosierdzia, tej szaty godowej, jest odwaga opowiedzenia o swoim chlewie. Wydarzenia, chociaż są trudne, już nie mają śmiercionośnego jadu, bo śmierć została pokonana. Dopóki nie było miłosierdzia, wspomnienia zabijały, zamykały w przeszłości. Jeżeli potrafię opowiedzieć swoje życie, przyznać się do niego, oznacza to, że okazałem sobie miłosierdzie, przebaczyłem sobie, że nie jestem taki, jaki bym chciał być. To oznacza nowe narodzenie, stanie się zupełnie innym człowiekiem. W takim momencie dopełnia się historia zbawienia.